
Prawdziwych przyjaciół poznaje się w walce.
Układ: Vegas
Stacja New Vegas 42-4421-VC Dok 4B – Rękaw komunikacyjny
Czas: +06:00:00 czasu Uniwersalnego
Stacja New Vegas, przy której właśnie zadokowała Anatomia, po raz pierwszy otworzyła swe podwoje przed Nickiem Freemanem. Wcześniej jedynie kilkukrotnie przelatywał przez ten układ, widząc z oddali migoczące światła konstrukcji – niczym kosmiczny miraż obiecujący więcej, niż mógł dać. Teraz, jako pełnoprawny gość, cierpliwie czekał, aż ruchoma platforma dowiezie go wraz z innymi pasażerami do centrali. Tam zamierzał wynająć skromną kajutę i wreszcie coś zjeść.
Od kilku godzin nic nie jadł, a New Vegas słynęła z kuchni tak wyśmienitej, że nawet w przewodnikach gastronomicznych figurowała obok najlepszych kasyn i burdeli w galaktyce.
Przesuwając się przez rękaw, zerkał przez przeszklone ściany na to, co działo się na zewnątrz. Ruch przypominał tętniący ul: mrowie małych i średnich statków, dalej majestatyczne pasażerskie kolosy powoli dokujące przy pylonach, a między nimi patrole kosmicznej policji. Esencja ludzkiej cywilizacji w czystej postaci.
A w samym centrum – hazard i prostytucja. Dwa filary, na których nasza chwalebna kultura opierała się, opiera i – jak wszystko wskazuje – opierać będzie.
Układ 42 – później nazwany po prostu Vegas – był pustym punktem w przestrzeni, położonym tuż obok układu 41, Fog Star. Nie miał planet, tylko samotną karłowatą gwiazdę oświetlającą rozległe mgławice gazowe. Sceneria przypominała poetycki obraz, z którego niejeden impresjonista czerpałby natchnienie… gdyby nie fakt, że ktoś postanowił w sercu tej sielanki wznieść centrum rozpusty i dekadencji.
Kto i dlaczego – wyjaśniała historia stacji, którą Freeman pobrał zaraz po dokowaniu i błyskawicznie przeskanował najważniejsze notyfikacje. Wynikało z nich, że to już trzecia wersja New Vegas. Poprzednia, wciąż likwidowana gdzieś w pobliżu, pełniła rolę areny dla „atrakcji specjalnych”: pojedynków myśliwców, walk mechów i gier o astronomiczne stawki.
Całość transmitowano na sąsiednie układy – wszystko, co było zbyt groźne i zbyt zasobochłonne dla nowo wybudowanej stacji.
Ta natomiast, z racji swojego przeznaczenia, epatowała przepychem już od pierwszych sekund po przekroczeniu progów. Już sam fakt, że – w przeciwieństwie do stacji typu Pegasus – New Vegas nie obracała się, robił wrażenie. Sztuczną grawitację zapewniał wewnętrzny system: technologia dotąd zarezerwowana dla flagowych okrętów wojennych Federacji.
Stacja składała się z trzech głównych części.
Górna sekcja – raj kasyn, restauracji i miejsc przyjemności. Dwadzieścia pięć wysokich, cylindrycznych struktur, każda licząca kilkadziesiąt pięter, ustawionych na siatce przypominającej kwadrat.
Środkowa część – najbardziej spektakularna. System doków, rękawów i hangarów oraz centrala rejestracji gości. Mniejsze statki wlatują i wylatują przez cztery gigantyczne wrota, nad którymi nieustannie wyświetla się neonowy napis NEW VEGAS. Większe okręty cumują przy pylonach przypominających macki ośmiornicy.
Całość rozświetlały szyldy reklamowe we wszystkich możliwych barwach – prawdziwy kosmiczny karnawał. Największe jednostki, jak pancerniki czy drednoty, ustawiały się w pobliżu, wykorzystując sprzyjającą grawitację i utrzymując łączność za pośrednictwem mniejszych statków transportowych zwanych dokierkami – odpowiedników ziemskich taksówek.
