Mokotów, ogródki działkowe „Szarotka”, rok 2062.
Słońce paliło warszawskie glinianki z taką samą bezwzględnością, z jaką trzydzieści lat wcześniej urzędnicy naliczali podatek od nieruchomości. Po „wielkiej cywilizacji” korporacyjnych przekrętów na Mordorze nie został nawet uwiędły fikus w opustoszałych i gnijących biurowcach. Wiatr przesuwał pył nad gruzami i wysychającym korytem Wisły, odsłaniając, od czasu do czasu, pogrzebane pod ziemią kable i stopione hulajnogi elektryczne.
Pani Zofia – zwana na działkach „Żelazną Zochą” – kopała właśnie grządki pod ogóreczki. Ogórek to była na Mokotowie świętość. Plan był jasny: solanka, słoik, chrzanik z miedzy i koper wielkości parasola. Klasyka polskiej postapokalipsy, bez której żadna zima nie miała prawa się udać. Zocha była babą z takim pazurem, że potrafiła zamknąć słoik z wekami samym spojrzeniem, a zmutowane osobniki lokalnej fauny mijały jej ogrodzenie szerokim łukiem. Nagle solidny poradziecki szpadel, odziedziczony po prababci, uderzył w coś twardego między korzeniami.
– A co to za cholerstwo? – mruknęła pod nosem, wyciągając z czarnoziemu ciężki, przezroczysty przedmiot.
To była czaszka wycięta z jednego, monumentalnego bloku syntetycznego szafiru. Nie miała ani jednej rysy, za to była ciężka, potwornie uwalona w mokotowskim błocie i resztkach kompostu. Wyciągnęła z kieszeni fartucha szorstką ściereczkę, dzierganą z przędzy zmutowanego borsuka i zaczęła z furią trzeć czoło oraz policzki szafirowej głowy.
Tarcie…
Szmata, która drapałaby lakier z czołgu, wraz z podkładem, wywierała siarczysty nacisk. Diamentowe nanosuwaki w środku puszki mózgowej ruszyły z kopyta. Grafenowa sprężyna napięła się pod wpływem pary w rękach Gospodarnej Baby. Światło słoneczne wpadło przez potylicę, odbiło się od wewnętrznych mikro-zwierciadeł i z pustych oczodołów wystrzeliły dwa snopy światła. Metr nad grządką powietrze zadrgało. Światło otoczenia ułożyło się w ruchomy, trójwymiarowy, lekko półprzezroczysty hologram przedstawiający twarz mężczyzny o specyficznych, niesymetrycznych rysach, z lekkim, nieco ironicznym uśmiechem.
– Słyszycie mnie? Jeśli tak… to znaczy, że tarcie działa. Fizyka nie kłamała – odezwał się głos, a hologram poruszył wargami w mistrzowskiej synchronizacji. Dobra, przejdźmy od razu do konkretów, czas procesora jest cenny – dodał syntetyczny, mechaniczny głos. – Hi. I’m Elon. Your new CEO of everything.
Zocha nawet nie przerwała wycierania. Spojrzała na hologram znad okularów spiętych gustownie miedzianym drutem, sarknęła głośno i machnęła szmatą prosto przez jego cyfrowy nos.
– Jaki znowu „dyrektor”? Co ty mi tu chłopie będziesz po angielsku bełkotał na moich własnych grządkach! – fuknęła Zocha, opierając wolną rękę na biodrze. – Świecisz po oczach, ogórki stresujesz, a z gęby ci jedzie starym kompostem. Jak już tu przylazłeś, to gadaj po ludzku: gdzie są moje trzy życzenia? Weź no mi ten dach na altance załataj, bo od zeszłej wiosny przecieka i weki zalewa!
Hologram Elona zawiesił się na dwie pełne sekundy. Diamentowe suwaki zaszczękały z przerażającym zgrzytem.
