- Opowiadanie: Jerzy Trzciński - Weryfikacja proceduralna

Weryfikacja proceduralna

Człowiek nigdy nie powinien być całkowicie przekonany co do realności świata w którym się znajduje.  

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Weryfikacja proceduralna

Był zadowolony z przydzielonej mu kwatery MCL1216 i w ogóle z życia. W pracy nie przemęczał się, chociaż to, co wykonywał, nie ekscytowało go. Posiłki były dobre. Lepszych nie pamiętał. Rano kubek białej, odrobinę glutowatej, gęstej cieczy o słodkawym posmaku. Czasem odrobinę mdły. Szeptano, że kiedyś smak tego posiłku był orzeźwiający, lecz on nie wiedział, co to znaczyło. W pracy, otrzymywał kubek z rzadkim kisielem oraz drugi z żółtą, gęstą cieczą. Smak pierwszego płynu był słonawy, a druga, żółta breja miała posmak goryczy. Razem komponowały się wyśmienicie. Wieczorem zawsze ten sam czarny płyn. Smak był ostrawy, lecz przed snem uspakajał. Spał wyśmienicie. Nie przywiązywał wagi do drobiazgów i cieszył się pozytywnymi zmianami. Poprawiały one komfort życia, a zarazem dawały nadzieję na przyszłość. Jeżeli coś go czasami martwiło, to jedynie brak wspomnień. Skąd i dlaczego znalazł się w Wieży? Nie znał odpowiedzi na te tematy, to też za każdym razem przyrzekał sobie, nie podejmować ich ponownie Postanowił myśleć jedynie pozytywnie. Cieszył się, że przy identyfikacji przez Przezroczystych, zniesiono obowiązek pamiętania całego numeru. Wystarczyło znać jedynie jego główną część, Dla niego było to MCLM236, nie tak jak wcześniej kombinacja siedmiu liter oraz dwunastu cyfr. I to bez zająknięcia. Pomyłka, a nawet niepewność wiązały się z dotkliwymi sankcjami. Można się było wyratować potwierdzając tożsamość przy użyciu Certyfikadła. To tym bardziej nie było proste. Trzeba było posłużyć się tajnym, indywidualnym Hasłem Prawdy. Każdy obawiał się ujawniania tego hasła Przezroczystym. Różnie o nich mówiono. Chociaż jeżeli źle, to nigdy głośno. Gdy w ostatnim Nakazie „Twoje prawa”, potocznie nazywanym „kagańcem”, wprowadzono uproszczenia, wszyscy byli zadowoleni, a nawet wdzięczni Zbawcom. Oni najlepiej wiedzieli, co potrzebują mieszkańcy Wieży. Zbawcy powtarzali, że „Twoje prawa” pomagają wszystkim, a chociaż czasami niektóre obowiązujące lub wprowadzane regulacje mogły wydawać się trudne, dopóki nie zostały zniesione to obowiązywały. Zbawcy najlepiej wiedzieli, co, od i do kiedy obowiązywało. Gdy było zasadne, wtedy niepotrzebne prawo było przez nich znoszone lub zmieniane. Dla zwykłego Numeru ten proces mógł wydawać się niejasny. Na dobrą sprawę nikt do końca nie był pewny, który Nakaz obowiązuje, a którą nową regulację należy stosować. To też należało być gotowym na wszystko. Zbawcy w swej mądrości zawsze tłumaczyli – nie rób innym kłopotu, stosuj prawo. On dziwił się wszystkim, którzy okazywali jakieś szemrane niezadowolenie. Zbawcy najlepiej wiedzieli, co i kiedy jest dla wszystkich najlepsze. Zwykłe Numery w Wieży nie musiały zaprzątać sobie głowy trudnymi sprawami. Za nich myśleli Zbawcy. Mieszkał bardzo wygodnie. Jego kwatera była wyposażona w łóżko, stolik, krzesło, wieszak. W ścianie po lewej stronie znajdowały się dwa duże otwory. W pierwszym mniejszym rano i wieczorem pojawiały się posiłki. Drugi otwór służył do odbierania czystych ubrań oraz oddawania okryć do utylizacji.

