To był piękny październikowy wtorek. Słońce świeciło jasno i przygrzewało, jakby chcąc pocieszyć ziemię przed nadciągającym chłodem zimy. W szpitalu na warszawskim Solcu urodziło się państwu Kowalskim pierwsze dziecko. Syn. Dali mu na imię Antek. Byli bardzo dumni. Pękali wprost ze szczęścia. Pochyleni nad noworodkiem wyrazili swój zachwyt, wypowiadając zgodnie życzenie:
– Obyś zawsze był takim słodkim bobaskiem!
I aż się zdziwili, że im to jednocześnie przyszło do głowy. Spojrzeli na siebie i roześmieli się. Tak, to był najszczęśliwszy dzień w ich życiu.
Antek rzeczywiście dawał im powód do dumy i szczęścia. Pierwsze pół roku było anielską wprost sielanką. Chłopak robił tylko trzy rzeczy: spał, jadł i wydalał. Ach, jakże cudne były to dnie! Pan Kowalski oddawał się swej pracy zawodowej i opowiadał kolegom o swym pierworodnym.
– Będzie architektem, jak ja – utrzymywał. – No, co najmniej inżynierem!
Pani Kowalska zaś, korzystając z niezwykłego spokoju, jakie dawał jej nie kapryszący bobas, godzinami wisiała na telefonie omawiając z psiapsiółkami wszystkie szczegóły rozwoju chłopca oraz snując równie ambitne plany co do jego przyszłości, jak ojciec.
– Jak nic będzie aktorem. Albo pilotem – mówiła. – No, w każdym razie zajdzie wysoko.
Spalno-jedzeniowo-wydalnicza sielanka trwała w najlepsze także wiosną i latem. Antek dawał się we znaki tylko wtedy, gdy miał kolkę – a że miewał ją rzadko, tedy na ogół był spokój. Kowalscy zrazu się cieszyli, bo mieli dużo czasu dla siebie. W końcu jednak zaczęli się nieco niepokoić. Może nie oni pierwsi zresztą, ale ich rodzice, siostra Kowalskiego i psiapsiółki Kowalskiej. Wreszcie wtrącił się i pediatra.
– Antek nie czyni kolejnych kroków milowych – zauważył przy kontrolnej wizycie.
– Jakich znowu kroków? – zapytał Kowalski, dla którego syn był przedmiotem nieustającej dumy,
– Masz pan, poczytaj sobie. – Lekarz wręczył Kowalskiemu broszurę o rozwoju dziecka.
Lektura nie była wesoła, więc Kowalski uznał, że to jakiś szajs i nie ma co sobie głowy zawracać. Kowalska jednak jak to matka – zaraz się przejęła. Dawno ją ów niespotykany spokój syna nurtował w głębi ducha, ale nie chciała się do tego przyznać. Zadzwoniła do najlepszej psiapsiółki, Ireny, spodziewając się, że ta rozwieje jej obawy.
– No wiesz, Basiu, już dawno chciałam ci powiedzieć, że z twoim Antkiem coś jest nie tak. – W ten sposób Irena rozpoczęła uspakajającą rozmowę.
Co prawda po dwóch godzinach gorącej dyskusji Basia Kowalska przekonała Irenę, że Antek jest dobrze rozwijającym się chłopcem (Lubi spać, ot, co! – mówiła – w dziadka się wdał!), ale po odłożeniu słuchawki obie wiedziały, że jest zgoła inaczej.
Później było już tylko gorzej. Antek ciągle tylko jadł, spał i wydalał (w różnej kolejności). Rósł jak na drożdżach, ale oprócz podnoszenia główki niczego więcej nie osiągnął. Pierwsze urodziny były rodzinną katastrofą. Oficjalnie wszyscy udawali, że wszystko jest w porządku, a tymczasem każdy patrzył z politowaniem i Kowalscy tylko czekali, aż goście sobie pójdą. Potem Basia rozryczała się, a Kowalski sięgnął po wypróbowany środek uspokajający w postaci butelki Żytniej. O dziwo, nawet pomogło.
Następnego dnia oświadczył żonie:
– Dość udawania. Bierzemy się do roboty!
