- Opowiadanie: Wiktking - Egzamin dojrzałości

Egzamin dojrzałości

W końcu udało mi się coś skończyć. Co prawda miało być o wiele więcej wątków. Ale stwierdziłem, że lepiej okroić historię i skończyć, niż znowu zacząć i po kilkunastu stronach poddać się.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Egzamin dojrzałości

– Zapraszam wszystkich do środka.

Profesor Dębicki stanął w drzwiach sali. Uczniowie Akademii Krwi weszli do środka w przypisanej im kolejności. W ciszy zasiedli przy okrągłym stole, którego krąg przerywała jedynie wąska szczelina. Przed każdym z nich leżała przygotowana wcześniej kartka pergaminu, kałamarz i długie, czarne pióro.

– Dzień dobry! – zaczął profesor, przeciskając się przez szczelinę stołu. – Kto by pomyślał? Ledwo się poznaliśmy, a tu już trzeba kończyć. Przypominam, że to nasze ostatnie zajęcia lekcyjne przed jutrzejszym egzaminem dojrzałości. Już jutro uzyskacie pełnię praw obywatelskich. Pewnie nie możecie się już doczekać?

Po sali przeszedł szmer niezadowolenia pomieszanego z niedowierzaniem.

Profesor, który do tej pory energicznie spacerował po okrągłej scenie, teraz zatrzymał się i zastygł w bezruchu, z ręką przyłożoną do ucha.

– Nie słyszę…

Wiktorowi śniadanie podeszło aż do gardła. Że też ze wszystkich możliwych miejsc profesor musiał zatrzymać się akurat naprzeciw niego. Nastolatek momentalnie spuścił wzrok. Czuł na sobie ciężar ciszy, która z każdą sekundą robiła się coraz bardziej nieznośna. Nerwowo sięgnął po kałamarz, udając, że poprawia go na stole. Palce zadrżały mu jednak zbyt mocno. Kałamarz zakołysał się na krawędzi i stuknął o drewno głośniej, niż powinien. Kilka osób odwróciło głowy w jego stronę.

– Tak? – odezwał się łagodnie profesor. – Widzę, że ktoś chce zabrać głos.

Kilkunastu uczniów momentalnie spojrzało na Wiktora.

Nastolatek znieruchomiał.

– J-ja? – wyjąkał, prostując się powoli.

– Śmiało, chłopcze. Słuchamy.

Wiktor przełknął ślinę.

– N-nie jesteśmy gotowi – wypalił w końcu. – To znaczy… po prostu będzie mi… nam smutno.

– Dobrze! Dobrze! – Profesor niemal klasnął z zachwytu i wskazał go palcem. – Wykrzycz swoje emocje! Nie duś ich w sobie!

Pozostali uczniowie zachichotali, Wiktor zaś natychmiast spuścił wzrok.

– C-czy ja wiem…

– Śmiało!

Nastolatek nerwowo zerkał to na sufit, to na podłogę, to na własne dłonie – wszędzie, byle nie w oczy profesora.

– J-ja po… po prostu będę tęsknić.

Profesor Dębicki rozłożył ręce, jakby właśnie usłyszał coś pięknego.

– No dalej!

– D-dobrze się tu czułem. B-bardzo dobrze. I na myśl… – Wiktor przerwał na chwilę i głośno pociągnął nosem. – …że to już koniec, jest mi po prostu przykro.

– Wspaniale – odparł profesor miękkim głosem. – Czy ktoś jeszcze czuje podobnie?

Salę wypełniło jedno głośne „tak!”.

Profesor roześmiał się serdecznie.

– Ale takie właśnie jest życie! I to jest piękne! Coś się kończy i coś się zaczyna. Jest smutek i jest radość, a bez smutku nie byłoby radości. Najważniejsze jednak, żebyście nie zapomnieli tego, czego się tutaj nauczyliście. Wymagam od was, i nie żartuję, żeby była jasność, wymagam, żebyście w dorosłym życiu kierowali się zasadami, których was tutaj nauczyliśmy.

– Ja będę! Przysięgam! – wykrzyczał Piotrek, niemal wyskakując z miejsca.

Piotr był najlepszym przyjacielem Wiktora i jego zupełnym przeciwieństwem. Wysoki, przystojny i pewny siebie nastolatek zdawał się zawsze znajdować w centrum uwagi.

– Tego akurat byłem pewien – odpowiedział profesor z szerokim uśmiechem.

Piotrek wyszczerzył zęby z dumą i szturchnął łokciem siedzącego obok przyjaciela.

– J-ja też… – mruknął Wiktor dużo ciszej.

– Głośniej, bo jeszcze pomyślą, że się wahasz – zaśmiał się Piotrek.

