Dziękuję za wcześniejszą pomoc w betowaniu. Jest to dalekie od ideału, ale moje własne. Tarnina, Ambush, beeeecki – dobrze jest mieć Was w znajomych.
Dziękuję za wcześniejszą pomoc w betowaniu. Jest to dalekie od ideału, ale moje własne. Tarnina, Ambush, beeeecki – dobrze jest mieć Was w znajomych.
Maryl potknął się, oglądając naprędce przez siebie naprawione koło. Nie wyglądało to dobrze. Wóz przechylił się na bok, a kruche amfory z winem niebezpiecznie stuknęły o siebie.
Cóż, tyle musi wystarczyć… – pomyślał, po czym podszedł do konia i pogłaskał go po pysku.
Z trudem, ze swoim okazałym brzuchem, próbował się ponownie wgramolić na wóz. Gdy to się w końcu udało, usiadł i dysząc ciężko, ocierał spocone czoło.
– No koniku, w drogę!
Gdy tylko chwycił lejce, a wierzchowiec ruszył, usłyszał niepokojący trzask w tyle wozu. Amfory ponownie zastukały o siebie, tym razem przemieszczając się na drugą stronę. Przeżegnał się nadgorliwie, trzykrotnie całując medalik z Płonącą Panienką, po czym ociężale zszedł na błotnistą drogę.
– O nie, nie! – mamrotał do siebie, widząc w blasku księżyca, jak wylewa się karmazynowa zawartość rozbitych amfor. – Trzeba było zainwestować w beczki, na Panienkę! Cholerne, gliniane… A mówili, że wystarczy owinąć słomą!
Usłyszał tupot konia za sobą, ktoś pojawił się wyjeżdżając z lasu. Było już późno, zbliżała się północ, a wrześniowe wieczory nie należały już do najcieplejszych. Nie spodziewał się nikogo spotkać. Nieznajomy zatrzymał się gwałtownie, a kupiec stanął jak wryty.
– Ograbią mnie tu i zabiją… ograbią i… – mówił do siebie Maryl trzęsąc się ze strachu.
Jeździec jechał stępa, zbliżając się do kupca i dokładnie przyglądając się jego dobytkowi. Maryl odwzajemnił spojrzenie, a lampa przy wozie rozświetliła twarz dziwnego jegomościa w kapturze.
Miał on krzywo zrośnięty nos i wchodzące na szyję białe tatuaże w kształcie liści paproci. Uśmiechnął się i chcąc już coś powiedzieć usłyszał, że ktoś jeszcze pojawił się za nim na drodze.
– Niech to… szczęściarz – warknął nieznajomy do kupca i odjechał, tym razem w pośpiechu.
Maryl był tak przestraszony, że zgasił lampę i przylgnął plecami do wozu.
– Hej! Ty! – krzyknął jeździec, a kupiec niemal podskoczył.
– Taak?! – odpowiedział po dłuższej chwili Maryl.
– W potrzebie jesteś?!
– Nie chce kłopotać jaśnie pana! – odpowiedział, nadal nie spoglądając w kierunku przybysza.
– W potrzebie jesteś, czy chcesz być? – zażartował jeździec, ale kupiec żartu nie zrozumiał. – Ehh… Sam żeś?!
Maryl dygotał cały, ledwie powstrzymując dzwonienie zębów. Był pewien, że trafił na rozbójników. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Trzęsące się nogi kazały mu uciekać, rozsądek coś odpowiedzieć, a serce… nie zostawiać majątku.
– Sam… ja z taboru książęcego. Na pewno zaraz kto się cofnie. Nie kłopocze się…
Pieprzysz, grubasku… – pomyślał jeździec, po czym zbliżył się do wozu.
– Tabor książęcy tędy nie jeździ. Trzyma się głównego traktu. A my jesteśmy daleko poza nim… Coś za jeden, gadaj. Właśnie ci skórę uratowaliśmy.
Maryl dopiero teraz zorientował się, że obcych jeźdźców jest dwóch. Drugi w ciszy wyłonił się zza wozu.
– Jestem kupcem, na targ zmierzam… Do grodu. Niedaleko. – Nerwowo oglądał się za siebie.
– Kupiec powiadasz? – Jeździec zsiadł z konia. Zauważył czerwonawe plamy na boku wozu. – A czym kupczysz, drogi kupczyku… co? Imię jakieś masz?
Drugi jeździec zagrodził przerażonemu Marylowi drogę ucieczki, wyjeżdżając zza wozu.
– A to co? – wskazał czerwonawe plamy na burcie wozu.
– Wino… – odpowiedział Maryl po chwili namysłu.
– Wino?
– Wino. W amforach – tłumaczył jąkając się. – Amfory potłuczone. Jak mówiłem zmierzałem na targ, ale to wszystko…
– Trzeba było zainwestować w beczułki… – pouczył go jeździec.
Maryl skrzywił się, przekonał się o tym boleśnie dla swojej sakiewki.
Jeźdźcy przyjrzeli się wozowi i ponownie umocowali koło, które wypadło z osi. Maryl – zdziwiony – przyjrzał się im przy tym dokładniej.