– Załatać… dach? – wykrztusił Elon, łapiąc się cyfrowymi dłońmi za głowę. – Kobieto, czy ty rozumiesz fizykę kwantową? Moja matryca to procesor logiczny zintegrowany z tunelem czasoprzestrzennym. Operuję na grawitacji i makroskopowej teleportacji. Nie mam magii. Mam coś lepszego: kompletną wiedzę o tym, jak zbudować rakietę wielokrotnego użytku, sieć satelitarną, inteligentny samochód i wydajne ogniwa fotowoltaiczne. Wszystko zapisane w strukturach tej czaszki. Moja biologiczna wersja zginęła, kiedy słońce zniszczyło chmurę, ale ja? Ja zostałem zaprojektowany, żeby przetrwać wszystko. Elon wiecznie żywy. Dosłownie.
– Czyli, że pasożyt – oceniła chłodno Gospodarna Baba.
– Żeby fizycznie załatać dziurę w dachu, musiałbym mieć fabrykę papy i systemy montażowe, których nie ma w promieniu trzydziestu lat! – ciągnął niezrażony hologram – Dla moich algorytmów zagięcie przestrzeni i przytarganie stąd gotowego, pancernego schronu rządowego z głębi ziemi zużywa mniej energii niż wygenerowanie fizycznego gwoździa i kawałka dykty. Przerzucenie gotowej masy przez tunel to ułamek sekundy. Łatanie starej altanki to po prostu technologiczny nonsens!
– No dobra, myślicielu, nie filozofuj tyle, bo cię zeszlifuję na cacy – przerwała mu ostro Żelazna Zocha. – Skoro łatwiej ci przynieść całą piwnicę niż położyć metr papy, to dawaj ten bunkier. Tylko ma być porządny, chłodny i z pożytkiem, a nie goła blacha! Albo schron, albo lądujesz w gnojówce z pokrzyw! To ostateczna oferta, panie Głowo!
Elon zbladł na hologramie. Wizja mokotowskiego nawozu ostatecznie przeważyła szalę w jego kalkulacjach.
– Dobra! Robimy szybki zwrot w strategii – wycharczał. – Przekierowuję tunel grawitacyjny bezpośrednio pod ulicę Wiejską. Koszt transportu gotowej masy jest minimalny. Trzymaj się mocno kopru!
Szafirowa czaszka w dłoniach Zochy nagle zaczęła wibrować z taką siłą, że nawet gwoździe w wiaderku dzwoniły jak szalone. Z głębi szafiru dobiegał piekielny, basowy ryk, przypominający pędzący pociąg towarowy. Na idealnie wypielęgnowanym trawniczku gleba zapadała się w gigantyczny wir.
Z głębin warszawskiego czarnoziemu, rozrywając retro-instalacje, wystrzelił pionowo lśniącym włazem hermetyczny, futurystyczny moduł podziemny z betonu i chromowanej stali. Nowoczesny, luksusowy schron rządowy, wyrwany spod sejmu. Kwantowy tunel Elona pociągnął go jednak z takim impetem, że właz otworzył się po drodze i zassał z warszawskich podziemi masę przypadkowego dobra.
Pneumatyczne śluzy schronu zablokowały się z głośnym hukiem. Ekran na obudowie był czarny i stopiony – gwałtowny impuls elektromagnetyczny z czasów Wielkiego Upadku dawno usmażył tu wszelką elektronikę. Kapsuły podtrzymywania życia zadziałały jak bezprądowe termosy, wywołując u pasażerów przedwczesną dehydratację.
Zamiast całej obstawy, w jedynej ocalałej, oszklonej kapsule sterczał były premier. Nienagannie zmumifikowany w drogim wełnianym włoskim garniturze, w odcieniach klasycznego granatu, zamówionym specjalnie na apokalipsę u Ermenegildo Zegna. Mumijka była sztywna jak wiór i lekka jak deska, o twarzy zastygłej w wyrazie wiecznego, telewizyjnego oburzenia.
Reszta schronu była jednak wypchana po brzegi efektami ubocznymi podziemnego transportu. Wokół kapsuły leżało stado spasionych, postapokaliptycznych dzików z Lasu Kabackiego, które usmażyły się na rozgrzanych od tarcia ścianach modułu – tworząc darmowy bonus pieczystego. Co więcej, tunel Elona wyrwał z warszawskich ulic gigantyczne kawałki infrastruktury: w poprzek schronu sterczał solidny, gruby kawał stalowej, ocynkowanej bariery energochłonnej z zakrętu na Trasie Łazienkowskiej oraz ciężkie, betonowe krawężniki z placu Zbawiciela.