Wiktor spróbował odwzajemnić uśmiech, ale wyszło to mu dość niezręcznie.

– No dobrze, skoro to już mamy ustalone – powiedział profesor po chwili ciszy – przejdźmy płynnie do zajęć. Zdaję się, że zadałem wam ostatnio pracę domową…

Po sali przebiegł szmer ekscytacji.

– Kto chciałby zacząć i pochwalić się, co udało mu się przywołać?

– Niedźwiedzia! – Piotrek niemal wyrwał się do odpowiedzi.

– A niech mnie broda swędzi. Niedźwiedzia? Doprawdy? – Profesor uśmiechnął się szeroko. – Symbol siły i odwagi. Opowiadaj.

– Grizzly – doprecyzował z dumą nastolatek. – Zrobiłem tak, jak profesor radził. Zajrzałem w głąb siebie i pomyślałem: dobra, albo grubo, albo wcale. No i… to była masakra. Ledwo portal się otworzył, a tam taki ryk, że aż mnie zmroziło. Chwilę później wychylił się pysk i… – Piotrek parsknął śmiechem. – …zamknąłem portal. Nie będę ściemniał. Spękałem.

Klasa wybuchła śmiechem.

– Imponujące – profesor przeczesał brodę palcami. – Przywołanie niedźwiedzia to nie lada rzecz. Ktoś jeszcze chce się pochwalić?

Salę natychmiast wypełnił wrzask. Uczniowie przekrzykiwali się wzajemnie, każdy próbował udowodnić, że to właśnie jego przywołanie było najbardziej imponujące.

Każdy poza Wiktorem. On siedział w ciszy, z pochyloną głową i wzrokiem wbitym w podłogę.

Profesor zauważył to niemal od razu.

– Czy to już wszyscy? – zapytał, zatrzymując wzrok na Wiktorze odrobinę dłużej niż na reszcie uczniów. – A ty?

Wiktor podniósł głowę dopiero po chwili.

– J-ja?

– Tak. Ty.

– J-ja… – przełknął ślinę. – Ja nic nie przywołałem.

W klasie rozległ się pojedynczy śmiech.

– I z czego rżysz? – rzucił natychmiast Piotrek.

– Cisza! – Profesor podniósł głos. – Adam?

– Przepraszam, profesorze, ale to nie tak. Nie śmiałem się z Wiktora. Myślałem po prostu, że żartuje.

– Nie mi należą się przeprosiny.

Adam speszył się momentalnie.

– Przepraszam, Wiktor. Nie chciałem cię urazić.

– O-okej – mruknął Wiktor.

Profesor spojrzał chłodno na Piotra i skinął głową w stronę Adama.

– Sorry, Adam – rzucił Piotrek wyraźnie wymuszonym tonem.

– Pamiętajcie – zaczął profesor – jesteście jedną drużyną. Razem stanowicie armię nie do pokonania. Osobno? Osobno jesteście łatwymi celami. Wrogowie będą próbowali was skłócić, napuścić jednego na drugiego. Nie możecie im na to pozwolić.

Profesor spojrzał najpierw na Adama, później na Piotra. Obaj pokiwali głowami.

– Wracając – powiedział, ponownie zwracając się do Wiktora – zapomniałeś o pracy domowej?

Nastolatek pokręcił głową.

– A więc?

– N-nie udało mi się. – Wiktor jeszcze bardziej skulił ramiona. – N-naprawdę się starałem, ale… portal był pusty.

Profesor przez chwilę milczał. Uśmiech zniknął z jego twarzy.

– Doprawdy?

– T-tak. Za każdym razem.

– To… intrygujące.

Profesor powoli przeczesał brodę palcami.

– No nic – odezwał się w końcu. – Żeby dojść do celu, trzeba najpierw zacząć iść. Pierwszy krok, choć niedoceniany, jest najważniejszy. Potraktuj to niepowodzenie, chłopcze, jako swój pierwszy krok w kierunku opanowania magii przywołania.

 

***

 

– Nie zdam. To pewne – ocenił Wiktor.

Choć godzina była późna i nastolatek leżał już w łóżku, szczelnie przykryty pierzyną, ani myślał o spaniu. Jego myśli wciąż wracały do jednego i tego samego tematu – egzaminu dojrzałości.

– Co w ciebie wstąpiło? – mruknął Piotrek z sąsiedniego łóżka. Ich posłania rozdzielały jedynie dwie wąskie szafki nocne. – Od wczoraj tylko ględzisz, że nie zdasz. Zdasz, mówię ci.

– Pomyśl. Ostatni tydzień nauki. Powinniśmy już tylko powtarzać materiał, a oni nagle uczą nas czegoś spoza programu. Dlaczego?