Dolna część przypominała odwróconą piramidę. Znajdowały się tam głównie apartamenty oraz infrastruktura zarządzająca stacją. Im bliżej doków – tym taniej i ciaśniej; im dalej – tym drożej i bardziej ekskluzywnie.
Przynajmniej tak wynikało z danych, które Nick właśnie przestudiował.
Wreszcie nowi goście dotarli do jednej z hal rejestracyjnych. Gdy platforma się zatrzymała, Nick mógł w końcu zarezerwować kajutę i posiłek. Ku jego zaskoczeniu „mała kajuta” okazała się stumetrowym apartamentem z salonem, kuchnią, łazienką i własną siłownią.
Jak się okazało, był to tutaj najniższy standard.
Nick roześmiał się pod nosem, zastanawiając się, jak wygląda „pakiet ultra premium”, dostępny wyłącznie dla uprzywilejowanych VIP-ów z odpowiednią odznaką zaufania zarządu stacji. Cóż – nie tym razem. Skoro jednak już tu był, warto było poznać ten przybytek lepiej… nawet jeśli tanio nie będzie.
Kolejną rzeczą, która przypadła mu do gustu, okazał się system zarządzania stacją dla gości. Nie trzeba było rozmawiać z ludźmi. Wystarczyło podłączyć się do sieci, a cała interakcja odbywała się w myślach i przez okulary AR.
Na wyświetlaczu natychmiast pojawiła się trójwymiarowa mapa prowadząca do elewatora, który miał zabrać go na piętro z jego apartamentem.
Ruszył w jego stronę, podziwiając mijane otoczenie. Mimo to przezorność podpowiadała mu, by dostać się do wewnętrznej sieci stacji – dostępnej wyłącznie dla pracowników. To
był fundament planu B. Ochrona była solidna, a dane logowania dobrze zabezpieczone.
Wystarczyło jednak jedno mgnienie oka…
Dostrzegł patrolującego ochroniarza i skierował się w jego stronę, włączając swój system w tryb kopiowania danych.
– Przepraszam bardzo – powiedział najłagodniej, jak potrafił. – Mój system coś szwankuje i nie mogę trafić do wyznaczonej sekcji z apartamentem. Czy mógłby mi pan pomóc?
Ochroniarz nie wyglądał jak typowy nieokrzesany najemnik. Był dobrze zbudowany, elegancko ubrany w czerwony kombinezon z niebieskimi wstawkami i złotym napisem:
NEW VEGAS OCHRONA
Miał ciemną skórę, błękitne oczy i krótko przystrzyżone, białawe włosy.
– Oczywiście, że pomogę. Te analogowe systemy bywają zawodne – odpowiedział przyjemnym, melodyjnym głosem. – Pozwoli pan, że pana zeskanuję.
– Ależ oczywiście, proszę bardzo – odparł Nick, wdzięcząc się jak tylko mógł i starając się wyglądać jak klasyczny, zagubiony turysta. – Jestem pierwszy raz na tak dużej stacji, to dla mnie astronomiczne przeżycie!
– Nie pan pierwszy i nie ostatni – zaśmiał się ochroniarz. – Wielu ma podobne problemy.
– Skierował wzrok w lewo, odczytując dane z systemu.
O, jest pański apartament. Winda B4, piętro szóste. Piąte drzwi po prawej stronie. Zapamięta pan?
– Tak, tak, poradzę sobie. Winda E4, tak?
– B4. B jak „bardzo duży”, cztery jak cztery nogi – poprawił go ochroniarz z uśmiechem. – Łatwiej zapamiętać. Na pewno pan da radę.
– Ach, no tak! Bęcwał ze mnie! – parsknął Nick z udawaną skruchą.
