Wieczorem Vrag, ukryty pod swoim kapturem z twardej skóry, poprowadził go w stronę centrum, prosto do Groharu. Błoto gęsto chlupało pod sandałami nielicznych przechodniów.
– Po co tu idziemy? – zapytał Aruun, spoglądając z góry na starego orka.
– Nie wiem. Czuję, że musimy. Piąty mnie prowadzi.
Szczerość tych słów sprawiła, że w dawnym łowcy drgnął pierwszy, prawdziwy niepokój. Kiedy weszli na kamienny krąg, od razu zauważył, że Grohar był silniejszy niż zwykle. Jakby ktoś przed chwilą obficie go nakarmił. Płomień był zbyt równy. Zbyt cichy. Zbyt uważny.
– Czujesz coś? – Vrag uniósł brwi z zaciekawieniem.
– Niczego – odparł Aruun, lekko mrużąc oczy od bijącego blasku.
– Na pewno?
– Nic. Brak wiatru. Brak jakiegokolwiek drgnięcia.
Starszy westchnął i odwrócił wzrok w stronę ognia, jakby tam szukał podpowiedzi.
– A jak wyczuwałeś zwierzynę na mokradłach? – wychrypiał w końcu, nie patrząc na ucznia.
– Zamykałem oczy i myślałem – odpowiedział odruchowo Aruun.
– To zamknij. I myśl. Upoluj, co trzeba.
Chłopak posłuchał. Kiedy opuścił powieki, cały świat zniknął. Nie było placu, nie było Vraga. Został tylko on i powidok płomienia, pulsujący pod powiekami.
To on jest zdobyczą – podpowiedział mu instynkt.
Tylko jak upolować ogień? Próbował osaczyć go w umyśle, tak jak zagnałby bestię w ślepy zaułek, ale Groh wymykał się, parzył, nie dawał się zdusić ani zniszczyć. W głowie Aruuna huczało od gorąca. Skoro nie mógł tej siły zabić, ani powstrzymać, pozostało tylko jedno wyjście, znane każdemu drapieżnikowi. Musiał ją pożreć.
Zaczerpnął. Nie dłonią, nie wolą – czymś znacznie głębiej.
Poczuł palące ciepło wnikające prosto w pierś, rozlewające się w dół kości. W uszach zadudnił mu głuchy rytm bębna: raz, drugi, trzeci. To było jego własne serce. Piąty Wiatr nie wiał już obok niego na placu. Został schwytany. Bił w jego wnętrzu.
Aruun gwałtownie otworzył oczy. Spojrzał przez przygasający, okiełznany Groh i zobaczył coś, co sprawiło, że ów wewnętrzny bęben zaczął uderzać jeszcze szybciej.
***
Głos z tłumu wyrwał ich ze skupienia, jakby podmuch wiatru zdmuchnął wspomnienie o Aruunie. Z grupy słuchaczy znów odezwał się ten sam ciekawski chłopak:
– Mistrzu… ale to przecież istota naszej magii. Tego nas uczą.
Varh’dun uśmiechnął się oszczędnie, jak ktoś, kto widział i wie znacznie więcej, niż kiedykolwiek powie na głos.
– Tak, chłopcze – skinął powoli głową. – Nasze czerpanie ewoluowało przez setki Pierwszych Grohów. Ale fundament pozostał niezmienny. Ten sam rytm. Ten sam schemat. To, czego tamtej nocy dotknął Aruun, jest zaledwie skrawkiem tego, co dziś przekazujemy wam wszystkim.
Widzę w tobie iskrę, młody, pomyślał, mierząc ucznia wzrokiem, lecz nie wypowiedział tego na głos. Zamiast tego spoważniał i ściszył ton:
– Ale to nie czas na debaty. Słuchajcie uważnie… bo w tym miejscu ta historia dopiero zaczyna płonąć.
***
– Imro… muszę ci coś powiedzieć.
Głos Sithy drżał jak płomień tuż przed zgaśnięciem. Na jej starej, pomarszczonej, brunatnej twarzy, pozbawionej już widocznych plam zieleni, malował się dziwny, niemal przepraszający wyraz.
– Co takiego, jaśniepani? – zapytała młoda wieszczka.
Ciekawe, jak stara ona w ogóle jest stara? Sto? Może dwieście Pierwszych Grohów?
Najstarsza uśmiechnęła się smutno.
– Czterysta pięćdziesiąt Pierwszych Grohów, młodziutka. – I nadal nic nie wiem o Wojnie Bogów, dodała już tylko w myślach.
