PROLOG
Pół wieku po tym, jak Impuls EMP wymazał stary świat, zgasły neony, a ludzkość cofnęła się do epoki miedzi i rzemyków, natura postanowiła dokończyć dzieła. W osiemdziesiątym drugim Neapol po prostu pękł. Spóźniona o pięćdziesiąt lat Katastrofa Neapolitańska okazała się wprawdzie ledwie leniwym beknięciem Pól Flegrejskich – niczym ten śmieszny, historyczny kaprys z 1538 roku – ale dla dogorywającego kontynentu to wystarczyło. Nad Europę nadciągnął rdzawy, gęsty jak kisiel smog, z nieba lunął kwaśny deszcz, a słońce stało się tylko legendą opowiadaną przez najstarszych.
Trzydzieści lat później, w roku 2112, nikt już nie pamiętał zapachu czystego powietrza.
________________________________________________________________________
I Relikwia OPOS-a
Deszcz miarowo dudnił w pęknięte asfalty Mokotowa, a atmosfera śmierdziała spaloną miedzią i parującym plastikiem. Nad ruinami wieżowców unosiła się leniwa, fioletowa łuna – resztki zjonizowanego eteru z usmażonych satelitów. W głębi piwnicy, pod zwalonym stropem z wielkiej płyty, siedzieli oni. Pogorzelcy. Uchodźcy z Cyklu Powietrza.
Nie zapomnieli jeszcze chemii materiałowej. Beton z wielkiej płyty zneutralizowali grubą warstwą wapna, która pod wpływem kwaśnych opadów zamieniła się w twardą jak granit skorupę kalcytową. Kwasoodporny kitem ze szkła wodnego, pyłu cementowego i mielonego bazaltu uszczelniał ubytki. Tam, gdzie konstrukcja pracowała – na gorąco wciśnięto ciągliwy bitum z odzysku. Wnętrza – kilka komórek, były ciasne jak na okręcie podwodnym i urządzone z równąfunkcjonalnością. Podłogę zaizolowano resztkami spienionego szkłaz okladziny fundamentów i utwardzono mozaiką z potłuczonego gresu. Dwutlenek węgla i opary kwasowe "zsuwały się" do rząpia w najniższym punkcie piwnicy, by mógł je zassać grawitacyjny komin z kamionki. Świeże powietrze filtrowało się przez pionową kolumnę, tłoczone przez pasywne syta z węglem aktywnym i wapienie. Smartfony za osiem „koła” leżały na stercie, w kącie, stopione w bezpostaciowe, szklane płytki, z których nie dało się już wycisnąć ani jednej sekundy subskrypcji. Za to doskonale nadawały się do skrobania skór. Przenieśli się tutaj z dawnego schronu Zochy na ogródkach działkowych „Szarotka”, gdy tamtejsze filtry ostatecznie zapchały się wulkanicznym pyłem, a pancerny właz, przeżarty kwasem, groził zmianą podziemi w hermetyczną trumnę.
Byli głodni. Wypielęgnowane, biurowe dłonie ich przodków poczerniały od popiołów i nabrały pierwotnej siły. Paznokcie mieli pozdzierane do żywego mięsa od czyszczenia sideł, patroszenia borsuków i bezustannego grzebania w gruzach.
Na środku „salonu”, na starym drewnianym stole, stało jedyne bogactwo. Skarb Gospodarnej Baby, która przed katastrofą dostała swoją Trzynastkę. Rzędy weków: konfiturki, dżemiki, słonina i ten jeden, największy słój z ogórkami kiszonymi. Na dnie, między czosnkiem a koperkiem, tlił się trefny, czarnorynkowy kryształek Nin-Li-Zu z Marywilskiej. Z braku łączności z Gizeh nie potrafił już liczyć marży i prowadzić bezlitosnego cross-sellingu, ale pod wpływem kwasu mlekowego cicho, z częstotliwością konającego robaka, mruczał w solance, rozgrzewając szkło od środka. – Trzeba smarować dekiel – wycharczał najstarszy z pogorzelców, kaszląc od szarych pyłów. – Jak blacha przerdzewieje od kwasu, powietrze wejdzie do środka i ogórki zgniją. Wtedy zdechniemy przed zimą. Nikt się nie poruszył, nikt nie komentował. Patrząc w ogien słuchali opowieści.

