- Opowiadanie: Gryzok_Półpospolity - Urząd kontroli myśli

Urząd kontroli myśli

Za­cznij­my od tego, że wiem, do czego służy pień mózgu. Wiem też, że sy­tu­acja, w któ­rej tenże pień mózgu za­po­mi­na o pod­trzy­my­wa­niu funk­cji ży­cio­wych, jest kom­plet­nie ab­sur­dal­na z bio­lo­gicz­ne­go punk­tu wi­dze­nia. Ale prze­cież to fan­ta­sty­ka, praw­da?

A po dru­gie, mimo że my­ślo­od­bior­ni­ki i my­ślo­na­daj­ni­ki to przy­kła­dy bar­dzo pro­ste­go sło­wo­twór­stwa, to je­stem z wy­my­śle­nia tych słów bar­dzo dumny. :)

Miłej lek­tu­ry!

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla, Użytkownicy, GalicyjskiZakapior

Oceny

Urząd kontroli myśli

W-1015 za­piął ostat­ni guzik ko­szu­li i znów przyj­rzał się swo­je­mu od­bi­ciu w lu­strze. Czar­ne włosy miał sta­ran­nie za­cze­sa­ne do tyłu, do­pie­ro co przy­cię­ta broda nie szpe­ci­ła po­licz­ków, a koł­nierz stał, oka­la­jąc krót­ką szyję. Wszyst­ko było w do­sko­na­łym po­rząd­ku. Chwy­cił mię­dzy palce przy­pin­kę Re­gio­nal­ne­go Urzę­du Kon­tro­li Myśli, wsłu­chu­jąc się w do­bie­ga­ją­cy z są­sied­nie­go po­miesz­cze­nia głos spi­ke­ra ra­dio­we­go:

– Prze­cho­dzi­my do har­mo­no­gra­mu po­go­dy. Wiel­ki Do­bro­czyń­ca ob­da­rzył nas sło­necz­nym dniem. Do czter­na­stej bę­dzie nie­wiel­kie za­chmu­rze­nie, a tem­pe­ra­tu­ra utrzy­ma się w oko­li­cach dwu­dzie­stu dwóch stop­ni. Mię­dzy czter­na­stą a pięt­na­stą chmu­ry za­gęsz­czą się, a Wiel­ki Do­bro­czyń­ca wspo­mo­że desz­czem rol­ni­ków wy­trwa­le pra­cu­ją­cych dla dobra Pań­stwa. Po­trwa on dwie go­dzi­ny, albo dłu­żej, jeśli Wiel­ki Do­bro­czyń­ca uzna to za sto­sow­ne. Na wie­czór chmu­ry prze­rze­dzą się, w związ­ku z czym w go­dzi­nach dzie­więt­na­sta dwu­dzie­sta otrzy­ma­my dar w po­sta­ci pięk­ne­go za­cho­du słoń­ca.

Do­bro­czyń­cy dzię­ki – po­my­ślał W, a błę­kit­ne pu­de­łecz­ko my­ślo­od­bior­ni­ka za­wie­szo­ne­go pod su­fi­tem przy­ję­ło te słowa i po­sła­ło do któ­re­goś z wielu Urzę­dów Kon­tro­li Myśli, by ktoś je usły­szał, za­twier­dził ich zgod­ność z do­brem pu­blicz­nym i prze­szedł do na­stęp­ne­go oby­wa­te­la. Albo by nikt ich nie usły­szał. Nigdy nie było wia­do­mo, czy jakiś do­bro­tli­wy urzęd­nik nie wsłu­chu­je się w we­wnętrz­ny mo­no­log, go­to­wy zgło­sić wy­stęp­ki, czy może myśli po­zo­sta­ną w tylko jed­nej gło­wie, zu­peł­nie jak w za­mierz­chłych cza­sach ska­za­nych przez Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cę na za­po­mnie­nie.

Dla­te­go wła­śnie sys­tem kon­tro­li myśli tak do­brze uczył po­ko­ry oraz mi­ło­ści do Pań­stwa i Do­bro­czyń­cy. W-1015 uśmiech­nął się na myśl, że tak prze­cież stara idea pa­nop­ti­ko­nu pod ku­ra­te­lą Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cy za­pew­nia­ła do­sko­na­ły po­rzą­dek trzem mi­liar­dom szczę­śli­wych oby­wa­te­li Pań­stwa.

Jego myśli roz­pierz­chły się na dzwo­nek te­le­fo­nu. Odło­żył przy­pin­kę i po­pę­dził do ko­ry­ta­rza. Przy drzwiach wej­ścio­wych wmon­to­wa­ny w ścia­nę był panel te­le­fo­nu sta­cjo­nar­ne­go z kla­wia­tu­rą nu­me­rycz­ną. Słu­chaw­ka drga­ła, do­ma­ga­jąc się ode­bra­nia. Małe ma­gne­sy trzy­ma­ją­ce ją przy ścia­nie ustą­pi­ły, gdy W-1015 chwy­cił ją i przy­sta­wił do ust.

– Tu W-1015. Kto dzwo­ni?

– Cześć, W. Tu K.

– Och, witaj. To coś pil­ne­go? Zaraz muszę wy­cho­dzić.

– Nie, nic ta­kie­go… Słu­chaj, spo­tka­my się o dzie­więt­na­stej za­grać w te­ni­sa? W dwu­dzie­stym pią­tym ośrod­ku re­kre­acji?

– Jasne, do zo­ba­cze­nia.

– Do zo­ba­cze­nia. – Mię­dzy słowa wbił się klin ciszy. – I chwa­ła Do­bro­czyń­cy – do­koń­czył K-821.

– Chwa­ła Do­bro­czyń­cy. – W-1015 oddał słu­chaw­kę ma­gne­som i wró­cił do ła­zien­ki.

Spi­ker w radiu w ciągu krót­kiej roz­mo­wy zdą­żył przejść do na­stęp­ne­go te­ma­tu:

– Wiel­ki Do­bro­czyń­ca z ra­do­ścią in­for­mu­je, że testy my­ślo­na­daj­ni­ków wy­ko­na­ne na skie­ro­wa­nych na re­edu­ka­cję my­ślo­zbrod­nia­rzach ni­skie­go szcze­bla wy­pa­dły po­myśl­nie. Wdro­żo­no je do pro­duk­cji ma­so­wej i do końca ty­go­dnia zo­sta­ną one udo­stęp­nio­ne za­rzą­dom osie­dli do mon­ta­żu w miesz­ka­niach. Wiel­ki Do­bro­czyń­ca za­uwa­ża, że jest to epo­ko­we wy­da­rze­nie, które w każ­dym umy­śle za­ko­rze­ni pra­wo­myśl­ność i umi­ło­wa­nie po­rząd­ku. Za­pew­nia przy tym, że oso­bi­ście bę­dzie two­rzył co­dzien­ny pro­gram. Dzię­ki my­ślo­na­daj­ni­kom głos mą­dro­ści Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cy oświe­ci każ­de­go z nas, a jego myśli staną się na­szy­mi my­śla­mi. Dzię­ki dłu­go­trwa­łe­mu nada­wa­niu w każ­dym, nawet naj­bar­dziej zwy­rod­nia­łym umy­śle za­ko­rze­nio­na zo­sta­nie mą­drość i do­broć Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cy. Wszy­scy sta­nie­my się do­sko­na­le rów­ny­mi, szczę­śli­wy­mi człon­ka­mi wiel­kiej ro­dzi­ny, któ­rej ojcem był, jest i już za­wsze bę­dzie Wiel­ki Do­bro­czyń­ca.

Ręka W-1015 wraz z trzy­ma­ną przy­pin­ką za­drża­ła. Przez jego głowę prze­mknę­ła ir­ra­cjo­nal­na opi­nia, że wo­lał­by sa­me­mu kształ­to­wać swoje myśli. Zaraz jed­nak skar­cił się za to. Zgiął się wpół i za­czął szlo­chać, prze­ra­żo­ny tym, że sprze­ciw wobec Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cy obej­mu­je choć­by mały za­ułek jego umy­słu.

Prze­pra­szam, Do­bro­czyń­co! Prze­pra­szam cię, Do­bro­czyń­co, za moją godną po­ża­ło­wa­nia ludz­ką sła­bość i nie­zro­zu­mie­nie twej wiel­ko­ści! – za­czął po­wta­rzać w gło­wie.

Kiedy po­czuł, że prze­pę­dził precz tę par­szy­wą myśl, wy­pro­sto­wał się i spoj­rzał wil­got­ny­mi ocza­mi na swoje od­bi­cie w lu­strze.

Nie­szczę­ście było naj­więk­szą tra­ge­dią w hi­sto­rii ludz­ko­ści i je­dy­nie pod opie­ką Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cy mo­że­my nie po­wtó­rzyć tych błę­dów – po­wtó­rzył kilka razy pań­stwo­wą man­trę i po­czuł się le­piej.

Wpiął przy­pin­kę w ko­szu­lę i czym prę­dzej wy­szedł z miesz­ka­nia, nie chcąc spóź­nić się do pracy.

Wnet zna­lazł się na sze­ro­kim wy­bru­ko­wa­nym chod­ni­ku bie­gną­cym wzdłuż rzędu blo­ków za­miesz­ki­wa­nych przez pra­cow­ni­ków Dwu­na­ste­go Re­gio­nal­ne­go Urzę­du Kon­tro­li Myśli. W-1015 czuł się le­piej, będąc oto­czo­ny przez do­brze zna­nych mu męż­czyzn i ko­bie­ty, co do któ­rych myśli nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści. Za­wsze czuł się le­piej w tłu­mie. W morzu za­ufa­nia i roz­sąd­ku, który opa­no­wy­wał rów­nież jego. Do­brze było wie­dzieć, że nawet jeśli za­wie­dzie, utra­ta jed­ne­go try­bi­ka nie za­trzy­ma po­tęż­nej ma­szy­ny dobra.

Chwa­ła Do­bro­czyń­cy. Niech żyje Do­bro­czyń­ca – po­wtó­rzył w my­ślach kilka razy, by upew­nić się, że bez­czel­na po­ran­na myśl wy­co­fa­ła się z po­wro­tem do swo­je­go ba­stio­nu.

Po­środ­ku chod­ni­ka cią­gnę­ły się słupy, na któ­rych wi­sia­ły lampy i my­ślo­od­bior­ni­ki. Co pięć lamp wi­sia­ły rów­nież nie­wiel­kie te­le­bi­my wy­świe­tla­ją­ce naj­now­sze wia­do­mo­ści.

WIEL­KI DO­BRO­CZYŃ­CA STA­NOW­CZO PO­TĘ­PIA WY­ELI­MI­NO­WA­NE­GO WCZO­RAJ MY­ŚLO­ZBROD­NIA­RZA – gło­sił jeden, obok któ­re­go W-1015 prze­cho­dził.

W-1015 uśmiech­nął się na myśl o wczo­raj­szej eli­mi­na­cji. Trans­mi­to­wa­no ją w te­le­wi­zji, jak zresz­tą każdą. Wy­eli­mi­no­wa­ny zo­stał pi­sarz, któ­re­go numer obił się kilka razy o uszy W-1015, od­po­wie­dzial­ny za tak po­waż­ną my­ślo­zbrod­nię, że dla dobra pu­blicz­ne­go nie po­da­no jej do in­for­ma­cji pu­blicz­nej. Widok był rów­nie ża­ło­sny, co ko­micz­ny. Męż­czy­zna bił w drzwi do ko­mo­ry i widać było, że krzy­czał, choć w ko­mo­rze nie mon­to­wa­no mi­kro­fo­nów, by my­ślo­zbrod­nia­rze nie do­sta­li moż­li­wo­ści na­ma­wia­nia do swo­ich wy­pa­czeń in­nych oby­wa­te­li. Póź­niej, kiedy był zbyt wy­czer­pa­ny, a ulat­nia­ją­cy się gaz do­dat­ko­wo osła­bił jego or­ga­nizm, klę­czał tylko, aż w końcu, cięż­ko dy­sząc, oparł się o ścia­nę i pła­kał, jakby chciał tym wzbu­dzić li­tość Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cy. Wszy­scy eli­mi­no­wa­ni my­ślo­zbrod­nia­rze tacy byli, ze­tknię­ci z po­tę­gą Pań­stwa, prze­ciw któ­re­mu bluź­ni­li, za­mie­nia­li się w zwie­rzę­ta. Ale Wiel­ki Do­bro­czyń­ca wie­dział, że będąc ojcem trzech mi­liar­dów dzie­ci, nie­kie­dy musi być w swej mi­ło­ści bez­względ­ny.

