Rozdział 1: Na kolorowych skrzydłach
Biesiadnicy po obu stronach długiego stołu głośno domagali się miodu. Erika przybiegła do nich z wielkim dzbanem złotego trunku i uśmiechem na twarzy.
– Spokojnie, dla wszystkich wystarczy! – zapewniła, przechodząc nad porzuconym na podłodze toporem. Niewiele myśląc, kopnęła go wysokim obcasem pod ławę, aby nikomu nie przeszkadzał. – Oto i wasz miód, panowie!
W odpowiedzi otrzymała ryk dochodzący z kilkunastu męskich gardeł. Zapewne usłyszano go w całym Asgardzie. Nic nowego dla Eriki, bo już dawno temu przekonała się, że huczne biesiady bogów były całkiem podobne do bitew toczonych przez ludzi w Midgardzie. Różnica polegała właściwie tylko na tym, że podczas tych pierwszych nikt nie umierał. Cała reszta, czyli tłok, krzyki, niekontrolowana przemoc i latające oręże, była jednak tym z czym, jako wyszkolona walkiria, Erika umiała sobie radzić. Jeśli akurat ona i jej siostry nie były wysyłane do świata ludzi w poszukiwaniu obiecujących wojowników, ćwiczyły refleks, usługując w Walhalli lub na najważniejszych przyjęciach w Asgardzie. A pośród hucznych wydarzeń nie było większego nad obchody przesilenia zimowegourządzane co roku przez króla Odyna w pałacu Valaskjalf.
Święto trwało kilka dni. Do królewskiej siedziby zjeżdżali wtedy najważniejsi bogowie z całego Asgardu. Nie mogło też zabraknąć gości z Wanaheimu i Alfheimu. Wspólnie bawiąc się i ucztując pod jednym dachem, dawali dowód temu, że niegdysiejsze konflikty były już tylko odległymi wspomnieniami.
Szczęśliwie dla Eriki, w krainie bogów chodzenie po stole nie było źle widziane, o ile miało się w miarę czyste podeszwy i nie deptało jedzenia. Inaczej nie wyobrażała sobie, jak mogłaby obsłużyć spragnionych gości w zadowalającym tempie. Kilku bogów chciało jej pomóc wejść, ale nie potrzebowała ich wsparcia. Z gracją omijała naczynia, idąc wzdłuż dwóch rzędów wyciągniętych ku niej rąk dzierżących rogi, kufle i kielichy. Nie pozwoliła, aby żaden pozostał pusty.
Właśnie nalewała miodu do ostatniej czary, kiedy kątem oka dostrzegła znajomą siostrę-walkirię. Młoda dziewczyna o krótkich jasnych włosach stała przy sąsiednim długim stole i patrzyła prosto na Erikę. Po wyrazie jej twarzy było widać, że chce z nią porozmawiać. W odpowiedzi walkiria skinęła zapraszająco głową, po czym z pustym już dzbanem zeskoczyła z blatu. Grzecznie odmówiła, kiedy jeden z bogów zaprosił ją do towarzystwa. Był rozczarowany, ale rozumiał, w przeciwieństwie do swego sąsiada, który spróbował złapać ją od tyłu za nadgarstek. Udając, że wcale nie zauważyła, co zamierza zrobić, Erika odsunęła się niby po to, by odstawić pusty dzban. Zaskoczony mężczyzna wychylił się za daleko i spadł z ławy. Walkiria odwróciła się w tym samym momencie, kiedy uderzył o podłogę.
– Ojej! Czy potrzebuje pan pomocy? – zapytała, udając zaskoczenie.
Leżący bóg stęknął.
– Nie – wymamrotał zawstydzony i machnął ręką, jakby miał przed sobą natrętną muchę.
Erika westchnęła.
– Jak pan sobie życzy. Wesołych świąt! – powiedziała pogodnie i odwróciła się, pozostawiając leżącego boga pośród roześmianych kompanów. – Mężczyźni – mruknęła pod nosem.
