- Opowiadanie: Hesket - Szósty Dzień Rocka

Szósty Dzień Rocka

Cześć 

Zapraszam na nowe opowiadanie. Tekst zawiera wulgaryzmy.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Szósty Dzień Rocka

 

 

Przeprowadziłem się tutaj trzy lata temu i nadal jestem pod wrażeniem nowoczesnych domów, idealnie przystrzyżonych trawników oraz ludzi, którzy wyglądają i mówią, jakby przed momentem wyszli ze studia telewizyjnego. Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto miałby zepsute zęby, krzywy zgryz lub wypadające włosy. Oni przypominają plastikowe zabawki i nie trzeba ich nakręcać. Zawsze dokądś się spieszą, często krzyczą. Samochody zaparkowane przy krawężnikach są luksusowe, naszpikowane elektroniką i zastanawiam się, czy jeśli krzyknąłbym, uruchomiłbym zamontowane w nich alarmy? Kusi mnie, żeby spróbować.

Mam wrażenie, że wschodzące słońce również nie jest prawdziwe. Światło poranka jest płaskie i nie zachęca do rozpoczęcia dnia.

Duszno tu. Muszę otworzyć okno.

W życiu spotkałem dwie niesamowite osoby. Jedna już niestety nie żyje, a druga ma mnie odwiedzić lada moment. Zaglądam na wyciszony smartfon. Dostałem esemesa: Nie będę dzwonić. Wyłaź!

Wchodząc, zawadziła o wycieraczkę. Wsparła się o ścianę. Szklana antyrama, w którą oprawiłem nowy plakat The Doors spadła, rozbijając się w drobny mak.

– Tola, wiesz ile za to dałem?!

– Tysionc pińcet sto dziewnińcet. – Złapała mnie za policzek. – Ti, ti, ti. Jaki biedny, mały chłopczyk.

– Nie taki mały. Ważę ponad sto kilogramów.

– To masz się czym chwalić – zaśmiała się. – Lepiej zrób kawę.

Ekspres cicho szumiał. Siedzieliśmy przy stole w kuchni, a ona gapiła się w okno. Nieobecna, zamyślona, w końcu przerzuciła wzrok na mnie. Jej oczy dotąd małe i przenikliwe rozszerzyły się.

– I co myślisz o tej budzie? – zapytała.

– Nie wiem. Gadają, że jest w niej super akustyka. Zawiesili szyld Sztorm.

– W sobotę jest koncert Stonkowców. Może się wybierzemy?

– Jeśli się wyrobię z obrazem, to bardzo chętnie.

– To lepiej się wyrób, bo ostatnio jesteś zakręcony jak stado bizonów.

Puściła do mnie oczko i ściągnęła usta w dziubek.

– Mój ty misiaczku.

– Co ci przyszło do głowy, żeby mnie tak nazywać?

– Jak schudniesz trzydzieści kilogramów, nazwę cię koliberkiem. Na razie jesteś misiem.

Wolałem nie komentować, bo w gruncie rzeczy miała rację. Z dnia na dzień czułem się coraz gorzej. Zaczynały mnie boleć kolana, a przy sznurowaniu butów, sapałem jak lokomotywa.

– Soboty nazwali Szósty Dzień Rocka. Chcą zrobić z tego imprezę cykliczną i liczą na dużą frekwencję – oznajmiła.

– Skąd wiesz?  

– Kręcę się tu i tam – westchnęła, po czym wstała od stołu. – Dzięki za kawę.

– Już wychodzisz?

– Rodzyn mnie wzywa.

– Jaki znowu Rodzyn?

– A tak sobie powiedziałam, żebyś miał zagadkę.

 Tola trzasnęła drzwiami, ale nie miałem jej tego za złe. Nikogo nie udawała, (nigdy nie przyłapałem jej na tym), a do tego wszystkiego rozbrajało mnie, gdy się uśmiechała.

Poznaliśmy się w sklepie muzycznym. Rozglądałem się za nową gitarą elektryczną. Wpatrzony w zielonego Ibaneza, nawet nie zorientowałem się, że ktoś przy mnie stoi. Miała irokeza i twierdziła, że uwielbia zapach świeżych instrumentów, dlatego lubi od czasu do czasu przyjść do sklepu, i nawąchać się ile dusza zapragnie. Już nie pamiętam, kto zagadał pierwszy, natomiast doskonale wiem, że wypiliśmy nad Wisłokiem kilka piw i na końcu wino. Na drugi dzień moja głowa chciała eksplodować, a ja najchętniej odleciałbym nawet na Marsa, byleby tylko pozbyć się tępego bólu w skroniach.