Roz­my­śla­nia za­ję­ły W-1015 całą drogę i szyb­ko zna­lazł się przed wro­ta­mi Dwu­na­ste­go Re­gio­nal­ne­go Urzę­du Kon­tro­li Myśli.

Po­wi­nie­nem się bar­dziej pil­no­wać. Błą­dze­nie my­śla­mi to mar­no­wa­nie po­ten­cja­łu, który mógł­by zo­stać wy­ko­rzy­sta­ny dla dobra Pań­stwa – skar­cił się.

Wszedł do środ­ka i dał swoją przy­pin­kę ochro­nia­rzo­wi pil­nu­ją­ce­mu do­stę­pu do bu­dyn­ku. Gdy ten zna­lazł numer W-1015 w li­ście pra­cow­ni­ków, oddał przy­pin­kę i ży­czył uda­nej pracy.

– Chwa­ła Do­bro­czyń­cy! – rzu­cił W-1015, prze­cho­dząc przez bram­kę.

Spoj­rzał na duży zegar ścien­ny. Wska­zów­ka mi­nu­to­wa za­trzy­ma­ła się na za­tar­tej licz­bie pięć­dzie­siąt sie­dem, a wska­zów­ka go­dzi­no­wa cier­pli­wie cze­ka­ła, by wska­zać ósmą. W-1015 przy­spie­szył kroku. Urząd był ogrom­ny, a jego ga­bi­net znaj­do­wał się w nie­daw­no wznie­sio­nej czę­ści, miał więc nie­ma­łą drogę do prze­by­cia.

Wpadł do swo­je­go ga­bi­ne­tu dwie po ósmej. Usiadł w skó­rza­nym fo­te­lu i ro­zej­rzał po cia­snym po­ko­iku iden­tycz­nym z set­ka­mi in­nych w urzę­dzie. Zaraz prze­niósł wzrok na biur­ko, na któ­rym stał cięż­ki panel ob­słu­gi my­ślo­od­bior­ni­ka, a nad nim gó­ro­wał wiel­ki, cięż­ki mo­ni­tor. W ścia­nie była wąska, po­dłuż­na dziu­ra, do któ­rej wkła­da­ło się ra­port. Pod nią le­ża­ła stu­stro­ni­co­wa in­struk­cja skła­da­nia ra­por­tów i pu­de­łecz­ko z go­to­wy­mi for­mu­la­rza­mi, które wy­star­czy­ło wy­peł­nić. W sza­rym kubku było kilka dłu­go­pi­sów.

W-1015 wes­tchnął i wci­snął na pa­ne­lu duży biały przy­cisk pod­pi­sa­ny „START”. Mo­ni­tor za­świe­cił się i po chwi­li po­ka­zał chod­nik, któ­rym kro­czy­ło nie­wie­lu ludzi, głów­nie stró­żów trzy­ma­ją­cych ka­ra­bi­ny zwie­szo­ne lufą w dół. W końcu ulicz­ny my­ślo­od­bior­nik wy­brał mło­de­go stró­ża w gra­na­to­wym mun­du­rze, na któ­rym sku­pi­ła się ka­me­ra. Z gło­śni­ków po­pły­nę­ła ka­ko­fo­nia trza­sków i szumu, aż W-1015 mu­siał za­tkać uszy. Spoj­rzał na panel i ob­ró­cił po­krę­tło pod­pi­sa­ne „DŁU­GOŚĆ FAL MY­ŚLO­WYCH”. Szum przy­cichł, a trza­ski usta­ły. Dało się zro­zu­mieć po­je­dyn­cze słowa we­wnętrz­ne­go mo­no­lo­gu, a na mo­ni­to­rze w ru­bry­ce „NUMER” swoje miej­sce upa­trzy­ła li­te­ra G, je­dy­nie licz­ba wa­ha­ła się mię­dzy kil­ku­na­sto­ma opcja­mi. U każ­de­go czło­wie­ka numer, a w za­mierz­chłych cza­sach imię, było cią­gle po­wta­rza­ne w my­ślach, mimo że sam my­śli­ciel nie zda­wał sobie z tego spra­wy, i dało się je od­se­pa­ro­wać, od­po­wied­nio re­gu­lu­jąc my­ślo­od­bior­nik.

W-1015 prze­cią­gnął na lewo suwak pod­pi­sa­ny „PRE­CY­ZJA RE­GU­LO­WA­NIA DŁU­GO­ŚCI FAL MY­ŚLO­WYCH”, by pre­cy­zyj­niej do­sto­so­wać się do myśli stró­ża. Po­wo­li ob­ra­cał po­krę­tło, aż numer stró­ża stał się jasny. G-9732. Z gło­śni­ków po­pły­nę­ły słowa we­wnętrz­ne­go mo­no­lo­gu:

– …i po co wy­sy­ła­ją nas tylu do pa­tro­lo­wa­nia ośrod­ków re­kre­acji? Jeden by wy­star­czył, a resz­tę by się wy­sła­ło do pil­no­wa­nia obiek­tów o wy­so­kim stop­niu za­gro­że­nia. Po co tyle chło­pa ma stać i pil­no­wać fil­mów?

W-1015 skrzy­wił się i chwi­lę roz­wa­żał, czy włą­czyć ma­gne­to­fon. Otwo­rzył in­struk­cję ra­por­to­wa­nia na te­ma­cie „Kwe­stio­no­wa­nie sys­te­mu o ni­skim stop­niu za­gro­że­nia”. Tak jak pa­mię­tał, nic po­waż­ne­go, je­dy­nie kilka kur­sów re­edu­ka­cyj­nych. Już chciał włą­czyć ma­gne­to­fon i wy­cią­gnąć for­mu­larz, gdy z gło­śni­ków do­bie­gło:

– A, co ja pie­przę, stró­żem je­stem, nie lo­gi­sty­kiem za­so­bów ludz­kich. Wi­docz­nie cze­goś nie ro­zu­miem. Trud­no. Wy­sła­li nas tu, więc musi to być ważne.

Niech mu bę­dzie – po­my­ślał W-1015. Zro­zu­miał swoje miej­sce. Re­edu­ka­cja nie jest po­trzeb­na.

Na pa­ne­lu na­ci­snął mały trój­kąt i prze­niósł się do na­stęp­nej osoby.

Mo­ni­tor po­ka­zał halę, w któ­rej w rów­nych rzę­dach usta­wio­ne były kro­sna ob­słu­gi­wa­ne przez pra­cow­ni­ków w nie­bie­skich kom­bi­ne­zo­nach. Po chwi­li ka­me­ra zo­gni­sko­wa­ła się na jed­nej z ko­biet, a z gło­śni­ków znów po­pły­nął szum. Kiedy W-1015 wy­re­gu­lo­wał dłu­gość od­bie­ra­nych fal my­ślo­wych, do­wie­dział się, że kon­tro­lo­wa­na ko­bie­ta na­zy­wa się B-3206.

– Przy­da­ło­by się coś przy­go­to­wać na tę ostat­nią ko­la­cję z L – popłynęło z głośników. – Bo skur­wy­sy­ny z Urzę­du Mi­ło­sne­go nie prze­dłu­żą nam umowy. Nie, bo prze­cież rok spo­ty­ka­nia się z jed­nym fa­ce­tem to już zbyt wiele…

W-1015 wy­trzesz­czył oczy. Pod­wa­ża­nie słusz­no­ści in­sty­tu­cji… Po­krę­cił głową. Jeśli do­brze pa­mię­tał, to ma­te­riał na cięż­ką re­edu­ka­cję. Albo od razu eli­mi­na­cja. Z ca­łe­go tego szoku za­po­mniał włą­czyć ma­gne­to­fon. Do­pie­ro po chwi­li się opa­mię­tał i wci­snął na pa­ne­lu od­po­wied­ni przy­cisk, i od tego mo­men­tu gdzieś głę­bo­ko w trze­wiach ma­szy­ny każde słowo było za­pi­sy­wa­ne na ta­śmie. Wy­cią­gnął for­mu­larz i chwy­cił dłu­go­pis, gdy z gło­śni­ków po­pły­nę­ły na­stęp­ne słowa:

– Bo cho­ler­ny Do­bro­czyń­ca przy­ka­zał, że dłu­gie związ­ki pro­wa­dzą do de­ge­ne­ra­cji… co za pier­do­le­nie. Niby co jest złego w zna­jo­mo­ści z L… – Na ekra­nie ko­bie­ta pod­nio­sła głowę i spoj­rza­ła pro­sto na my­ślo­od­bior­nik. – Cho­le­ra, oby nikt nie słu­chał… Ale prze­cież ilu ich tam może być?

No, to się zdzi­wi – po­my­ślał W-1015, z obrzy­dze­niem wy­dy­ma­jąc usta. Teraz to już pro­sto na eli­mi­na­cję, jak nic.

Ko­bie­ta opa­mię­ta­ła się i jej myśli uci­chły, więc W-1015 na­ci­snął przy­cisk koń­czą­cy na­gry­wa­nie. Po chwi­li od­sło­nił klap­kę po lewej stro­nie pa­ne­lu i wy­cią­gnął stam­tąd go­to­wą do wy­sła­nia szpu­lę ma­gne­to­fo­no­wą. Pod­pi­sał ją „B-3206”, szyb­ko uzu­peł­nił for­mu­larz i wrzu­cił oba do szpa­ry w ścia­nie, skąd po­pły­nę­ły nie­zna­ny­mi ka­na­ła­mi pro­sto do Urzę­du Ochro­ny Dobra Pu­blicz­ne­go. Usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny do­brze wy­ko­na­ną pracą ku chwa­le Pań­stwa, prze­szedł do na­stęp­ne­go oby­wa­te­la.

Po kilka minut przy­słu­chi­wał się ko­lej­nym oso­bom, a jego serce roz­pie­ra­ła ra­dość, gdy przy­słu­chi­wał się do­sko­na­le słusz­nym my­ślom. Ko­bie­ta ukła­da­ją­ca bu­kiet na Sesję Kon­tem­pla­cji w ośrod­ku re­kre­acji, pra­cow­nik uczest­ni­czą­cy w bu­do­wie no­we­go osie­dla, na­uczy­ciel­ka przed­sta­wia­ją­ca swoim pod­opiecz­nym ota­cza­ją­cą je mi­łość Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cy. Wszy­scy po­świę­ce­ni pracy, po­słusz­ni wobec Pań­stwa i wiel­bią­cy Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cę. W-1015 ko­chał wsłu­chi­wać się we wzo­ro­we myśli dzie­sią­tek przy­kład­nych oby­wa­te­li. Czuł się wtedy jak tech­nik przy­glą­da­ją­cy się dzia­ła­ją­cej bez za­kłó­ceń ma­szy­nie, albo rol­nik do­glą­da­ją­cy zdro­wej ro­śli­ny.

Na­ci­snął trój­kąt na pa­ne­lu, a ekran po­ka­zał bi­blio­te­kę pełną ksią­żek.

Ośro­dek re­kre­acji, jak nic.

Po­śród me­ta­lo­wych re­ga­łów krzą­tał się tylko jeden męż­czy­zna, który wydał się W-1015 zna­jo­my. My­ślo­od­bior­nik, nie­roz­pro­szo­ny mię­dzy dzie­siąt­ki róż­nych myśli, zaraz go wy­brał, a ka­me­ra sku­pi­ła się na nim. W-1015 zmarsz­czył brwi, prze­czu­wa­jąc, kogo widzi. Po do­stro­je­niu my­ślo­od­bior­ni­ka w ru­bry­ce „NUMER” po­ja­wi­ło się K-821.

O cho­le­ra – prze­mknę­ło W-1015 przez myśl. Żebym tra­fił aku­rat na K, cóż za przy­pa­dek. – Ro­ze­śmiał się, roz­siadł wy­god­niej w fo­te­lu i dodał: Zo­bacz­my, co sobie myśli.