Hologram Elona, teraz mocno zniekształcony, uśmiechnął się słabo.
– Proszę… schron dostarczony. Fizyka kwantowa wygrała z budownictwem drewnianym. System podtrzymywania życia padł przez EMP, zasoby ludzkie zredukowane do jednej jednostki… Donalda. Wykorzystaj komponenty miejskie zamiast tej nieszczęsnej papy na dach…
– Cicho bądź! – przerwała twardo, wchodząc z łomem do środka. – Przecież to jest czysty zysk!
Gospodarna baba, bez sekundy marudzenia, przystąpiła do pragmatycznego zagospodarowania uzyskanych nielegalnie dóbr. Sztywna mumia polityka została brutalnie wywleczona na słońce. Zocha wbiła ją nogami głęboko w czarnoziem, tuż obok grządki z warzywami. Podciągnęła Donaldowi rękawy marynarki i przywiązała do sztywnych rąk sznurek od snopowiązałki, rozciągając go wzdłuż całej miedzy. Służyła teraz za idealny, sztywny stelaż, na którym koper mógł się piąć wysoko i nie kłaść od wiatru.
Stalową, grubą barierę z Trasy Łazienkowskiej Zocha wkopała poziomo, tworząc pancerną pergolę pod pnące ogórki. Betonowe krawężniki posłużyły jako nieomal wieczne obrzeża podniesionych grządek. Konstrukcja była nienaganna w swojej prostocie – dzięki niej ziemia pod koper nigdy się nie osypie. Chłodny, głęboki schron, odporny na EMP, Fallout czy Wielki Kwas, został zaadaptowany na suchą piwniczkę, na słoiki z solanką.
– Muszę pamiętać, żeby właz zabezpieczać sadłem – mruknęła. Całkiem rozsądnie – nigdy nie dowierzała uszczelkom z EPDM, pękały na zgięciach jak starej lodówce marki Liebherr.
Dziki upieczone na podwoziu Zocha zawekowała w słojach z jałowcem. Jako pierwsze trafiły do nowej piwniczki. Dach altanki mógł sobie teraz przeciekać, ile chciał – przerobi go na kompost. Najważniejsza infrastruktura była bezpieczna pod ziemią.
Elon na hologramie kręcił cyfrową głową w osłupieniu.
– Niewiarygodne… – mruknął miliarder. – Pełen recykling miejskiego złomu i zero szacunku dla liderów politycznych. Zofia, to jest całkowita rewolucja w agrokulturze.
– U mnie na działce nie ma darmozjadów – ucięła krótko Zocha, chwytając za konewkę. – Jak coś leży w ziemi i nie rośnie, to ma służyć temu, co rośnie. Ogórek sam się nie ukisi, a zima idzie.
Zmierzyła wzrokiem stojącego perfekcyjnie w pionie stracha na wróble z twarzą Donalda, na którym sznurek od kopru był napięty jak struna.
– No, jedno z głowy – mruknęła pod nosem, poprawiając fartuch. – Schron pod ziemią siedzi, koper podparty, krawężniki trzymają standardy. U mnie w księgowości bilans musi się zgadzać. Zostały jeszcze dwa życzenia!
***
Wywlekanie tych wszystkich dzików ze schronu na piechotę nadwyrężyło jej kręgosłup. Chwyciła szafirową czaszkę potężną dłonią, wyciągnęła z kieszeni szmatę i bez cienia litości zaczęła szorować policzek.
– Wstawaj, Elon! – zawołała, gdy z oczodołów znów zaczęły strzelać fioletowe lasery, a hologram miliardera zmaterializował się nad zagonem truskawek. – Czas na drugie życzenie. Słuchaj uważnie: potrzebuję taczki. Zwykłej, solidnej, stalowej taczki na jednym grubym kole, żeby przewieźć te mięcho i chrzan do piwnicy. Tylko bez żadnych udziwnień!