W centralnym miejscu największej ściany wbudowany był ekran. Na środku pomieszczenia stała podstawa, na której spoczywał osobisty kontraktor ze Zbawcami. Przy jego pomocy mógł przez niego przekazać do Zbawców swoje uwagi lub informacje. Dla sprawności działania systemu, połączenie było jednokierunkowe. Czyli przekazywał uwagi do Zbawców. Przebieg takiego kontaktu precyzyjnie opisywał któryś z Nakazów. Kontraktor służył również do wybrania interesującego kanałów TV. Tym sposobem mógł się zrelaksować lub dowiedzieć o tym, czego jeszcze nie wiedział. Dla wygody, a zarazem bezpieczeństwa, programy informacyjne ze znakiem Q nadawane były równocześnie na wszystkich kanałach. A TV uaktywniał się samoistne. Tym sposobem ważne informacje docierały jednocześnie do wszystkich. Poza wiadomościami największą popularność miała piłka próżniowa. Była to bardzo emocjonująca i barwna gra, której zasady wymyślili Zbawcy. Znali je wszyscy.

Rywalizacja odbywała się w pomieszczeniu, w którym obniżona była grawitacja, a tam dwa piętnastoosobowe zespoły, przynajmniej w momencie rozpoczęcia, ubrane w stroje ochronne dążyły do umieszczenia stalowej kuli w otworze w kształcie litery Q. Kula miała średnicę 25 cm, a tzw. Złota Dziura Q 100 na 60 cm. Uczestnicy, a tym bardziej kula, dzięki zredukowanej grawitacji poruszali się ze zwielokrotnioną prędkością. Zawodnicy rozpędzali siebie lub partnera, co przy zastosowaniu różnych technicznych układów umożliwiało wystrzeliwanie kuli z dużą siłą i prędkością w kierunku Złotej Dziury. Zdarzało się, że kula celowo wystrzeliwana była w kierunku zawodnika drużyny przeciwnej, co w efekcie czasami powodowało ich eliminację z gry. Wszystko było bardzo widowiskowe i ekscytujące. Najciekawszy moment to, gdy kula z brzękiem lądowała w Złotej Dziurze. Nie mniej emocjonujące było upolowanie kulą gracza drużyny przeciwnej. Nie było to łatwe, lecz zdarzało się, że ten czy ów nie zdążył zastosować odpowiedniego uniku albo nie zakrył się tarczą ochronną. Gdy dochodziło do przejęcia przez gracza znacznej energii uderzenia, często tracił przytomność, a na kombinezonie pojawiały się czerwone plamy. Czasami dochodziło do pęknięcia maski lub hełmu, co mogło doprowadzić do krwawych urazów twarzy lub głowy. Takie były twarde reguły gry. Próżniacy, bo tak wszyscy nazywali dzielnych zawodników, byli powszechnie uwielbiani. Mieszkali na poziomie Q3, w sąsiedztwie poziomu Q. A tam żyli Zbawcy.  