Na ekra­nie K-821 pod­szedł do ko­lej­ne­go re­ga­łu, cią­gnąc za sobą mały wózek. Wyjął książ­kę, prze­czy­tał tytuł, spoj­rzał na trzy­ma­ną w dru­giej ręce kart­kę, znów na szpu­lę i z gło­śni­ków wy­do­by­ło się:

– Kurwa, na­praw­dę? „Pod ko­pu­łą cyrku” idzie do spa­le­nia? I co im zro­bi­ła ta bied­na książ­ka? Cho­le­ra, dobra była. – Spoj­rzał na regał i po­krę­cił głową. – I zaraz kil­ka­dzie­siąt ksią­żek do pieca? Co za pa­ra­no­ja. I z ja­kie­go po­wo­du? – K-821 wbił spoj­rze­nie w kart­kę.

Mo­ment – po­my­ślał W-1015. Prze­cież autor był…

– No tak – ode­zwa­ły się gło­śni­ki – autor po­szedł do eli­mi­na­cji. Ale że raz bie­da­ka przy­ła­pa­li i teraz wszyst­ko, co na­pi­sał, ma znik­nąć?

W-1015 po­bladł. Kwe­stio­no­wa­nie za­gro­że­nia dobra pu­blicz­ne­go. Cięż­ka re­edu­ka­cja i zmia­na przy­dzia­łu. Chwi­lę się wahał i drżą­cym pal­cem na­ci­snął przy­cisk roz­po­czy­na­ją­cy na­gry­wa­nie. Nie­na­wi­dził się za­rów­no za to, że go na­ci­snął i za to, że jakaś część jego mózgu chcia­ła go nie na­ci­snąć. Żo­łą­dek za­wią­zał mu się na supeł, gdy usły­szał dal­sze słowa:

– Cho­le­ra… Kiedy to kawał do­brej li­te­ra­tu­ry. Nie tego chła­mu, który dają nam teraz. – Za­czął tupać i raz jesz­cze spoj­rzał na książ­kę. – Pieprzyć Do­bro­czyń­cę, niby jaka jest szan­sa, że mnie ktoś teraz sły­szy? – Wło­żył książ­kę do we­wnętrz­nej kie­sze­ni płasz­cza, a te le­żą­ce na re­ga­le zgar­nął do wózka. – Jedną zo­sta­wię… może nikt nie za­uwa­ży. – Po­szedł dalej, cią­gnąc za sobą nieco cięż­szy wózek.

W-1015 pa­trzył na to prze­ra­żo­ny. Spoj­rzał na panel, a przy­ci­ski, które znał le­piej niż wła­sne miesz­ka­nie, za­czę­ły mu się zle­wać. Wo­dząc po nich pal­cem, szu­kał tego od­po­wie­dzial­ne­go za za­koń­cze­nie na­gra­nia.

Kurwa, kurwa, kurwa… K, dla­cze­go ty mi to ro­bisz?!

Zna­lazł i na­ci­snął. Wyjął szpu­lę i chwi­lę się jej przy­glą­dał. Za­darł głowę i spoj­rzał na za­wie­szo­ne pod su­fi­tem pu­de­łecz­ko my­ślo­od­bior­ni­ka.

Kurwa, i co teraz zro­bić? Słu­cha­ją mnie? Nie… Tak… Może… Kurwa!

Scho­wał szpu­lę do kie­sze­ni płasz­cza i na­ci­snął trój­kąt na pa­ne­lu. Ode­tchnął z ulgą, wi­dząc, że nic się nie stało. Zu­peł­nie jakby ocze­ki­wał, że kiedy tylko scho­wa szpu­lę, za­cznie się ulat­niać gaz, a on w kilka minut skona, plu­jąc krwią. Ale nic się nie dzia­ło. Z gło­śni­ków po­pły­nął zna­jo­my szum, gdy na ekra­nie po­ja­wi­ła się ko­lej­na ko­bie­ta. Wszyst­ko to­czy­ło się swoim bie­giem.

Ja… cholera, ja… – urwał myśl wpół, oba­wia­jąc się, że może ktoś wła­śnie za­czął go słu­chać. Do­pie­ro po chwi­li do­koń­czył: zro­bi­łem… to. – Nie był w sta­nie oce­nić, czy wła­śnie się zbesz­tał, czy po­chwa­lił. Chyba oba naraz.

Minął kwa­drans, a serce W-1015 wró­ci­ło do nor­mal­ne­go rytmu. Do­stra­jał my­ślo­od­bior­nik do pew­ne­go pra­cow­ni­ka pral­ni, gdy drzwi do ga­bi­ne­tu otwar­ły się i sta­nął w nich męż­czy­zna ubra­ny w czar­ny mun­dur.

– Tak…? – za­czął W-1015, gdy męż­czy­zna chwy­cił go za gar­dło i wy­cią­gnął z ga­bi­ne­tu. – Prze­pra­szam, coś się stało? – wy­du­sił pi­skli­wym gło­sem przez ści­śnię­tą krtań.

Do­pie­ro wtedy za­uwa­żył dwóch in­nych męż­czyzn w czer­ni, któ­rzy wpa­dli do ga­bi­ne­tu i za­czę­li wszyst­ko prze­wra­cać do góry no­ga­mi, jak­kol­wiek nie­wie­le było tam rze­czy. Jeden z nich chwy­cił płaszcz i za­czął grze­bać w kie­sze­niach.

O cho­le­ra – prze­mknę­ło przez myśl W-1015. Pierw­sza kie­szeń, druga kie­szeń…

Wy­cią­gnął kli­szę ma­gne­to­fo­no­wą, która była dla K-821 bi­le­tem do ko­mo­ry eli­mi­na­cyj­nej. I dla W-1015 praw­do­po­dob­nie też.

Pierw­szy męż­czy­zna, jak szyb­ko wy­de­du­ko­wał W-1015, ofi­cer, spoj­rzał mu w oczy i burk­nął:

– Kry­je­cie my­ślo­zbrod­nia­rzy, co, oby­wa­te­lu?

Z twa­rzy W-1015 od­pły­nę­ła cała krew. Mógł­by grać w fil­mie trupa. Wła­ści­wie był tru­pem. Stał się nim w mo­men­cie, w któ­rym in­spek­tor wyjął kli­szę z kie­sze­ni płasz­cza.

– Po­daj­cie mi to, T-742 – po­wie­dział ofi­cer, a funk­cjo­na­riusz po­słusz­nie wrę­czył kli­szę. – J-2009, nie mu­si­cie już szu­kać. – Drugi funk­cjo­na­riusz prze­stał roz­trzą­sać nie­wy­peł­nio­ne for­mu­la­rze i od­wró­cił się do ofi­ce­ra.

– Oby­wa­te­lu ofi­ce­rze – wy­du­kał W-1015 – to jest… pusta kli­sza. Przy­pad­kiem na­ci­sną­łem przy­cisk i za­czę­ły się na­gry­wać myśli przy­kład­ne­go oby­wa­te­la… na­praw­dę, to nic ta­kie­go.

– Do­praw­dy? Dla­cze­go więc scho­wa­li­ście ją do płasz­cza, oby­wa­te­lu kon­tro­le­rze, co?

– Ja… chcia­łem ją zu­ty­li­zo­wać po pracy…

Ofi­cer po­ki­wał głową, szy­der­czo się uśmie­cha­jąc:

– Zu­ty­li­zu­je­my ją za was, oby­wa­te­lu. Ale wpierw od­słu­cha ją wy­rocz­nia spra­wie­dli­wo­ści.

W-1015 chciał coś po­wie­dzieć, ale słowa utknę­ły mu w gar­dle. Po­ki­wał smęt­nie głową, a dwaj in­spek­to­rzy chwy­ci­li go mocno pod ramię i po­dą­ży­li za ofi­ce­rem.

– Teraz już po­roz­ma­wiaj­my na po­waż­nie, W-1015 – ode­zwał się w po­ło­wie ko­ry­ta­rza ofi­cer, nie spo­glą­da­jąc na oskar­żo­ne­go. – Jak czło­wiek z czło­wie­kiem, jak­kol­wiek czło­wie­kiem nie je­ste­ście. Je­ste­ście prze­cież my­ślo­zbrod­nia­rzem kry­ją­cym in­ne­go my­ślo­zbrod­nia­rza. Po­wiedz­cie więc, jaki numer ma ten K?

– Słu­cham? – wy­du­kał W-1015.

– Chcia­łem z wami po­roz­ma­wiać jak z czło­wie­kiem, ale wi­docz­nie się nie da. – Za­trzy­mał się i od­wró­cił. – Jaki jest numer K, któ­re­go pró­bu­je­cie kryć? – rzekł, sy­la­bi­zu­jąc, jak do dziec­ka.

– Kiedy ja nie…

Ofi­cer chwy­cił go za gar­dło tak, że przed ocza­mi W-1015 mi­gnę­ła cze­ka­ją­ca na niego ko­stu­cha. Uścisk ze­lżał, po­zwa­la­jąc mu za­czerp­nąć haust po­wie­trza.

– Wiel­ki Do­bro­czyń­ca by się po­rzy­gał na widok tak obrzy­dli­wie tę­pe­go tworu, jak wy. – Ofi­cer sam miał skwa­szo­ną minę, wi­docz­nie po­dzie­la­jąc myśli Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cy. – Mam trans­krypt wa­szych myśli, oby­wa­te­lu. Wiem, że kry­je­cie ja­kie­goś K, a teraz wy­szcze­ka­cie mi jego numer, albo zdech­nie­cie już tutaj. 

Na po­twier­dze­nie swo­ich słów znów za­ci­snął dło­nie na szyi W-1015, za­cie­śnia­jąc je z każdą mil­czą­cą se­kun­dą. W gło­wie W-1015 przy­ja­ciel wal­czył z Wiel­kim Do­bro­czyń­cą o to, czy zo­sta­nie wy­da­ny. Za­miast któ­re­goś z nich pierw­szy ode­zwał się in­stynkt prze­trwa­nia:

– 821! – krzyk­nął przez ści­śnię­te gar­dło W-1015, szlo­cha­jąc. Dło­nie pu­ści­ły, a ofi­cer wraz z pod­wład­ny­mi po­szli dalej, cią­gnąc pła­czą­ce­go oskar­żo­ne­go.

Dla­cze­go Do­bro­czyń­ca mi to robi?! – za­py­tał się w my­ślach W-1015, aż przy­szła od­po­wiedź: Ja na­praw­dę je­stem my­ślo­zbrod­nia­rzem. I K też jest my­ślo­zbrod­nia­rzem…

Potok myśli prze­rwał su­ro­wy głos ofi­ce­ra:

– W-1015, za­cho­waj­cie tę odro­bi­nę god­no­ści, któ­rej macie mniej niż ka­ra­luch, i nie prze­szka­dzaj­cie pra­cu­ją­cym oby­wa­te­lom wa­szym ża­ło­snym pła­czem.

W-1015 po­słu­chał i je­dy­nie co jakiś czas chli­pał, pod­czas gdy in­spek­to­rzy cią­gnę­li go ko­ry­ta­rza­mi urzę­du. Na ze­wnątrz był cichy, ale we­wnątrz trwa­ła gło­śna walka.

Prze­cież ja nie je­stem my­ślo­zbrod­nia­rzem! – po­my­ślał W-1015. Nigdy nie byłem! Cho­le­ra, ja prze­cież ko­cham Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cę! Dla­cze­go to się stało? – We­wnętrz­ny spór ucichł, aż po chwi­li na­de­szła od­po­wiedź: To przez K! Kurwa, to on jest my­ślo­zbrod­nia­rzem! Wy­ko­rzy­stał mnie! Po­wi­nie­nem był za­ra­por­to­wać na tego skur­wy­sy­na. Zma­ni­pu­lo­wał mnie!

Ko­ry­tarz sły­szał tylko kroki trzech par cięż­kich butów, ale my­ślo­od­bior­ni­ki były świad­ka­mi kontr­ata­ku dru­giej stro­ny sporu w umy­śle W-1015.

