Żołnierz jechał galopem po wąskim trakcie na czele niewielkiego oddziału. Zaraz za nim podążało dwóch jeźdźców, uzbrojonych tak samo jak on: granatowoczarne zbroje, kapaliny z szerokimi, mocno pochylonymi rondami, tasaki u pasów i kusze przerzucone przez plecy. Tej trójce towarzyszyła dziesiątka wojów sunących parami; odziani w przeszywanice, skórzane kurty, a niektórzy w kolczugi. Topory, włócznie i nabite ćwiekami maczugi sterczały przy biodrach lub przytroczone do siodeł. W porównaniu z prowadzącą trójką kuszników wyglądali jak losowa zbieranina żołdaków.
Jeźdźcy mknęli pod wiosennym, jaśniejącym błękitem niebem, po którym dryfowały stada puchatych, śnieżnobiałych chmur. Dowódca oddziału obrzucał je co jakiś czas zadumanym wzrokiem, tak samo jak wzgórza na widnokręgu i okoliczne pola uprawne po obu stronach gościńca.
Przed nimi poboczem szedł zgarbiony starzec, wspierając się o krzywej lasce. Gdy zza pleców doszedł go szybko rosnący tętent kopyt, odwrócił powoli tułów, ale chrust na jego plecach przesłaniał widok. Konni nie zwolnili ze względu na niego. Dziadek odruchowo, acz niezgrabnie uskoczył, prawie się przewracając. Sporo gałązek wysypało się do płytkiego rowu.
– Z drogi, wsiurze! – wrzasnął jeden ze zbrojnych, jadący po prawej tuż za dowódcą. Ten przechylił głowę w jego stronę z kwaśną miną. Żołnierz nie widział oczu ukrytych za rondem, ale był pewien, że dowódca nimi przewrócił.
Droga skręcała w lewo między dwoma pagórkami porośniętymi brunatną trawą. Po przejechaniu między nimi trakt wił się coraz bardziej, niczym pełzająca żmija. Jeźdźcy mijali grupy świerków na stromych wzgórkach i szare głazy. Stanęli na jednym z wyższych szczytów i ujrzeli rozłożoną pomiędzy łagodnymi stokami dwóch wzgórz wioskę – Plosnę. Około dwudziestu chałup pokrytych strzechą z towarzyszącymi im szopami, stodołami, chlewami i oborami. Wokół wsi ciągnęły się równe, wąskie pasy niw i łąki, a dalej na północnym-wschodzie majaczyła ciemna ściana świerkowego lasu.
Oddział znajdował się niecałe dwieście jardów od zabudowań i dowódca dostrzegł, jak na wiejskim placyku gromadzi się spora grupa ludzi. Odwrócił się i wydał szybkie rozkazy, wskazując przy tym otwartą dłonią trzy kierunki.
Pociągnął za lejce i pognał z czterema konnymi ku południowi prosto na wioskę. Jednocześnie jego dwaj towarzysze, każdy przydzieloną trójką ludzi, także ruszyli; na południowy zachód i południowy wschód. Gdy się zbliżali, coraz wyraźniejsze dochodziły ich zaśpiewy kobiecych i męskich głosów. Wieśniacy byli tak bardzo zajęci obchodzeniem jakiegoś swojego święta, że obecność jeźdźców zauważyli, dopiero gdy ci już okrążyli wioskę z trzech stron. Na widok obcych cwałujących po szerokich stokach, śpiew momentalnie ustąpił miejsca panicznym krzykom i tłum na placyku niespokojnie się zakotłował. Niektórzy mieszkańcy pobiegli do swoich chat, inni pochowali się po szopach, ale większość pozostała na miejscu. Kapłan; brodaty starzec w długiej, białej szacie, uniósł bowiem sękate ręce, nakazując spokój. Krzyki przycichły, pozostało nerwowe oczekiwanie.
Po chwili trzynastu zbrojnych wtargnął do osady, rozganiając drób i psy, rozbiegające się z wrzaskiem. Zza chałup wyłaniali się kolejni konni, kierując gniewne spojrzenia na stojących w ciasnej grupie wieśniaków. Tych, którzy się nie pochowali, nie było więcej niż trzydziestu – nieco więcej mężczyzn niż kobiet. Wszyscy odziani w proste, chłopskie ubrania, ale całkiem czyste i odświętnymi ozdobami w postaci wianków i kokard.