Tymczasem siostra-walkiria szła niestrudzenie, zręcznie omijając przeszkody. Jak gdyby nigdy nic uchyliła się przed rzuconą przez kogoś kością, przeskoczyła nad burym kotem uciekającym z upolowanym ze stołu kąskiem i prześlizgnęła obok grupy bogów i elfów stojących jej na drodze. Erika gestem dała jej znać, by poszła za nią pod pobliską kolumnę, gdzie nikomu by nie przeszkadzały.
– Co tam, Roskvo? – zapytała.
Dziewczyna dygnęła onieśmielona, jak to miały w zwyczaju młodsze walkirie zwracające się do starszych i bardziej doświadczonych sióstr.
– Mogę cię o coś poprosić? – powiedziały usta Roskvy, podczas gdy brązowe oczy błagały o wybaczenie za zawracanie głowy głupotami.
Erika nie mogła zrobić nic innego, jak tylko uśmiechnąć się ciepło. Lubiła Roskvę, bo przypominała jej o rodzeństwie, które musiała zostawić za sobą. W poprzednim życiu była najstarszą spośród dziewięciu córek jarla panującego na małej wyspie w Midgardzie. Opiekowała się siostrami, kiedy matka nie mogła. Na służbę bogom wyruszyła po tym, jak jej ojciec zmarł, nie pozostawiwszy po sobie żadnego męskiego dziedzica.
– Jasne. W czym problem?
Roskva wzięła głęboki wdech, następnie wskazała odległy punkt na sklepieniu pod zachodnią ścianą.
W głównej sali biesiadnej pałacu Valaskjalf wystarczyło miejsca na postawienie prosperującej osady. Zamiast jednak domów i pól uprawnych, przeogromną przestrzeń zajmowały dziesiątki długich jak okręty stołów. Ustawiono je w kręgach wokół palenisk z mięsem na rożnie na samym środku pomieszczenia. Jak okiem sięgnąć, nigdzie nie było wolnego krzesła czy ławy. Oświetlenie tak ogromnej przestrzeni zapewniało między innymi około tysiąc mis z węglem podwieszonych na łańcuchach. We wskazanym przez Roskvę miejscu z kilkunastu sąsiadujących ze sobą naczyń akurat jednak nie buchał ogień.
Cóż, w takiej sytuacji ktoś musiał rozpalić je na nowo. Teoretycznie zadanie to przypadało każdej walkirii, która akurat nie była zajęta usługiwaniem przy stołach. Prawda była jednak taka, że nie każda chciała się tego podejmować.
– Sama bym się zajęła, ale… – Roskva przełknęła ślinę. – Wiesz… No i mój brat jest dziś na sali a dawno go nie widziałam… Próbowałam też poprosić Mardoll, ale była zajęta.
Erika kiwnęła głową ze zrozumieniem.
Jako dzieci Roskva i jej brat, Tialfi, przybyli do Asgardu w dość niecodziennych okolicznościach. Książę Thor, syn króla Odyna, przywiózł ich z Midgardu, by służyli w jego pałacu. Rzekomo za karę za coś, co zrobił Tialfi – Roskva nigdy nie zdradziła szczegółów, a Erika nie dociekała. Wspominała jednak, że dobrze ich traktowano w pałacu królewskiego syna, a gdy podrośli, Roskvie pozwolono odejść, by rozpocząć szkolenie na walkirię. Niestety, oznaczało to dla niej rozłąkę z bratem, z którym była bardzo zżyta. Kiedy awansowała do rangi szeregowej w oddziałach króla Odyna, została przydzielona do tej samej jednostki, w której już była Erika, jak ona, również szeregowa.
– Nie ma problemu, siostrzyczko. Zajmę się tym, a ty pędź do brata.
Roskva najpierw zamrugała zdziwiona, po czym podskoczyła z radości.
– Dziękuję, Eriko, dziękuję! Odwdzięczę ci się!
– Nie ma za co i nie ma potrzeby. – Starsza walkiria zaśmiała się cicho. – W końcu święta powinno spędzać się z bliskimi. Wesołych świąt.
Policzki Roskvy zapłonęły rumieńcem. Onieśmielona zaczęła nerwowo rozglądać się na boki
– Tobie również życzę wes-oh! – urwała nagle.
