- Opowiadanie: Nikolzollern - Pan na zamku 13

Pan na zamku 13

Oceny

Pan na zamku 13

Miecze, kable i żądze

 

– Praca nóg, jełopie! – wrzasnął instruktor, potężny chłop z rozwidloną, czarną brodą, w bufiastym kaftanie i spodniach o nogawkach różnej długości – sprężynuj, ofermo! Jeszcze raz! Z dachu!

Kralle znowu uniósł półtorametrową klingę zweihandera nad głową i przygotował się do powtórzenia sekwencji ataków i osłon.

Mięśnie ramion i pleców już zapamiętały kolejność ruchów, nogi wciąż wymagały zgrania. Robienie mieczem dwuręcznym angażowało je w większym stopniu niż przy fechtunku krótkim katzbalgerem, czy nawet półtorakiem, gdyż wiązało się z szybkim przenoszeniem ciężaru ciała dla kierowania długim ostrzem. Wbrew oczekiwaniom Hansa, w przypadku zweihandera siłę trzeba było wkładać nie tyle w zadanie ciosu, bo tu ją zastępowała w dużej mierze potężna energia inercji i długiego ramienia, ile w równoważenie tejże energii przy zmianach kierunku ruchu klingi. Drugą osobliwością były ciągłe zmiany chwytu na rękojeści i podkrzyżu[1], choć tu pomagało doświadczenie w robieniu halabardą i inną bronią drzewcową.

– No, lepiej – rzucił niechętnie instruktor – teraz rąbanie bałwana.

Hans lubił tę część ćwiczeń, gdyż klingi, napotykającej satysfakcjonujący opór materii, nie trzeba było ciągle hamować.

Przed Krallim pojawił się naturalnej wielkości manekin z półprzezroczystej, gumowatej substancji, przez którą prześwitywał sztuczny szkielet. Z wierzchu porastała go twarda skorupa, imitująca zbroję. Z podobnej ersatz chityny był również jego oręż – wielgachny großesmesser, nieustępujący rozmiarem jego mieczowi, tylko jednosieczny. Bałwan ruszył na Krallego niezdarnie unosząc broń nad głową. Hans nie przyjął postawy obronnej, jak nakazywał podręcznik, tylko zaimprowizował wyprzedzające pchnięcie w szyję „przeciwnika”. Kręgosłup został przecięty, a głowa manekina kiwała się teraz, utrzymując się na gumowatych „mięśniach”.

Instruktor zaklął siarczyście, przywołując Hansa do porządku, lecz ten zignorował brodacza, bo i tak wiedział, co ma robić. Uchylił się przed chitynową klingą bałwana, minął się z nim i szerokim łukiem ciął obracającego się stwora po nogach. Jedną przeciął całkiem, ukośnie nad kolanem, drugą tylko do „kości”. Trzask przy zderzeniu klingi z pancerzem przypominał mu bardziej chrupanie, towarzyszące jedzeniu raków w piwiarni, niż szczęk stali na polu walki.

Manekin ciężko zwalił się na bok i zaraz zaczął unosić broń, lecz Kralle sprawnie odrąbał mu zbrojne ramię. Na tym walka się skoczyła. Hans zadał jeszcze kilka ciosów, oddzielając łeb od kadłuba i przepoławiając tułów. Instruktor coś tam gadał, ale Hans nie zwracał nań uwagi. Oparł miecz o stojak i wyłączył program.

Brodaty instruktor zniknął. Wirtualny samouczek do miecza dwuręcznego miał dwie opcje z odpowiednim instruktorem dla każdej. Jedna zwała się: „Trening młodego rycerza”, gdzie w roli mentora występował sędziwy wujek, druga, wybrana przez Krallego: „Szkolenie do egzaminu dla kandydata na podwójny żołd”, z wspomnianym brodatym wiarusem-döppelsoldnerem. Program okazał się inteligentny i miał w ustawieniach rubrykę „dotychczasowe doświadczenie we władaniu bronią”, gdzie zaznaczało się odpowiednie jej rodzaje i stopie opanowania. Wtedy instruktor nawiązywał do tych umiejętności, wskazując różnice i podobieństwa. Hans nie bez dumy zaznaczył halabardę i glewię na poziomie bardzo dobrym, miecz jednoręczny i langesmesser na poziomie dobrym oraz włócznię i miecz bastardowy na poziomie przeciętnym.

Kralle wziął szczotkę i zmiótł resztki manekina do obrysowanego białą farbą kwadratu na środku pomieszczenia. Wcisnął odpowiedni przycisk na panelu sterowania urządzeniami sali treningowej, uruchomiając zapadnię, która wysłała „zwłoki” do przetworzenia w generatorze materii pseudo-organicznej. Po kilku godzinach nowy bałwan będzie gotowy do porąbania. Hans obrzucił spojrzeniem pomieszczenie, czy nie zostały jakieś śmieci. Zegar pokazywał dwunastą czterdzieści pięć, do obiadu pozostawała mu przeszło godzina. Umiarkowanie zmęczony i zadowolony z czynionych postępów w opanowaniu nowej broni, uznał, że teraz może pozwolić sobie przyjemną lekturę „Laserem i rapierem”.

Z mieczem na ramieniu, pogwizdując swój ulubiony Hohfriedberger, Kralle pomaszerował był korytarzem w stronę schodów, ale wnet zobaczył otwarte drzwi magazynu po prawej i usłyszał dolatujące stamtąd szuranie i sapanie. Zajrzał. Magazyn, niskie podłużne pomieszczenie, na oko siedem na cztery metry, był niemal pod sufit zawalony zwojami kabli rozmaitego przeznaczenia. Nieduża część przewodów wisiała na przymocowanych do ścian oznakowanych hakach.

Klara zwrócona tyłem do Hansa, zgięta wpół, stękając i łagodnie klnąc po rilgerdzku, usiłowała wydobyć z głębi sterty spory zwój niebieskiego przewodu. Kralle z trudem oderwał wzrok od jej kołyszącego się na boki, seksownie opiętego drelichowym kombinezonem, tyłka. Przełknął ślinę i powiedział:

– Cześć, Klaro! Widzę dowalili ci roboty!

– No, jest tego od cholery i trochę… –odezwała się dziewczyna, prostując plecy.

– Aj! Taką robotę dali dziewczynie! – Kralle pokręcił głową z dezaprobatą.

Niegdysiejsza Sally mogłaby się obrazić na to litowanie się nad słabością kobiety, ale Klara, od kilku dni czerpiąca mądrość życiową Dolores przy wieczornych herbatkach, wiedziała, że takie zachowanie jest kontrproduktywne. Westchnęła i opuściła ramiona w geście bezsilności. „Chłop potrzebuje czuć się potrzebny. Zrób mu taką przyjemność”– mówiła klucznica – to cię nic nie będzie kosztowało, wystarczy jakiś drobny wyraz uznania i podziwu, a odwali całą robotę i jeszcze będzie ci wdzięczny”.

Hans postawił miecz w kącie, chrząknął i energicznie wziął się do roboty. Starał się brać cięższe zwoje, na co Klara przystała bez zbędnych słów, zbierając z wierzchu mniejsze i lżejsze. Pracowali przeważnie w milczeniu, przerzucając się od czasu do czasu kilkoma zdaniami.

– Jak się tu odnajdujesz, siostro? – spytał Hans, myśląc o scenie, świadkiem której stał się w bibliotece.

– Lepiej, niż mogłoby ci się wydawać – odpowiedziała Klara z myślą o tym samym – z pewnymi rzeczami ciężko mi jest dojść do porządku. Ale tylko z pewnymi. Jest tyle nowego, że aż się w głowie kręci!

– Klucznica cię nie gnębi?– zapytał Kralle po dłuższej chwili.

– Oj, nie! Jest niepodobna do tej strasznej kucharki z twojej opowieści, choć groźnie wygląda i bywa czasem szorstka w obyciu. Chyba mnie lubi, poucza, można nawet powiedzieć, że wychowuje. Raz nawet dała klapsa w pupę.

Hans odruchowo spojrzał na ponętny tyłek dziewczyny i poczuł jak zalewa go fala gorąca. Szybko odwiódł wzrok i szarpnął potężny zwój grubego kabla.

– Nadrabiam zaległości z dzieciństwa – ciągnęła Klara – Dolores to mądra kobieta, dużo wie o życiu. Masz nowy miecz? Ćwiczysz?

– Ano. Też mam dużo nowego w życiu – odrzekł Hans, wieszając kolejny zwój na haku.

– Jest bardzo ciężki? – dziewczyna zerknęła na miecz.

– Weź do ręki i sprawdź. – Hans uśmiechnął się pobłażliwie. – Jest bardziej długi niż ciężki. Dlatego inaczej nim się robi. I jak mieczem, i jak halabardą, nawet trochę jak włócznią. Ludziska, słysząc o władaniu mieczem dwuręcznym, wyobrażają sobie coś na podobieństwo machania dyszlem od wozu. Ha! Widzieliby jak śmiga w rękach mistrza!

– Słyszałam, że w niedzielę będzie turniej. – Klara zdmuchnęła niepokorny lok z twarzy. – Będziesz nim walczył?

– Nie – odrzekł Kralle zdecydowanie – Nie dość dobrze go opanowałem, boję się, że nie dam rady go kontrolować i przypadkiem kogoś zabiję. A jak kapitan? Widzę, że pracy ci dowala.

– Daje mi różna zadania, jak zresztą i Dolores. W dni parzyste pracuję dla kapitana, a w nieparzyste dla klucznicy. Zwiedziłam już w ten sposób połowę statku. Byłam u Iseult w hydroponice, pomagałam Carasco wymieniać rury w systemie wodociągów, sprzątałam w gabinecie lekarskim, bardzo się bałam, że przewrócę znowu jakąś statuę. W kuchni też byłam. Kukiem, nawiasem mówiąc, jest tu starszy facet.

– Tak się szkoli czeladników – skomentował Kralle – wdrażają cię do różnych spraw, patrzą, co ci lepiej wychodzi, i w ogóle, coś ty za jeden. Zaprzyjaźniłaś się z kimś?

– Z mała kapitanówną. – Klara się roześmiała. – Pokazałam jej anime.

– Co takiego? – nie zrozumiał Kralle.

– Takie rysowane filmy, bajki – wyjaśniła.

– Spodobały się jej?

– Oglądała z ciekawością, taka poważna. – Klara miała przed oczyma skupiona twarz dziewczynki, jej czasem unoszące się brwi. Zaintrygowana „sąsiadem Totoro” Szirin następnego dnia przyszła do Sally z miseczką migdałów i suszonych moreli, bezceremonialnie wlazła na łóżko i rozsiadła się po turecku. Sally, która zawczasu znalazła dzieło Miyazakiego w filmotece statku, uruchomiła je w oknie-monitorze, położyła się obok dziewczynki, wsparta na pluszowym Totoro, i bez słowa sięgnęła do miseczki z morelami.

 

Sterta przewodów stopniowo malała. Klara i Hans pracowali teraz w milczeniu, dostrzegając szansę uporać się z robotą do obiadu. W miarę zmniejszania się kupy zwojów znajdowali się coraz bliżej siebie.

Nozdrza Krallego łapały zapach rozgrzanego ciała dziewczyny. Tętno przyśpieszyło. Rozmowa w pewnym stopniu odwracała uwagę od przemożnej chuci, ale teraz wszelkie myśli i uczucia rozbiegały się przed nią, jak przez rozjuszonym niedźwiedziem. Pod czaszką rozlegał się ryk zwierzęcia: „weź ją teraz, tutaj, na tych kablach! Przecież sama tego chce! Nikt tu teraz nie przyjdzie!” Hans zacisnął ręce na kolejnym zwoju, nie pozwalając im obłapić Klarę i wyłuskać z kombinezonu.

Klara również czuła jego zapach, zapach dużego, silnego mężczyzny z nutą czegoś pierwotnego, zwierzęcego, podniecającego i przerażającego zarazem. Gdy znalazła się w połowie metra od niego, uderzyła w nią taka fala jego żądzy, że aż się zatoczyła w tył, ogarnięta lękiem. „Zaraz się na mnie rzuci!” Oczy szeroko się otworzyły, usta gotowe były wydać okrzyk zgrozy, lecz z głębi ciała coś wołało: „Tak, chcę tego!” Ciało pragnęło znaleźć się w ucisku mocnych, pokrytych rudymi włoskami dłoni, gotowe było jęczeć, wijąc się na tych kablach pod naporem dzikiej męskości.

Hans rzucił na podłogę trzymany zwój kabla. W głowie nie ostała się żadna myśl. Zwrócił się do Klary, dysząc chrapliwie i patrząc spode łba. „Zaraz to się stanie” – pomyślała ta z rezygnacją i skrytym przyzwoleniem. Zamknęła oczy. Zrobił krok do przodu, potykając się o zwój kabla… i nagle zerwał się do ucieczki.

„Uciekaj!!!” – Głos padre Teodoro nagle rozdarł czerwoną mgłę podniecenia pokrywającą świadomość młodzieńca. Kralle zareagował jak w boju, kiedy miewa się ułamek sekundy, by wykorzystać lukę w obronie przeciwnika dla wyprowadzenia ciosu, lub szparę we wrogim szyku, by wyśliznąć się z okrążenia. Gilliomarski spowiednik zdobył dlań tę szansę, to mgnienie oka. Teraz! Czerwona mgła zaraz wypełni rozdarcie! Wydawszy ni to warknięcie, ni to skowyt wysiłku i udręki, Hans rzucił się do ucieczki, nie zwalniając nawet po to, by zabrać miecz. Wypadł z magazynu i popędził w stronę schodów. Pierwsze kroki wykonał jak we śnie, kiedy usiłujesz uciec przed potworem i zamiast przyśpieszyć, poruszasz się w zwolnionym tempie, jakby powietrze zamieniło się w galaretę.

Sally otworzyła oczy, była sama. Opadła na stertę kabli, która teraz sięgała teraz trochę wyżej kolana. „Braciszek Hans znowu mnie uratował” – pomyślała, zdając sobie sprawę ze słabości swoich postanowień. Starając się dogodzić Bogu, przyznała, że jest grzesznicą, ale jednocześnie w jakiś niepojęty sposób odzyskała krztynę godności. Zostając niedoskonałą, ale Bożą Klarą, czuła się głupia, jak małe dziecko, nie czuła się natomiast szmatą, w którą konsekwentnie zmieniała, dając się zniewolić swoim zachciankom. Żeby było śmieszniej, kiedyś uważała ich spełnianie  za przejawy swojej wolności i godności. Siedziała teraz zawstydzona. Fala pożądania odpłynęła, pozostawiając wilgoć w kroczu. Co by się stało, gdyby Hans się nie opamiętał? Poddałaby się, zdradziła samą siebie. Zdawałoby się, co w tym takiego? Młodzi ludzie mieli ochotę, zajęli się seksem. Czy Bóg się na nich za to pogniewa? Czy to nie jest naturalne? Jest. Dla zwierząt. Ulegniesz chcicy i ta krztyna godności przepadnie. A zaczniesz się usprawiedliwiać, to znowu się zeszmacisz. Nie sama się wybroniła, właściwie już upadła.

Zerwała się, chcąc od razu biec do siebie, pod prysznic. Spóźni się na obiad. Trudno. Przy drzwiach kątem oka zobaczyła nie pasujący tu przedmiot – stojący w kącie miecz dwuręczny. Kiedyś taki miecz mógł wydawać się jej egzotycznym, muzealnym przeżytkiem dawnych czasów, teraz widziała w nim narzędzie, mniej powszednie, ale równie normalne jak miotła. Wzięła go i zaniosła pod drzwi sali treningowej.

Rozbudzone i niezaspokojone ciało skarżyło się na niespełnioną obietnicę. Czuła się zbrukana nie tylko dlatego, że uległa zwierzęcej chuci, ale i sprzeniewierzyła się rodzącemu się uczuciu. Gdyby szukały jej  nie żołdackie graby Krallego, tylko inne, kształtne i czułe dłonie…  

 

To, że Odo należało przeprosić i kontynuować edukację, Sally zrozumiała od razu, gdy tylko ochłonęła po swoim wybuchu. Czy można oskarżać nauczyciela historii, że jest taka, a nie inna? Po za tym należało zdobyć nieco ogłady. Ten wyraz w słowniku Klary znaczył dużo więcej, niż jego zapomniany odpowiednik w leksykonie Sally.

Uczyć się trzeba u najlepszych! Poszła z tym do doktorki. Pani Lantenac była prawdziwą damą.

Przez zatrzymała się przed drzwiami gabinetu, podziwiając zabitego wilkangura z wywalonym ozorem. Zapukała.

– Co cię sprowadza, Klaro? Po zabiegu nic ci nie dolega? Bóle głowy? – zapytała Marie z lekkim niepokojem.

– Mam jeden ból głowy, pani – powiedziała dziewczyna – jestem dzika, nie umiem ni stąpić, ni przemówić, jak należy. Ani dygnąć, żeby nie zwalić jakiegoś popiersia.

Lekarka popatrzyła na nią z rozbawieniem.

– Chcesz, żebym udzieliła ci kilku lekcji? Od czego chciałabyś zacząć?

– Od dygania.

 

Klara przyszła na lekcję historii z wyprzedzeniem, żeby zastać Odo samego, albo poczekać na jego przyjście. Przyszła jako pierwsza. Położyła zeszyt i długopis na stole. „Palisandrowe boazerie i regały, tony papierowych książek” – pomyślała, rozglądając się – „Do tego setki obrazów, dywanów, rzeźb, skrzyń z sukienkami a nawet arsenał dla niedużej, średniowiecznej armii. To wszystko teraz pędzi przez hiperprzestrzeń. Co nie mówić, to jest jednak bajka, tylko taka nieuczesana, twarda, jak u braci Grimm”.

– Panno Klaro! – Odo wszedł do biblioteki trzymając pod pachą kilka książek, które widocznie chciał odstawić na miejsce. – Miło znowu widzieć pannę na zajęciach.

Sally drgnęła, choć spodziewała się jego pojawienia się. Obróciła się w jego stronę. Dygnęła. Właściwie w sprawie zajęć nie miała wiele do powiedzenia. Kapitan po prostu poinformował ją, że będzie na nie chodzić i tyle, ale Odo mówił tak, jakby była wolnym słuchaczem. Był przystojny, lecz o powierzchowności bardziej przystępnej, niż onieśmielająca uroda Fredegara, która dobrze wyglądałaby na oficjalnych portretach, a profil wręcz się prosił, by wytłoczyć go na srebrnych talarach.  Zarumieniała się.

– Panie, chciałabym przeprosić za swoje niestosowne zachowanie – powiedziała, spuszczając oczy – naprawdę jestem wdzięczna, że mogę się uczyć.

– Emocjonalny stosunek do historii bardzo ożywia nasze zajęcia – powiedział Odo z ujmującym uśmiechem – to lepsze, niż grzeczne nudzenie się.

Uśmiech miał miękki i dobrotliwy. Nie uwodzicielski, nie szyderczy, nie wymęczony. Sally poczuła, jak w sercu topi się jakiś lód, bardzo stary, pokryty brudem i zleżały, opierający się dotąd wszystkim powiewom kolejnych wiosen. Czy to ten rycerz tak na nią działał? A może po prostu uwolniła się od swoich imperatywów, że musi być silna, niezależna, zawsze stawiać na swoim?

„Mam zaległości nie tylko w nauce ogłady, ale też bycia kobietą” – pomyślała nagle. Zrobiło jej się żal samej siebie – „Niechby mnie teraz przytulił!”

Wargi jej drgnęły, co nie ukryło się przed kawalerem. Ostrożnie ujął jej dłoń i lekko ścisnął. Na moment stali się całością i świat przestał dla niej istnieć razem z ze swoją hierarchią. Był dla niej, a ona dla niego, co by o tym nie myślała ciotka Dolores!

– Proszę się nie przejmować, panno Klaro. Uważam incydent za wyczerpany.

Czy odczuwał to samo, co ona?

Przysunęła się do niego. W filmach w tym miejscu zwykle następował spontaniczny pocałunek. Zamiast tego obydwoje spojrzeli na drzwi. Lada chwila mogła się pojawić kapitanówna. Moment na spontaniczność minął. Puścił jej rękę w momencie, gdy szczęknęła klamka. W drzwiach stanęła Szirin. Uważnie spojrzała na czerwieniących się dorosłych, dostojnie dygnęła i ruszyła w stronę stołu.

„Smarkula na pewno pomyślała, ze całowaliśmy się” – Sally szybko odwróciła się, żeby skryć wypieki na twarzy. – „Wieczorem przyjdzie i będzie się tajemniczo uśmiechać.”

– Dzisiaj zajmiemy się początkiem podbojów kosmicznych – z miejsca zaczął Odo, najwyraźniej starając się przełączyć uwagę uczennic z niedoszłej pikantnej sceny – wrócimy się do Uerich, którzy pozostali za oceanem, w tym czasie, kiedy ich rodacy ruszyli na podbój Rilgerdów i reszty. Czym się zajęli?

Uczennice siedziały opuszczonymi głowami, przygryzając wargi w walce z cisnącymi się na usta głupimi uśmiechami.

– Panno Klaro?

Klara podniosła głowę i skierowała swój wzrok na narożny regał w głębi pomieszczenia. Udało jej się opanować pozwy do śmiechu, ale unikała patrzenia na rycerza i kapitanównę.

– Budową infrastruktury, niezbędnej do podtrzymywania i rozwoju posiadanych technologii oraz kształceniem kadry dla floty kosmicznej i innych branż. W tym celu z podbitych terenów wysyłano tam zdolnych, młodych ludzi wybranych spośród tubylców.

Szirin wydała z siebie jakieś chrząkanie. Odo się tylko uśmiechnął. Już opanował zażenowanie. Zdanie, brzmiące jak wkute z podręcznika, trochę go bawiło, ale domyślał się, że ma to coś wspólnego z programem cyberlingwistycznym.

Sally nigdy nie wyróżniała się elokwencją. Nawet klęła w sposób mało zróżnicowany. Teraz nie mogła wyjść z podziwu, jak w jej mózgu formują się długie, złożone zdania. „Czy po angielsku też będę tak gładko przemawiać? Chyba nie, bo nie znałam nawet połowy tych pojęć, którymi teraz operuję.”

– A zatem, Ueri przewidywali, że po zakończeniu podboju planety nastąpi rozwój demograficzny i gospodarczy, który w końcu wymusi zmiany społeczne i polityczne prowadzące do tego samego kryzysu. Kryzysu, który wygonił ich z rodzimego globu w nieznane. Jaka była alternatywa? Panno Szirin?

– Podbić coś jeszcze – odpowiedziała kapitanówna z pewnym ociąganiem. Też miała problem ze skupieniem się na temacie.

– Właśnie. Rozwój ekstensywny – niekończący podbój i kolonizacja kolejnych światów. Oto nić, na którą Rzesza nawleka planetę za planetą.

Sally usiłowała skupić się na tej doniosłej myśli, ale niedawna, nagła burza uczuć ciągle wytrącała ją z równowagi. Wysłanie statków pokoleniowych z desantem półdzikich Rilgerdów na Betelgezę powinno było żywo pobudzać wyobraźnię, a zamiast tego ledwo przebijało się do świadomości. „A co takiego dziwnego jest w tej wyprawie? – pomyślała – Różni się od naszej tylko rozmachem i brakiem technologii lotów hiperprzestrzennych. Lecimy, by zbadać system jakiejś gwiazdy z ładunkiem kusz i halabard. Właśnie – szukamy kolejnego paciorku do imperialnych korali”.

 

Kralle ulżył sobie pod prysznicem, po czym staranie się wyszorował szorstką gąbką. Czuł się jak dowódca oddziału, któremu udało się przebić z okrążenia, ale z ciężkimi stratami. Po wypełnieniu pokuty i wykazanej przy tej okazji wstrzemięźliwości, stał się zbyt pewny siebie, wręcz poczuł się „dobrym człowiekiem”.

„Przepuściłem taki cios! Gdyby nie padre Teodoro, zharatałbym życie Klary.” – Kralle poczuł pewność, że zakonnik towarzyszy mu swoją modlitwą, jak gdyby ten podobny do wielkiego ptaka spowiednik sióstr świętej Tekli, machając rękawami habitu, leciał obok statku przez hiperprzestrzeń. – „Co z tego, że też może tego chciała? Ledwo postawiła pierwsze kroki po wydostaniu się z bagna, a ja zepchnąłbym ją z powrotem. Zaczęły by się schadzki. Niedługo wszyscy by już wiedzieli. Tu się nie da długo ukrywać. I co dalej? Każą mu się ożenić albo zejść na ląd.”

 Ani jedno, ani drugie Hansowi nie odpowiadało. Mimo, że Klara wydawała się mu ponętna i sympatyczna, a na dodatek czuł się za nią odpowiedzialny przez rolę, którą odegrał w jej losie, jakoś nie widział w niej kobietę do ożenku. Dlaczego? Przeszła już po rękach? Też nie był bez grzechu. Nie miała grosza przy duszy? Mniejsza z tym, zarobią sobie. Była od niego starsza? Nie dbał o to. Uziemiałaby go, ot co. Panna Fay też była odeń starsza, ale z żoną szlachcianką mógł pokazać się na każdym dworze. „Mocz ci uderza do głowy” – skarcił się Kralle – „już ci się dwory marzą”. Mimo to miał coraz mocniejsze przeświadczenie, że „Undine” niesie go ku nowym, zawrotnym wysokościom.

 

[1] Podkrzyże (Ricasso) – tępy odcinek głowni broni białej znajdujący się przed rękojeścią bądź jelcem. Element charakterystyczny dla konstrukcji niektórych rapierów, szpad i mieczy dwuręcznych.

Koniec
Nowa Fantastyka