- Opowiadanie: Oczova - Psithia

Psithia

„Psithia” to jedno z siedmiu planowanych opowiadań składających się na niewielki zbiór. Akcja każdego z nich rozgrywa się na tym samym kontynencie, lecz w innych czasach. „Psithia” osadzona jest w realiach odpowiadających końcówce XIX wieku.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Psithia

Leon

 

Każdego ranka to samo. Obudziłem się po ledwo przespanej nocy z tym samym pulsującym bólem penetrującym czaszkę, z którym kładłem się spać. Leżąc, wbijałem wzrok w sęki spróchniałych desek na suficie domu, w którym wynajmowałem niewielki pokój.

Podnosząc się z wolna z łóżka, przetarłem wypełnione nieistniejącym piaskiem oczy. Na szybie wciąż widniała rozmazana, tłusta smuga po musze, którą zatłukłem poprzedniego wieczoru zwiniętą gazetą. Natarczywe bzyczenie krążyło mi nad uchem przez dobrą godzinę, drażniąc i tak rozsadzaną bólem głowę. Próbowałem ją ignorować, ale wracała raz za razem, jakby wiedziała, gdzie uderzyć. Dopiero kiedy roztrzaskałem ją o szybę, poczułem ulgę. Prawie satysfakcję.

Było tuż przed świtem. Z dołu dobiegał cichy stukot naczyń. Pani Isolde Elys była już na nogach. Isolde, jak zwykłem na nią mówić, rzadko spała długo. Zanim wyszedłem, zajrzałem na moment do kuchni. Stała przy piecu, mieszając coś w żeliwnym garnku. Na mój widok zmarszczyła czoło.

– Na bogów, panie Darko… Proszę się nie gniewać, ale wygląda pan okropnie.

Potarłem twarz dłonią.

– Ledwo spałem.

– Domyśliłam się. Słyszałam w nocy jakieś uderzenia. Pomyślałam, że może coś się stało, ale po chwili ucichły.

– Cholerna mucha. Nie dawała mi spokoju – odparłem, patrząc na dłonie.

– Mucha? – Uniosła brew. – Jeśli przez owada wali pan w szybę o tej porze, to chyba naprawdę nie jest z panem najlepiej. Na pańskim miejscu poszłabym do Riny. Może uda jej się panu pomóc.

– Zielarki?

– Znachorki. Prowadzi sklepik w Zaułku. Zna się na takich przypadłościach.

– Dziękuję, Isolde. Zajrzę do niej. 

Wyszedłem z domu. Mrok zdawał się nie odpuszczać. Pomarańczowe światła płonących w dalszym ciągu gazowych latarni wypaczały swym kolorem wszystko, co tylko zdołały pochwycić. Podniosłem kołnierz starego, przesiąkniętego wonią tytoniu płaszcza, odgarnąłem opadającą na czoło grzywkę i ruszyłem przed siebie. Z wewnętrznej kieszeni wyjąłem papierośnicę i odpaliłem jednego z kilku skręconych wcześniej papierosów. Świdrujący ból głowy nie ustępował.

Skierowałem się brukowaną aleją prowadzącą do Brunatnego Portu, by następnie udać się na Śródmieście. Po jego drugiej stronie, nieopodal rzeki, znajdował się budynek komendantury, gdzie mieściło się moje biuro. Ta część miasta była zazwyczaj pozbawiona tchu. Słyszałem jedynie skwierczenie żarzącego się tytoniu, stukot uderzających o kamień obcasów oraz nikły dźwięk strumienia moczu smagającego ścianę mijanego przeze mnie budynku. Po około półgodzinnym spacerze dotarłem do granic portu.

To miejsce przesiąknęło smrodem. W powietrzu stale unosiła się ostra mieszanka zapachu słonej wody oraz przytłaczający odór wilgoci i rdzy. Jednak to fetor gnijących ryb dominował nad wszystkimi innymi. Burawa woda rozdrażnionych fal uderzała o przystań, tworząc niepokojące dźwięki. Gęste, sine chmury zwisające ciężko z nieba sprawiały, że to miejsce wydawało się jeszcze bardziej ponure. 

Przyspieszyłem kroku, zważając, by nie poślizgnąć się na rybim łbie lub innym odpadku. Niebawem minąłem ostatni portowy magazyn, na którym wisiał wielki drewniany szyld z napisem: „Kupcy z Mercandylli – handel zagraniczny” i skręciłem w ulicę, która wiodła przez masywny, żelazny most wprost na Śródmieście. 

To właśnie tutaj, pośród starych kamienic, znajdował się Zaułek. Ciasna, wilgotna szczelina miasta, gdzie urzędowa medycyna traciła znaczenie.

Tabliczka na ścianie pokrytej dziwnymi symbolami informowała: „Mroczne Alchemie – ziołolecznictwo, rytuały ochronne, praktyki kontemplacyjne”. Mimo wczesnej pory zauważyłem w środku światło. Podszedłem do drzwi i uderzyłem w nie mosiężną kołatką w kształcie głowy węża. Nie minęło kilka sekund, a wejście rozwarło się z głośnym zgrzytem i w progu stanęła osobliwie wyglądająca postać.

Nie miałem wątpliwości, z kim mam do czynienia. Była bardzo blada, a na jej alabastrowej skórze dostrzegłem delikatne, srebrzystozielone wzory przypominające runy. Głęboko osadzone zielone oczy mieniły się subtelnym, wewnętrznym światłem. Odwzajemniła spojrzenie.

– Inspektor Darko! – powiedziała cicho.

– Znamy się? – zapytałem zdziwiony, mrużąc oczy.

Znachorka podniosła ledwie dostrzegalnie kąciki ust, a jej spojrzenie zatrzymało się na mnie, gdy wyjrzała spod długich rzęs.

– Mam oczy i uszy. Czytuję gazety. 

– Przysyła mnie Isolde. Twierdzi, że zna się pani na leczeniu pewnych dolegliwości. 

– Nie przysłałaby pana do mnie, gdyby to była drobnostka. Jeśli ktoś puka do moich drzwi o świcie, zwykle znaczy to, że cierpienie zdążyło już zapuścić korzenie.

Wpuściła mnie do środka i sama przeszła za ladę. W powietrzu wisiał duszny zapach ziół, olejków i zwęglonego drewna.

– Ból głowy? Od jak dawna panu doskwiera?

– Od dawna…

– Problemy ze snem?

– Słabo sypiam.

– Śni pan?

Zawahałem się.

– Czasami.

– A pamięta pan te sny?

Zamilkłem na chwilę.

– Niezbyt.

Skinęła głową. Zbliżyła się do mnie, podnosząc dłonie. Ujęła w nie moją głowę i w pełnym skupieniu przymknęła oczy.

– Proszę się nie ruszać.

Przez chwilę staliśmy w bezruchu i milczeniu. Wyczułem dziwne mrowienie pod skroniami i ciepło rozchodzące się pod skórą. Wiedźma przekrzywiała głowę, marszcząc brwi. Dopiero teraz zobaczyłem wyraźnie znaki na jej ciele – nie malunki, ale setki blizn. Po chwili cofnęła dłonie, masując palce.

– Napięcie, wyjałowienie, zmęczenie… i coś jeszcze. – Odwróciła się do mnie plecami.

– Co ma pani na myśli?

Stała w milczeniu, zanim znów wzniosła głowę w moją stronę.

– To jak korzeń, który wyrósł krzywo i pękł pod ziemią.

– To brzmi mało pocieszająco – prychnąłem.

Po kilku chwilach ciszy zapytała:

– Czy w pańskiej rodzinie zdarzały się przypadki chorób umysłu?

Patrzyłem na nią zdziwiony i zirytowany jednocześnie.

– Nie wiem, nie znałem swoich rodziców. Matka oddała mnie do Domu Ylo, gdy byłem bardzo mały.

Rina zamarła na moment.

– Był pan dzieckiem Ylo? – zapytała, a na jej twarzy pojawił się smutek.

– Nie zawsze było źle. Człowiek przywyka…

Rina spuściła wzrok. Palce przesunęły się wzdłuż blizny na przedramieniu.

– Istnieje pewna roślina. Rzadka i trudno dostępna. Wykorzystuję ją w ekstremalnych przypadkach, ale myślę, że mogłaby przynieść ukojenie.

Odwróciła się i poszła w kierunku ściany, z której zwisały bukiety wysuszonych ziół. W tym samym momencie nad głową usłyszałem syk. Zadarłem głowę i zobaczyłem dużych rozmiarów węża zwisającego z drewnianych belek wspierających strop. Bursztynowe oczy gada wpatrywały się we mnie z zainteresowaniem, a rozdwojony język wyłapywał z powietrza wszelkie możliwe zapachy.

– Szethra! – Wąż zwrócił łeb ku Rinie, wydając przy tym serię syków. – Zachowuj się. To nasz gość. Nie bądź wścibski i pilnuj manier. Pan wybaczy inspektorze, jest bardzo ciekawski.