Na sobie mieli ciemne, przybrudzone płaszcze z kapturami, które głęboko skrywały ich twarze. Na ramionach zaś i torsie widać było skórzaną zbroję, poprzetykaną pasami i sprzączkami. Wyglądały na niechlujnie zszyte. Od pasa zaś, biodra okalała im czarna płachta ze znakiem herbowym, z ledwie widocznym śladem wilczej łapy. Zaczął domyślać się, z kim ma do czynienia.
– Dziękuję, panowie! – Maryl starał się zabrzmieć pewnie, ale jego głos nadal zdradzał poddenerwowanie. – Nieczęsto zdarza się, że kto na drodze pomoże. Ale nie kłopoczcie się. Jak to się mówi – zbója spotkać na drodze, to nie przelewki, ale odciągać strażników od ich zajęć to…
– Pech… – dokończył jeździec. – Wiesz kim jesteśmy?
– Eee… Wilczarzami? – dodał niepewnie kupiec.
– Wilczarzami – powtórzył powoli jeździec. Czuł, że kupiec jest do nich uprzedzony, mimo to próbował go uspokoić. – Jestem Enurt, a to mój brat, Wilga. Jesteśmy w okolicy przejazdem.
– Mimo wszystko lepiej trafić na strażników, niż na tego tam. – Maryl nadal jąkał się niemiłosiernie, choć nabierał nieco odwagi i podejrzeń. – Czekajcie… Wilczarze? Tutaj? Dziwne to… Stąd do traktu dzień drogi, jak nie lepiej.
– Nie dziwniejsze, niż samotny kupiec w nocy, na tym samym odludziu. Gdyby nie my, już byś nie miał wozu, albo i gorzej – burknął Wilga.
– Wiadomo dokąd ta droga prowadzi? – Enurt chciał załagodzić rozmowę.
Kupiec spojrzał na drogę przed sobą, którą udał się drab. Po czym uważnie przypatrzył się wilczarzom. Patrząc na swój dobytek zastanawiał się, czy aby jednak razem nie byłoby bezpieczniej udać się w dalszą podróż.
– Do Winnego Grodu – odpowiedział Maryl. – To już niedaleko. Wiozę nowy towar na święto winobrania. Takiego wina tam nie znają! Niestety wóz zaczął szwankować, a mnie noc tu zastała. A w nocy każdy boi się, że zbóje na drogach, jak tamten.
– Nie, tamten był gorszy… – rzekł Wilga. – Należał on do Luppo Aduni.
– Członek gangu? W tej części księstwa? – Maryl ponownie się zdziwił i przełknął głośno ślinę.
Wilczarze zarechotali głośno.
– Niegłupiś Maryl, niegłupiś… Teraz wiesz, co robimy z dala od głównego traktu. Śledzimy go od przekroczenia granicy. Może ma interes zatrzymać się w tym samym grodzie, do którego zmierzasz? Co? Sprawdźmy to!
***
Ruszyli niespiesznie, dostosowali tempo do powolnego wozu. Amfory pobrzękiwały w rytm końskich kroków. Brzask zastał ich między wrzosowiskami, które rozpościerały się niedaleko grodu. W końcu zaczęły się wyłaniać pola winnic na wzniesieniach. Te zaś odkrywały za sobą podgrodzie z gęstą, drewnianą zabudową. Palisada i mur osłaniały głównie siedzibę władzy na lewym brzegu rzeki, gdzie mieścił się właściwy gród.
– Panowie wilczarze – rzekł ceremonialnie Maryl – to właśnie Winny Gród. Mieści się na siedmiu wzgórzach. Nie jest może największy. Za to podgrodzie… Niegdyś była to okolica głównie rzemieślnicza. Teraz jednak mamy tu winnice ciągnące się wokół. To miejsce wydaje się odosobnione, a jednak na święto winobrania bywa tu i po trzykroć więcej przyjezdnych niż mieszkańców. Bawią się i biesiadują przez dziewięć dni.
– I zdążymy na te biesiadę? – dopytywał Enurt zerkając na skraj lasu.
– Dopiero się zacznie, dziś – potwierdził ochoczo Maryl. Pełen radości, od kiedy zobaczył znajomą okolicę. – Takiej ilości wina, winogron, dziewuch, bab, kupców i zwierząt w jednym miejscu w życiu nie uświadczycie. A na pewno nie w tak wyśmienitym towarzystwie jak moje.
***
Zabawa w istocie zaczynała się już przed południem. Wilczarze wraz z kupcem, zajechali na brukowany placyk targowym, na prawo od rzeki. Schodzili się tam też mieszkańcy i przejezdni, by wśród zbudowanych specjalnie na tę okazję stoisk, zacząć się bawić.
Wilczarzy zaskoczyła serdeczność mieszkańców jak i swawola przejezdnych. Wszyscy gawędzili, pili, tańczyli i wpadali sobie nawzajem w ramiona. Stoły uginały się od wędzonego mięsiwa, serów, owoców i warzyw z jesiennych zbiorów oraz przeróżnych gatunków wina.
Wieczorem gwar nieco ucichł. Niektórzy przesiadywali przy ogniskach, inni wzdłuż ryneczku, gdzie nadal odbywały się zabawy. Jeszcze inni na ławeczkach wokół starej lipy sądowej, obwieszonej lampionami. Było magicznie i beztrosko.
W końcu, nawet wilczarzom udzielił się klimat zabawy. Enurt siedział na trzeszczącej ławce napełniając kufel wina wprost z antałka i licząc, że brat do niego dołączy.