Co ja pie­przę?! Prze­cież K nic nie zro­bił… Ja wy­sta­wi­łem przy­ja­cie­la! Ale jeśli on jest nie­win­ny, to zna­czy, że prawo Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cy jest nie­spra­wie­dli­we… Kiedy prze­cież Do­bro­czyń­ca nie może się mylić! Jak to może być moż­li­we, że K jest nie­win­ny, a Do­bro­czyń­ca się nie myli? Czyli jed­nak K jest winny? Kuźwa!

Chłod­ne po­wie­trze prze­rwa­ło potok myśli. Ro­zej­rzał się wo­ko­ło. Na wy­bru­ko­wa­nym pla­cy­ku stał he­li­kop­ter, do któ­re­go cią­gnę­li go in­spek­to­rzy. Dalej rosły za­nie­dba­ne krza­ki, a za nimi stał bu­dy­nek przy­po­mi­na­ją­cy Dwu­na­sty Urząd Kon­tro­li Myśli.

Urząd Ochro­ny Dobra Pu­blicz­ne­go? – prze­szło mu przez myśl, gdy zo­stał wrzu­co­ny na tylną ka­na­pę he­li­kop­te­ra. Nigdy nie za­pu­ścił się w tamte oko­li­ce, ale UODP nie mógł być da­le­ko od UKM, skoro kli­sze i ra­por­ty pły­nę­ły tak szyb­ko.

Jeden z in­spek­to­rów prze­ci­snął się mię­dzy nim a wsu­nię­tym fo­te­lem pi­lo­ta i usiadł na prawo od W-1015. Po chwi­li do he­li­kop­te­ra wgra­mo­lił się drugi in­spek­tor, który zajął miej­sce na lewo od oskar­żo­ne­go i wy­su­nął z po­wro­tem fotel pi­lo­ta, za­klisz­cza­jąc nogi W-1015. Na fo­te­lu usiadł ofi­cer, który za­trza­snął za sobą drzwi i zaraz włą­czył radio, by zdać ra­port:

– Cen­tra­la? Tu ofi­cer szes­na­stej grupy ope­ra­cyj­nej. Aresz­to­wa­li­śmy sa­bo­ta­ży­stę, W-1015. Ze­znał, że numer my­ślo­zbrod­nia­rza, któ­re­go krył to K-821. Trans­por­tu­je­my sa­bo­ta­ży­stę do Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści. Od­biór.

Po chwi­li z radia wy­do­był się ko­bie­cy głos:

– Tu cen­tra­la. Przy­ję­li­śmy. Lo­ka­li­zu­je­my my­ślo­zbrod­nia­rza i wy­sy­ła­my grupę ope­ra­cyj­ną. Bez od­bio­ru.

Ofi­cer prze­niósł wzrok na panel pełen przy­ci­sków. Na­ci­snął kilka z nich i po­cią­gnął dźwi­gnię, a he­li­kop­ter wzbił się pio­no­wo. Po chwi­li le­cie­li nad bia­ły­mi za­bu­do­wa­nia­mi i po­ła­cia­mi nie­za­go­spo­da­ro­wa­nej zie­le­ni.

– W-1015 – rzekł ofi­cer – chcę, że­by­ście wie­dzie­li, że je­ste­ście je­ba­nym zwie­rzę­ciem, naj­niż­szą formą życia na Ziemi. Gdy­bym miał od­po­wied­nie upraw­nie­nia, za­je­bał­bym was na miej­scu. Po­win­ni­ście sobie uświa­do­mić, że ży­je­cie wciąż je­dy­nie dzię­ki łasce Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cy, ale wasz zde­pra­wo­wa­ny umysł nie jest w sta­nie tego pojąć. Gar­dzę wami, W-1015.

Do oczu W-1015 na­pły­nę­ły łzy. Po­chy­lił głowę i rzekł:

– Tak jest.

On ma rację – po­my­ślał. Do­bro­czyń­ca ma rację. Ja to na­praw­dę zro­bi­łem. Wy­stą­pi­łem prze­ciw­ko Pań­stwu. Ja je­stem… – szu­kał przez chwi­lę od­po­wied­nie­go okre­śle­nia, aż je zna­lazł: wa­dli­wy.

He­li­kop­ter sunął po nie­bie, a w środ­ku pa­no­wa­ła cisza. Ofi­cer omia­tał spoj­rze­niem roz­cią­ga­ją­ce się po­ni­żej mia­sto, in­spek­to­rzy wbili wzrok przed sie­bie, a W-1015 wciąż sie­dział sku­lo­ny. Na jego spodnie spa­dło kilka łez.

Je­stem wa­dli­wy – po­wtó­rzył sobie. Kiedy ja nie chcia­łem… To przez to, że byłem nie­uważ­ny. Po­zwo­li­łem na to, by w moim sercu za­kwitł sprze­ciw wobec Do­bro­czyń­cy. To wszyst­ko moja wina.

Ko­lej­ne łzy spły­wa­ły mu po po­licz­kach, by ze­brać się na pod­bród­ku i spaść na spodnie, kiedy przy­szła je­dy­na po­cie­sza­ją­ca myśl:

Jak to do­brze, że Pań­stwo obę­dzie się beze mnie.

Po kilku mi­nu­tach he­li­kop­ter zna­lazł się nad Pa­ła­cem Spra­wie­dli­wo­ści. Był to mo­nu­men­tal­ny i jesz­cze biel­szy od in­nych bu­dy­nek, który przed­sta­wiał sobą wszyst­ko, co naj­wspa­nial­sze w Pań­stwie. Ma­szy­na osia­dła na czar­nym lą­do­wi­sku w kształ­cie koła i po chwi­li W-1015 zdał sobie spra­wę, że wir­ni­ki prze­sta­ły się ob­ra­cać. Pod­niósł głowę i wbił spoj­rze­nie w opar­cie fo­te­la tuż przed nim.

Ofi­cer otwo­rzył drzwi i wy­szedł. In­spek­tor po lewej W-1015 wsu­nął fotel pi­lo­ta i do­łą­czył do niego, cią­gnąc ze sobą trzy­ma­ne­go za nad­gar­stek oskar­żo­ne­go. Po chwi­li he­li­kop­ter opu­ścił drugi in­spek­tor, za­trza­sku­jąc za sobą drzwi. Rów­nież chwy­cił W-1015 za nad­gar­stek i we dwój­kę po­dą­ży­li za ofi­ce­rem.

W-1015 szedł wraz z nimi, po­włó­cząc no­ga­mi. Miał spusz­czo­ną głowę. Nie pła­kał już. Wy­peł­niał go wstręt wobec sa­me­go sie­bie i świa­do­mość tego, że za­wiódł Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cę. 

Nie za­uwa­żył nawet, gdy zo­stał po­pro­wa­dzo­ny kilka pię­ter w dół. Do­pie­ro skrzy­pie­nie po­tęż­nych dę­bo­wych drzwi wy­rwa­ło go z le­tar­gu i skło­ni­ło do pod­nie­sie­nia głowy.

Za drzwia­mi znaj­do­wa­ła się po­grą­żo­na w pół­mro­ku sala są­do­wa. Na jed­nej ze ścian za­wie­szo­ny był ogrom­ny miecz, któ­re­go ostrze umo­czo­ne było we krwi. Na­prze­ciw niego usta­wio­ne były dwie ławy, a za jedną z nich sie­dział męż­czy­zna trzy­ma­ny za ra­mio­na przez dwóch funk­cjo­na­riu­szy w czar­nych mun­du­rach. Brwi W-1015 opa­dły, a wzrok się wy­ostrzył. Skądś znał tego męż­czy­znę.

– K! – krzyk­nął.

K-821 od­wró­cił głowę w jego kie­run­ku. Miał bladą twarz.

– W – po­wie­dział cicho, nie­znacz­nie po­ru­sza­jąc usta­mi, i z po­wro­tem od­wró­cił się w kie­run­ku mie­cza.

Ofi­cer po­zo­sta­wił W-1015 z in­spek­to­ra­mi, któ­rzy usa­do­wi­li go przy dru­giej ławie, trzy­ma­jąc za ra­mio­na. W-1015 w mil­cze­niu pa­trzył na miecz, po­cząt­ko­wo my­śląc jesz­cze nad nie­for­tun­ną sy­tu­acją, w któ­rej się zna­lazł. Szyb­ko prze­stał, nie mając na to siły. Nie mógł znieść sprzecz­nych ze sobą myśli o K. Jego przy­ja­ciel nie mógł być prze­cież nie­win­ny. Wy­stą­pił prze­ciw­ko Pań­stwu i W-1015 był tego świa­dom, a jed­nak coś szep­ta­ło mu do ucha, że to wszyst­ko jest nie­spra­wie­dli­we. Po chwi­li coś in­ne­go kon­tro­wa­ło, że prze­cież prawo Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cy nie może być nie­spra­wie­dli­we. Ten kon­flikt był nie­zno­śny.

Miecz roz­bły­snął ośle­pia­ją­cym świa­tłem. Świa­tłem rów­nie ja­snym co mą­drość Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cy. Świa­tłem, od któ­re­go sa­bo­ta­ży­ści i my­ślo­zbrod­nia­rze od­wra­ca­li wzrok. Rów­no­cze­śnie ze­wsząd za­czął do­bie­gać po­tęż­ny, po­zba­wio­ny emo­cji głos:

– Wy­rocz­nia sta­wia w stan oskar­że­nia oby­wa­te­li K-821 i W-1015, któ­rzy wy­stą­pi­li prze­ciw­ko Wiel­kie­mu Do­bro­czyń­cy, Pań­stwu i szczę­ściu współ­o­by­wa­te­li. O winie K-821 świad­czy po­zy­ska­ny zapis jego myśli.

Po­pły­nął głos K-821 roz­wa­ża­ją­ce­go, co po­wi­nien zro­bić z książ­ką. Słowa, które W-1015 znał aż na­zbyt do­brze.

– Czy oby­wa­tel K-821 przy­zna­je się do świa­do­me­go nie­do­peł­nie­nia otrzy­ma­nych po­le­ceń i na­ra­że­nia współ­o­by­wa­te­li na pro­jek­cję my­ślo­zbrod­ni cza­ją­cej się w umy­śle au­to­ra książ­ki, a tym samym za­gro­że­nia dobru pu­blicz­ne­mu?

Funk­cjo­na­riu­sze po­cią­gnę­li K-821 do góry, a ten sta­nął, od­chrząk­nął i rzekł:

– Ja, K-821, przy­zna­ję się do w pełni świa­do­me­go nie­do­peł­nie­nia otrzy­ma­nych po­le­ceń i próby ura­to­wa­nia książ­ki „Pod ko­pu­łą cyrku”. – Za­milkł na chwi­lę, a po chwi­li dodał: – I nie ża­łu­ję swo­ich czy­nów.

Funk­cjo­na­riu­sze usa­dzi­li go z po­wro­tem, a po­tęż­ny głos za­py­tał:

– Czy oby­wa­tel W-1015 przy­zna­je się do świa­do­me­go za­ta­je­nia cu­dzej my­ślo­zbrod­ni i na­ra­że­nia współ­o­by­wa­te­li na du­cho­we nie­bez­pie­czeń­stwo wy­ni­ka­ją­ce z obec­no­ści my­ślo­zbrod­nia­rza w spo­łe­czeń­stwie, a tym samym za­gro­że­nia dobru pu­blicz­ne­mu?

W-1015 po­czuł ból, gdy funk­cjo­na­riu­sze chwy­ci­li go moc­niej za ra­mio­na i po­cią­gnę­li do góry. Zda­wa­ło mu się, że gdyby nie ich że­la­zny uścisk, upadł­by na pod­ło­gę. Na jego czole po­ja­wi­ły się kro­ple potu, gdy za­czął mówić:

– Ja, W-1015 przy­zna­ję się do za­ta­je­nia my­ślo­zbrod­ni K-821. – Chciał po­wie­dzieć wię­cej, ale język za­czął mu się plą­tać.

– Czy oby­wa­tel W-1015 przy­zna­je, że do­ko­nał tego świa­do­mie?