Jeźdźcy z wyciągniętym orężem zaczęli okrążać kłusem wystraszoną gromadę. Część wieśniaków stała strwożona nieruchomo, część obracała się w miejscu, śledząc rozbieganym wzrokiem konkretnych zbrojnych. Bliski tętent hipnotyzował posępnym dudnieniem, a bliskość wierzchowców i ich wyraźny zapach dawały jasno do zrozumienia, że stanięcie im na drodze było proszeniem się o śmierć lub przynajmniej kalectwo. Ta parada trwogi dłużyła się otoczonym w nieskończoność, aż została przerwana ostro wykrzyczanym rozkazem:
– Stać! – dowódca uniósł wyprostowaną dłoń.
Jeźdźcy zatrzymali się i poszerzyli pierścień wokół zgromadzonych. Dowódca zsiadł z konia i stanął naprzeciw starca w białej szacie. Zaraz po bokach żołnierza pojawili się jego dwaj podkomendni. Z siodła zeskoczył także korpulentny, łysiejący jegomość w jasnobrązowej kurcie, który wparował między dowodzącego oddziałem a kapłana.
– Dobra, proszę tłumaczyć, panie Kanimirze – rzekł żołnierz, zdejmując hełm i biorąc go pod pachę. Przeczesał palcami na prawo gęste, brązowe włosy, nieco dłuższe na górze niż po bokach i z tylu. Zlustrował ponurymi, niebieskimi oczyma zlękniony tłum, a potem skupił uwagę na pomarszczonym brodaczu o nie mniej posępnym wejrzeniu. – Jestem Renar z siódmej kompanii trzeciego pułku Niszczycieli z Naredii. Mamy informacje, że w tej wiosce trzymane są przedmioty i skarby zrabowane z Szarego Grodu. Musimy je odzyskać.
Kanimir posłusznie przetłumaczył, gorączkowo przy tym gestykulując. Wypowiadał słowa w języku brzmiącym płynnie, miękko i szeleszcząco. Głos, akcent i język Renara w uszach wieśniaków brzmiał natomiast twardo i ostro, dodając ponurej prezencji zbrojnego jeszcze bardziej niepokojącej aury. Młody żołnierz stał wsparty na lewej nodze, prawą pięść trzymając na biodrze. Owalną twarz o dumnych i posępnych rysach pokrywał krótki zarost. Górował wzrostem nad wszystkimi, zarówno nad swoimi ludźmi, jak i nad mieszkańcami wioski. Jego smukła sylwetka nie odznaczała się natomiast ani zbyt szerokimi barami, ani muskularnymi ramionami. Pod tym względem Renar był całkiem przeciętny.
– Znam wasz język – chrapliwym głosem odezwał się kapłan. – Mówicie, iże szukacie zrabowanych rzeczy. To raczej wasi bracia w wierze wydarli je naszym lata temu, gdy książę Delanir porzucił wiarę swych ojców. Nasi dzielni witezie je po prostu odzyskali.
W odpowiedzi usłyszał cyniczny śmiech dowódcy.
– Jednocześnie paląc, mordując i gwałcąc przy tym cały gród? – Renar spojrzał na niego wilkiem.
– Takie są wszędzie prawa wojny.
– Jakiej wojny? – prychnął kusznik. – To nie żadna wojna. To tępienie szkodników. Czas waszych bożków i zabobonów już minął, żerco. Wasz bunt już prawie został zgnieciony.
– Prawie – burknął starzec.
– Co ty powiedziałeś? – spytał Renar, a monotonię w jego głosie zastąpiła zimna, ostra stal, czekająca na najmniejszą okazję, by zadać cios. Wąskie usta, nieustannie wykrzywione u niego w lekkim, sceptycznym grymasie, teraz nabrały zupełnie szyderczego wyrazu.
Żerca nie odpowiedział. Speszony spuścił wzrok.