– Wyluzuj, stary.

– Mam ci to przeliterować? E-g-z…

– Dosyć. – Piotrek westchnął ciężko. – Zamartwianie się w niczym ci nie pomoże. To, co nam teraz pomoże, to sen.

– Łatwo ci mówić…

– O co ci chodzi?

Wiktor przez chwilę milczał.

– Bo nawet jak czegoś nie umiesz… to bach i chwilę później już umiesz.

– Wikto…

– Wszyscy cię lubią. Nawet profesor. Jesteś jego ulubieńcem.

– Czy ty w ogóle siebie słyszysz?

– A ja? – Wiktor nerwowo wzruszył ramionami. – Ja nawet nie opanowałem w pełni żadnej natury magii…

Piotrek podniósł się z łóżka i usiadł na jego brzegu.

– Stary, przecież to nie jest najważniejsze.

– To co?

– Bycie dobrym człowiekiem!

Wiktor prychnął pod nosem.

– Pewnie tak… Ale tobie wszystko przychodzi łatwo. Każda natura magii. Każde zaklęcie. Nawet jak palniesz coś głupiego, to wszyscy się śmieją, bo powiedziałeś to ty.

Piotrek pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Brak ci po prostu pewności siebie. Musisz w siebie uwierzyć!

– Nie wiem. Może.

Przez chwilę w pokoju panowała cisza.

– Sprawdziłem kroniki… – odezwał się w końcu Wiktor dużo ciszej.

Piotrek jęknął ciężko.

– Znowu to samo?

– Czytałem je po nocach. Rocznik po roczniku. Zawsze dokładnie to samo. Połowa zdaje. Połowa znika.

– Znika?

– W tym rzecz! – syknął Wiktor dużo głośniej, niż planował. – Szukałem wszędzie. Nie znalazłem ani jednej osoby, której pozwoliliby podejść drugi raz. Ani jednej.

Piotrek milczał przez chwilę.

– Za bardzo ryjesz się tym egzaminem…

– Bo… boję się…

To zdanie padło tak cicho, że niemal rozpłynęło się w ciszy pokoju.

Piotrek momentalnie złagodniał.

– Hej. – Nachylił się bliżej. – Zdamy. Obaj. Rozumiesz?

Wiktor nie odpowiedział.

– Jak będzie trzeba, to ci pomogę. A ty pomożesz mi. Tak jak zawsze.

Wiktor pokiwał głową bez przekonania.

– Obiecaj.

Piotrek wystawił dłoń z wyciągniętym małym palcem.

– Obiecuję.

Wiktor zawahał się przez chwilę, ale ostatecznie splótł z nim palce.

– A teraz chodźmy już spać – powiedział Piotrek, wracając do swojego łóżka. – Dobranoc, Wiku. Będzie dobrze.

– Dobranoc – odpowiedział Wiktor, choć doskonale wiedział, że tej nocy nie zaśnie. Nie, gdy jutro miały rozstrzygnąć się losy jego życia.

Decyzję podjął w ułamku sekundy. Będzie ćwiczył do upadłego; będzie ćwiczył tak długo, aż w końcu osiągnie sukces.

Oczywiście nie mógł zrobić tego w pokoju. I nie mógł powiedzieć o tym Piotrkowi – przyjaciel nie zrozumiałby. Leżał więc nieruchomo z szeroko otwartymi oczami i nasłuchiwał. Oddech Piotra stawał się coraz cięższy, aż w końcu przemienił się w spokojne chrapanie.

– Piotrek, śpisz? – szepnął po dłuższej chwili.

Nie usłyszał odpowiedzi.

Po cichu opuścił pokój.

 

***

 

– Uda mi się. Uda mi się. Uda mi się.

Wiktor złożył dłonie jak do modlitwy i zacisnął powieki tak mocno, że aż zabolały go oczy. Pod skórą na skroniach nabrzmiały mu twarde, pulsujące żyły.

– Magiam evocans: corvus venit!

Powietrze eksplodowało hukiem. Włosy Wiktora gwałtownie uniosły się pod wpływem wiatru. Powietrze w miejscu huku zaczęło skręcać się i wirować. Ciężko. Powoli. Aż w końcu wir przemienił się w czarny, błyszczący portal.

Nastolatek aż wstrzymał oddech. Patrzył w ciemną, wirującą taflę z nadzieją tak ogromną, że aż bolesną. Czas mijał jednak nieubłaganie, a z wnętrza portalu wciąż nie wyłoniło się żadne zwierzę.

Wiktor poczuł, jak coś ściska go od środka.

– No dalej… – szepnął drżącym głosem. – Proszę…

Portal jednak milczał.

