- Opowiadanie: kokoner - Magia w glinie – część II

Magia w glinie – część II

A poza tym uważam, że r0sja musi zostać zniszczona.

Oceny

Magia w glinie – część II

Złotoczerwona tarcza słońca niedługo miała zanurkować za falistym horyzontem opasanym coraz intensywniejszą pomarańczową łuną. Jej blask rozlewał się powoli po nieboskłonie i zabarwiał dzikim różem postrzępione mgławice szarych chmur. Spomiędzy nich przezierał ogromny i szeroki srebrny łuk Niebiańskiego Mostu – Ambrenionu, przecinający południowe niebo ze wschodu na zachód. Ponad nim, na południowo-zachodniej części firmamentu ukazał się Dilmun ֪– odległy, tajemniczy księżyc z powierzchnią spowitą w chmurach. Jego obliczu brakowało zaledwie jednej nocy do pełni.

Renar rozrzewnionym wejrzeniem obserwował ten powolny spektakl natury, ubogacany kojącymi odgłosami gołębi, skowronków i kosów. Siedział rozparty o gruby pień rozłożystego dębu na łagodnym stoku kilkadziesiąt jardów na zachód od zabudowań Plosny. Pociągał małe łyki piwa z oplecionej wikliną butelki i wkrótce stracił poczucie czasu i rzeczywistości. Odpłynął duchem gdzieś daleko, do odległych, tajemniczych krain, o których wielokroć słyszał. Jego myśli kotłowały się, przypływały i odpływały jedna po drugiej lub wiele naraz. Dumał o wszystkim i o niczym, roztapiając się w leniwie ciągnących się chwilach chłodnego popołudnia.

Coś z brzękiem stuknęło w naramiennik żołnierza. Podskoczył, jakby nagle wybudzono go ze snu. Nie zdążył się dokładnie przyjrzeć, co to było, gdy kolejny pocisk trafił w jedną z folg osłaniającą prawe biodro. Już zupełnie otrzeźwiały rzucił chmurne spojrzenie ku rosłej, zbliżającej się w jego stronę postaci, podrzucającej w prawej dłoni kamyk.

– Jeszcze jebnij we mnie głazem! – parsknął, podnosząc się z mozołem. Wsparł się na prawej nodze, opierając dłoń na pasie z klamrą zdobioną łbem drapieżnego kota. – Czego chcesz, Dimel? Nie mów, że mnie wołają.

– Ano, wołają – przyznał żołnierz wesołym tonem. – Opijamy wielki sukces, a ty już na samym bierzesz browara i uciekasz.

– Chyba mnie znacie – żachnął się Renar.

– My tak, ale Kanimir jeszcze nie ma cię za odludka. Popił już dość i go nosi. Mówi wszystkim, jak to rozstawiłeś tego żercę po kątach i jakim to jesteś wielkim setnikiem. I że on tak dzielnie i dokładnie wszystko tłumaczył.

– Co za zacny człek, ten Kanimir. – Na wąskich ustach Renara zawitał krzywy uśmiech. – Jestem dopiero testowany na dziesiętnika, a on już mianował mnie setnikiem. Chyba zostanie moim stałym tłumaczem.

– A ja kim? – spytał rozbawiony Dimel?

– Ty? Oczywiście dowódcą konnych kuszników. Będziesz się specjalizował w tratowaniu dziadków i bab z chrustem.

– Bardzo śmieszne. Nawet go nie musnąłem. – Kusznik spoważniał, jakby sobie o czymś przypominając. Sięgnął do kołczanu na bełty przy pasie i wyciągnął z niego naszyjnik na cienkim sznurku. – Meldeńczycy przeszukali jeszcze raz tego żercę po tym, jak wrzuciliśmy go spętanego do jednej z chat. W kieszeni chował to. – Podał Renarowi przedmiot.

– A co to za gówno? – mruknął tamten, mrużąc oczy, w zaciekawieniu lustrując osobliwy, ciemnozielony amulet z gładkiego, połyskującego kamienia.