Obserwowałem węża z niepokojem, tymczasem zielarka zwróciła się ponownie w stronę ziół. Stanęła na palcach i sięgnęła po lekko zakurzony, żółtawo-brązowy pęk. Ściągnęła go ostrożnie, zdmuchując kurz i przyniosła na ladę. Z niecierpliwością patrzyłem, jak oddziela wysuszone kwiaty oraz liście od łodyg. Do nozdrzy docierał subtelny zapach przypominający mieszankę lawendy i piwonii. Woń była odurzająca. Ból w skroniach nieco zelżał. Dopiero cichy pomruk wyrwał mnie z tego otępienia. Zerknąłem na Rinę, która pakowała susz do papierowej torebki.

– Jak pan widzi, to bardzo silna roślina. Jej przedawkowanie jest niebezpieczne, wywołuje przewidzenia, pomieszanie zmysłów i niestałość ducha. – Uniosła brew. – Zachowa pan moje wskazówki, a wszystko powinno być w porządku. Rozumiemy się?

– Tak, rozumiem, oczywiście. Co mam z tym zrobić? Przygotować napar?

– Owszem. Łyżeczkę ziela proszę zalać gorącą wodą. Bez przykrycia. Niech para uchodzi swobodnie. Zabiera ze sobą to, co najcięższe. Gdyby opadło z powrotem do wywaru, zamiast ukoić, mogłoby rozdrażnić. Odczekać około piętnastu minut i wypić, póki będzie ciepły. Najlepiej dwie godziny przed snem. Uczulam pana raz jeszcze, aby zastosował się pan do moich instrukcji!

– Tak zrobię. Ile jestem winien? – zacząłem grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu pieniędzy.

– Dwa srebrniki. – To powiedziawszy, wręczyła mi pakunek.

Opuszczając Mroczne Alchemie, mimowolnie zacisnąłem dłoń na pakunku. Słowa Riny dudniły mi w głowie. Wspomnienie Ylo… Westchnąłem ciężko i podążyłem na posterunek. Gdy dotarłem do komendantury, miasto zdążyło obudzić się na dobre, lecz w budynku zastałem jedynie starego dozorcę, pełniącego tę służbę odkąd pamiętałem.

Udałem się na piętro. Moje biuro mieściło się naprzeciw schodów. Wszedłem do środka i rzuciłem płaszcz na hak. Odpaliłem papierosa i stanąłem przy oknie. Z korytarza zaczęły dobiegać ociężałe kroki, trzask otwieranych drzwi i pierwsze podniesione głosy.

Rzuciłem okiem na zegar wiszący nad drzwiami wejściowymi. Było dziesięć po siódmej, a dzwony alarmowe milczały. Dochodziły do mnie jedynie krzyki handlarzy i przenikliwy gwizdek strażnika miejskiego, uganiającego się zapewne za głodnym niedorostkiem, który ukradł świeżo wypieczoną bułkę. Sięgnąłem po stos teczek leżących na parapecie i zabrałem się za uzupełnianie raportów.

 

***

 

Dzień minął względnie spokojnie, jeśli nie liczyć przesłuchania jednej z kuplerek, która opluła mnie prosto w twarz, nazywając parszywym kundlem. Z pracy wyszedłem krótko po piątej. Do domu wróciłem tuż przed zachodem. Przy wejściu powitała mnie serdecznie uśmiechnięta Isolde.

– Jak minął dzień? Głowa odpuściła? – zapytała z troską.

– Był znośny. Niestety głowa nadal mnie dręczy, ale po drodze odwiedziłem sklep, o którym pani mówiła. Liczę na to, że lek zadziała. Jest w którejś z wewnętrznych kieszeni.

Pani Elys zaczęła oklepywać kieszenie w poszukiwaniu pakunku. Wreszcie jej dłoń odnalazła torebkę z zielem. 

– Isolde, byłaby pani tak dobra i przygotowała mi napar? Rina kazała zalać wrzątkiem łyżeczkę suszu.

Oparłem się o komodę, przecierając oczy.

– Czy zielarka wspominała coś jeszcze?

Westchnąłem, zaciskając powieki, próbując sobie przypomnieć, co mówiła Rina.

– Chyba tylko tyle, żeby parzyło się około kwadransa.

– Zaraz się tym zajmę. Kolacja gotowa, przyniosę ją za minutkę.

Odwiesiła płaszcz w przedsionku i przeszła do kuchni znajdującej się tuż obok.

– Dziękuję. – Zawołałem za nią.

Udałem się w kierunku schodów prowadzących do mojej sypialni. Gospodyni jak co dzień uprzątnęła rozgardiasz i pościeliła łóżko. Zniknął także ślad po zabitym owadzie. Naszykowałem koszulę nocną oraz świeżą bieliznę i przysiadłem na skraju łóżka, odpalając papierosa. Po jakimś czasie usłyszałem pukanie do drzwi i do pokoju weszła pani Isolde.

– Herbata gotowa, mój drogi. Porządnie zaparzona. – Podeszła do małego biurka, na którym postawiła kubek oraz talerz z jedzeniem.

– Dziękuję.

– Spokojnej nocy, panie Darko. 

Wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Wziąłem szybką kąpiel i zasiadłem do kolacji. Byłem straszliwie głodny. Nie zdawałem sobie nawet sprawy, jak bardzo. Szybko skonsumowałem przygotowaną przez Isolde potrawkę z dziczyzny i chwyciłem kubek z wywarem. Zdjąłem talerzyk przykrywający naczynko i w tej samej chwili owionął mnie niezwykły zapach, który zawładnął mną w sklepie zielarskim. Zdawał się być jeszcze mocniejszy. Zrobiłem pierwszy łyk ciepłego naparu. Miał intensywny smak, lecz w niczym nie przypominał tego powalającego aromatu piwonii i lawendy. Był bardzo cierpki z minimalnie wyczuwalną kwiatową nutą. Pozostałość wypiłem bardzo szybko, krzywiąc się. Ciepło rozchodziło się pod skórą, rozluźniając napięte mięśnie.

Przed snem postanowiłem wchłonąć jeszcze kilka rozdziałów mojej ulubionej książki. Wziąłem bardzo zniszczony egzemplarz „Upadku Katedry” autorstwa Thaddeusa Sterlinga i rozłożyłem się wygodnie na łóżku. Linijki tekstu zlewały się ze sobą, a powieki ciążyły mi, jak gdyby ktoś dociskał je palcami. Ból głowy powoli ustępował, stając się ledwie odczuwalny. Zanim spadłem w ciemność, zdążyłem jeszcze pomyśleć, że powietrze pachnie inaczej niż zwykle – ciężej, zupełnie jakby ktoś inny oddychał razem ze mną.

 

Noel

 

Otwieram oczy. Przez moment słyszę jedynie pisk rezonujący w głowie. Niemalże mnie oślepia. Po chwili słabnie i ogarnia mnie głucha cisza. I ten nikły słodki zapach…

 

***

 

W towarzystwie mgły kroczę ociekającymi brudem ulicami Kormorianu. Zaszczane zakamarki pełne są gnid wrośniętych w fundamenty niczym liszaj w ciało. Wewnątrz butwiejących budowli skrywają się cienie na stałe scalone z tym miejscem. Postacie, których twarzy nie sposób dostrzec. Czuję na skórze ich piekące spojrzenia. Widzę niewyraźne tłumy ludzi uwięzionych w letargu. Milczących.

To tutaj w najciemniejszych i najbardziej plugawych kątach kryje się źródło zakażenia. Wśród zbrukanych ulicznic i marnotrawców. Nikczemnych padalców, pobocza ludzkiej egzystencji. Jak szczury zakładają gniazda w zacisznych kryjówkach, gdzie mnożą się i toczą, roznosząc choroby, zatruwając wszystko dookoła.

Pod stopami wyczuwam dziwne drgania i stłumiony zgrzyt. Skrobanie i szelest przypominający poruszane wiatrem martwe, jesienne liście. Czuję, jakby coś próbowało przebić się przez grunt. Nie myliłem się.

W ziemi pojawiają się rozstępy, z których z nagła wygrzebywać zaczynają się setki insektów, tworząc hordę, która rusza w dół ulicy. Podążam za bzyczącą chmarą, mijając co jakiś czas milczących, niewyraźnych osobników.

Oto dotarłem na grzeszne ziemie. Słonawa woń spermy wypełnia mi nozdrza, pozostawiając swój ślad na dłużej. Ulice na ogół zatłoczone naprężonymi członkami okolicznego plebsu, uganiającymi się za kurwiszonami, teraz zieją pustkami. Pochowali się do swoich nor.

Po jakimś czasie rój skręca w szeroką lukę między budynkami. Owady rozchodzą się na moment, wspinając się po ścianach, zgrzytając połyskliwymi, chitynowymi pancerzami, by po chwili wrócić w szeregi i wyjść na niewielkie podwórko. Na jego przeciwległym krańcu dostrzegam postać. Owady w momencie zlatują się w jej stronę i co do jednego wpełzają pod kiecę. Siedzi niewzruszona, jak gdyby nie zdawała sobie z tego sprawy.