Wilga zaś będąc po przeciwnej stronie ryneczku, z zaciekawieniem spoglądał na tańczące, rozbawione dziewki, które mimo chłodnej pory podskakiwały boso na rozsypanej słomie. Nabrał nieco odwagi i zrobił już krok w ich kierunku, jednak spostrzegł przechodzącego koło nich… Luppo.
Drab uśmiechnął się do niego nerwowo i oddalił w kierunku winnic. Wilczarz nie czekał dłużej, ruszył za nim na pola pełne winogron.
Winnica wypełniona była rzędami winorośli oplatających wysokie paliki, tworząc przez to drzewka, uginające się pod ciężarem dorodnych gron.
Wilga wszedł ostrożnie pomiędzy rzędy i zaczął rozglądać się za śladami. Dotarł po nich do miejsca, gdzie najwyraźniej był przed chwilą jego przeciwnik.
Przez zarośla błysnęła stal odbita w świetle księżyca. Wilczarz odruchowo zblokował uderzenie, przyjmując ostrze na osłonięte przedramię. Cofnął się i odczekał chwilę, nie chcąc narazić się na kolejny cios.
– Czego chcesz ode mnie, wilczarzu, co? – Głos Luppodobiegał gdzieś z gąszczu. – Nic do was nie mam, nie jesteście książęcymi strażnikami. To po co za mną leziecie?
Wilczarz nie odpowiedział. Postanowił w ciszy przedostać się do kolejnego rzędu winorośli, by obejść pozycję przeciwnika. Ze zdziwieniem zauważył, że Luppo także, niemal bezszelestnie, już się przemieścił.
– A co tu robi członek Luppo Aduni? Nie zawędrowałeś zanadto na wschód od waszych włości? – wykrzyknął Wilga licząc, że uda mu się go namierzyć.
– I kto to mówi? Słuchaj no… – Luppo nagle zamilkł.
Wilczarz przeszedł jeszcze parę kroków i usłyszał odgłos kwilenia, jakby z bólu. Poczuł przeraźliwy, nieprzyjemny chłód. Ziemia zaskrzypiała, jakby ściął ją w jednej chwili mróz.
Rozsunął białe od szronu liście winorośli i zaniepokojony spojrzał na stojącego za nimi Luppo. Coś, jakby pędy oplatały draba od stóp aż do pasa. Wiły się niczym macki ośmiornicy. Włosowata kora odpadała w miarę jak pędy pogrubiały się, dusząc go w uścisku.
Luppo naprężył się cały, walcząc ostatkiem sił. To tylko rozdrażniło istotę, która zacisnęła pędy z taką siłą, że słychać było trzask łamanych kości. W końcu uścisk zelżał, a bezwładne, wytatuowane białymi wzorami ciało, opadło niczym szmaciana lalka.
Wilgę zmroziło, stał zaszokowany przyglądając się czemuś, co stało nad zwłokami. Postać przypominała kobietę. Była obrośnięta, jakby scalona z rośliną. Jej dłonie płynnie przechodziły w postać pędów winorośli. Twarz była pełna narośli, a skóra przypomniała łuszczącą się korę.
Wilga otrząsnął się w końcu i dobył miecz, ale w tym samym momencie postać zapadła się w zmarzlinie tak gwałtownie, że grudy ziemi wystrzeliły w górę.
Wilczarz patrzył oniemiały na zapadlisko, nad którym kłoniły się krzewy. Nie próbował nawet atakować. Po krótkim namyślę za to, zaczął uciekać i to pędem między rzędami krzewów.
Usłyszał za sobą świst, a gdy mimowolnie się obrócił, zauważył jak coś leci w jego kierunku. Jakby kto wystrzelił pędy winorośli w jego stronę. Uchylił się, zrobił przewrót przez bark i odskoczył w bok. Przedarł się przez gęste krzaki. Znów świst. Wyciągnął drugi z bliźniaczych mieczy. Ostrze przy dobyciu ułożyło się wzdłuż przedramienia, przyjmując na nie uderzenie pędu, jednocześnie je rozcinając.
Znów pojawił się syk, a wraz z nim nadciągnęła fala powietrza, krzyku. Uderzyła w wilczarza niczym nadciągającą burza, a wraz z nią mnóstwo pędów, które go oplotły i powaliły na ziemię.
Nie poddawał się. Nie po tym, co to coś zrobiło z Luppo. Nie zamierzał tak skończyć.
Wbił miecze w ziemię, ale pędy winorośli oplotły go do pasa i szarpały na wszystkie strony. W końcu w swym uścisku zaczęły zdzierać wilczarzowi skórę z nóg, wraz z ubiorem. Z początku zacisnął zęby z bólu. Jednak kolejny pęd winorośli dusił go tak mocno, że ostatni krzyk pozostał niemy w zduszonych płucach. Wypłynęła mu z ust strużka krwi. Z narastającym świstem pnącza oplotły mu ramiona, zakneblowały usta i powlokły w mrok, a miecze w zaciśniętych dłoniach wilczarza ryły w ziemi koleiny, zostawiając po nim jeno upiorny ślad.
