- Opowiadanie: Jerzy Trzciński - Weryfikacja proceduralna

Weryfikacja proceduralna

Człowiek nigdy nie powinien być całkowicie przekonany, co do realności świata w którym się znajduje.  

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Weryfikacja proceduralna

Pra­wie każdy od czasu do czasu, za­sta­na­wia się nad swoim ży­ciem. On też to robił. Za­wsze do­cho­dził do wnio­sku, że co jak co, ale z życia może być za­do­wo­lo­ny. Kwa­te­ra MCL1216, którą od­da­no mu do dys­po­zy­cji w zu­peł­no­ści mu wy­star­cza­ła. W pracy się nie prze­mę­czał. Co praw­da to co robił w żaden spo­sób go nie eks­cy­to­wa­ło. Przez dzie­sięć go­dzin skła­dał czte­ry ele­men­ty w jedną ca­łość. Nikt mu nie po­wie­dział po co to robił lub czemu miało słu­żyć to co wy­ko­nał, lecz on nie mu­siał tego wie­dzieć. Ważne, że wy­ko­ny­wał obo­wią­zu­ją­cą w danym dniu normę. Wię­cej od niego nie wy­ma­ga­no. A on za­wsze sta­rał się być w po­rząd­ku.

Nigdy nie od­czu­wał głodu. Po­sił­ki były zno­śne i wy­star­cza­ją­ce. Rano kubek bia­łej, glu­to­wa­tej, lekko słod­ka­wej brei. Co praw­da, gdy ją wcią­gał od­czu­wał coś w ro­dza­ju mdło­ści, lecz mimo to po­chła­niał całą za­war­tość na­czy­nia. Cza­sa­mi sły­szał pod­szep­ty in­nych, że kie­dyś smak tego po­sił­ku był orzeź­wia­ją­cy. Ale on nawet nie za­sta­na­wiał się nad tym, co to wła­ści­wie zna­czy­ło. W ciągu dnia, pod­czas prze­rwy w pracy, do­star­cza­li mu kubek z rzad­kim ki­sie­lem oraz drugi z żółtą, gę­sta­wą cie­czą. Smak pierw­sze­go płynu był sło­na­wy, a żółta breja miała po­smak go­ry­czy. Za to razem te smaki kom­po­no­wa­ły się wy­śmie­ni­cie. A wie­czo­rem w kwa­te­rze, za­wsze cze­kał na niego ten sam duży po­jem­nik nie­omal czar­ne­go płynu. Smak tej po­tra­wy był ostra­wy, lecz gdy przed snem wy­peł­nił nią swój żo­łą­dek, czuł się nie­omal błogo. Tak wła­ści­wie nie pa­mię­tał, czy kie­dy­kol­wiek jadał coś in­ne­go. Lecz nie miało to żad­ne­go zna­cze­nia.

Sy­piał wy­śmie­ni­cie. Za­pew­ne rów­nież dla­te­go, że nie przy­wią­zy­wał wagi do dro­bia­zgów. Za to za­wsze cie­szył się po­zy­tyw­ny­mi zmia­na­mi.  Gdy tak cza­sa­mi nad tym co go spo­ty­ka za­sta­na­wiał się, mógł­by przy­siąc, że kom­fort życia, nie­ustan­nie się po­pra­wiał. Dla­te­go też z na­dzie­ją pa­trzył w przy­szłość. Tylko cza­sa­mi na kilka se­kund przed prze­bu­dze­niem od­czu­wał dziw­ny, nie­zro­zu­mia­ły nie­po­kój. Gdy o tym roz­my­ślał, to winił za ten stan brak ja­kich­kol­wiek wspo­mnień. Nie pa­mię­tał skąd i dla­cze­go zna­lazł się w Wieży. Bar­dziej było to prze­czu­cie niż wie­dza, że ra­czej był tu od nie­daw­na. Lecz w sumie nie sta­no­wi­ło to więk­sze­go pro­ble­mu. Może rze­czy­wi­ście nie znał od­po­wie­dzi na tak po­sta­wio­ne py­ta­nie, lecz waż­niej­sze było to, że byli tacy, któ­rzy roz­wie­wa­li wszyst­kie jego wąt­pli­wo­ści. Dla­te­go za każ­dym razem, gdy po­czuł zbęd­ny nie­po­kój, przy­rze­kał sobie, że wię­cej nie bę­dzie po­dej­mo­wać ta­kich roz­wa­żań.

Już dawno, cho­ciaż nie pa­mię­tał od kiedy, po­sta­no­wił my­śleć je­dy­nie po­zy­tyw­nie. Coś na kształt szczę­ścia da­wa­ło mu cie­sze­nie się każ­dym dro­bia­zgiem.  A po­wo­dy do opty­mi­zmu znaj­do­wał na każ­dym kroku. Cho­ciaż­by fakt, że obec­nie przy iden­ty­fi­ka­cji przez Prze­zro­czy­stych, znie­sio­no obo­wią­zek po­da­wa­nia ca­łe­go in­dy­wi­du­al­ne­go iden­ty­fi­ka­cyj­ne­go nu­me­ru. Wy­star­czy­ło znać je­dy­nie za­sad­ni­czą jego część, czyli w jego przy­pad­ku za­le­d­wie MCL­M236. Nie tak jak jesz­cze nie­daw­no, gdy było to sie­dem liter i dwa­na­ście cyfr. A na­le­ża­ło wy­re­cy­to­wać je bez za­jąk­nię­cia. Po­mył­ka, mogła się wią­zać z do­tkli­wy­mi sank­cja­mi. A wy­ku­pie­nie się od Prze­zro­czy­stych po­dob­no sporo kosz­to­wa­ło. Jego nigdy nie do­tknę­ła tak dra­stycz­na sank­cja. On za­wsze był w po­rząd­ku, to też nigdy nie miał po­trze­by, aby się wy­ku­pić. Cho­ciaż o Prze­zro­czy­stych mó­wi­li róż­nie, cza­sa­mi nawet źle, lecz na szczę­ście nad wszyst­kim czu­wa­li Zbaw­cy.