Bezszelest. Dźwięk setek skrzydeł ucicha na dobre. Przystaję w cieniu. Istota siedzi na progu budynku z papierosem w jednej ręce i butlą jakiegoś trunku w drugiej. Podchodzę bliżej, a światło lampy żarzącej się nad drzwiami rozświetla me oblicze. Zwraca ku mnie paskudną, nalaną twarz, mrużąc świńskie oczka i warczy:

– Czego tutaj szukasz, psie? Niewystarczająco mnie jeszcze wymaglowaliście? – wychrypuje. 

Krztusi się własnymi plwocinami, wypluwając gęstą flegmę. Odkłada butelkę na bok, a kiepem ciska o ziemię. Podwija zsunięte pończochy. Pulchnymi łapami poprawia obwisły biust, którego nie jest w stanie poskromić nawet ciasno związany gorset i odwraca się w stronę drzwi wiodących do budynku. Pędzę za nią. Nie może mi się wymknąć. Doskakuję do niej, pochwytuję za szyjkę pozostawionej na progu butelki i roztrzaskuję ją o ścianę. W powietrzu rozchodzi się ostry zapach alkoholu. Łapię bladź mocno za przetłuszczone włosy i szarpię, by unieść spasłą głowę. Szybkim ruchem rozcinam jej szyję roztrzaskaną flaszką. Nie zdąża nawet zakwiczeć. Pada na ziemię jak kłoda. Dławiąc się własną juchą, łapie za szerokie, nieregularne rozcięcie w szyi. Wijąc się w spazmach, wytrzeszcza przerażone ślepia. Odsuwam się na bezpieczną odległość, by nie poplamiła mnie tryskająca krew. Rzucam rozbitą butlą w kąt i wpatruję się w mętne, gasnące z każdą chwilą oczy wstrętnej stręczycielki.

 

Leon

 

Otworzyłem oczy i ze zdumieniem zdałem sobie sprawę, że ból, który towarzyszył mi każdego ranka, był minimalny, a ja przespałem całą noc. Zaskoczony usiadłem gwałtownie na brzegu łóżka. Wyciągnąłem rękę po szklankę wody, na powierzchni której unosiły się cząsteczki kurzu i jednym haustem wypiłem zawartość. Obudziłem się przepocony. Zdjąłem mokrą koszulę, rzucając ją pod drzwi łazienki. Odgarnąłem z twarzy wilgotne włosy i przygładziłem niepokorną brodę. Wiedziałem, że śniłem sen, ale nie byłem w stanie przypomnieć sobie jego treści. Jedno mogę stwierdzić – nie należał do przyjemnych. Schodząc do kuchni, powitałem Isolde:

– Dzień dobry, pani Elys. – Uśmiechnąłem się nieznacznie.

– Dzień dobry, panie Darko. Jest pan dzisiaj nad wyraz pogodny. Nie, żeby było w tym coś złego. – Uśmiechnęła się serdecznie. – Czyżby lekarstwo zadziałało? – zapytała wyraźnie zaciekawiona i rozradowana.

– Tak, zdaje się, że pomaga. Ból był niewielki i spałem jak nigdy wcześniej.

– To doprawdy cudowna wiadomość.

Podeszła do mnie i ułożyła dłoń na moim policzku.

– Wyczyściłam płaszcz, mój drogi. Musiał się pan gdzieś wybrudzić. Próbowałam pozbyć się też tego uciążliwego, tytoniowego zapachu, ale mi się nie udało. Za dużo pan pali. – Pokręciła głową z lekkim wyrzutem.

Wzruszyłem ramionami. Pewnie otarłem się gdzieś o ścianę.

– Jestem pani bardzo wdzięczny. – Złapałem za kawałek żółtego sera i wziłąłem solidny łyk ciepłej kawy. – Muszę już iść do pracy. Proszę mi wybaczyć, ale znów zostawiłem w pokoju rozgardiasz. Niech pani niczego nie rusza! Jak tylko wrócę, posprzątam!

– Dobrze, dobrze mój drogi.

 

***

 

W siedzibie straży wrzało. Od razu wiedziałem, że spokoju dziś nie będzie. Udałem się do gabinetu. Ledwo usiadłem za biurkiem, gdy na korytarzu rozległy się pospieszne kroki. Po chwili drzwi trzasnęły z głośnym hukiem, ukazując mojego zastępcę. Narwanego młodzieńca Aadana Aragę.

– Inspektorze! Dotarł pan… Proszę. – Zbliżył się do mnie zadyszany, wręczając mi notkę.

– Co się dzieje, Araga? Co to za zamieszanie? – zapytałem, otwierając liścik.

– Wiem tylko tyle, że w szkarłatnej dzielnicy znaleziono zwłoki. Nie wiem nic ponadto. Kazano mi doręczyć panu wiadomość od kapitana Sheza z Palluc.

Wczytałem się w notatkę.

– To Lysandre Sygvina. „Dobrotliwa” Lysy nie żyje.

Złożyłem list i schowałem do kieszeni spodni. Wyjąłem z szuflady broń i wyjrzałem przez okno. Nie dostrzegłem żadnej wolnej kolasy.

– Niespełna dzień temu ją przesłuchiwaliśmy – rzekł zastępca.

– Araga znajdź wolny powóz. Musimy natychmiast ruszać do Palluc!

 

***

 

Powóz pospiesznie lawirował po brukowanych uliczkach, wpadając w każdą możliwą dziurę. Po mniej więcej trzydziestu minutach dotarliśmy na miejsce. Ulica prowadząca do Więzów Nocy była zapchana ludźmi. Ciekawska gawiedź rozlała się na całą szerokość drogi. Woźnica wrzeszczał i co chwilę smagał w ludzi knutem, by usunęli się z drogi. Utknęliśmy.

– Nie czas na zwłokę – rzekłem rozdrażniony do Aadana i wysiadłem z dorożki.

Uderzyłem przy okazji jednego z widzów drzwiczkami. Zmierzył mnie wzrokiem wyraźnie rozeźlony, lecz gdy dostrzegł odznakę, ograniczył się wyłącznie do pełnego nienawiści spojrzenia. Parłem przed siebie. Mój zastępca kroczył tuż za mną i wspólnie przeciskaliśmy się przez rozwrzeszczaną tłuszczę, aż w końcu udało nam się przez nią przebić i dotrzeć do pozostałych strażników pilnujących wejścia do burdelu. Na schodach wiodących do drzwi wejściowych zauważyłem kapitana straży.

– Shez! Otrzymałem pańską wiadomość. – Przywitałem się, ściskając go za grubą dłoń.

– Darko. Dobrze cię widzieć. Sprawa cuchnie jak cała okolica. – Zaprosił nas, abyśmy skierowali się ku drzwiom wiodących do Więzów Nocy.

Przystanął na chwilę, łapiąc mnie za ramię, zmuszając, bym również się zatrzymał. Zwrócił w moją stronę siną od zarostu twarz i rzekł:

– Podejrzewam, że gdyby poszło o zwykłą dziwkę, zamieszanie nie byłoby tak duże. Sygvina była znana we wszystkich szemranych kręgach nie tylko w Palluc, ale również w całym Kormorianie. Miała wielu wrogów, czego nie da się ukryć, ale jej kontakty sięgały też wyżej.

Ściągnąłem brwi.

– Prowadziliśmy dochodzenie w sprawie jej burdelu. Ponoć niejednokrotnie widywano tam nieletnich. Przesłuchiwaliśmy ją niespełna dzień temu. Sprawa utknęła niestety w martwym punkcie. – Shez przysłuchiwał się uważnie. – Podczas przesłuchania Sygvina oburzona oskarżeniami narobiła strasznego rabanu. Opluła mnie prosto w twarz i omal nie pobiła jednego z przesłuchujących ją strażników.

– To mnie akurat nie dziwi. Straszna z niej była cholera. Chodzą słuchy, że jej układy sięgają świątyni Ylo.

Ścisnęło mnie. Z trudem przełknąłem ślinę.

– Wie pan coś więcej na ten temat? – zapytałem, ściszając nieco głos.

Łypnąłem na boki, sprawdzając, czy ktoś nie podsłuchuje naszej rozmowy.

– Te pogłoski… Coś w tym może być. Gdzieniegdzie mówi się o znikających sierotach.

Spojrzałem w dół.

– Zostawmy to na ten moment. – Shez pokiwał głową.