Wyciągnąłem mój notes w formacie A4, w którym zapisywałem nowe piosenki. Przebrnąłem przez wczorajsze bazgroły i stwierdziłem, że są nic niewarte. Wpatrzony w ulubione pióro wieczne Parker, myślałem, co tak naprawdę chcę napisać. Wiedziałem z doświadczenia, że jeśli przez pół godziny niczego nie spłodzę, to później tym bardziej. Dlatego, gdy czas minął, wstałem i wyszedłem z mieszkania. Skierowałem się w stronę parku. Usiadłem w cieniu wielkiej lipy na obdrapanej ławce. Wpisałem w wyszukiwarkę hasło Szósty Dzień Rocka. Wyświetliła się wielka reklama z uśmiechniętymi Janis Joplin i Jimi Hendrixem, Wirtuoz gitary, który zmarł w wieku dwudziestu siedmiu lat, zapraszał ręką wszystkich na: Piekielny koncert! Będzie tak gorąco, że nie zapomnisz tego na Wieki.

Pomyślałem, że ktoś strzelił literówkę, bo dlaczego wieki dużą literą? Ale czytając dalej miałem nieodparte wrażenie, że coś tu jest nie tak. To znaczy, bardziej ze mną, bo nie mogłem sobie przypomnieć, w którym momencie dokonano remontu lokalu. Stało się to nagle, jakby ktoś rzucił magiczne zaklęcie. A może to dlatego, że pracowałem zdalnie i po prostu nie widziałem zmian. No, tak, przecież w podobny sposób powstał plac zabaw, a ja tego w ogóle nie zauważyłem.

Mój pusty żołądek dawał znać o sobie głośnym burczeniem. W wyobraźni zobaczyłem kebab.

 Umówiłem się z Tolą, że będę na nią czekał przed wejściem. Przy drzwiach wisiał wielki niebieski neon, przedstawiający syrenę, trzymającą w rękach gitarę elektryczną. Morska pani mogłaby nawet być ładna, gdyby lewe oko nie sprawiało wrażenia, że wylewa się z oczodołu.

Obiecałem sobie, że już nigdy nie wrócę do palenia papierosów i złamałem przyrzeczenie. Na szczęście byłem niewierny tylko sobie. Gdy kończyłem Lucky Strik’a, zobaczyłem Tolę, sprężyście maszerującą. Ubrana w Martensy i spódnicę mini, wyglądała bosko. Widok jej długich nóg i łuków wewnętrznej strony ud, hipnotyzował i podniecał.

 – Długo czekasz? – zapytała.

 – Nie.

Wręczyła mi bilety.

 – Myślałam, że nie palisz.

 Wydmuchując dym, wpatrywałem się w niebieski neon.

 – Nie widać jej cyców – powiedziałem.

 – Wzięli się na sposób i gitarą zasłania. Doprawdy majstersztyk – podsumowała.

 – Ten zespół jest z Podlasia.

 – No. Przejechali długą trasę, żeby u nas zagrać.

Weszliśmy. Łysy koleś zapiął nam czarne papierowe opaski na nadgarstkach.

– Udanej zabawy – powiedział i puścił oczko.

Usiedliśmy w loży obitej czerwonym materiałem. Od razu przypomniał mi się David Lynch i jego krwiste scenerie, brakowało tylko karła tańczącego pomiędzy stolikami i wysokiej blondynki. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby z sufitu spadały wielkie, białe robale.

 Zamówiliśmy po piwie.

 – Co myślisz o tym lokalu – zapytała Tola.

 – Bo ja wiem. Wydaje się być całkiem niezły.

 – Co to znaczy: niezły?

 – Nie znam się na wystroju wnętrz. Jestem tylko informatykiem.

 – Jazz, rozumiem, że jesteś, ale chyba masz jakiś gust?

 Potrafiła wjechać na ambicję.

 – Podoba mi się.

 Uśmiechnęła się, odsłaniając równe, białe zęby. Lubiłem to. Jeszcze ten jej mały podbródek i nosek. Czasami żałowałem, że jesteśmy tylko znajomymi. Kiedy rozmarzony odpływałem, rozległ się huk.

 – Kurwa, uważaj Koko. Rozpieprzyłbyś mi wzmacniacz.