To oni w ostat­nim Na­ka­zie „Twoje prawa”, po­tocz­nie na­zy­wa­nym „ka­gań­cem”, wpro­wa­dzi­li te ko­rzyst­ne uprosz­cze­nia. Wszy­scy, a on w szcze­gól­no­ści był za to wdzięcz­ny Zbaw­com. Bo to Oni naj­le­piej wie­dzie­li, co po­trze­bu­ją miesz­kań­cy Wieży. Zbaw­cy po­wta­rza­li, że „Twoje prawa po­ma­ga­ją wszyst­kim”, a cho­ciaż nie­któ­rym obo­wią­zu­ją­ce lub no­wow­pro­wa­dza­ne re­gu­la­cje mogły wy­da­wać się trud­ne, do­pó­ki nie zo­sta­ły znie­sio­ne to obo­wią­zy­wa­ły. Zbaw­cy wszyst­ko wie­dzie­li naj­le­piej. Gdy było to za­sad­ne, nie­po­trzeb­ne prawo było przez nich zno­szo­ne lub zmie­nia­ne. Dla zwy­kłych Nu­me­rów ten pro­ces mógł wy­da­wać się nie­ja­sny i skom­pli­ko­wa­ny. Cho­ciaż­by dla­te­go, że na dobrą spra­wę nikt nie był pewny, który Nakaz obo­wią­zu­je, a którą Za­sa­dę w mię­dzy cza­sie znie­sio­no. Zbaw­cy w swej mą­dro­ści za­wsze tłu­ma­czy­li:

– nie rób innym kło­po­tu, sto­suj prawo. On to ro­zu­miał, a nawet dzi­wił się Nu­me­rom, które oka­zy­wa­ły ja­kieś szem­ra­ne nie­za­do­wo­le­nie. Zbaw­cy naj­le­piej wie­dzie­li, co i kiedy jest dla wszyst­kich naj­lep­sze. Zwy­kłe Nu­me­ry nie mu­sia­ły za­przą­tać sobie głowy trud­ny­mi spra­wa­mi. Za nich my­śle­li Zbaw­cy. A jemu to pa­so­wa­ło

A co do wa­run­ków życia, to miał je cał­kiem wy­god­ne. Kwa­drat, który zo­stał mu przy­dzie­lo­ny, był wy­po­sa­żo­ny w łóżko, sto­lik, krze­sło, wie­szak. W ścia­nie po lewej stro­nie znaj­do­wa­ły się dwa pół­okrą­głe otwo­ry. W pierw­szym, tym mniej­szym rano i wie­czo­rem po­ja­wia­ły się po­sił­ki. Drugi otwór słu­żył do od­bie­ra­nia czy­stych ubrań oraz od­da­wa­nia zu­ży­tych okryć do uty­li­za­cji. W cen­tral­nym miej­scu naj­więk­szej ścia­ny wbu­do­wa­ny był ekran. Na środ­ku po­miesz­cze­nia stała pod­sta­wa, na któ­rej spo­czy­wał oso­bi­sty kon­trak­tor ze Zbaw­ca­mi. Przy jego po­mo­cy mógł prze­ka­zać do Zbaw­ców swoje uwagi lub in­for­ma­cje. Dla spraw­no­ści dzia­ła­nia sys­te­mu, po­łą­cze­nie było jed­no­kie­run­ko­we. Czyli bez pro­ble­mów prze­ka­zy­wa­ne były in­for­ma­cje je­dy­nie do Zbaw­ców. Prze­bieg ta­kie­go kon­tak­tu pre­cy­zyj­nie opi­sy­wał sto­sow­ny Nakaz. Dla wy­go­dy kon­trak­tor słu­żył rów­nież do wy­bie­ra­nia po­żą­da­ne­go w danym mo­men­cie ka­na­łu w TV. Te­le­wi­zja była naj­lep­szą formą re­lak­su. Dla wy­go­dy, a za­ra­zem bez­pie­czeń­stwa miesz­kań­ców Wieży, pro­gra­my in­for­ma­cyj­ne ze zna­kiem Q, nada­wa­ne były rów­no­cze­śnie na wszyst­kich ka­na­łach. Mało tego, gdy nada­wa­no wia­do­mo­ści ze zna­kiem Q, ekran TV uak­tyw­niał się sa­mo­ist­nie. Tym spo­so­bem ważne in­for­ma­cje do­cie­ra­ły jed­no­cze­śnie do wszyst­kich.  

Poza wia­do­mo­ścia­mi naj­więk­szą po­pu­lar­ność miała piłka próż­nio­wa. Była to bar­dzo emo­cjo­nu­ją­ca i barw­na gra, któ­rej za­sa­dy wy­my­śli­li Zbaw­cy. Znali je wszy­scy. Ry­wa­li­za­cja od­by­wa­ła się w po­miesz­cze­niu, w któ­rym ob­ni­żo­na była gra­wi­ta­cja, a tam dwa pięt­na­sto­oso­bo­we ze­spo­ły, przy­naj­mniej w mo­men­cie roz­po­czę­cia meczu, ubra­ne w stro­je ochron­ne dą­ży­ły do umiesz­cze­nia sta­lo­wej kuli w otwo­rze w kształ­cie li­te­ry Q. Kula miała śred­ni­cę 25 cm, a tzw. Złota Dziu­ra Q, około 100 na 60 cm. Uczest­ni­cy, a tym bar­dziej kula, dzię­ki zre­du­ko­wa­nej gra­wi­ta­cji po­ru­sza­li się ze zwie­lo­krot­nio­ną pręd­ko­ścią. Za­wod­ni­cy roz­pę­dza­li sie­bie lub part­ne­ra, co przy za­sto­so­wa­niu róż­nych tech­nicz­nych ukła­dów umoż­li­wia­ło wy­strze­li­wa­nie kuli z dużą siłą i pręd­ko­ścią w kie­run­ku Zło­tej Dziu­ry. Zda­rza­ło się, że kula ce­lo­wo wy­strze­li­wa­na była w kie­run­ku za­wod­ni­ka dru­ży­ny prze­ciw­nej, co w efek­cie cza­sa­mi po­wo­do­wa­ło jego eli­mi­na­cję z gry. Wszyst­ko było bar­dzo wi­do­wi­sko­we i eks­cy­tu­ją­ce. Naj­cie­kaw­szy mo­ment był wtedy, gdy kula z brzę­kiem lą­do­wa­ła w Zło­tej Dziu­rze. Nie mniej emo­cjo­nu­ją­ce było upo­lo­wa­nie kulą gra­cza dru­ży­ny prze­ciw­nej. Nie było to łatwe, lecz zda­rza­ło się, że ten czy ów nie zdą­żył za­sto­so­wać od­po­wied­nie­go uniku albo nie za­krył się tar­czą ochron­ną. Gdy do­cho­dzi­ło do prze­ję­cia przez gra­cza znacz­nej ener­gii ude­rze­nia, zda­rza­ło się, że taki gracz tra­cił przy­tom­ność. Nie raz na kom­bi­ne­zo­nie po­ja­wia­ły się rów­nież czer­wo­ne plamy. Cza­sa­mi do­cho­dzi­ło do pęk­nię­cia maski lub hełmu, co mogło do­pro­wa­dzić do krwa­wych ura­zów twa­rzy lub głowy. Takie były twar­de re­gu­ły gry. Próż­nia­cy, bo tak wszy­scy na­zy­wa­li dziel­nych za­wod­ni­ków, byli po­wszech­nie uwiel­bia­ni. Miesz­ka­li na po­zio­mie Q3, w są­siedz­twie po­zio­mu Q. A wła­śnie tam żyli Zbaw­cy.  