Innym, popularnym programem była tzw. Transmisja. Część Numerów uważała, że to Transmisja była najlepsza, lecz statystyki mówiły, co innego. Tu oglądalność wynosiła 89%, podczas gdy Próżniaków oglądało 95%. Transmisja była programem z głębokim przesłaniem. Wskazany ze swego grona przez Zbawców tak zwany Wyznaczony, wygłaszał w programie uduchowionym głosem zapewnienia i deklaracje o lojalności mieszkańców Wieży dla Zaświatów. Potem telepatycznie łączył się z Zaświatami i uzyskiwał odpowiedzi na pytania dręczące mieszkańców Wieży. Pytania były wcześniej kierowane przez Numery do Wyznaczonego za pośrednictwem kontraktorów. Transmisje były każdego wieczoru, więc każdy kiedyś doczekiwał się odpowiedzi na swoje pytanie. Nie wszyscy wierzyli w Zaświaty, ale na wszelki wypadek lepiej było oglądać Transmisję. Nie mniejszą popularnością cieszył się program o życiu Zbawców. Ci niesamowicie mądrzy, skromni i przyzwoici ludzie, często przez mieszkańców Wieży postrzegani, jako nadludzie, opowiadali o bieżących trudach i problemach z życia wszystkich Numerów. Snuli wizje dotyczące przyszłości. Wieża, a dokładniej pobyt w niej, to stan przejściowy. Chociaż Numery przebywały tu od zawsze, wszyscy wiedzieli, że kiedyś ją opuszczą. Jak mieszkańcy innych Wież, na tak zwanym całym świecie. Zbawcy twierdzili, że naturalnym stanem dla ludzi było życie na wolnej przestrzeni, pod gołym niebem. Poza Zbawcami, którzy wiedzieli wszystko, pozostałe Numery, w tym on, nie wiedzieli, co znaczyło, żyć poza Wieżą. Tym bardziej pod gołym niebem. Nikt nigdy nie widział nieba. Lecz z tym, co mówili zbawcy nie dyskutowano. Jeżeli Zbawcy tak mówili, to zapewne mieli rację. On był o tym przekonany. Gdy oczekiwał na pojawienie się na ekranie wiadomości, nagle jakby zapadł się w czarną dziurę. Nie rozumiał tego. Stracił orientację, tak właściwie nie istniał. Jedyne, co gdzieś w oddali majaczyło, to przekonanie, że nie był to sen.

Gdy człowiek śni, zdaje sobie z tego sprawę, a w tym momencie było inaczej. Pomyślał, o Zaświatach. Zmartwił się tym, że czasami wątpił w ich istnienie.  Gdy po trudnym do określenia czasie, mógł wreszcie otworzyć oczy, oślepiło go nieprzyjemne w swej ostrości światło. Ludzie krzątający się wokół niego przypominali roboty lub żołnierzy. Ich ruchy były krótkie, precyzyjne i do przesady oszczędne. Gdy zdjęto mu z głowy masywny hełm, zrozumiał, że żyje. Po chwili usłyszał pytanie: – Jak się pan nazywa? Przemknęło mu przez myśl, że taka jasność może być tylko w Zaświatach. Usłyszał: – No, wreszcie. Witamy. Gdzie tak długo pan błądził. Proszę wracać, za pół godziny ma pan spotkanie z panem Docentem. Nie wiedział, o co chodzi, gdzie się znajduje, kto i co do niego mówi. Kim jest i czy w ogóle jest. Przeraził się, że zapomniał swojego numeru. Powoli, jedna po drugiej, kiełkowały nieuporządkowane myśli. Zaczynał rozpoznawać kształty. Pomyślał – Ja? Chyba nazywam się Jan Popendowski? Tak właśnie, a nie numer. Odpowiedział chrapliwym głosem – Jan Popendowski.

– Dobrze panie Janie – usłyszał potwierdzenie, które go uspokoiło. Obserwował, co się działo wokół niego. Kilka osób w szarych uniformach odpinało zatrzaski na jego tułowiu, rękach i nogach. Był w pozycji półsiedzącej. Jeszcze przez chwilę tkwiłw twardej kapsule. Po wyswobodzeniu z pancerza, personel odpinał z jego ciała setki czujników. Poczuł ból, gdy usuwano z ramion i dłoni wkłucia do żył. Potem zapach potu oraz substancji chemicznych. Zaprowadzono go do kabiny, gdzie poczuł przyjemny tusz, który przywrócił jego funkcje życiowe. Ciągle jeszcze pozbawiony był normalnej świadomości ciała. Potem zaprowadzono go do gabinetu i posadzono na skórzanym fotelu. Odnotował zapach konserwowanej skóry, a zaraz potem kawy. W tym momencie przyjemna blondynka z ciepłym uśmiechem postawiła przed nim filiżankę z czarnym płynem i powiedziała: – Jak pamiętam, pije pan czarną. Potwierdził: – Tak. – Delektował się kawą, chociaż drażnił go nieprzyjemny posmak.