– Tak myślałem. – Dowódca wyszczerzył się paskudnie. – Dobra, podyskutujesz sobie z naszymi magami. Spętać go! – Zwrócił się do swoich.
Kapłanowi brutalnie krępowano ręce w przegubach dłoni, a zlęknieni wieśniacy nie kwapili się do ruszenia mu z pomocą. Między nimi Renar dostrzegł stojącą na gładko ociosanym pniu drewnianą, błyskającą na słońcu figurkę. Skinął na swoich dwóch przybocznych i skierował się ku niej, mijając rozstępujących się ze strachu ludzi. Misternie wykonany złocony posążek, wysoki na niecałe dwie stopy, przedstawiał brodatego, długowłosego wojownika o czterech głowach, każdej zwróconej w inną stronę świata. Wyobrażony mężczyzna dzierżył w dłoniach skrzyżowane na szerokiej piersi miecz i topór.
– Posążek Kanevida – sapnął towarzysz po prawej Renara.
– Na to wygląda – mruknął dowódca. – Powinno być jeszcze siodło Gameniry, Gominiry czy innej ździry. Nie pamiętam już dokładnie. Dimel, weź trzech chłopa i zacznijcie szukać. Według opisu jest bardzo stare, ale też pozłacane. No i dwie skrzynie ze złotem.
– Tak jest, panie przyszły dziesiętniku! – żołnierz odparł z lekkim uśmiechem. Skinął na trójkę zbrojnych w ćwiekowanych kurtach i poszedł z nimi w stronę najbliższej chaty.
Renar sięgnął ku posążkowi, ale dłoń zatrzymała się tuż przed nim, gdy rozległy się głośne zawodzenia i jęki.
– Co jest? – Odwrócił głowę w stronę żercy.
– Wołają, że gdy spróbujesz modłę Kanevida zabrać, to ten pan wojny zaraz zstąpi i ukaże cię srogo. Wytraci też cały twój zastęp. Ludzie lękają się, iże ich też pokaże, że na to pozwolili z tchórzostwa.
– Naprawdę? – zapytał przeciągle Renar z dziwnym błyskiem w oku. Założył hełm, nie zapinając paska i przechylił do tyłu tak, że widać było grzywkę opadającą na wysokie czoło. Poprawił czarne rękawiczki bez palców. – No to sprawdźmy potęgę tego boga!
Złapał figurkę, uniósł wysoko, obrócił się teatralnie, po czym wziął rozmach i cisnął posążek w stronę szopy naprzeciwko. Przedmiot z głuchym łoskotem odbił się od belek i spadł na ziemię. Bojaźliwy chór jęków wzbił się w powietrze, ale zaraz zamilkł. Żadna boska interwencja nie przerwała ciszy trwożnego oczekiwania.
– Tyle warte są wasze bóstwa – sapnął Renar, podnosząc posążek. – Panie Kanimirze, niech pan im rzeknie, że to już koniec pogaństwa i buntu w ich wiosce. Każ, żeby powiedzieli, gdzie jest siodło, a potem niech rozejdą się do chałup.
Kanimir ledwo skończył mówić, gdy biegiem powrócił rozradowany Dimel z wielkim siodłem w rękach. Skóra siedziska była spękana jak pustynna gleba, a strzemiona i krawędzie łęków migotały od kunsztownie wykonanych roślinnych wzorów ze złota.
– Renar, znaleźliśmy! – zawołał uśmiechnięty kusznik od ucha do ucha, przekazując trofeum towarzyszącemu mu wojakowi.
– Szybko wam poszło. Gdzie było? – spytał dowódca.
– Jeden z moich zauważył coś jakby szopę na uboczu. Pomyśleliśmy, że wygląda znajomo, no i dobrze nas przeczucie kierowało. Z bliska przekonaliśmy się, że to chram i to po wyglądzie niedawno postawiony.
– Te ich świątynie to rzeczywiście wyglądają jak szopy. – Renar uśmiechnął się krzywo. – A złoto?
– Też tam jest! Dwie pełne skrzynie. Żelazo okuć mocno przerdzewiało, ale raczej się nie rozpadną. Zostawiłem tam dwójkę wojów, żeby go pilnowali.
