Wiedźmin Koenrad z Mirtu wyszedł właśnie ze wspaniałego, pachnącego drogimi perfumami apartamentu czarodziejki Margarity Laux-Antille. Odebrał zapłatę za zlecenie. Wbrew jego nadziejom, nagrodą była sakiewka i kokieteryjny uśmiech. Zamierzał więc jak najszybciej przeciąć ulicę Bubelową. Niestety, wpadł wprost na gęstniejący, cuchnący potem szpaler, który całkowicie zagrodził mu drogę. Zapowiadała się długa farsa.
– Złoto rozdają, czy kogoś wieszają? – zagadnął zgryźliwą staruchę.
– Bluźnisz, odmieńcze! – warknęła dewotka, międląc w dłoniach religijny amulet. – Toż to słynna, coroczna procesja Świętego Ognia! Sam hierarcha Hemmelfart tędy przejeżdża! Niesie do głównej świątyni bezcenną relikwię! Święty Napletek Błogosławionego Pafnucego, którym to ów prorok udławił wielkiego Wippera!
Koenrad uśmiechnął się krzywo, patrząc jak tłum układa w błocie dywan z róż dla korowodu, który blokował teraz pół miasta.
– Ten sam Hemmelfart, co to palić na stosach elfów, krasnoludów chce, waszych sąsiądów? Bo parszywymi nieludźmi są?
Starucha nabrała tchu, by wezwać straże, gdy nagle, tratując rzucone kwiaty, przemknął konny herold.
– Rozejść się! – ryknął. – Jego Świątobliwość poczuł się gorzej po wieczerzy i wciąż nie opuścił wychodka! Odwołano procesję!
Tłum westchnął z zawodem i zaczął rzednąć. Wiedźmin przeniósł rozbawiony wzrok na swoją rozmówczynię.
Kobieta splunęła soczyście, trafiając w środek rozgniecionej róży.
– A srał ich wszystkich pies – burknęła i odeszła. – Tyle stania na nic.