Jak na komendę, Erika skierowała wzrok tam, gdzie patrzyła Roskva.
Już wcześniej odnotowała toczącą się kilka stołów dalej bójkę. Zwykle walkirie nie ingerowały, o ile walki pomiędzy biesiadnikami nie wymykały się spod kontroli. Do tej pory tamta bijatyka nie odbiegała od formy, ale właśnie teraz ktoś w ferworze walki z całej siły wyrzucił elfa w powietrze. Nieszczęśnik leciał nad ucztującymii prosto w stronę kolumny, pod którą akurat stały walkirie.
Naraz z całego ciała Eriki odszedł kolor, odsłaniając białą jak śnieg skórę Wokół oczu pojawiły się czarne plamy, a nos zrobił się czerwony, tak samo jak usta. Jakiś litościwy skald powiedziałby pewnie, że Erika przypominała w tym momencie łabędzia. Wyrosły jej nawet skrzydła, lecz nie białe, tylko szafirowe. Wystarczył jeden skok, by znalazła się w powietrzu.
To wszystko trwało tyle, ile wróblowi zajęłoby obrócenie łebka.
Złapała elfa dwa metry nad najbliższym stołem. Siedzący poniżej bogowie zaczęli krzyczeć jak widownia na turnieju. Erika nie zwracała na nich większej uwagi.
– Już dobrze. Mam pana. – powiedziała do trzymanego w rękach elfa. Ten wymamrotał ciche podziękowanie.
Powoli opadła na podłogę. Uratowany sam wygramolił się jej z ramion i oparł się o kolumnę, by złapać oddech. Gdy stał, sięgał Erice do pasa. Długie, brązowe włosy miał w straszliwym nieładzie, połowa z nich wypadła mu z warkocza. Pod niemal całkowicie czarnym, lśniącym, dużym, elfim okiem zaczynał formować się siniak, długie uszy były czerwone od tarmoszenia a świeże otarcia na knykciach sugerowały, że ich właściciel nie pozostał dłużny przeciwnikowi. Ostatecznie jednak musiał dać się złapać i rzucić z zaskoczenia, bo nie zdążył rozłożyć własnych skrzydeł. Z kokardy na końcu długiego ogona ostała się tylko zawiązana na supeł wstążka.
– Nic panu nie jest? – Roskva podeszła do nich zmartwiona.
Elf pokręcił głową. Gdy już odzyskał dech w piersiach, całkowicie rozpuścił warkocz, po czym wytarł dłonią nadmiar sosu z wymiętej, jedwabnej tuniki. Poprawiwszy ją na sobie najlepiej, jak potrafił, ukłonił się przed Eriką.
– Bardzo dziękuję za ratunek, pani.
Gdy młodsze walkirie dygały przed starszymi, były to szybkie, niemal instynktowne gesty. Ukłon elfa z kolei był głęboki, podobny do ceremoniału. Do tej pory Erika widziała mężczyzn chylących głowy tak nisko jedynie przed kimś istotnym, jak król, czy jarl, a ona przecież była tylko szeregową walkirią. Najbardziej jednak zaintrygowała ją niewymuszona gracja tego gestu. Elf przyłożył dłoń do piersi, drugą ukrył za plecami i wystawił jedną sopę na przód niczym kot idący po płocie. Skojarzenie było tym silniejsze, że elfy zwykle chodziły boso na palcach, rzadko kiedy dotykając ziemi piętami.
By zamaskować zmieszanie, Erika uśmiechnęła się i sama też dygnęła.
– Nie ma za co. Cieszę się, że nie doszło do niczego gorszego.
– Ja też. Gdybyś mnie pani nie złapała, zapewne uderzyłbym w tę kolumnę.
– Jeśli mogę spytać – wtrąciła się Roskva – to czemu znalazł się pan w powietrzu? O co poszło?
Elf zaśmiał się sucho.
– Sam już nie wiem, moja droga. Tamci zapewne także – odparł z dobrze znanym Erice błyskiem w oku – ale nie zamierzam odlecieć pokonany! Pokażę im, że nie tak łatwo się mnie pozbyć!