– Ciekawe jak wyszło badanie – pomyślał, bo wszystko już mu się przypomniało. Dwa tygodnie wcześniej stawił się w Instytucie badającym przydatność do objęcia wysokich stanowisk w administracji państwowej. Badanie było dobrowolne, ale jego brak praktycznie eliminował z procesu rekrutacji. Do gabinetu wszedł elegancko ubrany i uśmiechnięty mężczyzna o miłej, budzącej zaufanie aparycji.

– I jak pan się czuje – spytał, potrząsając jego dłonią. Syknął z bólu, uścisk Docenta uraził jego rany. Mimo tego bez zwłoki odpowiedział równie dziarsko – bardzo dobrze.

– O przepraszam – Docent zreflektował się i dodał – jestem zadowolony z pana wyników. Zaadoptował się pan do zupełnie skrajnych warunków i to z pełną wewnętrzną akceptacją. Może pan liczyć na wysoką notę. Takich ludzi w państwowej administracji potrzebują. Zrobi pan karierę.

– Dziękuję panie Docencie – powiedział z przekonaniem, a potem zapytał – ale właściwie, to gdzie ja byłem?

– Już wszystko opowiem – odpowiedział Docent – nasi VR-owcy wygenerowali taką złożoną i niekonwencjonalną rzeczywistość – opowiadał z zadowoleniem – gdyby pan przykładowo, był kandydatem na dowódcę misji kosmicznej, to znalazłby się pan w Polis na Marsie, po totalnej katastrofie na Ziemi. W pana przypadku najważniejsze było sprawdzenie lojalności, dlatego pan trafił do Wieży. Wykreowaliśmy kilkanaście podstawowych i kilkaset pochodnych, różniących się VR-rzeczywistości. W ten sposób otrzymaliśmy super twardą procedurę HR.

– To ciekawe. Gdy wyraziłem zgodę na poddanie się tej procedurze powiedziano mi, że na chwilę znajdę się w innym świecie. Nie przypuszczałem, że tak właściwie, poza tym innym światem niczego innego nie będzie – powiedział refleksyjnie.

– No i właśnie, o to nam chodziło– ucieszył się Docent – zbudowaliśmy te różne wirtualne światy, żeby badany był całkowicie przekonany o realności tego, co odbierają jego zmysły.

– Fascynujące – potwierdził i dodał – nie ruszając się z miejsca człowiek, a właściwie jego świadomość zostaje przeniesiona, do innego świata. To prawie jak magia.

– Rzeczywiście, kiedyś może ktoś użyłby takiego określenia – potwierdził Docent – a to jedynie najzwyklejsza totalna biostymulacja. Po prostu w hełmie i na całym ciele Stymulanta znajdują się liczone w dziesiątki tysięcy mikro elektrody i przekaźniki, ale nie będę wchodził w techniczne szczegóły procesu. Tym nie mniej, to one pozwalają na formatowanie i programowanie pracy całego układu nerwowego Stymulanta. W trakcie przebiegu procesu wszystko wydaje się prawdziwe, a na pewno całkiem realne.

– To niesamowite – odpowiedział z emocją w głosie – aż strach pomyśleć, jak można by to wykorzystać, gdyby proces mógł być zaimplementowany do konkretnej osoby, albo i wielu osób jednocześnie w sposób zdalny, bez kapsuły i tych wszystkich elektrod.

– Proszę pana, czy ma mnie pan za kogoś bez wyobraźni – z pewną dumą w głosie odpowiedział naukowiec, a potem z wyższością dodał – od dłuższego czasu już nad tym pracujemy – uśmiechną się i kontynuował – może niezbyt prędko to się stanie, ale tak czy inaczej, to jedynie kwestia czasu. Wie pan – z pewną rezerwą w głosie powiedział Docent – tak się zastanawiam, a może chciałby pan wejść w nasz projekt. Potrzebuję ludzi o pana predyspozycjach. Niezbędną wiedzę szybko pan nabędzie, dam panu wszystko, co do tego będzie potrzebne. Analizując pana osobowość, niezależnie dokonaliśmy też oceny potencjału w obszarze chłonności umysłu i gotowości na zmiany. Nie bez znaczenia jest również nieskrępowana wyobraźnia. Bo żadne dotychczasowe standardy nie przystają do naszego wybitnego projektu.