Nastolatek opuścił głowę. Już miał przerwać zaklęcie, gdy nagle usłyszał ciche:

– Khra-khra-khra…

Wiktor momentalnie zesztywniał. To nie przypominało zwykłego krakania. Bardziej zachrypnięty, ludzki śmiech.

– Halo? – odezwał się ostrożnie. – Jest tam ktoś?

Cisza.

Wiktor zrobił krok do przodu.

– P-proszę… pokaż się.

Poczuł wtedy delikatne szarpnięcie – portal zaczął go zasysać. Powinien cofnąć się. Wiedział o tym. Podszedł jednak jeszcze bliżej.

– Błagam…

Stanął vis-a-vis z ciemną płaszczyzną portalu. Jego nos niemal dotykał czarnej tafli. Wciąż jednak niczego nie widział. Portal był pusty.

I właśnie wtedy przyszła mu do głowy ta myśl. Głupia myśl. Niebezpieczna. Ale dziwnie kusząca.

To był impuls. Krótki moment całkowitego braku rozsądku i już, jego głowa zniknęła wewnątrz portalu.

– Cholera…

Ciemność zassała go natychmiast. Świat zawirował mu w głowie. Czuł, że spada. Bardzo szybko. Zbyt szybko, by czemukolwiek się przyjrzeć. Raz wszystko wokół było krwisto czerwone, raz zupełnie czarne. Zupełnie tak, jakby leciał przez długi, dwukolorowy tunel.

W końcu jednak uderzył o ziemię z głuchym łupnięciem.

Ból przeszedł przez całe jego ciało, ale nie trwał długo. Nastolatek otworzył oczy i ze zdziwieniem odkrył, że niczego sobie nie połamał. Był co prawda obolały, każdy mięsień pulsował mu bólem, ale żył. Tylko to się liczyło.

Spojrzał pod siebie. Siedział na czarnym piasku.

– Uratowałeś mi życie – mruknął bezwiednie, po czym dwukrotnie klepnął dłonią w ziemię. Piasek odpowiedział głuchym, ciężkim łupaniem.

– Kra! Kra! Kra!

Wiktor gwałtownie uniósł głowę. Zobaczył krążące nad nim stado wron. Nie to jednak było najdziwniejsze.

– Co do…? – wyrzucił z siebie, zrywając się na równe nogi. – G-gdzie ja jestem?

Świat, do którego trafił, był czerwono-czarny. Próżno było szukać w nim jakiegokolwiek innego koloru. Niebo miało odcień ciemnej czerwieni. Piasek był czarny jak węgiel. Nawet powietrze zdawało się połyskiwać ciemnością

Wiktor uniósł dłonie i ze zdziwieniem odkrył, że one również stały się ciemniejsze.

– Khra-khra-khra!

Jedna z wron opadła na ziemię tuż obok niego. Miała smoliście czarne pióra i krwawo czerwone oczy.

– A więc wróciłeś – odezwała się zachrypniętym głosem. – Mówiłam, że wrócisz. Zawsze wracasz.

Wiktor momentalnie cofnął się o krok.

– D-do mnie mówisz?

– A do kogo? – wrona przekrzywiła łeb. – Widzisz tu kogokolwiek innego żywego? Khra-khra-khra!

Nastolatek rozejrzał się dookoła. I dopiero wtedy to zauważył.

Czarna pustynia usiana była trupami. Dziesiątkami ciał. Niektóre leżały powykręcane pod nienaturalnymi kątami, inne były tak zmiażdżone, że aż trudno było rozpoznać, że kiedyś były ludźmi.

Na każdym z ciał siedziały wrony, wydziobujące mięso z martwych twarzy i otwartych brzuchów.

Wiktor instynktownie uniósł gardę.

Wrona przechyliła głowę na bok.

– Ty naprawdę nic nie pamiętasz – zdziwiła się, po czym roześmiała się swoim ludzkim, zachrypniętym śmiechem. – Nie bój się, nie zginiesz.

– S-skąd możesz t-to wiedzieć?

– Bo ty zawsze znajdujesz jakiś dobry powód, żeby nie umrzeć. – Tu wrona uniosła dziób ku górze. – Zmartwię was, siostry, ale na nim nie pożerujecie. Sio!

Wrony odpowiedziały niezadowolonym kraknięciem, lecz posłusznie odleciały.

Wiktor powoli opuścił ręce.

– C-co ja tutaj robię? I c-czego n-nie pamiętam?

– Khra-khra-khra! – znów roześmiała się wrona. – Jak udało ci się tutaj wrócić bez odzyskania pamięci?

– W-wrócić? – powtórzył zdezorientowany. – T-to ja już tu kiedyś byłem?

