Dyplomatyczny bałagan
Świat to naprawdę duże miejsce, pełne niebezpieczeństw, białych plam na mapie i pytań bez odpowiedzi, niezależnie od tego czy to bierzemy za punkt wyjścia tradycyjnego Ptolemeusza, czy popychacza planet Kopernika. Wszędzie są tereny, które nie pasują do otoczenia, nie pasują do tego jak krajobraz powinien wyglądać teoretycznie, więc nagle w szczelnie obsadzonych okopach robi się dziwnie duża luka, której być nie powinno a las pełen grzybów jest zupełnie pusty bez interwencji grzybiarzy. Wsie lub miasta, które wygrywają w konkursach na najpiękniejszą czy najczystszą miejscowość w kraju lub w powiecie, mają pomiędzy swoimi kolorowymi drewnianymi domami i schludnymi ulicami zaułki które można określić jako gospodarski kryminał. Obejścia zaniedbane i brudne, po których biegają świnie, od czasu do czasu wybiegając z chlewiku na podwórko, dach się zapada a więcej dymu wychodzi oknami niż kominem. Nie da się nic z tym zrobić, trzeba to maskować, udawać ze wszystko jest w porządku, co sprawia ze sąsiedzi mają pełne ręce roboty.
Mapy! Tam takich sytuacji jest jeszcze więcej, zwłaszcza na terenach przygranicznych, gdzie oddziały wojskowe powinny zapewniać bezpieczeństwo ludności chociaż nie wiadomo w jaki sposób, bo mieszkańcy okolicznych ziem zawsze lepiej czują się, gdy organy porządkowe czy wszelkiej maści formacje militarne trzymają się od nich z daleka razem ze swoim zestawem sygnałów granych na trąbce. Jednak każdy na koniec docenia dobrze zabezpieczone wsie i wzgórza z których będąc na szczycie widać dobrze zabezpieczone wsie i wzgórza zagraniczne, z których również ktoś obserwuje.
Jednak to wszystko jest tylko teorią, bo każda długa linia ma punkty, w których kreślarz musiał wreszcie oderwać, chociażby na chwilę, ołówek od kartki…
***
Słońce przebijało się już przez brudne okno do również brudnego pokoju wartowni, gdzie sprzątano wyjątkowo rzadko, zazwyczaj na inspekcję a tej nie było od bardzo dawna. Ogień wygasł, chłód dawał o sobie znak śpiącemu. Poza łóżkiem znajdowała się w pomieszczeniu jeszcze ława i cebrzyk z wodą, teraz pusty. Resztki świec i błoto na podłodze dopełniały ten nieszczęśliwy krajobraz.
– Panie poruczniku, pora wstawać! – głos zza drzwi był poddenerwowany i sugerował że jego właściciel dostał niedawno burę.
– Zaraz, daj mi kilka minut, muszę się ubrać… – odezwał się zaspany głos, jakby należał do kogoś kto dawno temu rozstał się z życiem, tylko nikt mu jeszcze tego nie uświadomił
– Przecież wiem, że śpi pan w mundurze, wójt się niecierpliwi, macha jakimś dokumentem jakby ciotka zapisała mu kilka morgów – głos nie dawał za wygraną.
Echo wybuchu, silna eksplozja granatu i składu amunicji, premiera opery w Wiedniu i wiwatujący tłum. Nie było żadnego z tych dźwięków. Było stęknięcie, kilka sapnięć a potem zza drzwi wyjrzał porucznik Wacław Wiński, badawczo rozglądając się po sieni.
– Na ławie przy studni, mówił, że u nas śmierdzi, nie wejdzie.
No tak, smród to wymówka, dopóki nie trzeba nawozić pól, a kiedy są na tyle żyzne, że zbiory zapełniają spichlerze do tego stopnia, że myszy jest dziesięć razy tyle to każdy docenia jego wartość. I chodzi najedzony.
– Pochwalony – odezwał się wójt – dostałem list, mają być, jak to napisali, jakieś… korekty graniczne, cokolwiek by to nie było i że mam w tym pomóc, jako tutejsza władza. Chociaż nie mam pojęcia co do czego, bo to ma być operacja wojskowa, a ja nie od tego… – w wójtowskim głosie nie było chęci pomocy, wolałby od razu odpisać o załatwieniu sprawy.
– Prawda, mają być i pomożecie w tym, dacie skrybę na jutro, sprawy i pisma jeden dzień poczekają. Wszystko już ustalone, jutro lepiej, żeby nikt nie wychodził, to będzie małe zamieszanie. Do tego to tajne, więc więcej wam, póki co, wiedzieć nie trzeba – porucznik zmarszczył się jak wyprane portki – i nie budźcie tak rano.