– Pan Docent mnie zaskakuje. Ja naiwny myślałem, że są jakieś granice magii – powiedział ciągle jeszcze oszołomiony, a może i trochę przerażony zaprezentowaną mu nie wprost, wizją przyszłości.

– Ciekawy jest ten pana sposób myślenia. Widzę, że nie myliłem się, co do pana – Docent uśmiechnął się i dodał – porównywanie naszych działań do magii, to taki zabawny, nieskrępowany anachronizm. Jak pan zauważył nadprzyrodzona rzeczywistość miała pewne, z góry ustalone granice. Natomiast tak naprawdę ograniczenia dla nas mogą wynikać jedynie ze złożoności zlecenia lub dokładniej, naszej kreatywności – Docent chwile się zastanowił – chociaż może i ta niegdysiejsza magia ograniczona była jedynie przez wyobraźnię jej animatorów lub, co bardziej prawdopodobne, sponsorów. Bo jakby nie patrzeć, wszystko sprowadza się do władzy i pieniędzy. Dotarło do niego, że Docent był, człowiekiem nietuzinkowym, a tak właściwie nie do końca normalnym. Ta myśl przeraziła go, a jeszcze bardziej przestraszyły wypowiedziane po chwili, od niechcenia, słowa przez Docenta.

– Wie pan to wszystko jest względne – stwierdził Docent, a widząc brak zrozumienia w oczach rozmówcy, dodał – no to czy, ktoś jest normalny. Bo ważne są inne sprawy,

a przede wszystkim kreatywność.

– Ale ja wolę myśleć o sobie, tak standardowo – odpowiedział z naciskiem.

– Panie Janie – uświadomił sobie, że Docent po raz pierwszy użył jego imienia – To niech, że pan tak o sobie myśli, któż tego broni – naukowiec dziwnie nerwowo kontynuował – wszyscy będą tak o sobie myśleć. Ale tylko wtedy, gdy ja na to pozwolę. Już niedługo będę mógł zapanować nad waszymi myślami – na moment docent stracił nad sobą kontrolę. Jego ciało zaczęło dygotać, twarz wykrzywiał grymas, a z ust popłynęło lekkie rzężenie. Wszystko trwało krótką chwilę. Naukowiec opanował się. Jan zupełnie nie wiedział, jak to interpretować. Zaniemówił. A Docent znowu przemówił – Nic się nie stało. – beznamiętnie wyjaśnił

– To stresy i nerwy. Dziękuję panu. – Docent wstał, podając Janowi rękę już opanowany, przypominał tego człowieka, którego Jan poznał na początku. Na koniec naukowiec powiedział – jeszcze raz gratuluję. Wyniki prześlemy do pańskiego pracodawcy.

Jan Popendowski, dobrze zapowiadający się młody człowiek, wstał odczuwając wyraźną ulgę, że ta dziwna rozmowa dobiegła końca. Gdy wyszedł z budynku, postanowił więcej nie myśleć o tym, co tam widział i słyszał. Zdecydował również, że nikomu o tym nie opowie. Ostatecznie miał zamiar zrobić karierę, a gdy zacznie rozwodzić się nad tym wszystkim, to może być uznany za mitomana lub wariata. Niespodziewanie przez jego świadomość przemknęła nieśmiała myśl, że w Wieży wszystko było prostsze. Pomyślał też, że Docent może zrobić większą karierę od niego. Tak się dziwnie składa, że na świecie 99% ludzi jest normalnych, a najczęściej rządzą nami wariaci.

Koniec

Komentarze

Hej,

 

wrzucanie hurtem opowiadań nie jest najlepszym pomysłem. Szczególnie że z tego, co widzę, ten tekst cierpi na podobne mankamenty, co pierwszy (i co wskazali Ci tam komentujący).

