Knieja
Ścieżka wiodła przez ostępy prastarej kniei, gdzie ludzie zapuszczali się rzadko, a muzyka dzwonów Jasnego Boga nie dotarła chyba nigdy. Nie dało się stracić jej z oczu – niezliczone stopy trwale zniszczyły niskopienną roślinność, a sama ziemia, latami deptana bez litości, przypominała raczej klepisko niż leśne podłoże. Z drugiej strony, trasa nie mogła być często uczęszczana. Suche gałęzie rosnących przy niej krzewów i drzewek podszytu splatały się tuż nad wąskim pasem gołej gleby, jakby nikt i nic nie zakłócało ich spokoju od lat.
Tak, tą ścieżką ani chybi przechadzają się demony – myślał wędrowiec, przedzierając się przez roślinność. Gałęzie raniły mu ręce i szarpały płaszcz. Wreszcie, po kilku zdających się wiecznością godzinach, wydostał się z gąszczu. Widok, który mu się ukazał, byłby niewyobrażalnym wręcz zaskoczeniem – gdyby nie zgadzał się co do joty z opisem przekazanym mu przez wieśniaków z Górnego Lander.
W samym sercu kniei ktoś wyciął porębę, tak wielką, że jej krawędzie ginęły we mgle. Jak okiem sięgnąć ziemię pokrywały pulchne grzbiety zadbanych grządek, w których rosły dynie, ziemniaki, ogórki i wiele innych gatunków jarzyn – wędrowiec niektórych nie potrafił nawet nazwać, ale był pewien, że nie wszystkie powinny dojrzewać o tej porze roku.
W sporej odległości od krawędzi lasu stał wykonany z grubych jak beczka bali częstokół. Niepokonana bariera chroniąca wioskę równie skutecznie przed najazdem, co przed wścibskim wzrokiem obcych.
– Nosisz miecz, przybyszu – zwrócił się do wędrowca głos zdający się dobiegać z wielu miejsc naraz – ale twojego płaszcza nie zdobi żaden herb. Czego szuka najemnik w naszej osadzie? Wierz mi, gdy to mówię: nie mamy tu pracy dla takich ludzi.
Wojownik rozejrzał się nerwowo we wszystkie strony, ale nie dostrzegł mówiącego.
– Pokaż się, demonie! – wrzasnął i błyskawicznym, ćwiczonym tysiące razy ruchem dobył miecza.
– „Demonie”? – Głos zdawał się rozbawiony. – Po co używać takich mocnych słów? Czy ja cię obraziłem, przyjacielu? Jeśli nie jesteś najemnikiem i przybywasz w imieniu swojego księcia, wystarczy przecież powiedzieć. To, co prawda, niczego nie zmienia, ale…
Wojownik obrócił się na pięcie i ciął zamaszyście na wysokości pasa. Ostrze ze świstem przecięło powietrze – nikogo tam nie było.
Rozległ się suchy trzask, jakby ktoś strzelił z bicza. Dobiegał zza pleców przybysza. Wojownik wykonał kolejny zwrot, niemal tracąc przy tym równowagę.
Między nim a częstokołem – tam, gdzie jeszcze mgnienie oka temu nie było nic oprócz rzepy i dyni – stał uśmiechnięty od ucha do ucha mężczyzna w słomianym kapeluszu, splecionym tak niedbale, że nadawał mu wygląd stracha na wróble. Za to kij, trzymany przez niego w poprzek ramion, wyglądał dość solidnie.
– Jeśli dopadło cię sumienie, najemniku, i szukasz śmierci, u nas jej nie znajdziesz. Tu mieszkają wyłącznie pokojowe istoty.
– Jesteś, potworze – powiedział wojownik, grożąc obcemu wyciągniętym mieczem. – Przybyłem po wasze zaklęte ziele. Oddaj mi je albo sam wezmę.
Demon przechylił głowę z wyrazem szczerego rozbawienia na twarzy.
– Ziele? – powiedział, mrugając kilkakrotnie na znak zdziwienia. – O to chodzi, tak? Przesadziłeś w palarni?
– Dobrze wiesz, o czym mówię, poczwaro. Magiczne ziele, dające siłę i długowieczność potwora, który je uprawiał.
Demon pokręcił głową z dezaprobatą.
– Zastanów się przez moment nad tym, co mówisz, wojaku. Nawet gdyby taka cudowna roślina przypadkiem istniała, czego nie potwierdzam, to po co miałbym tracić czas na jej uprawę? Mam już przecież całą siłę i długowieczność, którą mogłaby mi dać – no nie? Wieśniacy nagadali ci głupot. Schowaj lepiej miecz i chodź ze mną. Upieczemy sobie po ziemniaczku i wypijemy dobrego piwa, żebyś miał siły na drogę powrotną. Chętnie poczęstowałbym cię też polewką, ale zdaje się, że są w niej grzyby, a nie mam pewności, które z nich wam szkodzą.
Wojownik nie słuchał propozycji potwora. Z mieczem w górze i bojowym okrzykiem na ustach rzucił się w jego stronę.
Demon nonszalancko sparował opadające na głowę uderzenie okutym końcem kija. Siła zablokowanego ciosu była tak duża, że przybysz odzyskał równowagę dopiero po kilku chybotliwych krokach w tył.
Przyjazny uśmiech spełzł z twarzy demona. Zamiast tego potwór wyszczerzył się okropnie, jakby tylko czekał na wymówkę, by dać się ponieść żądzy krwi.
– Duchy tej kniei widziały, że próbowałem, intruzie – mruknął, bardziej do siebie niż do przeciwnika, który właśnie szykował się do kolejnego cięcia.