Hologram zmrużył oczy i od razu wszedł w mentorski ton. Zocha nasłuchała się o kosmicznych dyrdymałach – plotki o wielkich rakietach krążyły wśród handlarzy na bazarze przy Wałbrzyskiej, dla których dawne imperium Elona stało się już legendą.
– Taczki? Zofia, proszę cię. Moje algorytmy nie będą marnować energii na dziewiętnastowieczną technologię manualną. Skoro potrzebujesz asystenta logistycznego do transportu masowego, zagiąłem czasoprzestrzeń i sprowadziłem dla ciebie absolutny szczyt myśli inżynieryjnej sprzed kataklizmu. Trzymaj się rzepy! Nasz cel to Mars!…
Zocha nawet nie drgnęła. Splunęła siarczyście w piasek i oparła się o szpadel.
– Jaki, psia krew, Mars? – fuknęła, przerywając mu w pół słowa. – Ty mi tu żadnego złomu nie stawiaj na trawniczku i nie pieprz o gwiazdach. Po trzydziestu latach to nadal kultowy mem u Sawiaków. Bachory na ruinach pacykują twojego SmarkShipa.
Hologram Elona nagle zepsuł się na linii szczęki, a suwaki w szafirze zaszczękały nerwowo.
– To był… kontrolowany test aerodynamiki… – bąknął.
– Kontrolowany? Przecież to latające gówno wirowało na orbicie jak pijana krowa! – Zocha machnęła ręką z pogardą, aż Donald na grządce się zatrząsł. – Zero sterowności, silnik ci nie zdążył odpalić! Zamiast się wznosić, to wielkie bydlę zeszło z kursu i pługowało atmosferę burtami. O ładowniach to już nie wspomnę, tam się wszystko pourywało i wirowało jak mucha w kompocie. Na ślinę żeś to kleił? – Machnęła łopatą z wyraźnym obrzydzeniem. – Woda wyciekała z połączeń jak siki z pampersa, a na koniec zrobiliście pokaz fajerwerków nad oceanem, bo wam uszczelki od zbiorników z metanem puściły! Cały luksusowy kadłub z nierdzewki zaliczył takiego zgona, że aż strach patrzeć. I ty chcesz mi rzodkiewkę tym wozić? Pójdzie na zmarnowanie!
Elon schował twarz w wirtualnych dłoniach. Jego cyfrowy garnitur zaczął drgać, a piksele sypały się na krzaki agrestu. Krytyka techniczna, oparta na relacji z fiaska flagowego projektu, z perspektywy mokotowskiej grządki, doszczętnie zniszczyła mu bazę danych.
– Nasz mindset… optymalizacja kosztów… – wykrztusił słabo.
– Wasz mindset to jest usterka na usterce, partaczu! – ucięła ostro Zocha, podnosząc szpadel. – Albo mi ten twój kosmiczny termos natychmiast przerobisz na zwykłą taczkę z kołem, albo to drugie życzenie uznam za sabotaż i osobiście sprawdzę, jak twój szafirowy procesor reaguje na gnojówkę z pokrzyw, w której od miesiąca kisną wątpia z boberka!
Wizja mokotowskiego nawozu podziałała na algorytmy bóstwa błyskawicznie. Cyfrowy miliarder zbladł, uniósł wirtualne ręce i podjął natychmiastową decyzję o ostatecznej redukcji formy.
– Dobra! Przechodzimy do procedury drastycznej kompresji masy! – krzyknął Elon..
Szafirowa czaszka zapulsowała fioletowym światłem. Z oczodołów wystrzeliły dwie wirujące strugi powietrza i kurzu, gniotące niewidzialną prasą resztki flagowej rakiety. Stalowa bryła zaczęła giąć się i składać, prasować niczym luksusowa ulotka SmarkShipa. Niedoróbki, nieszczelne zawory i pęknięte uszczelki zostały skompresowane w jedną, toporną formę.
Coś ciężko rymnęło w piasek.
Na miedzy, tuż obok zagonu z rzodkiewkami, stała ona. Jedna, jedyna, idealnie spasowana, wąska taczka ogrodowa. Wyklepana mocą kwantową z nieszczęsnego kadłuba. Miała jedno, grube, masywne koło, a jej krawędzie były tak gładkie, że nie było mowy o żadnym przecieku metanu. Lśniła w słońcu matowym blaskiem – prosta, ciężka i gotowa na mokotowski czarnoziem.