Pożegnał się i ruszył szybkim krokiem w stronę sekcji oznaczonej literą D.
– Taa… – mruknął z zadowoleniem.
Jego system sklonował już kod dostępu do systemu bezpieczeństwa. Był zalogowany jako Jammal. Ustawił kopiowanie danych na bardzo wolne tempo – tak, by nie wzbudzać podejrzeń. Miał przecież czas.
Wskazany przez ochroniarza dźwig osobowy zatrzymał się błyskawicznie na szóstym piętrze. Większość współpasażerów wysiadła niżej. Nick wyszedł i ruszył do swojego apartamentu.
Drzwi otworzyły się bezszelestnie.
Układ: Vegas
Stacja New Vegas 42-4421-VC – Apartament B6-5/5
Czas: +07:12:00 czasu Uniwersalnego
Oczekiwania Freemana wobec „kajuty” okazały się mocno zaniżone. Do dyspozycji miał apartament przygotowany specjalnie dla niego – zaprojektowany od podstaw na bazie danych odczytanych przez system stacji z jego pamięci, osobistych preferencji oraz wszystkiego, co zdołano o nim znaleźć w bazach danych.
Było to niemal wierne odwzorowanie jego dawnego ziemskiego mieszkania – tego sprzed wielu lat, które jakimś cudem wciąż pamiętał.
Korytarz prowadził do przestronnego salonu z niewielkim aneksem kuchennym. Obok znajdowała się duża, osobna sypialnia oraz w pełni wyposażona łazienka. Nick uznał, że całość musiała powstać z pomocą nanitów – niemal natychmiast po dokonaniu rezerwacji. Nie spodziewał się jednak aż tak imponującego efektu.
Wnętrze było komfortowe i bogate, a jednocześnie przytulne. Emanowało ciepłem, które zdawało się zaprzeczać surowości kosmosu. Nigdzie jednak nie dostrzegł siłowni, która widniała w folderze reklamowym.
Nick zdjął kurtkę i pas z bronią, po czym cisnął je na sofę stojącą przy ścianie imitującej ogromne panoramiczne okno z widokiem na otaczającą stację przestrzeń. W ustawieniach apartamentu zmienił wyświetlany obraz na zachód słońca nad ziemskim morzem.
Z ukrytych w ścianach głośników popłynął spokojny, kojący szum fal.
Freeman podszedł do aneksu kuchennego, by w końcu czegoś się napić – choćby czegokolwiek płynnego. W standardowym pakiecie znalazła się jedynie półlitrowa, solidna szklana butelka wody oraz kilka suchych krakersów.
– No, nie poszaleli – mruknął markotnie, gryząc jednego z nich i łapczywie popijając wodą.
Na razie musiało mu to wystarczyć. W menu ustawień apartamentu sprawdził, czy istnieje możliwość wypożyczenia odzieży innej niż standardowy kombinezon udostępniany gościom stacji – i oczywiście była.
Złożył zamówienie, zrzucił z siebie stary kombinezon i udał się do łazienki. Po jedzeniu, kąpiel była drugą najbardziej upragnioną rzeczą.
Gdy w końcu wyszedł z łazienki, nowy ubiór czekał już na łóżku w sypialni. Nareszcie poczuł się jak człowiek – czysty i ogolony.
Jeszcze chwilę wcześniej wyglądał jak przybłęda z końca galaktyki. Teraz znów przypominał profesjonalistę.
Zrzucił ręcznik i założył syntetyczny turkusowy smoking z fioletowymi dodatkami na kołnierzu i rękawach. Materiał był nieco sztywny, dziwnie nienaturalnie sztywny, a w kroku wyraźnie uwierał.
Nick nie miał jednak wielkiego wyboru. Tym razem musiał nosić to, co pozwoli mu wtopić się w tłum… choć akurat te kolory mówiły coś zupełnie innego.
Ale co moda, to moda.
Trudno. Najwyraźniej taki był tu obowiązujący styl.