– Khra-khra-khra!

– P-przestań! – krzyknął. – Powiedz, co ja t-tutaj robię! G-gdzie ja w ogóle jestem?

– Khra-khra-khra!

– To sen… – wymamrotał Wiktor bardziej do siebie niż do niej. – Prawda? To musi być sen.

– Khra-khra-khra!

– Otworzyłem tej nocy chyba setkę portali – zaczął nerwowo tłumaczyć samemu sobie. – Musiałem zemdleć z wyczerpania. T-to wszystko mi się tylko śni.

Wrona momentalnie spoważniała.

– Portali?

– Tak. Egzamin dojrzałości.. To znaczy… nieważne, i tak nie zrozumiesz. W akademii mamy jutro egzamin. Od niego zależy całe moje życie. Jak nie zdam… – przełknął ślinę – …to nie wiem, co ze sobą zrobię. Chciałem poćwiczyć. Ale choć próbowałem ze wszystkich sił, i tak niczego nie przywołałem…

– Próbowałeś przywołać wronę? Khra-khra-khra!

Wiktor niepewnie pokiwał głową.

– Na stwórcę… dlaczego akurat wronę?

– L-lubię wrony – odpowiedział szczerze.

Urwał jednak, gdy spojrzał na najbliższe ciało. Kilka ptaków siedzących na zwłokach właśnie wyciągało z rozerwanego brzucha długie, czerwone wnętrzności.

Poczuł obrzydzenie i… coś jeszcze. Coś bardzo niepokojącego, czego bał się nawet wyartykułować w myślach.

– Lubiłem… – dokończył ciszej.

– Słodki jesteś w tej swojej niepamięci – zachichotała wrona. – Obawiam się jednak, że musimy już kończyć. Inaczej mógłbyś mi tego nie wybaczyć, gdy odzyskasz pamięć.

Rozpostarła skrzydła, jakby szykowała się do lotu.

– P-poczekaj! – Wiktor wyciągnął rękę. – P-proszę… powiedz mi chociaż, gdzie ja jestem. Co ja tutaj robię?

– Spokojnie – odparła wrona. – Przyjdzie na to jeszcze czas. Mamy go naprawdę bardzo dużo. Całą wieczność. Khra-khra-khra!

Wrona zatrzepotała skrzydłami i wszystko pochłonęła ciemność.

 

***

 

– Wstawaj!

Wiktor otworzył oczy. Pierwsze co zobaczył to spanikowaną twarz Piotrka. Nastolatek energicznie nim potrząsał.

– No co jest z tobą? Wstawaj, bo się spóźnimy!

– Spóźnimy? – wymamrotał wciąż półprzytomny Wiktor. – Gdzie ja jestem?

– Stary, ale żeś się porobił. Pamiętasz? Egzamin dojrzałości?

Wiktor poderwał się tak gwałtownie, że aż zakręciło mu się w głowie.

– Jestem w pokoju? – zapytał z niedowierzaniem.

– Nie, kurka, w korytarzu. Zbieraj się, bo nie mamy czasu.

– Jak… jak to możliwe?

Piotrek zmarszczył czoło.

– Dobrze się czujesz?

Wiktor uniósł dłonie i zaczął gorączkowo im się przyglądać.

– Tak – odpowiedział po chwili. – Miałem po prostu dziwny sen.

– Nie wytrzymam z tobą. Od dwóch dni ryjesz się tym egzaminem, a jak przychodzi co do czego, to jeszcze przez ciebie się na niego spóźnimy.

– Co?

Dopiero wtedy dotarło do niego, gdzie się znajduje i która jest godzina.

Zeskoczył z łóżka i w panice zaczął się ubierać. Ręce trzęsły mu się tak mocno, że dwa razy nie trafił nogą w nogawkę spodni.

– A zęby? – zdziwił się Piotrek.

– Nie mamy czasu! – rzucił Wiktor, wybiegając przez drzwi.

Nastolatkowie pędzili przez schody i korytarze, nie zwracając uwagi na nikogo po drodze. Zatrzymali się dopiero przed salą lekcyjną.

– W samą porę – roześmiał się profesor.

Przed wejściem ustawiła się już kolejka uczniów. Chłopcy szybko zajęli swoje miejsca.

– Zapraszam wszystkich do środka! – Profesor wszedł do sali jako ostatni. Przecisnął się przez szczelinę stołu i wszedł po dwóch schodkach na podest. – Witajcie! Aż trudno uwierzyć, że to już dziś. Zanim jednak przejdziemy do konkretów, muszę poprosić was, żebyście wystawili przed siebie ręce. O tak.

Profesor sam zademonstrował gest.

– Dobrze – pochwalił, gdy wszyscy unieśli dłonie. – Idealnie.