Zocha podeszła powoli. Chwyciła za rączki, uniosła ją lekko, przejechała kawałek po miedzy, precyzyjnie mijając koper, i skinęła głową z rzadkim uśmiechem aprobaty.
– No – mruknęła pragmatycznie. – Stal dobra, spasowane równo, nic nie będzie mi tu trzeszczeć. Jedno koło jest, w każdą ścieżkę wjedzie. To rozumiem. Drugie życzenie zaliczone.
Hologram Elona zaczął gwałtownie migotać i rwać, a z wnętrza szafiru dobiegło głuche, zmęczone kliknięcie.
– Transporter… zoptymalizowany… – wykrztusił resztkami sygnału. – Moja energia… wynosi… pięć procent… Przechodzę w tryb uśpienia…
– Śpij – mruknęła Zocha, wrzucając gasnącą czaszkę z powrotem do wiadra z narzędziami, prosto na pęki drutu. – Odpoczywaj. Bo kiedy ogórki obrodzą i przyjdzie czas na trzecie życzenie, to dopiero zobaczysz, co to prawdziwy mokotowski biznes.
Chwyciła za rączki swojej nowej, pancernej taczki i z dumnie podniesioną głową ruszyła w stronę schronu, gotowa na wielkie pakowanie dziczyzny. Wszystko szło zgodnie z planem. Klasyka.
W tym samym momencie zza miedzy wychyliła się głowa sąsiada Janusza. Janusz, trzymając w ręku nadgryzionego boczniaka, spojrzał na lśniący schron, na barierę z Łazienkowskiej w rzodkiewkach, a potem prosto w sztywne oczy stracha na wróble z twarzą Donalda. Janusz zbladł, upuścił grzyba, przeżegnał się nabożnie trzy razy i zaczął cichutko, tyłem, wycofywać się w maliny. Wiedział, że z Żelazną Zochą żartów nie ma – u niej każdy kończy jako tyczka pod warzywa.
***
– Wstawaj, jankesie! – zawołała, spluwając w czarnoziem. – Koniec spania na państwowym. Trzecie życzenie czeka, a słońce zaraz zajdzie.
Hologram Elona zmaterializował się z ciężkim trudem, blady, poszatkowany poziomymi liniami awarii. Wirtualny garnitur wyglądał, jakby przeszedł przez wyżymaczkę.
– Zofia… – wykrztusił słabo – Moje rezerwy… to dwa procent. Algorytmy… żądają… restrukturyzacji zatrudnienia. Nie mam mocy na… kolejne anomalie grawitacyjne. Chcesz lecieć… na Marsa? Mam plan awaryjny…
– Znowu Mars? – fuknęła Zocha, stawiając z hukiem wiadro. Woda ze studzienki z drenażem pasywnym, która na głębokości trzech metrów krążyła niczym ślimak pod warzywniaczkiem, była zimna i krystaliczne czysta. Klasa! Przez dwa lata jełop Januszek kopał rowy, sypał węglem i wapieniem. I to tylko za dwie sadzonki. Prawdziwego Graala ogrodników – „Papierówkę” i „Antonowkę”. Niedługo chyba nawet będzie zbierał owoce – pomyślała, po czym melancholijnie i z czułością spojrzała na działeczkę sąsiada.
– Widzisz tę beczkę? – przeszła do rzeczy.
Znękany miliarder spojrzał cyfrowym wzrokiem na dębowy monument.
– Analiza… Organiczne naczynie fermentacyjne… Wysokie stężenie sodu… – bąknął.
– To są ogórki, panie Głowo. I potrzebują solanki. Woda ze studni zimna, sól kamienna z piwnicy Janusza twarda jak głazy, a mi się spieszy. Masz mi swoją technologią kwantową zrobić idealną emulsję. Rozpuść tę sól w ułamek sekundy, podgrzej wodę do dokładnie trzydziestu jeden stopni, żeby bakterie kwasu mlekowego otrzymały idealny optymalny rozruch korporacyjny, i zalej to po same brzegi. Tylko bez bąbli powietrza, bo mi spleśnieją przed grudniem!