***
Dzień zapowiadał się na słoneczny i bezchmurny, co było bardzo dobrym prognostykiem dla nadchodzących wydarzeń. Porucznik wraz z oddziałem przygotowywali się zajęcia strategicznego stanowiska ogniowego za ostatnią stodołą, niedaleko zagajnika na wzgórzu, którym biegła droga do wioski. Armata została obłożona workami z piaskiem, dla lepszej ochrony, bok nich usadowił się skryba Mikołaj Mostek zwany przez mieszkańców Kołkiem po czym wyjął duży arkusz papieru i węgielek. Po przeciwnej stronie granicy Carski Regiment Armatni[i] rozlokował się, nawet zbudowali okop.
O co to zamieszanie? O względy sanitarne. Po obu stronach były niewielkie wsie a w obawie o kolejne epidemie chorób, władze w stolicy podjęły uchwałę o budowie wychodka oddalonego od zabudowań, żadnego sikania za drewutnią. Problem w tym, że druga strona także rościła sobie prawa do wzgórza porośniętego rzadko brzozami, które świetnie mogło nadawać się do takiego budowlanego celu. Oznaczało to tylko jedno – wojnę, a może bardziej drobną utarczkę jakich bywa wiele na wszystkich mało istotnych peryferiach. Rządzący wysyłali listy i nakazy, nie zastanawiają się nad tym, jak wykonać to w rzeczywistości.
Obie wsie znajdowały się naprzeciwko siebie zaledwie o kilkadziesiąt jaśków[ii] od granicy, co było bardzo pomocne, jako że mimo zakazów mieszkańcy utrzymywali ze sobą kontakty. Dzięki temu plotki i informacje docierały zdecydowanie szybciej.
– Wszyscy gotowi? – zapytał porucznik – Bolko celuje, Cebrzyk i Polanko nabijają. Mamy kulę, pierwszy strzał jest nasz więc… przygotować się… ognia!
Kula z hukiem opuściła jedno państwo i poszybowała do drugiego, skryba spojrzał przez lunetę.
– Płot! Jest za dziesięć, już zapisuję! – zaczął mu się udzielać entuzjazm i emocje.
– Uwaga, kula zaraz będzie wracać! Połóżcie mokre szmaty na armatę, musimy ją szybko schłodzić – odezwał się Wiński.
Kilka chwil późnej przeleciała nad ich głowami i trafiła w lodownię.
– Lodownia to jest za dwadzieścia, przegrywamy! – Kołkowi zaczynało się to podobać.
– Strzelamy teraz trochę niżej chłopcy!
Wiadomość zwrotna została nadana i pomknęła nad palikiem granicznym.
– Koszyk z jajkami! Nie ma go na liście, więc muszę wpisać zero, dalej prowadzą! – Skryba był dzisiaj ważny, co dużo bardziej odpowiedzialna czynność niż odpisywanie i czytanie listów niepiśmiennym chłopom.
– Wraca! – krzyknął Cebrzyk szyjąc się do kontynuowania kanonady
– Stodoła to kolejne dziesięć! – gdyby tupanie mogło doprowadzać do ruchów tektonicznych to Mikołaj Mostek miałby już własny kontynent, a przynajmniej sporą wyspę i szałas.
– Bardziej płasko, płasko, niech leci nisko, może przewróci szopę! – kolejny wystrzał.
– Tym razem wóz w ruchu, takie są za pięćdziesiąt! – kolejne cyferki trafiły na papier.
– Szczęść Boże! Co to za hałas? – Krzyknął wesoło proboszcz, idąc w kierunku kaplicy.
– Łapać księdza, nie chcemy przypadkowych strat! – wrzasnął porucznik Wiński.
Bolko odskoczył od działa i pobiegł za duchownym, który na widok goniącego go żołnierza zaczął uciekać. Najpierw w kierunku domów, później potknął się o psa i wpadł na stertę chrustu.
***
Wóz powoli toczył się drogą w kierunku zabudowań, dobrze widocznych z pagórka. Kupcy wcale nie chcieli się do nich zbliżać, słyszeli wystrzały, ale mieli za sobą bardzo długą podróż i brak chęci do zawracania i nadkładania drogi. Wracali na pusto, ale ich sakiewki napełniły się monetami po sprzedaniu beczek z brandy, z wytwarzania której ich kraj był znany i ceniony. Produkowana w niewielkich ilościach stanowiła łakomy kąsek, dla karczmarzy zwłaszcza, mimo że na przybycie wozu należało czekać nawet kilka miesięcy. Po kolejnym ze strzałów słyszeli huk a ziemia jakieś trzydzieści jaśków od nich poderwała się w górę jak żebrak na widok szlachcica. Konie zarżały.
Wysoki mężczyzna zeskoczył z wozu razem z łopatą, podbiegając do miejsca, w którym kula wbiła się w ziemię. Podważył ją a ta powoli potoczyła się z pagórka w kierunku wioski po tej stronie granicy.