– Świetnie! Oddział, za mną! I wziąć żercę – rozkazał Renar, podając posążek Kanevida drugiemu kusznikowi, znacznie niższemu, ale też bardziej krępemu. – Trzymaj, Boldar. Pilnuj tego, jak pierda w dupie.
– Tak jest, Renar! Cholera, korci rzucić tym jeszcze raz.
– Raz wystarczy. Magowie zrobią z tym porządek. Idziemy, a wieśniacy niech się rozejdą. Chociaż chwila – dodał po chwili namysłu. – Niech idą z nami do chramu. Panie Kanimirze, niech pan im powie.
Skromna, drewniana świątynia zbudowana na planie kwadratu stała na wzgórku otoczonym młodymi sosnami, w odległości pięćdziesięciu jardów na południe od półkolistej linii domków. W jej wnętrzu, do którego wąskimi otworami wpadało mętne światło, Renar ujrzał dwie skrzynie sporych rozmiarów, ustawione pod drewnianym ołtarzem. Otworzył skrzypiące wieko jednej, na którą padał słoneczny snop i zloty blask pieniędzy na moment go oślepił.
– Ładnie sobie poczynają – mruknął Dimel do Renara i Boldara. – Tak byli pewni, że wygrają to powstanie, że już nawet nie ukrywali tych skarbów i nawet małe święto sobie zrobili. Wpierw przewieźli je tutaj, bo kto by szukał ich na takim odległym zadupiu, a potem pewnie sobie pomyśleli, że jak im dobrze idzie w walce, to machną sobie kącinę, bo przecież nikt im tego nie odbierze.
– Ale potem wojsko księstwa ochłonęło, władca wezwał najemników, w tym nas i już wielcy witezie nie byli tacy zwycięscy – podjął Renar. – Wyszkolony mąż uzbrojony po zęby jest trochę silniejszym przeciwnikiem od przerażonej dziewki czy handlarza grzybów.
– Ale jak nasz informator mógł nie wspomnieć o chramie, skoro wiedział, że skarby są tutaj?
– Nie mówił, że to pewna informacja, ale wskazał możliwe dwa miejsca. Kasnel z Tanodem pewnie już jakiś czas temu dotarli do drugiego. Prawie mi szkoda, że nic nie znajdą. – Renar zakończył ironicznie.
– Ale po cholerę ściągnąłeś tu tych wieśniaków? – spytał Boldar, obracając swoją okrągłą twarz ku otwartemu wyjściu z kąciny, przed którym czekał spętany niepewnością tłum. – A, już wiem! Renar! – Chytry grymas wykrzywił jego wargi. – Będziesz kazał im patrzeć, jak rozwalamy im tę budę?
– Lepiej – odrzekł ten z cynicznym uśmiechem. – To oni sami ją sobie rozwalą.
Żołnierze wynieśli kufry na zewnątrz i dowódca za pośrednictwem Kanimira kazał mieszkańcom iść po siekiery, topory i łopaty. Zachęta obietnicą, że drewno z chramu będą mogli sobie wziąć na opał, nie była tak silna, jak obecność kilkunastu groźnych zbrojnych, ale także przyczyniła się do skwapliwego rąbania w sosnowe ściany. Konstrukcja została dość szybko rozebrana, a pośród porozrzucanych belek i dachówek leżały rozsypane setki mniejszych i większych drzazg. Wieśniacy patrzyli się smętnie na to, co było jeszcze niedawno domem ich bóstwa. Kazano im uprzątnąć drewno na bok i wtem kilku wieśniakom wydano polecenie, by chwycili za łopaty i kopali w miejscach narożników i progu zlikwidowanej kąciny. Wyraźnie było widać, że martwi ich to zadanie i to o wiele mocniej, niż samo rozrąbywanie chramu. Zbieranina chłopstwa stojąca w pobliżu mruczała niespokojnie i znów lękliwie zawodziła, patrząc strapionymi oczyma na powiększające się stopniowo dziury.
