- Opowiadanie: Lesnylutek - Do ostatniego posła!

Do ostatniego posła!

I dalej lecimy na fali groteski społeczno – kulturowej... Miłej lektury! :) 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Do ostatniego posła!

 

W przyszłości wojny nadal się zdarzały, ale na szczęście przestały być aż tak niepraktyczne.

Dawniej, gdy polityk przez piętnaście lat krzyczał o honorze, granicach, zdradzie, dziejowej misji i konieczności „stanowczej odpowiedzi”, na front wysyłano głównie ludzi, którzy chcieli tylko spłacić kredyt, odebrać dzieci z przedszkola albo spokojnie dokończyć remont łazienki.

Uznano to za nielogiczne.  Po trzecim Globalnym Kongresie Rozsądku Wojennego wprowadzono więc prostą zasadę:

Wojnę prowadzą ci, którzy do niej doprowadzili.

Nie pośrednio. Nie symbolicznie. Osobiście. Jeżeli dwa państwa znalazły się w stanie konfliktu, obywatele obu stron otrzymywali co siedem dni ankietę:

KTO W NAJWIĘKSZYM STOPNIU PRZYCZYNIŁ SIĘ DO OBECNEGO NAPIĘCIA MILITARNEGO?

Do wyboru byli ministrowie, posłowie, generałowie emerytowani z nadmiarem wolnego czasu, publicyści od mapek, krzyżowcy i rycerze z różnych niepokalanych bojówek, szajbusy od atakujących brzóz, sztucznych mgieł i bezobjawowych bomb termobarycznych, obłąkańcy martyrologiczni pod hasłem „buk, chonor, łojczyzna”, eksperci od „nie wolno ustępować”, influencerzy strategiczni, a także osoby, które użyły słowa „hańba” więcej niż trzy razy w jednym tygodniu. System analizował wypowiedzi, głosowania, projekty ustaw, konferencje prasowe, wywiady, wpisy, miny typu „maliniak”, wieloznaczne nadymanie policzków, gesty oraz patriotyczne milczenie przed kamerą. Potem wybierał winnych. Winni trafiali do Strefy Rozstrzygnięcia. Kraj, którego politycy wygrali starcie, wygrywał wojnę. Potem podpisywano pokój, wymieniano protokoły, odbudowywano stosunki dyplomatyczne i wszyscy wracali do pracy.

Nikt nie bombardował miast. Nikt nie wysyłał nastolatków do okopów. Nikt nie tłumaczył matce, że jej syn poległ za wzgórze numer siedemnaście, którego nikt wcześniej nie umiał wskazać na mapie. Wojny stały się krótsze, tańsze i znacznie bardziej edukacyjne. Największym skutkiem reformy było to, że politycy nagle zaczęli mówić ostrożniej. Zwrot „nie cofniemy się ani o krok” zastąpiono zwrotem „przeanalizujemy możliwość zachowania stabilnej pozycji negocjacyjnej”. „Odpowiemy siłą” zmieniło się w „zachowujemy katalog instrumentów”. „Naród żąda odwagi” niemal zniknęło, ponieważ naród natychmiast odpisywał: to proszę zacząć.

Jednak nie wszyscy nadążali za duchem epoki.

Poseł Radosław Wrzask nie nadążał nawet za własnymi zdaniami. Był przewodniczącym Partii Twardej Pięści, ugrupowania, które powstało z przekonania, że państwo powinno być silne, społeczeństwo zdyscyplinowane, młodzież ostrzyżona, a sąsiedzi odpowiednio przestraszeni. Radosław Wrzask miał garnitur w kolorze powagi, brodę w kolorze gniewu i głos, który brzmiał tak, jakby ktoś odpalił alarm przeciwpożarowy w muzeum wojskowości.

Uwielbiał słowo „kapitulacja”. Używał go w każdej sprawie. Gdy miasto zmieniło organizację ruchu, mówił o kapitulacji przed rowerzystami. Gdy szkoły wprowadziły obiady wegetariańskie raz w tygodniu, mówił o kapitulacji przed soczewicą. Gdy sąsiednie państwo zaproponowało wspólne obchody święta mostu granicznego, mówił o kapitulacji przed obcą architekturą.

Wrzask był typem człowieka, który nawet do windy wchodził tak, jakby odbijał terytorium.

Konflikt zaczął się od latarni.

Na granicznym moście, który od stu lat łączył Republikę z Federacją Zgodliwą, wymieniono oświetlenie. Nowe lampy miały neutralną barwę, niski pobór energii i certyfikat wspólnego finansowania. Niestety, z jednej strony mostu świeciły odrobinę cieplej. Różnica była niewidoczna dla człowieka normalnego, ale polityk nie jest człowiekiem normalnym w godzinach pracy.

Radosław Wrzask wystąpił w telewizji.

– To nie są lampy – powiedział. – To są świetlne przyczółki wpływu.

Prowadząca zamrugała.

– Chodzi panu o temperaturę barwową?

– Chodzi mi o suwerenność optyczną.

Następnego dnia Wrzask pojawił się na moście z grupą działaczy. Każdy miał flagę, opaskę i nieskażoną intelektem minę brakującego ogniwa w teorii ewolucji.

– Dziś lampy, jutro latarnie, pojutrze nasze dzieci będą świecić cudzym światłem! – krzyczał Wrzask.

Ktoś z tłumu zapytał, czy dzieci świecą.

– Jeszcze nie! – odparł Wrzask. – I właśnie o to walczymy! Trzeba być twardym! Nie można być miękiszonem!

Film obejrzało dwadzieścia milionów ludzi. Połowa dlatego, że się oburzyła. Połowa dlatego, że algorytm podpiął go pod kategorię „remont i oświetlenie zewnętrzne”, a to śmierdziało jakimś nowym podatkiem. Federacja Zgodliwa odpowiedziała spokojnie, że lampy są zgodne z normą.

Wrzask uznał to za prowokację.

– Gdy przeciwnik zasłania się normą, trzeba sprawdzić, kto napisał normę! A jak nam ona nie pasuje, trzeba napisać swoją, zgodną z naszymi wartościami! – oświadczył.

Potem zażądał powołania Komisji do spraw Mostowego Zamachu Świetlnego. Przez dwa tygodnie komisja badała lampy. Przesłuchano elektryków, architektów, dwóch historyków mostownictwa, producenta żarówek i przypadkowego turystę, który powiedział, że most wygląda „całkiem ładnie”, za co został przez Wrzaska nazwany „estetycznym kolaborantem”.

Napięcie rosło.

Federacja Zgodliwa zaczęła mówić, że Republika uprawia histerię. Republika odpowiedziała, że histeria też może być suwerenna. Na granicy zawisły drony obserwacyjne. Po obu stronach mostu pojawiły się mobilne studia telewizyjne. Eksperci zaczęli rysować strzałki na mapach, choć konflikt dotyczył konstrukcji o długości dziewięćdziesięciu metrów i dwóch pasach ruchu. W końcu System Odpowiedzialności Wojennej uruchomił głosowanie.

Pytanie brzmiało:

KTO NAJBARDZIEJ PRZYCZYNIŁ SIĘ DO KONFLIKTU MOSTOWO-ŚWIETLNEGO?

Radosław Wrzask był pewien, że obywatele wskażą ministra infrastruktury. Minister infrastruktury od tygodnia udawał, że jest na urlopie. Był więc idealny.

Wynik ogłoszono o dwudziestej.

RADOSŁAW WRZASK – 73,8%.

Poseł spojrzał na ekran. Potem na doradcę. Potem na lustro, w którym od lat ćwiczył wyraz „historycznej odpowiedzialności”, asekurowany opcją „walki z systemem z bezpiecznej odległości”.

– To manipulacja – powiedział.

Piętnaście minut później pod jego domem zatrzymał się samochód Służby Rozstrzygnięć Osobistych. Nie był pancerny. Był elektryczny, biały i miał na boku napis:

DZIĘKUJEMY ZA GOTOWOŚĆ DO PONIESIENIA KONSEKWENCJI.

Wrzask nie otworzył drzwi. Funkcjonariusz zapukał drugi raz.

– Panie pośle, proszę wyjść dobrowolnie. Odmowa zostanie zakwalifikowana jako miękkość strategiczna.

Wrzask otworzył natychmiast.

– Ja się niczego nie boję.

– To świetnie. Proszę wsiadać.

W samochodzie siedzieli już inni nominowani: wiceminister od spraw stanowczego tonu, publicysta telewizyjny z własną mapą oraz przewodniczący Młodzieży Mostowej, który miał dziewiętnaście lat i przez pomyłkę kliknął „eskaluj” zamiast „udostępnij”.