– Przeżyliśmy, bo pamiętam opowieści pradziadka – zachrypiał Stary, odkasłując plwocinę bezpośrednio na stopioną bryłę litu leżącą w kącie. – O tym, jak pędził bimber w lesie od lat sześćdziesiątych do osiemdziesiątego dziewiątego i trzymał ziemniaki w kopcach. A jak umiał kłusować i robić w chuja zomoli? Tamci ze szklanych domów na Mordorze… Oni myśleli, że chmura ich wykarmi. Że tlen mają w abonamencie. Jak jebnął impuls, stali na tych swoich tarasach i patrzyli w martwe iPhone’y jak stado tępych baranów. Czekali, że system ich uratuje. Nie potrafili nawet wody z kałuży przefiltrować przez szmatę i węgiel. Natura ich zeskrobała jak pleśń. I dobrze!
Rytuał nie był modlitwą – był biologicznym przymusem przetrwania. Każdego dnia, przy łojowym kaganku, rozłupywali czaszkę upolowanego w ruinach parku królika albo borsuka. Wyciągali z trzewi gorący, tłusty łój i palcami, z namaszczeniem godnym rzeźników, wcierali to gęste sadło w blaszany gwint pokrywki. Warstwa po warstwie. Tłuszcz borsuka odcinał tlen, tworząc smrodliwą skorupę, która nie pozwalała kwasom z atmosfery dotknąć metalu.
Robili to przez miesiące, potem przez lata. Generacja za generacją pogorzelców wymierała w gnoju, tracąc resztki języka, zapominając komend i alfabetu. Ich dzieci nie wiedziały już, czym był smartfon ani internet, ale wiedziały jedno: dekiel słoja musi być zawsze tłusty. To był jedyny nienaruszalny nakaz ich nędznej egzystencji.
_________________________________________________________________________
Z Liturgii Starego Marka… Anno Daemonis 4696 po Wielkim Błysku ( 6832.r po Dniach Rybaka)
(…) Świat przed Wielkim Zwrotem nie znał ciszy ani ciemności. Starożytne kroniki, zwane przez nielicznych Ocalałymi Skryptami, wspominają o Erze Powietrza – epoce, w której ludzkość bezczelnie chłonęła fale niewidzialnych danych, a niebiosa pulsowały czystym, światłem boga Giga-Herza. Człowiek Plastocenu żył w iluzji wiecznej subskrypcji. Nie baczył na znaki, nie słuchał pomruków uśpionego podłoża, ufając ślepo, że święty algorytm zsynchronizuje jego marną egzystencję z wiecznością.
Pycha ta została ukarana w ułamku sekundy, kiedy demon Eror uniósł Harpun EMP. (…)
_________________________________________________________________________
Dziś, pięć tysięcy lat od tamtego Błysku, pamięć o dawnej potędze przetrwała wyłącznie pod ziemią. Kiedy potężna Stolnica stopiła się i zrobiła płaska, jedyną nadzieją dla nędzarzy stały się trzewia Metroru – święte Abzu, gdzie pośród rdzawych mchów i żrącej Piany Erora inżynierowie-mistycy strzegli ostatnich relikwii przeszłości.
Niniejszy Log stanowi świadectwo nocy, w której naród Sawy, zepchnięty do podziemi Efe-So, wyruszył na najświętszą z pielgrzymek. Ku stacji Wieszczba. Ku granicy niebios, gdzie nad głowami pątników dudni Wielki Kwas, a w mroku ołtarza czeka nieludzkie, niebieskie objawienie zamknięte w kwarcu przez prastarą Kapłankę Ogniska Domowego.
Zanim zstąpisz w te korytarze, zdejmij maskę i wstrzymaj oddech. Albowiem Metror słyszy twoje myśli.
