- Opowiadanie: Alicja Jonasz - Brak kontroli

Brak kontroli

Tekst ma już swoje lata. Po­sta­no­wi­łam wy­cią­gnąć go z szu­fla­dy i prze­wie­trzyć.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Brak kontroli

– Dzień dobry – usły­sza­łam. – Młod­szy aspi­rant Mi­chał Ko­wal­ski, po­wia­to­wa ko­men­da po­li­cji.

Przez uchy­lo­ne drzwi wdar­ło się do przed­po­ko­ju mroź­ne, ostre po­wie­trze.

– Dzień dobry – od­po­wie­dzia­łam, za­pi­na­jąc gu­zi­ki przy swe­trze.

To nazwisko. Znałam przynajmniej ze dwudziestu Kowalskich, ale żaden z nich nie pracował w policji. Ten, który przede mną stał, mógł mieć około trzydzieści kilka lat. Był blondynem średniego wzrostu o nerwowych ruchach. Na jego czerwonej od mrozu twarzy malowało się napięcie, które starał się zamaskować służbowym, nienaturalnie wysokim tonem głosu.

– Chłod­no dziś – po­wie­dział, po­ka­zu­jąc le­gi­ty­ma­cję służ­bo­wą. – Bę­dzie z minus dwa­dzie­ścia pięć.

– Ow­szem – przy­tak­nę­łam. – Czy pan w spra­wie po­go­dy wła­śnie? – za­żar­to­wa­łam.

Za­czął drep­tać w miej­scu jak chłop­czyk, który chce do ła­zien­ki za po­trze­bą.

– Wo­lał­bym po­roz­ma­wiać w środ­ku – wy­du­kał wresz­cie. – Ja w spra­wie pani są­sia­da, Ka­zi­mie­rza Wi­śniew­skie­go, za­mor­do­wa­ne­go dzi­siej­szej nocy.

Usie­dli­śmy w sa­lo­nie. Ja­skra­we stycz­nio­we słoń­ce za­glą­da­ło przez prze­szklo­ne drzwi ta­ra­so­we. Zro­bi­łam her­ba­tę. Aspi­rant Ko­wal­ski po­sło­dził trzy czu­ba­te ły­żecz­ki, li­czy­łam w my­ślach, jedna, druga, trze­cia. Potem za­czął mie­szać, z uwagą śle­dząc wi­ru­ją­cy po po­wierzch­ni płynu pla­ste­rek cy­try­ny. Był tak na nim skon­cen­tro­wa­ny, jakby ten pla­ste­rek awan­so­wał nagle do rangi naj­waż­niej­sze­go na świe­cie, jakby sta­no­wił pępek wszech­świa­ta. Mil­cze­li­śmy. Za­czy­na­ło to być iry­tu­ją­ce.

– A więc nie za­uwa­ży­ła pani nic po­dej­rza­ne­go? – za­py­tał w końcu. – Nic, co mo­gło­by pomóc nam w roz­wi­kła­niu tej spra­wy? Jest pani naj­bliż­szą są­siad­ką. Pro­szę po­my­śleć…

– Nie mam nad czym my­śleć – prze­rwa­łam mu w pół zda­nia. – Nie wi­dzia­łam nic po­dej­rza­ne­go, przy­naj­mniej wczo­raj…

– Przy­naj­mniej wczo­raj? – cze­pił się tych słów jak koła ra­tun­ko­we­go. – A więc jed­nak coś panią za­sta­no­wi­ło, za­nie­po­ko­iło, zwró­ci­ło pani uwagę… Wcze­śniej? To zna­czy zanim do­szło do mor­der­stwa?

To jego de­ner­wu­ją­ce "a więc".

– Po­dej­rza­ne było to, że Wi­śniew­ski przez tyle lat znę­cał się nad ro­dzi­ną, pił, ka­to­wał żonę i dziec­ko, ale mimo zgło­szeń są­sia­dów i samej krzyw­dzo­nej, żadna in­sty­tu­cja upraw­nio­na do ści­ga­nia ta­kich drani nie za­in­ter­we­nio­wa­ła sku­tecz­nie.

– A więc ofia­ra mogła mieć wro­gów ze wzglę­du na swoją sła­bość do al­ko­ho­lu i czę­ste, pi­jac­kie wy­bry­ki.

Za­pi­sał w wy­ję­tym z kie­sze­ni no­tat­ni­ku.

– Niech pan nie na­zy­wa go ofia­rą! – za­pro­te­sto­wa­łam. – Ofia­rą była jego ro­dzi­na, a on zwy­kłym łaj­da­kiem!