Przedstawiał rzecz lub istotę niepodobną do niczego, co Naredyjczyk znał lub o czym słyszał. Ni to języki płomieni, ni macki. Wielkie, rozdziawione szczęki najeżone krzywymi kłami i niepokojące ślepia w liczbie dziewięciu. Ogólny zarys sylwetki był pozbawiony dokładnego kształtu; bliżej mu było do plamy rozlanego oleju niż do regularnych, symetrycznych proporcji jakiegokolwiek stworzenia.

– Też się głowimy – odparł Dimel. – Może to jeden z tych pogańskich bożków. Balmianie mają ich przecież od cholery. Żerca nie powiedział wiele. Rzekł tylko, że to jego bóg. Ty siedziałeś trochę w klasztorze, to może coś więcej skojarzysz.

– Nie – mruknął przeciągle Renar, na krótko wpadając w zamyślenie. – Mało interesują mnie pogańskie bożki, więc niewiele o nich czytałem i słuchałem. Poganie mają ich pełno, ale z tego, co wiem, żaden nie przypomina czegoś takiego, jak to. Może to jakiś nowy bóg od straszenia dzieci. – Uśmiechnął się. – Niedługo oddamy żercę magom i oni już z niego to wyciągną.

– Więc zatrzymaj to szkaradztwo. Jako dowódca dasz to im albo kapitanowi. Czuję, że jak będę się na to dłużej gapił lub nawet przy sobie nosił, to mnie koszmary zaczną nawiedzać.

– Czyli mógłbyś mieć tak jak ja, kiedy na ciebie patrzę. – Dowódca wykrzywił się złośliwie i włożył naszyjnik do kołczana.

– To idziesz do gospody? I tak piwo ci się skończyło, a ja nie przyniosę ci kolejnego, nawet jak wydasz mi rozkaz.

– No dobra – westchnął przeciągle Renar. – Wezmę kolejne i spadam.

Łatwiej jednak powiedzieć, niż zrobić. Od razu po stanięciu przy kontuarze kusznika zagadał mocno już podpity Kanimir z ciągle uśmiechniętą, pulchną twarzą. Kiedy podniesionym, entuzjastycznym głosem odezwał się do Renara, ten przewrócił oczami, zazgrzytał zębami i pomyślał tuzin niewybrednych przekleństw. Powstrzymał jednak wybuch opryskliwości – wolał nie psuć relacji z zaprzyjaźnionym tłumaczem. Oparł się łokciem o blat i pociągał co chwile małe łyczki piwa z drewnianego kufla.

– Ale żeś pokazał tamtemu staruchowi! A jak pięknie gęby im wykrzywiło, jak rzuciłeś tą modłą o ścianę, a potem kazałeś porąbać kącinę! A jak im się oczka świeciły, jak rzuciłeś im złoto! Jak wygłodniałemu psu, jak zoczy kość z mięchem na niej. – Kanimir stał tuż obok Renara, żywo gestykulując i z powodu dużej różnicy wzrostu zadzierając głowę do góry, by spoglądać na profil twarzy żołnierza.

Poza nimi w karczemnej sali było kilku ludzi kasztelana i paru lokalnych chłopów. Chociaż jeszcze kilka godzin temu modlili się do pogańskiego posążka, teraz znów byli wyznawcami Niepodzielnego Światła. Wiedzieli, że niebawem ta zawierucha ucichnie i stawianie oporu sile, która już prawie wygrała, nie ma sensu. Co więcej, większość z nich wyglądała wręcz na zadowolonych, że sytuacja wróciła do normy, zakłóconej przez wcześniejsze przejęcie wsi przez pogan, którzy mało wyszukaną perswazją nakłonili mieszkańców do odrzucenia nowej wiary.

Kanimir wzniósł głośny toast za zdrowie Naredyjczyków, a goście gromadzący się w dość niedużej gospodzie o ścianach z wapnia nadgryzionego zębem czasu i różnymi burdami skwapliwie wznieśli swoje naczynia. Okrzyki wypełniły zadymioną i mętnie oświetloną przestrzeń, a Renar zaczerwienił się jak burak. Niezręcznie uniósł kufel i jeszcze bardziej niezręcznie się uśmiechnął. W jego umyśle zakiełkowała chęć mordu.