Imra drgnęła, a jej małe nozdrza rozszerzyły się gwałtownie, łapiąc Ruh.
– Czy ja to… powiedziałam na głos?
– Nie. Ale zauważyłam twoje zaciekawione spojrzenie. Wielu ma takie, a potem pytają o wiek.
– Pramatko…
– Nie nazywaj mnie tak, wiesz, że tego nie lubię. Chodź do Groharu. Coś tam na nas czeka.
Imra poczuła, jak żołądek zaciska jej się w supeł. Mgła, wiecznie obecna w Sul-Tar, wydawała się nagle gęstsza. Rozejrzała się jasnymi oczami dookoła.
– Noc z wiatrem nadchodzi. Czemu akurat teraz?
– Miałam sen. Pamiętasz to poruszenie u nas, dokładnie rok temu? Wysłałyśmy cię wtedy na targ, a same radziłyśmy, czy ci powiedzieć, czy nie. Zostałam przegłosowana. Miałaś dowiedzieć się dopiero dziś. W tamtym śnie kazano mi cię tam zabrać. Coś czeka na nas… a może tylko czeka na ciebie.
– Na mnie?!
Najstarsza położyła dłoń na jej ramieniu i westchnęła głęboko, patrząc prosto w jej duże, okrągłe oczy.
– Wierzymy, że to ty odmienisz rozmawiające z Grohem. Że ty wskażesz nam cel.
Zbliżyły się do wielkiego paleniska. Ogień strzelał wysoko. Kiedy stanęły przed kamiennym kręgiem, Imra dostrzegła zmianę. Grohar wydawał się jaśniejszy, dziwnie dopełniony. Jakby na coś czekał.
– Słuchaj, viciu – poprosiła cicho Sitha.
– Czego mam słuchać?
– Płomienia, moje dziecko.
Imra wpatrzyła się w palenisko. Zauważyła to już wcześniej, ale teraz, gdy przyjrzała się uważnie, dostrzegła w nim nitki światła. Cienkie, drgające, tańczące tuż nad żarem. Zamknęła oczy. A one nie zniknęły. Wciąż je widziała, pulsujące pod powiekami. Grohar po drugiej stronie nagle przygasł. Zgasłby całkowicie, gdyby tylko mógł. Imra gwałtownie otworzyła oczy – i wtedy go zobaczyła. Nie z daleka. Nie fizycznie. Dostrzegła jego obecność wewnątrz Grohu. Jego ciepło. Jego drganie.
Płomień w nim. Ścieżki w niej.
Zrozumiała w ułamku sekundy. Dokonał się wybór. On dostał płomień, a ona ścieżkę. Groh celowo rozdzielił te dary, jakby sam lękał się ich jedności. A ostatnia myśl, która przebiła się przez ten chaos, była przerażająco prosta:
To był on… ten, którego…
***
– Ale to piękne! – podskoczyła młoda vicia, wpatrzona w Grohar.
Najstarsza zaśmiała się cicho i otarła łzę, która spływała po jej szczupłym, szarozielonym policzku.
– Ach… potrafisz przerwać w najlepszym momencie, młoda. Zawsze z wami tak jest.
– Ty płaczesz? – spytała zdumiona.
– Nie… – uśmiechnęła się Najstarsza. – Wspomniałam tylko dzień, gdy sama słyszałam tę historię po raz pierwszy. Byłam taka jak ty… prawie taka sama. A teraz… słuchaj dalej.
***
– Musisz to zrobić jeszcze raz – powiedział mentor spokojnie, choć w jego zachrypłym głosie drżała nuta niepokoju. – To, co wtedy. To, czego sam jeszcze nie potrafisz nazwać.
Aruun usiadł ciężko. Był zmęczony tym jednym pytaniem bardziej niż wszystkimi zadaniami całego dnia. Spojrzał na starca. Te jego małe, osadzone dziwnie blisko siebie oczy przewiercały go na wylot. Nie lubił tego spojrzenia.
– Ale ja… nie potrafię. – Dłonie mu drżały. Starał się nad nimi zapanować, ale długie palce żyły własnym życiem. – Próbuję. Nic z tego nie wychodzi.
Staruszek westchnął, odwrócił wzrok i poklepał go po plecach – gest stary, zmęczony, ale prawdziwy.
– Na spokojnie. Powiedz raz jeszcze, dokładnie, co się wtedy wydarzyło.
Aruun zacisnął usta. Opowiadał to już tyle razy, że miał wrażenie, jakby sam płomień mógł za niego to powtórzyć.
– Opowiadałem to już wszystkim… – mruknął, ale poddał się. – Byłem jakby na polowaniu, tylko zamiast zwierzyny był Groh. Chciałem go podejść, zajść od tyłu, aż w końcu go wchłonąłem. A potem… potem zobaczyłem tę młodą i staruchę po drugiej stronie Groharu.
Najstarszy kiwnął głową, choć w jego oczach mignęło coś, czego Aruun nie rozumiał. Troska? Lęk? Respekt?
– Mówiłem ci już, Aruunie: zostaw je. Rozmawiałem ze staruchą. One też nie wiedzą, co się stało. A teraz… myśl.
– Dwa miesiące mnie męczysz tym samym, Vragu – warknął chłopak, bardziej z bezsilności niż ze złości. – I nic z tego nie ma.
Starszy ork uśmiechnął się ojcowsko, odsłaniając wąsko osadzone, równe kły.
– Powtarzam ci zawsze to samo: im częściej ćwiczysz, tym bliżej jesteś. Ale wszystko ma swoje granice. Na dziś koniec, sam wiesz, że ja też nie mam już sił.
Odwrócił się i odszedł kilka kroków, nie znikając jednak w ciemności. Groh oświetlał jego średniowysoką, drobną sylwetkę o barkach wypalonych przez czas. Aruun spojrzał na niego, a serce ciężko mu opadło. Czy ja też będę żył tak długo? Przeżyję swoje dzieci? Swoje wnuki… jeśli w ogóle będę je miał? – Kto by chciał Władającego? – szepnął z goryczą. – My od Piątego Wiatru nie mamy kobiet.
Usiadł naprzeciw Groharu. Płomień tańczył wysoko. Raz wznosił się, raz przygasał, jakby oddychał razem z nim. Zamknął oczy. Powidok ognia pod powiekami nie gasł. Był tak samo wyraźny jak podczas tamtego polowania. Ciężar zebrał mu się w piersi. Żal. Złość. Zmęczenie. Samotność. Wszystko naraz uderzyło mu do głowy.
– Nie chcę tego… – wyszeptał.
I nagle rzucił to wszystko w ogień. Nie ręką. Nie wolą. Czystą emocją. Jakby chciał wypalić w sobie wszystko, co dusiło go od miesięcy. Groh to przyjął. Wciągnął w siebie żal, gniew i strach, jakby naprawdę był wygłodniałą bestią pożerającą uczucia.
A potem nastąpiło uderzenie. Świat drgnął. Żar buchnął w górę ze straszliwym rykiem. Grohar wystrzelił potężnym słupem płomienia, jakby próbował wyrwać się z samej ziemi. Fala uderzeniowa zmiotła Aruuna niczym szmacianą lalkę. Upadł ciężko na kamienie.
Ciemność zamknęła się nad nim jak sul-tarska mgła.
***
– Mistrzu Varh’dunie! – odezwał się ponownie dociekliwy chłopak. – To opowieść nie tylko o Prawie Krwi i Widzenia… to opowieść o początku magii!
Tym razem Varh’dun się nie uśmiechnął. Spojrzał w Wieczny Płomień, martwy i żywy zarazem, a Groh drgnął, jakby rozpoznał ciężar tych słów.
– Nie masz racji, chłopcze – odparł głucho, a ton jego głosu natychmiast uciął wszelkie szepty. – To nie jest początek. Początku nikt już nie pamięta… chyba że pamięta go sama materia.
Zapadła ciężka cisza.
– O tym jednak dowiecie się kiedy indziej – uciął mistrz. – Słuchajcie dalej. Bo właśnie dochodzimy do sedna.
***
Cisza w namiocie była nienaturalna, jakby sam Groh wstrzymywał oddech. Jedynie płomień z pobliskiego Groharu rzucał drgające światło na połatane, wielokrotnie zszywane ściany. Imra siedziała skulona, pochylona nad ciężką księgą, kiedy odezwała się Sitha:
– Imro.
Dziewczyna uniosła głowę, a czarny kosmyk włosów opadł jej na czoło.
– Tak, pramatko… – wyrwało jej się odruchowo.
– Prosiłam, żebyś mnie tak nie nazywała – rzekła cicho Sitha. – Powiedz jeszcze raz, co widziałaś.
Imra westchnęła ciężko, z jawną irytacją.
– Znasz to na pamięć…
– Znam – kiwnęła głową Najstarsza. – Ale za każdym razem może pojawić się szczegół, którego wcześniej nie zauważyłaś. Pamiętasz, jak ostatnio, w zdenerwowaniu, powiedziałaś, że ścieżki zaplatały się wokół siebie? – Młoda zacisnęła usta. – Ten jeden szczegół zmienił wszystko.
