3 marca 1502, Kraków
Drogi Janie!
Wybacz, że tak długo nie dawałem Ci żadnej odpowiedzi. Wieść o Twojej chorobie mnie zdruzgotała i potrzebowałem dużo czasu, by się z nią oswoić.
Szczęśliwie u siebie nie zauważyłem żadnych oznak pudendagry. Powinienem się cieszyć, ale nie potrafię, bo nie pojmuję. Dlaczego Bóg ukarał tylko Ciebie, a mnie nie? Przecież zgrzeszyliśmy w ten sam sposób, w tym samym łożu, w ten sam dzień.
Muszę Cię zobaczyć. Odpisz mi, proszę, jak najszybciej, kiedy i gdzie mogę Cię odwiedzić. Musimy porozmawiać. Czekanie na każdy list od Ciebie jest bezlitosną, wieczną torturą.
Pozdrawiam Cię, najdroższy
Stanisław
14 kwietnia 1502, Kraków
Kochany Janie!
Nie spodziewałem się, że obecnie możesz przebywać w Paryżu. Raduje mnie wiadomość, że się nie poddałeś i szukasz ratunku. Dużo słyszałem o paryskich medykach, że są znakomici w swoim fachu, toteż Twoja decyzja nie powinna mnie dziwić.
Jutro uporządkuję wszystkie sprawy, pożegnam się z rodziną i sąsiadami, spiszę testament. A pojutrze z samego rana wyruszę do Paryża.
Całuję,
Stanisław
15 kwietnia 1502, Kraków
Najdroższy,
ku mojemu ubolewaniu muszę zmienić plany. Nie ruszam jednak do Paryża. W każdym razie, nie od razu. Mam nadzieję, że mi wybaczysz i zrozumiesz tę decyzję, gdy przeczytasz list do końca.
Z pewnością znasz Tomasza, mojego sąsiada. Tego zamożnego patrycjusza, co zwykł mi ksiąg różnych użyczać, romansów, bestiariuszy… Ów, co niegdyś po powrocie z tawerny zaczął krowę obmacywać, bo przecież jest tak łudząco podobna do Maryśki… Mniejsza o to. Teraz na pewno sobie przypominasz.
Byłem wczoraj u niego się pożegnać. Osobliwy to człowiek, ale godny zaufania. Jako jeden z nielicznych nie nazywa mnie niewieściuchem i traktuje jak równego sobie.
Chciał mnie pożegnać należycie, więc poczęstował własną wiśniówką. Ależ była dobra! Tak dobra, że zacząłem gadać. Wszystko. O naszej sytuacji też. Wiem, że nie powinienem był, ale ostatecznie wyszło to na dobre. Nie odkładaj proszę listu, doczytaj do końca.
Otóż powiedział mi, że Twoja przypadłość nie jest wcale rzadka, na Zachodzie wręcz panoszy się plaga francy, szczególnie u Niemców. Dlatego bawi go, że ci ludzie mają się za takich świątobliwych.
“Mówią, że mają Boga w sercu” – rzekł Tomasz. “A w gaciach to chyba Szatana”.
Ale wracając… Wiele osób szuka medykamentu na tę przypadłość. I wielu słyszało o nim, jak się okazuje!
Niedawno do Krakowa wrócił szwagier Tomasza. Był na pielgrzymce w Rzymie odpokutować to podpalenie kapliczki, o którym pewnie słyszałeś. Podobno od powrotu nie tknął kieliszka, więc surowa pokuta rzeczywiście poskutkowała. W każdym razie zeszli się wszyscy najbliżsi sąsiedzi, by posłuchać opowieści o dalekich krajach i przygodach byłego pijaka. Wtedy Tomasz usłyszał o aureus pulvis – złotym proszku pozyskiwanym z… rogu jednorożca. Znam Cię dobrze, pewnie się teraz śmiejesz. Zawsze byłeś cyniczny i nieufny. Między innymi dlatego jesteś tak miły mojemu sercu. Wstrzymaj się jednak z osądem.
Podobno wielu władców i duchownych odbywa podróż do Afryki, by zdobyć te rogi. Wystarczy zetrzeć je na proszek i wypić wraz z cienkim piwem, a wtedy wszystkie znamiona wstydliwej choroby znikają. Niektórzy nawet zarzekają się, że po wypiciu magicznego remedium odrosły im nosy…
Pewnie już się domyślasz, do czego zmierzam. To dlatego nie wyruszam do Paryża.
Bo chcę Cię uratować.
Dobrej nocy, jeśli czytasz ten list wieczorem. Następny będzie z Wiednia, wyruszam nazajutrz z samego rana.
Twój Stanisław
2 czerwca 1502, Wiedeń
Drogi Janie!
Stanowczo odmawiam nazywania mnie bezrozumnym bękartem, tylko dlatego, że pragnę, byś żył. To, że Ty nie wierzysz w jednorożce, nie znaczy, że ja nie mogę wierzyć. Zrobię wszystko, by Cię uratować, nawet jeśli Ty sam sobie tego nie życzysz. Tym bardziej że, jak sam wspomniałeś, ropnie pojawiają się już w miejscach, których nie możesz zasłonić. Muszę więc działać.
Poza tym bardziej byś docenił moje starania, gdybyś przeżył to, co ja. Podróż jest bardziej uciążliwa niż myślałem. I o wiele droższa. Nie wiedziałem, że aż tyle wiosek może należeć do jakichś biskupów i książąt, każdorazowo za przejazd musiałem płacić grube pieniądze. Glejt od króla czy biskupa ułatwiłby sprawę, ale jestem przecież nic nie znaczącym niewieściuchem, więc nikt by mi go nie przyznał. Dodaj jeszcze myto za konia, opłatę mostową, eskortę… Oszaleli wszyscy od tej chciwości. Szczęśliwie Bóg obdarzył mnie rzadkimi umiejętnościami, pozwalającymi wykonywać rzemiosło kowala, dzięki temu sakwa wciąż jest ciężka. Jakby tego było mało, w każdej gospodzie znajdzie się ktoś, kto śmierdzi i puszcza gazy, bez przerwy, przez całą noc. Obrzydliwe.
Możesz mieć jednak nieco racji z tym bezrozumnym bękartem, bo przed wyruszeniem w podróż zapomniałem o niezwykle istotnej kwestii. Pewnie tego nie wiesz, bo nie wierzysz przecież w jednorożce, ale są to bardzo silne i niebezpieczne zwierzęta. Są łagodne tylko względem dziewic. Bez dziewicy nie da się schwytać jednorożca. Ale w Wiedniu powinno być ich pełno, prawda? Tylko nie wiem kompletnie, jak się za to zabrać. Przecież nie stanę na środku placu i nie krzyknę: “Potrzebuję dziewicy!”
Bardzo mnie to trapi. Lecz nie będę teraz nad tym się zastanawiał, jestem znużony, a świeca już dogasa, więc idę spocząć. Jutro pomyślę, jak się ze sprawą uporać.
Dobranoc, najdroższy.
Najukochańszy!
Jakież ja mam szczęście! Już pal licho te niewygody podróży, te wszystkie opłaty i zanieczyszczający powietrze kompani, to wszystko jest już nieistotne.
Znalazłem bowiem dziewicę! Z pewnością zastanawiasz się, skąd wiem, że to dziewica: otóż jest młodą zakonnicą, twierdzi, że ma czternaście lat i na tyle wygląda. Nie mam więc powodu, żeby jej nie wierzyć.