Przybysz ponownie usłyszał suchy trzask. Zamarł w bezruchu – w miejscu, gdzie przed momentem stał demon w kapeluszu, nie było nikogo!
Poczuł, jak coś szarpie go za płaszcz. Zorientował się, o co chodzi, o pół chwili za późno – zdążył jedynie zobaczyć czarną plamkę na ogonie żbika, który przebiegł mu między nogami.
Ponownie rozległ się dźwięk bicza, tym razem za plecami wojownika. Potem głośny świst, jakby powietrze przecięła strzała, i trzask pękającej potylicy, na którą spadł nieludzko silny cios kija.
Rzecz jasna, tego ostatniego dźwięku przybysz już nie mógł usłyszeć.
– Trzeba cię gdzieś schować, gagatku – mruknął demon, łapiąc trupa za kostki. – Jeśli mistrz się dowie, że znowu kogoś zabiłem, przyjdzie mi pokutować z pół roku.
Hodden
Lady Godecin drżącymi palcami pieściła zarost na piersi Aigulfa. Choć gładząca jej ramię dłoń była szorstka jak kora dębu, a wynajęta na przedmieściach Hodden izdebka ciasna jak dziupla, z trudem powstrzymywała uśmiech.
Pisnęła głośno, gdy ręka kochanka solidnie klepnęła wciąż rozgrzany pośladek.
– To jak, moja pani – odezwał się Aigulf, cudownie ochrypłym głosem – mamy jeszcze siły?
Oparła się na łokciu, spojrzała prosto w stalowe oczy i prychnęła. Mąż od zawsze widział w niej, zamiast kobiety, dwie baronie, hrabstwo i tron w Hodden. Oczywiście, że miała siły – pewnie niewiele było dam w królestwie z takim zapasem sił jak ona.
Odrzuciła kryjący ich koc i wspięła się na kochanka. Z zadowoleniem przyjęła błysk pożądania, który pojawił się w jego oczach na widok kołyszących się tuż przed twarzą piersi. Jej biodra same się poruszyły na myśl o westchnieniach, jakie za moment miały znowu przerwać nocną ciszę.
Zamiast tego przerwał ją huk wykopanych z zawiasów drzwi. Godecin wyprostowała się jak zając w trawie zaskoczony dźwiękiem rogu.
– W imieniu księcia Theodarda, jesteś aresztowany! – chóralnie wrzasnęło dwóch wojaków. Ich peleryny miały odcień głębokiego błękitu, ten sam, co ciśnięta w kąt suknia lady Godecin.
Księżna poczuła, że krew odpływa jej z głowy, by zaraz wrócić tam gorącą falą.
Aigulf wyszczerzył zęby w zwierzęcym grymasie. Grot włóczni, drżący tuż przed twarzą – dokładnie w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu kołysały się piersi Godecin – nie wydawał się wzbudzać w nim trwogi.
Knieja
Na skraju prastarej kniei czwórka dzieci ogrzewała się przy ognisku. Brudne i wychudzone, stanowiłyby przykry widok, gdyby tylko ktoś mógł je tam zobaczyć. Wiszące na kościstych ramionach łachmany ledwo się trzymały. Czeredka musiała składać się z sierot, albo uciekinierów – nikt inny przecież nie spędzałby nocy w pełnym demonów lesie.
– Ile można czekać – jęknęła Berta, łapiąc się za brzuch i kładąc głowę na kolanach Odgera. – Mówiłam, że ktoś powinien z nim chodzić.
– Nie marudź. Jeśli jesteś bardzo głodna, to spróbuj się przespać.
– A jeśli coś mu się stało i nie wróci? – Berta nie dawała za wygraną. – Przecież to tylko kwestia czasu! Musimy poszukać lepszego miejsca. Nie możemy wiecznie podkradać demonom rzepy! Nie rozumiem, dlaczego on tak się upiera, żeby zostawać tutaj. I nie rozumiem, dlaczego się go słuchamy
– Słuchamy się Samo, bo jest szefem. Kropka. Bez niego my umarlibyśmy z głodu, a wy skończyły w burdelu – stwierdził kategorycznie siedzący po drugiej stronie ogniska Geva. – Mnie też nie podoba się życie w lesie, ale skoro Samo mówi, że to najlepsze miejsce, to ja mu ufam. Jeśli masz jakiś problem, powiedz mu o tym.
Berta otwarła usta, żeby mu coś odszczeknąć, ale nie zdążyła.
– Kto ma jakiś problem? – usłyszeli zza wielkiego buka. Od razu rozpoznali ten głos i zerwali się na nogi, żeby powitać przybysza.
– Samo, Samo! – pokrzykiwała radośnie najmłodsza z nich wszystkich Addela.
Chłopak mógł mieć trzynaście albo czternaście lat. Sam tak naprawdę nie wiedział. W każdym razie był w bandzie najstarszy. Wyróżniał się wśród zabiedzonych dzieci też wzrostem i muskulaturą – gdyby nie był tak jak one odziany w łachmany i umorusany od stóp do głów, mógłby łatwo uchodzić za młodego rycerza.
W tym momencie jednak nikt z bandy nie tracił czasu na podziwianie postury Samo. Liczyły się tylko dwa obfite naręcza rzepy, które w triumfalnym geście wzniósł nad głowę.
Po chwili nocna cisza wypełniła się wesołą symfonią chrupania. Nawet Berta zapomniała o dąsach.
Hodden
Żaden z podwładnych Theodarda Lothbroga nie śmiał wziąć choćby głębszego oddechu, więc wściekłe dyszenie księcia niosło się echem po sali tronowej. Godecin, zmuszona, by siedzieć u boku męża, ze wstydu zasłaniała twarz chustą, a żołdacy w błękitnych płaszczach odwracali wzrok. Nawet kat, stojący nad więźniem jak śmierć, pochylił ukrytą w kapturze głowę i uważnie przyglądał się posadzce.