– A więc po­chwa­la pani to, co się stało? – do­cie­kał, nie pod­no­sząc oczu znad no­ta­tek. – Ktoś sam wy­mie­rzył spra­wie­dli­wość.

– Po­chwa­lam, lecz moje zda­nie jest tutaj mało ważne – po­wie­dzia­łam. – To wy pro­wa­dzi­cie śledz­two.

Aspi­rant przez cały czas robił no­tat­ki. Prze­kre­ślał coś i znów za­pi­sy­wał, jakby spo­rzą­dzał listę spra­wun­ków, które musi wy­ku­pić w skle­pie przed po­wro­tem do domu ze służ­by. Wy­obra­zi­łam go sobie, jak stoi w mar­ke­cie z pu­stym ko­szy­kiem, spo­glą­da na listę i marsz­czy czoło.

– Jesz­cze jedno… – dodał. – Wczo­raj wie­czo­rem by­li­ście pań­stwo w domu. Czy ktoś to może po­twier­dzić?

Byłam spo­koj­na, pra­wie za­do­wo­lo­na. Tym razem obe­szło się bez "a więc".

– Te­ścio­wa – od­par­łam. – Miesz­ka obok.

– Pytam o kogoś spoza ro­dzi­ny – do­cie­kał tam­ten.

– Spoza ro­dzi­ny? – Uda­wa­łam, że się za­sta­na­wiam. Zmru­ży­łam lekko oczy, jakby szu­ka­jąc cze­goś w pa­mię­ci. – Tak, jest ktoś taki…

– Na­zwi­sko, adres!

Wska­za­łam na lap­top. Aspi­rant uniósł brwi na znak, że nie ro­zu­mie.

– Na­zwi­ska ani ad­re­su nie podam – po­wie­dzia­łam z uśmie­chem. – To są bo­ha­te­ro­wie moich ksią­żek. Oni mogą je­dy­nie po­świad­czyć, że piąt­ko­wy wie­czór spę­dzi­łam w domu przy lap­to­pie, pi­sząc ko­lej­ny frag­ment książ­ki.

– A więc jest pani pi­sar­ką? – Za­śmiał się. – Pi­sar­ką dow­ci­pów?

– Nie, thril­le­rów, hor­ro­rów, kry­mi­na­łów.

– Łał! – okrzyk nie­mal­że za­chwy­tu. – Moja ulu­bio­na dział­ka! Mówi pani, że bo­ha­te­ro­wie mogą za­świad­czyć? He he…

– Ow­szem – przy­tak­nę­łam. – Nie­któ­rzy co praw­da są mało wia­ry­god­ni. No wie pan… psy­cho­pa­ci, mor­der­cy! Muszę się panu do cze­goś przy­znać… – ści­szy­łam nagle głos – … ci wła­śnie wy­ry­wa­ją mi się cza­sem spod kon­tro­li.

– I co wtedy? 

Aspi­rant był wy­raź­nie roz­ba­wio­ny. Za­mknął no­tat­nik. Roz­parł się na fo­te­lu. Wresz­cie się roz­luź­nił.

– To są praw­dzi­we be­stie, panie aspi­ran­cie. Be­stie po­lu­ją­ce na łaj­da­ków. Naj­pierw ob­ser­wa­cja, potem atak i mord. Usu­wa­ją ze świa­ta naj­gor­sze szu­mo­wi­ny.

Ko­wal­ski spoj­rzał na mnie jakoś dziw­nie. Nie uwie­rzył.

Nigdy nie wie­rzą – po­my­śla­łam.

– Jest pani spe­cja­list­ką od czar­ne­go hu­mo­ru, he he… – stwier­dził, trzy­ma­jąc się ze śmie­chu za brzuch.

– Nie wie­rzy mi pan? A po­wi­nien. No cóż, po­wo­dze­nia w śledz­twie!

Aspi­rant wstał. Wciąż lekko roz­ba­wio­ny, scho­wał notes do kie­sze­ni kurt­ki.

– Dzię­ku­ję za her­ba­tę. Gdyby przy­po­mnia­ło się pani coś… re­al­ne­go, pro­szę dzwo­nić.

Od­pro­wa­dzi­łam go do wyj­ścia. Na progu owio­nął nas lo­do­wa­ty po­wiew. Ko­wal­ski na­cią­gnął czap­kę na uszy i rzu­ciw­szy krót­kie: do wi­dze­nia, ru­szył w stro­nę furt­ki. Za­mknę­łam drzwi na klucz i wró­ci­łam do sa­lo­nu. Spoj­rza­łam na pusty ekran lap­to­pa. Kur­sor mru­gał ryt­micz­nie, jakby od­li­czał czas.