***
Enurt zerwał się na równe nogi. Usłyszał wycie wilka swojego brata. Każdy wilczarz rozpozna swoją bestię. Dirusy – jak nazywano wielkie wilki – nie wyły nadaremno. Nie zdradzały się, czekały cierpliwie w lasach i na bezdrożach aż ich opiekunowie wezwą je jako wsparcie. Takie prawo. Jednak Garmzawył.
Zanim wilczarz zdążył się zastanowić, co dalej, na ryneczku pojawili się poruszeni strażnicy grodu.
– Tam! Znowu kogoś zarżnęli na największym polu. Pod górą zamkową znaleziono resztki! – zameldował cicho jeden ze strażników.
Wilczarz był na tyle blisko, by usłyszeć rozmowę. Podszedł nieproszony, próbując się czegoś dowiedzieć. Ciągłe wycie dirusa, nie dawało mu spokoju.
– Kogo znaleźli? Dlaczego mówicie „znowu"?
Strażnicy nieufnie podeszli do nieznajomego.
– Jestem wilczarzem. Mogę się przydać jeśli kto zaatakował – przedstawił się spokojnie Enurt.
Popatrzeli po sobie. Przytaknęli z wahaniem i odprowadzili wilczarza na stronę.
– Jestem Varius, dowódca straży. Znaleziono zwłoki pastuszka. A głębiej w polu jakiegoś draba. Miał białe tatuaże na rękach i plecach. Coś mi to przypomina.
– To jeden z Aduni, to za nim tu przybyliśmy – potwierdził wilczarz – śledziliśmy go odkąd przekroczył trakt. Spodziewaliśmy się, że może się tu pojawić. Wiadomo coś więcej?
– Członek najkrwawszej bandy tutaj? No cóż, dziwy się tu dzieją ostatnio… Widziano tam jednego z waszych – odpowiedział dowódca straży, siląc się na spokój. – Był tam ten drugi wilczarz.
– Wilga?! To mój brat, co z nim?
– Nie wiem… – Varius spoglądał na niego podejrzliwie. – Jednak znaleziono dwa ciała. A twój konfrater zniknął.
– Luppo mógł zginąć w walce, a zwykłego chłopa wilczarz by nie zabił! – Enurt bronił brata.
– W walce?! – dowódca nie wytrzymał. On był pogruchotany jakby stratował go koń!
– Przecież strażnicy powiedzieli, że znowu kogoś znaleziono! Myśmy ledwie tu zajechali! – Tym razem Enurt wrzasnął na dowódcę.
– Jeśli zostali zabici przez niego… Odpowiesz za to, jakbyś sam ich zabił. Gówno mnie obchodzi, czy był to jeden z Luppo, czy nasz chłop – zagroził mu dowódca. – Wiem, co z was za ziółka… To jeden z waszych zarżnął tych pielgrzymów w puszczy parę miesięcy temu. Z tego co się orientuję, nie wolno wam schodzić z Głównego Traktu. Jeśli złamaliście prawo, a twój brat przyczynił się do śmierci tamtych dwojga… Odpowiesz za niego, skoro brat to twój z krwi, jak i profesji.
– Prawo po trzykroć po mojej stronie – odrzekł powoli Enurt. – Z traktu żeśmy zeszli za podejrzanym, to raz. Wilga poszedł za nim i jeśli bronił swojego życia, a więc mógł zabić, to dwa. A jeśli jest podejrzenie napadu, zabójstwa, czy innych zagrożeń, to Bractwo jako strażnicy traktu, mają obowiązek pomocy lokalnym strażnikom. To trzy. A zatem pozwól mi obejrzeć winnicę oraz ciała. Jeśli poszedł za nimi mój brat, może ciągle tam gdzieś być.
Varius zastanawiał się, mierząc wzrokiem wilczarza. Gdy spojrzał porozumiewawczo na swoich podkomendnych, co tylko wzruszyło ramionami.
– Niech będzie – odpowiedział niechętnie dowódca – ale idziesz w obstawie. Chcę mieć cię na oku.
***
Była już późna noc, większość ludności udała się do chat lub karczm. Dowódca straży pilnował, by póki co informacje o zabitych nie wyszły poza ich wąskie grono. W końcu dotarli na miejsce, ale nikt, poza wilczarzem i Variusen, nie odważył się wejść między rzędy winorośli.
– To tutaj. – Varius wskazał lej w ziemi.
Wilczarz przypatrywał się chwilę. Zlustrował wzrokiem okolice, po czym dotknął ziemi w dole.
– Masz pojęcie, co to? To mógł być ten… no, twój brat? To wasze sztuczki? – zapytał lekceważąco dowódca.
– Pytasz, czy mógł to zrobić, czy sam skończył w dole? – odpowiedział poirytowany Enurt.
– A jak brzmi odpowiedź na oba pytania, co? – Zaśmiał się dowódca.
– Nie… – Enurt wziął głęboki oddech. – Tego nie zrobił mój brat. Coś ściągnęło ich w dół. Pod ziemię.
– Zapadlisko?
– Samo w sobie nie, ale coś utworzyło ten lej. Następnie wciągnęło, lub wlazło tam po wszystkim.
– Coś? – Varius tracił powoli cierpliwość, na dziwne tłumaczenia wilczarza.