Skazaniec, choć zmuszony do klęczenia przed tronem, wydawał się najmniej ze wszystkich zlękniony i patrzył hardo na bordową twarz księcia.
– Ściąć – lakonicznie rozkazał Theodard. – Za obrazę majestatu.
– Panie mój! – zaprotestował kat, nie podnosząc wzroku. – Ściąć? Cudzołożnika!? Wygnaj go albo każ ująć męskość! Ale na śmierć…? Na śmierć się nie godzi!
– Ściąć, bez dyskusji! Wydałem swój sąd!
Aigulf skwitował wyrok prychnięciem. Cisza, która zapadła, tym razem była doskonała – nawet Theodard na moment zapomniał o oddychaniu.
– Masz jeszcze coś do powiedzenia, przybłędo? – warknął wreszcie.
– A mam – powiedział Aigulf, z wyrazem pogardy na twarzy – bo to jest farsa, nie sąd, ot co! Jeden drwal spod Brwej, prosty gość, w podobnej sytuacji osobiście rzucił się na mnie z pogrzebaczem. Pożałował, być może, później tej decyzji, ale przynajmniej żonie i sobie samemu udowodnił, że jeszcze z niego chłop. A książę, z królewskiego nadania pan i obrońca tej ziemi, musi się, wbrew prawom, żołdakami i katem wysługiwać? Farsa… Uch! – Urwał, bo Theodard zerwał się z tronu i posłał książęce kolano prosto w zęby skazańca. Cichy jęk dobiegł zza chusty Godecin, gdy jej kochanek padł na posadzkę, a tryskająca z nosa krew zachlapała marmury.
Aigulf splunął i wybuchnął śmiechem, jakby w obliczu rychłej śmierci tracił rozum.
– Tak, książę! Kop spętanego! Uprzedzam tylko: jeśli w ten sposób będziesz męskie sprawy załatwiał, możesz się jeszcze stad gachów i bękartów doczekać. Kto wie, może nawet małodobry jednego zostawi, skoro tak waszą pieprzoną miłość musi we wszystkim wyręczać!
Theodard, zgrzytając zębami, dźwignął Aigulfa z posadzki. Książę, potężnie zbudowany, trzymał skazańca nad ziemią, jakby ten zupełnie nic nie ważył. Zatrzymał się w pół ruchu, najwyraźniej poczuwszy na sobie wzrok żołdaków i Godecin.
– Szabla dla przybłędy! – wysyczał. – Już!
Knieja
W tym samym czasie co banda bezdomnych dzieci inna grupa również zabierała się do kolacji.
Starzec zwinął cienką, ale niezwykle długą brodę, rozsiadł się na macie w zaszczytnym miejscu na końcu sali i uniósł do ust miskę zupy.
– Wyborna – stwierdził lakonicznie, skosztowawszy dania.
Gwar rozmów ucichł, jakby posilające się demony nagle oniemiały. Wszystkie głowy zwróciły się w stronę starca. Mistrz przemawiał nieczęsto, a już zwłaszcza przy jedzeniu. Skoro otworzył usta, znaczyło to niechybnie, że któryś z mieszkańców wioski solidnie sobie nagrabił.
– Tak wiele smaków miesza się w tej zupie. Jest tu ziemniak, dynia i kapusta. Nie zabrakło też szczypiorku i czosnku, nadających właściwy aromat. Tylko jednego składnika w niej wyraźnie brakuje. Domyślasz się, o czym mówię, Ganzo?
Demon w słomkowym kapeluszu, który zajmował miejsce przy wejściu do sali i pilnował drzwi, westchnął ciężko.
– Nie, mistrzu – odparł, podnosząc głowę.
– Mówię o rzepie, Ganzo – powiedział starzec. Nie patrzył w stronę rozmówcy. Cały czas wbijał wzrok w miskę, jakby próbował wróżyć z pływających w niej warzyw. – Czy nie uważasz, że pikantny smak rzepy sprawdziłby się tu znakomicie?
Strażnik pól wzruszył ramionami.
– Być może, mistrzu. Wiesz, że nie zwykłem wybrzydzać. Jeszcze w dzieciństwie uczyłeś mnie, że posiłek powinien być prosty.
– Dziwna sprawa – kontynuował starzec. – Gdy przechadzałem się rankiem między grządkami, zauważyłem dziury w miejscach, gdzie jeszcze niedawno rosły dorodne rzepy. Cieszyłem się na myśl, że Rino poda nam na kolację danie z rzepą. Tymczasem w zupie pływają ziemniak, dynia i kapusta. Ale ani jednej rzepy. Możesz mi to jakoś wyjaśnić?
Demon milczał dłuższą chwilę. Mistrz odzywał się rzadko, ale kiedy już przemawiał, często nikt nie potrafił się domyślić, do czego zmierza. A już na pewno nie Ganzo. Ganzo był dobry w rozbijaniu głów. Nie w główkowaniu nad meandrującymi przemowami.
– Wybacz śmiałość, mistrzu, ale osobiście kazałeś mi odwracać wzrok, kiedy ktoś połakomi się na nasze jarzyny ze szczerego głodu. Te dzieciaki są chude jak szczapy, a ich herszt podkrada najpospolitszą rzepę i ziemniaki, i to takie lichawe, z brzegu pola. O zaklętych ziołach chyba nawet nie słyszeli, a jeśli, to nie mają pojęcia, gdzie szukać.
Mistrz wreszcie spojrzał na rozmówcę. Tysiące lat mądrości bijące z jego oczu przytłoczyły strażnika.