Szcze­gól­ne miej­sce wśród nada­wa­nych w TV pro­gra­mów zaj­mo­wa­ła Trans­mi­sja. Znacz­na część Nu­me­rów uwa­ża­ła, że wła­śnie Trans­mi­sja była naj­waż­niej­sza. Co praw­da sta­ty­sty­ki mó­wi­ły, co in­ne­go, bo jej oglą­dal­ność wy­no­si­ła za­le­d­wie 89%, pod­czas, gdy Próż­nia­ków oglą­da­ło aż 95% Nu­me­rów. To nie zmie­nia­ło faktu, że Trans­mi­sja była pro­gra­mem z głę­bo­kim prze­sła­niem. Pro­wa­dził ją jeden ze Zbaw­ców, któ­re­go ty­tu­ło­wa­no Ten Wy­zna­czo­ny. To wła­śnie On wy­gła­szał udu­cho­wio­nym gło­sem za­pew­nie­nia i de­kla­ra­cje o lo­jal­no­ści miesz­kań­ców Wieży dla Za­świa­tów. Naj­waż­niej­szym mo­men­tem Trans­mi­sji było te­le­pa­tycz­ne łą­cze­nie się Wy­zna­czo­ne­go z Za­świa­ta­mi. Tą drogą uzy­ski­wał on od­po­wie­dzi na drę­czą­ce miesz­kań­ców Wieży py­ta­nia. Każdy Numer mógł prze­słać do Wy­zna­czo­ne­go wła­sne py­ta­nie. Do tego mię­dzy in­ny­mi słu­żył in­dy­wi­du­al­ny kon­trak­tor. Trans­mi­sje od­by­wa­ły się każ­de­go wie­czo­ru. Dla­te­go wszy­scy mogli być spo­koj­ni, że kie­dyś do­cze­ka­ją się od­po­wie­dzi na prze­ka­za­ne przez nich py­ta­nie. Po­dob­no nie wszy­scy wie­rzy­li w Za­świa­ty, lecz oglą­da­nie Trans­mi­sji w za­sa­dzie było obo­wiąz­ko­we.

Nie mniej­szą po­pu­lar­no­ścią cie­szył się pro­gram o życiu Zbaw­ców. Ci nie­sa­mo­wi­cie mą­drzy, skrom­ni i przy­zwo­ici lu­dzie, czę­sto przez miesz­kań­ców Wieży po­strze­ga­ni, jako nad­lu­dzie, opo­wia­da­li o bie­żą­cych tru­dach i pro­ble­mach z życia wszyst­kich Nu­me­rów. Czę­sto też ob­ra­zo­wo snuli wizje do­ty­czą­ce przy­szło­ści. Wieża, a do­kład­niej pobyt w niej, to stan przej­ścio­wy. Cho­ciaż Nu­me­ry praw­do­po­dob­nie prze­by­wa­ły tu od za­wsze, wszy­scy wie­dzie­li, że kie­dyś ją opusz­czą. Jak miesz­kań­cy in­nych Wież, na tak zwa­nym całym świe­cie. Zbaw­cy twier­dzi­li, że na­tu­ral­nym sta­nem dla ludzi było życie na wol­nej prze­strze­ni, pod gołym nie­bem. Poza Zbaw­ca­mi, któ­rzy wie­dzie­li wszyst­ko, po­zo­sta­łe Nu­me­ry, w tym on, nie wie­dzie­li, co zna­czy­ło, żyć poza Wieżą. Tym bar­dziej pod gołym nie­bem. Nikt nigdy nie wi­dział tak zwa­ne­go nieba. Lecz z tym, co mó­wi­li Zbaw­cy nie dys­ku­to­wa­no. Je­że­li Zbaw­cy tak twierdzili, to za­pew­ne mieli rację. On był o tym prze­ko­na­ny.

Gdy któ­re­goś wie­czo­ru od­po­czy­wał po pracy i ocze­ki­wał na po­ja­wie­nie się na ekra­nie wia­do­mo­ści Q, nagle jakby za­padł się w czar­ną dziu­rę. Nie ro­zu­miał tego. Stra­cił orien­ta­cję, tak wła­ści­wie w tym mo­men­cie nie ist­niał. Je­dy­ne, co gdzieś w od­da­li ma­ja­czy­ło, to prze­ko­na­nie, że nie był to sen. Był prze­ko­na­ny, że gdy czło­wiek śni, to zdaje sobie z tego spra­wę.

W tym dziw­nym mo­men­cie było ina­czej. Z pew­nym żalem, a nawet trwo­gą po­my­ślał, że nie­ste­ty cza­sa­mi wąt­pił w ist­nie­nie Za­świa­tów. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że jed­nak się mylił.

Po trud­nym do spre­cy­zo­wa­nia cza­sie, mógł wresz­cie otwo­rzyć oczy. Gdy to zro­bił ośle­pi­ło go nie­przy­jem­ne w swej ostro­ści świa­tło. Przez jego umysł prze­mknę­ła myśl, że taka ja­sność może ist­nieć je­dy­nie w Za­świa­tach. Gdy jego oczy w końcu zdo­ła­ły przy­sto­so­wać się do wszech­obec­nej świa­tło­ści po­wo­li za­czął do­strze­gać krzą­ta­ją­ce się wokół niego dziw­ne po­sta­cie. W pierw­szej chwi­li sko­ja­rzy­ły mu się one z ro­bo­ta­mi, a potem w więk­szym stop­niu z żoł­nie­rza­mi. Ich ruchy były krót­kie, pre­cy­zyj­ne, a do tego do prze­sa­dy oszczęd­ne. Gdy zdję­to mu z głowy ma­syw­ny hełm, zro­zu­miał, że żyje i za­pew­ne miej­sce, gdzie się zna­lazł, nie były Za­świa­ta­mi.

– Jak się pan na­zy­wa?  – usłyszał pytanie.

– No, wresz­cie. Wi­ta­my. Gdzie tak długo pan błą­dził. Pro­szę już wra­cać, za pół go­dzi­ny ma pan spo­tka­nie z panem Do­cen­tem. – ktoś mówił chyba do niego.