Enurt udał się na dalsze poszukiwania. Szedł powoli, aż w końcu trafił na kolejne ślady. Były to rowki po mieczach wyryte w ziemi. Ciągnęły się równolegle aż do kolejnego zapadliska. Gdy zbliżał się do niego, coś zamigotało w środku. Enurt przypatrzył się dokładnie. Z ziemi wystawały rękojeści mieczy.
– Czekaj, ktoś idzie – szeptał dowódca, ale wilczarz nie reagował.
Enurt zaczął rozgrzebywać ziemię, niemal zdzierając sobie paznokcie do krwi. Wcześniej nie miał pewności. Teraz jednak… to był Wilga, wciągnięty pod ziemię. Odkopał jedynie jego dłonie, ze srebrnym pierścieniem Bractwa. Chwycił je i przytulił do twarzy.
– Musimy uciekać! – Szarpnął go za ramię… Maryl. – Wilczarzu, chodźmy stąd! Ledwie udało mi się tu przedostać. Wszędzie strażnicy, a ja wiem co tu się mogło stać! Przydasz się!
– Maryl? Co ty tu… Przygotować? Do czego?!
– Później ci wytłumaczę, chodź bo wszyscy tu zginiemy! – krzyczał Maryl odciągając wilczarza od ciała brata.
Usłyszeli szelest, dziwne dudnienie i gdy się obrócili, ciała Wilgi już nie było. Zostały tylko miecze. Enurt wyrwał się i znów zaczął grzebać w ziemi, chcąc odkopać brata. Maryl widząc to, niemal sam nie rzucił się do ucieczki. Ze strachem w oczach, znów szarpnął wilczarza za ramię.
– Zginiemy tu przez ciebie! Rusz się, przeklęty wilczarzu!
Enurt chwycił miecze brata i nie bez oporu, dał się w końcu wyprowadzić.
***
Przed wejściem do winnicy, na polnej drodze, czekał już na niego dowódca i jego podkomendni.
– Znalazł się nasz wilczarz, nawet i jego pomocnik… – powiedział Varius spoglądając na kupca.
Enurt rzucił mu pod nogi zakrwawione miecze swojego brata.
– Ciągle twierdzisz, że to Wilga? Sam zginął. A ten gangus, nie miał nawet śladów cięć mieczem. Pogruchotało go coś, co zabiło mi brata. Znalazłem jego ciało.
– Nadal tam jest? – jak to u strażnika, w jego głosie dźwięczała podejrzliwość.
– Co nadal tam jest?!
– Ciało wilczarzu, ciało twojego brata – powtórzył powoli dowódca. – My, na nie, nie trafiliśmy.
Enurt zacisnął pięści tak mocno, że wszyscy słyszeli jak strzelają mu palce.
– Coś wciągnęło je pod ziemię. Znalazł byś je, gdybyś nie uszedł z pola…
– Wielce wygodne to tłumaczenie… Nieprawdaż? Gdzie zniknąłeś, co?! Ukryć ślady? Ostrzec brata? Dość niedomówień. Straż!
Strażnicy na rozkaz dobyli miecze z pochew przy biodrach. Niezdarnie, jakby nie mieli dobrze wyuczonych dobyć. Enurtprzez chwilę zastanawiał się nawet, czy warto się z nimi bić, może uciec i wezwać Bractwo.
– Panowie! – wtrącił się Maryl, stając pomiędzy wilczarzem a strażnikami. – Panowie pokój wam! Zostawcie zwady na potem! Ja jestem świadkiem! Na Panienkę! Świadkiem jestem, że było tam ciało drugiego wilczarza. Potwierdzę to u grododzierżcy! Słowo kupca! Niech zapłacę za to majątkiem… jeśli kłamie. – To dodał już bez przekonania.
– Słowo kupca – powtórzył dowódca i splunął mu pod nogi. – Zapłacisz i głową jak łżesz. Moi chłopcy zaraportowali, że widziano ciebie jak żeś z nimi tu przylazł. Powtarzam i ja przy świadkach, jeśli łżecie, obaj zapłacicie za to głową.
***
Udali się na zaplecze karczmy w której zatrzymał się Maryl. Mała izdebka starczyła teraz na nich dwóch, choć nie planowali już odpoczywać. Wręcz przeciwnie.
– Enurt, ja wiem, że jesteś roztrzęsiony, i szczerze ci współczuję. Ale to, co go spotkało, i tego draba i… no, właśnie. I innych w tym roku. Ludzie gadają, że znajdują co jakiś czas trupy na polach. Nie chciałem w to wierzyć, bo mówiono o jakiś upiorach. Jesteś wilczarzem, jak tamten, co zabił tych pielgrzymów w Starej Puszczy, prawda? To nie przypadek. Ponoć tamto miejsce też było przeklęte. Ten wilczarz, co to zrobił, jak mu tam…
– To był Murian, mój przyjaciel – powoli odpowiedział Enurt– zabił tych ludzi, ale mówił, że – skoro już o tym rozmawiamy – mówił, że widział ich pod inną postacią i… niestety zabił.
– Właśnie! – krzyknął podniecony Maryl. – Tu dzieje się coś podobnego. Zobacz! Znalazłem tę księgę u obwoźnego sprzedawcy. Czytać chłop nie umiał, a księgi sprzedawał. – Zaśmiał się kpiąco. – Wilczarzu, a ty umiesz czytać?
– Jak każdy wilczarz – odpowiedział – to podstawa w Bractwie.