– Oczywiście, Ganzo. Jesteśmy demonami, nie barbarzyńcami. Nie kazałbym ci otłukiwać dzieci kijem za dwie kapusty i dynię. Na zdrowie, do nas wróci w dobrej karmie. Ale nie może być tak, że ktoś zakłada obozowisko w miejscu, z którego wygodnie mu wchodzić nam w szkodę. To wielka strata dla wioski i – co gorsza! – krzywda dla dusz tych dzieci, bo przyzwyczajają się do życia z kradzieży.
Ganzo powoli pokiwał głową. Mistrz, jak zawsze, miał rację.
Hodden
Theodard krążył wokół kochanka żony i uśmiechał się pod wąsem. Aigulf był poobijany, o całą głowę niższy od potężnego księcia i – co najbardziej ucieszyło władcę – najwyraźniej bez wojskowego wyszkolenia, bo szablę dzierżył zupełnie nie podług sztuki. Obie ręce wyciągnął przed siebie i machał nimi powoli jak mag rzucający zaklęcie… albo raczej ślepiec szukający drogi w nieznanym pomieszczeniu.
Tylko harde oczy i pogardliwy uśmieszek, nieschodzący z ust Aigulfa, nie dawały księciu spokoju.
Poczuł, że ślina zasycha mu w ustach. Nic to – pomyślał. To nie pierwszy pojedynek ani nie piętnasty. Splunął na posadzkę.
– Rozumiesz, przybłędo – zapytał – że walczymy na śmierć? Nie wymigasz się satysfakcją!
Aigulf nie odpowiedział, pokiwał tylko wolną dłonią, prowokując księcia do ataku.
Theodard krążył jeszcze przez chwilę i – gdy moment wydał mu się odpowiedni – ruszył.
Książę tytułów i pozycji nie zawdzięczał wyłącznie urodzeniu. Zaczynał jako oficer podrzędnej jednostki i całą ścieżkę od błotnistych bezdroży południowej marchii do tronu w Hodden wykarczował głownią własnej szabli.
Gdy siedział obok niewiernej żony, gniew przesłaniał mu oczy, ale znajomy ciężar broni w ręce natychmiast sprawił, że nienawiść stała się metodyczna. Zimna. Kilka pierwszych cięć zamarkował, w następne nie wkładał całych sił. Nie skracał dystansu bardziej, niż musiał. Badał. Sprawdzał. Mierzył. Jakby kontrolę nad jego umysłem przejął wpajany od dzieciństwa szacunek do ostrza.
Przeciwnik za każdym razem cofał się niezgrabnie – nie próbował odpowiadać, ani nawet blokować. Jeśli pióro brzęknęło o pióro, to tylko przypadkiem, gdy nie zdążył go w porę zabrać. Ktoś mniej doświadczony od księcia mógłby nabrać się na ten teatr – Theodard natychmiast zrozumiał, że takie uniki wymagają doskonałego wyczucia odległości.
Książę miał sposób na tego typu cwaniaczków. Poznał go od szermierzy z zachodu, a naukę niemal przepłacił kalectwem.
Ze zwinnością, o jaką nie podejrzewałby go nikt, kto wcześniej nie krzyżował z nim broni, Theodard wyrzucił całe ciało do przodu. Zdradziecki wypad pozwolił wyprowadzić pchnięcie daleko poza normalny zasięg – taki manewr byłby samobójczym w chaosie pola bitwy, w pojedynku sprawdzał się znakomicie.
Przynajmniej zazwyczaj.
Theodard poczuł gwałtowne szarpnięcie za uzbrojoną rękę. Nim zdążył zrozumieć, co się dzieje, leżał na łopatkach z nogą Aigulfa pod brodą. Przeciwnik wyprężył się z całą mocą.
Książęcy łokieć, pod naporem bioder Aigulfa, trzasnął jak szczapka. Wrzask Theodarda zagłuszył okrzyki zszokowanych żołdaków, ale nie trwał długo, bo lodowate, bezszelestne jak umykający zaskroniec ostrze prześlizgnęło się mu po szyi i krzyki przeszły w odrażające rzężenie.
Theodard leżał w kałuży krwi, a zimny marmur szybko kradł resztki ciepła z jego ciała.
Błękitne płaszcze otoczyły Aigulfa pierścieniem włóczni i halabard. Przekrzykiwali jeden drugiego, ale książę niewiele z tego rozumiał.
– Zabić! Zabić! Nie dajcie mu uciec! – chciał wrzeszczeć, ale zamiast tego padła komenda:
– Stać! – Kat doskoczył do jednego z żołdaków i szarpnął za kołnierz. – Puścić przybłędę! Wara, mówię! – Drugiego odciągnął, złapawszy w pasie, trzeciemu pomachał szerokim katowskim mieczem przed samą twarzą. – Miał od naszego księcia przyrzeczone! Włos mu z głowy spaść nie może!
– Plwać… plwać na przysięgę! Zabijcie! – rozkazywał Theodard ostatnim tchem, ale poddani słyszeli tylko rzężenie i chlupot w zalewanej krtani.
Aigulf spojrzał jeszcze raz na księcia, cisnął zakrwawioną szablę w kąt sali i odszedł spokojnym krokiem, żegnany szlochem Godecin.
Knieja
Następnego popołudnia Samo chował się za szpalerem krzaczków soi i obserwował strażnika pól. Ganzo uważnie stąpał między roślinami i wymachiwał kijem. Precyzyjnie wykonywane układy imponowały chłopcu – z otwartymi ustami wpatrywał się w ciągle zmieniające tempo sekwencje pchnięć, uderzeń i uników. Demon zdawał się tańczyć do melodii skomponowanej ze świstu przecinającej powietrze broni i groźnie brzmiących okrzyków.