– Ale powiem ci – ciągnął dalej tłumacz, bekając – że ja bym się z tymi żercami tak nie cackał, bez urazy, rzecz jasna. Niech mają, wszy jedne i podżegacze. Za to, co nam zrobiły te pogańskie psy. Palili nasze sioła, mordowali, gwałcili. Moją siostrę tak zbrukali. Brat mój Doramir, sołtys, wojował z tymi psami, ale ranili go. No i jeszcze te ofiary od budowlami. Moja babka opowiadała mi, jak nawet żywą gadzinę zakopywali i niechciane dzieci!

– Wiem – rzucił Renar, tłumiąc erupcję irytacji i drapiąc się po nikłym, cienkim znamieniu, pionową kreską biegnącym pod prawym okiem.

Nie zwykł dużo mówić, poza sprawami służbowymi. W zwykłej rozmowie, a zwłaszcza takiej o rzeczach, które go nie interesowały, był jedynie nieco bardziej gadatliwy od głuchego jegomościa z urżniętym językiem.

Kanimir ciągnął dalej:

– Jutro odwiedzę brata i opowiem mu o tej wyprawie. Ucieszy się, jak nie wiem co, aliści też się wścieknie, że go tam z nami nie było! – Zarechotał rubasznie. – Ten cały bunt już na wykończeniu jest, więc pewnie zaraz pójdziecie gdzie indziej, na inną wojnę. Zazdroszczę wam. Kawał świata zoczycie. Ja to za stary jestem na wojaczki. A raczej bęben za duży już. – Ponowny rechot, jeszcze głośniejszy.

Renar wciągnął policzek i obrzucił martwym wzrokiem spowite dymem z fajek krokwie podtrzymujące strop. Meldeńczyk jednak nie skończył:

– Ale powiem ci, że jak oni są poganami i wracają do tych bożków, to ja nadal nie do końca rozumiem tego Nieroz… Niedozi… Nieporo… No tego Światła. Wybacz, ale już wypiłem nieco. Krótko ta nowa wiara jest u nas, więc jeszcze trzeba czasu dla niej. Z nią Meldenia będzie silniejsza. Brat mówił, że magowie uczą czytać, pisać, pomagają w rządzeniu, wynalazki różne przynoszą. A ci żercy to co? A gówno! Tylko żertwy ze zwierząt, a czasami z ludzi nawet! Jeszcze tu drzewiej konszachty z wiedźmami jakie zawierali i te sobie przylatywały na Sroczą Górę na wschód stąd. Z nazad osiem dni temu słyszałem od tego i owego bajania, że mają znowu mieć spęd, pierwszy od dawna. Wygraliśmy przecież, więc takiego, o! Nie przylecą już, wywłoki jedne.

Język Kanimira pracował coraz wytrwalej, wraz z gardłem i ustami ledwo nadążając z tym, co produkował pijany umysł człowieka. Renar już po kilku zdaniach przestał go słuchać. Opierając się o kontuar, ze sztucznym uśmieszkiem tylko przytakiwał głową przechyloną na prawo. Jednocześnie jego spojrzenie kierowało się na różne strony coraz bardziej wypełnionej gośćmi gospody: to na dwójkę tęgich rolników siedzących przy stoliku pod przeciwległą ścianą, to na jakiegoś handlarza spierającego się z usmolonym górnikiem z pobliskiej kopalni. Tłum, gwar głosów, duchota, swąd fajkowego dymu i przede wszystkim nachalne trajkotanie Kanimira stawały się coraz bardziej nieznośne. Renar głowił się nad jakąś wymówką, by opuścić pomieszczenie, gdy w progu wejścia na stropodach zobaczył istotę, która od razu go rozczuliła. Hałasy wytłumiły się, gdy cała uwaga żołnierza skupiła się na czworonożnej szarej kulce futra, przycupniętej i patrzącej wielkimi oczami na zataczających się biesiadników.

– Idę się odlać – rzucił, nie odrywając wybałuszonych oczu od kota.

Podszedł do niego ostrożnie i przykucnął, wyciągając powoli dłoń. Palce dotknęły mięciutkiej głowy, a zwierzę chętnie nadstawiło ją do głaskania. Po chwili pieszczot otarło się o nogi człowieka, a ten podniósł je i wstając, ułożył w ramionach, jak matka niemowlę.

