Szedł jak co roku tą samą drogą. Ze wschodu na zachód. Drogą Krzyża. A on – Varh’dun, kroczył drogą wschodnią. Jego stopy, nawykłe do piasków północnej pustyni, teraz stąpały po bruku w miękkich sandałach. Cztery drogi, cztery kierunki. Na nich oparto całe Miasto Duchów. Każda część życia orków miała tu swój kierunek, swój rytm, swoją przepowiednię. A wszystkie cztery spotykały się właśnie tam, w miejscu, którego od pokoleń nikt nie potrafił wytłumaczyć. To ja – pomyślał Varh’dun. – Całe życie to badam. A wiem dokładnie tyle, co wszyscy badacze przede mną.
Zbliżał się do białych, kamiennych ścian budynków. Im był bliżej celu, tym szybciej migały mu w rdzawych oczach; starość dawała o sobie znać, choć na duże odległości wciąż widział dobrze. Płomień był martwy, a mimo to przyciągał go jak magnes. Znów dotarł zasapany. Zawsze kończył ten odcinek biegiem, choć sam nie wiedział dlaczego. Młodzi władający już czekali. Dwie dziesiątki orków. Rok w Mieście Duchów, świeża krew, świeży umysł, świeży zachwyt światem – dumał jeszcze przez chwilkę, próbując uspokoić oddech.
– Młodzi… – odezwał się, wciąż łapiąc Ruh. – Oto starożytny Groh. Ja nazywam go Wiecznym Płomieniem.
Podeszli bliżej, w ciszy. Słuchali uważnie. Niektórzy z szacunkiem, inni z niepokojem. Varh’dun stanął między nimi a płomieniem i powoli uniósł dłonie.
– Opowiem wam historię tego Groharu. Tę, którą przekazał mi mój mentor… wiele Pierwszych Grohów temu.
Młodzi wyprostowali się. Pierwszy Groh to rytuał nowego roku. Wspomnienie o nim zawsze znaczyło jedno: zaraz padnie coś ważnego.
– Ale zanim zaczniemy… – dodał starzec – najpierw o samym płomieniu.
Przesunął uniesioną dłoń nad Groh. Nie zapłonął jaśniej. Nie zatańczył. Nie oddał ciepła. Był martwy i żywy jednocześnie.
– Widzicie? – mówił spokojnie. – Nie podpala. Nie grzeje. Nie daje światła. Nie potrzebuje paliwa. Można go zamknąć w hełmie, a nie zgaśnie.
Wsunął płomień pod metalową czaszę. Groh pozostał taki sam – martwy.
Młodzi wstrzymali oddech.
– A teraz… – rzekł łagodnie – czas na historię.
Ktoś z tłumu nie wytrzymał:
– PRAWO KRWI I WIDZENIA?! – krzyknął młody czerwonoskóry ork, najbardziej zaciekawiony ze wszystkich.
Varh’dun spojrzał na niego. Kiedyś byłem jak on – pomyślał, ale komentarz zachował dla siebie.
– Tak, chłopcze. A było to tak…
***
Szła powoli w stronę Plemiennego Groharu. Dzień Pierwszego Grohu zawsze był ciężki dla najstarszych wieszczek, a dla niej dzisiejszy szczególnie. Młoda vicia czekała już przy kamiennej misie, lekko pochylona w kierunku płomieni. Była podekscytowana; nie potrafiła tego ukryć. Powinna, ale nikt przy Pierwszym Grohu nie umiał tego ukryć, przynajmniej przed nią. Najstarsza wieszczka uśmiechnęła się sama do siebie.
Dlaczego wciąż mówię na nie vicia? – rozważała krocząc wśród traw stepu, wspierając się na kosturze. – Z drugiej strony to piękna tradycja. Pamiętała swoją pierwszą rozmowę z Najstarszą. To było czterysta Pierwszych Grohów temu, a ona wciąż widziała tamten dzień jak żywy; też zwracano się do niej vicia.