Maryl popatrzył na niego z podziwem.
– Szczęściarz! Popatrz na to…
Wyciągnął ze skrzyni, skrzętnie schowaną w jutowym worku ogromną księgę, oprawioną w bydlęcą skórę z mosiężnymi narożnikami. Była potwornie ciężka, nieporęczna i musiała kosztować kupca majątek.
Na kasztanowej okładce wybity był symbol drzewa. Pod nim zaś startymi, złotymi literami widniał tytuł: „Demony i wierzenia niedemoniczne. Od chochlików po upiory. Zbiór i opis dziwadeł Pierwszej i Drugiej Fali".
Maryl otworzył księgę, w której, oprócz opisów, były też szczegółowe rysunki. Szybko odnalazł potrzebne hasło.
– Zawiera wszelkie opisy stworów z legend, od początku zasiedlenia Krainy, od Pierwszej Fali. Znalazłem coś, co pasuje do tego, co tu się dzieje. Oo… tutaj! Posłuchaj… „Demon kobiecy, demonica, demony i upiory, oraz duchy związane z plonami i porami roku.
Demon mrozu, inaczej mroźnica, także jabłecznica lub winna baba. Złośliwy duch, gnębiący sadowników. Odpowiedzialna za przymrozki i srogie zimy. Karmi się złem ludzkim, emocjami, ale i wyciąga żywotność z sadzonych roślin. Groźna. Gdy nabierze sił może być widzialna. Jeno ognia się boi i soli, to co niszczy zasiewy, zniszczy i upiora. Dla pewności spalić całą winnicę lub sad. Granice pola obsypać solą. Po dwóch sezonach zostawić na noc jagnię. Jeśli dożyje brzasku, można wrócić z obsianiem."
– Brzmi znajomo z tym upiorem? – dopytał Maryl. – Dla mnie aż nadto. Nic nie powiesz?
Wilczarz stał nad nim i ze skwaszoną miną spoglądał to na Maryla, to na księgę.
– To w ogóle możliwe? – Zastanawiał się. – Uznaliśmy Muriana za szaleńca. Względnie za kłamcę, którego po prostu poniosło. Jednak te opowieści były…
– Zbyt dziwne i zbyt straszne, co? – dopowiedział Maryl. – Od co najmniej roku dzieje się tu coś dziwnego. Jak z tym walczyć Enurt? Guślarzy prawie nie uświadczysz, podobnie jak wołchwów. Wieszczki i szamani to już taka sama legenda, jak te stwory. Tu jest napisane coś o wilczarzach, ponoć znaliście się i na tej robocie…
– Wilczarzach? – Ożywił się Enurt. – Pokaż mi to. No dawaj, nie ociągaj się, może znajdziemy coś, co się przyda.
– Czytałem już, daj spokój. Wasze miecze… Tam napisane jest, że wasze miecze są magiczne.
– Magiczne? Co ty bredzisz… Czytaj lepiej całość.
Maryl poszukał w księdze rozdziału o wilczarzach. Zakłopotany, zaczął się jąkać.
– Daj mi to! Czytasz jak po antałku tego swojego wina. – Enurt wyrwał mu księgę i zajrzał do hasła. – Ciekawe, dział „Stowarzyszenia, niebezpieczne zgrupowania, bractwa i zakony". Co my tutaj mamy… „Bractwo Wilczarzy. Pogańskie bractwo, mające na celu ochronę traktów, grodów, kupców i pielgrzymów. Wykorzystuje do pomocy rasę wielkich wilków, którą samo wyhodowało.
Poprzez niezrozumiałe inicjację, wilczarze potrafią przejąć kontrolę nad swoimi wilkami. W tym stanie przemierzają znaczne odległości, widzą wtedy zjawy, duchy i upiory. Ich miecze, zaklęte, mogą zadawać obrażenia istotą duchowym. Kontakt z wilczarzami przynosi pecha. Hierarchia bractwa przypomina sektę. Unikać, chować zwłaszcza chłopców do lat dziesięciu. Porywają ich, by wychować na wilczarzy".
– Tak nas widzicie? – Enurt zamknął księgę.
Maryl zaśmiał się nerwowo, widząc minę kompana.
– Daj spokój, księga ma prawie dwieście lat. Na pewno jest już inaczej…
– Z pewnością… Oficjalnego szkolenia młodzików już nie ma. Hodowla bestii jest wygaszana, a resztki są pod nadzorem Zakonu. O magicznych mieczach nie wspominając nawet. Same bzdury. Skąd mamy wiedzieć, czy równe głupoty nie napisano o tym upiorze?
– Nie wiemy – dodał nieco zrezygnowany Maryl. – Ale… ogień i sól. Działa na bestię i chwasty. No i miecze. Twoje miecze i twoja bestia.
– Cóż, musi nam to wystarczyć. Ta winnica, do kogo należy?
– Do grododzierżcy. Największa w okolicy. Jego córka tam zimą zginęła. Teraz ten pastuszek i jeszcze… Straszne waśnie wokół jego majątku bywały… Część terenów przejmował siłą, a właściciele znikali. Na Panienkę, Enurt, ten pastuszek, on znał się z córką grododzierżcy. Ponoć grożono mu by trzymał się z daleka! Czy to mogło przez to powstać?