Układ: Vegas
Stacja New Vegas 42-4421-VC – Restauracja Gwiazda Północy
Czas: +09:30:00 czasu Uniwersalnego
Obok siedziała już inna konsumentka – kobieta ubrana w kombinezon podobny do tego, który miał na sobie Nick, z tą różnicą, że jej wersja posiadała głęboki dekolt odsłaniający niemal całą linię atletycznego biustu. Miała astronomicznie rude włosy, krótko przycięte po bokach, a na twarzy mrowie piegów. Właśnie kończyła swoje danie.
Freeman usiadł na wysokim taborecie obok, dosunął się do kontuaru i – starając się nie zwracać uwagi na sąsiadkę – podniósł leżącą przed nim kartę dań w tradycyjnej formie, wydrukowaną na organicznej folii.
Wybór obejmował wszystko: od starterów, przez zupy i dania główne, aż po desery i napoje. Ponieważ był spragniony, najpierw zamówił chłodny koktajl z odrobiną alkoholu, a z całej wykwintnej oferty restauracji wybrał hamburgera – w dużej wersji, z dodatkową porcją sosu. Ostatni raz jadł coś takiego na Marsie i bardzo mu wtedy smakowało. Miał nadzieję powtórzyć to doświadczenie.
Ciekawostką było to, że zamówienie można było złożyć dopiero po poruszeniu karty dań – i to również nie umknęło Nickowi. Widać było, że na New Vegas przywiązywano sporą wagę do szczegółów, starając się zachować pozory dawnych ziemskich restauracji z czasów, gdy ludzkość nie doceniała tego, co posiadała.
Po chwili z kontuaru wysunął się kufel ze złotym, pieniącym się napojem, a zaraz za nim talerz z parującą bułką wypełnioną bogatym nadzieniem. Koktajl okazał się wyciągiem z szyszek chmielu połączonym z sokiem malinowym, mocno schłodzonym.
Pierwszy gryz hamburgera był dla Nicka jak wspomnienie z czasów pobytu na Ziemi. Każdy kęs rozpływał się w ustach, a samo przeżuwanie miało w sobie coś niemal magicznego – aż przeszedł go lekki dreszcz.
Wypił kufel koktajlu jednym duszkiem i zamówił to samo jeszcze raz. Tym razem postanowił delektować się powoli – każdym łykiem napoju i każdym kawałkiem kanapki z mielonym mięsem.

W tym samym czasie jego sąsiadka skończyła posiłek i – nie zwracając na Nicka uwagi – w pośpiechu opuściła lokal. Ewidentnie była pilotką. Ci często żyli w samotności, przez co bywali nieco ekscentryczni – pomyślał Nick, sącząc napój.
Po jego lewej stronie przysiadł się inny klient. Szczupły, ogolony na zero. Kiedyś brunet, teraz – przez długotrwały wpływ promieniowania kosmicznego – człowiek o jasnej karnacji i niemal białych brwiach, ale wciąż uśmiechniętych oczach. Ubrany był w smoking w kolorze intensywnej zieleni z czerwonymi dodatkami.
Zwrócił się do Nicka:
– Ty też jesteś pierwszy raz w New Vegas?
– Trudno poznać, prawda? – odparł Freeman.
– Te ubrania walą po oczach jak pięść w mordę – rzucił z rozbawieniem przybysz.
– Zgadzam się.
– Wybacz moje maniery. Rey „Jimmy” Jimminson.
– Nick Freeman.
– Bez trzeciego członu? – zdziwił się Jimmy. – Chyba że…
Nick zmroził nowego wzrokiem.
– A widzę, że prawdziwe marsjańskie jedzenie. To by wyjaśniało brak dodatkowego członu.
Zauważył reakcję Nicka i szybko zmienił temat, jak gdyby nigdy nic rozpromieniając się na nowo.