– Mo­żesz już wyjść – szep­nę­łam.

Z ciem­ne­go kąta obok bi­blio­tecz­ki wy­su­nę­ła się wy­so­ka, prze­ra­ża­ją­co chuda syl­wet­ka o skó­rze barwy po­pio­łu i pal­cach za­koń­czo­nych dłu­gi­mi, ostry­mi jak skal­pel pa­zu­ra­mi. Był to Wik­tor, głów­ny bo­ha­ter mojej nie­ukoń­czo­nej jesz­cze po­wie­ści. Po­wo­li pod­szedł do stołu, na­chy­lił się nad szklan­ką, z któ­rej chwi­lę wcze­śniej pił aspi­rant i po­wą­chał jej brzeg.

– Ten glina za­da­je za dużo pytań – syk­nął dra­pież­nie. – Chcesz, żebym go uci­szył? Z Wi­śniew­skim po­szło mi gład­ko…

– Nie – ucię­łam ostro, choć żo­łą­dek pod­cho­dził mi do gar­dła. Usia­dłam przed lap­to­pem, sta­ra­jąc się, by mój głos brzmiał sta­now­czo. – Ko­wal­ski tylko wy­ko­nu­je swoją pracę. To dobry czło­wiek. Poza tym, naj­wyż­sza pora, żebyś wró­cił do pliku. Czeka nas dzi­siaj dużo pracy przy książ­ce…

Wik­tor przez chwi­lę stał nie­ru­cho­mo. W jego żół­tych śle­piach nie do­strze­głam po­ko­ry ani żalu, lecz czy­sty, pier­wot­ny bunt. Nie miał ocho­ty wra­cać. Rola in­kwi­zy­to­ra oczysz­cza­ją­ce­go świat z szu­mo­win bar­dzo mu się spodo­ba­ła. W końcu jed­nak drgnął i za­czął tra­cić swój trój­wy­mia­ro­wy kształt, za­pa­da­jąc się w sobie i przy­bie­ra­jąc stop­nio­wo formę kuli cie­nia. Nim kla­wia­tu­ra we­ssa­ła go na dobre, uświa­do­mi­łam sobie, że gra­ni­ca mię­dzy fik­cją li­te­rac­ką a rze­czy­wi­sto­ścią pękła nie­od­wra­cal­nie.

Wkrót­ce na ekra­nie za­czął po­ja­wiać się tekst. Do­pie­ro wtedy ode­tchnę­łam z ulgą i uśmiech­nę­łam się za­do­wo­lo­na. Wresz­cie po wielu dniach to­tal­nej po­su­chy po­ja­wi­ła się szan­sa na ukoń­cze­nie ko­lej­ne­go roz­dzia­łu książ­ki.

 

 

Koniec

Komentarze

Akurat minutę po mnie otworzyłaś (i zamknęłaś) szufladę. Może my jesteśmy sąsiadami? Czujesz bryzę?

Podaba mi ię ten Wiktor :) 

Dobrze się czytało, aczkolwiek w gdzieś tak w połowie zaczęłam domyślać ię zakończenia.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Cześć, Alicja

Przypomniała mi się Mroczna połowa, S. Kinga. Wiktor to dobre imię dla kogoś, kto ma ostre pazury niczym skalpel. Poproszę o więcej z tej historii. 

Pozdrawiam

Klik

Serwus,

Fajny szort, ciekawy pomysł, podoba mi się.

Pozdroklik

rr

Słowa się materializują…

No i bądź tu dobrym policjantem!

Fajny tekst. Pozdrawiam!

Dziń dybry, Alicjo!

 

Wyraźnie nie miał ochoty wracać.

Aliteracja.

Może by skrócić:

Nie miał ochoty wracać.

 

przybierając stopniowo formę kuli cienia.

?

 

Wreszcie po wielu dniach totalnej posuchy pojawiła się szansa na ukończenie kolejnego rozdziału książki.

Nie dawałabym totalnej posuchy kursywą, skoro wcześniej już zdecydowałaś oznaczać w ten sposób myśli bohaterki. Ewentualnie możesz to dać w cudzysłów albo zdecydować się na mniej potoczne określenie:

Wreszcie po wieku dniach niemocy pisarskiej pojawiła się szansa na ukończenie kolejnego rozdziału książki.