 Wysoki chłopak pchający basowy wzmacniacz, poprawiał co chwilę kaszkiet, który chciał mu chyba zrobić na złość, zsuwając się nieustannie na oczy.

 – Koko! – krzyknął idący za nim niski rudzielec. – Jak coś zepsujesz, zapłacisz za to z własnej kieszeni.

 – Dobra. – Dryblas ustawił wzmacniacz Hartke pod ścianą i ruszył z powrotem na zewnątrz.

 Rudy skierował się do toalety. Gdy wyszedł, przeczesał dłonią włosy i mruczał coś pod nosem, patrząc na scenę.

 – Mała, co nie? – zapytał.

 Spojrzałem na niego, nie wiedząc, czy zwrócił się do mnie, czy tak po prostu chciał porozmawiać ze sobą.

 – Scena?

 – Według mnie jest za mała. Nie zmieścimy się – cmoknął z niesmakiem. – Aj, jaj, jaj. Gdybym wcześniej wiedział. Mogłem rzucić okiem na stronę lokalu w internecie. Mam za swoje.

 Wyciągnął rękę w moją stronę.

 – Wibek, miło mi.

 – Jazz.

Wymieniliśmy uściski dłoni niczym politycy podczas zlotu w Davos, a on zaśmiał się wyjątkowo czymś rozbawiony. Dziwne, bo przed chwilą wyglądał na kogoś, kto chce wysadzić cały świat w powietrze. Miał nienaturalnie duże zęby, co w połączeniu z kolorem czupryny sprawiało przykre wrażenie. A może tylko mi się wydawało, bo nie lubiłem rudzielców. Dostrzegłem mnóstwo piegów na nosie i policzkach. O mało co, a zakrztusiłbym się piwem.

 – Długo czekacie? – zapytał.

 – Nie. – Tola patrzyła w stronę baru. Najwidoczniej chciała zamówić kolejne piwo.

 – Para?

 W tym momencie stwierdziłem, że chłopak jest wścibski i nic mu do tego. Grzecznie odpowiedziałem:

 – Znajomi.

Podrapał się po głowie, jakby zakłopotany tym, co powiedziałem.

– Na nic sprawa – orzekł. – Muszę zabrać się za robotę, bo to wszystko samo się nie nagłośni. Spoko z was ludziska.

 Odszedł, a mnie pozostał niesmak po tym gościu. Może, gdyby nie zadał ostatniego pytania, wziąłbym go za całkiem miłego typka, ale w tym wydaniu… nie ma mowy.

Nagle poczułem chłód i wyobraziłem sobie Bukę, przechodzącą obok, z tym jej krzywym durnym uśmieszkiem. Miałem na sobie koszulkę z krótkim rękawem. Spojrzałem na ręce, które pokryła gęsia skórka.

 – Włączyli klimatyzację?

 – Nie. Gdyby włączyli, usłyszelibyśmy szum. – Tola rzuciła okiem w stronę nawiewów.

Ktoś złapał mnie za ramię. Podskoczyłem niczym wystraszony zając.

 – Jak podoba się państwu lokal?

Głos należał do wyjątkowo bladego, wychudzonego mężczyzny. Mógł mieć na oko pięćdziesiąt lat. Niewielka siwa broda upodabniała go do kozła, ale oczy przypominały ślepia jastrzębia, przenikające człowieka na wskroś.

 – Przestraszyłem pana? – zapytał nieznajomy.

 – Trochę tak.

 O mały włos, a zszedłbym przez niego na zawał. Miałem ochotę zbluzgać typa, ale starałem się zachować pozory uprzejmości. Tola przysłuchiwała się naszej rozmowie. Co chwilę jej brwi unosiły się i opadały.

 – Jestem Ulf. – Wyciągnął rękę.

 – Tola.

 – Jazz.

 Wymieniliśmy uściski dłoni.

 – Można się dosiąść? – Jego twarz rozpromienił uśmiech.

 – Proszę – odpowiedziałem.

 Tola kiwnęła głową i albo mi się wydawało, albo zobaczyłem w jej oczach strach. Dotąd zrelaksowana, patrzyła na mnie, jakby za chwilę miało się wydarzyć coś okropnego. Też to czułem. W wyobraźni ujrzałem go, jak odsuwa płytę nagrobną na cmentarzu i wyłazi z niej, po czym śmieje się, a z jego ust sypią się zgniłe zęby, jeden za drugim i spadają na betonowe płyty z cichym puk, puk, puk.