– Wiesz, ja też jestem jakby z Marsa. Moi rodzice mnie tam poczęli, ale przez wojnę musieli uciekać byle dalej.
– Tak naprawdę jestem z Ziemi. Ale to długa historia – odparł Nick.
– Gość był namolny, to już wiedział. Przełączył wizję na dane ze skanera.
– No to szacunek, stary. Jesteś elitą. Tu rzadko kto jest z Ziemi. Latam tu od lat i spotkałem może pięciu, sześciu takich gości. Część już nawet nie pamięta, jak wyglądała. A ty, Nick, pamiętasz?
– Wyleciałem z niej przed wojną. Też już nie pamiętam.
– Nie powinieneś czegoś zamówić?
– Aaa… racja, masz rację. Człowiek tyle czasu siedzi sam, że kiedy w końcu pogada z kimś żywym, buzia mu się nie zamyka. Polecisz mi coś?
Nick pożałował wyboru lokalu. Wyglądało na to, że ten upierdliwy towarzysz nie zamierza kończyć rozmowy, a każdy pretekst wystarczał, by ją ciągnąć dalej.
– Hamburger i napój chmielowy. Tyle zamówiłem, jak widzisz. Niewiele ci pomogę.
– Nic nie szkodzi. Zawsze chciałem spróbować combra z koniny. Podobno ludzie kiedyś jeździli na tych zwierzętach… Albo z jelenia – na nie z kolei polowali. Tak… może z jelenia.
Jimmy zamyślił się, przeglądając menu.
|Freeman postanowił przyspieszyć jedzenie kanapki. Czar delektowania się smakiem prysnął. Teraz im szybciej skończy, tym większa szansa na ucieczkę i spokój.
– A ty, Nick? Czym się zajmujesz? – wypalił nagle Jimminson, wciąż wpatrzony w kartę dań.
Nick westchnął.
– Wykrakałem.
Zanim zdążył odpowiedzieć, Jimmy już mówił dalej:
– Słyszałem, że baronowa MarCall ma się tu z kimś spotkać. Mówią, że szukają pilotów, ochroniarzy, nawet konserwatorów. Pomyślałem: co mi szkodzi? Mówię do dziewczyny: „Lecimy znowu do Vegas!”.
– To nie jesteś tu sam?
– Nie, nie – zaśmiał się Rey. – Dziewczyną nazywam swój statek. Ośmiornicę. Mały transportowiec. Wiesz, jak człowiek długo gada tylko z maszyną, w końcu zaczyna traktować ją jak osobę.
Nieustanny grymas na twarzy Jimminsona przypominający uśmiech zaniepokoił Nicka. Wskazywało to na klasyczną chorobę sierocą – częstą u samotnych pilotów.
– Baronowa? – dopytał Freeman.
– Bardzo bogata kobieta. Handluje bronią. Pewne kredyty – odparł Jimmy, zerkając na pojawiającą się przed nim zupę z tuńczyka: jasno-brązową ciecz z jakimiś dodatkami. Obok wysunęła się łyżka.
Zerknął na skaner – tak, to była łyżka.
– Coś się tu szykuje, skoro rekrutują całe zastępy ludzi – kontynuował Rey.
– To bogata stacja. Spotkania biznesowe są tu pewnie na porządku dziennym.
– Ale płacą naprawdę solidnie. A wiesz – Jimmy zaczął siorbać zupę – życie tutaj kosztuje.
– A gdzie nie? – odburknął Nick.
Nazwisko MarCall przewinęło mu się już wcześniej w danych stacji. Uznał je za reklamę, ale teraz dodał je do listy priorytetów.
– Gościu, poleć na Copernikusa. Wody nie ma, wszystko trzeba przywozić. Masakra. Totalna masakra – kłapnął Rey, połykając zupę.
Freeman rozejrzał się nerwowo, jakby szukał wyjścia awaryjnego z rozmowy.
– Możliwe. Ale wolę bardziej cywilizowane stacje. I jakąś żywą kobietę – złośliwie skwitował pasjonata rybnej zupy.
Jimmy o mało się nie zadławił. Wybuchnął głośnym śmiechem – tak głośnym, że nawet obsługa restauracji się obejrzała.
– Niepotrzebna uwaga – odnotował Nick. Jego system wykrył zwiększone zainteresowanie ich stolikiem ze strony kilku klientów.
Aleś mnie, kurcze, rozwalił, Nick! Dobrze dowaliłeś! – dusił się ze śmiechu Jimmy.
-Ale wiesz… – dodał po chwili poważniej – zwykłe mechaniczne rżnięcie to nie to samo co z uczuciem.
-Ale przynajmniej się wyładujesz.
-W teorii tak. W praktyce… to nie to samo co z kimś, kto cię zna i rozumie.
Jimmy sposępniał. Z jego twarzy zniknął uśmiech.
– Nie musisz przecież ruszać lędźwiami – rzucił szybko Nick. – One specjalizują się w psychologii. Bez mrugnięcia oka cię wysłuchają, a nawet pomogą i podbudują.
Pilot spojrzał na niego uważnie. Nadal milczał.
– Ja właśnie idę się wyładować. A potem, kiedy się wyśpię, zapłacę za czas, żeby się wygadać – kontynuował Nick.
– Nie boisz się, że to, co im powiesz, przekażą dalej? – zapytał Rey.
– Nie. To nie jest taki typ ludzi jak my, Jimmy. Chciałbyś pamiętać, co robili z tobą twoi klienci?
Twarz Reya zdradzała wewnętrzną walkę, więc Nick dodał:
– Vegas ma opinię, jaką ma. Nie martw się, że cokolwiek pójdzie dalej. Co jest w Vegas, zostaje w Vegas. To nie wzięło się znikąd.
Jimminson znowu się uśmiechnął. Zanurzył łyżkę w zupie i wrócił do jedzenia.
– Dobra, Rey, ja znikam – powiedział Nick, widząc swoją okazję do ucieczki i jednym długim łykiem dopijając koktajl. – Stacja jest duża. Nie ma co siedzieć w miejscu i rozwodzić się nad życiem. Smacznego i do następnego.
– Dzięęękuję – wydukał pilot z pełnymi ustami. – Jestem ci dłużny. To dla mnie dużo znaczyło.
Nick wstał, mrugnął i szybkim krokiem oddalił się od kontuaru.
Nie znosił takich rozmów. O baronowej MarCall wcześniej nie wiedział nic. Teraz miał nowy trop do sprawdzenia.
Na razie czekała go jednak inna rozrywka – taka, która wymagała zdjęcia ubrania, a nie zakładania nowego.
Z błogą beztroską ruszył w stronę Centrum Rozkoszy Adrianny.
Układ: Vegas
Stacja New Vegas 42-4421-VC – Centrum Rozkosz Adriany
Czas: +10:30:00 czasu Uniwersalnego
Jak zaplanował, tak zrobił. Freeman udał się do jednego z centrów masażu i rekreacji – dawniej zwanych burdelami. Tutaj odpowiednio przygotowany gatunek kochanki lub kochanka, zaprojektowany zgodnie z preferencjami klienta, czekał na dalsze polecenia.
Każdy taki „obiekt zamówienia” był specjalnie zaprojektowaną istotą stworzoną do jednego celu. Po wykonaniu zadania… no cóż – następowała utylizacja. Problem ujawniania poufnych informacji i prób szantażu znikał sam.
Nick kiedyś próbował to zrozumieć. Dowiedział się wtedy, że te istoty mają żyć tylko przez określony czas. Kodowano je tak, by szybko dorastały, a potem równie szybko umierały. Typowy towar w tym uniwersum – zamów, użyj, zużyj.
Większość klientów nie zadawała pytań o to, czy te istoty coś czują. Chodziło tylko o zwierzęce rozładowanie emocji.