– Nie mam pojęcia – odpowiedział szczerze wilczarz. – Mam nadzieję, że trafimy na zwykłego morderce z paroma sztuczkami. Ale jeśli ta księga zawiera choć trochę prawdy, to mroźnica trafiła na bardzo podatny grunt. Trzeba obsypać solą winnice w czterech rogach. Weź parę swoich amfor, wypełnimy je olejem i gorzałką. Jak się to coś pojawi, rzucisz w nie podpalonymi amforami. Ja zajmę się resztą. Czas wezwać moją bestie.
***
W tajemnicy przed strażnikami miasta, Enurt wraz z Marylem udali się do winnicy. Wilczarz chwycił pochodnie i zagwizdał w dziwną piszczałkę w kształcie łba wilka. Nie minął kwadrans, gdy Maryl jęknął, widząc w ciemności wyłaniające się żółte ślepia.
Ogromne wilki zeszły z lasu. Garm oraz dirus Enurta – Bargest, szły razem, warcząc na mijanego Maryla. Kupiec pierwszy raz w życiu widział dirusy. Wielkie wilki wzbudzały w nim równie wielkie przerażenie, co ciekawość.
Wilczarz zawołał je do siebie. Panowanie nad jednym nie było łatwe. Mając dwa, ledwo mógł się skupić na znalezieniu zjawy, czy mordercy. Sam nie był pewien, czego szuka. Cały czas miał nadzieję, że spotka przerośniętego niedźwiedzia, nie demona.
Zapamiętał tylko, że pomóc może ogień i… magia jego oręża. Postanowił spróbować poczuć tę magię. Skupił się na swoich mieczach, dobył je i idąc powoli, przymknął oczy. Próbował wyczuć moc ostrzy, nie traktować ich tylko, jak zwykłej broni. W końcu coś zaczęło się dziać. Pojawiło się dziwne mrowienie w dłoniach i gorąco od rękojeści.
Klingi zabłysły na moment, a on poczuł w sobie rosnącą pewność siebie i odwagę. Miał ochotę rozerwać na strzępy wszystko, co stanie mu na drodze. I… nie musiał czekać długo.
Winorośle wokół niego zaczęły się poruszać, jak gdyby były częścią czegoś większego, co zaczęło je ściągać gdzieś w głąb winnicy. Ziemia zaczęła lekko wibrować, a powietrze wokół zrobiło się chłodne.
Enurt zorientował się, że zmora go wyczuła. Teraz nie miał wątpliwości, że ma do czynienia z czymś nadnaturalnym. Czymś, czego nigdy w życiu nie spotkał.
Z początku bezkształtna masa pędów i liści, zaczęła podnosić się z ziemi. Liany winorośli oplatywały ją, układając się w ludzką sylwetkę. Wznosiła się na wiele łokci w górę, tworząc pod sobą podstawę, niczym suknie z pędów, liści i gron.
Demon obrócił się powoli w kierunku wilczarza. Enurtspojrzał w wielkie, czarne oczodoły postaci.
– No dalej! – Wilczarz chwycił mocniej miecze i przyspieszył kroku. – Masz mnie jak na tacy! Możesz mnie dostać! Tylko zacznij! Pokazałaś się teraz, to walcz! – krzyczał do demona.
Mroźnica nie odpowiedziała. Coś zadudniło, jakby konary ogromnych dębów spadły na ziemię. Suknia z winorośli rozchyliła się, a spomiędzy niej demon wyrzucił z potworną siłą ciało Wilgi, wprost pod stopy Enurta.
Wilczarz ukląkł, spoglądając na zmasakrowane zwłoki, które jeszcze raptem pół dnia temu były jego bratem – pełnym życia i wigoru. Teraz ciało Wilgi leżało przed nim splugawione i obdarte z wszelkiej godności.
Opuścił głowę i zacisnął pięści wokół rękojeści. Zza jego pleców usłyszał warknięcie. Dirus jego brata minął go i podszedł do zwłok swego pana. Powąchał je i szturchnął ogromnym pyskiem. Zawył przeraźliwie, po czym warknął ponownie i – nim się ktokolwiek zorientował – ruszył przed siebie, biegnąc wprost na mroźnicę.
Wystrzeliła pnącza, ale trafiła w ślad łapy wilka na ziemi. Kolejne uderzenie i znów minęła o cal. Garm był szybki. Za trzecim razem jednak przygwoździła dirusa do ziemi. Zaskomlał krótko, potem już tylko charczał, nie mogąc wydobyć tchu z przebitych płuc.
– Ty podłe ścierwo! – krzyknął wilczarz i rzucił się na pomoc dirusowi.
Zanim jednak do niego dobiegł, mroźnica wyciągnęła z wilka zdrewniałe pnącza, oplotła go i z potworną siłą odrzuciła.
– Sama tego chciałaś… – wyszeptał do siebie wilczarz i gwizdnął dwa razy. Nic się jednak nie stało. Powtórzył gwizd i… nadal nic.
– Maryl gdzie jesteś?! Maryl…
Wilczarz w końcu zauważył płomień. Ponownie gwizdnął, a Maryl zaczął rzucać w kierunku kreatury amfory, które podpaliły demona.
Mroźnica wpadła w szał. Wystrzeliła w kierunku wilczarza pędami winorośli. Spudłowała o włos. Odskoczył i gwizdnął tym razem na swojego dirusa. Bargest czmychnął pomiędzy rzędy winogron. Demon zorientował się, że dirus zachodzi go z flanki, a płomienie w końcu zaczęły dopadać i mroźnicę. Demon zaczął chować się z powrotem pod ziemię.
Jeśli teraz ucieknie, może już nie być drugiej szansy! – pomyślał wilczarz.
Płonęła już prawie cała winnica grododzierżcy. Enurt widział demona jasno jak w dzień. Bargest warczał i doskakiwał co chwilę do mroźnicy, a gdy ta skupiła uwagę na wilku, wilczarz oblał miecze tłuszczem i podpalił.
Nim demon znów skupił się na Enurcie, ten biegnąc, skoczył wprost na mroźnicę. Ostrza skierował w dół, wyglądając przy tym jakby chciał zatopić w niej wilcze kły. Oba miecze skierował w puste oczodoły, przebijając się na wylot.
Enurt przez chwile był gdzieś indziej. Jakby coś go przeniosło do innego wymiaru, innego czasu. Widział dziewczynę zaciąganą między winorośla. Płakała. Wołała do ojca by przestał. Bita i zhańbiona wypowiedziała z nadzieją jeszcze jakieś imię. W końcu uduszona winoroślą, zasnęła na zawsze w płytkim grobie.
Wilczarz wrócił do sobie, zauważył jak mroźnica zapłonęła. W bezsilności chwyciła wilczarza i cisnęła nim o ziemię. Na oślep wiła się i uderzała gdzie popadnie, skutecznie przy tym trafiając w Bargesta. Zaskomlał i doczołgał się ostatkiem sił do swojego pana.
Demon zamienił się w potężny słup ognia, wokół którego zaczął tworzyć wir.
Maryl patrzył z przerażeniem jak wszystko trawi pożoga.
Enurt leżał skulony na ziemi, a gdy przyczołgał się do niego Bargest, przytulił się do jego grzywy i przymknął oczy. Pomyślał o swoim bracie i… jego mieczach. Miał je przy sobie! Ostatkiem sił dobył oba i wbił w ziemię, jak Wilga przed śmiercią. Pojawił się błysk, a wilczarz stracił przytomność.
***
O brzasku, wśród opadającego na ziemię popiołu, Maryl odnalazł częściowo zwęglone zwłoki. Miały na sobie charakterystyczny pancerz wilczarza. Bał się podejść. Coś mu jednak nie dawało spokoju i odwrócił je twarzą do siebie. To był Wilga!
Czyżby? – pomyślał kupiec i zaczął się uważniej rozglądać dookoła.
W oddali zauważył jakieś kształty. Podbiegł, a wielka kupa popiołu zaczęła się ruszać. To Bargest! Bestia podniosła łeb, cały w popiele, który aż sypał się z wilka niczym śnieg. Dirus leżał przy swoim panu. Wokół nich, na ziemi, utworzył się dziwny okrąg, w którym ocalały nawet zielone liście winorośli.
– Enurt wstawaj! Przeżyłeś! – uradował się Maryl. – Na Płonącą Panienkę! Twoje miecze są naprawdę magiczne!
– A żebyś wiedział, że płonącą… – odpowiedział mu z trudem wilczarz.
Maryl rozejrzał się uważnie raz jeszcze i posmutniał.
– Wilczarzu?! Czas uciekać…
– O czym ty mówisz… Nie musisz, zabiłem ją. Widziałem, jak ginęła. Mroźnica została spalona do ziemi.
– Właśnie… zabiłeś ją, ale zniszczyliśmy przy tym trzy największe winnice i część graniczących z nimi gospodarstw. Grododzierżca z dowódcą straży cię szukają. Uciekaj, póki mogę powiedzieć, żeś zginął w płomieniach.
– Niewdzięczne sku… mój brat. On tu gdzieś jest.
– Wiem. Powiem, że to twoje ciało. Potem go pochowam, obiecuję. Uwolniłeś ich wilczarzu, ale oni ci nie wybaczą. Nie zrozumieją tego co tu się stało. Widzieli tylko płomienie.
– A więc znów wilczarze winni, co? Maryl, a co z tobą?
– Głupim szczęście sprzyja. Wino ocalało a winnicę spalone, sprzedam wszystko z nawiązką – zaśmiał się cierpko kupiec. – Enurt?
– Ta?
– Skąd to się wzięło? Ta mroźnica?
– To… To było w tej ziemi od dawna. Tak myślę Maryl. Zatargi, morderstwa, walka o ziemię. Tym wszystkim się karmiła. Trafiła na podatny grunt, aż urosła w siłę i zaczęła być widzialna. To może się powtórzyć przez takich jak oni.
– W sensie? – Maryl nie zrozumiał.
– Nie ważne czy odbudują gród i winnice, czy wszystko odłogiem zostawią. To nie mroźnica była problemem. To ludzkie zło pozwoliło jej powstać. Widziałem to, widziałem wspomnienia upiora. Nawet gdyby cały gród opustoszał, a w murach zalęgły się zwierzęta, to upiory by tu zostały. Są odzwierciedleniem czynów mieszkańców. To ich spuścizna.
– Obyś się mylił, wilczarzu. – Maryl posmutniał jeszcze bardziej. – Obyś się mylił…