 – Nie chciałem, bynajmniej – powiedział. – Wiem, że nie wyglądam jak przeciętny zjadacz chleba. Mam anemię, dlatego jestem taki blady.

 – O, to przykre – skwitowałem.

 – Nie wiem, czy takie znowu przykre, biorąc pod uwagę, że niedługo umrę.

 Gapiłem się na wieszak przy drzwiach. Tola zapewne też błądziła gdzieś wzrokiem.

 Nagle Ulf wybuchnął śmiechem. Śmiał się zbyt głośno, żeby uznać to za zwykłe rozbawienie. Złapał się za brzuch i wyszeptał, mając łzy w oczach.

 – Boże, jakie to zabawne. Mam pięćdziesiąt cztery lata, a będę musiał się pożegnać z tym światem.

 – Współczuję – powiedziałem.

 – Ależ, nie ma czego! Doprawdy! Jestem wyjątkowo zadowolony.

 Nie wytrzymałem.

 – A co jest takiego zabawnego w śmierci?

 – Nie śmierć jest zabawna, a fakt, że wszyscy jesteśmy tutaj tymczasowo. Wiesz… Jazz, ile razy przejmowałem się błahostkami? Głupoty spędzały mi sen z powiek. Weźmy na ten przykład moją żonę, która zdradzała mnie regularnie, a ja w tym czasie harowałem na dwa etaty, żebyśmy mogli wyjechać na wakacje all inclusive. Wypruwałem sobie flaki. I w gruncie rzeczy, tylko flakami jesteśmy.

 Nie wiedziałem za bardzo, co odpowiedzieć. Postanowiłem przemilczeć i poczekać na dalszy rozwój wypadków.

Ulf nachylił się w naszą stronę, zmrużył oczy i kontynuował monolog:

– Przyszedłem do szpitala. Pchnąłem ciężkie drzwi i poczułem ten specyficzny zapach. Chyba wiecie, jaki? Usiadłem w kolejce i czekałem grzecznie. Młoda pielęgniarka wyszła z gabinetu, odwróciła się na moment, rzuciła: tak, panie doktorze. Bardzo chętnie.

W takich chwilach przychodzą człowiekowi różne dziwne myśli do głowy. Nie byłem wyjątkiem, a ona przecież miała takie śliczne długie nogi. Dziwne, że pamięta się tyle szczegółów. Słyszę odgłos jej drewniaków, gdy oddalała się w kierunku recepcji. Gdybym narodził się na nowo, chciałbym mieć taką żonę.

 Spojrzałem na zegar wiszący w holu. Przed czternastą zostałem zaproszony do gabinetu. Doktor wskazał ręką krzesło:

 – Proszę usiąść – powiedział. – Muszę przekazać panu smutną wiadomość. Jestem pan poważnie chory.

 A później już nie musiał wiele tłumaczyć. Widział, że w ogóle nie jestem zainteresowany. Był tylko zdziwiony moją reakcją. Wyszedłem i zamknąłem za sobą drzwi. Teraz wydaje mi się, że trochę za mocno. Nigdy tam nie wróciłem i nie mam zamiaru. Bo żyje się tylko raz, co nie?

Ulf zaśmiał się szaleńczo.

 – Nie wiem, czy to dobrze, że padło na was, ale chciałem wam coś dać, ponieważ nie chcę, żeby… jak to się mówi? Żeby się zmarnowało.

 Tola popatrzyła na mnie zdziwiona.

Wyciągnął z kieszeni czerwony, nakręcany zegar, z tarczą pokrytą do tego stopnia rdzą, że ledwo było widać wskazówki. Nakręcił go, mechanizm ruszył. Ulf utkwił wzrok na czymś za nami, jakby zobaczył coś wielce osobliwego. Wziął głęboki wdech i powiedział:

 – Teraz mogę odejść.

 Wstał i wyciągnął dłoń na pożegnanie. Niewiele się zastanawiając, uścisnąłem ją i dopiero po chwili dotarło do mnie, jak bardzo była zimna. Nie wiem, jak chłodny może być nieboszczyk, ale dzięki temu, mogłem sobie to uzmysłowić. Zobaczyłem w oczach Ulfa bezbrzeżny smutek. Jak u kogoś, kto odchodzi na zawsze tam, skąd nie można powrócić i jednocześnie ulgę, że w końcu nadeszło to, czego nie można zmienić, bo pewne rzeczy dzieją się, czy tego chcemy, czy nie.

 – Było mi bardzo miło, że mogłem was poznać. Żegnajcie.