Przekroczyliśmy szeroki próg domu publicznego i weszliśmy do dużego przedsionka, z którego wiodły trzy odgałęzienia. Jedno prowadziło w lewo, drugie na wyższe piętra, a trzecie znajdowało się na wprost drzwi wejściowych i to w jego stronę nakierował nas starszy funkcjonariusz. Szliśmy długim korytarzem, którego wysokie ściany pokryte były szkarłatnymi, łuszczącymi się tapetami, gdzieniegdzie rozświetlone przez lampy naftowe. Podłoga wyłożona ciemnym drewnem skrzypiała pod każdym krokiem. W powietrzu dało się wyczuć nieznośny zapach tanich pachnideł oraz wstrętną woń niedomytej pochwy.

Po drodze mijaliśmy pokoje pełne zdruzgotanych, przerażonych kobiet i młodych mężczyzn, których przesłuchiwali funkcjonariusze z Palluc. Zapatrzony w mizerne, roztrzęsione istoty, niechcący wpadłem na drobną kobietę wychodzącą z pustego pokoju z miotłą. Przeprosiłem za potrącenie i popędziłem dalej. Na końcu korytarza dostrzegłem potężnego strażnika pilnującego, jak się domyślałem, drzwi prowadzących na podwórze, gdzie znaleziono ciało Sygviny.

– Viano! – zawołał tubalnym głosem Amory Shez.

– Kapitanie! – odpowiedział rosły strażnik, wyprężając pierś.

– Jakieś incydenty?

– Żadnych, kapitanie. Wszystko pod kontrolą.

– Dobrze. Zadbaj o to, aby nikt nie przeszkadzał mi i funkcjonariuszom z Komendantury Głównej!

To powiedziawszy, otworzył drzwi.

Wyszliśmy na niewielkie podwórze. Kapitan straży z Palluc zszedł energicznym krokiem po schodach i przeszedł przez plac. Nieopodal zwłok krążył kolejny, wyraźnie podenerwowany strażnik. Na widok kapitana przystanął, czekając na rozkazy.

– Młody, wracaj do środka. – Shez machnął ręką w stronę drzwi.

– Tak jest, kapitanie – odpowiedział młodzieniec głosem pełnym ulgi i szybko popędził w naszą stronę.

Przepuściłem go w drzwiach i stanąwszy wraz z moim zastępcą na najwyższym stopniu schodów, przyglądaliśmy się uważnie miejscu zbrodni.

Ciało ofiary spoczywało w kałuży błota i krwi. Blade niczym wyrzucone przez morze truchło. Zdaje się, że leżało w tej samej pozycji, w której zostało porzucone. Wokół nie było żadnych odcisków, nie licząc świeżo wydeptanych wgłębień po ciężkich buciorach żółtodzioba ze straży miejskiej. Widać poranny deszcz zmył wszelkie możliwe ślady.

Schodząc stopień niżej, przeczesywałem najbliższą okolicę. Wbiłem oczy w błyszczące odłamki przy ścianie.

– Rozbita butelka – powiedziałem odruchowo.

Araga i Shez w jednym momencie spojrzeli na mnie. Aadan przekrzywił z zaciekawieniem głowę, a brew Sheza poszybowała w górę. Odkaszlnął i zapytał:

– Co z nią?

– Ktoś rozpruł jej gardło tym szkłem.

– Na jakiej podstawie pan to stwierdził? – zapytał sceptycznie, zakładając ręce na piersiach.

– Przeczucie.

Połyskująca butelka leżała przy ścianie.

– Co widzisz Araga?

Aadan wziął głęboki wdech, następnie wypuścił z siebie powoli powietrze.

– Wygląda na to, że ofiara zginęła w nocy. Krew już ściemniała, a deszcz zrobił swoje. 

Zbliżył się ostrożnie do zwłok, przyglądając się im badawczo z każdej strony.

– Rana jest głęboka i nierówna. Wygląda, jakby zadano ją roztrzaskanym szkłem. 

Zerknął w moją stronę, po czym przeniósł wzrok ku ścianie. 

– Jeśli ma pan rację, odłamki powinny leżeć gdzieś w pobliżu.

Przeczesywał spojrzeniem podwórze, aż zatrzymał się na zmizerniałym kasztanowcu.

– Tam! Przy murze.

Nie odpowiedziałem od razu.

Zszedłem na dół, by przyjrzeć się zwłokom. Przykucnąłem, podwijając płaszcz i przyjrzałem się twarzy „Dobrotliwej” Lysy. Nagle poczułem, jakby niewidzialna obręcz ścisnęła mi skronie. Jedną ręką złapałem się za głowę, a druga wylądowała w błocie. Oczy mimowolnie zwróciły się w stronę zamordowanej i w tym samym momencie ujrzałem serię niewyraźnych obrazów. Zamglonym scenom towarzyszył wizg rozrywający wnętrze czaszki.

Przebłyski trwały krótką chwilę. Kłujący ból minął tak szybko, jak się pojawił. Araga podbiegł do mnie zaniepokojony. Złapał mnie pod łokieć i pomógł podnieść się z błota, mówiąc:

– Inspektorze, nic panu nie jest?

– Darko, co z tobą? – zapytał Shez, stojąc nieruchomo i wpatrując się we mnie ze strachem.

Otarłem ubłoconą dłoń o poły płaszcza. Obrazy wciąż tam były. Niewyraźne.

– Wszystko w porządku – urwałem. – Już dobrze.

Aadan spoglądał na mnie, ściągając gęste brwi, które połączyły się w jedną krzaczastą linię. Czułem jego przenikliwy wzrok niczym ból w krzyżu. Ogarnął mnie niepokój.

– Araga – przerwałem na chwilę. 

W głowie wciąż coś majaczyło. Jakby powidok po spojrzeniu w słońce. Zmusiłem się do skupienia. 

– Dopilnuj, by miejsce zdarzenia zostało nienaruszone. Zbierz wszystko co może mieć znaczenie, a potem czym prędzej wezwij doktora Ramalo, niech zajmie się ciałem i przeprowadzi oględziny. Zaznacz, że to sprawa niecierpiąca zwłoki. Zbierz informatorów. Wydaje mi się, że na dole widziałem Khakhu. Zacznij od niej. Jest tutaj wystarczająco długo. Może coś wie.

Zwróciłem się w stronę kapitana straży i gestem poprosiłem, aby szedł ze mną.

– Kapitanie Shez, czy pańscy ludzie przesłuchali już świadków?

– Z tego, co wiem, takowych nie było, ale strażnicy od rana przesłuchują ulicznice i innych pracowników tego przybytku.

– Doskonale. Proszę o dostarczenie zeznań do mojego biura. Im szybciej, tym lepiej, a teraz czy mógłby pan zaprowadzić mnie do pokoju ofiary?

– W tej chwili!

 

***

 

Gabinet zamordowanej znajdował się na piętrze. Drzwi były nieznacznie uchylone. W środku panował półmrok. Światło dnia ledwo przebijało się przez grube, zakurzone zasłony. Zapach tytoniu wsiąkł we wszystko, w co tylko mógł. 

Któryś ze strażników musiał już przetrząsnąć gabinet, zostawiając po sobie koszmarny bałagan. Pozbierałem z podłogi porozrzucane papiery, pobieżnie je przeglądając. Nie wynikało z nich nic użytecznego. Odłożyłem je na biurko zawalone innymi papierami, niedopałkami papierosów i resztkami jedzenia. Odsunąłem zniszczony, skórzany fotel, by mieć łatwiejszy dostęp do szuflad, które zacząłem skrupulatnie przeczesywać. Poza płaskimi flaszkami z alkoholem i paczką zapałek nie znalazłem w nim nic, co mogłoby się przydać.

Pozamykałem szuflady. Rzeźbiona szafa była pootwierana. Ubrania Sygviny w chaotyczny sposób walały się wszędzie wokół. Ostrożnie lawirowałem pomiędzy pożółkłą, koronkową bielizną i służbowymi strojami. Zacząłem przeszukiwać półkę za półką, wieszak po wieszaku. Bez skutku.

Dopiero gdy przyklęknąłem, zauważyłem, że dno szafy w środkowym segmencie jest nieco wyżej niż w lewym i prawym skrzydle. Wyrzuciłem z niej ostatnie pary butów i uderzyłem pięścią w drewniane dno. Głucho. Sunąc dłonią po powierzchni, wciskałem opuszki palców w każdy kąt, aż natrafiłem na niewielki otwór. Podniosłem się raptownie, by znaleźć coś, co ułatwi mi podważenie drewnianej płyty. Czułem, jak krew zaczyna szybciej wędrować mi przez ciało. Deserowy widelczyk. Wcisnąłem trzonek w otwór i podważyłem. 

Teczki.

W jednej z nich znajdowały się listy aktualnych klientów burdelu. Wysoko postawionych urzędników, niektórych funkcjonariuszy komendantury. Tego akurat mogłem się spodziewać. Odłożyłem. Sięgnąłem głębiej.

Drugi plik papierów był inny. Wczytałem się w jeden z nich i znieruchomiałem. Zrobiło mi się niedobrze. Daty. Inicjały. Krótkie adnotacje: „Przekazano”, „Zatwierdzono”, „Odpowiedni”.

Dzieci.