Pośród obserwujących przy pobliskich stołach bogów rozszedł się pomruk aprobaty. Erika pokręciła głową.
– Cóż, to nie moja rola, by pana zatrzymać. Życzę powodzenia, ale proszę uważać.
– A ja jeszcze raz pani dziękuję.
Elf ukłonił się ponownie, po czym rozłożył własne skrzydła. Kształtem przypominały owadzie, choć, jak u nietoperzy, zbudowane były ze skóry, mięśni i kości. Delikatne błony pokrywały skomplikowane, wielobarwne wzory naniesione tuszem przez utalentowanego rzemieślnika.
Zanim odfrunął, jeden z biesiadników podał elfowi buławę, inny tarczę. Obaj życzyli mu szczęścia w walce.
Erika podążała za uzbrojonym elfem wzrokiem, póki nie zniknął jej z pola widzenia. Nie mogła przestać myśleć o tym, jak ten elf się przed nią ukłonił.
– Mężczyźni… – wymamrotała ledwie słyszalnie dla samej siebie.
– Siostro?
– Tak? – Erika odwróciła się do Roskvy, w duchu zadowolona, że ma czym zająć głowę.
Młodsza walkiria spuściła wzrok zawstydzona.
– Byłaś niesamowita – powiedziała nieśmiało.
Starsza zamrugala zaskoczona, po czym uśmiechnęła się do Roskvy.
– Dziękuję.
– Jesteś naprawdę szybka… – dziewczyna kontynuowała, a starsza walkiria dobrze wiedziała, do czego zmierza, więc ją ubiegła.
– Jestem pewna, że gdyby mnie tu teraz nie było, siostrzyczko, sama byś była w stanie go uratować.
– Naprawdę?
– Oczywiście. W końcu obie jesteśmy tej samej rangi.
Roskva stanęła dumnie na baczność jak podczas zbiórki przed wylotem do Midgardu. Jak wcześniej Erice, jej także kolor zniknął z ciała, kiedy zrzuciła czar maskujący. Z pleców wyrosła jej para skrzydeł równie żółtych i puchatych, co mlecze w pierwszych tygodniach wiosny. Jak każda walkiria, nie mogłaby ich przywołać, gdyby jednocześnie chciała dalej ukrywać, jak wygląda naprawdę.
– Właśnie. – Erika skinęła głową.
Roskva ponownie dygnęła i posłała starszej siostrze szeroki, promienny uśmiech. Jednego kącika ust nie mogła unieść tak wysoko, jak drugiego. Choć zwykle przemiana w prawdziwą walkirię zwykle usuwa wszelkie skazy z twarzy nowicjuszek, Erika nadal mogła dostrzec blade blizny po głębokich oparzeniach na twarzy Roskwy.
– Jeszcze raz dziękuję, siostro.
– Nie ma za co, naprawdę. Teraz leć do brata, a ja zajmę się tymi lampami.
Młodsza walkiria poszybowała w kierunku największego stołu w najbardziej zewnętrznym kręgu. Właśnie tam zasiadli król Odyn Wszechojciec, książę Thor, reszta królewskiej rodziny, jak również Njord, władca Wanaheimu, i jego dzieci: Frej, ambasador Unii Asów i Wanów w Alfheimie, oraz Freja, jarla Folkvangu w Asgardzie.
Erika uniosła się w powietrzu z cichą nadzieją, że może uda się jej spostrzec księżniczkę z klanu Wanów. Panią Freję ważano za najpotężniejszą czarodziejkę, najsilniejszą wojowniczkę i co najważniejsze najpiękniejszą boginię we wszystkich dziewięciu światach. Erika uważała rozmowę cztery oczy z Freją za zaszczyt, którego, jako szeregowa walkiria, nie była godna… Jeszcze nie.
Erika pokręciła głową. Odkryła przy tym, że krótkie pasemko włosów wypadło jej z warkocza. Nie miała przy sobie spinek, więc jedynie schowała niesforny kosmyk za ucho, po czym odleciała.
To nie był czas na rozmyślanie o odległych mrzonkach – miała przecież zadanie do wykonania.