 

 

Ach, gdyby mieć taką moc! Świat byłby o wiele piękniejszy.

Pofantazjować można :)

 

Podobają mi się krótkie, ale ożywiające szorta opisy takie jak: 

Jaskrawe styczniowe słońce zaglądało przez przeszklone drzwi tarasowe.

Przez uchylone drzwi wdarło się do przedpokoju mroźne, ostre powietrze.

 

W ogóle ten fragment:

Usiedliśmy w salonie. Jaskrawe styczniowe słońce zaglądało przez przeszklone drzwi tarasowe. Zrobiłam herbatę. Aspirant Kowalski posłodził trzy czubate łyżeczki, liczyłam w myślach, jedna, druga, trzecia. Potem zaczął mieszać, z uwagą śledząc wirujący po powierzchni płynu plasterek cytryny. Był tak na nim skoncentrowany, jakby ten plasterek awansował nagle do rangi najważniejszego na świecie, jakby stanowił pępek wszechświata. Milczeliśmy. Zaczynało to być irytujące.

buduje w zadowalający sposób zawieszenie niewiary.

 

Satysfakcjonuje mnie ta mieszanka “Zbrodni i kary” z “Death notem” :)

Leci kliczek. Pozdrawiam serdecznie!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Fajny pomysł przeobraził się w niezłą historyjkę, a chudy, pazurzasty Wiktor zrobił to, umiał robić najlepiej.

Mimo kilku usterek czytało się nieźle. Przyjrzyj się zapisowi dialogów.

 

żaden z nich nie był po­li­cjan­tem. Ten był jesz­cze młody… → Nie brzmi to najlepiej.

 

– Jesz­cze jedno… – za­py­tał. → Czy na pewni zapytał? A jeśli zapytał, to gdzie jest pytajnik?

 

– A więc jest pani pi­sar­ką?Za­śmiał się. → – A więc jest pani pi­sar­ką? – za­śmiał się.

 

Wow! – Okrzyk nie­mal­że za­chwy­tu. → Didaskalia małą literą: Łał! – okrzyk nie­mal­że za­chwy­tu.

Używamy pisowni spolszczonej.

 

Muszę się panu do cze­goś przy­znać… – Ści­szy­łam nagle głos. Ci wła­śnie wy­ry­wa­ją mi się cza­sem spod kon­tro­li. → Didaskalia małą literą, bez kropki. Dalszy ciąg wypowiedzi małą literą po wielokropku. Winno być: Muszę się panu do cze­goś przy­znać… – ści­szy­łam nagle głos – …ci wła­śnie wy­ry­wa­ją mi się cza­sem spod kon­tro­li.

 

w otwar­tym pliku tek­sto­wym, za­czę­ły po­ja­wiać się nowe li­nij­ki tek­stu. → Nie brzmi to najlepiej.

 

Wresz­cie po wielu dniach to­tal­nej po­su­chy po­ja­wi­ła się szan­sa… → Dlaczego kursywa?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czołem! Piszę z telefonu więc krótko. Bardzo klimatyczny tekst i dobrze napisany, brawo. Fajnie popracowałaś nad detalami Pomysł również niezgorszy. Klikam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Dziękuje serdecznie za opinie. Naniosłam poprawki i postaram się być na przyszłość bardziej czujna. Pozdrawiam. smiley

To jest bardzo dobrze napisane. Wielki plus (i klik) za detale. Podoba mi się też dialog – taki naturalny, lekki. Nie brakło mi ani poczucia humoru, ani – i to najważniejsze – pomysłu na opowiadanie, który to pomysł uważam za kapitalny. Brawo Alicjo! Zabrałaś mnie dziś do swojej Krainy Czarów. :) 

O, widzę, że Teo i Hesket też dali Ci “piątkę”. :-)

Alicjo, gratuluję kolejnego tekstu w bibliotece! Czujność przy pisaniu wskazana, ale mimo najwyższej uważności wszyscy popełniamy błędy. Jakbyś kiedyś miała wątpliwości, to zawsze można przed publikacją poddać tekst betowaniu :). Po koleżeńsku tylko nadmienię, że warto czytać i komentować teksty innych użytkowników i zachować jakąś zdrową proporcję między tym, a publikowaniem własnych opowiadań. Wtedy, najprościej rzecz ujmując, więcej Czytelników zawita do Twoich tekstów. Ty będziesz miała więcej czytelników, a czytelnicy przyjemną lekturę. Win-win ;). Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Tak zrobię. Dziękuję. smiley

Nowa Fantastyka