Przewracałem strony w spowolnionym tempie. Niektóre strony były powyrywane. Palce zdrętwiały mi na krawędziach kartek, a tępy ucisk ścisnął mi uszy. Sięgnąłem po ostatnią teczkę. Cieńszą, starszą sądząc po kurzu i wyblakłym sznurku.

Rozwiązałem go.

Nazwiska. Kolumna za kolumną. Przesuwałem wzrokiem – szybko, jakby coś chciało mnie powstrzymać przed czytaniem uważnie.

Znieruchomiałem.

Cofnąłem.

– „Leon Darko”.

Byłem na liście. Nie jako sierota, ale jako towar. Ktoś mnie wycenił.

Oparłem dłoń o krawędź szafy, łapiąc powietrze. Oddychałem płytko, jakbym nagle zapomniał, jak nabiera się powietrza. Przed oczami ciągle widziałem swoje nazwisko na liście.

Z głębi pamięci wypłynął zapach wilgoci i zupy mlecznej. Ciarki rozległy się po moim ciele nagłymi falami. 

Złapałem dokumenty pod pachę i opuściłem gabinet. Zbiegając ze schodów potrąciłem sprzątaczkę.

– Przepraszam – wybąknąłem do niej, odwracając się na chwilę. Spojrzała najpierw na mnie, potem na ściskane pod pachą dokumenty. Zamarła. Przez chwilę miałem wrażenie, że chce coś powiedzieć. Nie zatrzymałem się.

– Araga! – zawołałem.

Stałem w rozległym przedsionku, rozglądając się za Aadanem. Wybiegł z jednego z pokoi.

– Inspektorze? Coś się stało?

– Wracamy do komendantury. Zebrałeś zeznania?

– Tak. Wprawdzie ludzie Sheza przesłuchali już wszystkich, ale rozmawiałem z Khakhu. Niestety niewiele się dowiedziałem.

– Rozumiem. Nic na to nie poradzimy. Na dzisiaj wystarczy.

– Tak jest.

 

***

 

Po powrocie wykończony długą i irytującą jazdą powozem, poprosiłem, aby nikt mi nie przeszkadzał. Zamknąłem drzwi gabinetu i usiadłem za biurkiem, rozkładając na nim teczki. Podrygiwałem nerwowo nogą. Zapaliłem papierosa i zacząłem przeglądać znalezione dokumenty. 

Dziwne obrazy nie chciały odpuścić. Zgasiłem myśl razem z papierosem. 

Po pobieżnym przejrzeniu dwóch teczek wyszedłem na tyły komendantury do pokoju służby pomocniczej, aby przygotować sobie kawę.

Po powrocie do gabinetu czułem, jak opuszczają mnie siły. Głowa pulsowała, a nogi uginały się pode mną coraz bardziej. Upiłem łyk gorącej, gorzkiej kawy, odstawiłem kubek i sięgnąłem po kolejnego papierosa. Znużone powieki upominały się natarczywie o zamknięcie. Wziąłem kilka głębokich oddechów, po czym skręciłem głowę na boki, aby pozbyć się uciążliwego uczucia. Strzeliła cicho. Napięcie opadło. 

Otrząsnąwszy się z łagodnego otępienia, ponownie zasiadłem do papierów, przygotowując się do sporządzania notatek. Otworzyłem czysty arkusz i zacząłem zapisywać. Daty. Kwoty. Inicjały. Dokumenty przypominały spis żywego inwentarza. Imiona. Nazwiska. Suche charakterystyki – wzrost, kolor włosów, znaki szczególne, stan zdrowia. 

Przy każdym zestawieniu pojawiały się dane odbiorcy. Nie było ich dużo. Poza pojawiającymi się pojedynczymi nazwiskami jedno występowało niezwykle często – A. Harven. Kapłan świątyni Ylo… Shez miał rację.

Ręce drżały. Wilgotnymi palcami złapałem za kubek i dopiłem resztkę zimnej kawy. Przełknąłem z trudem, czując, jak fusy rozłażą mi się po ustach. Skrzywiłem się mimowolnie. Językiem zgarniałem z zębów rozmokłe drobinki. Z kieszeni wyjąłem chusteczkę, wytarłem usta i wyplułem pozostałości.

Spojrzałem na zegarek. Lada chwila miał wybić trzecią godzinę po południu. Nie zastanawiając się długo, zerwałem się, zbierając dowody oraz swoje notatki i popędziłem w stronę drzwi. W tym samym momencie usłyszałem pukanie i wszedł mój zastępca.

– Proszę wybaczyć, że przeszkadzam, ale otrzymałem właśnie zeznania strażników z Palluc.

– W porządku. Zeznania dotarły… doskonale. Przejrzyj je i sporządź szczegółowy raport. Zanotuj nazwiska, powiązania oraz wszystko, co uznasz za istotne. Wiesz co należy robić. Tymczasem, muszę spotkać się z komendantem. 

 

***

 

Zapukałem natarczywie do drzwi komendanta.

– Proszę. – Usłyszałem, przytłumiony, zniechęcony głos.

Wszedłem pośpiesznie, uderzając w klamkę z impetem.

– Komendancie Crowell! Sprawa dotyczy przybytku Więzy Nocy, w którym doszło do morderstwa.

– Darko, doskonale wiem, co dzieje się w mieście. Nie musisz mi tłumaczyć, kto zginął w którym burdelu – odparł, zapadnięty w fotelu.

– Komendancie, sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, niż się panu wydaje. Sygvina maczała palce w handlu dziećmi. Mam tutaj dowody na udział w przemycie dzieci z sierocińca. Nazwiska z tych list sięgają bardzo wysoko, proszę spojrzeć. – Stanąłem przy nim i zacząłem pokazywać mu notatki oraz znalezione u „Dobrotliwej” Lysy teczki.

Crowell wziął jedną z teczek. Wodził wzrokiem po nazwiskach.

– Harven… – wymamrotał, jakby do siebie.

Przez moment miałem wrażenie, że się kurczy.

Spojrzał na drzwi. Przez chwilę siedział nieruchomo, jakby nasłuchiwał. Po czym cisnął teczki na biurko, zamykając je z impetem. Zdjął okulary, osuszył wilgotne czoło i podniósł głos:

– To jeszcze niczego nie dowodzi.

– Komendancie, mamy tutaj dowody – rzekłem, wskazując na teczki.

– Masz coś innego poza kilkoma dokumentami? Wiesz kim są ci ludzie? Zdajesz sobie sprawę, co będzie, jeśli zaczniemy wypytywać? Jeśli każemy im się tu stawić? Nie masz pojęcia, kim są i jakie mają wpływy w Kormorianie. 

– Nie możemy tego tak zostawić. 

Crowell parsknął nerwowym śmiechem i odwrócił się w stronę okna.

– Tylko dlatego jeszcze żyję.

Cisza. 

Deszcz obijał się nierytmicznie o parapet, a gdzieś od strony morza dobiegał dźwięk syreny portowej.

– Myślisz, że jesteś pierwszy? – warknął. – Wydaje ci się, że nikt wcześniej nie próbował dobrać się tym ludziom do skóry?

Odwrócił się w moją stronę.

– Widziałem już śledczych, którzy rozpływali się w tym mieście bez śladu. Inspektorów odnajdywanych w dokach. Strażników błagających o życie ludzi, których wcześniej chcieli osądzać.

Przesunął dłonią po twarzy, zatrzymując ją na szyi.

– A ty przychodzisz do mnie z kilkoma papierami i oczekujesz, że ruszymy przeciwko nim?

– Naczelniku Crowell, ja…

– Dość! – niemal krzyknął. – Spalisz te dokumenty. 

W tym samym momencie rozległo się nerwowe pukanie. Crowell zaklął pod nosem. Do środka zajrzał nieśmiało Aadan Araga.

– Komendancie, przepraszam, że przeszkadzam. Jakaś kobieta nalega na rozmowę z inspektorem Darko. Twierdzi, że chodzi o Więzy Nocy.

– Nie teraz! – Crowell warknął natychmiast.

Araga odpowiedział krótkim skinieniem i zamknął drzwi. Przez chwilę mogłem jeszcze dostrzec sylwetkę sprzątaczki stojącej na korytarzu. Nerwowo ściskała mokrą chustę w dłoniach.

Komendant wyjrzał na mnie spode łba i wrócił do urwanego tematu.

– Oficjalnie Lysandre Sygvina została zamordowana przez jednego ze swoich klientów. Rabunek, sprzeczka. Zamkniemy sprawę.

– To dzieci, komendancie.

Crowell milczał przez chwilę. Potem spojrzał na mnie jak człowiek, który dawno przestał wierzyć, że cokolwiek można zmienić. 

– To Kormorian.

Nie odpowiedziałem. Wyszedłem, zanim zauważył gniew i niechęć malującą się na mojej twarzy. Drzwi trzasnęły za mną z hukiem.

 

***

 

Araga czekał na mnie nieopodal gabinetu komendanta. Widząc, że wychodzę, doskoczył do mnie pośpiesznie.

– Ta kobieta z burdelu… była dziwna.

– O czym mówisz?

– Pytała o pana. Trzęsła się jak osika. Co chwila odwracała się za siebie. Jak dowiedziała się, że jest pan zajęty, natychmiast wyszła. – Araga spochmurniał. – Wyglądała na przestraszoną.

Patrzyłem gdzieś poza jego ramieniem. Twarz sprzątaczki wróciła. Ta sekunda zanim odwróciłem wzrok. Powinienem był się zatrzymać. 

– Dziękuję Araga. 

 

***

 

Deszcz przybrał na sile. Przemoczony do suchej nitki wracałem do domu. Brukowane ulice Kormorianu lśniły od wilgoci, odbijając w kałużach rozedrgane światła latarni. Po drodze minąłem skulonych z zimna pijaków, proszących o kilka groszy i matkę ciągnącą za rękę bose dziecko. Nie zareagowałem. Ściskając skostniałe dłonie, parłem naprzód, powtarzając w myślach słowa komendanta: „To Kormorian”.

Do domu dotarłem późnym wieczorem. Zamknąłem za sobą drzwi i oparłem o nie czoło, próbując uspokoić oddech. Nie wiedziałem, czy dłonie drżały mi z zimna, czy ze złości. 

Isolde spała. Starając się nie robić hałasu, wspiąłem się na piętro. W pokoju zrzuciłem z siebie przemoczony płaszcz, kopnąłem buty w kąt i odpaliłem papierosa. Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w stopy, nie wiedząc, co dalej robić. Miałem mętlik w głowie. Jedyna osoba, która mogła coś zrobić w tej sprawie, kazała mi ją pogrzebać. Wraz z kolejną falą gniewu pojawił się mój wierny towarzysz – ból. Na biurku stał kubek z talerzykiem i kawałkiem domowego ciasta. Obok leżała karteczka z napisem: „Wypij, zanim znów zaśniesz przy bólu”. Zrobiło mi się cieplej. 

Usiadłem na łóżku. Na nic nie miałem sił. Przykryłem się skrawkiem koca. Oddech wracał do normy. Zmęczenie powoli wyciągało mnie z bagna myśli. 

 

***

 

Koszmarna noc. Nie wiedziałem, kiedy zasnąłem. Podniosłem się z łóżka i wiedziałem już, że jest późno. 

– Psia krew! – wymamrotałem pod nosem.

Wstałem żwawo i aż zakręciło mi się w głowie. W uszach usłyszałem pisk i dudnienie. Nie zwróciłem na to szczególnej uwagi. Zebrałem się na prędce i wyszedłem z pokoju. Zbiegając po dwa stopnie, pospieszyłem w kierunku wyjścia.

– Dzień dobry, inspektorze. Nie chciałam pana rano budzić. Wiem, że wrócił pan późno.

– Dzień dobry. Tak, nic się nie stało. Muszę już iść. 

– Przygotowałam śniadanie i gorącą herbatę.

– Bardzo dziękuję, ale nie mam na to czasu. Przepraszam.

Wyszedłem.

Przynajmniej ten uciążliwy deszcz przestał padać. Wilgotny od wczoraj płaszcz pachniał nieprzyjemnie stęchlizną.

Zgrzany dotarłem do komendy. Przeciskając się przez tłum strażników zajmujących prawie cały westybul, usłyszałem rozmowę kilku z nich:

– Słyszałeś o kolejnych zwłokach przy Czarnym Kanale?

– Taaak. Kolejna topielica. Miasto już nawet nie liczy.

– Wiadomo kto to?

– Wiem tylko, że to jakaś kobieta. Zastępca komendanta wysłał tam Brackena i Aragę.

– Tego paniczyka z notatnikiem?

Odchrząknąłem głośno za ich plecami.

– Funkcjonariuszu Darko! – zmieszany strażnik skinął głową, zdejmując służbowy hełm.

– Hale! – odpowiedziałem, patrząc na niego dłuższą chwilę, po czym zwróciłem się w stronę schodów.

Wszedłem do gabinetu, gdzie czekał już na mnie mój zastępca.

– Inspektorze… pozwoliłem sobie wejść, bo myślałem, że jest pan już w pracy. Jestem tutaj dosłownie chwilę. – tłumaczył się.

– W porządku, Araga. Z czym przychodzisz? – Usiadłem ociężale za biurkiem, łapiąc się za głowę.

– Nie wiem, czy pan już słyszał o ciele wyłowionym w kanale?

– Tak, obiło mi się o uszy, że znaleziono martwą kobietę. Hale bardzo dużo mówi.

– Byłem tam. To nie była pierwsza lepsza kobieta. To sprzątaczka z Więzów Nocy.

Podniosłem na niego głowę zszokowany. Sięgnąłem po papierosa, drugiego oferując Aadanowi. Odmówił.

Sprzątaczka. Była na korytarzu. Twarz, która chciała coś powiedzieć. Ręce ściskające mokrą chustę.

Nie zatrzymałem się. 

Przez noc zdążyła trafić do kanału.

Myśląc intensywnie, poczułem ciężar opadający mi na żołądku. Teczki! Zerwałem się w momencie i podszedłem do szafki, w której trzymałem najważniejsze dokumenty. Nerwowo szukałem klucza. Przeszukiwałem kieszeń za kieszenią, klnąc pod nosem. W końcu znalazłem klucz. Otworzyłem szafkę. Odetchnąłem. Wszystko było na miejscu. Zgasiłem papierosa i udałem się w kierunku drzwi.

– Komendant jest u siebie?

– Nie widziałem go jeszcze dzisiaj.

Wyszliśmy z gabinetu.

– Przynieś mi zeznania świadków z Palluc. Nie zostawiaj ich nigdzie, przekaż je tylko mnie. Zrozumiano?

– Tak, oczywiście – odparł Araga.

Poszedłem do biura Crowella. Zapukałem kilkukrotnie. Chciałem wejść, ale drzwi były zamknięte. Usłyszałem znaczące chrząknięcie w otwartym pokoju obok.

– Kogoś pan szuka, inspektorze? – zapytała kancelistka.

– A kogóż miałbym tutaj szukać? – odparłem rozdrażniony.

– Komendant Crowell jeszcze nie pojawił się na służbie – odpowiedziała opryskliwie, jedząc przy tym migdałowe sucharki, których resztki lądowały na jej żakiecie. Nie odpowiedziałem.

Wracając do biura, natrafiłem na Aragę. Zaprosiłem go do środka. Na biurko położył pokaźny stos papierów. Zerknął za siebie, po czym wysunął spod stosu relacje świadków z burdelu.

 

***

 

Rozłożyłem papiery na blacie biurka. Zapaliłem papierosa, po czym zacząłem czytać. Im dalej brnąłem w zeznania, tym bardziej coś przestawało mi się zgadzać. Większość twierdziła że ostatni raz widziała Sygvinę późnym wieczorem. „Wyglądała na pijaną." „Pokłóciła się z klientem." „Wyszła sama na tyły." Słowa inne. Znaczenie to samo. Nikt nie pamiętał twarzy klienta. Nikt.

Strzepnąłem popiół do przepełnionej popielnicy i złapałem za ołówek. Rozpocząłem przeglądanie zeznań raz jeszcze. Przeskakiwałem pomiędzy kolejnymi stronami, zaznaczając powtarzające się słowa i kreśląc uwagi na marginesach: „Powtarzające się słowa”, „Nie pamięta twarzy”.

Następne w kolejce było zeznanie Khakhu. Liczyłem, że okaże się przydatne, niestety z jej słów wynikało, że przesiedziała cały wieczór i noc zamknięta w swoim pokoju.

Jeden ze strażników zanotował tylko dwa słowa: „Wspólna wersja”.

Zacisnąłem szczękę. Ktoś ich przygotował. Odłożyłem ostatnie kartki na biurko i opadłem na oparcie krzesła. Za oczami czułem piekący ból.

To wszystko zaczynało coraz bardziej śmierdzieć. Powstałem, zebrałem wszystkie notatki, zeznania i inne ważne dokumenty, po czym zamknąłem je w szafce. Dopiero wtedy opuściłem gabinet.

 

***

 

Złapałem za klamkę domu i pchnąłem drzwi, czując coraz większe zmęczenie, a jednocześnie wytchnienie. Za chwilę miałem znaleźć się w ciepłym, bezpiecznym miejscu.

Zdjąłem przemoczony płaszcz, słysząc z kuchni panią Isolde. 

– To pan, panie Darko?

– Tak.

Wszedłem do kuchni.

– Dobry wieczór, pani Elys.

Pani Isolde wpatrywała się we mnie dłuższą chwilę.

– Długo pana nie było, ale zdążył pan na kolację. Przygotowałam pieczonego pstrąga w maślanym sosie… Źle pan wygląda, panie Leonie – odpowiedziała z troską.

– Miewałem gorsze dni.

– W to akurat wierzę. – Pokiwała głową, wzdychając.

Zaczęła wykładać przyrządzone danie.

– Proszę zjeść. Dobrze panu zrobi ciepły posiłek.

– Zdecydowanie. Dziękuję.

Na mojej twarzy pojawił się cień uśmiechu.

Pani Isolde zajęła miejsce naprzeciw mnie, patrząc jak jem, jakby bała się, że będę próbował oszukiwać i nie jeść. Ciszę w kuchni przerywał jedynie odgłos sztućców i tykanie ściennego zegara.

– Znów pana boli głowa?! – powiedziała, wstając. – Zaraz zagotuję wodę na napar.

To powiedziawszy ściągnęła z rygla miedziany czajnik, wlała do niego wodę i postawiła na piecu. W międzyczasie wyjęła saszetkę z lekarstwem i przesypała łyżeczkę do kubka.

Najedzony ciepłym pstrągiem, wstałem od stołu, zabierając ze sobą talerz i zmierzając w kierunku zlewu.

– Zostaw to, mój drogi. – Widząc mnie z talerzem, podeszła i niemal mi go wyrwała z rąk.

– Proszę iść odpocząć. Jak tylko napar się zrobi, przyniosę go do pokoju.

– W porządku. Raz jeszcze dziękuję.

– Tylko pomagać umie, a ledwo na nogach stoi – mruknęła pod nosem.

 

***

 

Ciepła kąpiel przyniosła pewną ulgę. Rozgrzana woda rozluźniła w pewnym stopniu zesztywniałe mięśnie. W czasie, gdy brałem kąpiel, pani Isolde przyniosła zaparzone zioła.

Ubrałem koszulę nocną i przysiadłem na skraju łóżka. Chwyciłem kubek. Pozwoliłem, aby skroplona para spłynęła z nakrywki i zacząłem sączyć wywar. Był bardziej gorzki niż ostatnio, może dlatego, że dłużej się parzył. Najważniejsze, żeby zrobił swoje. Dopiłem do końca, z trudem przełykając ostatni łyk i położyłem się spać. Nie trwało długo, zanim zacząłem odczuwać ulgę. Jakby ktoś przejmował ode mnie cały ciężar. 

 

Noel

 

Odzyskuję poczucie rzeczywistości. Czuję chłód i delikatną, mdłą słodycz.

Zewsząd oblepia mnie zwilgotniała zawiesina. Gęsta, osiadająca zwarcie na płucach, przytłaczająca. Światła lamp uparcie walczą ze srebrzysto-zieloną mgławicą, chcąc dotrzeć najdalej jak tylko się da, ale skondensowane drobiny jedynie je rozpraszają.

Zwracam się w kierunku kamiennego mostu rozświetlonego seledynową łuną. Lodowaty powiew wiatru szarpie dziko poły płaszcza i uderza mnie w twarz wonią rzeki przypominającą zapach wody pozostawionej po myciu trupa. Poprawiam zmierzwioną przez wiatr grzywkę i ruszam przed siebie.

Masywne, rdzewiejące latarnie pokryte odchodzącą od powierzchni farbą, umiejscowione wzdłuż mostu, okupowane są przez oczarowane światłością ćmy, uderzające raz za razem w brudne, szklane osłony. Niekiedy którejś z nich udaje się znaleźć ubytek w lampionie i niesione zachłannością, stają w płomieniach.

Zbliżam się do pierwszego źródła światła. Małe stado ciem odfruwa, lecąc do kolejnej latarni powiększając przy tym liczebność gromady. Na końcu mostu, nad moją głową wiruje już niemała, skrzydlata chmura, która praktycznie bezdźwięcznie wznosi się, po czym opada lecąc nisko nad powierzchnią ziemi, porywając przy tym nagromadzony na niej syf. Przyspieszam kroku.

Ćmy suną nieustannie przed siebie, poddając się nurtowi miejskiej ulicy. Z nagła skręcają. Wyglądam za róg budynku, przy którym straciłem je z oczu i dostrzegam, że kierują się w stronę strzelistej, ukrytej w cieniu budowli.

Posępne, grube mury z czarnych jak smoła cegieł, skrywają kolejne źródło rozprzestrzeniającej się choroby. W opustoszałej, zaćmionej okolicy nie dostrzegam nikogo. Dochodzą do mnie jedynie przytłumione dźwięki przypominające zawodzenie cmentarnych zjaw.

Zbliżam się do wrót posępnego gmachu, do którego wnętrza próbują wedrzeć się moi skrzydlaci towarzysze.

Na masywnej kołatce przysiadła olbrzymia zmierzchnica.

Sięgam dłonią w stronę klamki. Ćma w momencie wzbija się w powietrze. Łapię za klamkę i uchylam toporne, próchniejące drzwi, by wejść do środka. Głośny zgrzyt i łoskot zawiasów płoszy pozostałe motyle nocy, które niezwłocznie zespalają się w łuskoskrzydły kłąb wydający przytłumiony szelest, by następnie przez wąską szczelinę wtargnąć do środka. Wślizgam się za nimi, zamykając za sobą wrota.

Ponure wnętrze kaplicy wypełnione zapachem kadzideł i zjełczałego oleju odbija echem każdym mój krok, a szum skrzydeł rzeszy ciem przypomina odległy szmer wzburzonych fal. Przez osmalone, zaniedbane witraże, do środka wpada kilka nikłych, strużek księżycowego blasku. Unoszę głowę ku górze. Strop ginie w mroku. Monumentalne, kamienne kolumny z wyrzeźbionymi postaciami pokutników giną w ciemności.

Podążam za owadami, które raptownie przyspieszają, wbijając się jedna za drugą w plecy mężczyzny stojącego przy ołtarzu. Po chwili nie ma po nich śladu.

 Nieznajomy, oświetlony blaskiem świec, obleczony w błyszczące jedwabie, usłyszawszy zbliżające się kroki, odwraca nieznacznie głowę, dając znać, że wie o mojej obecności, po czym mówi z patosem, mlaskając przy tym nieprzyjemnie:

– Świątynia jest teraz zamknięta. Spoczywa w ciszy, przygotowując się na poranne obrzędy. Pierwsze rytuały rozpoczynają się o godzinie siódmej.

Myśląc, że jego słowa do mnie dotarły, wraca do przerwanych czynności. Uszy przenika mi w dalszym ciągu wzbudzający ciarki dźwięk wilgotnego cmokania językiem o podniebienie. Robię kilka szybkich kroków do przodu, łapiąc dziada za szyję, drugą ręką zatykam mu plugawe usta. Przez moment szamoce się, próbując rozluźnić uścisk, lecz nie ma sił. Zastyga. Nieostrożnie wypuszczam z ramion bezwładne ciało, które gruchocze na ziemię.

Spoglądam z góry na naznaczoną zmarszczkami fizys. Czuję na czole kropelki potu. Przecieram je dłonią, wcierając wilgoć we włosy. Pochylam się i zaczynam zrywać z niego obszerne szaty, dzieląc je na kilka części.

Przywiązuję go do jego własnego ołtarza. Jestem zziajany. Unoszę głowę, by chwilę odetchnąć. Na płycie ołtarza widzę potężną księgę oraz dzban wypełniony rytualnym olejem. To jego smrodliwa woń wypełnia przestrzeń.

Podnoszę się i obchodzę kamienny stół. Otwieram księgę i wertuję stronice, błądząc wzrokiem po zapisanych w niej słowach.

– „Modlitwa o zbawienie zaczyna się od ofiary z własnej krwi. Im bardziej bolesna, tym bliżej do odpuszczenia grzechów… Każdy, kto nie odda hołdu Najwyższemu, zostanie ukarany przez potępienie wieczne i wiecznie żywą martwicę”.

Unosząc wysoko brwi wyrywam kilka przypadkowych kartek i zatrzaskuję tomiszcze, wybudzając echo, które rozchodzi się w każdym kierunku.

Biorę ze sobą dzban i wracam do obrzydliwca, którego chwilę wcześniej związałem. Kucam naprzeciw niego, czekając, aż się ocknie. Przekrzywiając głowę, patrzę z niecierpliwością na drgające, pergaminowe powieki. Mój oddech przyspiesza, zagłuszając postękiwanie uśpionego.

Czas płynie, a starzec pozostaje nieprzytomny. Odkładam na moment naczynie 

i wymierzam mu solidny policzek, aby pomóc mu odzyskać przytomność. Pomogło. Patrzy na mnie szeroko otwartymi, pełnymi przerażenia oczami i szepce:

– To ty! Co ty tu… Co to wszystko ma zna… – Nie zdążył dokończyć.

Gniotę trzymane w drugiej ręce pełne bełkotu strony jego świętej księgi. Wciskam je prosto w jego usta, rozrywając mu kąciki warg. Wyje przytłumionym głosem. Łapię go z całych sił za pysk i wlewam do środka sporą ilość oleju, a pozostałą zawartość rozlewam na wątłe ciało. Wije się i wrzeszczy, bryzgając kleistą cieczą dookoła. Podchodzę do wielkiego kandelabru. Wyjmuję jedną z płonących świec i odchodzę, by móc spojrzeć uważnie na uwięzioną marnotę. Patrzy na mnie z bólem i bezsilnością, a ja nie czuję nic. Stoję, wpatrując się w żałosny byt. 

Wystarczy.

– Módl się. Podobno to pomaga.

Zamykam oczy, kołysząc się spokojnie. Jęki i płacz oczekującego na zbawienie kapłana wprawiają mnie w trans. Otwieram oczy i patrzę na niego.

– Ciekawe, czy ktoś cię teraz słyszy.

Krople gorącego wosku kapią mi na rękę. Rzucam świecą w kałużę oleju. W jednej chwili płyn staje w ogniu. Płomienie sycząc rozprzestrzeniają się, pochłaniając zalaną posadzkę. Wrzaski kapłana wypełniają przestrzeń, mieszając się z dźwiękiem palących się tkanin i szybującymi ku górze kłębami czarnego dymu. Jego głos jest coraz słabszy, przytłumiony ogniem, ale wyraźnie pełen bólu.

W powietrzu unosi się gryzący zapach spalenizny. Odwracam się ku drzwiom.

 

***

 

Świdrujący dźwięk rozrywa ciszę. Przenikliwy, wręcz tnący. Łapię się za głowę i padam na progu kaplicy. Gdzieś w głębinach umysłu słyszę krzyki. Znajome, które nikną w oddali. Gęsta mgła zasnuwa mi umysł. Ciemność.

Brakuje mi powietrza, jakbym zbyt długo przebywał pod powierzchnią wody. 

Czuję opór. Jakby ktoś nie chciał mnie na powierzchni. Całą siłą woli odganiam od siebie wewnętrzny konflikt. Po części siebie samego. Leona.

Powierzchnia. Rozrywam ciemną taflę.

Wciągam łapczywie zimne powietrze. Jego chłód mnie wypełnia. Oddycham prawdziwie. Jak nigdy wcześniej. Jakbym przez długi czas wciągał do płuc coś gęstego i obcego.

Wstaję.

Kormorian pozostał ten sam. Brudny, zimny i zniszczony. Bruk mokry od wilgoci. Ciemne ściany pokryte sadzą. Coś się jednak zmieniło. Zielonkawa poświata, która niegdyś zasnuwała każdy kąt, każdą cegłę, każdą twarz – zniknęła. Miasto jest wyraźne. Surowe. Niemalże obce w swej nagiej brzydocie.

Brnę przed siebie.

 

***

 

Szedł nie spiesząc się. Przeszedł Wielki Most na rzece Velmor. Lśniącej, ciemnej i niewzruszonej. Skręcił w stronę Zaułku uśpionego w ciszy.

Po drugiej stronie mostu powietrze zmieniło się. Cięższa woń soli i ryb, znajoma wilgoć zbliżającego się Brunatnego Portu. Przy moście, skulony pod łukiem kamiennej ściany, siedział starzec owinięty w worki. Spał lub był martwy.

Zatrzymał się. Rzucił okiem na biedaka. Zdjął płaszcz. Stary, przesiąknięty smrodem spalenizny, oleju i czegoś, czego nie chciał nazywać i złożył go ostrożnie obok śpiącego. Poszedł dalej bez słowa.

Do domu dotarł przed świtem. Wszedł cicho, nie zapalając lampy. Na schodach poczuł zapach gotowanej wcześniej kolacji i wosk świec. Wspiął się na piętro i położył się spać.

Obudził się wypoczęty.

 

***

 

Przy śniadaniu pani Isolde postawiła przed nim filiżankę herbaty i usiadła po drugiej stronie stołu, obserwując go przez chwilę.

– Jest pan ostatnio inny, panie Darko – powiedziała.

– Mam nadzieję, że w dobrym sensie? – zapytał, podnosząc oczy znad miski owsianki.

Uśmiechnęła się zaskoczona.

– Oczywiście, mój drogi. Wygląda pan na wypoczętego. Bardzo się martwiłam w ostatnich tygodniach. Jeszcze ta sprawa ze świątynią Ylo. Dobrze, że już po wszystkim. – Pokręciła głową z troską na twarzy.

– Czuję się zdecydowanie lepiej. Ostatnie tygodnie dały mi w kość, ale już jest lepiej.

– Zauważyłam, że rzucił pan palenie. Bardzo mnie to cieszy.

– Tak. Ileż można – odparł, przewracając oczami.

– I dobrze – odpowiedziała, składając chusteczkę, żeby zająć czymś ręce. – Dobrze panu z oczu patrzy, panie Leonie.

Nie odpowiedział. Uśmiechnął się subtelnie znad kubka i dopił herbatę.

 

***

 

Crowell wszedł bez pukania. Stanął w progu zerkając na rozłożone papiery i filiżankę na biurku. Zamknął za sobą drzwi i usiadł naprzeciw inspektora Darko.

– Miasto w końcu odetchnęło – westchnął głęboko. – Sprawa z kapłanem i Ylo… Dobrze, że w odpowiednim momencie zamknęliśmy tę sprawę. Niestety mam dla ciebie kolejną.

Crowell rzucił świeżą gazetą na biurko i wyszedł, nie czekając na odpowiedź.

Darko wstał, zabrał gazetę jeszcze odrobinę wilgotną od tuszu i podszedł do okna, patrząc na stado czarnych kormoranów lecących nisko nad zatoką. Spojrzał na pierwszą stronę szmatławca Telegraf Kormoriański. Wczytał się w informacje o zwłokach znalezionych w Północnych Tarasach. Cmoknął kilkukrotnie, kiwając głową.

– Straszne rzeczy – powiedział cicho.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Widzę w Twoim profilu, że działasz na Portalu już od kilku lat, czytałam parę Twoich tekstów, wraz z innymi Czytelnikami zwracałam przy nich uwagę na błędy w zapisie dialogów, lecz – jak widzę tu – są one nadal, np.:

– Mucha? – uniosła brew.

– Szethra! – wąż zwrócił łeb ku Rinie, wydając przy tym serię syków. – Zachowuj się. To nasz gość. Nie bądź wścibski i pilnuj manier. Pan wybaczy inspektorze, jest bardzo ciekawski.

– Tak zrobię. Ile jestem winien? – zacząłem grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu pieniędzy.

– Dziękuję. – zawołałem za nią.

– Tak, oczywiście. – odparł Araga.

– Dzień dobry panie Darko. Jest pan dzisiaj nad wymiar pogodny. Nie, żeby było w tym coś złego – to mówiąc, uśmiechnęła się serdecznie. – Czyżby lekarstwo zadziałało? – Zapytała wyraźnie zaciekawiona i rozradowana.

– Wszystko w porządku. – Urwałem. – Już dobrze.

– Araga. – Przerwałem na chwilę. W głowie wciąż coś majaczyło – jakby powidok po spojrzeniu w słońce. Zmusiłem się do skupienia.

 

Warto najpierw samodzielnie dokładnie je prześledzić i nanieść poprawki, aby kolejni Czytelnicy mogli skupić się już tylko na fabule. :)

Chętnie wrócę z opinią, kiedy usterki zostaną usunięte. ;)

 

Pozdrawiam serdecznie. ;)

Pecunia non olet

To ciekawy pomysł – zbiór opowiadań z tego samego kontynentu, ale z innych czasów. Chętnie prześledzę.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

@Bruce – mam nadzieję, że będzie już dobrze :)

Dziękuję @Teo Max :)

@Bruce – mam nadzieję, że będzie już dobrze :)

 

Niestety, nie za bardzo; przykłady znalezione tak „na szybko”:

– Miasto w końcu odetchnęło. – Westchnął głęboko.

– Inspektorze… pozwoliłem sobie wejść, bo myślałem, że jest pan już w pracy. Jestem tutaj dosłownie chwilę. – Tłumaczył się.

– Dzień dobry panie Darko. Jest pan dzisiaj nad wymiar pogodny. Nie, żeby było w tym coś złego. – To mówiąc, uśmiechnęła się serdecznie. – Czyżby lekarstwo zadziałało? – zapytała wyraźnie zaciekawiona i rozradowana.

 

Pozdrawiam serdecznie. ;)

Pecunia non olet

@Bruce – dziękuję za cierpliwość angel

heartsmiley

Ważne, abyś sam szlifował warsztat, bo to nie chodzi o nasze wskazywanie usterek, ale – o samodzielne znajdywanie ich. :) 

Pecunia non olet

Za mało się skupiałem. Za dużo rzeczy na raz chciałem zrobić i przez to część z nich gdzieś mi umykała ;)

Ba! Skąd ja to znam… wink Każdy z nas tak robi, niestety… Życie… :)

Pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Pozdrawiam :)

Nowa Fantastyka