A jak do tego doszło? Już opowiadam. Zamierzam wszystko Ci opowiadać w szczegółach, bo chcę, żebyś mi towarzyszył w tej podróży. A skoro nie możesz mi towarzyszyć ciałem, nic nie stoi na przeszkodzie, byś był ze mną w tym wszystkim duchem.
Otóż zmęczony dniem pełnym wrażeń od przebywania w nowym miejscu, który przypomina inny świat, zatrzymałem się dłużej w katedrze świętego Szczepana. Jak ja bym chciał, żebyś mógł ją zobaczyć! Jestem przekonany, że to najpiękniejsza katedra na świecie. Główna wieża chyba sięga do samego nieba, a wewnątrz jest tak pięknie, że człowiek nie ma ochoty wychodzić. Tyle złota nie widziałem w całym życiu, co w tym jednym budynku. A te wspaniałe arkady! Łuki zwieńczające sufit tak wysoki, że mógłby się tam zmieścić olbrzym i to na stojąco. Chór złożony z trzech naw, obrazy, ołtarze… Długo nie mogłem zamknąć gęby z podziwu.
Ale wracając do historii… Ku mojemu zaskoczeniu i radości pod wieczór katedra zaczęła pustoszeć. Chciałem w spokoju się pomodlić, podziękować Bogu za pomyślną dotąd podróż i poprosić o nieprzerywanie tej pomyślności. Modliłem się żarliwie o zdrowie dla Ciebie, by choroba ustąpiła całkowicie lub żeby chociaż kolejne objawy nie następowały tak szybko. Poprosiłem też o pomoc w zesłaniu mi dziewicy.
Wiem, że to grzech oczekiwać od Pana Boga, by spełniał nasze życzenia. Dlatego tym bardziej nie mogę uwierzyć, że jedną z moich próśb spełnił natychmiast.
W pierwszej ławie modliła się młoda niewiasta. Została jako jedna z nielicznych odwiedzających. Zdałem sobie sprawę, że była tam już, gdy ja wchodziłem do katedry. Co jakiś czas odwracała się i rozglądała, jakby kogoś szukała. Twarz jej cechowały młode rysy, niemal dziecięce. Nosiła też habit, więc o pomyłce nie mogło być mowy. Oto miałem przed sobą dziewicę.
Tylko jak podejść do płochliwej niewiasty, by ta się nie przestraszyła? I jak, co gorsza, namówić ją do niebezpiecznej podróży, na kraniec świata i to jeszcze z obcym mężczyzną?
Myślałem i myślałem. Jednak każde zagajenie brzmiało w mojej głowie absurdalnie. Obawiałem się też, że dziewczę wkrótce zniknie i moja szansa przepadnie.
Ostatecznie wstałem z ławy i skierowałem się w stronę ołtarza, bez żadnego planu. Miałem nadzieję, że stanie się cud i Bóg przejmie kontrolę nad moimi ustami.
Powoli przycupnąłem w tej samej ławie, co dziewuszka. Dzieliły nas może dwa łokcie.
– Przepraszam – szepnąłem do niej, onieśmielony ciszą katedry.
Młoda zakonnica nie odwróciła głowy, spojrzała na mnie tylko kątem oka. Widziałem w nim wahanie: uciekać czy nie?
Wtedy się zorientowałem, że jestem głupcem, bo zagaduję do mieszkanki Wiednia po polsku. Natychmiast przestawiłem się na łamaną niemczyznę, której nabyłem podczas nauki w gildii kowali u Niemców.
Lecz w oczach młodej zakonnicy zauważyłem już nie wahanie, ale postanowienie. Zaczęła wstawać z klęczek. Przeraziłem się. Nie mogłem stracić tej szansy!
Wtedy Duch Święty w końcu mnie natchnął i kazał mi zdjąć z głowy kaptur. Niewiasta, widząc moją ogoloną głowę, znieruchomiała.
I wtedy Duch, nazbyt łaskawy, znów mnie natchnął. Podwinąłem rękaw koszuli, pokazałem wypalone znamię. Znamię, którego tak bardzo nienawidzę, a jednocześnie kocham. Nienawidzę, bo przypomina mi o tym, jak silnie lud mną gardzi, tylko dlatego, że miłuję męża miast niewiasty. Kocham, bo przypomina mi, że mogłem skończyć o wiele gorzej, na przykład na stosie.
To był celny strzał. Dziewczyna porzuciła plan ucieczki, rozluźniła się nieco, a w jej oczach strach ustąpił współczuciu. Nie mogłem ścierpieć tego spojrzenia.
Nie wiedząc, jak zacząć rozmowę, powiedziałem wprost, czego od niej oczekuję. Patrzyła badawczo sarnimi oczami, a ja nie potrafiłem zgadnąć, czy kaleczona przeze mnie niemczyzna jest dla niej zrozumiała, czy może dziewuszka stwierdziła, że ma do czynienia z szaleńcem. Skończyłem swój wywód propozycją, że dam jej dwa dni do namysłu i jeśli się zgodzi, to niech czeka na mnie w tym samym miejscu o tej samej porze. Westchnąłem zrezygnowany, bo przecież – kto by się zdecydował na coś takiego? Tym bardziej że nie miałem wiele do zaoferowania. Jedynie to, że podróż odbywa się na mój koszt.
Odwróciłem się w stronę ołtarza i wykonałem znak krzyża. Odrywałem kolana z klęcznika, gdy dziewczyna złapała mnie za ramię.
– Wyruszę z tobą w tę podróż, miłościwy panie – wyszeptała.
Zastygłem, bo nie mogłem uwierzyć. Zgodziła się? I to jeszcze tak rychle? Wtedy to ja na nią spojrzałem, jakbym miał do czynienia z szaleńcem.
Myślałem, że nie mogę być bardziej zaskoczony. Myliłem się.
– Możemy wyruszyć już nazajutrz? O świcie? – zapytała, a ja gorączkowo próbowałem ogarnąć zmysłami, co się właściwie stało.
Miałem ogromną chęć zapytać, co jest powodem tak prędkiej zgody i rozpoczęcia podróży, ale bałem się, że ją spłoszę.
Istotnie wyruszamy jutro z samego rana do Wenecji. Muszę być wypoczęty, więc kończę list i udaję się na spoczynek.
Miłuję Cię,
Twój Stanisław
13 lipca 1502, Wenecja
Drogi Janie,
I po co te oskarżenia? Czyżbyś wątpił w moje uwielbienie? I zapomniał, kim właściwie jestem, na Boga? Przecież wiesz, że niewiasty mnie wcale nie pociągają, zawsze tak było. To prawda, lubię z nimi przebywać, ale to nie znaczy, że musi dochodzić do coitus z każdą, którą poznaję. Nie jestem jak inni, prości mężowie. Właśnie dzięki temu, że rozumu nie przysłania mi żądza, jestem w stanie dojrzeć w nich więcej niż przeciętny człek. Zawsze bardzo ceniłem sobie przyjaźnie z niewiastami, to bardzo ciekawe i mądre istoty, mądrzejsze od nas. Każdy mąż o tym wie, ale przecież tego nie przyzna, nawet na najgorszych torturach. Boimy się ich, a raczej ci, którzy ich pożądają. Bo mają one nad nimi władzę, a męska duma nie może tej myśli znieść. Dlatego tak są upokarzane na każdym kroku. Takie jest moje zdanie o niewiastach i nikt go nie zmieni. Jednak, jak fascynujące i urodziwe te istoty by nie były, miłować mogę tylko Ciebie, moje serce nie potrafi inaczej. Więc możesz przestać pleść takie próżne baśnie.
Kłopoty mają to do siebie, że gdy rozwiążesz jeden, na jego miejsce od razu wkracza drugi. Tak jest też w moim przypadku. Znalazłem dziewicę, ale bez bolletta di sanita nie wypłynę z Wenecji. Nie wiem, czy podczas podróży tego od Ciebie kiedykolwiek wymagano, słyszałem, że jest to typowe dla włoskich miast. Otóż, mój drogi, jest to zaświadczenie, że jesteś zdrowy i nie ma zarazy w stronach, z których pochodzisz. Medyk musi cię uznać za wolnego od wszelkiej niemocy. Nie ukrywam, że trochę się denerwuję. Jeśli od komisji usłyszę, że noszę znamiona gniewu bożego czy pudendagry, to chyba umrę z rozpaczy. Albo, nie daj Bóg, odgadną znaczenie piętna… Bądźmy jednak dobrej myśli.
Dość o moich rozterkach. Z pewnością jesteś ciekaw, jak wygląda Wenecja.
W mieście tym znajdują się chyba wszystkie statki świata. Tylu galer nie widziałem, ba, co ja bredzę, nawet nie słyszałem z żadnych opowieści o takiej liczbie! Ulice są rzekami, przedstawiasz to sobie? Nie wiem, za jaką przyczyną, czy boską czy też ziemską, większość budynków stoi, mocząc fundamenty w wodzie. Choć niektóre w istocie niebezpiecznie się przechylają i wyglądają, jakby kucały, gotowe defekować.
To mieszane wrażenie odczynił jednak widok placu świętego Marka. Przy falujących wodach laguny stały dwie granitowe kolumny, przedstawiające świętego Teodora tuż po pokonaniu smoka na jednym, na drugim zaś lwa symbolizującego świętego Marka. Jednak dopiero gdy mój wzrok spoczął na Bazylice, nie umiałem skryć zachwytu. Przypomina ona egzotyczny pawilon o fasadzie w stylu bizantyjskim, obramowany jasnym marmurem, przykryty pięcioma złotymi kopułami. Musiałem wejść do środka. Wnętrze mnie wręcz oszołomiło; złociste sufity ozdobione lśniącymi mozaikami, błyszczące tessery, ogromny, srebrny ołtarz… I to wszystko powstało ręką człowieka, niesamowite!
Gdy wróciliśmy na plac świętego Marka, zaskoczył mnie z nagła wzmożony ruch oraz wygląd mieszkańców. Niewiasty ubierają się tu zgoła inaczej: ich jedwabne suknie o kolorze malachitu lub chabru mają śmiałe dekolty, w kształcie litery V, damy chodzą też w niebotycznie wysokich butach – podejrzewam, że w trosce, by nie zamoczyć stóp i rąbka sukni w lagunie, która nie pozwala wyschnąć ziemi. Zafascynowały mnie też ich nakrycia głowy, które przywodzą na myśl długi i gruby rogal upinający włosy… Niektóre damy wplotły w nie różane wstążki, perły czy złote siatki.
Moją uwagę od niewiast odwróciły dźwięki muzyki. Dwaj młodzianie, odziani w obcisłe nogawice koloru czerwieni oraz gorsząco krótkie dublety sięgające ledwie bioder, przygrywali niewinną muzykę, tak kontrastującą z ich wyglądem. Wśród instrumentów rozpoznałem portatyw i rebek. Ach, piękna była to muzyka! Moja towarzyszka nagle zaczęła podskakiwać w rytm, a ja nie odważyłem się jej besztać za zachowanie niegodne zakonnicy. Tym bardziej że uciekła z klasztoru, więc nie miało to żadnego znaczenia. Gdybyś widział jej uśmiech podczas tych podrygów! Ubawiłem się serdecznie.
Co prawda pozytywnymi, lecz jednak znużony nowymi wrażeniami, zaszedłem wraz z Sigridą do oberży, by coś przekąsić. Piękne ma imię, nieprawdaż? Oznacza zwycięstwo. Kolejny znak, że mój plan musi się udać.
Zajadając się sardele in saor, próbowałem dowiedzieć się co nieco o Sigridzie. Trudne to było zadanie, bo moja towarzyszka najwyraźniej nie lubi o sobie opowiadać. Ogólnie jest małomówna. Wydaje się też trochę przestraszona. Jednak nie powinno to mnie dziwić, przecież to jej pierwsza w życiu podróż. Wenecja w porównaniu do Wiednia jest jak inny świat.
Dowiedziałem się jedynie, że matka oddała ją do klasztoru w tak młodym wieku, bo chciała, by córka uniknęła losu, jaki zgotowano jej samej. W młodym wieku matka Sigridy została wydana za kowala, co prawda majętnego, ale niestety tak skorego do picia, jak i do pracy. A gdy się upił, żonie dostawało się za wszystko, za każde najmniejsze przewinienie.
Sigrida widziała i przeżyła niejedno. Biedne stworzenie. A ja ją jeszcze zabieram w tak niebezpieczną podróż… Nie wiem, czy moje wyrzuty sumienia są słuszne. W końcu sama się zgodziła, ba, nakłaniała do nagłej podróży. Może w klasztorze też nie jest tak dobrze, jak nam wmawiają?
Ależ świeca dogasa, dokończę hist
orię jutro, czyli w sumie dziś. Wybacz te gryzmoły, próbowałem dokończyć list w ciemnościach.
Odbyłem wizytę lekarską. Nie jest dobrze. Na razie odmówili mi wydania bolletta di sanita. Powiedzieli, żebym przyszedł po następnej niedzieli, by zaobserwować, czy moje znamię na ramieniu się otworzy. Robią to umyślnie. Wiedzą, co ta blizna znaczy…
Statek do Cypru rusza jutro. Jestem załamany. Nie wiem, co robić… Co Ty byś uczynił, mój miły?
12 sierpnia 1502, Wenecja
Nie poznaję Cię, Janie. To na pewno Ty pisałeś? Tak, to Twoje pismo…
Zaczyna mnie irytować Twoje podejście z tym odpuszczaniem. Prosisz, bym przyjechał do Paryża się pożegnać. Serce chce Cię posłuchać, tym bardziej że, jak wspomniałeś, na Twoim ciele tworzą się kolejne rany. Ale rozum mówi mi co innego. Mój rozum chce Cię uratować.
Los, Bóg, cokolwiek, co włada Ziemią i Niebem, dał mi wyraźny znak, że mam się nie poddawać.
Statek do Cypru nie wypłynął tak, jak planowano. Kapitan tłumaczy to niesprzyjającymi warunkami do żeglugi. Podejrzewam, że chcą nas jeszcze zatrzymać w Wenecji, byśmy wydali więcej pieniędzy, bo od kilku dni świeci słońce i nie czuć wiatru. Ale jeśli to są złe warunki, to ja się na nie zgadzam.
Dzięki temu zyskałem na czasie, by zdobyć bolletta di sanita.
I tutaj pojawia się kolejny dowód na to, że los nam sprzyja.
Siedząc smutny w tawernie sączyłem wino, a moja towarzyszka cienkie piwo, gdy nagle przed naszą ławą wyrósł pewien mąż. Nie będę Ci łgał, przystojny jak Szatan. Ciemnie, bujne włosy, oczy błyszczały z ożywieniem, czuć było od niego energię, witalność. Spojrzał na Sigridę.
– Wspaniała – powiedział nienaganną niemczyzną.
Sam nie wiem, kiedy wstałem i wyciągnąłem z sakwy nóż. Przybysz uniósł ręce w pokojowym geście.
– Spokojnie, nie mam złych zamiarów. Tylko podziwiam. Nie chcę kłopotów.
Nie wierzyłem mu.
– Idź do diabła – wysyczałem, zbliżając nóż do jego twarzy.
Zaśmiał się.
– Dobrze – odchrząknął – ale najpierw sprawimy ci bolletta di sanita.
Osłupiałem. Skąd on wiedział, że tego potrzebuję?
Widząc, że zastygłem, mąż dotknął palcem ostrza noża i powoli odsuwał je od siebie, a ja nie oponowałem.
– Porozmawiajmy na spokojnie.
Usiadł obok Sigridy, wymuszając na niej, by ustąpiła nieco miejsca. Tym razem jednak nie patrzył na nią, zaś mnie nie spuszczał z oczu.
Niespodziewanie przy ławie pojawiła się dziewka z winem. Przed jegomościem postawiła kielich i nalała do niego trunek. Odeszła bez słowa, a ja otworzyłem gębę ze zdziwienia i podziwiałem, jak mąż przechyla zawartość kielicha wykonanego z weneckiego szkła a nie drewnianego kubka… Musiał być bardzo ważną osobistością.
Przybysz wytarł usta wierzchem dłoni i nachylił się w moją stronę. Instynktownie zrobiłem to samo. Poczułem zapach wina, delikatniejszego niż to, które mi podano.
– W Wenecji trzeba się mieć na baczności – mówił cichym, głębokim głosem. – To miasto nigdy nie śpi. Pełno tu podróżników, handlowców, pielgrzymów i złodziei. Wczoraj wieczorem zasnąłem z kaletą przy brzuchu, rano obudziłem się już bez niej. Oczywiście gospodarz mnie zbył i powiedział, że trzeba pilnować swoich rzeczy. Na pytanie, czy widział kogoś podejrzanego, po prostu wyszedł z izby. Co za bezczelność! Ale do rzeczy… Mam w komisji lekarskiej znajomego, jest mi winny przysługę. Co więcej, jego głos jest decydujący. Wystarczy, że mu szepnę jedno słowo i płyniesz do Egiptu z zaświadczeniem w kieszeni.
Na plecach poczułem dreszcz.
– Do stu czartów, skąd ty wiesz, że muszę się dostać do Egiptu? – wychrypiałem.
Sigrida była bardzo blada. Biedne dziecko.
Mąż znów wypił nieco wina i przetarł usta.
– W tym mieście nic się nie dzieje bez mojej wiedzy. A jak ci powiem, że jestem wysłannikiem najwyższego władcy, to uwierzysz?
W głowie mi zawirowało od kotłujących się myśli.
Zaśmiał się, choć bardziej przypominało to charkot jakiegoś krztuszącego się nieszczęśnika.
– Chcesz t dokument czy nie?
– Chcę! – odparłem szybko, obawiając się, że przepadnie ta jedyna okazja. – Ale… dlaczego mi pomagasz?
– Powiedzmy, że nie jestem tak zły jak mnie malują… – Uśmiechnął się. – Zabierzesz mnie ze sobą w podróż i ją opłacisz. Aha, i oddasz mi coś, co tak naprawdę nie należy do ciebie. W odpowiednim czasie. To wszystko.
Odruchowo podrapałem się po głowie.
– Jak mogę oddać ci coś, co nie należy do mnie?
– Właśnie. Skoro to nie należy do ciebie, strata nie będzie boleć. Prawda?
Spojrzałem na Sigridę, by upewnić się, że ta propozycja nie zabrzmiała dla niej podejrzanie. Jednak jej mocno zaciśnięte usta i spłoszone oczy sugerowały, żebym odrzucił to ultimatum.
Wypuściłem powoli powietrze z ust.
– Nie wiem, czy to dobry pomysł. Obawiam się, że muszę odrzucić twoją propozycję. Za dużo o mnie wiesz, a ja nawet nie wiem, jak się nazywasz.
Chwycił moje ramię i oderwał rękaw koszuli tak szybko, że nie zdążyłem zareagować. Odsłonił piętno, znak hańby. Blizna zaczęła pulsować i mienić się czerwonym blaskiem.
– Na wszystkich świętych, puść mnie, człowieku… – kwiliłem jak dziecko, jednocześnie rozglądając się w panice, czy nikt nie patrzy na moje znamię.
Mógłbym przysiąc, że w oczach przybysza zapaliły się ognie.
– Zabierzesz mnie ze sobą czy nie? – syczał przez zaciśnięte zęby.
Ludzie w tawernie zaczęli patrzeć w naszą stronę i szeptać między sobą.
– Tak, zabiorę! Tylko zasłoń tę bliznę…
Oczy męża nagle stały się łagodne. Wstał, zerwał rękaw swojej drogiej koszuli i owinął nią moje ramię, po czym usiadł. Zwrócił się do gapiów:
– Już wszystko dobrze! Przyjaciel się skaleczył, ale już go opatrzyłem, wszystko w porządku! Nie ma tu nic do oglądania!
Goście tawerny posłusznie wrócili do swoich kubków i rozmów. Przybysz poklepał mnie po “opatrzonym” ramieniu, spojrzał głęboko w oczy i powiedział powoli:
– Nazajutrz statek do Cypru rusza o świcie. Bądźcie nieco wcześniej, wstańcie od razu, gdy usłyszycie pierwszego kura i przybądźcie do portu. Będę tam czekał z zaświadczeniem. Do zobaczenia.
Wstał i poprawił swoją koszulę, już z tylko jednym rękawem. Gdy odszedł nieco, nagle się odwrócił:
– Ach, tak, gdzie moje maniery… – Ukłonił się teatralnie. – Leamas jestem. – Zerknął na miejsce, na którym siedział przed chwilą. – Dziewuszka chyba zmęczona podróżą, co?
Skierowałem wzrok przed siebie. Głowa Sigridy leżała bezwładnie na ławie. Przypadłem do niej i zacząłem cucić. Szczęśliwie po chwili otworzyła oczy. Biedaczka zemdlała od tego przedstawienia…
Odwróciłem głowę, by zbesztać Leamasa, lecz już go nie było.
13 września 1502, Cypr
Drogi Janie!
Przykro mi było czytać, bym, cytuję: “świeże gówno brał w zęby”. Żałuję napisania wcześniej o Leamasie, że jest urodziwy jak Szatan. Nie masz powodu do zazdrości, kochany, zapewniam Cię. I nie ubliżaj mi więcej: toż dla Ciebie odbywam tę niebezpieczną podróż, pamiętaj o tym.
Wróćmy do dobrych wieści: dotarliśmy do Cypru!
Leamas zgodnie z obietnicą zjawił się o samym brzasku w porcie i wręczył mi upragnione bolletta di sanita. Obejrzałem je dokładnie, choć nie miałem pojęcia, jak takie zaświadczenie powinno wyglądać. Gdy wchodziłem na statek i podawałem je galernikowi, niesamowicie bolał mnie brzuch, a serce niemal wyskoczyło z piersi. Szczęśliwie dokument okazał się ważny.
Los był dla nas nad wyraz łaskawy; pochmurne dni liczyłem na palcach jednej ręki, a i wiatr nieprzerwanie dmuchał prosto w żagle. Mimo mojej niemocy morskiej wspominam tę część podróży jako jedną z dogodniejszych.
Nigdy bym nie sądził, że na Cyprze może znajdować się miasto dorównujące przepychowi Wenecji. Famagusta oprócz wspaniałej katedry, kościołów i ulicy handlowej ma też ogromny port, który jest głównym punktem wypraw do Lewantu. To tłumaczy przepych w strojach mężów, noszących długie, wyszywane perłami jedwabne szaty koloru angielskiej trawy i buty z mocno wygiętymi do góry noskami; niewiasty zaś odziane są w czarne i bogato zdobione płaszcze, twarze ich przysłaniają misternie haftowane chusty.
Sigrida nalegała, byśmy zaszli na targ. Nietrudno go znaleźć, bo obłędny aromat przypraw można poczuć z odległości kilku stajań. Ostry zapach pieprzu splatał się ze słodyczą cynamonu i kardamonu, piżmo i mirra przyjemnie łaskotały nos. Kramy aż się uginały od obfitości towarów. Leamas objaśniał mi wszystko, bo o istnieniu większości rzeczy nie miałem pojęcia; o jedwabiu czy adamaszku w kolorze cynobru i szafranu, błyszczących granatem i purpurą kamieniach szlachetnych z Birmy… To prawdziwy raj dla handlowców i pielgrzymów!
Jednak nie zabawimy tu długo. Zbierzemy tylko zapasy i za kilka dni wyruszamy dalej, do mojego i naszego celu.
Do Egiptu. Kraju jednorożców.
Już niedługo to wszystko się skończy, zdobędę róg i ruszam prosto do Paryża. Wkrótce się zobaczymy i Cię wyleczę, czuję to.
Twój na zawsze,
Stanisław
30 września 1502, Aleksandria
Najdroższy!
Serce mi się kraje, gdy czytam, że miewasz się coraz gorzej. Że krosty obsiały nawet Twoją twarz, którą tak bardzo chciałbym ujrzeć, i powieki, które mógłbym całować bez końca, tak gęsto, że ledwo jesteś w stanie odczytać moje listy. Czuję się bezradny, gdy czytam, że widzisz krew spływającą po ścianach. Jestem przekonany, że to przemęczony umysł Cię zwodzi, musisz tylko wypocząć i wszystko do ładu powróci. Naprawdę w to wierzę.
Postaram się odwrócić Twoją uwagę od tych cierpień. Nie patrz na ściany, czytaj list. Jestem przy Tobie, jestem w Twoim sercu.
Gdy przybyliśmy do portu w Aleksandrii, przywitało nas nieznośnie upalne słońce i stado przewodników odzianych w białe szaty oraz turbany. Za pomocą Leamasa, który, jak się okazało, mówi biegle po arabsku, zdołaliśmy wybrać jednego za atrakcyjną opłatą. Przewodnik okazał się bardzo przyjaznym człowiekiem, który znalazł nam zakwaterowanie przy niewielkiej dopłacie. Obiecał, że o świcie przyjdzie po nas, by wyruszyć w podróż do piramid. Podziękowałem mu pięknie i odmówiłem, choć z bolącym sercem. Oczywiście chciałbym zobaczyć te wspaniałe zabytki, niestety, czas nagli! Wrócę tu z Tobą, kochany, i razem zwiedzimy wszystkie mirabilia.
Przewodnik powiedział coś jeszcze, coś, co bardzo mnie zaniepokoiło. Tuż przed pójściem na spoczynek, zanim opuścił funduq, powiedział, byśmy absolutnie pod żadnym pozorem nie podróżowali dalej bez niego. Zapytałem, dlaczego. Spojrzał na mnie jak na szaleńca.
– To nie słyszeliście o blemmjach?
Ach tak. Blemmjowie, ludzie bez głów, mający oczy i usta na klatce piersiowej. Według angielskich podróżników i pisarzy – kanibale.
Zadrżałem i musiałem też zmienić wyraz twarzy, bo przewodnik z powagą pokiwał głową.
– Więc słyszeliście… Zresztą, nazajutrz was nawiedzę, to wszystko wam opowiem. As-salam alejkum!
Ukłonił się i wyszedł. Pozostawił mnie ze ściśniętymi trzewiami. Zgasiłem palenisko i ułożyłem się do snu. Sigrida już dawno spała, zmęczona długą i niewygodną podróżą. Zazdrościłem jej.
– Co cię niepokoi, Stanisławie?
Troskliwy głos Leamasa mnie zdumiał. Westchnąłem.
– Zapomniałem o tych dziwadłach, blemmjach. Słyszałem o nich same okropne rzeczy. Dobrze, że los nam zesłał tego przewodnika.
Mój towarzysz ostentacyjnie prychnął.
– Błagam cię. Widać, że nigdy nie podróżowałeś. Jesteś bardzo naiwny.
Aż się podniosłem z posłania i oparłem na łokciach.
– O czym ty mówisz? – szepnąłem, by nie obudzić Sigridy, choć miałem ochotę podnieść głos.
Do moich uszu dobiegł chichot.
– Przecież to jest klasyczna taktyka przewodników. Wymyślają jakieś próżne baśnie, by nastraszyć podróżujących i wyciągnąć od nich pieniądze.
– Próżne baśnie? Nie słyszałeś o blemmjach, do czego potrafią się posunąć?
– A znasz kogoś, kto widział ich na własne oczy, czy każdy tylko powtarza to, co usłyszał od innych?
Milczałem.
– No właśnie… – Leamas odetchnął głęboko. – Ile ci zostało pieniędzy?
Niech to dunder świśnie… Ma rację, myślałem. Zostało mi zaledwie dwadzieścia dziewięć dukatów. Wiedziałem, że za samą podróż galerą przez Nil będę musiał zapłacić dwanaście i za wyżywienie dla dragomana. Do tego pół dukata za wielbłąda noszącego wiktuały, kolejne pół dukata za sułtańskie pozwolenie na podróż…
Złapałem się za głowę.
– Jednorożce występują w południowym Egipcie lub w okolicach Abisynii – zaczął wywód Leamas. – Wyglądają jak skrzyżowanie konia z dzikiem. Są bardzo silne i bardzo zwinne, nawet sam Herakles nie dałby im rady. Można je schwytać jedynie za pomocą dziewicy, która wabi te zwierzęta swoją nieskazitelną czystością duchową i cielesną. Zwierzę kładzie głowę na jej łonie, wtedy ukryty myśliwy ma jedyną w życiu okazję, by je schwytać i zabić. Tylko w taki sposób można uzyskać róg jednorożca. Nazajutrz przed świtem wyruszamy w górę Nilu do Asuanu, z Asuanu zaś na pogranicze Egiptu z Abisynią. Znam całą trasę, przebywałem ją już dwukrotnie. Jakieś pytania?
Zastygłem. Zaimponował mi tą obszerną wiedzą, ale też zaniepokoił.
– Tak myślałem – rzucił. – A teraz śpij. Jutro znowu nas czeka uciążliwa podróż.
Obrócił się na bok i niemal natychmiast jego oddech stał się płytszy.
Lecz ja nie mogłem zasnąć, bo się zastanawiałem, skąd on wie, że potrzebuję rogu jednorożca…
14 października 1502, okolice Asuanu
Najdroższy Janie!
Mimo że od tych okropnych wydarzeń, które nas spotkały, minęło kilka dni, serce i dłonie nadal mi drżą, na samo o nich wspomnienie. Obiecałem Ci jednak, że zrobię wszystko, byś poczuł się częścią tej podróży, toteż spiszę tutaj tę makabrę, a potem wymażę z pamięci, choć z pewnością okaże się to daremną próbą.
Uczyniliśmy tak, jak powiedział Leamas – wyruszyliśmy jeszcze przed świtem z funduq w stronę Nilu i galerą dopłynęliśmy do Kairu. Tam wynajęliśmy tylko jednego wielbłąda, który niósłby nasze bagaże, ponieważ zawartość sakwy gwałtownie mi się kurczy, a musi coś jeszcze zostać na wiktuały i powrót.
Podróż była bardzo uciążliwa, nie tylko ze względu na bezlitosny upał; z gęstwiny drzew jałowców afrykańskich dobiegały do naszych uszu osobliwe dźwięki. Przypominały niezrozumiałe odgłosy ludzkie… Zesztywniałem. Niezwykłe rozmowy przeszły w upiorny chichot, który coraz bardziej się nasilał.
Leamas starał się mnie uspokoić. Tłumaczył, że to nie ludzie, a hieny – specyficzne zwierzęta, przypominające zdziczałe koty. Co prawda, żerują na zbłąkanych osobnikach i te dziwne odgłosy stosują jako wabik, ale jeśli będziemy się trzymać wyznaczonej trasy, nic nam się nie stanie. Prawdę rzekłszy, znikomie mi ulżyło. Tym bardziej że wśród drzew widywałem co jakiś czas wielkie ślepia, przypominające ludzkie… Starałem się przemówić do samego siebie, że to skwar mąci mi w umyśle, lecz teraz wiem, że nie były to przywidzenia.
Tego feralnego dnia, gdy już zapadał zmierzch, zdecydowaliśmy się zatrzymać i przespać przy ognisku, o świcie zaś ruszyć dalej. Po skromnym posiłku, składającym się jedynie z podpłomyków, ułożyliśmy się do snu.
Tym razem zmęczony pieszą wędrówką trwającą od południa do zmierzchu i niemiłosiernym upałem, zasnąłem od razu.
W środku nocy obudziły mnie dziwne dźwięki. Mlaskanie, przeżuwanie, rozrywanie czegoś… mięsistego?
Pewnie Cię to zdziwi, mnie też to zdziwiło, ale nie obróciłem głowy od razu. Po prostu zastygłem. Okropnie się bałem. Nie mogłem ruszyć nawet palcem.
Dopiero gdy usłyszałem krzyk Sigridy, odwróciłem się natychmiast.
Ujrzałem obraz tak potworny i koszmarny, że dłuższą chwilę mi zajęło zlepienie go w całość.
W blasku dogasającego ognia i świetle księżyca ujrzałem ich. Blemmjów. W rzeczywistości są jeszcze straszniejsi niż w najbardziej wydumanych opowieściach angielskich podróżników. Było ich może czterech albo pięciu, a każdy wyższy od przeciętnego człowieka przynajmniej dwukrotnie, nawet bez… głowy. Nie masz przywidzeń, tak właśnie piszę, w istocie nie mają głów!
Usta i oczy mieli na torsach, a były tak przerażające, że ledwie jestem w stanie to opisać. Ogromne, mięsiste wargi naszpikowane ostrymi zębami rozrywały ciało naszego biednego wielbłąda. Jego ryk przypominał zawodzenie zwierząt zarzynanych w garbarni… Serce drżało mi w piersi. Wielkie ślepia okrutnych stworów zajmowały niemal pół torsu, a w nich nie znajdziesz duszy, o nie. Źrenice biegały z jednej strony na drugą, szukając kolejnej ofiary do rozerwania i pożarcia.
Gdy ujrzałem Sigridę w ich obrzydliwych rękach, serce mi dosłownie zamarło i myślałem, że umieram. Kłócili się o nią, wyrywali wzajemnie z rąk, jak rzecz, jak lalkę. Wstyd przyznać, ale rozpaczliwe wołania dziewuszki jedynie mnie porażały, nie mogłem nawet postawić kroku… Czułem się paskudnie, tak bezradnie, żałośnie! Niech mnie ktoś uderzy, niech mnie ktoś zabije, myślałem.
I wtedy z nagła poczułem zapierające dech gorąco. W nos uderzył zapach siarki, tak intensywny, że prawie zwymiotowałem.
Zza Blemmjów wyłoniła się jeszcze okropniejsza postać niż same te potwory. Cała czarna górowała nad nimi, przytłaczała wszystko i wszystkich. Skośne oczy wielkości dorodnych bochnów chleba paliły się jak żarzone węgle, z ust kreatury zaś wystawał język, długi niczym wąż. Z czoła wychodziły dwa kozie rogi, każdy zakrzywiony w inną stronę. Korpus jego przywodził na myśl wulkan po erupcji – rzeki lawy krążyły po tym osobliwym ciele, jak w nas krążą humory.
Blemmjowie szybko zrozumieli, kogo mają za sobą, porzucili Sigridę i natychmiast uciekli w popłochu. A ja nadal stałem jak ten słup soli, zamiast podbiec do dziewuszki, która leżała bezwładnie.
Obserwowałem Szatana zmniejszającego swoje rozmiary, upodabniającego się do człeka. Gdy już był mniej więcej mojego wzrostu, dotarło do mnie, że…
To przecież Leamas!
Z szerokim uśmiechem i nadal płonącymi ślepiami zbliżył się do Sigridy. Wyciągnął dłoń w jej stronę i na odległość podniósł dziewuszkę z ziemi, za pomocą jakiejś diabelskiej magii. Powoli przyciągał ją do siebie.
– Nie! – krzyczałem. – Zostaw ją, plugawy pomiocie!
Nogi w końcu mnie usłuchały. Pierwej ciężkie jak beczki wina, lecz z każdym krokiem stawały się lżejsze. Przy Blemmjach nie reagowałem, nie mogłem więc odpuścić, oddać niewinną dziewkę ohydnemu Szatanowi!
Dzieliło nas dosłownie kilka stóp, gdy Leamas jej dotknął. Szyderczy uśmiech zniknął z pooranej ogniem twarzy. Puścił ją na ziemię w tym samym momencie, gdy go dopadłem i uderzyłem łokciem w twarz. Odniosłem wrażenie, że w ogóle tego nie poczuł. Zamachnąłem się więc, by uczynić to raz jeszcze, lecz zatrzymała mnie nagła powaga na jego ohydnym obliczu.
– Będziesz musiał oddać mi coś innego – powiedział cicho.
Zamarłem.
– Cóżeś rzekł? – wychrypiałem.
Zbył mnie milczeniem, płomienie w jego ślepiach gasły miarowo.
Uratowałem Sigridę, nie wierzę! – myślałem. Wygrałem z samym Szatanem!
Obejrzałem się i podbiegłem do dziewuszki. Szczęśliwie rozwarła powieki.
– Sigrido, dziecko! – krzyczałem ze szczęścia. – Żyjesz! Będziesz żyć!
Chwyciłem ją w ramiona. Załkała cicho. Targały mną ogromne wyrzuty sumienia, że naraziłem młodą niewiastę na tyle niebezpieczeństw. Że zaniedbałem jej nieme ostrzeżenie, jeszcze w Wenecji, w tawernie.
Wciąż trzymając ją mocno, odwróciłem głowę w stronę Szatana.
Lecz już go tam nie było. Zostały po nim jedynie ślady racic wypalone w ziemi.
18 października 1502, okolice Asuanu / Abisynii?
Najdroższy!
Nie wiem, od czego zacząć, tyle osobliwości i przykrości się tu wydarzyło. Wybacz, że nie czekam na odpowiedź, spisuję wszystko, póki wspomnienia są żywe. Mam nadzieję, że jak najrychlej zdołam nadać te listy, gdy będę wracać, jeszcze w Kairze albo Aleksandrii. Swoje listy przekazuj do Cypru – nie wytrzymam do Wenecji, by odczytać wiadomość od Ciebie. Bardzo potrzebuję odczuć Twoją obecność. Te tragedie, które się dzieją, jedna po drugiej, wysysają ze mnie wszystkie soki życiowe, wszystkie humory.
Podróż bez przewodnika i wielbłąda, w nieznośnym upale, przez górzyste tereny Abisynii i gęste gaje oliwne, jest prawdziwą torturą. Sigrida dzielnie znosiła to wszystko i pokrzepiała mnie uśmiechem, choć to ja powinienem był ją pokrzepiać. Kochana Sigrida… Niech to dunder świśnie! Kilka łez spadło na pergamin, rozmazało się wszystko, wybacz, napiszę jeszcze raz.
Nie miałem pojęcia, dokąd iść, a pragnienie aż paliło trzewia. Ku mojej radości mijaliśmy obóz prawdopodobnie egipskiej karawany. Szczęśliwie handlarze byli dla nas uprzejmi, choć nie wyglądaliśmy na tubylców. Poczęstowali nas dziwnym napojem, który nazywali tej. Choć bardzo słodki, doskonale gasił pragnienie. Dali nam go nieco na drogę. Wspaniali ludzie, zawdzięczam im życie. Zapytałem ich, oczywiście pokazując, bo nie znam arabskiego, gdzie możemy spotkać jednorożce. Imitowałem róg na czole, a oni się głośno śmiali. Jednak jeden z nich domyślił się, czego szukam i mówiąc coś w języku, który nie brzmiał podobnie do żadnego, jaki w życiu słyszałem, wskazał dziwny las, przypominający puszczę (przynajmniej tak by wynikało z opowieści podróżników, których miałem okazję spotkać). Wręczył mi również włócznię, niezbędną do pokonania jednorożca, choć spojrzał na mnie jak na szaleńca. Podziękowałem im kłaniając się w pas i bez wahania ruszyliśmy z Sigridą dalej. Czas naglił, a i sił coraz mniej…
Zielona gęstwina nas zaskoczyła i wydawała się nienaturalna po górzystej pustyni, której przejście zajęło nam kilka dni. Prawie całą drogę milczeliśmy, oszczędzając pozostałe siły na marsz.
W pewnym momencie stanąłem gwałtownie i ruchem ręki wstrzymałem Sigridę.
Na brunatnej ziemi ujrzałem świeże wgłębienia, ślady kopyt. Spojrzałem na dziewuszkę w zachwycie, lecz ona… stała się biała jak wapno. Zaniepokoiło mnie to, lecz naraz przypomniałem sobie, że mamy przecież za sobą niezwykle wyczerpującą i jakże niebezpieczną podróż. Miała pełne prawo czuć się wyczerpana.
Wtedy usłyszeliśmy, przytłumione nieco przez gęstwinę dżungli, ale jednocześnie wyraźne, rżenie konia.
– Nic ci nie zrobi – wyszeptałem do Sigridy, bo drżała jak w febrze. Chwyciłem ją za dłoń. – Wszystko będzie dobrze. Nie skrzywdzi cię, bo jesteś dziewicą. Mam w zanadrzu włócznię, jak tylko położy głowę na twym łonie, od razu go ubiję.
Dziewuszka nie przestała drżeć, gdy puściłem jej rękę. Wspiąłem się na najbliższe drzewo oliwne, które nie było bardzo wysokie, więc nawet ktoś taki jak ja mógł na nie wejść bez kłopotu. Przygotowałem włócznię i czekałem.
Strach wykrzywił twarz Sigridzie, trzęsła się jak w ciężkiej gorączce, słyszałem jej szloch. Serce mi się ściskało na ten widok… Wahałem się, czy nie zejść do niej, lecz w tamtym momencie zza krzewów wyłoniło się zwierzę.
Legendarny jednorożec… Tak, one istnieją, Janie. Mówiłem Ci, a raczej pisałem, że mam rację!
Jednorożec nie był tak piękny jak opisywano czy malowano w księgach. Tułów bardziej przypominał ośli niż koński grzbiet. Nogi jak skradzione dzikowi. Jedynie łeb przypominał ten koński, a na czole prezentował się niewiarygodnie długi, ostry jak brzytwa róg.
Ku mojemu zaskoczeniu zwierzę miast złagodnieć, wręcz rzuciło się do cwału w stronę Sigridy, rżąc jak poparzone ze wściekłości. Tylko Bóg mógł sprawić, że Sigrida przytomnie pobiegła w stronę drzewa, a ja zdołałem ją wciągnąć.
Rozjuszony jednorożec dopadł pnia i modliliśmy się, by nie przebił nas od dołu rogiem. Po kilku pacierzach odpuścił i, najwyraźniej upokorzony przegraną, powoli wrócił do swoich pobratymców.
Długo milczeliśmy z Sigridą. Nie mogłem pojąć, co się właściwie wydarzyło.
Dlaczego jednorożec zaatakował dziewicę?
Targały mną przeróżne uczucia, od przerażenia przez rozczarowanie po złość. Byłem przerażony tym, że moja towarzyszka prawie zginęła. Rozczarowany, bo nie zdobyłem rogu jednorożca. I zły, bo ktoś łgał – albo Sigrida, albo wszystkie najtęższe umysły świata i podróżnicy razem wzięci.
Gdy noc oblepiła czernią zarośla, drzewa i krzewy, odczuliśmy tak nieznośny ból w całym ciele od kurczowego trzymania się gałęzi, że zaryzykowaliśmy i zeszliśmy na ziemię. Wędrowaliśmy przez dżunglę w stronę obozu, który niedawno rozbiła egipska karawana. Pokonawszy zarośla, dostrzegliśmy z dala malutki, ale wyraźny punkcik zwiastujący ogień.
Przybyliśmy do opustoszałego obozu wyczerpani i głodni. Mieliśmy przy sobie jedynie tej. Gdy ugasiliśmy pragnienie, spojrzałem z troską na Sigridę. Gałęzie drzewa odrapały jej dłonie i twarz, która krzywiła się do płaczu. Jednak w oczach ujrzałem nie strach, lecz… błaganie? Poczucie winy?