Nie ro­zu­miał, o co cho­dzi, gdzie się zna­lazł, a nawet kto i co do niego mówi. Go­rącz­ko­wo za­sta­na­wiał się kim wła­ści­wie jest, a może nawet czy w ogóle jest. Lecz jed­no­cze­śnie jedna po dru­giej, kieł­ko­wa­ły nie­upo­rząd­ko­wa­ne myśli. Na mo­ment prze­ra­ził się, że za­po­mniał swo­je­go nu­me­ru.  Lecz zaraz też uświa­do­mił sobie, że nie ma po­trze­by przy­wo­ły­wać w pa­mię­ci nu­me­ru. Prze­cież kie­dyś mia­łem imię i na­zwi­sko. Tak. Chyba na­zy­wam się Jan Po­pen­dow­ski?  Wła­śnie Jan Po­pen­dow­ski, a nie MCL…. Nie był pewny, czy prze­ko­na­nie co do swo­jej toż­sa­mo­ści ucie­szy­ło go. Lecz opa­no­wał się, a potem pew­nym, chra­pli­wym gło­sem, krót­ko od­po­wie­dział

py­ta­ją­cym:

– Jan Po­pen­dow­ski.

– Do­brze panie Janie – usły­szał po­twier­dze­nie.

Teraz już bez stre­su mógł ob­ser­wo­wać, co dzia­ło się wokół niego. Kilka osób w sza­rych uni­for­mach od­pi­na­ło za­trza­ski na jego tu­ło­wiu, rę­kach i no­gach. Był w po­zy­cji pół­sie­dzą­cej. Jesz­cze przez chwi­lę tkwił w twar­dej kap­su­le. Po wy­swo­bo­dze­niu z pan­ce­rza, per­so­nel od­pi­nał z jego ciała setki czuj­ni­ków. Po­czuł ból, gdy usu­wa­no z ra­mion i dłoni wkłu­cia do żył oraz za­pach potu, a także in­nych sub­stan­cji che­micz­nych. Przy po­mo­cy dwóch pod­pie­ra­ją­cych go osób tra­fił do ka­bi­ny, a tam z każ­dej stro­ny de­li­kat­ne stru­mie­nie cie­płej wody przy­wra­ca­ły go do pełni życia. Potem za­pro­wa­dzo­no go do ob­szer­ne­go i ele­ganc­kie­go ga­bi­ne­tu. Cią­gle jesz­cze oszo­ło­mio­ny zajął miej­sce na skó­rza­nym, bar­dzo wy­god­nym fo­te­lu. Jego zmy­sły od­no­to­wa­ły za­pach kon­ser­wo­wa­nej skóry, a zaraz potem przy­jem­ny aro­mat kawy. Wła­śnie w tym mo­men­cie zbli­ża­ła się do niego efek­tow­na blon­dyn­ka, która ciepło spo­glą­da­jąc na niego, Uśmie­cha­jąc się kobieta po­sta­wi­ła przed nim fi­li­żan­kę z czar­nym pły­nem. Pięk­na ko­bie­ta –po­my­ślał o niej.

– Jak pa­mię­tam, pije pan czar­ną. – powiedziała blondynka.

– Tak. Czar­na kawa to esen­cja życia – a on bez wa­ha­nia po­twier­dził.

Gdy de­lek­to­wał się po­da­nym mu na­po­jem, za­sta­na­wiał się jak też wy­szło to całe ba­da­nie. W tej chwi­li wszyst­ko co wią­za­ło się z sy­tu­acją, w któ­rej Jan się zna­lazł, przy­po­mnia­ło mu się. Dwa ty­go­dnie wcze­śniej sta­wił się w In­sty­tu­cie ba­da­ją­cym przy­dat­ność kan­dy­da­tów do ob­ję­cia wy­so­kich sta­no­wisk w ad­mi­ni­stra­cji pań­stwo­wej. Ba­da­nie było do­bro­wol­ne, lecz brak po­zy­tyw­ne­go cer­ty­fi­ka­tu do­ku­men­tu­ją­ce­go przej­ście badań, prak­tycz­nie eli­mi­no­wało z pro­ce­su re­kru­ta­cji. Po chwi­li do ga­bi­ne­tu ener­gicz­nie wszedł ele­ganc­ko ubra­ny, a przy tym uśmiech­nię­ty męż­czy­zna. Jego spo­sób po­ru­sza­nia się, a tym bar­dziej apa­ry­cja wzbu­dza­ła za­ufa­nie.

– Jak pan się czuje? – spy­tał, jed­no­cze­śnie po­trzą­sa­jąc jego dło­nią. Jan syk­nął z bólu, po­nie­waż uścisk Do­cen­ta ura­ził jego rany.

Mimo tego bez zwło­ki od­po­wie­dział rów­nie dziar­sko – bar­dzo do­brze.

– O prze­pra­szam – Do­cent zre­flek­to­wał się i dodał – je­stem bar­dzo za­do­wo­lo­ny z pana wy­ni­ków. Za­adop­to­wał się pan do zu­peł­nie skraj­nych wa­run­ków i to z pełną we­wnętrz­ną ak­cep­ta­cją. Może pan li­czyć na wy­so­ką notę. Ta­kich ludzi w pań­stwo­wej ad­mi­ni­stra­cji po­trze­bu­ją.  

Na pewno zrobi pan nie­złą ka­rie­rę.

– Dzię­ku­ję panie Do­cen­cie – po­wie­dział z prze­ko­na­niem, a potem za­py­tał – ale wła­ści­wie, to gdzie ja byłem?

– Już wszyst­ko panu opo­wiem – od­po­wie­dział Do­cent.

– Nasi VR-owcy wy­ge­ne­ro­wa­li taką zło­żo­ną i nie­kon­wen­cjo­nal­ną rze­czy­wi­stość. Gdyby pan przy­kła­do­wo, był kan­dy­da­tem na do­wód­cę misji ko­smicz­nej, to zna­la­zł­by się pan w Polis na Mar­sie, po to­tal­nej ka­ta­stro­fie na Ziemi. Ale w tym przy­pad­ku naj­waż­niej­sze było spraw­dze­nie pana lo­jal­no­ści i ak­cep­ta­cji wszel­kich, nawet nie­zbyt ko­rzyst­nych uwa­run­ko­wań. To, dla­te­go tra­fił pan do Wieży. Wy­kre­owa­li­śmy kil­ka­na­ście pod­sta­wo­wych i kil­ka­set po­chod­nych VR-rze­czy­wi­sto­ści. W ten spo­sób otrzy­ma­li­śmy super twar­dą pro­ce­du­rę HR. – męż­czy­zna, który był sze­fem In­sty­tu­tu We­ry­fi­ka­cji Pro­ce­du­ral­nej opo­wia­dał z za­do­wo­le­niem.

– Nie­zmier­nie cie­ka­we. – od­po­wie­dział Jan.

– Gdy wy­ra­zi­łem zgodę na pod­da­nie się tej pro­ce­du­rze po­wie­dzia­no mi, że na chwi­lę znaj­dę się w innym świe­cie. Jed­nak nie przy­pusz­cza­łem, że tak wła­ści­wie, poza tym innym świa­tem ni­cze­go in­ne­go nie bę­dzie – dodał re­flek­syj­nie.

– No i wła­śnie, o to nam cho­dzi­ło– ucie­szył się Do­cent.