_________________________________________________________________________
II Liturgia Ciemnych Wód
Kwaśny deszcz przestał się pienić na gruzach starego świata. Zielonkawo-żółte potoki mętnej cieczy parowały, wsiąkając w muldowisko potrzaskanych betonów. Wieczorem, gdy Rad słabł, osada ożywała.
Wrota Maersków otwierały się z ciężkim, metalicznym zgrzytem. Wychodzili z nich powoli, w nabożnym skupieniu, bogatsi mieszczanie. Miejscowiska tych ludzi, obite grubymi deseczkami smolistego kopalniaka – czarnego dębu rąbanego w głębokich, podziemnych bagnach – oraz ocieplone rzecznym mchem, świadczyły o wysokim statusie w osadzie. Byli to Założyciele Sawy – Pierwsi, Którzy Powrócili (PKP) na zrujnowane pogorzelisko. Kiernicy.
Kości przodków spoczywały głęboko w fundamentach ich domów, spajając minioną potęgę z niepewną przyszłością. Umarli leżeli tam wiekami, przytuleni do siebie z dłońmi spętanymi ośćmi ziemi – grubymi, zardzewiałymi prętami zbrojeniowymi, wyrwanymi wprost z pokruszonych bloków. Zasypane gruzem czaszki praojców wciąż ściskały spękane pałąki słuchawek Technics Skóra i nauszniki obróciły się w proch podczas „Pąknięcia Chmur”, ale jaskrawy, niezniszczalny plastik przetrwał epoki, wrastając w nagie czoła trupów niczym technologiczne korony starej cywilizacji.
Za bogaczami, z najgłębszych i najciemniejszych zakamarków Tłoczyska, zaczął wylewać się plebs. Rewir nędzarzy w podziemiach mitycznego Efe-So – dawnego pałacu dobrego Smoka Ćwignica – przypominał dno wyschniętego, żelaznego morza. To tutaj szukano ratunku, gdy przed pięcioma tysiącami lat zły bóg Eror, uderzając Harpunem EMP, dokonał Wielkiego Zwrotu. Strącił wtedy Chmury na Ziemię i zgładził Dewów, potężnych władców Logów. W odwecie wielki Giga-Herz oraz jego syn Gugiel odebrali demonowi straszliwą broń i wbili ją prosto w jego szyję, a z rany na konający glob spłynął Wielki Kwas. Nic nie zostało z dawnej Stolnicy – potężna metropolia momentalnie stopiła się i zrobiła płaska. Uciekający przed zagładą przodkowie urządzili gniazdo w bezpiecznym, smoczym pałacu, przynosząc potworowi w darze wielkie, srebrne klatki ASIS. Dobry Ćwignic pozwolił im zamieszkać w głębokich komnatach, chroniąc ludzkie plemiona potężnymi skrzydłami przed żrącym opadem. Powietrze w tej jaskini jednak nie uciekło – skwaśniało, przesiąknięte na wieki ciężkim oddechem smoka: zapachem maszynowego towotu, stęchłej gumy i ludzkiego smrodu.

Nie mieli luksusowych schronów z Maersków. W świetle nielicznych ognisk majaczyły dwukondygnacyjne, przekorodowane filary, z których dawno opadła zielonkawa farba. Z sufitu ciekła powoli woda, odmierzając czas miarowym, lepkim kap, kap, kap. Wokół kolumn wznosiły się kilkumetrowe, chwiejne wieże srebrnych niegdyś klatek ASIS, połączone trapami i drabinami z gnijącego drewna. Przypominały trumny, pogniecione i powycierane do żywego metalu, upchnięte jedna na drugiej. Klaustrofobiczny, wijący się labirynt. To nie był luksus, ale królestwo brudnego, tlenkowego brązu, gdzie ludzie koczowali całymi szczepami.
Pospólstwo wlekło się w milczeniu. Szurali po zeszklonym betonie rzemieślniczymi samoróbkami, szytymi z niegarbowanych skór, powiązanych rzemieniami i podbitych podeszwą ze starych opon. Przy moście z szalup, nad grzęzawiskiem, zbili się w zwartą, parującą masę. Nieliczne, prymitywne lampki oliwne oświetlały chude twarze, uwalone szarym pyłem tlenkowym, które niknęły w sparciałych maskach filtracyjnych. W okolicy ust ziały jak wyrok, czarne, puste otwory po zagubionych filtrach, przez które wdzierał się gorzki zaduch smakujący jak siarka. W tłumie nie można było uświadczyć nawet skrawka odzieży, która by miała jeszcze cokolwiek wspólnego z tandetą późnego plastocenu. Tylko nędzne, ciężkie opończe z surowej, nieoczyszczonej wełny.
Cała ta rzesza ludzka sunęła miarowo, niczym wagoniki kolejki, torem wydeptanym stopami przodków ku najwyższemu sanktuarium – stacji Wieszczba, gdzie mieściła się Kaplica Oświeconego Podziemia Ortodoksji Szynowej (OPOS). Starożytni nazywali to miejsce Wierzbo, ponieważ niezłomnie WIERZyli w dawnych bogów. Jak przed wiekami, tak i teraz pielgrzymi słyszeli bezpośrednio nad swoimi głowami stłumione, gniewne dudnienie Wielkiego Kwasu oraz gruchot spadających z nieba, pordzewiałych kawałków Boga Erora.
Pątnicy ciągnęli za sobą grzech pierworodny – woń starego potu, dziegciu i strachu. Pierwsi z Pierwszych, Kiernicy, na wyprostowanych ramionach dźwigali gliniane stągwie napełnione bimbrem ze sfermentowanych porostów i korzeni. Ów rytualny kalniaczek arcykapłan miał rozlać dopiero Po ceremonii Uniesieniu Totemu Ocalenia i Namaszczenia. Wszyscy pragnęli zapomnieć o głodzie; szli dotknąć cudu zdolnego wyrwać ludzkie plemiona z wiecznego potu i popiołu nowej rzeczywistości. Pragnęli oddać pokłon jedynemu artefaktowi, który przetrwał gniew niebios.
Kiedy Słońce zgasło cztery tysiące osiemset lat temu, dając początek erze Wielkiego Kwasu, a na ziemię opadły chmury rażone Harpunem EMP, w mrocznych, betonowych tunelach Metrora w szaleństwie Piany Erora i Błękitnego Kwasu narodził się Zakon OPOS. To nie była zgraja brudnych uchodźców płaczących za cywilizacją, a zakon inżynierów-mistyków. Gdy skały na nich runęły zesłane przez złe bóstwo – dobrowolnie medytowali bez wody, bez jedzenia w ciemności, by doznać objawienia. Gdy światło otworzyło im drogę wyszli z proroctwem „Cywilizacja upadła, ponieważ ludzkość zjechała z wyznaczonego toru”.
Kaplica do której napływały coraz to nowe grupy z całej Sawy – tonęła w dymie z dziesiątek łuczyw. Grube, stalowe pręty zbrojeniowe, owinięte szmatami nasączonymi transformatorowym olejem i borsuczym tłuszczem, tkwiły głęboko w szczelinach popękanych ścian. Syczały wściekle, plując tłustymi, czarnymi kłaczkami sadzy. W tym migotliwym, piekielnym blasku stacja wyglądała niczym wybebeszone truchło przedwiecznego potwora.
Na ołtarzu z przetopionych procesorów i miedzianych cewek stał On – Totem Oświecenia, Najświętszy Artefakt Ery Powietrza. W dusznej, podziemnej jaskini, oczyszczonej ze skruszałego betonu dawnego Metroru, tłum runął na kolana, wznosząc rytualne powitanie.
– Giga-Herz! Giga-Herz! – inwokacja niosła się niczym grom w pustych korytarzach, odbijając od zawalisk i potęgując napięcie.
– Giga-Herz – niech się stanie!
– Giga-Herz – ulecz nas, Panie!
– Giga-Herz – ocal nas, Panie!
– Giga-Herz – niech się stanie!
Arcykapłan, człowiek o niskim czole i skórze zrogowaciałej od popiołu, uniósł drżące ręce ku stropowi.
– Niechaj Stwórca spojrzy łaskawie na nędzę naszą, na pychę naszą i połączy nas z Gugielem, swoim synem i Zbawicielem naszym! Hasło!