I jak przystało na odpowiedzialnego ojca, zaczął wyszukiwać specjalistów w książce telefonicznej. Czasy były co prawda siermiężne – schyłkowa komuna nie dawała wielu możliwości. Niemniej, Kowalskiemu udało się znaleźć kilku dobrych lekarzy. Koledzy w pracy, widząc, że wziął się do roboty, odetchnęli – przyznawszy, że i oni „coś zauważyli”, rzucili się mu pomagać. Ten znał tego specjalistę, ów tamtego. Fakt, mieli co robić. Byli w swoim żywiole. I wszyscy zgodnie uznali, że jak się solidnie wziąć za chłopaka, to mu się tego lenia z dupy przepędzi i postawi na nogi. Będą z niego ludzie – orzekli.
Po roku nie poruszali już tematu. Kowalski też milczał. Antek tylko spał, jadł i wydalał.
Na szczęście przyszła zmiana. Basia zaciążyła. Na drugie dziecko czekali z nadzieją, ale i z obawą. Czy historia się powtórzy? Może nie rodzić na Solcu? Ależ to nasz rejon. Głupie zabobony!
No i urodziła. Tym razem w grudniu. Córkę. Edytę. Edzię, ma się rozumieć. Śliczna była jak malowanie. No i zepchnęła Antka na drugi plan.
– A co tam! – mówił Kowalski, pęczniejąc z dumy – może to i dobrze, że śpi i kłopotów nie robi. Będzie ci łatwiej z córką.
– Mi? – zdziwiła się pani Kowalska.
– No, mam pracę przecież – rzekł bez zastanowienia. A po chwili: – Nam, oczywiście. Żartowałem, ha ha! – zaśmiał się, ale jakoś nieszczerze.
Edzia była faktycznie zachwycająca. Rosła jak na drożdżach i rozwijała się wspaniale. Wszystko w normie. Pęcznieli z dumy. W domu znów pełno gości. Psiapsiółki zachwycone. Koledzy Kowalskiego spierali się, kto z nich będzie teściem małej Edzi. Krótko mówiąc: bajka.
A tymczasem Antek leżał w swoim pokoju, nie nagabywany przez nikogo. Spał, jadł i wydalał. I czasem kwękał, gdy bolał go brzuszek.
Mijały lata. Wszyscy jakoś przywykli do dziwnego stanu Antka. Co prawda babcia Zosia zamawiała coraz to nowe msze, jeździła na pielgrzymki, odmawiała Różańce i litanie rozmaite i nawet chciała syna na to namówić, ale racjonalnie myślący Kowalski odrzucał te „wiejskie zabobony”.
– Jak ci nie wstyd, mamo! – mówił. – Dwudziesty wiek się kończy, a ty mi tu jeszcze księdza z egzorcyzmem do Antka sprowadzisz.
– Sama miałam ci to zaproponować, Stasiu, ale skoro już i ty na to wpadłeś…
– Na nic nie wpadłem! Wybij to sobie z głowy! – Stanisław Kowalski nie krył bynajmniej oburzenia.
„Nie dość, że syna mam nie teges, to jeszcze matka jesień średniowiecza mi tu chce urządzać” – myślał.
Siostra Kowalskiego, Grażyna, była bardziej nowoczesna. Nauczyła się angielskiego, wyjechała na jakiś czas do Stanów, skąd wróciła z małym Johnem i głową napakowaną najnowszymi trendami w nauce (ojca Johna zapomniała jakoś ze sobą przywieźć, czy też on nie mógł wyjechać ze Stanów – dość mętnie to tłumaczyła; „Grunt, że nazwisko dał! – powiadała – i dolce regularnie przysyła”).
No więc Grażyna zwołała naradę rodzinną z okazji urodzin Edzi (o Antkowych jakoś zapomniano i nikt tak naprawdę nie chciał wiedzieć, ile lat ma „bobas”). I na tej naradzie wypaliła:
– To autyzm!
– Co? – zdziwili się wszyscy.
– No, taka nowa choroba. W Stanach bardzo modna – rzekła Grażyna.
– Ależ córeczko, tu jest Polska, a nie Stany – skarciła ją babcia Zosia. – Skąd by to mogło się do nas przywlec.
– No właśnie – zgodził się Kowalski. – Jak już, to pewnie Czarnobyl.