– Jaki piękny kotek jesteś – rzekł słodko z uśmiechem od ucha do ucha. Zwierzak odpowiedział śmiałym mruczeniem.

Najemnik wszedł po drewnianych stopniach na wyłożony szerokimi deskami stropodach. Rześki wiatr zupełnie oczyścił go z karczemnego otumanienia. Stanął przy topornie wykonanej balustradzie i obserwował, jak światło zmierzchu nieubłaganie blednie, roztapiając się w atramencie nocy. Coraz więcej gwiazd skrzyło się na niebie, a Ambrenion i Dilmun rzucały srebrzystą poświatę na surowy, pofałdowany wzgórzami krajobraz. Renar znów się zamyślił, dryfując myślami po niezbadanych krainach i legendarnych miastach, które istniały dawno temu i przepadły w otchłani dziejów lub trwały nadal, choć ukryte za mgłą domysłów i tajemnic. Białe rozbłyski i cichy pomruk z północy sprowadziły go na ziemię.

– Cholera, niedługo trzeba będzie wejść do środka. – Renar usłyszał dochodzący z tyłu niski głos Boldara. Ten stanął obok niego i chwiejnym gestem wskazał na czarną jak smoła, rosnącą plamę chmury. – Chyba nas nie minie. Jak jebnie blisko piorun, to ten sierściuch podskoczy tak wysoko, że wyląduje na Niebiańskim Moście! – zaśmiał się chrapliwie, zataczając na boki.

– A ty wysrasz z siebie rzekę gówna – rzucił Renar, czując silną woń gorzały. – Chociaż czekaj, ona już wylewa ci się z gęby.

– No nie wiem, to nie ja dotykam pchlarza. Lepiej uważaj, nie wiadomo, ile choróbsk jużeś od niego złapał.

– Na pewno mniej od mieszkania z tobą przez trzy lata w Akademii Wojny. Koty to czyste zwierzątka.

– I tego cię w klasztorze nauczyli? – Boldar spytał uszczypliwie.

– Akurat to wiedziałem znacznie wcześniej. Teraz wiesz to i ty. Widzisz? Jesteś dzięki mnie ciut mniej głupszy. Taki dowódca jak ja, to prawdziwy skarb. – odparł żołnierz z szelmowskim uśmiechem.

– Eh, Tanod już by ci na to odpowiedział. On jest lepszy w kłótnie z tobą ode mnie.

– Raczej bardziej wkurzający – sarknął Renar. – Chwała Bogu, że kapitan nie przydzielił mi jego, tylko Dimela. Z tobą to jeszcze pół biedy.

– Szkoda, że nie ruszyłem z inną grupą. Tamci pewnie puścili z dymem i zrabowali wiochę, do której się udali.

– Ty byś tylko chciał palić – mruknął Renar.

– Nie zawsze, ale ty za miękki byłeś dla tych wsiurów.

– Wykonywałem rozkazy. Palenie byłoby ostatecznością. Tutejsi nie stawili oporu. Wszystko poszło jak po maśle. Dlatego to ja jestem brany pod uwagę jako dziesiętnik, a nie ty, czy twój przyjaciel. Jakby skoczył na was kogut, to rozpieprzylibyście cały kurnik razem z jajkami.

– Ale to przecież poganie są – stęknął Boldar. – Nawet ludzi potrafią złożyć w ofierze. Nie pamiętasz, jak dziesięć wiosen temu na nas napadli? Ile wsi złupili i spalili?

– Pamiętam, ale musimy im pokazać, że nie jesteśmy dzicy i okrutni jak oni, a przynajmniej nie bez powodu. Wierzymy w jedynego boga, gdy oni w wielu, i mamy też zupełnie inne zasady postępowania. Niech je poznają również od nas, a nie tylko od magów, żeby nie myśleli, że jedynie tamci traktują je poważnie.

– Eh, za bardzo pijany jestem, żeby się kłócić o to. Ty to się rozgadujesz tylko w takich rzeczach, wiesz? W innych to żeś jest mruk, jak… jak chuj!