Po krótkim czasie wszystkie pięć z nich było już dostatecznie wydrążonych, by ukazać swą zawartość. W każdym kącie rozebranego przybytku na głębokości około czterech stóp, pośród popękanych glinianych naczyń, złożone były szczątki jednego zwierzęcia – psa, kozy, owcy i źrebaka. Ubrudzone ziemią ciała zabitych stworzeń znajdowały się w stanie niezbyt zaawansowanej zgnilizny; sinozielone, tu i ówdzie z przezierającymi spomiędzy tkanek kośćmi. W nosy stojących nad nimi ludzi uderzył ostry smród rozkładu. Renar, Boldar i Dimel patrzyli z niesmakiem na to odkrycie, a ich sojusznicy rzucali nań jedynie obojętne spojrzenia. Z kolei zawartość piątej dziury, pod progiem, zastąpiła odczuwane przez kuszników zniesmaczenie czystą odrazą wymieszaną z jeszcze silniejszym od niej gniewem. Na dnie leżało malutkie, nagie ciało o okrągłej główce, także rozkładające się od dość niedawna.
– Żertwa zakładzinowa – rzucił cicho Kanimir, wyglądający zza ramienia Renara.
Ten mruknął martwym głosem:
– Spytaj ich, czyje to dziecko.
Tłumacz obrócił się się i zadał pytanie, na które wybuchł zgiełk jak w kurniku, do którego wtargnął wygłodniały lis. Po kilku chwilach panicznego harmidru tłum agresywnie wypchnął przed siebie młodą parę. Mężczyzna stał ze spuszczoną głową i próbował coś powiedzieć, ale kobieta u jego boku, żywo gestykulując, szarpiąc się za włosy i szlochając, krzyczała błagalnie.
– Mówi, że to dziecko już przyszło na świat martwe, a nie, że je zabili na żertwę – przetłumaczył Kanimir.
Dowódca odwrócił się na pięcie i warknął:
– Dobra, każ jej, żeby skończyła się wydzierać. Nawet harpie by pouciekały, gdyby usłyszały taki lament.
Kobieta po chwili ucichła i patrzyła struchlała wraz ze swym lubym na surowe oblicze żołnierza stojącego kilka jardów naprzeciw nich. Jego zimne spojrzenie łyskało przeszywająco z cienia rzucanego przez rondo hełmu. Podniesiony głos wyrwał ich z osłupienia:
– Rzekłem już, że pogaństwo tu dobiegło końca, tak samo, jak rebelia – przemówił Renar jednostajnie i monotonnie, a Kanimir od razu przekładał jego słowa na lokalną mowę. – To oznacza też koniec ofiar ze zwierzyny, a tym bardziej z ludzi. Jestem wyrozumiałym człowiekiem i mam dziś naprawdę dobry humor, dlatego uwierzę słowom tej kobiety, że poroniła to dziecko, a nie zgodziła się sama, czy pod groźbą do złożenia w ofierze zdrowego noworodka. Nie będę zaglądał też pod fundamenty waszych chałup. To, co tam spoczywa, jest tam pewno od dawna. Nie ma sensu w rozbieraniu całej wsi, by wydobyć z jej ziemi ofiary złożone na długo, zanim zaświeciło w tych stronach Niepodzielne Światło. To już sprawa dla jego kapłanów. Co do tego chramu, to wznieśliście go niedawno i złożyliście pod nim pogańskie ofiary, których składania prawo księcia zabrania od lat. Może zrobiliście to z własnej woli, a może buntownicy przymusili was do powrotu do tych barbarzyńskich praktyk. Nie mam mocy do wydawania wyroków z tego prawa, ale mam pozwolenie na dokonanie jakiejkolwiek pacyfikacji w przypadku napotkania takich czy innych przejawów dawnej pogańskiej wiary. Nie spalę ani nie splądruję tej wsi. To pierwsze i ostatnie ostrzeżenie – zakończył stanowczo, po czym zwrócił się do nadal stojącej przed tłumem pary. – Wyjmijcie wasze dziecko z tej nory i pochowajcie je należycie. Zróbcie to, bo inaczej razem z nim zakopię was żywcem!