– Zbu­do­wa­li­śmy róż­no­rod­ne wir­tu­al­ne świa­ty, żeby obiekt pod­da­ny ba­da­niu był cał­ko­wi­cie prze­ko­na­ny o re­al­no­ści tego, co od­bie­ra­ją jego zmy­sły– tłu­ma­czył na­uko­wiec.

– To na­praw­dę fa­scy­nu­ją­ce – Jan za­chwy­cał się. 

– Nie ru­sza­jąc się z miej­sca czło­wiek, a wła­ści­wie jego świa­do­mość zo­sta­je prze­nie­sio­na, do zu­peł­nie in­ne­go świa­ta. To pra­wie jak magia – słowa wy­po­wia­da­ne przez Jana wy­raź­nie ucie­szy­ły na­ukow­ca. 

– Rze­czy­wi­ście, kie­dyś może ktoś użył­by ta­kie­go okre­śle­nia – zgo­dził się Do­cent.

– A to je­dy­nie naj­zwy­klej­sza to­tal­na bio­sty­mu­la­cja. Po pro­stu w heł­mie i na całym ciele Sty­mu­lan­ta znaj­du­ją się li­czo­ne w dzie­siąt­ki ty­się­cy mikro elek­tro­dy i prze­kaź­ni­ki, ale nie będę wcho­dził w tech­nicz­ne szcze­gó­ły pro­ce­su. Tym nie mniej, to one po­zwa­la­ją na for­ma­to­wa­nie i pro­gra­mo­wa­nie pracy ca­łe­go ukła­du ner­wo­we­go Sty­mu­lan­ta. W trak­cie tego pro­ce­su prze­ży­cia, ale też wszel­kie doznania wy­da­ją się Sty­mu­lan­to­wi cał­ko­wi­cie re­al­ne, au­ten­tycz­ne i praw­dzi­we– po­wie­dział za­du­fa­ny w sobie Do­cent.

– To nie­sa­mo­wi­te – pełen emo­cji po­twier­dził Jan.

– Aż strach po­my­śleć, jak można by to wy­ko­rzy­stać, gdyby pro­ces mógł być za­im­ple­men­to­wa­ny do kon­kret­nej osoby albo i wielu osób jed­no­cze­śnie w spo­sób zdal­ny, bez kap­su­ły, hełmu i tych wszyst­kich elek­trod.

– Pro­szę pana, czy ma mnie pan za kogoś bez wy­obraź­ni – z dumą od­po­wie­dział na­uko­wiec. 

– Od dłuż­sze­go czasu już nad tym pra­cu­je­my. Może nie­zbyt pręd­ko się to nie wy­da­rzy, ale tak czy ina­czej, to je­dy­nie kwe­stia czasu – z nie­skry­wa­ną wyż­szo­ścią roz­wo­dził się na­uko­wiec.

– Wie pan, tak się za­sta­na­wiam, a może chciał­by pan wejść w nasz pro­jekt. Po­trze­bu­ję ludzi o pana pre­dys­po­zy­cjach. Nie­zbęd­ną wie­dzę szyb­ko pan na­bę­dzie, dam panu wszyst­ko, co bę­dzie do tego po­trzeb­ne. Ana­li­zu­jąc pana oso­bo­wość, nie­za­leż­nie do­ko­na­li­śmy też oceny po­ten­cja­łu w ob­sza­rze chłon­no­ści umy­słu i go­to­wo­ści na zmia­ny. Nie bez zna­cze­nia jest rów­nież pań­ska nie­skrę­po­wa­na wy­obraź­nia. Bo żadne do­tych­cza­so­we stan­dar­dy nie przy­sta­ją do na­sze­go wy­bit­ne­go pro­jek­tu – ostat­nią kwe­stię do­cent wy­gło­sił z pewną re­zer­wą w gło­sie. 

– Panie Do­cen­cie, to mnie pan za­sko­czył. Ja na­iw­ny my­śla­łem, że są ja­kieś gra­ni­ce magii – po­wie­dział Jan, cią­gle jesz­cze oszo­ło­mio­ny, lecz rów­nież prze­ra­żo­ny za­pre­zen­to­wa­ną mu wizją przy­szło­ści.

– Cie­ka­wy jest pana spo­sób my­śle­nia. Widzę, że nie my­li­łem się, co do pana – Do­cent po­now­nie uśmiech­nął się.

– Po­rów­ny­wa­nie na­szych dzia­łań do magii, to taki za­baw­ny, nie­skrę­po­wa­ny ana­chro­nizm. Jak pan za­uwa­żył kre­owa­na nie­gdyś nad­przy­ro­dzo­na rze­czy­wi­stość miała pewne, z góry usta­lo­ne gra­ni­ce. Na­to­miast dla nas tak na­praw­dę ogra­ni­cze­nia mogą wy­ni­kać je­dy­nie ze zło­żo­no­ści zle­ce­nia. Lecz nasza kre­atyw­ność nie ma żadnych gra­nic – po wy­po­wie­dze­niu tych słów Do­cent jakby przez chwi­le się za­sta­na­wiał.

– Cho­ciaż może rów­nież ta nie­gdy­siej­sza magia ogra­ni­czo­na była je­dy­nie przez wy­obraź­nię jej ani­ma­to­rów lub, co bar­dziej praw­do­po­dob­ne spon­so­rów. Bo jakby nie pa­trzeć, wszyst­ko spro­wa­dza się do wła­dzy i pie­nię­dzy– słowa na­ukow­ca były co naj­mniej nie­jed­no­znacz­ne.

Do Jana do­tar­ło, że Do­cent był czło­wie­kiem nie­tu­zin­ko­wym, a tak wła­ści­wie nie do końca nor­mal­nym. Ta myśl prze­ra­zi­ła go. Jesz­cze bar­dziej prze­stra­szy­ły słowa jakby od nie­chce­nia, po chwi­li wy­po­wie­dzia­ne przez Do­cen­ta.

– Wie pan to wszyst­ko jest względ­ne – stwier­dził Do­cent. 

Jan spojrzał na naukowca z niezrozumieniem.

– No to, kto jest nor­mal­ny. Bo waż­niej­sze są inne spra­wy, a przede wszyst­kim nie­skrę­po­wa­na kre­atyw­ność – wi­dząc nie­pew­ność na twa­rzy Jana, na­uko­wiec do­koń­czył roz­po­czę­tą myśl, re­la­ty­wi­zu­ją­cą rze­czy­wi­stość. 

– Ale ja o sobie wolę my­śleć tak stan­dar­do­wo – Jan od­po­wie­dział, a tak wła­ści­wie jakby się bro­nił. 

– Panie Janie, to niech­że pan tak o sobie myśli, któż tego panu broni – jakoś ner­wo­wo od­po­wie­dział na­uko­wiec. 