 Nastrój żałoby udzielił się również Toli, która siedziała do tej pory cicho. Niepodobne do niej milczenie, teraz znalazło ujście w potoku słów.

 – Widziałeś jaki był blady? Cała krew z niego uszła.

 – Może to wampir? – zaśmiałem się.

 – Nie rób sobie jaj. Widziałeś, że facet jest poważnie chory.

 – Tak, ale było coś jeszcze.

 – Co? – Tola zaczęła obgryzać paznokieć kciuka.

 – Momentami wydawało mi się, że jest przezroczysty.

 – No, to przebiłeś tym wszystko – podsumowała. – Czyli twierdzisz, że mógł być hologramem, albo, co gorsza, duchem?

 – Nie mam pojęcia, ale ten lokal coraz mniej mi się podoba. Zwróć uwagę na towarzystwo, które w międzyczasie weszło do środka. – Kiwnąłem głową w stronę przybyłych.

 Oni też byli dziwni. Na pierwszy rzut oka niczego nadzwyczajnego w nich nie było, lecz jeśli dłużej się patrzyło, tym bardziej wydawali się ulotni, zamiast chodzić, sunęli nad podłogą. A może to wzrok płatał mi figle lub niebiesko-zielone oświetlenie miało w tym udział. Powietrze do tej pory rześkie gęstniało, jeśli w ogóle coś takiego jest możliwe. Skupiłem uwagę na niskim kolesiu, który utykał na lewą nogę i chyba to zauważył, bo po kilku sekundach błyskawicznie odwrócił głowę w moją stronę. Oderwałem od niego wzrok. Gapiłem się w Tolę, jak w ostatnią deskę ratunku.

 – Wiejmy stąd – powiedziałem. – Nie podoba mi się to jak cholera.

 – Ale zapłaciliśmy za bilety. – Była zniesmaczona. – Chcesz wyjść tylko dlatego, że coś przeczuwasz? To zniekształcenie poznawcze.

 – Co to jest?

 – Tak się dzieje, gdy źle interpretujesz zachowania osób z otoczenia.

 – Bardzo fajne określenie, ale to niczego nie zmienia.

 – No, dobra – zasmuciła się – więcej nie zaproponuję ci koncertu.

 Na scenie dryblas porozstawiał cały sprzęt. Wszystko było gotowe. Muzycy Stonkowców robili test dźwięku. Zabrzmiała gitara prowadząca. Grał na niej chłopak wyglądający jak albinos – biały jak ściana po świeżym malowaniu. Brakowało mu tylko różowych oczu. Basista brzdęknął coś chyba na najgrubszej strunie, bo wzmacniacz odezwał się tak nisko, że wibracje zatrzęsły lokalem.

 – Ścisz trochę! – zawołał albinos.

 Perkusista, wyglądał równie osobliwie, co reszta. Z daleka jego szczęka przypominała podstawę trapezu, a głowa zwężała się ku górze tak drastycznie, że wyglądała jak połowa wielkiego jaja.

 Wyszliśmy. Odpaliłem papierosa i zacząłem kaszleć.

 – Lepiej to rzuć – Tola patrzyła na mnie z politowaniem.

 – A, odwal się!

 Zaśmialiśmy się prawie równocześnie.

 – Wziąłeś ten zegar?

 Wyciągnąłem z kieszeni prezent od Ulfa.

 – Gdybym cię nie znała, pomyślałabym, że jesteś kolekcjonerem staroci. Po cholerę ci to.

 – Tola?

 – Co?

 – Wskazówki się cofają.

 – Nie dziwię się, w takim starociu, wszystko możliwe.

 Usłyszałem pierwszy utwór Stonkowców. Zaczęli od coveru The Rolling Stones – Time is on my side. Szło im całkiem nieźle. Podczas refrenu ludzie powoli wychodzili z lokalu. Gromadzili się przed drzwiami… i patrząc na nas, śpiewali razem z wokalistą. Upadłem na ziemię, wypuszczając zegar z dłoni. Zobaczyłem leżącą tuż obok Tolę. Zamknęła powoli powieki. Zanim zapadłem w mrok, usłyszałem tylko:

 

 Biedni żyjący, wszak umrzeć z nich każdy musi

 Czas im nie sprzyja, choć bardzo tego pragną

 I tylko cierpliwi dojdą do celu

 Strudzeni wędrówką ujrzą zbawienie

 

 

ilustracja: Bartłomiej Kalinowski/ Hesket

 

Koniec

Komentarze

Tak, dziwne opowiadanie. I zaskakująco (mnie zaskoczyło) inne niż te, które czytałam wcześniej. Czyli – nie wpadasz w schemacik:) Gratulacje

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Od spotkania z Ulfem opowiadanie jest naprawdę mocne. Miałem ciarki, jakbym uświadomił sobie coś strasznego, choć tak naprawdę na co dzień doskwiera mi lęk egzystencjalny i poczucie przemijania.

bogjelen

Cześć, Teo

Dziękuję za odwiedziny i czytanie ;-)

 

Cześć, bóg jeleń08

Jakże się cieszę, że poczułeś ciarki. 