Do jego oczu na­pły­nę­ły łzy i z opusz­czo­ną głową wy­ją­kał:

– Przy­zna­ję się do tego, że świa­do­mie do­ko­na­łem sa­bo­ta­żu. – Nagle jakaś blo­ka­da w jego mózgu ustą­pi­ła i za­czął szlo­chać, a z ust wy­rwał się potok słów: – I wy­ra­żam skru­chę z tego po­wo­du! Za­pew­niam, że ko­cham Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cę! – Resz­ta wnet prze­ro­dzi­ła się w nie­zro­zu­mia­ły beł­kot.

Funk­cjo­na­riu­sze usa­do­wi­li go z po­wro­tem, ale za­milkł do­pie­ro po otrzy­ma­niu bo­le­sne­go ciosu w po­li­czek. Opu­ścił głowę, ale zaraz jeden z funk­cjo­na­riu­szy po­cią­gnął go za włosy, zmu­sza­jąc do pa­trze­nia w kie­run­ku mie­cza. Oczy szyb­ko za­czę­ły mu łza­wić, wy­sta­wio­ne na ośle­pia­ją­ce świa­tło. Zmru­żył je, gdy Wy­rocz­nia znów się ode­zwa­ła:

– W ob­li­czu przy­tła­cza­ją­cych do­wo­dów na po­peł­nio­ne przez oskar­żo­nych zbrod­nie prze­ciw­ko Wiel­kie­mu Do­bro­czyń­cy, Pań­stwu oraz współ­o­by­wa­te­lom K-821 i W-1015 zo­sta­ją po­zba­wie­ni ty­tu­łu oby­wa­te­la Pań­stwa, a tym samym tracą prawo do życia.

W-1015 po­bladł. Mógł się tego spo­dzie­wać. To było oczy­wi­ste. Po­mi­mo tego te słowa ude­rzy­ły go. Po­czuł ucisk w klat­ce pier­sio­wej. Jego głowa mi­mo­wol­nie opa­dła, ale ból szyb­ko przy­wo­łał go do rze­czy­wi­sto­ści.

– Jed­nak z racji li­to­ści mi­ło­ści­wie nam pa­nu­ją­ce­go Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cy otrzy­mu­ją prawo do wy­bo­ru. Po­zwa­la się im zde­cy­do­wać, czy chcą zo­stać pod­da­ni cięż­kiej re­edu­ka­cji z uży­ciem my­ślo­na­daj­ni­ków i do­głęb­ne­mu prze­pro­gra­mo­wa­niu oso­bo­wo­ści na zgod­ną z do­brem pu­blicz­nym, czy eli­mi­na­cji ze spo­łe­czeń­stwa. – Po chwi­li mil­cze­nia po­tęż­ny głos dodał: – De­cy­zję na­le­ży pod­jąć na­tych­miast.

Funk­cjo­na­riu­sze zmu­si­li W-1015 do wsta­nia, a ten ze łzami ra­do­ści od­wró­cił się w stro­nę K-821. Przy­ja­ciel rów­nież od­wró­cił się w jego kie­run­ku, ale na bla­dej twa­rzy nie było widać żad­nych oznak szczę­ścia.

– K! – krzyk­nął do niego W-1015. – Zbłą­dzi­li­śmy, ale wszyst­ko może wró­cić do normy! Oni nas na­pra­wią! – Na jego twa­rzy za­wi­tał sze­ro­ki uśmiech. – Wszyst­ko bę­dzie jak daw­niej! Bę­dzie­my dalej szczę­śli­wie żyli pod opie­ką Do­bro­czyń­cy! K!

Ale K-821 mil­czał. Jego nie­obec­ny wzrok wy­ostrzył się i skon­cen­tro­wał na oczach W-1015. Nie­znacz­nie po­ru­szył usta­mi.

– W – po­wie­dział – nie warto.

W-1015 ocze­ki­wał roz­wi­nię­cia, ale się go nie do­cze­kał. Jego brwi lekko opa­dły.

– K… K, co to pie­przysz? Nie warto żyć? Słu­chaj, ro­zu­miem, że mo­żesz być oszo­ło­mio­ny, ale my wła­śnie do­sta­li­śmy szan­sę na od­ku­pie­nie! K, oni nas na­pra­wią! Wszyst­ko bę­dzie jak daw­niej! K…

– Nie warto – prze­rwał K-821.

– K, pro­szę cię…

K-821 od­wró­cił się w kie­run­ku za­wie­szo­ne­go mie­cza i rzekł:

– Ja, K-821, de­cy­du­ję o wy­eli­mi­no­wa­niu mnie.

W-1015 spoj­rzał na przy­ja­cie­la i rzu­cił się w jego kie­run­ku, krzy­cząc:

– K! K, nie rób tego! K, co ty ro­bisz, do cho­le­ry?!

Funk­cjo­na­riu­sze pró­bo­wa­li go po­wstrzy­mać, ale W-1015 wy­rwał się z ich chwy­tu, wciąż krzy­cząc.

– K, jest jesz­cze szan­sa! Cof­nij to! Na­tych­miast!

Funk­cjo­na­riusz po­wa­lił W-1015, ale ten wciąż krzy­czał:

– K, nie wiesz, co ro­bisz! K, nie rób tego! Wy­co­faj się! K, kurwa, czemu się tak pa­trzysz?!

Za­milkł do­pie­ro, gdy drugi funk­cjo­na­riusz z całej siły kop­nął go pod żebra. Zwi­nął się w kłę­bek, a funk­cjo­na­riusz chwy­cił go mocno za nad­garst­ki i przy­ci­snął do pod­ło­gi. Po­mi­mo tego spoj­rzał na bladą twarz przy­ja­cie­la.

– W – ode­zwał się K-821 – nie rób tego. To ty ni­cze­go nie ro­zu­miesz. To już nie bę­dziesz ty. Zgi­niesz.

– K! – krzyk­nął wście­kły W-1015, ale za­milkł po otrzy­ma­niu kop­nia­ka od dru­gie­go funk­cjo­na­riu­sza.

Wszech­obec­ny głos rzekł:

– Wy­rocz­nia ska­zu­je K-821 na eli­mi­na­cję ze spo­łe­czeń­stwa. Wy­pro­wa­dzić.

Funk­cjo­na­riu­sze chwy­ci­li moc­niej K-821 za ra­mio­na i od­wró­ci­li się w kie­run­ku drzwi.

– W, pro­szę cię – szep­nął K-821, po­trzą­sa­jąc głową. – Nie rób tego.

W-1015 za­czął drżeć, a łzy prze­sło­ni­ły mu oczy. Chciał coś po­wie­dzieć, ale zanim się zo­rien­to­wał, trza­snę­ły drzwi. K nie żył. Można go już było uznać za mar­twe­go.

– Wy­rocz­nia żąda otrzy­ma­nia od­po­wie­dzi od W-1015. W prze­ciw­nym razie wybór zo­sta­nie pod­ję­ty za niego.

Funk­cjo­na­riu­sze po­cią­gnę­li go do góry.

– Ja, W-1015, chcę… – wy­ją­kał, a w uszach za­dud­ni­ły mu ostrze­że­nia przy­ja­cie­la. Po­trzą­snął głową i do­koń­czył: – zo­stać re­edu­ko­wa­ny.

– Wy­rocz­nia de­cy­du­je o re­edu­ka­cji W-1015 i po­now­nym przy­zna­niu mu oby­wa­tel­stwa po le­cze­niu. Wy­pro­wa­dzić.

Funk­cjo­na­riu­sze chwy­ci­li go moc­niej za ra­mio­na i po­cią­gnę­li za sobą. Stra­cił kon­takt z ota­cza­ją­cym go świa­tem. Przed ocza­mi raz za razem wi­dział tylko sto­ją­ce­go nad nim K, pa­trzą­ce­go smut­ny­mi ocza­mi i od­ra­dza­ją­ce­go re­edu­ka­cji. Nie zo­rien­to­wał się, gdy funk­cjo­na­riu­sze prze­cią­gnę­li go przez ko­ry­ta­rze, spo­tka­li ofi­ce­ra i razem z nim po­szli do he­li­kop­te­ra, któ­rym wzbi­li się w po­wie­trze. W tym mo­men­cie nie ist­niał dla niego świat oprócz K sto­ją­ce­go nad nim w sali są­do­wej. Jego ciało było ślepe i głu­che, od­twa­rza­jąc to samo wspo­mnie­nie.

– W-1015… W-1015!

Już nie był w sali są­do­wej. Przed nim stał K odzia­ny w le­kar­ski far­tuch. W-1015 zmarsz­czył brwi i sku­pił się na twa­rzy przed sobą. Była po­god­na i miała zdro­wą barwę.

To nie K – uświa­do­mił sobie W-1015.

Męż­czy­zna przed nim zda­wał się być już roz­draż­nio­ny, ale wkła­dał wiele wy­sił­ku, by to ukryć.

W-1015 ro­zej­rzał się. Był w po­miesz­cze­niu z białą pod­ło­gą, ścia­na­mi i su­fi­tem. Funk­cjo­na­riu­sze już go nie trzy­ma­li, sta­nę­li przy je­dy­nych drzwiach. Ofi­cer znów gdzieś znik­nął.

– Tak…? – wy­ją­kał do męż­czy­zny.

– W-1015 – ode­zwał się, wi­docz­nie za­do­wo­lo­ny – je­ste­ście cho­rzy. Zda­je­cie sobie z tego spra­wę, praw­da?

W-1015 opu­ścił głowę.

– Je­stem wa­dli­wy – mruk­nął.

Męż­czy­zna w kitlu po­ki­wał głową.

– Wła­śnie. Je­ste­ście wa­dli­wi. – Spoj­rzał na W-1015 wzro­kiem peł­nym tro­ski. – Ale ja was na­pra­wię. Znów bę­dzie­cie zdro­wi. Przy­wró­cę was do usta­wień fa­brycz­nych, ro­zu­mie­cie?

W-1015 pod­niósł głowę i pod wpły­wem im­pul­su spy­tał cicho:

– Co z K…?

Męż­czy­zna po­trzą­snął głową, uśmie­cha­jąc się.

– K-821 jest my­ślo­zbrod­nia­rzem. Wie­cie o tym, ale wasz wa­dli­wy umysł nie po­zwa­la tej in­for­ma­cji do was do­trzeć. Ja to na­pra­wię.

W-1015 po­ki­wał smęt­nie głową.

– Ale naj­pierw mu­si­cie usiąść tu. – Męż­czy­zna po­stą­pił krok w lewo, od­sła­nia­jąc biały fotel z ota­cza­ją­cą go apa­ra­tu­rą. – Zro­bię skan wa­szych myśli, ro­zu­mie­cie? Dzię­ki temu spo­rzą­dzi­my pro­gram, który wam po­mo­że.

W-1015 znów po­ki­wał głową. Czuł się jak dziec­ko, które wy­sła­no z bólem brzu­cha do przy­chod­ni przy ośrod­ku wy­cho­wa­nia. Nie­po­rad­ne, za­gu­bio­ne dziec­ko.

Nie­pew­nym kro­kiem pod­szedł do fo­te­la i usiadł na nim. Męż­czy­zna sta­nął przy pa­ne­lu za­mon­to­wa­nym z tyłu i kilka minut usta­wiał coś, po­wta­rza­jąc, że jest tu, by pomóc W-1015.

– Za mo­ment za­cznę – rzekł męż­czy­zna. – Mu­si­cie być spo­koj­ni, ro­zu­mie­cie? To nie różni się wiele od zwy­kłe­go my­ślo­od­bior­ni­ka, po pro­stu sięga głę­biej. Ro­zu­mie­cie?

– Tak jest – wy­mam­ro­tał W-1015.

Na wy­so­kość jego głowy zsu­nę­ła się ma­syw­na, me­ta­lo­wa ob­ręcz. 

– To po­trwa kilka minut – po­wie­dział męż­czy­zna w kitlu. – Nie my­śl­cie o ni­czym kon­kret­nym. Roz­siądź­cie się w fo­te­lu i cze­kaj­cie, aż skoń­czę.

W-1015, choć bar­dzo się sta­rał, nie mógł nie my­śleć o K. Czy już zo­stał wy­eli­mi­no­wa­ny? Czy do­pie­ro czeka? Może wła­śnie w tym mo­men­cie dusi się i puka do drzwi, przy­się­ga­jąc, że kocha Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cę? Nie wie­dział tego. Ile­kroć któ­raś z tych myśli się po­ja­wi­ła, od­pę­dzał ją, ale za­wsze wra­ca­ła.

– Go­to­we. – To jedno słowo ucię­ło wpół ko­lej­ną wąt­pli­wość.

Apa­ra­tu­ra pod­nio­sła się z po­wro­tem. W-1015 ro­zej­rzał się do­oko­ła.

– Wszyst­ko go­to­we – po­wtó­rzył męż­czy­zna w kitlu. – Mo­że­cie wstać, W-1015.

Zro­bił, jak mu ka­za­no. Męż­czy­zna na­ci­snął jesz­cze kilka przy­ci­sków, po czym pod­szedł do le­czo­ne­go i po­kle­pał go po ra­mie­niu.

– Już nie­dłu­go bę­dzie­cie zdro­wi. Na­pra­wie­ni – rzekł, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko. – Jak się z tym czu­je­cie?

– Do­brze – mruk­nął W-1015, nie­śmia­ło od­wza­jem­nia­jąc uśmiech. – Bar­dzo do­brze. Świet­nie – po­pra­wił się po chwi­li.

– Wspa­nia­le! – rzekł męż­czy­zna i ro­ze­śmiał się ser­decz­nie. – W-1015, je­ste­ście na­szym pierw­szym pa­cjen­tem! Tak się cie­szę, że wnet zo­sta­nie­cie wy­le­cze­ni. A za wami rze­sze my­ślo­zbrod­nia­rzy, któ­rzy po­wró­cą do spo­łecz­ne­go obie­gu jako wzo­ro­wi oby­wa­te­le! Czy już teraz nie czu­je­cie się le­piej, W-1015?

– Ja… od po­cząt­ku ża­ło­wa­łem. I chyba z każdą mi­nu­tą ro­zu­miem coraz le­piej, że źle zro­bi­łem – wy­ją­kał.

– To bar­dzo do­brze! Wpraw­dzie nie te­sto­wa­li­śmy jesz­cze tak cięż­kiej re­edu­ka­cji my­ślo­na­daj­ni­czej, ale sądzę, że choć­by szcząt­ko­wa świa­do­mość zna­cze­nia swo­ich czy­nów po­ma­ga przy te­ra­pii. Znacz­nie ła­twiej jest wy­grać z nie­przy­ja­cie­lem, gdy na jego te­ry­to­rium mamy już swój ba­stion, czyż nie?

– Zdaje się, że tak – przy­znał W-1015.

– Po­do­ba mi się wasze na­sta­wie­nie! – Męż­czy­zna znów się ro­ze­śmiał. – Ale my tu roz­ma­wia­my, a te­ra­pia czeka! Przy­go­tu­ję wam pro­gram, a pa­no­wie od­pro­wa­dzą was do po­cze­kal­ni. – Wska­zał funk­cjo­na­riu­szy cze­ka­ją­cych pod drzwia­mi.

Opu­ści­li po­miesz­cze­nie, a funk­cjo­na­riu­sze wraz z W-1015 we­szli do po­ko­ju obok, kiedy męż­czy­zna po­pę­dził dalej ko­ry­ta­rzem. Po chwi­li wstą­pił do środ­ka i na małym sto­licz­ku przed fo­te­lem, na któ­rym sie­dział W-1015, po­sta­wił ta­le­rzyk z ser­ni­kiem.

– Na dobrą waszą te­ra­pię! – rzekł i zaraz wy­szedł.

Nie­wiel­ka po­cze­kal­nia, rów­nież była cała po­ma­lo­wa­na na biało. Przy ni­skim sto­licz­ku stały dwa fo­te­le, a w rogu bi­blio­tecz­ka. W-1015 za­wie­sił na niej wzrok, a oczy mu zwil­got­nia­ły.

Pod ko­pu­łą cyrku” to tam nie bę­dzie – po­my­ślał ze smut­kiem.

Ale jakby wbrew ca­łe­mu ciału pod­szedł tam i za­czął prze­glą­dać ty­tu­ły. Ze zdzi­wie­niem od­krył szyb­ko, że książ­ki to atra­py. Wró­cił na fotel i szyb­ko zjadł ser­nik, nę­ka­ny my­śla­mi o K-821. Był rów­nie mocno prze­ko­na­ny, że przy­ja­ciel jest nie­win­ny i że prawo Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cy jest spra­wie­dli­we. Ten pa­ra­doks pro­wa­dził go na skraj sza­leń­stwa i cie­szył się, że już nie­dłu­go re­edu­ka­cja roz­wią­że ten pro­blem raz na za­wsze.

Po kwa­dran­sie, kiedy znu­dzo­ny W-1015 cho­dził po po­ko­ju, wró­cił męż­czy­zna w kitlu i ra­do­snym tonem ob­wie­ścił:

– Już wszyst­ko go­to­we. Chodź­cie, W-1015.

Więc po­szli dłu­gim ko­ry­ta­rzem i wstą­pi­li do jed­ne­go z po­miesz­czeń, zo­sta­wia­jąc funk­cjo­na­riu­szy przed drzwia­mi.

Pokój wy­glą­dał łu­dzą­co po­dob­nie do miej­sca, w któ­rym W-1015 od­czy­ty­wa­no pa­mięć. Róż­nił się tylko tym, że fotel usta­wio­ny był pro­sto­pa­dle do drzwi, przed nim stała ka­me­ra, a za­wie­szo­na obec­nie pod su­fi­tem apa­ra­tu­ra była po­ma­lo­wa­na na czer­wo­no. W-1015 spo­strzegł jesz­cze nie­wy­róż­nia­ją­ce się drzwicz­ki pro­wa­dzą­ce do ja­kie­goś in­ne­go po­ko­ju.

Nie mógł im się do­brze przyj­rzeć, bo męż­czy­zna w kitlu zaraz usa­do­wił go w fo­te­lu i za­czął wy­da­wać po­le­ce­nia.

– Pro­szę po­ło­żyć ręce na pod­ło­kiet­ni­ku, a stopy po­sta­wić na tych miej­scach. – Wska­zał po­ma­lo­wa­ne na czar­no blasz­ki przy­twier­dzo­ne do nóg fo­te­la.

W-1015 wy­ko­nał po­le­ce­nie, ale przy swo­ich nad­garst­kach zo­ba­czył przy­twier­dzo­ne do pod­ło­kiet­ni­ków opa­ski uci­sko­we. Po­bladł, pod­niósł wzrok na męż­czy­znę i prze­ra­żo­ny spy­tał:

– Po co to…?

Męż­czy­zna wes­tchnął po­ło­żył dło­nie na udach i współ­czu­ją­cym tonem rzekł:

– Moż­li­we że wasz umysł bę­dzie chciał prze­rwać te­ra­pię, skon­fron­to­wa­ny z praw­dą. To spo­dzie­wa­na re­ak­cja obron­na. Zu­peł­nie jak or­ga­nizm z aler­gią wal­czą­cy z le­kiem. Więc na czas le­cze­nia mu­si­my was unie­ru­cho­mić, ro­zu­mie­cie? – Smęt­nie po­krę­cił głową. – Nie będę was oszu­ki­wać, te­ra­pia nie bę­dzie przy­jem­na. Ale po niej znów bę­dzie­cie zdro­wi, ro­zu­mie­cie? To jak bar­dzo gorz­ka ta­blet­ka, która wnet zwal­czy cho­ro­bę. Jej prze­łknię­cie to nic przy­jem­ne­go, ale to dla więk­sze­go dobra, ro­zu­mie­cie?

W-1015 po­ki­wał głową.

– Bar­dzo mnie cie­szy wasza po­sta­wa. – I za­czął za­pi­nać opa­ski na nad­garst­kach i kost­kach.

– A po co ta ka­me­ra…? – spy­tał W-1015.

– Je­ste­ście pierw­szym przy­pad­kiem tak cięż­kiej re­edu­ka­cji z uży­ciem my­ślo­na­daj­ni­ków. Na­gra­nie z te­ra­pii po­słu­ży nam do jej udo­sko­na­la­nia oraz zo­sta­nie wy­emi­to­wa­ne w te­le­wi­zji, by po­ka­zać oby­wa­te­lom tę wspa­nia­łą me­to­dę, ro­zu­mie­cie?

– Tak jest – od­parł W-1015.

Męż­czy­zna pod­szedł do pa­ne­lu z tyłu fo­te­la i za­czął wpro­wa­dzać przy­go­to­wa­ny wcze­śniej pro­gram, a W-1015 z nie­po­ko­jem wpa­try­wał się w ka­me­rę na­prze­ciw. Było w niej coś nie­po­ko­ją­ce­go, ale nie mógł tego okre­ślić. Wnet jej widok prze­sło­nił mu opusz­czo­ny wła­śnie ma­syw­ny, okrą­gły my­ślo­na­daj­nik.

– Za­czy­na­my! Do zo­ba­cze­nia po te­ra­pii – po­wie­dział męż­czy­zna w kitlu i ulot­nił się przez drzwicz­ki spo­strze­żo­ne wcze­śniej przez W-1015.

Pa­cjent z po­cząt­ku nic nie za­uwa­żył i za­sta­na­wiał się, czy nie po­peł­nio­no ja­kie­goś błędu. Do­pie­ro po chwi­li za­czął zda­wać sobie spra­wę z tego, że nie­któ­re po­ja­wia­ją­ce się w jego gło­wie myśli po­cho­dzą z ze­wnątrz.

K-821 po­peł­nił strasz­li­wą zbrod­nię. Jest winny. To po­spo­li­ty wy­wro­to­wiec. Jak to do­brze, że go wy­eli­mi­no­wa­no. Nie­na­wi­dzę K. Świat byłby lep­szy, gdyby się nie uro­dził. Wiel­ki Do­bro­czyń­ca jest uważ­ny. Ko­cham Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cę. Wiel­ki Do­bro­czyń­ca kocha mnie.

Chwi­lę pły­nął wraz z prą­dem po­dob­nych myśli. Jed­nak szyb­ko po­ja­wi­ły się takie, które miały do­kład­nie od­wrot­ny wy­dźwięk, a cza­sem prze­czy­ły po­przed­nim.

K jest nie­win­ny. Ko­cham K. Wiel­ki Do­bro­czyń­ca ode­brał mi przy­ja­cie­la. Wiel­ki Do­bro­czyń­ca zabił mo­je­go przy­ja­cie­la. Nie­na­wi­dzę Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cy!

– Halo…? – pi­snął W-1015. – Halo?! Coś się po­psu­ło!

Ale nikt nie przy­był. W-1015 zo­stał sam z po­to­kiem myśli. Na prze­mian sły­szał te, jak mu się zda­wa­ło, po­praw­ne i nie­po­praw­ne. Szyb­ko jed­nak prze­stał je roz­róż­niać.

Peł­nię bar­dzo ważną i od­po­wie­dzial­ną rolę w Pań­stwie. Jak to do­brze słu­żyć Pań­stwu i Wiel­kie­mu Do­bro­czyń­cy. Wiel­ki Do­bro­czyń­ca jest okrut­ny. Ko­cham Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cę. Nic nie zna­czę. Moja służ­ba nie jest nic warta. Je­stem my­ślo­zbrod­nia­rzem. Nigdy nie po­peł­ni­łem my­ślo­zbrod­ni.

– Halo?! Coś na­praw­dę się ze­psu­ło! Halo!

Ale po­zo­stał sam. Pró­bo­wał się uwol­nić, ale opa­ski były bar­dzo wy­trzy­ma­łe. Więc wierz­gał, nie ro­zu­mie­jąc co się dzie­je.

– Po­mo­cy!

Wiel­ki Do­bro­czyń­ca nie ist­nie­je. Ko­cham Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cę. O ile lep­szy byłby świat, gdyby Wiel­ki Do­bro­czyń­ca nie ist­niał.

– Co się dzie­je?! Halo!

Za­czął się pocić. Od­dy­chał z tru­dem, a serce biło szyb­ciej. Do oczu na­pły­nę­ły łzy.