Początki nie były łatwe. Nick trafił do takiego lokalu po raz pierwszy w chwili, gdy niemal wymknęło mu się spod kontroli to, co w nim tkwiło.
Teraz wiedział już dobrze, że elektronika wszczepiona w jego ciało nie powstrzyma symbionta żyjącego w jego wnętrzu. Ten zresztą miał zaprogramowany cel – doprowadzić misję do końca, a potem zabić swojego nosiciela. Wciąż próbował to zrobić, choć może już bez większej nadziei.
Freeman odkrył przypadkiem, że odpowiednia „kuracja” z kobietą – a czasem z kilkoma – potrafiła na długo uśpić działanie wszczepu.
Wspomnienie tej pierwszej, która nieświadomie pomogła mu złamać obcą strukturę zaprogramowaną w jego ciele, wracało do niego uporczywie.
Megan Ochara.
Na samą myśl o niej ciarki przebiegły mu po skórze.
Otrząsnął się gwałtownie.
Centrum Rozkoszy Adrianny pachniało luksusem i zepsuciem, zmieszanymi w koktajl uderzający do głowy szybciej niż najdroższy bourbon w kasynie dwa piętra wyżej. Freeman zatrzymał się w progu i omiótł wzrokiem holograficzne dekoracje, których przesadne kształty obiecywały wszystko – i jeszcze więcej.
Wiedział jednak, że nie przyszedł tu dla świateł ani dla architektury.
Uśmiechnął się krzywo, poprawiając kołnierz niewygodnego smokingu, jakby szykował się do transakcji, a nie do uniesienia. Znał swoje ciało na tyle dobrze, by wiedzieć, czego mu naprawdę brakowało – i nie chodziło o towarzystwo ani o chwilowe zapomnienie.
To była czysta medycyna.
Tyle że opakowana w najdroższy aksamit i najbardziej ponętne kształty, jakie wszechświat wystawił na sprzedaż.
Ruszył przed siebie, czując, jak spojrzenia hostess suną po nim jak skanery. Każda sprzedawała złudzenia, lecz on szukał tylko jednego – czegoś, co na jakiś czas powstrzyma w nim bestię.
Drzwi do prywatnego salonu zasunęły się za nim z cichym sykiem…
Kiedy otworzył oczy w swoim apartamencie, minęła już trzecia doba od chwili, gdy przekroczył próg Centrum.
Przekręcił się powoli na łóżku i przez moment leżał nieruchomo, jakby próbował ustalić, czy to wszystko naprawdę się wydarzyło.
Freeman cieszył się tylko z jednego – że nikt nie widział tego, co wyprawiał.
Z jednej strony czuł ulgę, niemal euforyczny spokój. Z drugiej serce wciąż tłukło mu się w piersi, podpowiadając, że to tylko chwilowy ratunek. Zabieg mógł nie wystarczyć, a czas, który kupił, może być krótszy, niż chciałby przyznać.
Spróbował się rozluźnić. Odnaleźć choć odrobinę równowagi.
Właśnie wtedy, w półmroku apartamentu, objął go znów brat śmierci – cichy, nieproszony, a jednak znajomy.
Układ: Vegas
Stacja New Vegas 42-4421-VC – Apartament B6-5/5
Czas: +07:15:00 czasu Uniwersalnego
Gdy euforia po przeżytych rozrywkach i orgazmach opuściła jego kajutę, Freeman – leżąc nago jak go stworzono – otworzył w głowie system dostępu do danych stacji. W niecałe cztery dni wydał już ponad połowę tego, co zarobił na Pegazusie. Trzeba było pomyśleć o jakimś zajęciu. Przyjemności na New Vegas były niestety bardzo drogie.
Przeleciał wzrokiem ogłoszenia o pracy – większość ofert nie pasowała do jego specjalizacji. Widać było, że Gwiezdna Policja pilnuje tu porządku i robi to całkiem skutecznie.