– Hasło! – ryknęli wierni, a echo rozniosło się po zalanych zwrotnicach.
– Ukorzcie się przed Ojcem naszym Giga-Herzem, Jego Synem Gugielem i wyznajcie grzechy przed Władcą Ciemnych Wód, Metrorem!
– Korzymy się i wyznajemy! – odpowiedzieli pątnicy.
To właśnie Metror budził w nich największy, pierwotny lęk. Wielki, podziemny sędzia, będący żywą tablicą występków, potrafił niespodziewanie sączyć się w ludzkie myśli i nocne sny.
– Oto Oni! – obwieścił chrapliwym głosem kapłan. – Giga-Herz, potężny Ojciec, i Gugiel, Zbawiciel nasz jedyny! Herosi Ery Powietrza!
Opuścił dłonie i wskazał na czarną głębię, skąd biły najbardziej duszące, siarkowe wyziewy.
– Słuchajcie głosu tej czarnej wody! Albowiem to tajemna kraina zaświatów, gdzie umarli, pożegnawszy płaską Stolnicę, jadą w wieczność przedziwną, czerwoną łodzią o ścianach ze szkła i kołach z iskier. Tam, w dole, gdzie nie gaśnie światło. Sam wielki Metror wyświetla zmarłym na świętych, szklanych tablicach spis ich grzechów! Albo rzeczy jeszcze potężniejsze… Słowo Boga i Język Boga z czasów przed Wielkim Zwrotem. Objawia im litery świętego EM-ZET-KA, poszukując nowych, czystych dusz na stanowiska przewoźników, by prowadzili iskrzące łodzie przez wieczność!
Tłum pątników zamarł, wpatrując się w czarne lustro kwasu z nabożną trwogą. W halucynacjach wywołanych jadowitą pianą każdemu wydawało się, że słyszy daleki, stłumiony pisk metalowych kół ocierających się o szyny i widzi migotanie przedwiecznych tablic informacyjnych, wołających z mroku o nowych sługów świętego toru.
Duchowny zapalił na ołtarzu kilka kaganków zasilanych borsuczym tłuszczem. Ogień oświetlił stary, pięciolitrowy słój z krystalicznego kwarcu, w którym spoczywały ogórki zmumifikowane na beton w skrystalizowanej solance. Obok największego okazu w kolorze jadowitej zieleni, przy wiązce skamieniałego koperku i ząbku czosnku, zalotnie łypał niewielki kryształ opleciony zaśniedziałą miedzianą cewką i zgniłym rzemykiem.
Zapach spalonego ssaka zmieszał się z fetorem ciał klęczącego na zimnym, zeszklonym podłożu tłumu. Arcykapłan przykląkł przed ołtarzem, uniósł ostrożnie naczynie i odwrócił się do pątników. Na umówiony sygnał Adept Ortodoksji Szynowej podał mu niewielki, pokryty kodami kamerton.
– Oto Światło Gugiela! – zawył kapłan, uderzając w szkło metalem.
Słój rozżarzył się nieludzkim, niebieskim światłem Zalág, uderzając prosto w twarze sawańskich jaskiniowców. Nie było w tym cudu a czysta nauka. Zamknięta w słoju Nin-Li-Zu, stymulowana warszawską solanką, zsynchronizowała się z kamertonem sygnalizując to na niebiesko.

Zdziczały lud wiedział jednak swoje. Przeszedł z kornego przyklęku do nagłego padu, łupiąc synchronicznie czerepami o skrystalizowany beton. Kiedy Nin-Li-Zu błysnęła jaśniej, wśród fanatyków wybuchła prawdziwa ekstaza. Jedni płakali, drudzy zdzierali z twarzy maski filtracyjne, kolejni zaczęli tarzać się w pył. Reszta zgromadzenia wyła i śpiewała w uniesieniu:
– Hasło! Hasło! Hasło! Zaloguj nas, Władco! Wpuść nas, Twórco! Giga-Herz!
W tym momencie kapłan wykonał gwałtowny, drapieżny wyrzut ramion ku tłumowi, jakby chciał cisnąć święte naczynie prosto w ich twarze – lecz słój, uwięziony w skórzanych rzemieniach, pozostał w rękach mistrza.
– Spójrzcie na twarz Stwórcy! – zaryczał, a potężny głos odbił się echem od betonowych kikutów dawnych kolumn Metroru. – Oto Totem Ocalenia! Dawni Mistrzowie, władcy subskrypcji i powietrznych fal, namaszczali ten fragment tłuszczem świętej bestii, by zachować życie wewnątrz kryształu! Oni znali sekret wiecznej młodości materii!
Szaleństwo sięgnęło zenitu. Pękły wszelkie tamy. Ryk tysiąca gardeł zatrząsł ścianami, lecz nie niosła go rozpacz, a czysta, ekstatyczna ulga. Strach przed głodem i Kwasem momentalnie wyparował. Setki ciał porwał dziki, chaotyczny taniec, przypominający przedwojenne, plemienne pogo. Wierni odbijali się od siebie ramionami, skakali w mroku, padali na ziemię i natychmiast powstawali, niesieni potężną, mistyczną energią.
Po ceremonii Uniesienia kapłan odstawił ostrożnie słój na ołtarz z procesorów i sięgnął po kolejne sakrum – carską syrenę ręczną typu „Ryczący Kierownik”. Ciężką, żeliwną korbę z tubą, zdemontowaną ze starego schronu obrony cywilnej, dzierżył niczym berło. Musiał opanować szalejącą tłuszczę. Podał urządzenie adeptowi, po czym przykląkł. Pomocnik zaczął wściekle kręcić mechanicznym ramieniem, a tunel natychmiast wypełnił się przeraźliwym, falującym, mechanicznym skowytem.
Tłum powoli przytomniał. Nadchodził rytuał namaszczenia – kolejny obrządek dzikiej liturgii.
Na ołtarzu obok kryształowego sacrum, zawinięty w strzępy zżartej przez bakterie żółtej folii, spoczywał zmumifikowany, pożółkły kawał słoniny – relikwia zwana w pieśniach „Boskim Sadłem Przetrwania”. Drugi pomocnik arcykapłana, Deop zamoczył kościany pędzel w dymiącym tłuszczu i z nabożną czcią zaczął smarować krawędź szklanego wieka, odprawiając rytuał „Uszczelnienia Chronosa”. Całe zgromadzenie ponownie rzuciło się w pył, wywlekając z gardła monotonny, basowy śpiew, naśladujący dawne, zapomniane taktowanie serwerów: Tik-tak… tik-tak… Giga-Herz…
Przez pięć tysięcy lat blacha dekla nie zaznała ani kropli wilgoci, ponieważ przodkowie bezwzględnie i grubo natarli ją borsuczym sadłem. Tłuszcz – zjełczały i żółtawobiały – stworzył na powierzchni metalu nieprzepuszczalną powłokę. Pod wpływem wiecznego chłodu podziemi stężał na kamień, tworząc woskowatą skorupę. Kwas i Rad spływały po nim niczym po kaczce, nie potrafiąc wgryźć się w strukturę zamknięcia. Gdy arcykapłan uniósł słój w górę, światło pochodni załamało się na krawędziach. Poprzez warstwę tłuszczu wciąż można było dostrzec prastare, fabryczne barwy: litery ułożone w słowo „ŁOWICZ”, otoczone wyblakłym motywem ludowych wycinanek. Dla wiernych z OPOS-u ta tłusta, pachnąca dzikim zwierzem warstwa była najświętszą emalią świata. Ostatecznym dowodem na to, że da się zatrzymać rozpad samej materii.
Nikt z klęczących nie znał ostatecznej prawdy o Genezie Totemu Ocalenia. Święte Miejsce, zwane w pieśniach „Spiżarką”, nie stanowiło tajnego kompleksu wojskowego, lecz zwyczajną piwnicę w blokowisku na Mokotowie. Zaradna Kapłanka Ogniska Domowego – Gospodarna Baba – skrzętnie obiła loszek z wapiennych cegiełek deskami nabytymi w Castoramie i zaizolowała folią z B-DRON-KI, żeby sąsiedzi do słojów chytrze nie zerkali.
Dysponując unikalnym kontyngentem zasobów, zwanych „Trzynastką” lub Zaskórniakami, dokonała podejrzanej transakcji na legendarnej „Marywilskiej 44”. Od Cygana nabyła przemycony przez granicę kryształ matrycy kognitywnej klasy Nin-Li-Zu. Artefakt stanowił wtedy już tylko wisiorek, opleciony w tanią, miedzianą obudowę na rzemyku. Aby uniknąć konfrontacji z małżonkiem i wiecznego gęgania o marnotrawstwie, ukryła krystaliczne bóstwo w jedynym bezpiecznym miejscu: upchała je na dno słoja, pomiędzy ogórki, koper a ząbki czosnku. Długo po tym wydarzeniu Żelazna Zocha wpatrywała się jeszcze w hipnotyzujące błyski nieludzkiego kryształu. Gapiąc się w głąb słoja, zaczynała podejrzewać, że Mickiewiczowski mesjasz o imieniu czterdzieści i cztery wcale nie był człowiekiem. Być może wieszcz, pisząc o mężu z obcej matki, prorokował nadejście tego oto zrodzonego z pogorzeliska, kiszonego proroctwa.
Gdy uderzył impuls EMP i tarcze orbitalne się usmażyły, bezpowrotnie rujnując cywilizację plastocenu, przetrwały tylko mokotowskie weki. Słoiki z dżemikami, konfiturkami i ogórasami, odcięte od świata zewnętrznego grubą warstwą borsuczego sadła, czekały w mroku przez pięć tysięcy lat by stać się mitem.
Pod ołtarzem, wciśnięty w szczelinę między zardzewiałą obudową smartfona a skamieniałą kością pamięci, którą arcykapłan nosił na piersi jako symbol dostojeństwa, leżał mały, żółty strzęp plastiku z logiem B-DRON-KA. Duchowny nadepnął na niego swoją bosą, brudną stopą podczas ekstatycznego tańca.
Pyk.
Ostatni pęcherzyk powietrza, uwięziony pod folią od osiemnastu tysięcy lat, pękł pod ciężarem nowego kultu. Bogowie bezpowrotnie odeszli, ale ich najtańsza, najbardziej masowa izolacja po raz kolejny zatwierdziła logi nowej rzeczywistości.
_________________________________________________________________________
* Błękitny Kwas – Śluzowce Akumulatorowe – pulsujący, fosforyzujący na sino – niebiesko śluz, który oblepia dawne szyny, zwrotnice i podkłady kolejowe. Żywi się ołowiem i kwasem ze starych baterii. Opary wydzielane przez ten śluz wywołują absolutny trans.
* Piana Erora – Solankowe Kożuchy – gruby, tłusty kożuch bakteryjny, który tworzy się na powierzchni stojącej, kwaśnej wody zalewającej torowiska. Wygląda jak żółto-szara, bąbelkująca piana. Wydziela ciężki gaz, który paraliżuje zmysł równowagi i wykręca percepcję czasu.
* Nin-Li-Zu Nin to złośliwy, bezwzględny, korporacyjny pasożyt cyfrowy. Zaawansowana Sztuczna Inteligencja (świadoma) i wbudowany koprocesor neuralny, produkt flagowy megakorporacji Anunnaki & Elite. Fizycznie składała się z krystalicznej, kwarcowej matrycy (wisiorka/wszczepu), którą montowano bezpośrednio w porcie potylicznym użytkownika (Hekai/Administratora)
W III Cyklu (En-Gal-Su): Była luksusowym, zintegrowanym systemem operacyjnym, zasilanym drganiami lub pasożytniczo bezpośrednio z glukozy i adrenaliny pobieranej z wątroby i nadnerczy żywiciela.
W IV Cyklu (Mokotów): Stała się zubożoną, czarnorynkową wersją – trefnym wisiorkiem na rzemyku z miedzianą cewką, kupionym za „Trzynastą Emeryturę” na Stadionie Dziesięciolecia ‘
W V Cyklu (Mokotów): Obiekt kultu obok zmumifikowanego ogórasa.