– Po prostu lubię mówić na tematy, które mnie interesują albo mówię dużo, gdy tak trzeba – westchnął ciężko Renar. – Jak coś mnie nie obchodzi, to nie gadam, a często nawet nie słucham, bo po co?

– To wychodzi na to, że prawie nic cię nie obchodzi! – zaśmiał się kompan i zatoczył do tyłu.

– Nie, Boldar. – Sztuczna uprzejmość maskująca poirytowanie zabarwiła ton głosu tymczasowego dowódcy. – Tak się składa, że mnie akurat obchodzi wiele rzeczy, które wy macie w dupie, ale ja nie mam o to do was pretensji.

Wstawiony kusznik nie odpowiedział na to. Popatrzył tylko na rozmówcę szklistymi oczyma i odezwał się po chwili:

– Idę do Dimela. Gdzie on?

– Nie wiem, nie było go w środku, wyszedł gdzieś zaraz, jak wróciłem. Na ławkach pod karczmą też go nie widzę.

– To się przejdę go poszukać. Idziesz?

– Nie.

– To zostań tu z sierściuchem.

– A ty uważaj na Kanimira. Jak cię dorwie, to zagada cię do rana albo na śmierć.

– Najwyżej mu jebnę! – zaśmiał się Boldar. Zakolebał się, obracając ku wyjściu i schodząc, zaczął śpiewać: – Był sobie rzezimieszek, co pusty miał mieszek…

Piosenka ucichła po chwili, ale niedługo potem znów się rozległa, znacznie donośniejsza i śpiewana już dwoma znajomymi głosami. Dobiegała spod przeciwnej strony karczmy, gdzie nie było żadnych ławek ani stołów. Wkrótce do Boldara i Dimela dołączyło paru innych biesiadników, w tym kilku zbrojnych z oddziału, jakim Renar dowodził podczas misji w Plośnie. Niewybredny utwór nie przeszkodził mu w ponownym odpłynięciu myślami. Na stropodachu stało jeszcze czterech ludzi rozmawiających cicho między sobą. Oni też przyszli tu się wyciszyć. Kot w ramionach kusznika przestał mruczeć i zapadł w półsen. Niebawem pojedyncze, zimne krople niesione przed coraz silniejszy wiatr zaczęły spadać na dachy i głowy tych, którzy mimo zapadnięcia zmroku nadal stali pod gwieździstym firmamentem.

Ludzie z karczmy zaczęli się rozchodzić do chałup, kiedy czarne chmury zasłoniły większość nieboskłonu razem z Dilmunem i Ambrenionem. Tylko tu i ówdzie migotały pojedyncze gwiazdy jak lśniące perły na dnie mrocznego morza. Bez poświaty ciał niebieskich i w deszczu okolica stała się niemal zupełnie niedostrzegalna i bezkształtna. Renar wsłuchiwał się w wiatr, a gdy ten zrobił się zbyt porywisty i deszcz smagnął po raz pierwszy biczem z kropel, postanowił zejść pod dach.

Postąpił dwa kroki i po kolejnym błysku i grzmocie, jeszcze donośniejszym niż ostatnie, usłyszał krzyki i metaliczne brzęki dobiegające z północy, na ucho jakieś czterdzieści jardów od karczmy. Wytężył słuch. To nie były odgłosy świętowania, ale zabijania. Coraz liczniejsze i coraz bliższe. Gorący ciężar zadomowił się w żołądku Naredyjczyka. Przełknął ślinę, starając się opanować panikę. Wypuścił obudzone grzmotami zwierzę z rąk. Założył kapalin, drżącymi palcami zapiął jego pasek i dobył tasaka. Kot czmychnął pod najbliższy stolik.

– Ej, jesteśmy atakowani! – Kusznik krzyknął przejęty do mężczyzn na stropodachu. Ci spojrzeli na niego zaskoczeni. Byli tubylcami, nie znali jego języka, ale po tonie głosu i na widok wyciągniętej broni zrozumieli, że dzieje się coś niedobrego. Mimo to stali tylko niepwnie i poszeptywali między sobą.