Pozdrawiam

Cześć! ;)

Zacznę od tego, że bardzo podoba mi się szkic. Fajnie buduje klimat.

Opowiadanie napisane bardzo dobrze! Czyta się praktycznie jednym tchem, co jest dużym plusem, bo tempo się nie gubi. 

Jedyne co, to czuję lekki niedosyt przy zakończeniu. Pomyślałem sobie “Robi się bardzo ciekawie!” i nagle koniec ;D Ale klimat lokalu siadł idealnie, aż można było poczuć tę specyficzną duszność takich miejsc ;)

 

Pozdrawiam serdecznie! ;)

Cześć, dovio

Ostatnio z czasem na pisanie krucho, ale robię, co mogę :-) Inaczej głowa pracuje, gdy ciało zmęczone, ale zawsze to nowe doświadczenie. Piszę to w kontekście zakończenia, bo może z tego wynika wrażenie ucięcia tekstu. 

Dziękuję za dobre słowa.

Pozdrawiam

Ha! Tekst pasuje do zdjęcia profilowego Autora.

No, rzeczywiście – zaczyna się dość niewinnie, a tu ni z tego, ni z owego, jakbym się znalazł w Ubiku. Gratuluję pomysłu i wykonania!:)

Cześć, Mehiko

To dla mnie wyróżnienie zostać porównanym tak zacnie :-)

Zgadza się. Gram i śpiewam. Dzięki, że zajrzałeś.

Pozdrawiam

Heskecie, choć opowiadanie zaciekawiło i całkiem dobrze się czytało, to musze powiedzieć, że z chwilą pojawienia się Ulfa poczułam, że zaczynam się gubić i to wrażenie pozostało mi już aż do dość nagłego końca.

 

Za­wsze gdzieś się spie­szą… → Raczej: Za­wsze dokądś się spie­szą

 

Pod­par­ła się o ścia­nę. → Oparła/ Wsparła się o ścia­nę.

Podpieramy się czymś, na przykład laską, nie ścianą.

 

stwier­dzi­łem, że są nic nie warte. → …stwier­dzi­łem, że są nic niewarte.

 

bo dla­cze­go wieki z dużej li­te­ry? → …bo dla­cze­go wieki dużą literą?

 

W wy­obraź­ni zo­ba­czy­łem ke­ba­ba. → W wy­obraź­ni zo­ba­czy­łem ke­ba­b.

Tu znajdziesz odmianę rzeczownika kebab.

 

Od­szedł, a mi po­zo­stał nie­smak po tym go­ściu. → Od­szedł, a mnie po­zo­stał nie­smak po tym go­ściu.

mnie czy mi? tobie czy ci? – Słownik języka polskiego PWN

 

bio­rąc pod uwagę, że za nie­dłu­go umrę. → …bio­rąc pod uwagę, że nie­dłu­go/ niebawem umrę.

Choć zdaję sobie sprawę, że Ulf nie musi mówić poprawnie.

 

– No, dobra. Za­smu­ci­ła się. Wię­cej nie za­pro­po­nu­ję ci kon­cer­tu. → Potraktowałabym to jak wtrącenie: – No, dobra – za­smu­ci­ła się – wię­cej nie za­pro­po­nu­ję ci kon­cer­tu.

 

 – Wska­zów­ki się cofią. → Wskazówki się cofają.

Chyba że to celowe.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, regulatorzy.

Wprowadziłem poprawki. Dziękuję za wyłapanie błędów. Mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej i się nie zgubisz :-)

Pozdrawiam

Heskecie, do następnego razu postaram się odnaleźć i, rzecz jasna, już nie zgubić. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Dziwny tekst.

Taki jakiś… niedopowiedziany. Nie za bardzo wiem, co tam się stało, co się ma stać i o co chodziło. Ale przecież coś się wydarzyło.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka