- Opowiadanie: kronos.maximus - Demon Maxwella

Demon Maxwella

Naukowiec o szkockich korzeniach rozpoczyna pracę w marsjańskiej korporacji górniczej Martian Southern Hemisphere. Wkrótce w jego ręce trafia tajemnicze znalezisko z Tytana. Badania nad obiektem mogą odmienić jego karierę, jednak sprawy szybko wymykają się spod kontroli.

Opowiadanie jest zamkniętą całością, choć jego akcja rozgrywa się przed wydarzeniami opisanymi w „Artefakcie na Tytanie". Kto czytał, rozpozna znalezisko. Tym razem stawiam mniej na akcję, a więcej na to, co dzieje się w głowie bohatera.

Życzę przyjemnej lektury!

 

Dziękuję  GalicyjskiemuZakapiorowi oraz OldGuard za cenne uwagi podczas bety!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Demon Maxwella

Z pamiętników Lachlana Maxwella (wykopalisko)

 

13. sol 137 roku marsjańskiego

W końcu szansa na coś wielkiego, oby nie okazała się płonna! Niech zapamiętam tę datę, dwie liczby pierwsze, szczęśliwy traf. Korporacja dostała wiadomość z platform wiertniczych Tytana. Podczas obróbki jednej ze skał, natrafiono na nieznany minerał, tak twardy, że ściera diamentowe wiertła. Początkowo byłem sceptyczny, co do wagi tego wydarzenia, lecz, po testach lokalnych inżynierów, jestem zdania, że to może być wielkie odkrycie.

Z niedowierzaniem przyjrzałem się nadesłanym zdjęciom i filmom. Próbka ma niebywale harmonijną, sześcienną formę. Rozdzielczość zdjęć pozwoliła mi stwierdzić brak jakichkolwiek nierówności czy zakrzywień do skali dziesiątej części ludzkiego włosa.

Gdyby nie fakt, że obiekt leżał głęboko pod warstwami skał, dałbym głowę, że to dzieło człowieka.

Zwróciłem się do Zarządu o przetransportowanie znaleziska na Marsa, zapewniając, że bliższa analiza da spektakularne rezultaty. Dostałem zielone światło, pod warunkiem, że sprawę zachowam w tajemnicy.

15. sol 137 r.m.

Saturn znajduje się w opozycji, osiem i pół jednostek astronomicznych od Marsa. Fuzyjny wehikuł kurierski z przyspieszeniem dwa g doleci w siedem dni.

22. sol 137 r.m.

Przesyłka, dla niepoznaki wysłana jako „pigment tolinowy klasy premium”, dotarła zgodnie z planem. Nikt, oprócz ścisłego grona Zarządu o niczym nie wie. Trzej inżynierowie badający znalezisko na Tytanie i jeden operator platformy podpisali umowy o zachowaniu poufności. Szef ochrony, Artur Hemmer, przygotował ofensywę dezinformacyjną, w razie, gdyby ktoś paplał.

Ustaliłem z Zarządem, że paczuszkę otworzę w samotności, bez świadków. Ufają mi. A może boją się? Bądź co bądź, to niezbadany minerał. Wiem, że aktywność promieniotwórcza nie została zarejestrowana. Ludzie na Tytanie trzymali to gołymi rękoma.

Kostka leży przede mną na biurku. Błyszcząca, regularna, jak kunsztownie oszlifowany wyrób jubilerski.

30. sol 137 r.m.

Zbadanie twardości próbki zleciłem moim zaufanym współpracownicom: inżynier Linn Thorstein oraz testerce materiałowej Seo-yoon Kim. Skłamałem, że kostka to nowy syntetyk na wiertło.

31. sol 137 r.m.

W międzyczasie rozszerzyłem gabinet o superkomputer klasy Hypatia. Cholernie drogi, ale Zarząd zgodził się go sfinansować. Sprofilowany do nauk ścisłych, nie jest może zbyt wylewny, ale sprawdza się doskonale w odnajdywaniu wzorców i analogii.

 

Szef działu badań i rozwoju

 

Ukradkiem, zza mlecznej szyby oddzielającej stołówkę od korytarza, dwie kobiety śledziły wzrokiem wysokiego mężczyznę. Sunął korytarzem płynnie i bezszelestnie. Grafitowy garnitur podkreślał szczupłą sylwetkę.

– Przystojny, co? – Seo-yoon złapała koleżankę za rękaw.

– Uważaj, bo wyleję kawę – zaśmiała się Linn, po czym poprawiła kołnierzyk odsłaniając szyję.

Lachlan nie spodziewał się obecności kogokolwiek w jadalni tak wcześnie. Zaskoczony, uniósł kącik ust, siląc się na uśmiech.

Nastawił w kawiarce podwójne espresso. Wskazał dłonią czteroosobowy stolik, dociśnięty do przeszklonej ściany.

– Jak idą testy nowego materiału? – zapytał, przechodząc od razu do spraw zawodowych.

– Próbka wytrzymała szlifowanie agregatem diamentowym – odpowiedziała Linn.

Lachlan zdumiał się.

–  Świetnie. A próbowałyście skrawanie Q-węglem?

–  Tak – odpowiedziała krótko Linn. Uniosła filiżankę z kawą, wzięła łyk i dodała: – Jechałyśmy też po krawędziach metalami o wysokiej entropii.

– I?

– I nic. Próbka pozostała nienaruszona. Jak ona właściwie została wytopiona? – Linn wbiła w niego pytające spojrzenie.

Nawet gdyby chciał, nie potrafił jej wyjaśnić.

– Firma chce, żeby szczegóły nowego materiału pozostały tajemnicą. Konkurencja nie śpi – wykręcił się dyplomatyczną odpowiedzią.

– Idę po dodatkową kawę. Ktoś reflektuje? – Seo-yoon oblizała usta, wstała od stołu i podeszła do kawiarki.

Nastało milczenie. Lachlan odwrócił się i spojrzał za okno.

Poranne światło odbijało się od pomarańczowej powierzchni Marsa, otulając rdzawą poświatą zabudowania dziennicy Delta. Widok był spektakularny, bo budynek kompani wydobywczej, górował nad otaczającymi go zabudowaniami.

– Dlaczego właściwie opuściłeś akademię? – zapytała nagle Linn, opierając dłonie o krawędź blatu.

– Miałem dość impasu w badaniach podstawowych. – Lachlan poprawił opadający na oczy kosmyk włosów. – Zastój trwa już cały wiek. Po fiasku eksperymentu z membraną Do­ho­ro­vit­za, rządy przestały finansować ambitne projekty.

– Dlatego dobrze pan zrobił, że przeniósł się do nas – zaszczebiotała Seo-yoon oparta o blat kuchenny. – MaSoHe dba o swoich pracowników. Wie pan, że ja dostałam apartament służbowy w Ellenth? Otwarta przestrzeń, wysoki sufit, recepcja, konsjerż, ochrona, słowem, wszystko, co potrzeba rodzinie z trójką dzieci. No, może mogłoby mieć dwa pokoje więcej… – odchrząknęła. Zatrzepotała kilkukrotnie rzęsami. – Na swoim stanowisku dostał pan pewnie wielką rezydencję, co?

– Jak na ironię, jestem minimalistą – roześmiał się. Uniósł porcelanową filiżankę i duszkiem dopił jej zawartość. – Wybaczcie, mam nagłe wezwanie.

Dotknął ucha, włączając odbiornik.

– On nie pasuje na szefa, jest za szczery – skwitowała Seo-yoon, kiedy Lachlan opuścił stołówkę. – Nie lubi gadać, a szef powinien dużo mówić, ale nic nie powiedzieć. Wiesz o co mi chodzi? Tak mi się w każdym razie wydaje. Choć nigdy nie byłam szefem. I nie zamierzam. Czy dużo mówię? Powiedz!

Linn podparła podbródek na piąstce. Mgła ustępowała, odsłaniając postrzępione krawędzie krateru. Smuga światła rozlała się na jej skupionym czole.

 

Z pamiętników Lachlana Maxwella (badania)

 

33. sol 137 r.m.

Linn, przekazując mi papierową kopię dokumentacji testów, stanęła bliżej mnie, niż jest to konieczne. Pytała o moje zainteresowania. O sobie mówiła niewiele. Lubię z nią rozmawiać.

41. sol 137 r.m.

Zamówiłem mikroskop neurotronowy z zaawansowanym podajnikiem, jeden z najlepszych na rynku. Sieć neuronowa interpretuje trajektorie odbitych elektronów i na tej podstawie tworzy trójwymiarowy wizerunek struktury atomowej. To całkiem spory mebel, musiałem powiększyć gabinet.

Zamierzam zintegrować mikroskop z moją Hypatią.

45. sol 137 r.m.

Obserwacja kostki mikroskopem przyniosła odkrycie, którego w żaden sposób nie potrafię zrozumieć.

Przy stopniu przybliżenia odpowiadającym dziesiątym częściom mikrona, monitor wyświetla regularny motyw kwadratów, zmniejszających się ku brzegom kostki. Wzór jest symetryczny w osi pionowej i poziomej i powtarza się przy każdym kolejnym przybliżeniu, aż do skali atomu, na której kończy się rozdzielczość mikroskopu. To fraktal, dywan Sierpińskiego.

Kostka na pewno nie jest strukturą krystaliczną. Wygląda raczej, jak obiekt żywcem wyjęty z podręcznika matematyki. 

Musiałem przetrzeć oczy, żeby się upewnić, że nie ulegam złudzeniu optycznemu.

A może mikroskop jest uszkodzony? Hypatia twierdzi, że jest sprawny.

Pozostaje jeszcze możliwość, że to wytwór obcej cywilizacji.

Czy ja wariuję?

46. sol 137 r.m.

Bardzo chciałbym zasięgnąć opinii innych naukowców. Tymczasem raportować mogę tylko do Zarządu, który ani nie jest zainteresowany, ani nie pojmuje wyjątkowości tego przedmiotu.

73. sol 137 r.m.

Dwudziesty ósmy dzień bez nowego odkrycia. Kończą mi się fundusze. Zarząd pyta o zastosowania praktyczne. Małostkowi!

Jestem rozczarowany Hypatią. Od początku karmię ją wynikami testów i badań, a niewdzięcznica nie wypluwa nic wartego uwagi. Oto jaką odpowiedź dostaję: Brak dostatecznych danych na miarodajną teorię.

75. sol 137 r.m.

Dostałem oficjalną informację od Zarządu, że ze względu na brak postępów w badaniach, skończą finansowanie projektu. Kostka ma zostać złożona w depozyt do momentu, gdy będzie pomysł na jej wykorzystanie praktyczne.

 

Zdolna inżynier

 

– Linn Thorstein? – Szef ochrony, Hemmer, zatrzymał drobną kobietę mijającą go w korytarzu. Uniósł lewą część górnej wargi w grymasie, który miał przypominać uśmiech. – Żona narzekała lekarzowi, że mąż się z nią bez końca awanturuje. Za każdym razem, kiedy wybuchnie kłótnia, zalecił lekarz, niech pani płucze gardło solą…

– Spieszę się, panie Hemmer – ucięła Linn.

– Dokąd? – Złapał ją za ramię. – Mam kilka pytań.

Wskazał zaciemniony wykusz na końcu korytarza.

– Nawet pan unika kamer? – zapytała z przekąsem. Uwaga dotknęła go.

– Pracujesz od jakiegoś czasu z Maxwellem – stwierdził, kiedy schowali się za rogiem.

– Tak, testuję dla niego nowy materiał.

– Nie obchodzi mnie co testujesz. – Ścisnął mocniej jej ramię. – Co sądzisz o Maxwellu? Jest mrukiem, co? Może nawet mizantropem?

– Niewiele mówi, ale to człowiek o bogatej osobowości. Współpraca z nim to przyjemność.

– Skąd wiesz o jego osobowości, skoro milczy?

– Kobieca intuicja.

Hemmer odwrócił głowę. Korytarz był pusty. Z łatwością zamknąłby wąską szyję tej pyskatej zdziry w uścisku i przygwoździł do ściany. Wciągnął powietrze głęboko do płuc, przymykając oczy. Uspokoił się.

– Co myślisz o człowieku, który ma piękny apartament, ale prawie nie opuszcza gabinetu?

– Myślę, że jest samotnikiem oddanym nauce – odpowiedziała, nie tracąc rezonu. – Muszę już iść, panie Hemmer. Przypominam, że jestem inżynierem zatrudnionym w trybie niezależnym. Jeśli coś mi się stanie, smartkontrakt opublikuje anons obciążający korporację, a w konsekwencji i pana.

Mięśnie twarzy Artura Hemmera rozluźniły się. Policzki opadły, nadając twarzy wyraz pysku bulldoga. Nie sprawdził dostatecznie, przeoczył tryb niezależny. Jego władza nad nią była ograniczona.

– Inżynier, to mimo wszystko tylko asystent naukowca, a ty masz potencjał intelektualny – wydusił z siebie nafaszerowanym fałszem głosem. – Czy wiesz, że jestem członkiem Zarządu?

Błękitne oczy kobiety odpowiedziały chłodem.

– Tak, panie Hemmer. Nie wiem jednak, jakim sposobem ocenił pan mój potencjał intelektualny.

Hemmer pociągnął nosem, puścił ją i odszedł.

 

Z pamiętników Lachlana Maxwella (na własnej skórze)

 

265. sol 137 r.m.

Jest druga w nocy, obudziłem się zmęczony ciężkim snem, z głową na blacie. Chyba wiem, co się stało.

Wczoraj, późnym popołudniem, obracałem sześcian w dłoni zastanawiając się, co dalej. Przypomniał mi prezent, który dostałem od babci na szóste urodziny, muszlę. „Przyłóż do ucha, to usłyszysz dźwięk ziemskiego morza” – śmiała się babcia pukając w nią palcem.  Odruchowo zbliżyłem kostkę do głowy. Tuż przy skroni ukłuło mnie przykre wyładowanie. To właśnie wtedy straciłem świadomość.

267. sol 137 r.m.

Podejrzewam, że przedmiot w jakiś sposób wpłynął na mój mózg, bo dziś rano, nagle, wpadłem na rozwiązanie problemu spiekanego węglika. Gdyby między cząsteczkami zastosować wyładowania plazmowe, to sproszkowany wolfram można by zespalać z kobaltem przy dużo niższej temperaturze! Oszczędność energii, zysk dla korporacji.

268. sol 137 r.m.

Skan głowy rezonansem i elektroencefalografią potwierdził moje przypuszczenia. Nastąpiło zagęszczenie połączeń między neuronami w odpowiedzialnym za myślenie abstrakcyjne płacie czołowym, przy jednoczesnym rozrzedzeniu w okolicy ciemieniowej.

Skonsultowałem się z neurobiologiem, który stwierdził, że obszary wyglądają na przypadkowe i niestety, nie zaoferował bardziej szczegółowych wniosków. Konieczne są kolejne eksperymenty, którym, mimo ryzyka, gotów jestem się poddać.

269. sol 137 r.m.

Po drugim przyłożeniu kostki do skroni również zasnąłem. Tym razem, niestety, były przykre efekty uboczne. Wymiotowałem pół dnia, dokuczała mi migrena, miałem ręce i nogi jak z waty. Nie mogłem też grać na gitarze, bo palce drętwiały, struny wymykały się z chwytu. Na szczęście przeszło.

Z pozytywów – dostałem przedłużenie finansowania. Zarząd zaaprobował nowy kierunek badań, wiążąc duże nadzieje ze stymulacją mózgu. Efekty uboczne zataiłem.

270. sol 137 r.m.

Wrzuciłem dane ze skanów do Hypatii. Dodatkowo dodałem masę informacji o sobie – wagę, wzrost, kod DNA, dokumentację medyczną, stare zdjęcia i filmy, swoje artykuły i książki, a nawet zapiski z pamiętnika. Jednym słowem, wszystko.

Spytana o wnioski, odpowiedziała tym samym co zwykle: brak dostatecznych danych na miarodajną teorię. Jednak tym razem dodała coś, co mnie nieco zmartwiło: Lachlan Maxwell – sugerowana ostrożność.

275. sol 137 r.m.

Wstrzymuję się z dalszymi testami na sobie. Gdy tylko znalazłem się w pobliżu kostki, napadł mnie tak silny ból głowy, że prawie zemdlałem. Na szczęście wszystko przeszło, gdy odszedłem dalej.

276. sol 137 r.m.

Jak dobrze być w domu i choć na chwilę zapomnieć o badaniach. Właśnie skończyłem gitarową aranżację pierwszego nokturnu Gabriela Fauré. Muzyka obudziła wspomnienia.

Wysunąłem dolną szufladę witryny, na dnie której leżał starannie złożony, pamiątkowy kilt. Każda przecinająca się nić i splot barw były literą w księdze rodu, który na Marsie miał wartość jedynie sentymentalną.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu przesunąłem szybę i wziąłem do ręki moją muszlę. Złociła się nawet w półmroku. Organiczna i wyrafinowana, zawinięta do środka jak pięść, pozwalała ciekawemu oku zajrzeć w swe koralowe wnętrze. Jakże różniła się od geometrycznie perfekcyjnej i przez to nieludzkiej kostki!

 

Twardy orzech

 

Pędzący korytarzem Lachlan nie zauważył wynurzającej się zza rogu kantyny Linn. Zanim zdążył zareagować, bark kobiety wbił się w jego kościstą klatkę piersiową. Straciła równowagę, ale zdążył chwycić ją w talii, ratując przed upadkiem.

– Lachlan! – roześmiała się. Przykucnęła, aby poprawić but. – Prawie złamałam obcas. Polujesz na kawę?

– Prawdę mówiąc, biegnę do gabinetu.

– Znowu do pracy? Przemęczony mózg jest nieproduktywny.

– Czuję się świetnie. – Lachlan słabo kłamał.

– Czy ty z Ziemi spadłeś? Patrzysz czasem w lustro?

Uśmiechnął się niedbale.

– Wiesz, ten nowy syntetyk… trudno go rozgryźć.

– To nie jest syntetyk, prawda? – Dotknęła dłonią jego twarzy.

Stał tuż przy Linn. Turkusowa kreska makijażu wokół jej oczu wyciągała się ku skroniom. Satynowe usta okalał unikalny wzór pionowych rowków.

– Ta kostka, to… – szepnął, ale słowa uwięzły mu w gardle.

Milczenie trwało nieskończenie długo. W końcu, zniecierpliwiona, odsunęła się.

– Możesz mi powiedzieć. Nie martw się, nie sypnę, jestem twarda jak ta diabelska próbka.

Lachlan przełknął ślinę, nie pomogło. Gardło miał suche i ściśnięte, nic przez nie nie przechodziło. Mięśnie twarzy stężały, nadając jej ponury wyraz.

– Do diabła, Maxwell! – krzyknęła, tracąc cierpliwość.

– Muszę iść – wykrztusił chrapliwie.

 

Z pamiętników Lachlana Maxwella (na cudzej skórze)

 

277. sol 137 r.m.

Poinformowałem Zarząd, że nie mogę przeprowadzać testów na sobie, ze względu na mój stan zdrowia.

278. sol 137 r.m.

Dzwonił Hemmer, mówiąc, że nie muszę eksperymentować na sobie, bo znalazł ochotnika. To zadłużony górnik z Omegi. Po tym, jak wyraziłem wątpliwości, co do moralnego aspektu sprawy, Hemmer zapewnił mnie, że człowiek ten jest świadomy ryzyka i za godziwą zapłatę jest gotów ponieść uszczerbek na zdrowiu. Dodał też, że w razie czego korporacja udzieli mu pomocy medycznej.

279. sol 137 r.m.

Przed chwilą stało się coś dziwnego, czego nie potrafię pojąć. Mam ciągle podwyższony puls i suche gardło.

Około godziny siedemnastej, Hemmer wezwał mnie do swego biura. Ciał, żebym wziął ze sobą kostkę. W gabinecie siedział ochotnik, o którym wczoraj wspomniał. Sztywny, chudy, w białej koszuli, która podkreślała jego bezkrwistą cerę, wyglądał jak straszydło. Zorientowawszy się w czym rzecz, zapragnąłem jak najszybciej wyjść.

I właśnie wtedy to się stało. Nogi przeszył spazm, ręce wykręciły się dotkliwie, kark zesztywniał. Jednym słowem, coś przejęło kontrolę nad moim ciałem.

Jak nakręcona maszynka, ruszyłem w stronę nieszczęśnika. Lewa ręka, niezależnie od mojej woli, wsunęła się do kieszeni, wyciągając kostkę. Automatycznym ruchem zbliżyła przedmiot do głowy siedzącego mężczyzny. W jego oczach nie dostrzegłem strachu, raczej niecierpliwość. Nawet nie odsunął głowy. Po kilku sekundach nastąpiło wyładowanie elektrostatyczne i mężczyzna osunął się nieprzytomny na krzesło.

Dopiero wtedy moje mięśnie odpuściły. Odzyskałem kontrolę nad członkami, choć cały drżałem z przerażenia. Oblewał mnie zimny pot.

Uciekłem do swego gabinetu, nie wymieniwszy słowa z Hemmerem. Zresztą, tamten, zaskoczony tym, co ujrzał na własne oczy, nie próbował mnie zatrzymać.

280. sol 137 r.m.

Jest ranek, właśnie otrzymałem przeraźliwy raport z przebiegu wczorajszych wydarzeń.

Otóż, górnik spał aż dwanaście godzin. Obudził się o piątej rano, skarżąc na niezwykle realistyczny koszmar. Śnił mu się syn, którego porwali, jak to określił, łowcy skór. W pewnym momencie jęknął: „powiedzieli, że zrobią z niego dzieło sztuki”. Wykrzyknąwszy to, dostał gwałtownych drgawek, przywarł do ściany i począł drapać ją paznokciami. Towarzysząca mu pielęgniarka sięgnęła po jednorazówkę z dawką witaminową i środkami uspakajającymi. Ogłuszył ją, wyjął z ręki strzykawkę i wbił sobie w szyję. Dźgał kilkukrotnie, aż trafił w tętnicę. Zanim kobieta odzyskała przytomność, górnik zdążył wykrwawić się na śmierć. Całe zdarzenie zarejestrowały kamery.

Notatka kończyła się informacją, że mężczyzna zataił zaginięcie ośmioletniego syna, mające miejsce kilka dni temu. Według oceny prawników MaSoHe, to wydarzenie było bezpośrednią przyczyną jego załamania nerwowego, które w konsekwencji doprowadziło do samobójczej śmierci. W tym kontekście, jak twierdzili adwokaci, korporacja nie ponosiła odpowiedzialności za śmierć ochotnika.

Mam potworne poczucie winy.

281. sol 137 r.m.

Wprowadziłem szczegółowy opis wydarzeń do Hypatii. Komputer długo przetwarzał informacje, po czym wypluł odpowiedź: Brak dostatecznych danych na miarodajną teorię, Lachlan Maxwell – zalecana ostrożność.

To wiem i bez tej cholernej maszyny!

282. sol 137 r.m.

Myliłem się, sądząc, że po tym wszystkim Zarząd zatrzyma finansowanie projektu. Firma wyraziła zadowolenie z dotychczasowych rezultatów i wiązała duże nadzieje z dalszymi badaniami na ludziach.

Zapytałem Hemmera, czy będzie sekcja zwłok, dochodzenie przyczyn. Z właściwą sobie obcesowością, oznajmił, że nic takiego nie nastąpi i żebym w tej sprawie nie był przesadnie wylewny.

283. sol 137 r.m.

Dziś rano, z ciężkim sercem, zdecydowałem, że kończę z MaSoHe. Sporządziłem wypowiedzenie umowy o pracę. Przeleciałem przez nie wzrokiem, wygładziłem kilka zdań, wysłałem.

284. sol 137 r.m.

Pierwszy raz od miesięcy spałem spokojnie. Czuję ulgę, mimo że tracę stanowisko i nie mam pojęcia co dalej. Prawdopodobnie wrócę do akademii.

Śniła mi się Linn. Nachyliła się nade mną, szepnęła do ucha, że kostka to urządzenie obcych. Kazała wywalić cholerstwo z powrotem do odwiertu.

Może zaproszę ją do siebie? Opowiem jej o wszystkim, zrzucę brzemię tajemnicy, którego nie jestem w stanie dłużej dźwigać.

285. sol 137 r.m.

Do diabła! Dany mi był zaledwie jeden sol spokoju! Ta pieprzona, obca siła pojawiła się znowu. W środku nocy, kiedy na wpół spałem, to coś moimi rękami wysłało wiadomość do Zarządu: „chwilowe załamanie, wycofuję rezygnację”.

Pierwszy raz naprawdę się boję. Nie Hemmera, nie MaSoHe, ale samego siebie.

295. sol 137 r.m.

Siedzę w gabinecie i myślę co dalej. Po dzisiejszym wydarzeniu popadłem w rezygnację. Zaczynam się godzić z tym, że w niektórych kwestiach nie mam nic do powiedzenia, bo siła, być może odrębna osobowość, przejmuje nade mną kontrolę.

Zdaje się, że najlepiej będzie, jak po prostu zaakceptuję „nowego Maxwella”, albo – jak lubię go w skrócie nazywać – „Maxa”. Opór kosztuje zbyt dużo i za każdym razem okazuje się jałowy.

Oto, co się wydarzyło.

W biurze Hemmera siedział niewysoki mężczyzna o ogorzałej twarzy. Długie, posklejane od potu włosy, zwisały w nieładzie. Ręce miał wykręcone do tyłu, przywiązane do oparcia krzesła, nogi skute kajdanami. Moją uwagę przykuło jego rozmarzone spojrzenie, nadające mu wyraz wizjonera, człowieka z okładek ziemskich podręczników, jednego z tych, którzy w epoce przedmarsjańskiej tworzyli fundamenty cywilizacji.

Okazało się, że jest to Rojas Pérez, przywódca podziemnych struktur na Omedze. Na koncie miał rozboje i sabotaże. Człowiek ten został pozbawiony praw obywatela planety i skazany na śmierć przez Marsjański Trybunał Współdzielony.

Hemmer chełpił się pojmanym rebeliantem jak myśliwy trofeum. Rzucił coś w rodzaju: „Eksperymentuj na nim do woli, Maxwell, to prezent od korporacji”.

Właśnie wtedy „Max” po raz kolejny przejął nade mną kontrolę. Zadrżałem, jak potrącony manekin, mechanicznym krokiem ruszyłem w stronę rebelianta. Tamten patrzył tym swoim rozmytym wzrokiem w nieokreślony punkt na suficie.

Jednak musiał się bać, bo oddychał szybko i ciężko. Gdy moja ręka z kostką wyciągnęła się w stronę jego skroni, odruchowo odsunął głowę.

Pamiętam dobrze, Hemmer krzyknął: „siedź spokojnie, bydlaku!”. Swoją kwadratową, grubą łapą złapał Rojasa za włosy i przysunął do kostki. Chwilę później rebeliant zapadł w sen.

Ocknął się stosunkowo szybko, bo zaledwie godzinę później. Przez jakiś czas towarzyszyła mu dezorientacja – nie potrafił określić czasu ani miejsca w jakim się znajdował – ale już wieczorem odzyskał rozeznanie w rzeczywistości. Zapytany o odczucia, uparcie milczał.

Zgodnie z planem, przeprowadzono niezbędne badania medyczne, które, wraz z opisem całej sytuacji, wprowadziłem do komputera.

296. sol 137 r.m.

Dziś Hypatia zaskoczyła mnie komunikatem: Lachlan Maxwell – wsuń badany obiekt w podajnik mikroskopowy.

Wykonałem prośbę maszyny.

Lachlan Maxwell – zezwól na dostęp do mikroskopu.

Ponownie postąpiłem zgodnie z sugestią. Nastąpiła kalibracja urządzenia. Hypatia przybliżyła powierzchnię kostki, aż do pojawienia się wzoru fraktala. Potem obróciła obiekt o dziewięćdziesiąt stopni w płaszczyźnie poziomej, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Zatrzymała przez chwilę, przetwarzając dane. Kolejny obrót nastąpił o dwieście siedemdziesiąt stopni w płaszczyźnie pionowej.

Niestety, to wszystko. Wysunęła podajnik z kostką, wyłączyła mikroskop i wyświetliła: Brak dostatecznych danych na miarodajną teorię.

 

Ochroniarz od Hemmera

 

– Lachlan Maxwell. – Bardziej stwierdził niż spytał mężczyzna w uniformie. – Rojas Pérez uciekł w nocy z aresztu. Obecnie, we współpracy z policją, ustalamy miejsce jego pobytu. Jeżeli ma pan pytania bądź sugestie, proszę o kontakt bezpośrednio z Arturem Hemmerem, który będzie dostępny od godziny jedenastej trzydzieści. Z mojej strony to już wszystko.

Lachlan zmarszczył brwi.

– Z aresztu Hemmera nie ucieka się tak po prostu – stwierdził, zatrzymując obracającego się na pięcie ochroniarza.

– Sądzimy, że pomógł mu ktoś z korporacji – odparł tamten nieprzekonywująco. Nie doczekawszy się dalszych pytań, odszedł.

Lachlan nagle doznał olśnienia. Pomyślał o Linn, o jej nadmiernym zainteresowaniu artefaktem, o niezależnym kontrakcie.

Wieczorem, kiedy tylko zatrzasnął drzwi mieszkania, przez jego plecy przeszedł lodowaty dreszcz. Max przejął ciało.

Z szuflady biurka wyjął pamiętnik i wyrywał kartkę po kartce, metodycznie wsuwając je do wałka niszczarki papieru.

To była dopiero rozgrzewka. Chwilę potem, chwycił obiema rękami gryf gitary, uniósł ją wysoko do góry, po czym z impetem roztrzaskał o podłogę.

Na sztywnych nogach, jakby nie do końca potrafiły się zgiąć w kolanach, podszedł do witryny. Przebił pięścią szybę i złapał muszlę. Ciśnięta o ścianę rozbiła się na grube kawałki.

Z kiltem poszło trudniej. Nie zważając na ból przeciętej skóry i toczącą się z rany krew, Max próbował rozerwać materiał rękoma. Przekonawszy się, że w ten sposób niewiele osiągnie, sięgnął po nóż kuchenny i począł bezładnie ciąć grubą wełnę. Kilt doznał tylko drobnych uszkodzeń.

Zmęczony zrezygnował, wypuścił utoczony we krwi nóż i oddał kontrolę zrozpaczonemu Lachlanowi.

 

Konfrontacja

 

Ostatni wieczór i szalony epizod z Maxem kosztowały Lachlana mnóstwo energii. Przysypiał w gabinecie.

Zbudził go sygnał nowej wiadomości. Na ekranie Hypatii pojawił się tekst w gaelickim szkockim: Dàta gu leòr, moladh air barail.

Przetarł oczy, żeby upewnić się, że na pewno nie śni. Z jakiego powodu maszyna przeszła na ten egzotyczny język?

Jako dziecko władał nim dobrze. Jego babcia należała do garstka zapaleńców utrzymujących gaelicki przy życiu, setki lat po jego oficjalnym wygaśnięciu. Po przeprowadzce na Marsa, przez resztę życia, przekazywała tajniki języka małemu Lachlanowi.

Świtało mu znaczenie niektórych słów, ale sens całości umykał. Moladh to pochwała, barail to punkt widzenia, a dàta to oczywiście dane. Przypomniał sobie wypowiadane przez babcie wyraźne „r”.

Gu lèir to całkowicie, ale co znaczyło gu leòr? Lachlan schodził coraz głębiej do przeszłości, wspomnienia rozlały się po jego umyśle. Gu leòr to wystarczająco!

Nagle cały sens zdania stał się jasny: Wystarczająco dużo danych, sugestia hipotezy.

A więc w końcu coś znalazła!

Maszyna obróciła nieznacznie obiektywem kamery, łapiąc ostrość. Odczytała z mięśni twarzy, że zrozumiał.

Wyświetliła: Cuir an ciùb anns a’ mhicreasgop.

Tym razem pojął od razu. Chciała, żeby umieścił kostkę w mikroskopie. Wstał leniwie, na wpół pogrążony we wspomnieniach. Zbliżył się do podajnika mikroskopowego, włączył zasilanie.

Wówczas poczuł drętwienie. Ręka zaczęła sztywnieć. Max budził się.

Hypatia wyświetliła natychmiast: Cùm grèim air cuimhneachain.

Trzymaj się wspomnień. Zrozumiał. Wspomnienia były pierwotne, mocno wdrukowane w strukturę neuronów, rozproszone. Max nie miał dostępu do tych partii jego mózgu. Dopóki utrzymywał retrospektywny stan umysłu, był wolny.

„Tartan i kilt, każdy klan ma swój wzór, każdy Szkot swój strój”. Babcia trzymała w dłoniach starannie złożoną, kraciastą spódnicę. Ciepły dotyk grubej wełny pod opuszkami palców, kurz tańczący w tunelu świetlnym, perłowa muszla.

Odzyskał władzę w rękach. Położył kostkę na podajniku, dał Hypatii dostęp do mikroskopu.

Na ekranie mikroskopowym ukazało się zbliżenie powierzchni próbki. Maszyna zainicjowała procedurę obrotu: trzysta sześćdziesiąt stopni w płaszczyźnie poziomej, tyle samo w płaszczyźnie bocznej i tyle samo w pionowej. Podajnik wykonał kolejno pełne obroty we wszystkich trzech płaszczyznach.

Hypatia powiększała obraz mikroskopowy. Osłupiały Lachlan dostrzegł, że wzór fraktala na powierzchni kostki zmienia się w swój negatyw. Wolno, ale wyraźnie. W ciągu kilkunastu sekund to nie kwadraty tworzące fraktal były pełne, ale przestrzenie między nimi.

Hypatia wyświetliła dłuższy tekst:

Hipoteza – Badany obiekt jest makroskopowym analogiem fermionu, cząstki elementarnej o spinie połówkowym.

Status ontologiczny – Model Standardowy wyklucza możliwość istnienia takiego obiektu w znanym wszechświecie. Możliwa korelacja z eksperymentem z membraną Do­ho­ro­vit­za (źródło pierwotnej anomalii).

Kontekst neurobiologiczny – W obiekcie zakodowany jest mechanizm programowania neuronowego. Mechanizm ten został odwrócony przez pełny obrót w trzech płaszczyznach.

Lachlan Maxwell – Istnieje możliwość przywrócenia pierwotnej struktury neuronów. Silna sugestia bezzwłocznego zbliżenia obiektu do głowy.

Hypatia wysunęła podajnik z kostką z mikroskopu. Lachlan wyciągnął rękę…

…która zatrzymała się wpół drogi, zwiotczała i opadła na kolano. Obie ręce, głowa, szyja i nogi odłączyły się od jego woli. Max powrócił, przejmując pełną kontrolę.

W desperackim akcie, Lachlan zdołał otworzyć usta i wydobyć kilka nieartykułowanych dźwięków – początek ustnej komendy dla Hypatii. Bezskutecznie. Szczęka zatrzasnęła się, zęby zazgrzytały. Stał się biernym obserwatorem, jego ciało niesterownym wehikułem.

Serią następujących po sobie szarpnięć nóg, Max znalazł się przy szafce z narzędziami. Odnalazłszy obcęgi, impulsywnym ruchem odciął fizyczne połączenie Hypatii z mikroskopem. Rozjuszony, wsunął kostkę z powrotem do urządzenia i – poprzez ręczny kontroler – dokonał trzech obrotów, przywracając ją do pierwotnego stanu. Na koniec wyjął kostkę i, nie zważając na ból i mdłości, zapamiętale przycisnął ją do skroni.

Tuż przed utratą przytomności, Lachlan zdążył jeszcze pomyśleć, że to koniec, że Max uwięził go w ciele na zawsze.

 

Skierował kroki do serwerowni. Zaczął skrupulatnie rozmontowywać jedną jednostkę po drugiej. Rozbijał młotkiem szklane karty, wyłuskując je z plastikowych obudów, przecinał obcęgami kable. Zaprzestał destrukcji Hypatii dopiero około północy. Proste narzędzia, którymi dysponował nie były dość skuteczne. Skontaktował się z czarnorynkową firmą dokonującą utylizacji.

Około drugiej w nocy potężny drab z dwoma towarzyszami wszedł do pustego skrzydła MaSoHe, kierując się do gabinetu Maxwella. W czwórkę szybko uwinęli się z uprzątnięciem szczątków maszyny.

Max towarzyszył im w drodze na slumsy Omegi. Zaparkowali na obrzeżach dzielnicy, przed średniej wielkości składem i wysypali ładunek: nośniki pamięci w połamanych obudowach, poprzecinane kable, wtyczki, metalowe szafki z wgnieceniami od uderzeń młotka, śruby. Dwóch z nich zabrało się do rozkręcania obudów, podczas gdy wysoki pracowicie sortował poszczególne rodzaje materiałów, wrzucając je do osobnych boksów.

Maxa interesował tylko pojemnik, do którego trafiły szklane płytki pamięci. Upewnił się, że prasa hydrauliczna skruszyła szklane wafle na tysiące drobnych kawałków.

 

Epilog

 

Sala konferencyjna wiała przyjemnym chłodem, w powietrzu unosił się zapach kawy. Długi, prostokątny pokój otaczały ściany ze szlifowanego betonu poprzetykane wielkoformatowymi szybami. Przy monolitycznym, orzechowym blacie, ośmiu członków Zarządu kierowało wyczekujące spojrzenia w stronę Maxwella. Na końcu stołu, przywdziewając maskę skupienia, siedział sam Prezes.

Ciszę przerwał chrzęst przesuwanego krzesła. Wstała Agatha Adeboye, wychudzona, ciemnoskóra kobieta o długiej szyi i przenikliwych oczach. Podeszła do jednej ze ścian i, przytykając długi palec do ciepłoczułego interfejsu, uruchomiła projektor. Oczom wszystkich ukazały się nagrania z operacji wywiezienia resztek Hypatii.

Maxwell spodziewał się tego, wszak korytarze korporacji naszpikowane były kamerami. Odpowiedź miał już przygotowaną: zrzucił winę na obciążenie psychiczne towarzyszące badaniom oraz gwałtowne załamanie nerwowe. Hemmer skwitował jego wypowiedź krótkim: „wiedziałem, że to psychol”. Srinivasa z kolei, był zdania, że informacje zgromadzone w Hypatii dałoby się częściowo odtworzyć, gdyby odnaleźć jej szczątki. Rozgorzała dyskusja, którą Prezes przerwał podniesieniem otwartej dłoni.

– To prawda, że kryzys zawodowy może zdarzyć się każdemu, jesteśmy w stanie to zrozumieć. Chwila słabości zdarzyła się panu już wcześniej, gdy wysłał nam wypowiedzenie pracy. Jesteśmy gotowi zapomnieć o wszystkim, jeśli w ramach rekompensaty zintensyfikuje pan badania i zaprezentuje rezultaty.

Maxwell wstał, chciał zabrać głos, ale Prezes przytknął palec do ust.  

– Zarząd potrzebuje również dowodu pełnego zaangażowania w sprawy korporacji. – Wymienił spojrzenie z Hemmerem. – Chcielibyśmy na własne oczy zobaczyć działanie przedmiotu. Zarząd rozumie, że obiekt ten posiada właściwości hipnotyczne. Zgadza się?

– Można tak to ująć – odparł Max.

– Czy zgodziłby się pan przeprowadzić mały pokaz?

„Po moim trupie!”. Lachlan zdał sobie sprawę z ironii wypowiadanych słów.

– Kiedy? – zapytał spokojnie Max.

Prezes wziął łyk wody. Otarł chusteczką usta.

– Teraz.

Jedna z betonowych ścian przesunęła się, tworząc otwór wielkości drzwi, przejście do sąsiedniego pomieszczenia. Prezes zachęcił Lachlana, żeby wszedł.

W niewielkim, pozbawionym okien pokoiku, siedziała Seo-yoon. Kiedy tylko zobaczyła Maxwella, jej znużone oblicze rozjaśniło się.

– A, to pan, bo już myślałam, że nie wiadomo co mi szykują, bo jak to pan ma robić ten eksperyment, to jestem spokojna. Mówili, że trochę mnie rozboli głowa, że będę dłużej spała. Wie pan, ile musiałabym pracować, żeby dostać pięciopokojowe mieszkanie? Dorastające dzieci nie mają swoich pokoi, a tak, chwila dyskomfortu, pstryk, i już mają.

Max wsunął rękę do kieszeni, począł wodzić opuszkami po chłodnej powierzchni kostki. Ruszył w stronę Koreanki.

– Mój mąż był przeciwny, bo niby czemu korporacja miałaby mi, ot tak, sprezentować wielką rezydencję. Ale ja wtedy, w stołówce, wspomniałam o mieszkaniu, pan myślał o tym i wstawił się za mną, prawda? Pewnie nie uszło pana uwadze, że się zaharowuję, biorę nadgodziny. Czemu pan milczy? Pewnie nie daję dojść do głosu. Hihi. Niech pan powie szczerze, czy ja dużo mówię?

Koniec
Nowa Fantastyka