Po zejściu do karczemnej sali Renar nie spotkał w niej nikogo. Przeszedł szybkim krokiem miększy poprzewracanymi taboretami i zatrzymał się przed czarnym prostokątem prowadzącym na zewnątrz. Krzyki trwały, a odgłosy walki niemal zupełnie ucichły. Słyszał błagalne jęki i wściekłe warknięcia. Wiedział, że się nie ukryje. Zaraz wejdą do gospody i całą ją przeszukają. Zacisnął zęby, tak samo jak palce na rękojeści, po czym długim susem wyskoczył na zewnątrz w wietrzną i mokrą ciemność, w której grasowała śmierć.

Rozejrzał się, ale dostrzegał jedynie niewyraźne zarysy sylwetek. Usłyszał dochodzący z lewej krzyk Boldara, pełen gniewu i bólu. Rzucił się w jego stronę. Po kilku krokach potknął się o coś i upadł, wypuszczając tasak. Podnosząc się, obrócił głowę, gdy nastąpiła seria piorunujących błysków. Na kilka mrugnięć oka dostrzegł wiele sylwetek postaci dzierżących topory i włócznie, a pośród nich ciała leżące bez ruchu w różnych pozach. Spojrzał w dół i w ostatnim błysku zamigotały mu zwłoki. Cofnął się z trwożnym stękiem. Ciało w dopasowanej, granatowoczarnej zbroi z kuszą przewieszoną przez plecy. Z wielkiej rany na skroni sączyła się obficie krew. Wybałuszone oczy razem z rozdziawionymi ustami zwrócone były ku burzowemu stropowi chmur. Następny rozbłysk ponownie zmienił oblicze poległego w upiorną maskę śmierci, rzucając białe światło kontrastujące z gęstymi cieniami w oczodołach. Boldar zginął, nie zdążywszy nawet założyć hełmu. Ten leżał przy nim, a krople z głuchym stukotem uderzały w jego dzwon i rondo.

Lodowaty dreszcz przeszył Renara. Dygocząc na całym ciele, schylił się po tasak, gdy z mroku wyłoniła się krępa sylwetka i wymierzyła mu mocnego kopniaka w bok. Żołnierz padł w błoto, a noga w grubym buciorze nastąpiła na jego ramię i przyparła plecami do ziemi. Przy gardle Naredyjczyka błysnęło ostrze topora. Wróg rzucił ostro krótkie zdanie po meldeńsku. Renar zrozumiał instynktownie, że to byli poganie. Struchlał, kładąc przy głowie otwarte dłonie.

Ostatnie krzyki i zawodzenia wkrótce ucichły, a burza zelżała. Krople spadały znacznie skąpiej. Dwóch drabów w odzianych w proste, futrzane kurtki brutalnie chwyciło Renara pod pachami i poderwało na nogi. Te zachowywały się jak ulepione z mokrej gliny, niemal nieposłuszne komendom umysłu. Zdjęli z niego kuszę i wyciągnęli puginał z pochwy obok kołczana, który również mu odebrali. Zawlekli go kilka metrów w bok, gdzie w oświetlonym pochodniami półokręgu stała duża banda podobnych im mężczyzn. Różnorako uzbrojeni, w ubogich tunikach, kurtach i lekkich zbrojach. Tylko kilku nosiło krótkie kolczugi.

Buntownicy bezceremonialnie rzucili Naredyjczyka na kolana obok innej postaci. Dimel także klęczał. Ściskał kurczowo dłonią zgięcie łokcia zwisającej bezwładnie prawej ręki.

– Kurwa, ale nas wzięli – mruknął, pociągając nosem. Pomarańczowy blask tańczył na jego wykrzywionej z bólu i złości twarzy. – Boldar nie żyje.

– Wiem – syknął półgłosem Renar. Starał się opanować drżenie, ale zimno i wilgoć bardzo sprzyjały strachowi. Ten był zbyt silny, by żołnierz mógł zdobyć się na rozejrzenie dookoła. Czuł jednak spojrzenia pełne gniewu i okrutnej satysfakcji, które penetrowały plecy jego i Dimela jak ostrza przeklętych włóczni.

– Nie chcę umierać tu, teraz i w taki sposób. – W głosie Dimela pojawiła się gorycz gorzka bardziej od beczki soku z cytryny. – Miałem wrócić do domu i kupić coś dla małej i Adeli.

Renar nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Nie dostrzegał żadnego wyjścia z tej sytuacji. Klęczeli tak jeszcze dłuższą chwilę, zwróceni tyłem ku szeregowi buntowników, gdy w świetle pochodni naprzeciw nich pojawił się mężczyzna w czerwonej, powłóczystej szacie i z kapturem na głowie. Podszedł bliżej, przeczesując chudymi palcami krzaczastą, siwą brodę. Renar ze zgrozą rozpoznał w nim pojmanego wcześniej żercę. Nie rozpoznawał jednak tej szaty; te były zazwyczaj białe jak śnieg. Kapłan stanął tuż przed jeńcami. Twarz wykrzywiał mu sardoniczny uśmiech obnażający ciemnożółte zęby.

– I jak wam idzie tępienie szkodników? – wycedził. – Myślałeś, gówniarzu, że to koniec? Wojna dopiero się zaczyna i to o wiele większa, niż możesz sobie wyobrazić! Co? Gdzie twój uśmiech? Żebyś jeno mógł siebie ujrzeć. Kulisz się, trzęsiesz jak galareta. Gdzie ten dzielny żołnierz, wielki Niszczyciel?

Renar i na to nie odparł. Nie znajdował się w dobrej pozycji na polityczne i religijne dysputy.

– Jak myślicie? Co się z wami teraz stanie? – Znów odpowiedziała mu cisza. Obaj kusznicy uważali, że na to pytanie istnieje tylko jedna odpowiedź. Mogła mieć kilka wariantów różniących się szczegółami, ale jej sedno pozostawało takie samo. – No co?! Mówicie, wy tchórzliwe padalce! – zaryczał chrapliwie starzec.

Dimel tylko spojrzał na niego zlękniony, przygryzając dolną wargę. Renar zaś zmienił zdanie. Poirytowanie pychą i agresją kapłana oraz fatalizm chwili wzięły górę nad strachem.

– Czy jeśli odpowiemy prawidłowo, to puścisz nas wolno, dasz konie i zapas prowiantu na drogę? – spytał głucho. W beznamiętnym głosie nie słychać było krztyny sarkazmu, lecz to zdanie i tak nim ociekało. Dimel spojrzał na niego z byka, a jego piwne, niemal wychodzące z orbit oczy pytały niemo: Dlaczego to powiedziałeś?!

– O, widzę, iże jeszcze masz dość nerwów na takie pyskowanie – sarknął kapłan – ale poniekąd to rozumiem. Wasz los i tak jest przypieczętowany. Żadne pełzanie w błocie i błaganie o litość tego nie zmieni, chociaż to byłby śmieszny widok!

Dimel zamknął oczy i poruszał bezgłośnie ustami, modląc się gorączkowo. Renar spojrzał na niego. Zakapturzony człek tylko zaśmiał się szyderczo.

– Emnanth ci nie pomoże, żołdaku. – Wycedził i skinął głową jednego ze stojących za jeńcem wojowników.

Kosooki, krępy drab o rzadkim zaroście podszedł do Dimela, złapał za jego włosy i szarpnięciem odchylił mu głowę do tyłu. W drugiej ręce błysnęło ostrze krzywego sztyletu, które powędrowało ku szyi jeńca. Po jednym uderzeniu serca z gardła nieszczęśnika trysnęła obficie krew, cienkimi stróżkami zraszając błoto i szatę starca, który nie cofnął się wystarczająco. Oprawca znów szarpnął trzymane włosy, tym razem lewo, w stronę Renara. Ciało upadło na wznak. Dimel złapał ostatni, płytki i charczący oddech, a drżąca dłoń próbowała ścisnąć gardło w instynktownej próbie zatamowania krwawienia. Zaraz jednak opadła, a żołnierz ucichł. Na poziomej ranie pękały liczne bąbelki powietrza, spomiędzy nich sączyła się purpurowa ciecz.

Ciało Dimela leżało w pozycji przypominającej embrionalną, a czubek jego głowy niemal dotykał nogi Renara. Ten ze zgrozą wpatrywał się w kolejną znajomą, martwą twarz. Rozchylił usta, nie do końca dowierzając w to, co się właśnie działo. Wiedział jednak dobrze, że łzy, jakie ronił, są zupełnie prawdziwe. Ich ciepło na policzkach potwierdzało realność koszmaru, który nie był żadnym snem.

– Co do ciebie, wielki dowódco, to mam dla ciebie inną śmierć. – Szorstki głos kapłana obrzydził żołnierza i przeraził jak najohydniejsza poczwara nocy. – Obiecuję, że kiedy poznasz jej rodzaj, będziesz przeklinał swoich martwych towarzyszy i nazywał ich szczęściarzami! To później jednak. Musimy się przygotować. Zdechniesz okrutnie, ale nie na darmo. A co to? – Oczy pod krzaczastymi brwiami się zwęziły. Stary człowiek złapał za sznurek wystający z kołczanu najemnika trzymanego przez jednego z siepaczy i wyciągnął plugawy naszyjnik. Położył go na dłoni i wpatrywał się z czcią w upiorny kształt. Po dłuższej chwili założył go. – Dziwisz się pewno, co to za bóg? Jeszcze niedawno oni też go nie znali. Przed śmiercią poznasz go i to bardzo blisko.

Do wyszczerzonego kapłana podszedł rosły zbrojny o młodej twarzy i spływających na ramiona złotych włosach. Mówił do niego, niedbale wskazując dłonią jeńca. Naredyjczyk nie znał ich języka, jedynie nieco słów i kilka zwrotów. Wyłapał coś o przygotowaniach do rytuału i przesłuchaniu. To pierwsze było dla niego niepokojącą zagadką, drugie zaś przyprawiającą o zawrót głowy nieuchronną przyszłością. Starzec przytaknął i machnął wymownie ręką reszcie bandy. Oddalił się, a młody buntownik wraz z kosookim mordercą Dimela podnieśli Renara.

– Pogadamy sobie – odezwał się złotowłosy po kandeńsku z mocnym, zaciągającym akcentem. – Weźmiemy cię do naszej strażnicy, a potem na złożenie żertwy. Lepiej dla ciebie, abyś mówił od razu, co wiesz. Lonimir sprawny bardzo jest w zadawaniu bólu – rzekł zimnym głosem, kiwnięciem głowy wskazując ubranego w skórzaną kurtę zezowatego.

Jeniec milczał, wydając jedynie cichy odgłos nerwowych, płytkich oddechów. Stał z opuszczoną głową, spojrzeniem wiercąc ziemię u swych stóp. Buntownicy zanieśli się szyderczym śmiechem. Doskonale wiedział dlaczego. Jeszcze kilka godzin wcześniej był bezwzględnym tępicielem pogan, a teraz, pokonany i bezbronny, bał się odezwać i spojrzeć w oczy wrogom.

Całe uzbrojenie jego i jego poległych kompanów owinięto w szmaty i przytroczono do muła. Jeńcowi ręce z tyłu szorstkim powrozem, a potem przerzucono go przez koński zad jak worek ze zbożem.

Buntownicy rozdzielili się na trzy grupy: pierwsza i największa w liczbie około dwudziestu ludzi ze starcem w czerwonej szacie na czele udała się na północny wschód, wiodąc ze sobą dziesiątki uprowadzonych z tej i innych wsi ludzi. Maski opadły – jakiś nowy kult nie miał zamiaru litować się nad wieśniakami. Druga grupa, a raczej grupka, bo zaledwie trójka pogan, popędziła konno prosto za wschód. Trzecia, w której był Renar, pogalopowała na południo-wschód. W jej skład wchodził znający kandeński złotowłosy wojownik, który wiózł jeńca, kosooki Lonimir, łysawy drab o wybrakowanej szczęce oraz młoda dziewczyna z długim warkoczem jasnych włosów.

Ruszyli oni ku gęstej palisadzie drzew, rozjaśniając ciemność pochodniami. Kopyta wierzchowców wyrywały grudy gliny i błota z wąskiego gościńca, a wiatr smagał nieprzyjemnym chłodem. Renar spojrzał w stronę oddalającej się Plosny. Kontury jej domostw szybko rozmyły się w mroku chmurnej nocy tak, jak jego nadzieja.

Koniec
Nowa Fantastyka