Warto więc dopracować tamten, przeczytać podrzucone tam poradniki i dopiero potem, po obrobieniu kolejnego tekstu według wytycznych, publikować dalej :)

Those who don't believe in magic will never find it

Popieram zdanie OldGuardyes

Pecunia non olet

Nie czytając tekstu już go krytykujesz. Ok. Tak też można. Dziękuję. 

Nie ma tu krytyki tekstu Jerzy. Jest odniesienie do rzeczy, które widać na pierwszy rzut oka po przeskanowaniu go wzrokiem: długie bloki tekstu czy źle zapisane dialogi. 

 

Dzięki bruceheart

Those who don't believe in magic will never find it

Jerzy, usuń kropkę z tytułu. Kropka w tytule jest błędem. 

Ponadto, mówię to z przykrością, „Weryfikacja proceduralna” w zaprezentowanym, stanie raczej nie nadaje się do czytania – zwarte bloki tekstu i liczne błędy nie ułatwią lektury.

Z pewnością przyda Ci się poradnik Drakainy: Portal dla żółtodziobów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie czytając tekstu już go krytykujesz. Ok. Tak też można. Dziękuję. 

 

Jerzy Trzciński, poddajemy krytyce wyłącznie stronę językową, bo usterki są takie same, jak przy poprzednim Twoim opowiadaniu, wstawionym niedawno. Akurat tamto czytałam dokładnie i nie dokonałeś w nim żadnych poprawek, a już zamieszczasz kolejne. Nikt tu nie pisze o treści. Zerknij do podanych Ci Poradników, a sam zobaczysz, ile masz tutaj błędów. Albo chcesz, by Czytelnicy skupili się na samej fabule, albo – by ciągle wypisywali Ci usterki. Decyzja należy do Ciebie. :) 

Pozdrawiam. :) 

 

OldGuard, pozdrawiam. heart

Pecunia non olet

OK usunąłem pierwsze opowiadanie. Natomiast Weryfikacja Proceduralna napisane przeze mnie trochę później może i zawiera błędy redakcyjne, lecz ją pozostawię. Uważam, że na się broni. A za wszelkie uwagi oczywiście dziękuję. 

Jerzy,

 

no cóż – cieszę się, że nie komentowałam pierwszego tekstu, bo ktoś się napracuje, wskazując, co warto poprawić, a zamiast wprowadzić te poprawki, usuwasz opowiadanie…

Poza tym mając świadomość błędów, zostawiasz je w drugim tekście, pokazując, że średnio liczysz się ze zdaniem komentujących. Może tekst się “broni”, ale mało kto to sprawdzi, odbijając się od formy, w jakiej go prezentujesz.

Those who don't believe in magic will never find it

Jak najbardziej, Szanowny Jerzy Trzciński; robisz, jak uważasz, tu też widzę zwarte bloki tekstu oraz błędy w zapisie dialogów czy myśli, ale – to zawsze Twoja rzecz; zawsze ostateczna decyzja należy do Autora. ;) 

I ja dziękuję, pozdrawiam. :) 

Pecunia non olet

OldGuard

Nie powiedziałem, że go jeszcze kiedyś nie wstawię, a poza tym podziękowałem za wszelkie uwagi. Bez urazy. A co do drugiego tekstu (pewne rzeczy poprawiłem) lecz uważam i jest na tyle dobry, że da się go czytać bez odbijania się z uwagi na jego formę, jak mówisz. Tak piszę, może kiepsko, ale mogę mieć swoje zdanie. Tobie oczywiście też dziękuję. 

Bruce

Dzisiejsza swego rodzaju rozgrywka zapewne była dla mnie pewna lekcja pokory. Z większą starannością podejdę do kolejnych publikacji na portalu. Dziękuję również Tobie za przenikliwość oraz szczerość. Niestety wszystko robię sam, lecz i tak jestem przekonany, że najważniejszy w utworze jest pomysł. Tematyka SF jest dla mnie jednym obszarów, który zawsze mnie interesował. Lecz częściej piszę o teraźniejszości i przeszłości. 