Z ciekawości otworzył zastrzeżony dostęp do danych ochrony stacji. Utwierdził się w przekonaniu, że Jimmy rzeczywiście przebywał na New Vegas jako jeden z wielu gości. Choć… nie całkiem anonimowych. Miał własny statek transportowy, więc był najemnikiem. Może naprawdę spędzał tu wakacje – pomyślał Nick. Mimo to coś w tej historii mu nie pasowało.
Wrócił do przeglądania oficjalnych komunikatów stacji, lecz szybko doszedł do wniosku, że nic tam nie znajdzie. Ani ambicji, ani choćby śladu czegoś, co mogłoby zatrzymać jego uwagę. Same bzdety dla gawiedzi.
Nie pozostało mu więc nic innego, jak dobrać się do bardziej pikantnych danych – tych, które mogły odpowiedzieć na pytanie, kim naprawdę była baronowa MarCall.

Aurélia Amanda Veyra – 82 lata, urodzona na Ziemi, w Berlinie. Była oficerem i szkoleniowcem wywiadu. Podczas wojny miała silne wpływy w tej części galaktyki. Po zakończeniu konfliktu, gdy kontrolę nad regionem przejęły kosmiczne jednostki policyjne i wojsko Federacji, tacy jak ona stracili niemal wszystko.
Obecnie była powiązana z konfliktem między kolonistami a korporacją dostarczającą drony bojowe i technologie psioniczne. Posiadała własną stację kosmiczną.
Freeman analizował dane i zastanawiał się, co taka kobieta o takich wpływach robi na Vegas. Coś tu pachniało intrygą. Kontynuował przegląd.
Veyra dysponowała niewielką prywatną armią oraz dobrze wyszkolonym skrzydłem myśliwskim, a jej obecność budziła respekt. Wyrachowana i zimna, powinna nosić rangę generała – nigdy jej jednak nie nadano z powodu bezczelnego, bezkompromisowego charakteru.
Tytuł baronowej przejęła po ślubie z baronem MarCallem. Nigdy nie miała dzieci.
Nick zmarszczył brwi. Jeśli ktoś tej klasy fatyguje się na Vegas, znaczyło to jedno – wydarzy się coś poważnego. A skoro honorarium dla ochroniarzy zapowiadało się naprawdę hojnie, grzechem byłoby nie spróbować.
Bez zwłoki wysłał więc swoją aplikację jako wsparcie przy przygotowaniach do przyjęcia baronowej na stacji. W końcu zajmował się już nędzniejszymi sprawami i wychodził z gorszych zadań. Poza tym ciekawiło go, co takiego miało się tu wydarzyć, skoro cała stacja żyła tym przyjazdem.
Freeman zapomniał jednak, że ciekawość to pierwszy krok do piekieł…
Nim zdążył wstać z łóżka, otrzymał już odpowiedź i dane kontaktowe do biura, w którym miał osobiście spotkać się z niejakim Jeffreyem „Fast Hand” Nowakiem – głównym nadzorcą obstawy wizyty baronowej. Mimo własnej ochrony stacji to właśnie Nowak stał na czele specjalnego oddziału złożonego z wybranych wcześniej agentów. Ich zadaniem było kompleksowe zabezpieczenie trzydniowej obecności baronowej na New Vegas.
Zaskoczony tempem obrotu spraw Freeman musiał się pospieszyć – spotkanie miało się odbyć za niecałe dwie godziny.
Zeskoczył z wymęczonego poprzednią nocą łóżka i sprawdził stan osobistego kombinezonu, który wcześniej oddał do naprawy i odświeżenia.
Zlecił wygenerowanie śniadania, a zanim usiadł do posiłku, szybko zajrzał do łazienki, mrucząc pod nosem melodię, którą zapamiętał z jednej z orgii w Centrum Rozkoszy Adrianny.
Część 1 z 8.