Samo nie wybrał się jednak na otaczające wioskę pole, żeby podglądać, jak straszny wojownik doskonali swoją technikę. Bywał tam od wielu dni i wiedział, że Ganzo w końcu zmęczy się ćwiczeniami i przybrawszy prawdziwą postać, uda się wziąć kąpiel w sadzawce. Wiedział też, że poza wczesnym rankiem niepodobna było na otaczających demonią osadę polach spotkać kogoś innego – warzywa rosły jak szalone, choć najwyraźniej nikt nie wkładał ani odrobiny wysiłku w ich uprawę.
Wreszcie Ganzo pokłonił się niewidzialnemu przeciwnikowi. Nadciągała idealna okazja na wyrwanie kilku rzep i błyskawiczne zniknięcie w gąszczu. Rozległ się długo wyczekiwany trzask przemiany i Samo widział już tylko czubki roślin drżące, gdy ich łodyżki trącał przebiegający żbik.
Natychmiast doskoczył do rzep i zaczął gołymi rękami wygrzebywać je z ziemi. Nie była to trudna praca – gleba, spulchniona zapewne magicznym sposobem, chętnie wypuszczała swoje skarby z uścisku. Mimo to spieszył się, jak mógł. Ganzo zazwyczaj wracał na swoją wartę najwyżej po kwadransie pływania.
Samo mocował się właśnie z wyjątkowo wielką bulwą, gdy skierowane między łopatki uderzenie okutego kija posłało go na ziemię.
– No i co, łobuzie? Zasmakowało się w kradzionym?
Ganzo, oczywiście, nie użył do ciosu nawet ułamka swojej nadludzkiej siły. Ot, stuknął chłopaka na tyle, żeby ten stracił równowagę i skosztował odrobinę gleby. Samo, gdy tylko dotarło do niego, co się dzieje, poderwał się do ucieczki. Nie otrzepał się nawet i nie próbował pochwycić choćby części łupu. Chciał tylko jak najszybciej znaleźć się w majaczącej we mgle kniei jak najdalej od strasznego strażnika pól i jego kija.
Demon wraził koniec broni między kostki chłopaka, więc próba ucieczki skończyła się kolejnym upadkiem na twarz.
– Naprawdę myślisz, że to dobry pomysł ganiać się ze żbikiem po lesie? Słowo daję, co złodziej, to głupszy.
Ganzo z ciężkim westchnieniem przysiadł na dyni i polecił chłopakowi podnieść się i otrzepać. Samo unikał jego wzroku – gdy już wstał, wbił spojrzenie we własne stopy, nagle zawstydzony występkiem, który do tej pory wydawał mu się niemal zabawą.
– Silny dzieciak z ciebie – stwierdził demon, stukając chłopaka kijem w ramiona, jakby mierzył mu rozstaw barków. – Co ci strzeliło do głowy okradać potwory, hm? Może i jestem ostatnim, który powinien to mówić, ale nie lepiej już poszukać uczciwej roboty?
– Eee… – Samo, wyraźnie zmieszany, grzebał czubkiem palca w ziemi. – Nie tak łatwo znaleźć miejsce dla pięciu sierot.
– Sierot, mówisz. – Ganzo westchnął po raz kolejny. Zerkał to na chłopaka, to na powyrywane z ziemi bulwy. – Ty coś kręcisz, złodziejaszku. Znam się na kłamstwach jak mało kto, więc widzę na pierwszy rzut oka. Ale wiesz co? Słonko świeci, ptaszki śpiewają, przeklętych dzwonów tu nie słychać, słowem: jestem dziś w świetnym humorze! Pozwolę ci zarobić na te rzepy, skoro już je wydarłeś z ziemi. Łap!
Cisnął swój kij w stronę chłopaka. Ten chwycił go bez trudu, za to z wyrazem najwyższego zdziwienia na ubłoconej twarzy. Ganzo tymczasem zeskoczył z dyni i wydarł z ziemi wiklinową tyczkę, na której rosła fasola. Ułamał koniec tak, by pozostała część miała odpowiednią długość. Tak uzyskanym orężem smagnął kilkakrotnie o ziemię, wzbijając w powietrze solidne grudy.
– Nada się – mruknął, widząc, że tyczka wytrzymała próbę. – Zasady są proste, łobuzie! Będziesz ze mną trenował. Punkt zdobywasz za czysty cios w głowę, brzuch, albo między łopatki. Wygraj choć jedną rundę, a rzepa jest twoja!
Samo zacisnął ręce na kiju. Oczy chłopaka rozjarzyły się jak dwie pochodnie.
Hodden
Noc spowiła zaułki wąskich uliczek stolicy tak szczelnie, że garbatego mężczyzny w czarnej szacie właściwie nie dało się zauważyć, dopóki nie zsunął kaptura. Garbus wyciągnął prawicę do Aigulfa, ale ten zignorował powitanie i wyrwał mu z lewej ręki sakiewkę. Potrząsnął woreczkiem – rozległ się miły dla ucha brzęk.
– Czy mi się wydaje, Sicho, czy to więcej, niż się umawialiśmy? – zapytał podejrzliwie. Nie wierzył w darmowy pieniądz, a już zwłaszcza nie z ręki Dudonów.
– Wiem, co się mówi o naszym rodzie, ale zwykliśmy doceniać dobrze wykonaną robotę! A sprowokowanie księcia do pojedynku… no cóż, to był prawdziwy majstersztyk. Żaden tam sztylet, trucizna, czy inna skrytobójcza błazenada, wszystko w świetle dnia, przy świadkach i pod przysięgą! Nikt nigdy tego z nami nie połączy, nigdy! No i nie można pominąć – garbus oblizał wargi – pewnych innych walorów twojego rozwiązania. W całym Hodden gadają: książę-rogacz zginął z ręki gacha! Coś pięknego po prostu, Lothbrogowie są skończeni! Dziedzic księcia może…
Aigulf nie dosłyszał, co sobie może dziedzic Theodarda, bo nagle nocną ciszę przeszył dźwięk, który przyprawił go o dreszcze.