 

pozdrawiam 

Jerzy Trzciński, ponownie dziękuję; cieszę się, że wyciągasz wnioski z naszych opinii; proponuję zerknąć do opowiadań innych Autorów – akurat mamy na Portalu znakomite, świeżo nagrodzone opowiadanie OldGuard – poczytaj, przemyśl, spójrz na dialogi czy myśli, porównaj, aby dostrzec usterki u siebie. :) 

A potem sobie wyobraź, że jesteś Dyżurnym i masz obowiązek zopiniować wskazaną ilość tekstów w ciągu miesiąca (więcej – Poradnik Drakainy, który już parokrotnie Ci podano tu i przy usuniętym tekście), czytasz więc, wypisujesz usterki, poświęcasz na nie czas (a bywa, że liczą sobie nawet prawie 80 tysięcy znaków!), a potem nagle widzisz ze zdumieniem, że Autorzy je pousuwali, bo… nie spodobała Im się krytyka licznych błędów w nich zawartych. I wówczas dopiero zrozumiesz, o czym pisze Ci w komentarzu OldGuard. ;) Szanujmy się nawzajem. :) Swój czas i chęć pomocy. :) 

Więcej pokory zawsze się przydaje, bo nikt z nas tu nie jest wszechwiedzącym, każdy to amator i też popełnia błędy. Sęk w tym, aby je poprawiać i uczyć się to robić samodzielnie. ;) Zajrzą do Ciebie Czytelnicy, którzy będą wiedzieć, że warto, bo czytasz Ich opinie i podchodzisz do nich z szacunkiem, :) Jeśli uparcie nie poprawia się wskazywanych błędów, po co liczyć na jakichkolwiek Czytelników? Lepiej pisać samemu dla siebie i wierzyć, że się to robi doskonale. ;) 

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

P.S.

Widzę, że zamieściłeś już trzecie opowiadanie. Nasze rady nic nie dają… sad

Pecunia non olet

Jerzy witam ponownie :]

 

Tak piszę, może kiepsko

Spokojnie – każdy kiedyś zaczynał. Jeśli trochę "atakujemy" tu w kwestii błędów, to tylko dlatego, że z doświadczenia wiemy, że o ile niektórzy czytelnicy są skłonni przymknąć oko na błędy u nowicjusza, to po dwóch, trzech tekstach, gdzie technikalia stoją na tak słabym poziomie, po prostu ktokolwiek przestanie je czytać.

 

mogę mieć swoje zdanie

Wiesz, to zależy. Jeśli ktoś Ci napisze, tak jak ja, że przesadzasz z ekspozycją, to faktycznie, w pewnym sensie przynajmniej, jest to kwestia gustu. Ale te duże bloki tekstu po prostu zdecydowanej większości odbiorców przeszkadzają – zwyczajnie fizycznie trudniej po nich wodzić oczami. A już zapis dialogów ma konkretną poprawną wersję i po prostu trzeba się jej trzymać.

 

Oczywiście, koniec końców, Ty jesteś autorem i sam decydujesz, jaką formę będzie miało opowiadanie. Jeśli ktoś tu wytyka błędy albo coś, co mu się nie spodobało, to zawsze są to tylko sugestie.

 

Z większą starannością podejdę do kolejnych publikacji na portalu.

No i to jest podejście, które tu szanujemy! Aczkolwiek liczymy też, że autorzy będą poprawiać błędy w już istniejących opowiadaniach, zamiast je usuwać. Obowiązku nie ma. Ale tak jakby był ;)


Po tym krótkim wstępie, przejdźmy do tekstu.

 

da się go czytać bez odbijania się z uwagi na jego formę

No cóż – na pewno jest lepiej niż w tym skatiowanym tekście, gdzie już w pierwszym zdaniu było kilka błędów przymuszających czytelnika do ciężkiej umysłowej pracy. Nie można jednakowoż powiedzieć, że da się czytać bez odbijania. Niektóre błędy wciąż są na tyle dużego kalibru, że odbijają nawet przy sporej dozie dobrej woli. Pozwoliłem sobie wypisać kilka takich grubszych, najbardziej odbijających i tylko z pierwszego paragrafu.