– O tak, to przez ruskich – poparła go babcia Zosia. – Wasz ojciec…
– Mamo! – zgodnie przerwali jej Stanisław i Grażyna. Żadne z nich nie miało ochoty wysłuchiwać po raz enty historii uwięzienia ich ojca przez „ruskich”, po którym nabawił się wszawicy i czegoś, co babcia fachowo nazwała niesrawicą zaparciową.
– Dajcie mówić Grażynie – wstawiła się za bratową Basia. Czuła, że może wreszcie znajdą rozwiązanie ich sytuacji.
Grażyna opisała zatem przypadki nowej choroby, jednocześnie tłumacząc babci, że nie jest to skutek zarażenia „ejcem” („Bo i to licho z Ameryki” – jak zauważyła babcia Zosia).
– Mamo, AIDS przenosi się drogą płciową! – grzmiała Grażyna. – Jakżeż by się Antek miał tym zarazić?
– Może od komara? Słyszałam takie przypadki…
– Litości!
– A to może, nie wiem, czy mam mówić, może, no wiecie, po rodzicach. Oj, przepraszam! – Babcia Zosia starała się jak mogła, ale widziała, że jej to słabo wychodzi.
– Autyzm jako skutek zarażenia AIDS-em przez rodziców?! – krzyknęła Basia. – Co też mama wygaduje!
– Zaraz nam powie, że to kara boska – kąśliwie zauważył Stanisław.
– A co, masz AIDS-a? – zaciekawiła się Grażyna.
– Prędzej ty mogłaś go złapać! – Kowalski zezłościł się na siostrę.
– Chyba odbiegamy od tematu – wtrąciła się Basia.
Gdy rozmówcy się uspokoili i zgodnie uznali, że żadne z nich nie ma AIDS-a – choć babcia Zosia pomyślała, że nie zawadzi iść z tym do księdza – wrócili do sprawy leczenia Antka. Rada w radę doszli do niezbitego przekonania, że to autyzm.
– To żaden autyzm – orzekł pediatra na najbliższej wizycie.
– Gówno wie – orzekł Kowalski po wizycie.
– Nic pan nie wie o autyzmie – stwierdził specjalista, polecony od kolegi z pracy.
„Mądrala się znalazł” – pomyślał Kowalski.
Gdy jednak wszyscy, których pytali, zgodnie odrzucili ten pomysł, Grażynie oberwało się za sprowadzenie ich na manowce.
– Ja tylko chciałam pomóc – broniła się na kolejnej radzie familijnej. – Nie chcecie, to sami go sobie leczcie! – Po czym zebrała się i wyszła w gniewie. Zresztą, Gary miał wreszcie przylecieć do Warszawy. Pochwali się swoim jankeskim chłopem, a jak go dobrze spije, to może i do ołtarza zaciągnie.
„Do tego przydałby mi się Stasiek” – pomyślała. I niebawem zadzwoniła do brata, przepraszając za swój wybuch. Oczywiście, kocha chrześniaka i będzie im pomagać w jego leczeniu. Mogą na nią liczyć. Tylko ma nie wymyślać nowych chorób? OK. Jakie znów OK? Tak się mówi w Ameryce. Aha, zapomniałem.
Fajnie się rozmawia z bratem.
Tymczasem mijały miesiące, lata. Grażyna jednak nie wyszła za Garego, Johnny-Jaś rósł jak na drożdżach, Edzia również, Antek zaś nic, tylko spał, jadł i wydalał.
No i rósł, oczywiście.
Niestety.
Czasem Kowalscy woleliby, żeby był małym brzdącem, skoro zachowuje się jak on. A tu nastolatek, a potem dorosły facet, który przesypia pół dnia, nie mówi, głupio się uśmiecha i wyciąga rączki – tfu, łapska – do rodziców, by ich powitać, gdy podchodzą do jego łóżka.
Rentę, owszem, dostali na niego. Ale co tam po rencie! Takie życie to koszmar wszak. Ktoś ciągle musiał z Antkiem być. Przewinąć go. Nakarmić. Do snu ukołysać.
Ożeż!
Raz zostawili z nim Edzię. A ta zaprosiła koleżankę. Potem musiała przez tydzień symulować chorobę.
– Masz brata idiotę! Może sama niedorozwinięta jesteś?