– Dzwony? – stęknął. – Tak daleko na wschód?
Aigulf całą wolę skupił na tym, by nie zacisnąć zębów. Grymas natychmiast by go zdradził. Nowa wiara dotarła do kraju niedawno, ale nie mógł zakładać, że rozmówca nie wie, dlaczego wyznawcy Jasnego Boga biją w dzwony po nocach.
– A tak, tak. – Garbus westchnął ciężko. – Szerzy się to-to jak zaraza. Uczciwym ludziom spać nie dają. Nieuczciwym zresztą też. – Mrugnął zaropiałym okiem. – W stolicy już nawet dziwki się nawracają, dasz wiarę? Moja najulubieńsza Rose zostawiła burdel dla kaplicy. Straszne rzeczy, mówię ci. Jeszcze nie tak dawno, jak człowiek zaszedł do Madame Osgardy…
Aigulf nie słuchał. Pulsujący ból był jak gwoździe wbijane w głowę kowalskim młotem. Czuł, że zaczyna drzeć mu szczęka. Chciał posłać garbusa do diabła, ale nie był już w stanie mówić.
Kolejny gong. Łzy napływały mu do oczu.
Czy Sicho zauważył? Już wie? Może powinienem go zabić – gonitwa myśli wypełniała głowę Aigulfa, ale jedna przebijała się ponad wszystkie inne: niech on wreszcie przestanie gadać!
– …tak że rozumiesz przyczaj się chwilę, nie wychylaj, ale bądź w kontakcie. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyda się ktoś o twoich talentach… – Garbus ciągnął niewzruszony. Może nie zauważył. Może grał na czas – gdyby ktoś akurat przechodził, czy wrzasnąłby „łapaj, trzymaj, straże!”?
A może jednak…? Sicho, o ile Aigulf wiedział, nową religią przejmował się mniej więcej tak, jak starą – czyli wcale. Wierzył, jak wszyscy Dudoni, tylko w potęgę pieniądza. Mógł nie wiedzieć, kogo próbują przegnać wyznawcy Jasnego Boga.
Nagle dzwon odezwał się głośniej – może ktoś silniejszy szarpnął za linę, może zmienił się wiatr, a może wreszcie Aigulfowi się tylko zdawało.
Tak czy inaczej, ból i panika wzięły górę.
Mocnym pchnięciem przewrócił garbusa na bruk i rzucił się do ucieczki. Nie słuchał, czy krzyczy za nim, czy wzywa straże – zasłonił uszy dłońmi i biegł, nie oglądając się, byle dalej od źródła przeklętego dźwięku.
Knieja
Samo cofał się przed kolejnymi uderzeniami. Choć okuty kij skutecznie przyjmował ciosy wiklinowej tyczki, ramiona chłopaka zdobiły całe malowidła z siniaków.
Wreszcie nadarzyła się okazja do kontrataku – Ganzo, by zbliżyć się do przeciwnika, musiał ominąć rosnące w poprzek ścieżki niesforne pnącze cukinii. Samo wykorzystał ten moment – zablokował kolejne uderzenie i natychmiast obrócił się jak fryga, wyprowadzając zamaszysty cios na nerkę instruktora.
To znaczy, na miejsce, w którym nerka powinna być – Ganzo błyskawicznie zanurkował pod świszczącym kijem i szarpnął kostkę chłopca.
Samo stęknął, waląc łopatkami o ziemię. Wstał, krzywiąc przy tym twarz i otrzepał się z kurzu.
– Tak nie wolno! – zaprotestował.
Ganzo wyszczerzył zęby.
– Myślisz, że jak przyjdzie ci walczyć na poważnie, to ktoś będzie pytał, co mu wolno? Poza tym, jeśli już się obracasz…
– … jeśli już się obracasz, powinieneś najpierw zablokować przeciwnikowi uzbrojoną rękę – odezwał się głos za ich plecami.
Ganzo obrócił się jeszcze szybciej, niż Samo podczas ćwiczeń i zgiął wpół jak scyzoryk. Chłopak poczuł, że serce podchodzi mu do gardła. Przez moment rozważał ucieczkę, ale Ganzo chwycił go za kark z siłą imadła i przymusił do ukłonu.
– Mistrzu – powiedział, nie podnosząc wzroku – wszystko mogę wyjaśnić.
– Nie przyszedłem rozmawiać z tobą.
Starzec podszedł do Samo.
– Musicie stąd odejść.
– Ja… – Słowa grzęzły chłopakowi w gardle. Choć starzec mówił spokojnie, a jego twarz nie zdradzała najmniejszego wzburzenia, coś w aurze sędziwego demona sprawiało, że Samo zapragnął natychmiast zapaść się pod ziemię. – Ja mogę odpracować te warzywa. Ale tak naprawdę odpracować. Nie, że machając kijem.
Mistrz pokręcił głową.
– Młody człowieku – powiedział, mocno podkreślając ostatnie słowo. – Tu nie chodzi o rzepę. Knieja to nie miejsce dla was. Ta najmłodsza, jak ma na imię?
– Addela.
– Addela – powtórzył mistrz. – Słyszałeś, jak pokasłuje? Najdalej za dziesięć dni przyjdą zimne wiatry z północy. Nie wytrzymacie zimy w szałasie.
Chłopiec nie zdążył zapytać, skąd sędziwy demon wie takie rzeczy.
– Mistrzu, wybacz śmiałość – wtrącił się Ganzo, nie podnosząc wzroku. – Czy nie moglibyśmy ich przyjąć?
Starzec powoli obrócił głowę w jego stronę i uniósł brwi.
– To dobry chłopak, choć nie wygląda – zapewnił strażnik. – Zobowiązałbym się mieć na nich oko, a na wiosnę nawet postawiłbym im chatę.
Samo łzy napłynęły do oczu, ale mistrz szybko zgasił jego nadzieje.
– Ganzo, nie będziemy tu prowadzić przytułku. Dzwony Jasnego Boga na zawsze podzieliły świat na dwa. Gdyby ktoś się dowiedział, że mamy w osadzie ludzkie dzieci, rozeszłyby się plotki, że je porwaliśmy i zmieniamy w demony, albo zjadamy, albo coś jeszcze gorszego. Zaraz postawiliby tu kaplicę, żeby nas przegnać. Nie. Człowiek – znów podkreślił to słowo – w Dolnym Lander jest mi winien przysługę. Za tydzień Rino będzie tam jechał kupić solone mięso, zabierze dzieci na wozie. To wszystko, co miałem do przekazania.
Powiedziawszy te słowa, sędziwy demon założył ręce na plecach i dostojnym krokiem udał się w stronę częstokołu.
– Wiesz, młody, nie zawsze widać to od razu, ale mistrz zazwyczaj ma rację. Tak będzie lepiej dla wszystkich – westchnął Ganzo, po czym objął ramiona chłopaka i z całej siły ścisnął. – Ale głowa do góry, przez tydzień jeszcze sporo cię nauczę. Nikt w Lander ci nie podskoczy, zobaczysz!
– Tak – potwierdził Samo, łamiącym się głosem. – Tydzień.
Hodden
Zatrzymał się dopiero na skraju lasu, daleko za murami. Oparł plecy o pryzmę ściętych drzew i usiadł na wilgotnej od rosy ziemi. Nie potrafił opanować oddechu. Głowa wciąż ćmiła, choć nocny chłód nieco łagodził ból.
Nawet się nie zdziwił, gdy zza starego dębu wyłoniła się ciężka, kocia łapa. Cętkowane futro pantery było szarawe, ale w świetle księżyca i na tle nocy zdawało się iskrzyć bielą jak świeży śnieg. Zwierzę wbiło w niego inteligentne oczy i przysiadło na zadzie. Koniuszek puszystego ogona drgał lekko.
– Witaj, mistrzu – powiedział Aigulf. Nie pytał, jak został znaleziony.
– „Mistrzu”? – zdziwił się starzec, gładząc palcami długą, śnieżnobiałą brodę. Aigulf przewrócił oczami. Nie znosił, gdy ktoś zmieniał się bezgłośnie, głównie dlatego, że sam nigdy nie opanował tej sztuki. – Czym zasłużyłem, byś zaszczycał mnie takim tytułem? Czy to z moich nauk wywnioskowałeś, że zasadnym jest zabijać za pieniądze i sypiać z ludzkimi żonami? Jeśli tak, to słusznie postąpiłeś, opuszczając klan. Chylę czoła przed twoim rozsądkiem. – Powiedziawszy te słowa, ukłonił się głęboko.
Aigulf znowu przewrócił oczami. Nie pytał, skąd mistrz wie – już w dzieciństwie nabrał przekonania, że starzec potrafi przebywać w wielu miejscach naraz.
– Skłamałbym, mówiąc, że tęskniłem za tobą i twoimi wywodami, ale mimo wszystko, dobrze widzieć cię w dobrym zdrowiu. Mów, proszę, czemu zawdzięczam tę wizytę.
Starzec milczał dłuższą chwilę – kolejny z jego nieznośnych zwyczajów. Patrzył w stronę Hodden.
– Słyszałeś dzwony – powiedział wreszcie.
Aigulf odruchowo potarł ucho. Na palcach pojawiły się ciemne smugi krwi.
– Twoja przenikliwość nie zna granic, mistrzu.
– Świat się zmienia. Światło Jasnego Boga pada na coraz więcej krain. Nie możemy dłużej żyć między ludźmi. Postanowiłem, że klan znajdzie nowy dom, z dala od miast i kaplic, i zaczniemy od początku. – Przez moment milczał i tylko gładził brodę. – Nie wyobrażam sobie, żeby zabójca miał być w tym miejscu mile widziany i nie mogę ci obiecać przebaczenia, ale gdybyś w przyszłości postanowił być kimś innym niż teraz, nie zamkniemy przed tobą bramy. To nie czas na pielęgnowanie zadawnionych uraz.
Aigulf zamyślił się. Bezwiednie skubał trawę, aż uzbierał pełną garść.
– Od początku, mówisz.
– Powiedziałem wszystko, co miałem do powiedzenia – odrzekł mistrz, po czym bezgłośnie przedzierzgnął się z powrotem w panterę, wskoczył na najbliższą gałąź i po kilku susach zniknął w gęstwinie jak leśny duch.
Knieja
Samo wbijał wzrok w pierś Ganzo – nie w stopy, nie w ręce, tylko w pierś, dokładnie tak, jak demon go uczył.
Dzisiaj, to musi być dzisiaj – powtarzał w myślach.
Ganzo gestem zachęcił chłopaka do ataku. Samo wyprowadził cztery szybkie ciosy, na zmianę używając obu końców kija. Po piątym uderzeniu Ganzo chwycił broń przeciwnika, zagarnął do siebie i obrócił się dookoła. Niesiony pędem Samo poleciał wprost na glebę. Przekoziołkował i czym prędzej wstał.