Pstryknął palcami.

W tej samej chwili na nadgarstkach uczniów zacisnęły się metalowych kajdany. Wszystkie połączone zostały jednym, ciężkim łańcuchem.

– Co jest? – wyrwało się Piotrkowi.

W sali momentalnie wybuchł chaos. Rozległy się krzyki, szuranie krzeseł i głośne pobrzękiwanie łańcucha.

– Wybaczcie. Kwestia bezpieczeństwa. – Uśmiech ani na chwilę nie zniknął z twarzy profesora.

– Cisza! – ryknął nagle.

A gdy hałas nie ucichł dostatecznie szybko, ponownie pstryknął palcami. Usta wszystkich uczniów magicznie zacisnęły się.

– Myślałem, że lepiej was wychowałem – westchnął profesor. – Ale nic to. Czeka nas długi dzień, więc nie marnujmy czasu.

Jak gdyby nigdy nic zaczął spacerować po podeście.

– Nie bez powodu trafiliście do akademii jako dzieci i nie bez powodu nigdy nie pozwolono wam opuszczać jej murów. Świat jest strasznym miejscem. Miejscem, które łamie ludzi, zanim ci zdążą dorosnąć.

Profesor zatrzymał się.

– Chłopcy wychowywani w przemocy wyrastają na ludzi małych. Wiecznie zlęknionych. Drażliwych.

Wiktor momentalnie spuścił wzrok.

– A kto wówczas zadbał o Królestwo? – zapytał retorycznie. – Królestwo potrzebuje ludzi silnych!

Profesor powoli uniósł dłonie do brody.

– Dlatego daliśmy wam bezpieczeństwo. Ciepło. Miłość. Przyjaźń.

Uśmiechnął się łagodnie.

– Wszystko, czego potrzebuje chłopiec żeby wyrosnąć na silnego mężczyznę.

Jedną dłonią odchylił brodę, drugą zaś przycisnął do skóry szyi. Rozległ się mokry, obrzydliwy chrzęst.

Kilka osób próbowało krzyknąć, lecz zaklęcie nie pozwoliło wydobyć z ich ust nawet piśnięcia.

Profesor zaczął zdzierać z siebie twarz. Skóra schodziła powoli, lepkimi płatami. Pod uśmiechniętym, pełnym wigoru mężczyzną krył się pomarszczony starzec o twarzy tak pooranej bliznami, jakby całe życie ktoś próbował obedrzeć go ze skóry.

– Prawda nie zawsze jest piękna – odezwał się już zupełnie innym głosem. Chropowatym. Zmęczonym. – Musieliśmy więc was przed nią chronić. W innym przypadku nie wyroślibyście na silnych i zdrowych żołnierzy. A to zagroziłoby naszemu istnieniu.

Starzec powoli przesunął wzrokiem po twarzach uczniów.

– Dziś nastał dzień prawdy. Podejdziecie do egzaminu dojrzałości. Ci z was, którzy go przeżyją, będą stanowili o sile naszego narodu. To od was zależeć będzie przyszłość kolejnych pokoleń.

Na jego twarzy pojawił się grymas przypominający uśmiech.

– Dlatego dzisiejszy egzamin nie sprawdzi waszych umiejętności. Sprawdzi wasze oddanie. Bo człowiek, który dla dobra Królestwa nie potrafi poświęcić wszystkiego, jest dla niego zagrożeniem.

Odruchowo spróbował podrapać się po nieistniejącej już brodzie.

– Dziś rozkazuje każdemu z was zabicie swojego przyjaciela.

W sali zapadła absolutna cisza. Wiktor momentalnie popatrzył w kierunku Piotrka.

– Gdy się obudzicie, nie zwlekajcie, tylko od razu sięgnijcie po broń. Ku chwale Królestwa!

Profesor pstryknął palcami.

 

***

 

Wiktor obudził się na dziedzińcu akademii. Strasznie bolała go głowa. Minęła dobra chwila, nim uświadomił sobie, gdzie i dlaczego jest. Na rękach wciąż miał ślady po kajdanach.

– P-Piotrek? – odezwał się cicho do siedzącego na skrzyni przyjaciela.

– On nie żartował – odpowiedział Piotr głosem wyprutym z nadziei. – Zobacz.

Wiktor nigdy wcześniej nie słyszał go w takim stanie. Wstał i podszedł bliżej. W głębi skrzyni zalśniły dwa miecze.

– To jakieś szaleństwo… – wychrypiał Wiktor. Spojrzał to na miecz, to na Piotra. W głowie aż mu zawirowało. Zatoczył się do tyłu i upadł. – P-po prostu ucieknijmy stąd.

Momentalnie zerwał się na nogi i pobiegł w stronę bramy. Nie zwolnił nawet wtedy, gdy Piotrek krzyknął za nim, żeby się zatrzymał. Z całym impetem wpadł na ledwo widzialną barierę.

Wiktor runął na ziemię, a twarz momentalnie zalała mu krew.

– Próbowałem cię ostrzec. – Piotrek pomógł mu wstać. – Nic ci nie jest?

– S-skąd wiedziałeś?

– Wstałem przed tobą. Po prawdzie… chyba obudziłeś się jako ostatni.

Wiktor rozejrzał się dookoła. Dopiero teraz zauważył, że dziedziniec podzielony został na małe, kwadratowe areny. W większości trwały już walki. W paru jednak panowała cisza.

Martwa cisza.

– Zanim wstałeś, zdążyłem się rozejrzeć – powiedział Piotrek. – Bariera jest solidna. Nie przebijemy jej. Chyba… nie mamy wyjścia.

– O czym ty mówisz? – Wiktor spojrzał na niego z przerażeniem. – Chyba… chyba nie myślisz, że my naprawdę…

– Posłuchaj. Przemyślałem wszystko. – Piotrek mówił spokojnie, ale głos lekko mu drżał. – Pamiętasz, co wyczytałeś w kronikach? Co roku egzamin zdaje dokładnie połowa uczniów. Reszta znika bez śladu.

– Ale… ale ja nie mam z tobą żadnych szans – wydusił Wiktor. – To nieuczciwe…

Piotrek przytulił go mocno.

– Obiecaliśmy sobie, że będziemy się wspierać, pamiętasz?

– T-tak…

– Więc posłuchaj mnie teraz uważnie. Zagramy w papier-nożyce-kamień. Tak będzie uczciwie.

Wiktor otworzył usta, jakby chciał zaprotestować, ale nie potrafił wydobyć z siebie głosu.

– Dobrze… – szepnął w końcu i ze zdziwieniem odkrył, jak łatwo ta zgoda przeszła mu przez gardło.

– Gotowy?

– T-tak.

– Pamiętaj, że bez względu na wynik, kocham cię. Papier… nożyce… kamień…

Nastolatkowie trzykrotnie uderzyli pięścią o otwartą dłoń.

– Cholera… – jęknął Wiktor. – Przegrałem…

Piotrek bez słowa ponownie go przytulił.

– Kocham cię jak brata – powiedział cicho i pocałował go w czubek głowy.

Wiktor poczuł, jak nogi zaczynają się pod nim uginać.

– C-co teraz?

Piotrek odwrócił się i sięgnął do skrzyni. Po chwili wrócił z jednym z mieczy.

– Posłuchaj mnie – odezwał się najspokojniej, jak potrafił. – Honorowa śmierć. W ten sposób żaden z nas nie stanie się mordercą.

Wiktor patrzył na ostrze z szeroko otwartymi ustami.

– M-mam się z-zabić?

Piotrek odwrócił miecz rękojeścią do przyjaciela.

– Nigdy ci tego nie zapomnę.

Wiktorowi zaczęły drżeć dłonie, a po policzkach pociekły łzy.

– J-ja nie…

– Hej. – Piotrek położył mu rękę na ramieniu i uśmiechnął się blado. Oczy miał zaczerwienione i zaszklone. – Nie pozwolę, żeby pamięć o tobie umarła. Znajdziesz się w tej cholernej kronice.

Wiktor spróbował się uśmiechnąć, ale kąciki jego ust nawet nie drgnęły. „Teraz albo nigdy” – pomyślał i uniósł miecz.

Drżące ostrze zatrzymało się pod jego brodą. Oddychał coraz szybciej. Im mocniej stal naciskała na skórę, tym wyżej mimowolnie unosił brodę.

Ostatnim co zobaczył, nim zamknął oczy, było niebo.

A na nim wrona. Smoliście czarna. Z oczami czerwonymi jak krew.

– Khra-khra-khra…

Nagle wszystko do niego wróciło. Czarna pustynia. Trupy. Czerwone niebo. Żerujące wrony.

I te słowa.

„Nie bój się.”

„Nie umrzesz.”

„Ty zawsze znajdziesz dobry powód, żeby nie umrzeć.”

Nie chciał umierać.

Nie teraz. Nie w taki sposób.

Dlaczego to akurat on miał umrzeć?

To niesprawiedliwe, że wszystko co złe, zawsze spadało na jego barki.

Impuls pojawił się szybciej niż myśl. Wiktor szarpnął mieczem i rzucił się do przodu. Ostrze weszło głęboko w brzuch Piotra. Rozległ się mokry trzask.

Piotrek zachwiał się i spojrzał najpierw na wbite w siebie ostrze, potem na Wiktora. Z ust pociekła mu krew.

– W-Wiktor… – wychrypiał.

– P-przepraszam…

Wiktor wypuścił miecz, jakby nagle go sparzył. Momentalnie zrobiło mu się niedobrze. Nogi ugięły się pod nim.

Dopiero teraz naprawdę zrozumiał, co zrobił.

Poczuł do siebie obrzydzenie tak silne, że aż brakowało mu tchu. Własna skóra zaczęła na nim ciążyć. Miał ochotę rozedrzeć ją na kawałki. Wszystko, byleby tylko pozbyć się tej żałosnej powłoki.

– Wszystko… będzie… dobrze… – zaświszczał słabo Piotrek i osunął się na kolana.

Ku przerażeniu Wiktora, Piotr zdążył jeszcze uśmiechnąć się, nim jego ciało bezwładnie runęło na ziemię.

 

***

 

Wiktor złapał się za głowę. Ból był potworny. Czuł, jakby coś wydłubywało mu oczy od środka.

– Mamy kolejnego zwycięzcę!

Profesor pojawił się obok niego i uniósł jego dłoń wysoko w górę.

– Jest nim Wiktor Barański, który zwyciężył swój pojedynek przeciwko… – profesor urwał na moment, jakby autentycznie zaskoczony – …Piotrowi Zagule. Witamy w gronie elity, Wiktorze.

Nastolatek nie zrozumiał ani słowa. Nie potrafił. Ból rozsadzał mu czaszkę. Świat wirował i rozmywał się przed oczami. Widział trzech profesorów stojących przed nim. Widział trzy martwe ciała przyjaciela.

Zacisnął powieki i wrzasnął.

I wtedy coś przeskoczyło. Nagle wszystko ucichło. Wzrok wyostrzył mu się tak bardzo, że widział pojedyncze krople krwi spływające po kamieniach dziedzińca. Słyszał oddechy ludzi znajdujących się setki stóp od niego. Słyszał bicie ich serc. Czuł od nich strach.

Powoli uniósł głowę.

– Już pamiętam – warknął.

Profesor zmarszczył brwi.

– Co pamiętasz?

Wiktor spojrzał na niego krwawo czerwonymi oczyma.

– A było już tak blisko…

Coś w jego postawie nagle się zmieniło. Jeszcze przed chwilą wyglądał jak przestraszony chłopak. Teraz sprawiał wrażenie, jakby pierwszy raz od bardzo dawna znalazł się dokładnie tam, gdzie powinien.

– Było już tak blisko… a i tak znowu się zesrało – powiedział jeszcze gniewniej.

Profesor cofnął się o krok.

– Co ty… – nie zdążył dokończyć.

Ręka Wiktora zacisnęła się na jego gardle i bez najmniejszego wysiłku uniosła starca nad ziemię. Profesor zaczął wierzgać nogami i uderzać na oślep. Szarpał dłonie chłopaka. Robił wszystko, żeby wyrwać się z uścisku, ale wyglądało to tak, jakby próbował zadrapać kamienny posąg.

W końcu ich spojrzenia się spotkały. Profesor momentalnie znieruchomiał. Jakby coś wyssało z niego całe życie. Jego ciało zaczęło gwałtownie wysychać. Skóra pękała i zapadała się do środka. Oczy zmieniły się w martwe, szare kulki.

Po kilku sekundach z profesora pozostały jedynie kości i garść pyłu rozsypującego się po kamieniach dziedzińca.

– Khra-khra-khra…

Na ramieniu Wiktora wylądowała wrona.

– Witaj ponownie, Kostucho. Kopę lat.

Kostucha nawet na nią nie spojrzał.

– To twoja wina. Gdyby nie ty…

– Oj, przestań. – Wrona przekrzywiła łeb. – Zawsze zwalasz wszystko na mnie. Naprawdę myślałeś, że Stwórca jest idiotą i pozwoli ci obejść klątwę?

Kostucha zacisnął szczękę.

– „Będziesz cierpiał swój żałosny żywot tak długo, aż przeżyjesz jedno prawdziwie przyzwoite życie” – wycedził, jakby recytował słowa, których nienawidził przez wieczność.

– Khra-khra-khra… – Wrona zachichotała swoim ludzkim, zachrypniętym śmiechem. – A ty za każdym razem kończysz tak samo.

– B-byłem już tak b-blisko…

Koniec

Komentarze

No, no – a zaczynało się tak niewinnie. Chyba dobrze, że nie dodałeś innych wątków. Wydaje mi się, że jest ich wystarczająco na tekst tej długości.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

 

Nowa Fantastyka