– Przecież widzicie, że ze mną wszystko w porządku!
– Tak, tak tylko udajesz. Uważajcie, to może być dziedziczne. Zaraźliwe! Co? Tak, trzymaj się od niej z daleka. Jak nie, to się któregoś dnia obudzisz jako warzywo.
„Antek Warzywo” szybko się przyjęło.
„Edzia Ogrodniczka” zaraz potem.
– To jak tam, Edziu, podlałaś swoje warzywko? Nie zapomnij o nawozie. A, przecież on sam się nawozi! Ha ha!
Wreszcie Kowalski musiał przenieść córkę do innej szkoły.
I tak jednak znienawidziła brata. Dotarło do niej, że gdy starzy umrą, ona dostanie go w spadku. Zgroza!
– Oddam go do pierwszego lepszego przytułku – rzekła sobie. I ta myśl pokrzepiła ją nieco.
No i nadszedł ten dzień. Antek miał już czterdzieści lat. Jego ojciec zmarł na zawał serca, pracując do nocy na prywatnym zleceniu, jak to w czasach wolnego rynku. Matka, od dawna uzależniona od alkoholu, tak sobie popiła na stypie po mężu, że ku konsternacji żałobników została odwieziona karetką do szpitala. I już stamtąd nie wyszła. Lekarz orzekł, że nie miała woli życia.
– Jak to nie miała woli życia!? – piekliła się Edzia. – Nie daliście rady uratować mojej matki?!
– Zrobiliśmy, co w naszej mocy – bronił się lekarz. – Ale wie pani, jak kto chce żyć, to przeżyje, a jak chce umrzeć, to i najlepszy lekarz nie pomoże.
I tak to trzydziestoparoletnia Edzia została sierotą z bratem idiotą (jak sama go nazywała). Nie udało jej się wyjść za mąż. Była ładna, nawet bardzo. Faceci lgnęli do niej. dopóki nie dowiadywali się o Antku. Zatem jeden czy drugi romansik i do widzenia! Nikt nie chciał sobie brać na głowę czterdziestoletniego bobasa.
– Nienawidzę cię! – wysyczała do Antka Edzia, wróciwszy z pogrzebu matki. – Zabiłeś moich rodziców, zabijasz mnie i niszczysz wszystko. Niech cię diabli! Najchętniej od razu bym cię ukatrupiła!
Po czym poszła się napić. Antek zaś spał słodko i zdawał się niczego nie słyszeć.
Edzia zdrowo pociągnęła z butelki i padła bez życia na kanapie przed telewizorem. O północy obudził ją szum czajnika. Woda się gotowała.
– Co jest, k…? Mam jakieś omamy? – Podniosła z trudem głowę i spojrzała w stronę kuchni. Przy blacie jak gdyby nigdy nic siedział Antek i uśmiechał się do niej.
– Zaparzę ci herbatę; słabo wyglądasz – rzekł.
– Nie!
– Nie chcesz? To może miętę? Robię sobie i…
– Nie! To nie może być prawda! – Edzia zerwała się na nogi. – Ja chyba nadal śnię!
– Bynajmniej! – odrzekł brat.
– Jak? Co? Co to ma być? Co to ma znaczyć? Przecież ty…
– Jestem warzywem? – zapytał z uśmiechem. – Słodkim bobasem?
– Nnno właśnie. To niemożliwe!
– A jednak!
– Nie, ja w to nie wierzę. Za dużo wypiłam. Boże, mam omamy! Oszalałam!
– Mięta z pewnością nie zawadzi – skonstatował ze stoickim spokojem Antek.
Po czym, skoro spełnił zapowiedź zaparzenia siostrze ożywczego napoju, dosiadł się do niej i wdał w dłuższą pogawędkę.
Dowiedziała się z niej, że kiedy przyszedł na świat, rodzice wypowiedzieli życzenie, które stało się dla niego klątwą. Jak? Tego nie wiedział. Wiedział za to, że przez te wszystkie lata nie tylko jego ciało, ale i umysł rozwijały się normalnie. Wszystko widział i rozumiał. Tyle, że nie miał żadnej władzy nad sobą. Jego zdolności komunikowania się ze światem były na poziomie niemowlęcia. Chciał mówić, chciał chodzić, chciał normalnie się odżywiać. Ale nic z tego. Coś go trzymało. Zasypiał, choć nie chciał. Nie mówił, nie panował nad swym ciałem. Czterdzieści lat nieustannej udręki.