 

Pod względem konstrukcji tekstu są tu podobne problemy jak w poprzednim. Zaczynasz masywnym potokiem ekspozycji (opisu świata przedstawionego). Nim cokolwiek w opowiadaniu się stanie, dowiadujemy się, co mieszkańcy Wieży jadają, a nawet co oglądają w telewizji. Potem budzimy się i ponownie jesteśmy atakowani ekspozycją, tym razem dostarczaną przez Docenta.

 

Pomysł i zawarta w opowiadaniu myśl również nie są szczególnie oryginalne; chyba każdy pisarz SF ma na koncie opowiadanie o symulowaniu rzeczywistości.

 

Pozdrawiam i trzymam za słowo, że przyszłe publikacje będą bardziej staranne!


Rano kubek białej, odrobinę glutowatej, gęstej cieczy o słodkawym posmaku. Czasem odrobinę mdły.

Z tych zdań wynika, że narrator czasem oprócz (lub zamiast) kubka białej cieczy dostawał na śniadanie odrobinę mdły. Co to jest mdła? No właśnie. Zamiast czytać, trzeba się domyślać, że to posmak czasem jest mdły. To jest gruby błąd gramatyczny.

 

Nie znał odpowiedzi na te tematy

Tu z kolei błąd semantyczy. Odpowiedź może być na pytanie, nie na temat. Ponownie, zamiast czytać, czytelnik musi się zastanawiać i tym samym odbija się od tekstu.

 

nie podejmować ich ponownie[.] Postanowił

Wystarczyło znać jedynie jego główną część[,][.] Dla niego było to MCLM236

Tu z kolei niepostawione kropki. Może się wydawać, że to tylko kropka – ale kropka to najmocniejszy znak interpunkcyjny i jej brak również "odbija" czytelnika. Jeśli się przeoczy na końcu paragrafu czy w dialogu, to jeszcze, jeszcze. Ale tak wewnątrz paragrafu, to spory problem.

 

Dla niego było to MCLM236, nie tak jak wcześniej kombinacja siedmiu liter oraz dwunastu cyfr. I to bez zająknięcia.

Ponownie, jedno zdanie zupełnie nie łączy się z drugim w gramatyczną całość. Było bez zająknięcia – to nic nie znaczy.

 

który Nakaz obowiązuje, a którą nową regulację należy stosować

Spójrzmy, co znaczy spójnik "a": "do tego, co zostało powiedziane na jakiś temat, mówiący dodaje coś, co jest pod pewnym względem inne". Tutaj mamy dwa razy identyczną sytuację, więc czytelnik będzie się spodziewał, że czegoś nie zrozumiał (albo że Ty coś pominąłeś) – innymi słowy, odbije się.

 

niech, że

Kolejny mocno odbijający błąd, co prawda spoza pierwszego paragrafu, ale tak unikalny, że aż musiałem go wypisać – nie tylko mamy słowo "niechże" rozbite na dwa, ale jeszcze do środka wjechał nam przecinek.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Bruce

 Według Ciebie ciągle nie mama racji. Ale “Mel” według mnie jest dobrze napisany. Nie mogę być obiektywny, lecz tak po prostu uważam. Nie ma tu z mojej strony przekory. Co nie oznacza, że nie przyjmuję krytyki. 

Łubu-dubu! Łubu-dubu ! Niech nam żyje prezes naszego klubu! To mówiłem JA.

Bruce

 Według Ciebie ciągle nie mama racji. Ale “Mel” według mnie jest dobrze napisany. Nie mogę być obiektywny, lecz tak po prostu uważam. Nie ma tu z mojej strony przekory. Co nie oznacza, że nie przyjmuję krytyki. 

 

Jerzy Trzciński, czy ja gdzieś napisałam, że on nie jest dobrze napisany? 

Niestety, nie zrozumiałeś naszych rad, a szkoda. Póki nie poprawisz starannie jednego tekstu, nie wrzucaj kolejnych.

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka