- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. Vicus. 0018. Dzień osiemnasty.

Cuiavia. Vicus. 0018. Dzień osiemnasty.

Oceny

Cuiavia. Vicus. 0018. Dzień osiemnasty.

Ruszyli nad rzekę. W więcierzu miotał się dorodny, srebrzysty leszcz. Po wczorajszym rozczarowaniu ten widok przyniósł ulgę.

– Gniewko. – Robert skinął na chłopca. – Dzisiaj zostaw trawę. Weź procę, kamienie i upoluj coś. Pokaż, czego nauczył cię Mirosław.

Chłopiec wyszczerzył zęby. Chwycił mieszek, narzucił procę na ramię i pomknął na łąkę.

– Tylko wróć na strawę! – krzyknęła za nim Agnieszka.

* * *

Słońce prażyło mi kark. Ciężar procy uciskał ramię, kamienie grzechotały u pasa. Nie pamiętałem lepszego dnia. Robert nazwał mnie łowcą. Powietrze rozsadzało mi płuca. Krew tętniła w skroniach. Płuca piły zapach parującej ziemi.

Palce miętosiły gładkie otoczaki w mieszku. Proca ciążyła na ramieniu. Dawniej ciskali z niej ojciec i Mirosław. Teraz należała do mnie.

Stopy uderzały o ubitą ziemię. Ważyłem już upolowane ptactwo, czułem trzepot skrzydeł pod palcami. Ramiona prężyły się do ciosu. Kuropatwy z zagonów, może kaczka znad rzecznej łachy.

Agnieszka postawi gar nad ogniem, zaparzy wywar. Zrobi to samo, co matka. Trzy dni sytości. Wymienią imię tego, który przyniósł mięso.

Gęba sama mi się śmiała. Stopy uderzały o ubitą ziemię, rwałem wprost przez kępy traw. Zobaczyłem dzieci. Przyspieszyłem. Zabawa na majdanie zamarła.

Głowy odwracały się jedna po drugiej. Usłyszałem szelest liści pod łapciami, potem szept i stłumiony chichot. Cisnęli we mnie pierwszym słowem.

– Patrzcie! – wrzasnął najwyższy. – Sierota bez kosza lezie!

– Trawę w gieźle będziesz dźwigał!

– Kosz skruszył, lanie dostał!

Nie patrz. Nie zatrzymuj się. Idź dalej.

– Roboty mu się odechciało! – huknął najstarszy. – Zbyt ciężka dola dla poraba znajdów!

Moja strzecha i ziemia. Na ojcowiźnie robię, z własnej woli.

– Bezrodny!

Przełknąłem ślinę. Braciec Jaropełek miał rację. Stryj Dobrogost wyrzekł się mnie przez dawne swary z ojcem.

Moje wahanie dodało im śmiałości. Usłyszałem chrupot żwiru. Zacieśniali krąg. Widziałem wyciągnięte ramiona, pochylone twarze.

– Wyciągnął siłę z siostry, dlatego oddycha! – Jaropełek zniżył głos, udając dorosłego. – Ojciec chciał go wziąć pod strzechę. Jeno nieszczęście niesie tym, co go miłują. Matka go tuliła, a po trzech dniach leżała zimna.

Dziewczynka z warkoczami spiętymi sznurkiem przytaknęła:

– Ojciec tak samo gada. Stryj mądrze trzyma go z dala od izby. Nie wpuszcza do chaty tego, co z żony i dziatek duszę wyciąga.

To dlatego mnie odsunął. Parzę oddechem. Niosę w żyłach mór i zgubę.

– Oczy Welesa! – pisknął maluch i uciekł za plecy starszego. – Gapi się na mnie, duszę mi wyciąga!

Straciłem oddech. Serce tłukło o żebra. Łzy wyschły pod powiekami. Widziałem tylko żar liżący stopy siostry, zwęglone palce ojca, nieruchome źrenice matki.

Ja przetrwałem? Oni zgaśli? Dlaczego? Licho we mnie siedzi – obce, głodne.

Spojrzałem ku chacie. Agnieszka krzątała się w obejściu. W piersi błysnęło ciepło, które natychmiast zmroził strach. Nie mogę ich miłować. Zgasną.

Docisnąłem brodę do piersi i ruszyłem przed siebie, nie patrząc, jak dzieci rozstępują się, tworząc wąskie przejście. Dopiero gdy chaty zniknęły za plecami, puściłem się biegiem, aż do palenia w płucach i suchoty w gardle.

* * *

Agnieszka wskazała kąt izby. Robert chwycił ciężkie, kamienne dyski, po czym przywlókł worek czystego żyta.

Do obejścia wkroczył Stanimir.

Drewniane ramy z sykiem wypuszczały równe, szare klocki gliny. Robert odetchnął chrapliwie, wciąż ugniatał gęstą maź.

 

– Stanimirze, martwimy się – zaczął Robert. – Mamy trochę zapasów, ryba czasem wpadnie, ale do żniw daleko. Nie wiemy, na ile starczy plonów. Co robicie, kiedy gumno pustoszeje?

Cieśla spojrzał na niego ze zdziwieniem. Otarł pot z czoła.

– Co robimy? – powtórzył powoli. – Żyjemy. Kończy się jedno, szukamy drugiego. Wiosną zbieramy młode pędy i liście, latem jagody i grzyby. Jesienią orzechy. Zimą, gdy rzeka zamarznie, łowimy pod lodem. W głodzie idziemy w puszczę. Czasem brzuch pełen, czasem pusty. Bogowie dają, bogowie biorą.

– Zmieńmy plany. Glinę zniesiemy jutro. Chodźmy do twojej chaty. Zbudujesz mały wóz dla Gniewka?

– Wóz? – Cieśla uniósł brwi. – Chcesz, żeby dziecko wóz ciągnęło?

– Niezupełnie. Zobaczysz. – Robert nakreślił zamysł na ziemi: wąska rama, jedno koło na przedzie, na wierzchu kosz. Długie żerdzie do unoszenia i pchania.

Stanimir mrużył oczy, poprawiał linie patykiem.

Bez zwłoki zabrali się do roboty. Pracowali w milczeniu, przygotowując kolejne elementy ramy. Nóż i siekiera ciosały suche żerdzie. Ostrza sprawnie wybijały wpusty i czopy. Obok uwijał się najstarszy syn, Radomir.

Kilkoma uderzeniami siekiery rozłupał stary pniak na grube deski. Złączył je jedną szeroką płytę. Kucnął, węglem z paleniska narysował koło. Koślawe, nierówne.

– Co robisz? – żachnął się Robert. – Takie koło wytrzęsie ładunek na prostej drodze.

Cieśla machnął ręką, spróbował poprawić linię.

– Daj, zrobię to. – Wyskrobał otwór pośrodku desek. Wyjął z ogniska nadpalony patyk. Przywiązał do niego sznurek, drugi koniec owinął wokół kołka wetkniętego w środek. Napiął sznurek. Obrócił ramię. Na deskach powstał idealny okrąg.

Cieśla zamarł.

– Taka prosta rzecz… – szepnął. Ostrza ociosywały deski wzdłuż linii. Potem, za pomocą świdra łukowego, wywiercili w środku otwór. Wsunęli oś w ramę. Robert otrzepał dłonie z wiórów. – Najgorsze za nami.

Stanimir nie odrywał wzroku od konstrukcji, choć sam ją ociosał.

– Powiedz mi, Mysłodarze, co to za dziwo? Zbudowaliśmy to w pół dnia. Mogłem to zrobić sam, a nigdy nie pomyślałem.

– Czasami najprostsze pomysły rodzą się w największych bólach – odpowiedział Robert.

Jak to nazwiemy?

– Kołem po ziemi się tacza… Nazwijmy to taczem. – zaproponował Stanimir.

– Albo taczką – krzyknął Radomir.

– Doskonale.

Przetestowali pojazd. Oś piszczała przeraźliwie.

– Masz tłuszcz?

Stanimir przyniósł z chaty gliniany dzbanek. – Nie wiem, po co baba trzyma to w izbie – mruknął zmieszany.

Robert chwycił grudę zjełczałego łoju, nasmarował drewno. Pojazd ruszył bezgłośnie.

* * *

Agnieszka została sama przy żarnach. Patrzyła na kamienne dyski.

Klęknęła na klepisku, by wsypać pierwszą garść ziaren do otworu. Oparła dłonie na drewnianej rękojeści i pchnęła, ciężki kamień drgnął z głośnym, przeciągłym zgrzytem. Monotonny trud szybko zaczął palić ramiona, a po kilkunastu obrotach odrętwienie rozlało się też na plecy.

Ramiona drżały, na dłoniach wykwitły pęcherze. Na płótnie leżała nędzna garstka mąki. Złość ustąpiła uporowi. Zacisnęła zęby. Naparła na rękojeść całym ciężarem ciała.

 

W naczyniu rósł kopczyk szarej mąki. Odsypała garść do garnuszka, zalała wodą.

Rozprostowała kości, po czym wyszła na skraj obejścia. Przyniosła pęczek szczawiu i dzikiego kopru. Woda nad paleniskiem parowała. Opadła na kłodę. Rozcierała zesztywniały kar, ugniatała piekące mięśnie ramion.

* * *

Robert poklepał ramę wozu. – Spójrz, przyjacielu, ile siły oszczędza to narzędzie. – We dwóch wtoczyli na ramę gruby konar. – Teraz ty. – Skinął na Radomira. – Unieś.

Młody cieśla chwycił za drągi. Uniósł ramiona wozu, parsknął ze zdumienia, po czym pchnął ładunek naprzód. Koło potoczyło się gładko.

– Ojcze! – zawołał. – Lżejsze niż chrust! Jak to możliwe?

– Mnie nie pytaj, tak samo jestem zdumiony. – Kręcił głową, gładząc brodę.

Robert uśmiechnął się. – To nie czary. Gdy ruszacie wielki głaz, bierzecie drąg i podkładacie kamień. Koło zastępuje kamień, żerdzie drąg. Im dłuższe, tym mniejszego wysiłku potrzeba.

– Łatwiej toczyć pniak, niż wlec go po ziemi – dodał, widząc potakiwanie cieśli. – Na piachu lepiej ciągnąć wóz za sobą, niż pchać.

– Zostawię wóz tutaj. Jutro z Agnieszką upleciemy kosz z wikliny. Chłopak dostanie gotowe narzędzie.

Ruszył ku chacie. Po kilku krokach obejrzał się za siebie. Cieśle zmieniali się przy uchwytach. Unosili konstrukcję, ładowali kolejną kłodę.

* * *

Mrok puszczy kusił, by wejść, by przepaść w nim. Smak radości skwaśniał. Proca ciążyła na ramieniu. Otoczaki rozsypały się w zielsku. Skuliłem się pod pniem, schowałem twarz w kolanach.

Nie zostanę łowcą. Leszy zamieni mnie w drzewo. Ktoś ociosa pień, postawi chatę. Przynajmniej tak się przydam.

Słońce przetoczyło się nad puszczą. W uszach wciąż huczały obelgi: porab znajdów, nosiciel moru, bezrodny.

– Nie!

Kości chrupnęły, gdy prostowałem grzbiet. Przetarłem brudne policzki.

Nie odbieram życia, przynoszę je. Muszę upolować zwierza. W chacie czekają na strawę. To mój ród.

Śledziłem każdy ruch w trawie. Łowiłem szelesty. Rzeka niosła nadzieję – na środku nurtu kołysały się kaczki.

Trafię je, ale nie wejdę do wody. Utopce nie oddadzą zdobyczy. Do lasu też nie pójdę, Leszy błądzi ścieżki.

Brzuch skręcał głód. Duma nie pozwalała na odwrót.

Samotne drzewo na skraju łąki szumiało liśćmi. Skrzypiało konarami. Grube korzenie niczym Żmij wiły się w zielsku.

Dąb Welesa. Tak prawili starzy.

– Welesie, panie lasu i rogacizny… – Przywarłem czołem do chropowatej kory. Objąłem pień.

– Ty widzisz wszystko. We wsi gadają, że mam twoje oczy. Jeśli to prawda, pozwól mi dojrzeć zwierza. Pierwszą kroplę krwi oddam ziemi.

Dąb odpowiedział tym samym szumem.

Szarzało. W długim cieniu korony, tuż przy ścianie lasu, dostrzegłem kuropatwę.

Nie ruszaj się. Błagam. Zaczekaj.

Wyciągnąłem z mieszka największy otoczak. Jeden obrót procy, drugi, szarpnięcie, świst. Kamień rypnął daleko za ptakiem. Kolejne również chybiły o kilka sążni. Kuropatwa nawet nie drgnęła.

Palcami wymacałem ostatni otoczak.

Tylko raz, Welesie. Tylko raz.

Zamknąłem oczy, wyrównałem oddech, cisnąłem. Usłyszałem głuche uderzenie, trzepot skrzydeł, krótkie kwilenie.

– Mam cię!

Szedłem przez wieś z podniesioną głową. Trzymałem kuropatwę za ciepłą szyję. Mijani sąsiedzi odprowadzali mnie wzrokiem.

– Patrzcie! Ptaki też potrafi zabijać! Wzrokiem albo oddechem uśmiercił!

Ramiona mi opadły. Znów patrzyłem na własne łapcie.

Może mieli rację? To nie ja trafiłem? Zły duch ją zabił?

* * *

Dostrzegli chłopca z daleka. Szedł wyprostowany, dopóki nie dopadła go zgraja. Nie słyszeli słów, gesty mówiły wszystko.

Wszedł w obejście. Agnieszka wybiegła mu na spotkanie.

– Martwiłam się! Gdzie byłeś? Nie rób tak więcej! – zawołała.

Drgnął, jakby go uderzyła.

Robert wyszedł zza jej pleców. Spojrzał na ptaka.

– Wspaniała zdobycz. Jesteś najlepszym myśliwym, jakiego znam.

Nie chwal, nie miłuj, bo zemrzesz – kołatało pod czaszką.

Postąpili krok naprzód z otwartymi ramionami. Odskoczył. Robert opuścił ręce, a Agnieszka cofnęła się, jak odepchnięta.

Ratuję was, pojmijcie to!

Uciekł do izby. Podwinął kolana pod brodę w najciemniejszym kącie i zacisnął powieki.

Oplotła go ramionami. Napięte ciało chłopca rwało się do ucieczki.

– Co mówiły dzieci? – szepnęła mu do ucha. – Skrzywdziły cię?

Rozpłakał się głośno, rycząc w jej pierś.

– Nie możecie mnie miłować! Bo was zabiję! Jak matkę i ojca!

– To nieprawda. Nie ty ich zabiłeś. – Przytuliła go mocniej. – Zabiło ich zatrute ziarno. Pamiętasz czarne rogi w zbożu? To nie twoja wina.

– A dlaczego ziarno nie zatruło mnie?

Ujęła w dłonie jego zapłakaną twarz. – Nie wiem. Może zjadłeś mniej. Wiem jedno: żyjesz. Jesteśmy razem, będziemy cię chronić. Nic tego nie zmieni.

– Chodź, zjemy polewkę. – Delikatnie pociągnęła go za rękę. – Moi mężczyźni nie przyszli na obiad, to zjemy teraz obfitą wieczerzę.

– Opowiedz, jak usidliłeś taką zwinną bestię? – zaczął Robert. – Długo tropiłeś?

Milczał chwilę, po czym zaczął mówić. Wyrzucał słowa o łowach, o celnym rzucie. Głos mu stwardniał, w oczach błysnął ogień.

Skończył, po czym wstał. Podszedł do ptaka. Jednym szarpnięciem noża odciął łeb. Patrzył, jak krew wsiąka w ziemię.

– Dziękuję, Welesie.

Koniec

Komentarze

I tu mi się włącza refleksja: Czy po przeniesieniu się w przeszłość moglibyśmy realnie tych ludzi nauczyć? Jak by to zmieniło? Czy w ogóle coś by im to pomogło? Jakoś bardzo mnie kręci opisywanie stosunku ludzi do techniki, kiedy jej nie rozumieją – dziś nam to czasem przeszkadza (”AI zabierze nam pracę”) a czasem nie (”przecież po prosu naciskam włącznik i jest jasno”). Koło byłoby dość oczywiste, ale czy np. nie zostałoby zakazane? Jakieś bóstwo mogłoby mieć coś przeciwko gdyby ludziom było zbyt lekko? Pozdrawiam i czekam na dalszy ciąg.

Czy po przeniesieniu się w przeszłość moglibyśmy realnie tych ludzi nauczyć?

Mam nadzieję, że w toku powieści dobrze to opiszę.

Generalnie ich potencjał intelektualny był podobny do naszego, różni nas doświadczenie.

Koło znali, ale taczka przyszła ze wschodu wiek-dwa później.

 

Dajcie mi punkt oparcia a poruszę Ziemię – a taczki nie wynalazł :-D

 

Dzięki i liczę na twoje kolejne uwagi.

Nowa Fantastyka