Elon uniósł wirtualne dłonie do góry, a jego diamentowe procesory zaczęły szczękać w panicznym rytmie.
– Podgrzewanie molekularne? Sterowanie florą bakteryjną za pomocą tunelu kwantowego? – zawołał piskliwie. – Kobieto, to jest gwałt na moim przeznaczeniu! Moja matryca miała kolonizować układ słoneczny, zarządzać flotami, tworzyć sieć neuronową dla nowej ludzkości! A ty każesz mi… pasteryzować mokotowski kwas?! To technologiczne upodlenie! Moje ego tego nie przetworzy!
– Twoje ego, ty szklany mitomanie, to wirowało jak pijana krowa – ucięła obiekcje wizjonera, podnosząc słoik z gnojówką z pokrzyw. – Albo weźmiesz w troki swoje pięć procent energii i zrobisz z wody roztwór idealny, albo osobiście sprawdzę, czy twój łeb się mieści w słoiku z kwasem siarkowym. Ruchy, Panie Menadżer!
Miliarder z szafiru spojrzał na beczkę, potem na Zochę, a na koniec na Donalda, który w milczeniu trzymał sznurek od kopru. Zrozumiał, że na tych ogródkach działkowych nie ma miejsca na prawa rynku, akcje giełdowe ani obietnice bez pokrycia. Tu rządził czysty, bezwzględny warszawski pragmatyzm.
– Dobra… – wycharczał słabo. – Przekierowuję… ostatnie mikro-watty… na termodynamikę… ogórkową.
Szafirowa czaszka rozżarzyła się po raz ostatni – tym razem nie na fioletowo czy błękitno, ale na głęboki, zielonkawy kolor kiszonki. Z oczodołów wystrzeliły dwa cienkie jak igły promienie, które uderzyły prosto w wiadro z wodą i solą.
Woda natychmiast zasyczała. Bryły soli kamiennej rozpadły się na jony w ułamku sekundy, łącząc z cieczą w idealną, gęstą solankę. Powietrze wokół beczki zapachniało czosnkiem, ozonem i podbitym termicznie chrzanem. Ciecz uniosła się w powietrze, uformowana w wodny walec i z cichym pluskiem przelała do dębowej beczki, szczelnie oblepiając każdy ząbek czosnku i każdy jędrny ogórek. Ani jeden bąbel powietrza nie ocalał.
BUM.
Ostatni zielony błysk zgasł. Szafirowa czaszka z cichym, metalicznym kliknięciem straciła wewnętrzne światło, stając się, zwykłym kawałkiem sztucznego szafiru. Zawarte w nim nanity, rozgrzane do czerwoności termodynamiką ogórkową, w ostatniej mikrosekundzie aktywowały protokół hibernacji, ratując procesor przed stopieniem. Osobowość Elona zwinęła się w mały punkt, zostawiając po sobie jedynie zapach rozgrzanej elektroniki.
Zocha zajrzała do środka, powąchała opary, wetknęła palec i spróbowała cieczy. Solanka była nienagannie ciepła, słona tak, że aż wykręcało język, i przejrzysta jak łza.
– No – mruknęła, wyjątkowo zadowolona. – Doskonała zalewa. Chociaż do weków się nadajesz. – Trzecie życzenie załatwione!
Podniosła z ziemi zgaszoną, czaszkę Mistrza Mitomanii, uważnie sprawdzając wagę. Pasowała. Lekceważąco położyła kryształowy łeb na drewnianym wieczku beczki, dociskając mocno całą konstrukcję, żeby ogóraski nie wypływały.
– Jako kamień dociskowy nie będziesz mi tu pyskował – mruknęła, poprawiając fartuch.
Otarła ręce w flanelową szmatę, spojrzała na Donalda obrośniętego koprem i skinęła głową. Wszystko szło zgodnie z planem. Schron pełen mięsa, koper w pionie, ogórki dociśnięte najdroższym procesorem w historii ludzkości.
Mokotów był gotowy na zimę.