– To skandal – powiedział Wrzask.

– Tak – odparł publicysta. – Ale transmitowany.

Strefa Rozstrzygnięcia mieściła się na neutralnym terenie, w hali sportowej dawnego centrum targowego. To była jedna z największych zalet nowoczesnych wojen: można je było prowadzić pod dachem. Nie było błota, przypadkowych pocisków, chorób, spalonej ziemi ani dramatycznych listów z frontu. Były szatnie, catering, komentatorzy i regulamin BHP. Na trybunach nie siedzieli żołnierze, tylko realizatorzy transmisji. Obywatele oglądali wszystko w domach. Dzieci jadły kolację. Dorośli robili herbatę. Pies jednego z sąsiadów szczekał zawsze wtedy, gdy na ekranie pojawiał się minister, co uznano później za trafny instynkt obywatelski.

Przed walką uczestnicy otrzymali wyposażenie. Hełm. Ochraniacze. Pałkę piankową klasy parlamentarnej. Tarczę z tworzywa niełamliwego. Instrukcję.

Wrzask podniósł pałkę i skrzywił się.

– To ma być broń?

Trener odpowiedzialności spojrzał na niego bez emocji.

– Panie pośle, przez trzy tygodnie doprowadzał pan do konfliktu o lampy. Do tego wystarczy.

Po drugiej stronie hali pojawili się reprezentanci Federacji Zgodliwej. Ich głównym zawodnikiem był deputowany Mirko Bąbelek, człowiek okrągły, pogodny i równie nieznośny, bo przez miesiąc powtarzał, że „Republika rozumie tylko język presji technicznej”.

Bąbelek ukłonił się uprzejmie.

– Pan Wrzask?

– Poseł Wrzask.

– Jeszcze zobaczymy, na jak długo.

Komentatorzy rozpoczęli program.

– Szanowni państwo, po lewej stronie Radosław Wrzask, znany z bezkompromisowej retoryki, licznych apeli o nieustępliwość oraz odmowy udziału w ćwiczeniach ewakuacyjnych z powodu atakującej na zamówienie alergii na gwizdek.

– Po prawej Mirko Bąbelek, deputowany Federacji Zgodliwej, autor hasła „most musi świecić jak należy”, które w jego kraju przetłumaczono na siedem języków i trzy poziomy niepokoju.

– Stawka jest wysoka: jeżeli wygra Republika, lampy zostaną ujednolicone po jej stronie normatywnej. Jeżeli wygra Federacja, Republika uzna, że światło może być minimalnie cieplejsze bez utraty duszy narodowej.

– Innymi słowy: walka idzie o los cywilizacji, ograniczony do kwestii LED.

Sędzia dał sygnał.

Wrzask ruszył do przodu. Po czterech krokach zorientował się, że hala jest większa, niż wyglądała w telewizji. Po sześciu krokach zorientował się, że zbroja ochronna waży. Po ośmiu krokach zorientował się, że oddychanie w patriotycznym gniewie jest łatwiejsze na siedząco.

Bąbelek także zwolnił. Obaj stanęli naprzeciwko siebie w odległości bezpiecznej dla honoru.

– Proszę się poddać – piskliwie zapiał Wrzask.

– Pan pierwszy.

– Nigdy.

– Ja też nigdy.

– No to dobrze.

– Bardzo dobrze.

Po tej mającej zdruzgotać przeciwnika acz nieefektywnej wymianie ataków słownych oponenci nadal stali bez ruchu. System wyświetlił komunikat:

OSTRZEŻENIE: WYMIANA DEKLARACJI TO NIE JEST STARCIE.

Wrzask podniósł pałkę. Bąbelek podniósł tarczę. Wrzask zrobił zamach tak szeroki, jakby chciał uderzyć całą historią narodu. Nie trafił. Pałka świsnęła w powietrzu i uderzyła go lekko w tył własnego hełmu.

Komentator powiedział:

– Pierwszy kontakt bojowy posła Wrzaska z samym sobą.

W domach rozległ się śmiech. Wrzask poczerwieniał.

– To przez niewłaściwe wyważenie sprzętu!

System odnotował:

OSTRZEŻENIE: PRÓBA PRZENIESIENIA ODPOWIEDZIALNOŚCI NA PAŁKĘ.