– Po­mo­cy! Bła­gam, przyjdź­cie tu! Coś się ze­psu­ło!

W po­ko­ju było cicho, ale w gło­wie nie­ustan­nie hu­cza­ły sprzecz­ne myśli. Wszyst­ko zda­wa­ło się prze­czyć sobie na­wza­jem.

Świat jest taki pięk­ny. Świat może byłby choć odro­bi­nę mniej okrop­ny, gdyby nie było my­ślo­zbrod­nia­rzy. Ja je­stem my­ślo­zbrod­nia­rzem. Gdy­bym nie żył, świat byłby gor­szym miej­scem.

Łzy ście­ka­ły po pod­bród­ku i spa­da­ły na spodnie. Cały się trząsł. Przez huk nada­wa­nych myśli przedar­ła się jedna jego wła­sna:

I gdzie on, do cho­le­ry, jest, gdy go po­trze­bu­ję?!

Ale zaraz ode­zwa­ła się ma­szy­na. W-1015 prze­szedł dreszcz, gdy we wła­snej gło­wie usły­szał:

Wiel­ki Do­bro­czyń­ca mnie kocha, bo mnie nie­na­wi­dzi.

 

* * *

– No, tak im­po­nu­ją­ce jak eli­mi­na­cja to to nie jest – na­po­mknął do­wód­ca szes­na­stej grupy ope­ra­cyj­nej Urzę­du Ochro­ny Dobra Pu­blicz­ne­go, pa­trząc na ekran.

– Ale mu­si­cie przy­znać, że pre­zen­tu­je to sobą wy­so­kie wa­lo­ry wy­cho­waw­cze dla spo­łe­czeń­stwa – za­uwa­żył le­karz w bia­łym kitlu, który jesz­cze pół go­dzi­ny wcze­śniej uspo­ka­jał W-1015.

Zza drzwi do­bie­gał gło­śny szloch. Przed dzie­się­cio­ma mi­nu­ta­mi był gło­śniej­szy, ale naj­wi­docz­niej W-1015 opadł z sił.

– Wła­śnie nie­spe­cjal­nie je do­strze­gam. Co to zmie­ni, że taki su­kin­syn bę­dzie zdy­chał, dajmy na to, czter­dzie­ści minut, a nie pięć?

Le­karz za­chi­cho­tał i po­trzą­snął głową.

– Nie ro­zu­mie­cie, że nie cho­dzi tu o samą eli­mi­na­cję. Teraz Pań­stwo daje ta­kie­mu szan­sę na od­ku­pie­nie, a ten i tak zdy­cha. To wiele mówi o my­ślo­zbrod­nia­rzach, czyż nie? Jako prze­wod­ni­czą­cy Grupy Ba­daw­czej do spraw Eli­mi­na­cji My­ślo­wej – mówił, po raz ko­lej­ny w roz­mo­wie pysz­niąc się swoją funk­cją – otrzy­ma­łem do oceny zarys ar­ty­ku­łu o tej re­edu­ka­cji, który zo­sta­nie jutro wy­dru­ko­wa­ny w Słoń­cu Pań­stwa. Miał bar­dzo ładny, tra­fia­ją­cy w sedno na­głó­wek. Tylko gdzie ja to scho­wa­łem?

Za­czął po kolei otwie­rać ko­lej­ne szu­fla­dy w biur­ku, które było je­dy­nym me­blem sto­ją­cym w cia­snym po­miesz­cze­niu. Do­wód­ca z kolei przyj­rzał się W-1015 na ekra­nie. Cały drżał, a z za­sło­nię­tych my­ślo­na­daj­ni­kiem ust wy­pły­wał stru­mień śliny zmie­rza­ją­cy po ko­szu­li na kro­cze. Po­ki­wał głową z uzna­niem dla sto­ją­ce­go obok au­to­ra ma­szy­ne­rii, która była w sta­nie do­pro­wa­dzić czło­wie­ka do ta­kie­go stanu.

– O! – krzyk­nął le­karz, wyj­mu­jąc z jed­nej z szu­flad po­mię­tą kart­kę. – Jak mó­wi­łem, autor ar­ty­ku­łu wy­my­ślił bar­dzo ładny na­głó­wek. – Od­chrząk­nął i prze­czy­tał: – „My­ślo­zbrod­niarz woli umrzeć, niż zro­zu­mieć swój błąd – czy dla nie­któ­rych nie ma ra­tun­ku?”. Dobre, co?

Ofi­cer po­ki­wał głową, ale jego myśli były gdzie in­dziej. Wska­zał pa­pie­ro­sem ekran i spy­tał:

– Jak wy to ro­bi­cie, że po trzy­dzie­stu mi­nu­tach nada­wa­nia do­pro­wa­dzi­li­ście tego su­kin­sy­na do ta­kie­go stanu? Na­praw­dę nie może znieść myśli o wspa­nia­ło­ści Wiel­kie­go Do­bro­czyń­cy?

Le­karz się za­śmiał, a po chwi­li rzekł:

– Oczy­wi­ście, że nie. Gdy­by­śmy chcie­li, zro­bi­li­by­śmy z niego naj­przy­kład­niej­sze­go oby­wa­te­la ze wszyst­kich. Albo naj­gor­sze­go bluź­nier­cę. Albo ko­go­kol­wiek in­ne­go. Mamy lep­szy trik, by do­pro­wa­dzić go do ta­kie­go stanu. – Wska­zał ekran.

Ofi­cer po­ki­wał głową z za­in­te­re­so­wa­niem.

– Naj­pierw ska­nu­je­my de­li­kwen­to­wi umysł. Wszyst­kie myśli, prze­ko­na­nia i ak­sjo­ma­ty za­pi­su­je­my w pro­gra­mie. Potem przy­go­to­wu­je­my pro­gram do­kład­nie od­wrot­ny do ory­gi­nal­ne­go i na­da­je­my oba na prze­mian. To tyle! Mózg do­sta­je sprzecz­ność na sprzecz­no­ści i pa­ra­doks na pa­ra­dok­sie, które musi ze sobą po­go­dzić. A mózg prze­cież nie­na­wi­dzi pa­ra­dok­sów. Bo co to niby zna­czy, że Wiel­ki Do­bro­czyń­ca mnie jed­no­cze­śnie kocha i nie­na­wi­dzi? Więc pró­bu­je wy­de­du­ko­wać, która z tych dwóch in­for­ma­cji jest praw­dzi­wa. Musi roz­wa­żyć nie jedną czy kilka sprzecz­no­ści, ale całe ty­sią­ce! I wła­śnie na­tłok pa­ra­dok­sów, które trze­ba roz­wa­żyć, do­pro­wa­dza my­ślo­zbrod­nia­rza do ta­kie­go stanu.

– Mądre. – Ofi­cer z jesz­cze więk­szym uzna­niem po­ki­wał głową. – Ale kiedy on zdech­nie?

Le­karz wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie­dłu­go, to pewne. Kiedy już uzbie­ra się wy­star­cza­ją­co wiele pa­ra­dok­sów, mózg od­de­le­go­wu­je do ich roz­wią­za­nia ko­lej­ne swoje ob­sza­ry, w tym te od­po­wie­dzial­ne za try­wia­li­zmy takie jak od­dy­cha­nie. – Uśmiech­nął się. – Więc naj­pierw jest śli­no­tok, potem utra­ta zdol­no­ści mowy, pod ko­niec… hmm… ze­zwie­rzę­ce­nie? I w końcu de­li­kwent dusi się, albo serce prze­sta­je mu bić, bo mózg w ca­ło­ści jest po­świę­co­ny roz­wa­ża­niu, czy Wiel­ki Do­bro­czyń­ca go kocha, czy nie­na­wi­dzi.

– Czyli ten tam już długo nie po­cią­gnie?

– Może kilka minut. I tak my­śla­łem, że pój­dzie szyb­ciej.

– No, to może… – za­czął ofi­cer, ale uciął w pół zda­nia, gdy le­karz pod­niósł palec wska­zu­ją­cy i zmarsz­czył brwi.

Nie było już sły­chać pła­czu.

Le­karz spoj­rzał na ekran. W-1015 wciąż żył. Widać było, jak jego klat­ka pier­sio­wa raz za razem pod­no­si się i opada. Cięż­ko dy­szał, ale potok śliny prze­stał pły­nąć. Nie drgał już. Koń­czy­ny były sztyw­ne, a pię­ści za­ci­śnię­te.

Obaj ob­ser­wo­wa­li z pod­nie­sio­ny­mi brwia­mi to, co dzia­ło się na ekra­nie. Wszyst­kie mię­śnie W-1015 zda­wa­ły się być na­pię­te. Le­karz po­my­ślał, że lada chwi­la ska­za­niec wy­zio­nie ducha.

A wtedy zza drzwi do­biegł prze­ra­ża­ją­cy, zwie­rzę­cy wrzask.

Koniec

Komentarze

No cóż, Orwell wiecznie żywy. Kolejna wariacja na temat "1984 i dlaczego napisałem to lepiej". A nie kupuję tego z jednego podstawowego powodu: I Orwella Miłomin i Prawdomin eymyśliły sposób na wyeliminowanie myślozbrodni: redukcję języka do pojęć wyłącznie prawomyślnych, a na wyzszych poziomach syruktury: dwójmyślenie (czyli w istocie dialektykę). W takiej sytuacji żadne mysloczujniki nie byłyby w ogóle potrzebne, tym bardziej że ludzie w większości swych myśli nie werbalizują. Ale napisane poprawnie, i owszrm.

Już tylko spokój może nas uratować

Rybaku, dziękuję za przeczytanie! Czy ja gdzieś twierdzę, że cokolwiek zrobiłem lepiej niż Orwell? ;)

I Orwella Miłomin i Prawdomin eymyśliły sposób na wyeliminowanie myślozbrodni: redukcję języka do pojęć wyłącznie prawomyślnych

No, a u mnie nie wymyśliły. :)

W takiej sytuacji żadne mysloczujniki nie byłyby w ogóle potrzebne

A jako że nie wymyśliły, to nie ma takiej sytuacji. :)

Ale napisane poprawnie

Dziękuję. :)

Serdecznie pozdrawiam!

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Paskudny świat, fajny tekst.

Sposób wykończenia “myślozbriodniarza” interesujący. Tak podejrzewałam, że K miał rację. Facet ratujący książki nie może się mylić.

Wieje mocno Orwellem, ale i trochę “451 stopniami”.

Dobroczyńca mnóstwo zasobów poświęca na kontrolowanie ludzi. Ktoś podsłuchuje myśli, ktoś kontroluje podsłuchujących. Imponująca sprawność sądów. Przewożenie oskarżonych helikopterami pewnie sporo kosztuje. Kto zarabia na to wszystko? Ergo: nie widać trzewi Twojego świata, ale może i nie są tu wcale potrzebne.

Edytka: zapomniałam wspomnieć, że IMO warto wstawić jakieś podziały między scenkami. Tak dla higieny psychicznej, bo tekst dość długi.

Babska logika rządzi!

Cześć, Finkla!

Facet ratujący książki nie może się mylić.

Hehe.

Akurat o Orwellu w ogóle nie myślałem, gdy rodził się koncept na to opowiadanie. Bo powstał on w ferie, kiedy siłowałem się z Zamiatinem i sądziłem, że to “My” będą powszechnie rozpoznaną inspiracją.

Kto na to zarabia? Pani tkaczka B-3206. Jak ją aresztują, to cała gospodarka Państwa się posypie. ;)

Akurat pisząc to opko postawiłem sobie za zadanie zrobienie go jako jednej, długiej sceny, tak dla wyzwania, i wolałbym już tego nie dzielić. 

Serdecznie pozdrawiam i dziękuję za klika, jak i za samo przeczytanie! :D

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Cóż, Gryzoku, może nie odkryłeś Ameryki, ale Twoja wizja świata, w którym kontrola myśli jest ustawiczna, robi wrażenie, a przynajmniej na mnie zrobiła, choć muszę dodać, że wizja ta jest szalenie przygnębiająca i trudna do wyobrażenia. 

Nadal zdumiewa mnie Twoja twórczości i sprawy, które poruszasz. Mam nadzieję, że nie zejdziesz z tej drogi i że z każdym opowiadaniem będzie rósł mój podziw dla Ciebie.