– Boże, jak ty cierpiałeś! – Edycie robiło się słabo, gdy słuchała tego wszystkiego. Zarazem jednak cieszyła się głosem brata. Nie tak go sobie wyobrażała, ale to nic. Ważne, że wreszcie wrócił. I mówił.
– Śmierć rodziców cię uwolniła? – domyśliła się.
– Tak. Nawet nie wiesz, jak na nią czekałem. Jak bardzo chciałem ich zabić. Udusić gołymi rękami… gdy tak przychodzili do mnie i użalali się nad swoim nieszczęściem myśląc, że niczego nie rozumiem. Oni, oni byli nieszczęśliwi! K.. mać!
I rąbnął pięścią w stół, aż Edzia podskoczyła.
„Czy mam się go bać?” – pomyślała. „Kto wie, co może zrobić facet wypuszczony z czterdziestoletniego więzienia?”.
W końcu jednak uznała, że to przecież brat, a jej obawy są głupie.
Przegadali niemal całą noc. Gdy już miało świtać, Antek zarządził, że muszą się zdrzemnąć. Wybrał sobie piżamę po ojcu i położył się do jego łóżka.
– Nienawidzę tego! – rzekł wskazując na to, na którym spędzał czas w swoim dziecinnym pokoju.
– Doskonale cię rozumiem – rzekła Edzia. – Zrobię ci śniadanie, gdy się wyśpimy.
– Pycha! – zgodził się Antek. – A teraz, dobranoc, siostrzyczko!
– Dobranoc, bracie!
Nareszcie spała tak dobrze, jak nigdy dotąd. Obudziła się wypoczęta i radosna. Zajrzała odruchowo do pokoju brata. Oczywiście, nie było go tam. „Ale jestem głupia!” – pomyślała i podreptała do pokoju ojca. W jego łóżku i w jego piżamie spał Antek.
– Wstawaj, śpiochu! – krzyknęła do niego. – Dość już się wyspałeś w życiu!
Nie mogła się doczekać, by znów porozmawiać z bratem.
Obudził się i uśmiechnął do niej.
– No, rusz się, draniu! Nie udawaj! – ponaglała go ze śmiechem, ale coś już ukłuło ją w sercu.
Antek nadal uśmiechał się i wyciągnął do niej ręce.
– Antek? – zapytała. – Antek?! Boże, nie! Tylko nie to! Nie rób mi tego, ty głupi matołku!
Antek tylko się uśmiechał. W jego oczach chyba jednak dostrzegła ślad zrozumienia.
– Rozumiesz mnie? Czemu nie odpowiadasz!? Gadaj! Rusz się! Wstawaj, ty tępy kretynie! – zaczęła go szarpać.
Antek się rozpłakał.
Usiadła bez sił na podłodze. I sama zalała się łzami.
– Przecież to nie mogło mi się przyśnić! Chyba sama bym go tu nie przeniosła? Taki duży chłop, nie dałabym rady. Co jest, do k… nędzy?!
Dźwięk domofonu przywołał ją do rzeczywistości. Podniosła słuchawkę.
– Słucham?
– Pani Kowalska?
– Tak.
– Ja w sprawie naprawy okna. Mówiła pani, że wieje i dziecko się przeziębi. Bo to w dziecinnym, prawda?
– Chyba tak… zaraz. Czekaj pan.
Zaczęła się zastanawiać. Faktycznie, u Antka rozszczelniło się okno i trzeba było coś z tym zrobić. Przypomniała sobie, że zamówiła fachowca i nawet zastanawiała się, kto jej pomoże przenieść brata na czas naprawy. Spojrzała na Antka.
– Pomogłeś mi, braciszku?
Uśmiechał się promiennie. Znów czuł się bezpiecznie.
– Proszę pani? – głos w domofonie.
– Tak, tak, proszę wejść. Już otwieram!
Rzuciła okiem w stronę kuchni. Na blacie stały dwa kubki z saszetkami mięty. Spojrzała na brata. „A jednak cię kocham, stary draniu” – powiedziała do siebie.
A on znów się uśmiechnął.