Bąbelek, zachęcony niemotą przeciwnika, ruszył naprzód i trafił Wrzaska w tarczę. Uderzenie było miękkie, ale efekt dźwiękowy w transmisji dodano mocniejszy, żeby widzowie nie przełączyli na konkurs pieczenia.

Wrzask cofnął się.

– Agresja! – krzyknął.

– Pan chciał wojny – przypomniał sędzia.

– Chciałem stanowczej polityki!

– System nie wykrywa różnicy praktycznej.

Po dziesięciu minutach obaj byli spoceni. Po piętnastu zaczęli rozpaczliwie przeczesywać umysł w poszukiwaniu jakiejkolwiek komórki zdolnej podesłać pomysł na ratunek. Po dwudziestu minutach Wrzask poprosił o czas techniczny na konsultacje z klubem parlamentarnym.

Odmówiono.

Po dwudziestu dwóch minutach Wrzask stwierdził, że regulamin jest antyrepublikański.

System poprosił o wskazanie punktu regulaminu.

Wrzask machnął pałką ogólnie w bliżej nieokreślonym kierunku, robiąc minę typu: „wiem, ale nie powiem”.

Obywatele ocenili w aplikacji ten gest jako „znany z wcześniejszych debat”.

Tymczasem Bąbelek wykorzystując widoczne rozedrganie umysłowe Wrzaska podszedł bliżej i spróbował pchnięcia. Wrzask odskoczył, poślizgnął się na własnej stanowczości i z rozjechanymi szeroko nogami żałośnie klapnął na macie.

Zapadła cisza.

Z domowych głośników, które transmitowały reakcje obywateli, dobiegł głos starszej kobiety:

– I po co mu to było, głupiemu?

I drugi komentarz:

– a taki był szeryf! Niezłomny! A tu pielucha by się nadała a nie broń!

System uznał komentarze za syntetycznie trafne i dopuścił do emisji ogólnokrajowej. Przez oba kraje przetoczyły się huragany szyderczego śmiechu, wręcz rżenia ogólnonarodowego przekraczającego hałas startującego odrzutowca.

Wrzask usłyszał wszystko w hełmie. Było to nie do pogodzenia z jego nieuzasadnionym pojęciem o własnej wartości i wykonywanej misji dziejowej. Wrzaskowe ego skurczyło się do rozmiarów męskich klejnotów wychodzących wraz z ich właścicielem z 10 minutowego morsowania. Coś w nim pękło.

Nie kręgosłup. Ten, mimo nazwy partii, okazał się zaskakująco elastyczny.

Pękła pewność, że wielkie słowa nie mają ciężaru. Przez całe życie mówił „trzeba walczyć” tak, jak mówi się „trzeba posprzątać piwnicę”. Wiadomo, że trzeba, ale człowiek zakłada, że ktoś inny zejdzie pierwszy. Teraz siedział na macie, z pałką piankową w ręce, naprzeciwko równie spoconego człowieka z drugiego kraju, i po raz pierwszy zrozumiał, że „napięcie międzynarodowe” ma łydki, pot, zadyszkę i bardzo niewygodny ochraniacz pod pachą.

Bąbelek też usiadł, zasapany i równie skonfudowany jak Wrzask.

– Panie Wrzask – powiedział – Czy panu serio tak zależy na tych lampach?

Wrzask chciał odpowiedzieć natychmiast. Miał przygotowanych kilka zdań. O godności. O normach. O dziejach. O tym, że kto dziś ustąpi o jeden kelwin, jutro odda suwerenność całego spektrum.

Ale spojrzał na ekran boczny. Ten pokazywał most. Stał spokojnie. Lampy świeciły. Ludzie przechodzili po nim z zakupami. Ktoś prowadził rower. Dziecko jadło loda. Pies obsikiwał słupek graniczny z taką samą obojętnością wobec obu państw.

– Nie wiem – powiedział Wrzask.

Publicysta z jego drużyny złapał się za głowę.

– Panie pośle, mikrofon!

Ale było za późno.

W całym kraju ludzie usłyszeli pierwsze uczciwe „nie wiem” w historii Partii Twardej Pięści.

System zatrzymał walkę.

Na ekranie pojawiło się pytanie:

CZY STRONY UZNAJĄ, ŻE KONFLIKT POWSTAŁ W WYNIKU NADMIARU RETORYKI, DEFICYTU WYOBRAŹNI ORAZ NIEZDROWEGO STOSUNKU DO OŚWIETLENIA PUBLICZNEGO?

Bąbelek przeczytał pytanie dwa razy.

– U nas niezdrowy był głównie stosunek do waszego tonu.

– U nas do waszej barwy – odparł Wrzask.

– To chyba głupie.

– Chyba tak.

Obaj spojrzeli na siebie.

Potem na pałki. Potem na kamery.

– Uznajemy – powiedział Bąbelek.

Wrzask przełknął ślinę.

– Uznajemy.

System ogłosił:

KONFLIKT ZAKOŃCZONY. STRONY ZOBOWIĄZUJĄ SIĘ DO WSPÓLNEGO PRZEGLĄDU LAMP, OBNIŻENIA TEMPERATURY EMOCJONALNEJ ORAZ NIEWYPOWIADANIA SŁOWA „HAŃBA” W SPRAWACH TECHNICZNYCH PRZEZ OKRES 24 MIESIĘCY.

Republika formalnie nie wygrała. Federacja też nie. Wrzaska w Partii zawieszono za miękiszonowatość trzeciego stopnia i fujarowatość utajoną. Wygrał most.

A najbardziej wygrała kaczka, która mieszkała pod trzecim filarem i od tej pory otrzymała status neutralnego obserwatora.

Na moście lampy nadal świeciły minimalnie różnie, ale nikt jakoś nie miał ochoty o to walczyć.

Na tabliczce przy wejściu umieszczono napis:

MOST POKOJU OSOBISTEGO.

Pod spodem ktoś dopisał flamastrem:

Przed eskalacją sprawdź kondycję.

Nikt tego nie zamazał.

Uznano, że to najlepsza doktryna obronna, jaką ludzkość wymyśliła od czasu odkrycia, że najodważniejszy jest zwykle ten, kto wie, że ktoś inny pójdzie pierwszy.

 

 

Koniec

Komentarze

“dzieci będą świecić obcym światłem” cytuję z pamięci, bardzo mi się podobało :) świetnie się czyta :)

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Dziękuję za komentarz i cieszę się, że się podobało! Pozdrawiam :) 

LL

Ekstra! Nie tak łatwo stworzyć pozytywny tekst o polityce, w którym nie ginie żaden polityk ;). Nie mogę klikać Biblioteki, ale mogę “gwiazdkować”. Pozdrawiam!

Hmm, kuszący pomysł, z tą eliminacją polityków ;) No ale kto by wtedy prowadził spory o lampy na mostach?;) 

LL

Witam :]

 

Widać tu momentami wyraźne znamiona lekkości pióra, tak koniecznej w trudnym gatunku, jakim jest satyra. Niektóre zdania naprawdę przypadły mi do gustu, np.

głos, który brzmiał tak, jakby ktoś odpalił alarm przeciwpożarowy w muzeum wojskowości

 

Z drugiej strony, konstrukcja utworu raczej nie zachwyca. Zaczynamy sporym infodumpem a później, poza tymi okazjonalnymi zdaniami o realnym potencjale humorystycznym, prozie brakuje silnika, który przykuwałby uwagę czytelnika do kolejnych paragrafów. Nie ma tu konfliktu, tajemnicy, budzących sympatię bohaterów etc. – od razu wiemy, że Wrzask zostanie wysłany na wojnę a potem ukarany/ośmieszony i dokładnie to się dzieje. Fabularnie całość jest więc raczej nudnawa, przewidywalna.

 

Zazwyczaj unikam tak wprost wyrażanych sugestii, bo wiem, że każdy pisarz jest przywiązany do własnej wizji utworu, ale IMO ten tekst wypadłby znacznie lepiej, gdyby czytelnik tym nowym sposobem prowadzenia wojen dostał z zaskoczenia, w momencie, gdy wydawałoby się, że Wrzask zaraz wywoła wojnę zupełnie prawdziwą.

 

Pozdrawiam!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Zgadzam się w 100% i dlatego od razu napisałem dwie wersje tego samego tekstu. Tu wrzuciłem jedną z nich, z przyczyn, które wyjaśnię po zakończeniu eksperymentu:) Pozdrawiam:) 

LL

Lekkie w formie, trafne w pomyśle. Chcesz wojny, to sam ją prowadź, własną łepetyną i własnymi czterema literami ryzykując. Ależ by świat wypiękniał!

Pozdrawiam.

Dokładnie tak! Pozdrawiam :) 

LL

Nowa Fantastyka