Powodzenia!

Popraw usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki. :)

 

W-1015 czuł się le­piej, będąc oto­czo­nym przez do­brze zna­nych mu… → W-1015 czuł się le­piej, będąc oto­czo­ny przez do­brze zna­nych mu

 

Niech mu bę­dzie – po­my­ślał W-1015Zro­zu­miał swoje miej­sce. → Brak kropki po didaskaliach. Zbędna półpauza przed drugim myśleniem. Przed myśleniem nie stawia się półpauzy. Winno być:

Niech mu bę­dzie – po­my­ślał W-1015. Zro­zu­miał swoje miej­sce.

Przypomnij sobie, jak można zapisywać myśli bohaterów

 

Przy­da­ło­by się coś przy­go­to­wać na tę ostat­nią ko­la­cję z L – my­śla­ła ko­bie­ta.Bo skur­wy­sy­ny z Urzę­du Mi­ło­sne­go nie prze­dłu­żą nam umowy. Nie, bo prze­cież rok spo­ty­ka­nia się z jed­nym fa­ce­tem to już zbyt wiele… → Zbędne półpauzy. Myślenie kursywą. Winno być:

Przy­da­ło­by się coś przy­go­to­wać na tę ostat­nią ko­la­cję z L – my­śla­ła ko­bie­ta. Bo skur­wy­sy­ny z Urzę­du Mi­ło­sne­go nie prze­dłu­żą nam umowy. Nie, bo prze­cież rok spo­ty­ka­nia się z jed­nym fa­ce­tem to już zbyt wiele

 

No, to się zdzi­wi – po­my­ślał W-1015, wy­dy­ma­jąc usta w obrzy­dze­niu do ko­bie­ty. → Nie wydął ust do kobiety.

Wystarczy: No, to się zdzi­wi – po­my­ślał W-1015, z obrzydzeniem wy­dy­ma­jąc usta.

 

Teraz to już pro­sto na eli­mi­na­cję, jak nic. → Zbędna półpauza.

 

O cho­le­ra – prze­mknę­ło W-1015 przez myśl.Żebym tra­fił aku­rat na K, cóż za przy­pa­dek. – Ro­ze­śmiał się, roz­siadł wy­god­niej w fo­te­lu i dodał:Zo­bacz­my, co sobie myśli. → Zbędne półpauzy.

 

Mo­ment – po­my­ślał W-1015Prze­cież autor był… → Myśli kursywą. Brak kropki po didaskaliach. Zbędna półpauza. Kolejna myśl kursywą. Winno być:

Mo­ment – po­my­ślał W-1015. Prze­cież autor był…

Tu przestaję wypisywać źle zapisane myśli, bo jest ich zbyt wiele. Ufam, że sobie poradzisz.

 

Za­czął tupać nogą i raz jesz­cze spoj­rzał na książ­kę. → Czy dookreślenie jest konieczne? Czy mógł tupać inaczej, nie nogą?

 

Ofi­cer sa­me­mu miał skwa­szo­ną minę… → Ofi­cer sa­m miał skwa­szo­ną minę

 

wy­su­nął z po­wro­tem fotel pi­lo­ta, przy­klisz­cza­jąc W-1015 nogi. → …wy­su­nął z po­wro­tem fotel pi­lo­ta, zaklesz­cza­jąc nogi W-1015.

 

he­li­kop­ter wzbił się pio­no­wo do góry. → Masło maślane. Czy mógł wzbić się do dołu?

 

Był to wiel­ki, mo­nu­men­tal­ny i jesz­cze biel­szy od in­nych bu­dy­nek… → Zbędne dookreślenie. Monumentalny budynek jest wielki z definicji.

 

gdyby nie ich że­la­zny uścisk, upadł­by na zie­mię. → …gdyby nie ich że­la­zny uścisk, upadł­by na podłogę.

 

To jedno słowo ucię­ło w pół ko­lej­ną wąt­pli­wość. → To jedno słowo ucię­ło wpół ko­lej­ną wąt­pli­wość.

https://nck.pl/en/projekty-kulturalne/projekty/ojczysty-dodaj-do-ulubionych/ciekawostki-jezykowe/w-pol-czy-wpol-

 

Wska­zał na funk­cjo­na­riu­szy cze­ka­ją­cych pod drzwia­mi. → Wska­zał funk­cjo­na­riu­szy cze­ka­ją­cych pod drzwia­mi.

Wskazujemy kogoś, nie na kogoś.

 

Wy­szli z po­miesz­cze­nia, a funk­cjo­na­riu­sze wraz z W-1015 we­szli do po­ko­ju obok… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Opuścili po­miesz­cze­nie, a funk­cjo­na­riu­sze wraz z W-1015 we­szli do po­ko­ju obok

 

Po­cze­kal­nia nie była duża, rów­nież była cała wy­ma­lo­wa­na na biało. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Niewielka po­cze­kal­nia rów­nież była cała poma­lo­wa­na na biało.

 

Przy ni­skim sto­licz­ku stały dwa fo­te­le. W rogu po­ko­ju stała bi­blio­tecz­ka. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Przy ni­skim sto­licz­ku stały dwa fo­te­le, a w rogu bi­blio­tecz­ka.

 

a W-1015 z nie­po­ko­jem wpa­try­wał się w ka­me­rę na­prze­ciw niego. → Zbędny zaimek.

 

Cięż­ko mu się od­dy­cha­ło, a serce biło szyb­ciej. → Raczej: Od­dy­cha­ł z trudem, a serce biło szyb­ciej.

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Ciezko-a-trudno;19058.html

 

Do oczu na­pły­nę­ły mu łzy. → Zbędny zaimek.

 

W po­ko­ju było cicho, ale w jego gło­wie nie­ustan­nie hu­cza­ły sprzecz­ne ze sobą myśli. → W po­ko­ju było cicho, ale w gło­wie nie­ustan­nie hu­cza­ły sprzecz­ne myśli.

 

Wszyst­ko zda­wa­ło mu się prze­czyć sobie na­wza­jem. → Zbędny zaimek.

 

Łzy ście­ka­ły mu po pod­bród­ku… → Jak wyżej.

 

w biur­ku, które było je­dy­nym me­blem obec­nym w cia­snym po­miesz­cze­niu. → O meblach nie można powiedzieć, że są obecne.

Proponuję: …w biur­ku, które było je­dy­nym me­blem stojącym w cia­snym po­miesz­cze­niu.

 

Wska­zał na ekran. → Wska­zał ekran.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

"Wolałby SAMEMU kształtować…". Zauważyłem rosnące zamiłowanie do słowa "samemu". Komu ? Samemu sobie. Samemu diabłu. Itp. Natomiast, jak w niegdysiejszym wspaniałym programie dla majsterkowiczów, "Zrób to SAM" . Sam, nie samEMU.

A ogólnie … no cóż, miło, że martwi Cię taka wizja przyszłości, ale prochu nie wymyśliłeś …

Reg, dziękuję za przeczytanie i poprawki! Wprowadzone. :D

SPW, yes sir.

Owszem, nie wymyśliłem prochu, ale patrząc na średnią długość życia mężczyzn w Polsce, mam na to jeszcze jakieś 61 lat. Albo, patrząc choćby na Ciebie, nawet więcej. :)

 

Serdecznie Was pozdrawiam. 

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

OK, Gryzoku. A skoro dokonałeś poprawek, mogę udać się do klikarni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, właśnie jednego pytania co do Twojej uwagi zapomniałem zadać.

Zbędne półpauzy. Myślenie kursywą. Winno być:

Przydałoby się coś przygotować na tę ostatnią kolację z L – myślała kobieta. Bo skurwysyny z Urzędu Miłosnego nie przedłużą nam umowy. Nie, bo przecież rok spotykania się z jednym facetem to już zbyt wiele

Wszystkie myśli kontrolowanych obywateli zapisałem jako dialog, bo są wypowiadane przez głośnik i w ogóle. W opowiadaniu kursywą siedzimy w głowie tylko W i chyba lepiej i czytelniej by było, żeby myśli kontrolowanych były w dialogu, ale popraw mnie, jeśli się mylę. :)

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Gryzoku, wszak napisałeś, że kobieta myślała:

Przydałoby się coś przygotować na tę ostatnią kolację z L – myślała kobieta. – Bo skurwysyny z Urzędu Miłosnego nie przedłużą nam umowy. Nie, bo przecież rok spotykania się z jednym facetem to już zbyt wiele…

A może byłoby czytelniej:

– Przydałoby się coś przygotować na tę ostatnią kolację z L – przekazywał głośnik. – Bo skurwysyny z Urzędu Miłosnego nie przedłużą nam umowy. Nie, bo przecież rok spotykania się z jednym facetem to już zbyt wiele…

 

Obawiam się, Gryzoku, że będziesz musiał sam zdecydować, kiedy i jak zapisywać kolejne myśli. Myśli, poza myślami W-1015, mogą być zapisane w formie dialogu, ale musi to być czytelne i zrozumiałe. Mnie się trochę mąciło. 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, więc się do tego zabieram.

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Podziwiam Twój zapał. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No witam :]

 

I cóż, Gryzoku. Pomysł istotnie nie jest szczególnie oryginalny, nawet dosłownie używasz orwellowskiego słowa “myślozbrodnia”. Wrażenie wtórności pogłębia – sam w sobie uroczy! – retrofuturystyczny klimat tekstu. Nawet, gdyby ktoś chciał udawać, że nie opierasz się tu mocno na klasykach SF z czasów powojennych i zimnej wojny, nie dałoby się tego zrobić. Podejrzewam, że dokładnie to chciałeś osiągnąć, więc absolutnie nie musisz tego postrzegać jako jakiejś wielkiej wady, ale nie ukrywam, że większość tekstu nie zapadnie mi w pamięć.

 

Z innych rzeczy, klasyczne marudzenie, opowiadanie wolno się rozkręca. Pierwsze 13k znaków to właściwie ekspozycja, lekko jedynie przypudrowana. Dosłownie oglądamy sobie dzień z życia bohatera i dopóki na ekranie nie pojawia się K-821, nie mamy powodu nawet uważać, że będzie to dzień o jakimkolwiek szczególnym znaczeniu.

 

Na plus na pewno proza i narracja. Widać u ciebie mocny postęp, czyta się to bardzo dobrze, jak już człowiek przebrnie przez ten opis zwykłego dnia. Może jedynie te rzucane letką ręką ku*wy psują dobre wrażenie.

 

No i zakończenie bardzo udane. Teraz Państwo daje takiemu szansę na odkupienie, a ten i tak zdycha. To może zapaść w pamięć, a owszem, jak najbardziej :)

 

Tak że a) krócej (a przynajmniej szybciej do rzeczy) i b) więcej takich mocnych, oryginalnych myśli i szybko zaczną się sypać piórka.

 

Na razie klikam do biblio, z pełnym przekonaniem.

 

Pozdrawiam :)

 


dopiero co przycięta broda nie szpeciła gładkich policzków

Ee jeśli miał brodę, nawet przyciętą, to skąd miał gładkie policzki?

 

wyjąkał, a w uszach zadudniły mu ostrzeżenia przyjaciela[,] potrząsnął głową i dokończył

Rozbiłbym na dwa zdania.

 

Pod kopuła cyrk

Literóweczka

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Zakapiorze, miło, że wpadłeś. :D

Cieszę się, że dobrze wyszło, nawet jeśli wstęp przydługi. Myślałem, że zapowiadane w wypowiedzi spikera myślonadajniki przykują uwagę.

Może jedynie te rzucane letką ręką ku*wy psują dobre wrażenie.

Cóż może być dla nastoletniego umysłu ciekawsze niż wulgaryzmy? :) Jak zejdzie mi temperatura i będę mógł w miarę myśleć, to spróbuję je zredukować.

To może zapaść w pamięć, a owszem, jak najbardziej :)

Póki co w sercu będę trzymał niebieskie piórko z konkursu. ;)

Dziękuję za przeczytanie, klika i poprawki, do których również się zabiorę, jak będę mógł myśleć.

Serdecznie pozdrawiam!

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Nowa Fantastyka