– Skup się! – skarcił go demon. – Dopóki walka trwa, musisz myśleć tylko o niej. Żegnać będziemy się potem.
Samo pokiwał głową. Dzisiaj – ponaglał się. To ostatni dzień.
Ponownie wyprowadził szybką serię, naprężył całe ciało i… zamarł w pół ruchu. Syknął z bólu, gdy niezablokowany cios wiklinowego kija smagnął go w ramię.
– Gdzie ty masz dzisiaj głowę? – fuknął Ganzo. – Takie coś cię trafia?
Chłopak jakby nie słyszał. Od razu ruszył do kolejnej serii ataków. Zaskoczony demon zrobił niepotrzebny krok w tył – nie zachwiał się ani nie zatoczył, ale potrzebował odrobinę dłuższej niż zwykle chwili, by pewnie oprzeć obie stopy o glebę.
Teraz! – krzyknął sam na siebie w myślach Samo. To musi być teraz!
Zacisnął zęby. Podbiegł dwa kroki, naprężył całe ciało i skoczył najwyżej jak mógł, z okutym kijem nad głową.
Ganzo, chcąc ukarać ucznia za zbędne akrobacje, posłał tyczkę prosto na jego żebra.
– I po co tak wydziwiasz? – chciał powiedzieć, ale słowa utkwiły mu w gardle, gdy zobaczył wyraz twarzy chłopaka.
Głośny trzask odbił się echem od ściany lasu.
– Nie!!! – ryknął Ganzo, ale nie zdążył zrobić nic więcej.
Rozpędzonej tyczki nie dało już się zatrzymać. Jak w zwolnionym tempie widział kij zmierzający do miejsca, w którym przed chwilą był tułów Samo.
Broń uderzyła w głowę sunącego w powietrzu żbika. Cios, który dla silnego chłopaka byłby jedynie bolesną naganą, trzasnął w drobne kostki zwierzęcia jak piorun. Ciało kocięcia walnęło o ziemię z głuchym dźwiękiem.
– Nie! – krzyknął jeszcze raz Ganzo. Padł na kolana i uniósł bezwładny, nakrapiany kształt. – Jak? Jak?
Natychmiast stanęły mu przed oczami obrazy z czasów, gdy ukrywał swoje prawdziwe imię: pokój w gospodzie, światło księżyca nad Hodden i wijąca się pod zdradliwymi pieszczotami Godecin.
– Czemu nic nie powiedziałeś? – jęknął, ale kocię w jego rękach nie zareagowało. Żebra zwierzęcia wciąż unosiły się w rytmie oddechu, ale już niemal niezauważalnie.
Wiedział, co musi zrobić. Przycisnął Samo do siebie i zerwał się do biegu. Miękka gleba tryskała mu spod stóp jak gejzery. Huknęło, gdy uderzył barkiem w skrzydło bramy.
– Ej, zdurniałeś? – syknął pilnujący wejścia ocelot, ale nie został choćby zaszczycony spojrzeniem. – Ganzo? Ganzo, co jest?! – wrzasnął i z głośnym trzaskiem przedzierzgnął się w człowieka.
Krzyk zwrócił uwagę mieszkańców osady. Ludzkie i zwierzęce postacie wychodziły z krytych strzechą chatek. Część podążyła za Ganzo, domyśliwszy się natychmiast, że skoro strażnik pól opuścił swój posterunek, musiało dojść do wielkiego nieszczęścia.
Ganzo zatrzymał się przed płynącym przez osadę strumieniem. Otarł łzy przedramieniem. Delikatnie położył Samo na trawie, pogładził po puchatym grzbiecie, po czym zanurzył rękę w lodowatej wodzie. Po chwili triumfalnie uniósł soczystą, zieloną łodygę, nieco podobną do selera.
– Ganzo, nie! – jęknął któryś z gapiów. – Jest dzień!
– Milcz! – warknął strażnik – On nie doczeka nocy, musi się udać teraz!
Pewnym ruchem, jakby w ogóle nie czuł bólu, rozszarpał zębami podstawę własnej dłoni i wyciągnął rękę nad nieprzytomnym kociątkiem. Z całej siły ścisnął roślinę. Krew i sok pociekły na płowe futerko.
Demony otoczyły ich półkolem i choć głośne trzaski raz po raz przerywały ciszę, żaden nie śmiał się odezwać. Nawet w osadzie potworów, gdzie nocami powietrze bywało aż ciężkie od magii, nieczęsto widywało się tak potężne czary. Cała wioska, łącznie z mistrzem, wstrzymała oddech w oczekiwaniu.
Samo powoli otworzył oczy. Z trzaskiem przemienił się z powrotem w chłopca, usiadł i obiema rękami ścisnął głowę.
– Co… co się stało? – zapytał. Widział nad sobą wiele nieznajomych twarzy, a między nimi siwą brodę mistrza. – Gdzie Ganzo?
Oczy chłopaka rozszerzyły się do granic możliwości, gdy jego spojrzenie padło na demona, który leżał tuż obok, bezwładny jak szmaciana lalka i szary jak popiół.
– Ganzo? – Trącił ciało, ale nie doczekał się żadnej reakcji. – Ganzo? – zapytał ponownie, tym razem bardzo cicho.
– Niech to będzie twoja pierwsza lekcja magii, młody demonie. I oby jedyna tak trudna – odezwał się mistrz. Jeśli miał do siebie pretensje, że nie rozpoznał w chłopcu pobratymcy, to nie zdradził tego choćby drżeniem siwych brwi. – Ziele, żeby dać komuś siłę i długowieczność, musi skądś je wziąć. Zawsze jest cena. Czasem po prostu płaci ją kto inny.