– Wszy­scy będą tak o sobie my­śleć. Ale tylko wtedy, gdy ja tak ze­chcę i na to po­zwo­lę. Już nie­dłu­go będę mógł za­pa­no­wać nad wa­szy­mi my­śla­mi – dziw­nie zmie­nio­nym gło­sem po­wie­dział szef In­sty­tu­tu.

Wy­glą­da­ło jakby na mo­ment Do­cent stra­cił nad sobą kon­tro­lę. Jego ciało za­czę­ło dy­go­tać, twarz wy­krzy­wiał dziw­ny gry­mas, a z ust po­pły­nę­ło lek­kie rzę­że­nie. Wszyst­ko trwa­ło krót­ką chwi­lę. Męż­czy­zna opa­no­wał się, a Jan zu­peł­nie nie wie­dział, jak in­ter­pre­to­wać to, co w tej krót­kiej chwi­li dzia­ło się z Do­cen­tem. Dla­te­go ponownie za­nie­mó­wił. Do­pie­ro po chwi­li Jan znowu usły­szał.

 – Nic się nie stało. To tylko te stre­sy i nie­ustan­ne na­pię­cie. Dzię­ku­ję panu, panie Janie. – Do­cent już opa­no­wa­ny wstał i podał Ja­no­wi rękę.

W tej chwi­li cał­ko­wi­cie przy­po­mi­nał czło­wie­ka, któ­re­go Jan po­znał wcze­śniej. Opa­no­wa­ne­go i wy­nio­słe­go na­ukow­ca.

– Jesz­cze raz gra­tu­lu­ję. Wy­ni­ki pana „We­ry­fi­ka­cji pro­ce­du­ral­nej” prze­śle­my bez­po­śred­nio do pra­co­daw­cy – Do­cent uśmiech­ną się do Jana, któ­re­go jed­no­cze­śnie po­że­gnał. 

Jan Po­pen­dow­ski, do­brze za­po­wia­da­ją­cy się młody czło­wiek, wstał od­czu­wa­jąc wy­raź­ną ulgę, że ta dziw­na roz­mo­wa do­bie­gła końca. Gdy wy­szedł z bu­dyn­ku, po­sta­no­wił wię­cej nie my­śleć o tym, co tam wi­dział i sły­szał. Zde­cy­do­wał rów­nież, że ni­ko­mu o tym nie opo­wie. Osta­tecz­nie miał za­miar zro­bić ka­rie­rę, a gdy za­cznie roz­wo­dzić się nad tym wszyst­kim, to może być uzna­ny za mi­to­ma­na lub wa­ria­ta. Nie­spo­dzie­wa­nie przez jego świa­do­mość prze­mknę­ła nie­oczy­wi­sta myśl, że w Wieży wszyst­ko było prost­sze i po­ukła­da­ne. Po­my­ślał też, że Do­cent za­pew­ne zrobi więk­szą ka­rie­rę od niego. Tak się dziw­nie skła­da, że na świe­cie 99% ludzi jest nor­mal­nych, a nie­ste­ty rzą­dzą­cych nami ludzi, naj­czę­ściej po­win­no się za­li­czyć do wariatów. 

Koniec

Komentarze

Hej,

 

wrzucanie hurtem opowiadań nie jest najlepszym pomysłem. Szczególnie że z tego, co widzę, ten tekst cierpi na podobne mankamenty, co pierwszy (i co wskazali Ci tam komentujący).

Warto więc dopracować tamten, przeczytać podrzucone tam poradniki i dopiero potem, po obrobieniu kolejnego tekstu według wytycznych, publikować dalej :)

Those who don't believe in magic will never find it

Popieram zdanie OldGuardyes

Pecunia non olet

Nie czytając tekstu już go krytykujesz. Ok. Tak też można. Dziękuję. 

Nie ma tu krytyki tekstu Jerzy. Jest odniesienie do rzeczy, które widać na pierwszy rzut oka po przeskanowaniu go wzrokiem: długie bloki tekstu czy źle zapisane dialogi. 

 

Dzięki bruceheart

Those who don't believe in magic will never find it

Jerzy, usuń kropkę z tytułu. Kropka w tytule jest błędem. 

Ponadto, mówię to z przykrością, „Weryfikacja proceduralna” w zaprezentowanym, stanie raczej nie nadaje się do czytania – zwarte bloki tekstu i liczne błędy nie ułatwią lektury.

Z pewnością przyda Ci się poradnik Drakainy: Portal dla żółtodziobów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie czytając tekstu już go krytykujesz. Ok. Tak też można. Dziękuję. 

 

Jerzy Trzciński, poddajemy krytyce wyłącznie stronę językową, bo usterki są takie same, jak przy poprzednim Twoim opowiadaniu, wstawionym niedawno. Akurat tamto czytałam dokładnie i nie dokonałeś w nim żadnych poprawek, a już zamieszczasz kolejne. Nikt tu nie pisze o treści. Zerknij do podanych Ci Poradników, a sam zobaczysz, ile masz tutaj błędów. Albo chcesz, by Czytelnicy skupili się na samej fabule, albo – by ciągle wypisywali Ci usterki. Decyzja należy do Ciebie. :) 

Pozdrawiam. :) 

 

OldGuard, pozdrawiam. heart

Pecunia non olet

OK usunąłem pierwsze opowiadanie. Natomiast Weryfikacja Proceduralna napisane przeze mnie trochę później może i zawiera błędy redakcyjne, lecz ją pozostawię. Uważam, że na się broni. A za wszelkie uwagi oczywiście dziękuję. 

Jerzy,

 

no cóż – cieszę się, że nie komentowałam pierwszego tekstu, bo ktoś się napracuje, wskazując, co warto poprawić, a zamiast wprowadzić te poprawki, usuwasz opowiadanie…

Poza tym mając świadomość błędów, zostawiasz je w drugim tekście, pokazując, że średnio liczysz się ze zdaniem komentujących. Może tekst się “broni”, ale mało kto to sprawdzi, odbijając się od formy, w jakiej go prezentujesz.

Those who don't believe in magic will never find it

Jak najbardziej, Szanowny Jerzy Trzciński; robisz, jak uważasz, tu też widzę zwarte bloki tekstu oraz błędy w zapisie dialogów czy myśli, ale – to zawsze Twoja rzecz; zawsze ostateczna decyzja należy do Autora. ;) 

I ja dziękuję, pozdrawiam. :) 

Pecunia non olet

OldGuard

Nie powiedziałem, że go jeszcze kiedyś nie wstawię, a poza tym podziękowałem za wszelkie uwagi. Bez urazy. A co do drugiego tekstu (pewne rzeczy poprawiłem) lecz uważam i jest na tyle dobry, że da się go czytać bez odbijania się z uwagi na jego formę, jak mówisz. Tak piszę, może kiepsko, ale mogę mieć swoje zdanie. Tobie oczywiście też dziękuję. 

Bruce

Dzisiejsza swego rodzaju rozgrywka zapewne była dla mnie pewna lekcja pokory. Z większą starannością podejdę do kolejnych publikacji na portalu. Dziękuję również Tobie za przenikliwość oraz szczerość. Niestety wszystko robię sam, lecz i tak jestem przekonany, że najważniejszy w utworze jest pomysł. Tematyka SF jest dla mnie jednym obszarów, który zawsze mnie interesował. Lecz częściej piszę o teraźniejszości i przeszłości. 

 

pozdrawiam 

Jerzy Trzciński, ponownie dziękuję; cieszę się, że wyciągasz wnioski z naszych opinii; proponuję zerknąć do opowiadań innych Autorów – akurat mamy na Portalu znakomite, świeżo nagrodzone opowiadanie OldGuard – poczytaj, przemyśl, spójrz na dialogi czy myśli, porównaj, aby dostrzec usterki u siebie. :) 

A potem sobie wyobraź, że jesteś Dyżurnym i masz obowiązek zopiniować wskazaną ilość tekstów w ciągu miesiąca (więcej – Poradnik Drakainy, który już parokrotnie Ci podano tu i przy usuniętym tekście), czytasz więc, wypisujesz usterki, poświęcasz na nie czas (a bywa, że liczą sobie nawet prawie 80 tysięcy znaków!), a potem nagle widzisz ze zdumieniem, że Autorzy je pousuwali, bo… nie spodobała Im się krytyka licznych błędów w nich zawartych. I wówczas dopiero zrozumiesz, o czym pisze Ci w komentarzu OldGuard. ;) Szanujmy się nawzajem. :) Swój czas i chęć pomocy. :) 

Więcej pokory zawsze się przydaje, bo nikt z nas tu nie jest wszechwiedzącym, każdy to amator i też popełnia błędy. Sęk w tym, aby je poprawiać i uczyć się to robić samodzielnie. ;) Zajrzą do Ciebie Czytelnicy, którzy będą wiedzieć, że warto, bo czytasz Ich opinie i podchodzisz do nich z szacunkiem, :) Jeśli uparcie nie poprawia się wskazywanych błędów, po co liczyć na jakichkolwiek Czytelników? Lepiej pisać samemu dla siebie i wierzyć, że się to robi doskonale. ;) 

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

P.S.

Widzę, że zamieściłeś już trzecie opowiadanie. Nasze rady nic nie dają… sad

Pecunia non olet

Jerzy witam ponownie :]

 

Tak piszę, może kiepsko

Spokojnie – każdy kiedyś zaczynał. Jeśli trochę "atakujemy" tu w kwestii błędów, to tylko dlatego, że z doświadczenia wiemy, że o ile niektórzy czytelnicy są skłonni przymknąć oko na błędy u nowicjusza, to po dwóch, trzech tekstach, gdzie technikalia stoją na tak słabym poziomie, po prostu ktokolwiek przestanie je czytać.

 

mogę mieć swoje zdanie

Wiesz, to zależy. Jeśli ktoś Ci napisze, tak jak ja, że przesadzasz z ekspozycją, to faktycznie, w pewnym sensie przynajmniej, jest to kwestia gustu. Ale te duże bloki tekstu po prostu zdecydowanej większości odbiorców przeszkadzają – zwyczajnie fizycznie trudniej po nich wodzić oczami. A już zapis dialogów ma konkretną poprawną wersję i po prostu trzeba się jej trzymać.

 

Oczywiście, koniec końców, Ty jesteś autorem i sam decydujesz, jaką formę będzie miało opowiadanie. Jeśli ktoś tu wytyka błędy albo coś, co mu się nie spodobało, to zawsze są to tylko sugestie.

 

Z większą starannością podejdę do kolejnych publikacji na portalu.

No i to jest podejście, które tu szanujemy! Aczkolwiek liczymy też, że autorzy będą poprawiać błędy w już istniejących opowiadaniach, zamiast je usuwać. Obowiązku nie ma. Ale tak jakby był ;)


Po tym krótkim wstępie, przejdźmy do tekstu.

 

da się go czytać bez odbijania się z uwagi na jego formę

No cóż – na pewno jest lepiej niż w tym skatiowanym tekście, gdzie już w pierwszym zdaniu było kilka błędów przymuszających czytelnika do ciężkiej umysłowej pracy. Nie można jednakowoż powiedzieć, że da się czytać bez odbijania. Niektóre błędy wciąż są na tyle dużego kalibru, że odbijają nawet przy sporej dozie dobrej woli. Pozwoliłem sobie wypisać kilka takich grubszych, najbardziej odbijających i tylko z pierwszego paragrafu.

 

Pod względem konstrukcji tekstu są tu podobne problemy jak w poprzednim. Zaczynasz masywnym potokiem ekspozycji (opisu świata przedstawionego). Nim cokolwiek w opowiadaniu się stanie, dowiadujemy się, co mieszkańcy Wieży jadają, a nawet co oglądają w telewizji. Potem budzimy się i ponownie jesteśmy atakowani ekspozycją, tym razem dostarczaną przez Docenta.

 

Pomysł i zawarta w opowiadaniu myśl również nie są szczególnie oryginalne; chyba każdy pisarz SF ma na koncie opowiadanie o symulowaniu rzeczywistości.

 

Pozdrawiam i trzymam za słowo, że przyszłe publikacje będą bardziej staranne!


Rano kubek białej, odrobinę glutowatej, gęstej cieczy o słodkawym posmaku. Czasem odrobinę mdły.

Z tych zdań wynika, że narrator czasem oprócz (lub zamiast) kubka białej cieczy dostawał na śniadanie odrobinę mdły. Co to jest mdła? No właśnie. Zamiast czytać, trzeba się domyślać, że to posmak czasem jest mdły. To jest gruby błąd gramatyczny.

 

Nie znał odpowiedzi na te tematy

Tu z kolei błąd semantyczy. Odpowiedź może być na pytanie, nie na temat. Ponownie, zamiast czytać, czytelnik musi się zastanawiać i tym samym odbija się od tekstu.

 

nie podejmować ich ponownie[.] Postanowił

Wystarczyło znać jedynie jego główną część[,][.] Dla niego było to MCLM236

Tu z kolei niepostawione kropki. Może się wydawać, że to tylko kropka – ale kropka to najmocniejszy znak interpunkcyjny i jej brak również "odbija" czytelnika. Jeśli się przeoczy na końcu paragrafu czy w dialogu, to jeszcze, jeszcze. Ale tak wewnątrz paragrafu, to spory problem.

 

Dla niego było to MCLM236, nie tak jak wcześniej kombinacja siedmiu liter oraz dwunastu cyfr. I to bez zająknięcia.

Ponownie, jedno zdanie zupełnie nie łączy się z drugim w gramatyczną całość. Było bez zająknięcia – to nic nie znaczy.

 

który Nakaz obowiązuje, a którą nową regulację należy stosować

Spójrzmy, co znaczy spójnik "a": "do tego, co zostało powiedziane na jakiś temat, mówiący dodaje coś, co jest pod pewnym względem inne". Tutaj mamy dwa razy identyczną sytuację, więc czytelnik będzie się spodziewał, że czegoś nie zrozumiał (albo że Ty coś pominąłeś) – innymi słowy, odbije się.

 

niech, że

Kolejny mocno odbijający błąd, co prawda spoza pierwszego paragrafu, ale tak unikalny, że aż musiałem go wypisać – nie tylko mamy słowo "niechże" rozbite na dwa, ale jeszcze do środka wjechał nam przecinek.

enixe conatus et feliciter gessi / sed extremo nihil interest / mi perendum ut omnia perdam / sed extremo nihil interest

Bruce

 Według Ciebie ciągle nie mama racji. Ale “Mel” według mnie jest dobrze napisany. Nie mogę być obiektywny, lecz tak po prostu uważam. Nie ma tu z mojej strony przekory. Co nie oznacza, że nie przyjmuję krytyki. 

Łubu-dubu! Łubu-dubu ! Niech nam żyje prezes naszego klubu! To mówiłem JA.

Bruce

 Według Ciebie ciągle nie mama racji. Ale “Mel” według mnie jest dobrze napisany. Nie mogę być obiektywny, lecz tak po prostu uważam. Nie ma tu z mojej strony przekory. Co nie oznacza, że nie przyjmuję krytyki. 

 

Jerzy Trzciński, czy ja gdzieś napisałam, że on nie jest dobrze napisany? 

Niestety, nie zrozumiałeś naszych rad, a szkoda. Póki nie poprawisz starannie jednego tekstu, nie wrzucaj kolejnych.

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Bruce

OK. Opowiadanie MEL poprawiłem. Zmieniłem. Może rzucisz okiem. To oczywiście prośba. Nad Weryfikacją pracuję.

Bruce

OK. Opowiadanie MEL poprawiłem. Zmieniłem. Może rzucisz okiem. To oczywiście prośba. Nad Weryfikacją pracuję.

 

Jerzy Trzciński, dziękuję za wiadomość, ale nie mam niestety żadnej gwarancji, że wspomnianego tekstu też nie usuniesz. ;) 

Radzimy Ci, aby nie wrzucać hurtem opka za opkiem, a Ty robisz dokładnie odwrotnie, usuwając wcześniejsze. Czytałbyś i komentował na naszym miejscu? 

 

Pozdrawiam. :) 

Pecunia non olet

Bruce

Opowiadania MEL nie usunę. To ostateczna wersja. Lecz w Jerrym Bielu było zbyt wiele do poprawy. Dlatego biorąc pod uwagę Wasze uwagi usunąłem. Może kiedyś go znowu wstawię, lecz po dłuższej refleksji. Weryfikację…. kończę poprawiać. A kolejny tekst wstawię, gdy będę pewny za niego. Tak jak sugerowałaś.

Ok, cóż… uwierzę, że nie usuniesz. Zatem na razie popraw według wskazówek Komentatorów to i kolejne opowiadanie, bo do tej pory tego nie zrobiłeś. :) 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Galicyjski Zakapior oraz bruce

 

Mam nadzieję, że nowy tekst “Weryfikacji proceduralnej” przynajmniej w pewnym stopniu spełni Wasze zalecenie, a przede wszystkim spodoba się pomysł. 

pozdrawiam 

Galicyjski Zakapior oraz bruce

 

Mam nadzieję, że nowy tekst “Weryfikacji proceduralnej” przynajmniej w pewnym stopniu spełni Wasze zalecenie, a przede wszystkim spodoba się pomysł. 

pozdrawiam 

 

Jerzy Trzciński,

dziękuję za wiadomość, ale widzę, że nadal – wbrew radom Komentujących – masz dialogi wplecione w wielkie i zwarte bloki tekstu, np.:

 Właśnie Jan Popendowski, a nie MCL…. Nie był pewny, czy przekonanie co do swojej tożsamości ucieszyło go. Lecz opanował się, a potem pewnym, chrapliwym głosem, krótko odpowiedział pytającym: – Jan Popendowski.

 

Tutaj dialog też jest błędnie zapisany:

– Dobrze panie Janie – usłyszał potwierdzenie, które go uspokoiło.

 

I tu:

– To ciekawe. – Jan potwierdził i dodał– Gdy wyraziłem zgodę na poddanie się tej procedurze powiedziano mi, że na chwilę znajdę się w innym świecie. Jednak nie przypuszczałem, że tak właściwie, poza tym innym światem niczego innego nie będzie – odpowiedział refleksyjnie.

 

I tutaj także:

– No i właśnie, o to nam chodziło– ucieszył się Docent i uzupełnił – zbudowaliśmy te różne wirtualne światy, żeby badany był całkowicie przekonany o realności tego, co odbierają jego zmysły.

 

Przykro mi bardzo, ale nie jestem w stanie czytać dodatkowych (i znikających nagle) opowiadań kilkakrotnie, aby wypisywać już wypisywane wcześniej błędy. 

Za ostateczną wersję tekstu zawsze odpowiada tylko i wyłącznie autor – każde opowiadanie to jego wizytówka. To opowiadanie jest pełne błędów. Szczegółowe dane co do zapisu dialogów podałam Ci poprzednio. To, czy z nich skorzystasz, zależy tylko od Ciebie. :) 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Bruce

Rozumiem, że jeżeli nie będę stosował się do wytycznych, to nie mam prawa przesyłań nowych utworów. Jednocześnie za ostateczny kształt tekstu odpowiada autor.

Dziękuję Ci za twoją cierpliwość i uwagę. Może zbyt wolno się uczę. Lecz w pewnym wieku (a jestem już w słusznym wieku) człowiek nie tak łatwo się zmienia. 

 

pozdrawiam. 

Bruce

Rozumiem, że jeżeli nie będę stosował się do wytycznych, to nie mam prawa przesyłań nowych utworów. Jednocześnie za ostateczny kształt tekstu odpowiada autor.

Dziękuję Ci za twoją cierpliwość i uwagę. Może zbyt wolno się uczę. Lecz w pewnym wieku (a jestem już w słusznym wieku) człowiek nie tak łatwo się zmienia. 

 

pozdrawiam. 

Za zgodą Loży:

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/poradniki

Pecunia non olet

Bruce

Poprawiłem zgodnie z Twoimi wytycznymi z wczorajszego, pogodnego ranka.

 

pozdrawiam 

Nowa Fantastyka