Kobieta i mężczyzna pospiesznie usłuchali nakazu. Przynieśli mały worek, włożyli do niego szczątki i oddalili się z nimi w stronę chałup. Renar podszedł do kufrów i otworzył jeden z nich.
– To nie wszystko – rzekł z nikłym uśmiechem i błyskiem w oczach, po czym uniósł dłonie napełnione monetami i podrzucił je w stronę tłumu. Pieniądze zamigotały w powietrzu, a oczy wieśniaków zaiskrzyły się w fascynacji. Efemeryczny, złoty deszcz spadł pośród nich, a wiele drogocennych kropli zostało złapanych, nim jeszcze uderzyły o ziemię. Te, którym udało się na nią spaść, zaraz desperacko podnosiły drżące z pożądania dłonie.
– Renar, co ty, kurwa, robisz? – Dimel spytał wzburzony. – Rzucasz złoto tym wsiurom? Przecież to pieniądze księcia!
– Nie takie mieliśmy rozkazy! – dodał Boldar.
– To i tak mała cząstka skarbu. – Renar wziął głębszy oddech i przemówił ponownie swoim sennym tonem. – Jak myślicie, jeśli po naszym odejściu zjawią się tu buntownicy z innymi żercami, to te wsiury będą takie chętne do pomocy? Zniszczyli bez większego przymusu swój chram i przyjęli złoto, które należało do ich bożka. To czyni ich współwinnymi i zdrajcami ich wiary. Poza tym pewnie i tak wcześniej zostali zastraszeni przez tych zbójów do przejścia na ich stronę. Teraz nie będą mieli wyboru i pewnie lepiej sobie o nas pomyśleli.
– Sprytnie! – zawołał Boldar. – Jak o mnie chodzi, to się nadajesz nawet na generała! Z drugiej strony, to ten ich bunt już niemal zgnietliśmy, co nie? Skoro tak, to raczej żadni ci obszarpańcy już tu nie wrócą.
– Tak, ale na pewno zostały się małe, rozproszone bandy. Weźcie jakiś wóz i załadujcie na niego skarby, figurkę, siodło i tego dziada. Wracamy do zamku.
– Z tym wozem możecie nie zdążyć przed zmrokiem – odezwał się Kanimir. – Zostańcie tutaj, Zjecie i popijecie w karczmie, wyśpicie się, a rankiem wrócicie do waszych. Takie zwycięstwo trzeba uczcić! – Mężczyzna uśmiechnął się od ucha do ucha.
Pomysł ten bardzo przypadł do gustu dwóm kompanom Renara i namawiali go, by przystał na propozycję Meldeńczyka.
– Niech będzie – zgodził się dowódca. – Nie musimy się spieszyć. Zamknijcie tylko żercę w jakiejś szopie, a łupy i tak zapakujcie na wóz. Niech pilnuje ich trzech ludzi.
Jeszcze, gdy wieśniacy zajęci byli dekonstrukcją chramu, a żołnierze ich pilnowaniem, pewien młody chłopak wymknął się niepostrzeżenie i pobiegł na zachód, skacząc od krzaka do krzaka i chowając się za kamieniami, by nie zostać zauważonym, póki nie zniknął wśród drzew. Pędził na złamanie karku, by zawiadomić swoich ludzi o tym zajściu. Bunt bądź co bądź nadal trwał – trzeba było dopaść wrogów i odzyskać skarby.