– Pamiętam… – szepnęła, spuszczając ponownie wzrok.
– Więc spróbuj jeszcze raz. Co czułaś przed Groharem?
Dłonie dziewczyny, małe i delikatne, wyraźnie drżały.
– Już sama nie wiem… irytację? Że znowu muszę słuchać płomienia. A potem… zobaczyłam te linie. I nazwałam je ścieżkami. Samo przyszło.
Jej głos delikatnie wibrował w Ruh.
– Widziałaś coś jeszcze? – spytała Najstarsza tonem troskliwej matki, nie mentorki. Ani odrobiny nacisku.
Imra pokręciła głową, a w jej oczach zebrały się łzy.
– Nie wiem… naprawdę, Najstarsza…
W namiocie zrobiło się ciemniej. Groh za wejściem szeptał miękkim, ale uporczywym światłem. Imra wpatrywała się w niego z rosnącą fascynacją. Węgiel do pisania ściskała tak mocno, że czarny pył brudził jej opuszki. Najstarsza milczała. Jakby czekała na coś, co musi wydarzyć się samo. A wtedy płomień… odezwał się tylko do vici. Nie słowem – rytmem. Szeptał wprost do jej umysłu:
Spal… spal… spal…
Imra wpatrzyła się w palenisko szeroko otwartymi oczami. Była już poza namiotem, poza światem, poza własnym ciałem. Istniał tylko płomień. I ten jeden rytm, jedno niosące się echo.
Spal… spal… spal…
Jej dłoń poruszyła się sama. Najpierw węglem. Potem, gdy czarny kawałek pękł i potoczył się po stole, rysowała własnym palcem. Myśli zgasły. Nie widziała stołu, nie czuła skóry ścieranej boleśnie o surowe drewno.
Spal… spal… spal…
Stała się jednością z transem. Ruchem. Szeptem ognia. Rysowała symbol, którego nie znała żadna rozmawiająca z ogniem. Znak, który nie miał jeszcze imienia. Aż wreszcie ostry, palący ból przeszył jej krwawiący palec.
Zaraz potem poczuła drugi ból. Inny. Brutalny. Jakby uderzył w nią głaz. Gwałtowne, parzące światło wdarło się do jej głowy, po czym zapadła się w głęboką ciemność.
Świat zaczął wracać powoli. Najpierw jako odległy, niewyraźny szept. Ktoś trzymał ją za rękę – mocno i ciepło.
– No już, viciu… – głos Najstarszej był bardzo blisko, aż zbyt blisko. – Wiem, że już się ocknęłaś.
Imra nie otwierała oczu. Bała się tego, co zobaczy.
– Co… co się stało?
– Już jesteś z nami, viciu – odpowiedziała łagodnie Sitha. – Wpadłaś w trans. Zbyt głęboki. Mogłabyś zrobić sobie krzywdę… musiałam cię uderzyć, żeby cię zatrzymać. Przepraszam.
– Aleś ją zdzieliła! – dobiegł z tyłu skrzekliwy głos jednej ze starszych.
– Nie wiedziałam, że w twoich kościach tli się jeszcze tyle pary! – dodała druga.
Najstarsza obróciła się i zgromiła je spojrzeniem.
– Cicho. Niech dojdzie do siebie.
Imra leżała na posłaniu swojej nauczycielki. Palec pulsował. Skroń bolała potwornie, jak po uderzeniu kamieniem. W końcu odważyła się zapytać:
– Co ja… narysowałam? Co to było?
Najstarsza odsunęła się nieco, jakby nagle przestraszyła się własnych słów.
– Nie wiesz?
Imra pokręciła głową, otwierając wreszcie oczy.
– My też nie. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Ale teraz odpoczywaj.
***
Młoda vicia siedziała z rozdziawionymi ustami.
– To… to ten tatuaż, który nosisz na rękach? Ten sam symbol?
Najstarsza uśmiechnęła się łagodnie.
– Tak, viciu. Masz bystre oko.
Dziewczyna pochyliła się niżej, jakby chciała dokładnie zobaczyć, jak blask płomienia odbija się w ciemnych liniach na skórze staruchy.
– A kiedy ja będę miała taki?
Najstarsza spojrzała głęboko w Grohar.
– Kiedy przyjdzie czas, viciu. Kiedy przyjdzie twój czas.
I opowieść popłynęła dalej…