Spojrzeli po sobie jak osoby, które są dokładnie tam, gdzie być nie powinny, zupełnie jak handlarz koni kręcący się przy kramie z błyskotkami. A kula? Ta powoli nabierając prędkości, toczyła się po trawie co jakiś czas napotykając opór w postaci kretowiska, następnie rozpędzała się ponownie.
***
Nie wiadomo o dokładnie się stało, usłyszeli wystrzał, ale pocisk poleciał w innym kierunku, jakby tuż przed strzałem ktoś przestawił armatę. Dowódca zdenerwował się, bo problem polegał na tym, że… posiadali tylko jedną kulę, i to nie na oddział, ale na dwa, w dodatku z założenia sobie wrogie. Przez brak finansowania, bo zarówno jedno jak i drugie dowództwo uznało ten odcinek granicy za wymagający obrony tylko metaforycznie, więc dwa przygraniczne oddziały dogadały się, kupując jedną kulę, jednocześnie umawiając się, że nie będą strzelać w ludzi, byłyby to dodatkowe koszty i problemy. Zdarzyło się co prawda, że kiedyś przyleciał pokryta gnojówką, jednak miało to dużo mniejsze konsekwencje niż gdyby oblepiona była krwią.
Głuche odgłosy czegoś podskakującego na trawie robiły się coraz wyraźniejsze, potem pojawił się dźwięk jaki wydaje metal uderzany o kamień, zza płotu szybko wytoczyła się kula, podskakując na nieukończonym fundamencie, kilku rozrzuconych cegłach i wpadła z pluskotem do studni, kierując się na jej dno.
– Czysty… czysty strzał, nie dotknęła cembrowiny… – twarz porucznika zbladła, skryba podbiegł z ważną informacją.
– To już po wszystkim, nie mamy drugiej kuli, tej nie wyjmiemy, zresztą nie ma po co, taki strzał jest w tabelce, jako nieprawdopodobny i prawie niemożliwy, ale jest, i to za dwieście…Nie wiem jak, ale wygrali, jak taki rykoszet jest możliwy? To tak się da? – zdumieniu urzędnika nie było końca.
– Za ile? W ogóle jak to możliwe? Przecież nie mogła tak się zachować, to poza wszelkimi prawami, jak mogła się tak odbić? Kiedyś dziadek odbił się od ściany i wylądował na maselniczce, ale kule tak nie latają! – Polanko nie rozumiał trudniejszych słów, a co dopiero mówić o definicjach tak przedziwnych.
Wóz z dwoma bogato odzianymi kupcami podjechał do nich drogą, zatrzymując się.
– Przepraszamy, mamy nadzieję, że popychając tą kulę z pagórka nie narobiliśmy szkody, ale przestraszyliśmy się i chcieliśmy usunąć ją z drogi, jedziemy daleko, do swojego księstwa mamy miesiąc drogi – mężczyzna ukłonił się na koźle i pomachał kapeluszem.
Cisza. Było słychać grzebiące kury.
– Pisz do Wiednia – polecił Kołkowi Wiński – chyba zrobiliśmy dyplomatyczny bałagan.
***
Strażnik na korytarzu cesarskiego pałacu miał bardzo spokojną służbę, nikt od rana nie niepokoił władcy, poza wizytą doradcy który notorycznie narzekał na sprawdzanie dokumentów nic się nie działo. Usiadł przy stoliku, muszkiet oparł o ścianę a chwilę później wyciągnął z worka zawiniętą w chustkę kanapkę. Ten zapach salcesonu uniósł się w ułamku sekundy, zupełnie jak wylatujące zza załomu korytarza popiersie cesarskiej babki ze strony wujecznego stryjka, które uderzyło w ścianę z hukiem. Chwilę później pojawił się posłaniec, dysząc i wymachując skórzaną torbą.
– Pilna wiadomość do rąk Jego bardzo Cesarskiej Mości, z drogi! – zawołał młodzieniec i z pewnością siebie chciał minąć punkt KorPostu[iii].
Strażnik zerwał się, łapiąc jedną ręką muszkiet a drugą krzesło do zastawienia przejścia.
– Stać! Najpierw dokumenty, bez dokumentów nie można, trzeba mieć dokument, prawda, że masz? – ton głosu był spokojny, wręcz znudzony.
– Oczywiście, już daję, masz – chłopak podał cały plik przeróżnych papierów, które strażnik zaczął lustrować.
– Pozwolenie na wykopanie sadzawki, przepis na zupę fasolową, to wezmę dla żony, kochana ciociu… to nie, mandat za jazdę osiołkiem ze zbyt dużą furmanką, o jest! Zgoda na wchodzenie do prywatnych pomieszczeń Cesarza, trochę pogięta, ale jest, możesz wchodzić.
– Wreszcie, wiesz jakie to ważne?
Jego Cesarskość Franciszek I siedział na podłodze zajmując się nową rozrywkową nowinką z Londynu, nazywaną puzzlami. Sądząc po rysunku układanka miała przedstawiać jakąś uroczystość. Zapewne ważną. Pokój robił wrażenie, na ścianach wisiały obrazy, a na regałach stały setki opasłych tomów, tworząc krajobraz przypominający z daleka kolejną mozaikę kolorowych grzbietów.
– Panie, przynoszę list z bardzo dalekiego pogranicza, wiadomość oznaczona jako pilna! Poproszę jeszcze podpis, imię matki i miejsce urodzenia szwagra – posłaniec wyciągnął kartę doręczeń i podał władcy, co wywołało konsternację.
Z ociąganiem się dane zostały wpisane, a list przekazany. Cesarz zaczął czytać na głos:
– I Ty możesz zostać karczmarzem. Szkolenie z zakresu warzenia piwa i pieczenia prosiaków… To te wieści?
– Wybacz Najjaśniejszy, to pomyłka, ta jest dobra.
Nastąpiła chwila ciszy, przerywana chrząkaniem i prostowaniem pleców.
– Niejaki porucznik Wiński donosi, że na granicy z Cesarstwem Rosyjskim doszło do trudnej sytuacji. W wyniku zbiegu okoliczności… Dlaczego to jest zawsze zbieg a nie rozbieg? Dlaczego zawsze tracimy impet? – głos władcy stawał się nerwowy – Potrzebny mi doradca, wołać doradcę!
– A czy też mogę dostać ulotkę o pieczeniu prosiaków? – odezwał się głos z korytarza, ale nie doczekał się odpowiedzi.
Po kilku minutach pojawił się doradca do spraw ogólnych, ale nie do rzecznych, Von Rulon. Starszy mężczyzna nie wyglądał na zachwyconego tym wezwaniem, poruszał się powoli, jakby chciał odepchnąć od siebie wszystkie możliwe sytuacje nadzwyczajne.
– Potrzebuję informacji, czytaj, a potem mów co można z tym zrobić. I gdzie jest ta cała Andora? – Franciszek podrapał się po głowie.
– Wasza Cesarska Mość, tutaj nie można nic zrobić, wmieszali się, nie był stroną, ale wygrali uczciwie, więc należy uznać ich zwierzchność nad tym pagórkiem. Na mapie tego nie pokażę, to Księstwo tak małe, że często się je pomija. Niech wybudują tam ambasadę, nikomu to nie zaszkodzi a my możemy zdobyć rynek zbytu na młotki. Nie możemy ich zaatakować, nie mamy ani czołgów…
– Ej, proszę się nie rozpędzać, to nie ten wiek! – odezwał się nieznajomy głos.
– Przepraszam panie autorze, niemniej polecam by zostawić tą sytuację taką, jaką jest – z głosu doradcy przebijał spokój.
– W takim razie należy napisać regulamin budowy latryn w obrębie wiosek, taki na dwieście punktów! – Cesarz poczuł się zadowolony z możliwości stworzenia tak rozbudowanej instrukcji.
Po kilku minutach został sam, na podłodze leżała niedokończona układanka, ale wydawało mu się, że nie da się jej złożyć, bo elementy są zwyczajnie źle spasowane. To nie polityka, nie mógł tego nagiąć lub zostawić tego w połowie pracy. Dostał do ręki nowy element, należałoby go podmienić z innym na mapie, tylko właściwie po co?
Nikt tego nie zauważy. Niech martwią się tym ci na dole.
[i] Regiment miał status oficjalny, w rzeczywistości był równie liczny i dobrze wyposażony co nasi bohaterowie.
[ii] Jasiek – lokalna jednostka długości równa, no… jednemu Jaśkowi, tylko że nie byle jakiemu, a Jaśkowi Derce, który będąc przykładnym parafianinem w każdą niedzielę służył do nabożeństwa. Mieszkańcy zgodnie uznali, że taka osoba jest warta posiadania własnej jednostki miary, co prawda wraz z wiekiem samego właściciela zaczęła się zmniejszać, do tego pojawiła się potrzeba stworzenia jej części, jak chociażby ‘’o jaśkową głowę’’ lub ‘’Jaśkowi do pasa’’. Ostatecznie osiągnęła ona długość równą głębokości grobu. Chwałą poległym reformatorom system miar i wag!
[iii] Korytarzowy Posterunek.
Nie wątpię, że Autor dobrze się bawił podczas pisania. Zazdroszczę, bo ja jakoś słabiutko… Cóż, dowcipy na siłę nie zawsze działają z pełną siłą i celnością.
Ale doceniam trud Autora.