Przyczyny owej rebelii sięgały paru ładnych lat wstecz, gdy książę Meldenii, Aldomir, odziedziczył po swoim zmarłym ojcu Dalenirze świeżo nawrócone państwo. Kościół Niepodzielnego Światła pomagał mu rozwijać administrację, zakładane zostawały nowe wioski, kopalnie, a plemiona Meldenii były pierwszy raz w historii zjednoczone pod jednym władcą. Odrzucenie wielobóstwa na rzecz rozbudowanej religii wyznającej jednego boga mocno przyczyniło się do konsolidacji meldeńskich ziem. Jednak, jak to zwykle bywa, gdy władzę po doświadczonym i silnym władcy przejmuje młody dziedzic, wrogowie zewnętrzni korzystają z szansy na zdobycie czegoś dla siebie kosztem niesprawdzonego następcy. Dziesięć lat temu, niedługo po śmierci Dalenira księstwo najechały ze wschodu plemiona pogańskich Balmian. Meldeńczycy należeli do tej samej grupy ludów, których łączył język, kultura i panteon bóstw. Balmianie nieustannie skakali sobie do gardeł, ale te ich plemiona, które zmieniały wiarę, stawały się obiektem zacieklejszych napaści. Poganie urządzali także rajdy na ziemie królestw, księstw i hrabstw Kandenii, na których od wieków ludzie pochodzący z innej gałęzi ludów wyznawali wiarę w boga Emnantha. To właśnie stamtąd, od zachodu owo Niepodzielne Światło powoli rozjaśniało mroczne knieje zamieszkałe przez dzikie plemiona żądne cudzego złota i kobiet. Siły Aldomira szybko uległy przewadze liczebnej wrogów, którzy do tego atakowali z dwóch kierunków. Łupieżcze rajdy przetoczyły się przez całą krainę i sięgnęły nawet dalszych, grabiąc znaczną ich część. Wkrótce jednak Aldomir otrzymał wsparcie emnanthyjskiego rycerstwa i zdołał wyprzeć najeźdźców z powrotem za rzekę Senodię. Kraj był jednak zdewastowany. Wiele grodów i wiosek spalono, a przetrzebioną wojną populację zaczęła dziesiątkować zaraza. Szerzyły się głód i nędza, coraz częstsze stawały się napady bandytów, których zbieraniny rosły z dnia na dzień. Osiem lat po odparciu inwazji pogańskich Balmian całe księstwo ogarnął bunt sfrustrowanego chłopstwa. Zależało mu tylko na poprawie życia, broniąc się przed chciwymi poborcami podatków, jak i przed okrutnymi rozbójnikami. Szybko jednak działania wieśniaków przestały odbiegać od ekscesów pogan i zbirów. Zza Senodii zaczęli przenikać żercy i co gorliwsi wojowie. Obarczali winą ze wszystkie nieszczęścia, jakie spotkały Meldeńczyków, nowej religię, którą na razie przyjęli tylko książę z jego rodziną i szlachta. Wśród pospólstwa kapłani Niepodzielnego Światła wciąż dopiero zaczynali swoje nauczania i nowa wiara nie zdążyła się zakorzenić. Tym samym rebelia zaczęła nabierać coraz wyraźniejszego religijnego charakteru. Aldomir znów musiał sięgnąć po pomoc z krajów Kandenii, wynajmując liczne zastępy najemników, w tym kompanię kuszników z graniczącej z Meldenią od zachodu Naredii. Formacja ta nosiła nazwę Niszczycieli – elitarnych i bardzo kosztownych zbrojnych. To właśnie do niej należeli Renar, Dimel oraz Boldar. Książę więc mógł sobie pozwolić na tylko jedną stuosobową kompanię, a nie dziesięciokroć większy pułk. Do tego był to oddział, który dopiero co ukończyła długie oraz wymagające szkolenie. Gdy znalazł się w Meldenii, bunt trwający od dwóch lat wszedł w finałową fazę, a zadaniem kuszników było obsadzenie zamku Deklin we wschodniej części księstwa – najbardziej podatnego na niepokoje regionu. Niszczyciele wzięli udział w oblężeniu Szarego Grodu, wcześniej zdobytego i splądrowanego przez buntowników. To z niego ci wynieśli odzyskane przez Renara skarby i ukryli je w Sosnowej Ostoi – niepozornej wsi na odludziu. Po upadku Szarego Grodu bunt został uznany przez Aldomira za prawie stłumiony. Według niego pozostało tylko jeszcze kilka rozproszonych zgraj grasantów, którymi postanowił sam się zająć. Odzyskanie dawnego pogańskiego złota i przedmiotów kultu było jednym z ostatnich zadań Niszczycieli. Na poszukiwania wysłano trzy małe grupki wsparte nieco większymi oddziałami konnych miejscowego kasztelana. Po wykonaniu tej misji Naredyjczycy mogli już wrócić do swej ojczyzny.