– Witaj, viciu – odezwała się łagodnie. Młoda skinęła tylko głową, jak nakazywała tradycja, ale jej oczy błyszczały. – Dziś przyszła pora, abym przekazała ci historię, którą ja sama usłyszałam, gdy byłam w podobnym wieku co ty – zaczęła. – To historia Prawa Krwi i Widzenia. Pamiętaj, że dla nas, wieszczek, to nie tylko legenda, ale opowieść o utracie pierwszego płomienia… – zawahała się – i o dniu, w którym świat zatrzymał się na długą chwilę.
Młoda podparła się o kamień, pochylając się do przodu; była jak napięty łuk. Starsza zakasłała, szukając głosu, który miał ponieść tę opowieść.
– A będzie to także historia miłości – powiedziała cicho. – Miłości, która nie powinna była się wydarzyć.
– Imry i Aruuna, mentorko? – wyrwało się młodej, zanim zdołała się powstrzymać. – Przepraszam…
– To nie problem – uśmiechnęła się starsza. – Kiedyś też taka byłam.
Płomień groharu zadrżał lekko, jakby nasłuchiwał.
– A więc słuchaj… – zaczęła. – Za czasów, gdy nie było jeszcze klanów ani plemion… gdy orkowie żyli w małych osadach otaczających jedną Wielką Osadę… gdy Władający nie byli jeszcze Władającymi… a my, wieszczki, nie znałyśmy swojej roli… wtedy właśnie stało się to, co zmieniło nasz świat.
***
Aruun szedł w stronę wielkiej osady, stąpając po miękkiej glebie starej ścieżki. Wysłali go, kiedy tylko zaczął słyszeć Piąty Wiatr. Dziwne to było uczucie, lekki podmuch, którego nikt inny nie czuł. Gdy starsi pytali, odpowiedział, że słyszy szept w powietrzu, jakby ktoś wołał go z daleka. Starsi spojrzeli po sobie i decyzja zapadła natychmiast. Nie miał prawa odmówić. A teraz szedł… z najlepszymi łowczymi instynktami w całej swojej Osadzie, ze sławą tego, który nawet na pustkowiach południa przeżyłby kilka dni. Był zbyt dobry, zbyt utalentowany. Każdy to widział. I dlatego marzenia łowcy się skończyły. Teraz miał szukać nauczycieli Piątego Wiatru. Mówiono, że Piąty Wiatr nie istnieje. Że to legendy. Że młodych czasem wysyłają „na próbę cierpliwości”.
– Jak to żarty… – Aruun prychnął pod nosem. – To jak wrócę, to im pokażę, żartownisiom.
Przed nim rosła osada Sul-Tar, mokra, mglista, stara. Przeszedł pod kamiennym łukiem. Mijał dwóch strażników, potężnych jak drzewa: jeden z wielkim toporem, drugi z włócznią, obaj z naramiennikami ze skorup i kłami wystającymi spod hełmów. Aruun zatrzymał się.
– Gdzie znajdę jakiegoś mentora od Piątego Wiatru? – zapytał tego po prawej, trzymającego włócznię.
Odezwał się… ten po lewej z toporem.
– Idź prosto do Głównego Groharu. Obok straganów handlarzy.
Ten po prawej nie drgnął nawet o włos.
– Całkiem twardy z niego kamień. – Aruun, mimo nerwów, parsknął cicho do siebie.
Ścieżka była szeroka na jeden wóz i długa. Kluczyła między namiotami. Przy każdym większym stał mały płomień Sadyby – rodzinny Grohar. Nie wiedział, ile to trwało. Robiło się szaro, mgła zaczynała schodzić do dor. W końcu ujrzał wielki Główny Grohar i otaczających go handlarzy, ustawionych w koncentryczne kręgi. Ścieżka zmieniła się w drewnianą. Kiedy ich minął, zatrzymał się i odwrócił do wielkiego ogniska. Krzyknął tak, by było go słychać:
– Szukam mentora! Mam dwadzieścia Pierwszych Groharów! Wysłali mnie tu star…
Nie zdążył skończyć. Obok przeszła dziewczyna, młoda, może trochę starsza od niego. Spojrzała, zachichotała i zniknęła między straganami. Aruun przełknął ślinę. Stój. Wróć. Szukasz mentora, nie dziewczyny – przemknęło mu przez myśl. Nagle ktoś złapał go za ramię.
– Nie tak głośno, chłopcze – wyszeptał mu do ucha starym, zachrypłym głosem jakiś mężczyzna, niższy od niego, zakapturzony, z nożem u boku. – Nie obnoś się z tym. Jeszcze cię za to zaszlachtują. Chodź ze mną. Zabiorę cię do Szkoły Piątego Wiatru.
***
– Mistrzu Varh’dunie… – zapytał jeden z młodych, chyba najbardziej barczysty ze wszystkich, o skórze ciemnozielonej z brunatnymi plamami. – To prawda, że wtedy nie było jeszcze Dymu? Że handel był dziki?
– Tak, chłopcze… kiedyś wszystko było dzikie. – Varh’dun westchnął ciężko. – A o Dymie porozmawiamy innym razem, to zupełnie inna opowieść.
Spojrzał w płomień, który nie dawał światła.
– A teraz słuchajcie dalej…
***
Wysłali ją, jak zwykle, do handlarzy. Miała sprawdzić ceny, ocenić, czy warto coś kupić, co sprowadzić, a czego unikać.
Ja, Imra… – zawarczała w myślach. – Byłabym wielkim kupcem, zwiedziłabym cały świat, gdyby nie to przekleństwo. Ten ich niby "Dar rozmowy z ogniem". Co one niby robią, te wieszczki, z którymi mieszkam już od mojego piątego Pierwszego Grohu? Zadawała sobie to pytanie po raz kolejny. Tyle czasu już z nimi spędziła, a wciąż nie mogła tego rozgryźć. Zabrano ją rodzinie. Widziała ich trzy razy przez kolejne piętnaście Pierwszych Grohów. Z matką nie rozmawiała, bo ta tylko płakała. Z ojcem zamieniła parę słów, jeden jedyny raz, a i tak oczy miał pełne żalu i złości.
Imra szła między straganami, a dzień robił się szary. Mgła schodziła niżej, ciężka, lepka, mokra. Już prawie wszystko miała sprawdzone przy Głównym Groharze. Został tylko jeden kupiec. I wtedy, tuż nad jej uchem, rozdarł się wrzask:
– SZUKAM MENTORA! MAM DWADZIEŚCIA PIERWSZYCH GROHARÓW! WYSŁALI MNIE TU STAR…
Imra aż się wzdrygnęła. Co za głupek – pomyślała. Spojrzała z irytacją, a potem jej serce zrobiło dziwny skok. Wysoki, szeroki w barach, ostre rysy, kły równe. Głupio pewny siebie, ale… no, wyglądał dobrze. Zachichotała mimowolnie. On spojrzał na nią. A ona, jak poparzona, uciekła między stragany.
Zerknęła raz jeszcze, zza półki pełnej korzeni i suszonych ziół. Widziała go, jak już szedł za jakimś zakapturzonym starszym orkiem. No i dobrze – pomyślała. – Nie będę się nim przejmować. Pewnie go wyciągną, przesłuchają i załatwią gdzieś na uboczu, zanim ktokolwiek poczuje Wiatr. Ruszyła dalej. Musiała wrócić przed zmrokiem; wieszczki nie były lubiane w mieście. Zresztą, tak samo jak ci od Piątego Wiatru.
***
– Jak to? – odezwała się vicia, marszcząc niezbyt gęste brwi nad dużymi jasnymi oczyma. – To my kiedyś nie czytałyśmy ścieżek?
– Nie, moja droga. – Stara wieszczka pokręciła już prawie łysą głową. – To historia krótko po Wojnie Bogów. A czym była ta wojna… nie wiem. Nikt już nie pamięta. Została tylko nazwa.
Spojrzała w groh, uśmiechnęła się, jakby ten coś do niej wyszeptał, i dodała:
– Ale słuchaj dalej…
***
Poranek zaczął się ciężko. Mgła wisiała nisko nad dor, gęsta i biała, ale szybko opadała, jakby sama miała dosyć mokradeł. W powietrzu unosił się znajomy zapach, mieszanka ciepłych ziół, wilgotnej ziemi i dymu groharów, który zawsze zwiastował dzień pełen obowiązków. Aruun maszerował błotnistą ścieżką w kierunku targu Sul-Tar, kopiąc czubkami stóp wystające kamienie, jakby próbował kopnąć swoje własne życie. I znowu do handlarzy… – mruknął w myślach. Jak on ich nie lubił. Gburowaci, nadęci orkowie, jedni brzuchaci jak beczki, drudzy chudzi jak kości. W ogóle nie jak prawdziwi orkowie. Prawdziwy ork był barczysty, umięśniony… choćby taki jak ten kowal, od którego właśnie przed momentem wychodził.
Warsztat kowala stał otwarty przed namiotem. Od pieca biło ciepło, młot tłukł o metal w rytmie, jakby sam kowal chciał wykuć świat od nowa. Aruun czuł się tam zawsze zbędny. Niósł dziś tylko wiadomość od mentora dla kowala i oczywiście musiał pomóc, skoro poproszono. A kowale zawsze prosili. Teraz był już spocony, zmęczony i wcale nie w humorze, by pchać się między gburów, którzy zaraz będą go wytykać palcami. Od roku nie polował, ostatnie polowanie widział jak przez mgłę. Tamten świat: noc, dzień, powrót z mięsem, zmęczenie, duma – to było życie. Prawdziwe.
A tu? Czego go nauczył ten rok? Nic. No może, trochę więcej rozumienia Piątego Wiatru. Czasem go słyszał, ten podmuch, którego inni nie czuli. Ale co z tego? Jak to miało komuś pomóc? Jak to miało mu dać miejsce wśród orków? Mentorzy powtarzali: „Musisz poznać życie orków, aby umieć im pomóc.”, „Każdy ork jest inny, musisz ich wszystkich nauczyć się akceptować.” Ale co mu po tym, skoro ludzie z Piątego Wiatru byli wyśmiewani? Może już nie tak jak dawniej, ale wciąż… Złapał się na tym, że pomyślał „my”. No wspaniale. Już się z nimi utożsamia.
Dotarł w końcu do głównego kręgu. Targ Sul-Tar układał się w koncentryczne pierścienie straganów, otaczające grohar. Wewnętrzne kręgi stały na drewnianych kładkach, reszta tonęła w błocie po kostki. Niektórzy kupcy budowali własne pomosty, inni po prostu stali w bagnie jak wryci. Było głośno, masa orków kłóciła się, śmiała, handlowała, przeklinała. Dźwięki odbijały się od kamiennego kręgu groharu, gdzie ogień płonął na wysokości bioder, nie za duży, ale stały, jak serce osady.
Aruun wymienił własnoręcznie wykute noże na pakunek skór. Handlarz obejrzał je uważnie, nawet z pewnym podziwem. Aruun próbował podczas pracy sięgać po Piąty Wiatr, tak jak uczono. Może raz coś poczuł. Może? Nie miało to żadnego wpływu na stal, jak myślał. I właśnie wtedy coś wpadło na niego mocniej, niż powinno. Jakaś orczyca o ciemnozielonej skórze, plamistej jak u niego. Dość wysoka jak na orczycę, jeden kieł lekko przekrzywiony ku środkowi. Szybki, zwinny ruch, zapach dziwnego olejku, ciemne włosy rozsypane w biegu. Chichot – krótki, miękki, zaskakująco lekki. Spojrzała na niego przepraszająco i zniknęła między straganami, jakby w ogóle nie dotknęła ziemi. Zatrzymał się na moment. Coś… dziwnie znajomego. Ale nie. Bez sensu. Nie czas na głupoty. Poprawił skóry na ramieniu i ruszył dalej.
***
W tym momencie inny uczeń przerwał historię:
– Mistrzu, a jak kiedyś uczono sięgać do Piątego?
Stary Varh’dun uśmiechnął się lekko, smutno odsłaniając kilka szczelin między zębami.
– Tego dowiecie się… ale nie ode mnie, młodzi. Kontynuujmy.
***
Imra biegła w stronę targu, ulubionego miejsca jej codziennych zadań. Poranna mgła dawno już opadła, zostawiając za sobą ciepłe powietrze pachnące ziołami i dymem małych groharów. Najstarsza podobno odkryła tej nocy coś wielkiego. Coś, o czym od świtu szeptały wieszczki. Imra nie miała czasu na plotki. Musiała uwinąć się z zadaniami, zanim zostanie wezwana do Domu Ognia.
Odkąd to ona zajmowała się zakupami, życie wśród wieszczek stało się łatwiejsze. Nazywano je „rozmawiającymi z ogniem”. Dumna nazwa, choć sam dar nie dawał niczego praktycznego. Nie można było za niego kupić mięsa, soli, mleka. Mogły tylko słuchać ognia i liczyć, że zdradzi coś wartego uwagi.
Imra lubiła targ… z wyjątkiem dwóch ostatnich alejek. Wiecznie zabłoconych. Chodziła boso, w workowatej narzucie. Błoto wchodziło między palce, ale już nauczyła się je ignorować. Plan dnia był prosty: zioła na nasiona, nasiona na owoce, owoce na mleko, część mleka na mięso, mięso na sól, przyprawy i bulwy. Znała kupców jak własną dłoń. Wiedziała, kto kłamie, kto przesadza, kto ma dobre towary. Kochała handel. Rytm. Grę spojrzeń i słów. Gdyby nie dar ognia… zwiedzałaby świat.
Starsze nazywały ją „Vicią”, bo potrafiła wić się między stoiskami szybka, bezszelestna, zwinna. Podbiegła do straganu Gririma.
– Witaj, Imro. Znowu zioła? Mam ich już po dziurki w nosie – mruknął, wskazując przepełnione kosze. Imra zmrużyła oczy.
– Tak patrzę, Gririmie… – pochyliła się lekko – …że nie masz takich jak moje. Te przyniósł wiatr. A jeśli masz, to pewnie gorsze.
Niewielki, brzuchaty Gririm roześmiał się grubym, gardłowym głosem, odsłaniając szerokie kły.
– Hm. Dobrze. Masz dziś towar godny kupca?
– Mam dziesięć wiązek ziół z dalekich bagien. Zebranych przy pełni. Potrzebuję specjalnych nasion.
Gririm westchnął teatralnie, po czym głęboko wciągnął powietrze nosem, jak miał w zwyczaju.
– Masz tu nasiona Kiri. Zebrane w nowiu.
– Dzięki, Gririmie. Wiatr mnie goni! – Zniknęła, zanim zdążył odpowiedzieć.
– Cóż za dziewczyna… – mruknął. – Zazdroszczę temu, kto ją poślubi.
Imra biegła dalej. I wtedy poczuła to. Płomień ją zawołał. Nie jak zwykle, tylko mocniej. Głębiej. Jakby czegoś chciał. Odwróciła głowę i wpadła na kogoś. Uderzenie było mocniejsze, niż wskazywałaby na to jej szczupła sylwetka. Był to barczysty ork, zbudowany chyba jak łowca. Twarz miał nietęgą, trochę obrażoną… ale urodziwą. Zdecydowanie urodziwa. Skinęła przepraszająco głową, zachichotała i uciekła dalej.
Gdy wymieniała owoce na mleko, pomyślała: A jednak przeżył, bo to chyba on.
***
Grohar płonął w kamiennej misie, w centrum osady, tej samej, która od pokoleń była sercem plemienia.
– To ich drugie spotkanie?! – wypaliła młoda. Stara uśmiechnęła się.
– Tak, dziecko. A może… kolejne. Tylko o poprzednich jeszcze nie wiedzieli.
– A ta Najstarsza? Co odkryła wtedy w nocy?
– To opowieść na inny czas. Teraz… słuchaj dalej.