– To nie twoja wina – rzekłem cicho. – Radujmy się, że żyjesz. Nie możemy wiedzieć, dlaczego tak się stało…
– Właśnie, że moja wina i możemy wiedzieć, dlaczego tak się stało.
Nie pojmowałem.
– O czym ty mówisz, dziecko… – Wyciągnąłem do niej dłoń, spoczywającą na ziemi.
– Nie jestem już dzieckiem! – Cofnęła rękę. – I dlatego też jestem dla ciebie ciężarem!
Płakała tak żarliwie, że poczułem się nieswojo. Jednak nic nie mówiłem, bo zwyczajnie nie wiedziałem, co powiedzieć. Gdy nieco się uspokoiła, a ogień już niemal zgasł, opowiedziała, co zaszło w przededniu naszego pierwszego spotkania.
Otóż wyobraź sobie, że właśnie wtedy klasztor, w którym żyła Sigrida, odwiedził pewien mnich. Nie traktował on swojego powołania poważnie. W nocy zakradł się do jej celi i dokonał gwałtu na niewinnej dziewuszce. O świcie wyruszył w dalszą drogę, jakby nigdy nic. Próbowała opowiedzieć o swoim nieszczęściu innym mniszkom, lecz te albo jej nie wierzyły albo kazały zawrzeć gębę, bo mnich ten najwyraźniej był ważną osobistością. Sigrida pobiegła do katedry, bo tylko tam czuła się bezpiecznie. Gdy zobaczyła mnie zbliżającego się do ławy modlitewnej, w pierwszym odruchu chciała uciec, lecz widok mojej ogolonej głowy oraz znamienia wypalonego jako kara za sodomię, od razu ją uspokoił. A gdy zaproponowałem jej podróż, wiedziała, że to jedyna okazja, by uciec od znienawidzonego klasztoru jak najdalej.
Wysłuchałem jej historii i uczyniłem coś, czego będę żałować do końca swoich dni.
Miast okazać jej współczucie, myślałem wtedy o Tobie. O tym, jak mało czasu nam zostało, jak choroba próbuje mi Ciebie odebrać. I jak los odebrał mi szansę na uratowanie Ciebie.
A raczej Sigrida.
– To dlatego Leamas cię nie porwał – rzekłem bezmyślnie. – Bo nie jesteś dziewicą. Bo jesteś bezwartościowa.
Dokładnie tak ją określiłem – bezwartościowa. Przysięgam, że będę biczował się już do kresu swoich dni, a i tak nie zdołam odpokutować tych słów. Bo prawdopodobnie to one przyczyniły się do tego tragicznego zdarzenia, które nastąpiło później.
Lecz wtedy nie miałem ochoty dalej z nią rozmawiać i ułożyłem się na spoczynek, niemal od razu zasypiając.
Gdy się obudziłem, niebo spowijała krwawa czerwień, co wywołało u mnie dreszcze. Jeszcze nigdy nie widziałem tak niepokojącego wschodu słońca. Z przerażeniem spostrzegłem, że Sigrida zniknęła.
Natychmiast się zerwałem i półprzytomny pobiegłem w stronę dżungli. Przedzierałem się przez zarośla, nie zważając na zadrapania ani porykiwania dzikich zwierząt, czających się w głębi dziczy. Przez zasłonę łez prawie nic nie widziałem.
Mimo to rozpoznałem drzewo, na które jeszcze przed zachodem słońca wspięliśmy się z Sigridą. Na pniu dostrzegłem wyryte ślady kopyt.
Wtedy na moją zgubę skierowałem wzrok nieco dalej i przy następnym drzewie zobaczyłem coś, czego nie zdołam już nigdy wymazać z pamięci. Mam wielką ochotę wbić sobie nóż w serce, gdy to piszę.
Pod kolejnym drzewem ujrzałem Sigridę. Imponujących rozmiarów róg przybił ją do pnia, przeszywając trzewia.
Podbiegłem do niej, rycząc jak oblany wrzącą smołą. Próbowałem wyrwać róg, lecz na próżno. Z ust dziewuszki sączyła się krew, w oczach zaś, wciąż otwartych, widniało przerażenie. Próbowałem zamknąć powieki, lecz nie podołałem.
Przeklinałem siebie, krzycząc na całą dżunglę. Przeklinałem siebie za to, że wciągnąłem Sigridę w tę podróż. Za to, co jej powiedziałem przed snem. Za to, że dałem się zwieść diabłu. Za to, że się urodziłem.
Niestety nie mogłem wyprawić dziewuszce pogrzebu, więc pomodliłem się za nią, a włócznią wyryłem znak krzyża na pniu, tuż nad jej głową.
Wtedy naszła mnie inna myśl; odejście Sigridy nie musiało pójść na marne. Byłem pewien, że umyślnie wybrała taką śmierć, nie inną; z pełną świadomością wróciła do miejsca, gdzie ostatnio spotkała jednorożca. Chciała udowodnić, że nie jest bezwartościowa.
Wyciągnąłem z sakwy nóż i zamachnąłem się na róg. Cięcie szło opornie, ale po kilku pacierzach róg zaczął się kruszyć pod wpływem ostrza. Dochodziły do mnie pomrukiwania dzikich zwierząt oraz oddalone rżenie jednorożców, lecz się nie lękałem. Przebyłem tak długą podróż, Sigrida wyzionęła ducha przeze mnie, tak wiele zaryzykowałem i straciłem, więc byłbym głupcem, gdybym się wtedy poddał. Żadne zwierzę nie przypuściło ataku – najwidoczniej jednorożce brzydzą się niewieściuchami.
Mam więc dla Ciebie gorzko-słodką wiadomość. Choć kosztowało mnie to wiele, i niemal przypłaciłem to życiem, zdobyłem róg jednorożca. Tak jak Ci obiecałem.
Wracam do Ciebie.
Twój na zawsze
Stanisław
14 listopada 1502, Cypr
Ukochany!
Szczęśliwie przybyłem do Cypru, a myśl, że niedługo Cię ujrzę, złagodziła nawet dolegliwości związane z niemocą morską.
Niepokoi mnie jedynie, że nie dostałem od Ciebie żadnych wieści, mimo że wszystkie listy wysłałem już w Kairze. Prawdopodobnie zaginęły w drodze lub zatonęły wraz ze statkiem, to się niestety zdarza. Mam nadzieję, że ten list już do Ciebie dotrze, więc odpowiedź nadeślij do Wenecji.
Nieustannie przedstawiam sobie spotkanie z Tobą. Widzę, jak się uśmiechasz, gdy staję w drzwiach. Podchodzę do Ciebie i całuję po rękach, po twarzy i nie obchodzi mnie, czy masz krosty, wrzody, czy sączy się z nich krew. Bo zaraz będziesz zdrowy. Medyk przygotuje aureus pulvis i Cię wyleczy. I nie wrócę już do Krakowa, zostaniemy w Paryżu. Podszkolę francuski, z pewnością przyjmą mnie do jakiejś gildii kowali.
I wyruszymy do Egiptu, zwiedzać piramidy. Mam tam już nawet przewodnika.
11 grudnia 1502, Wenecja
Najdroższy Janie!
Nie mogłem długo zasnąć, rozmyślając nad wszystkim, co mnie spotkało i oczywiście o Tobie. Mam ochotę wyć jak zranione zwierzę. Jestem z powrotem w Wenecji, a od Ciebie nie mam nadal żadnych wieści.
W pewnym momencie ukłuła mnie obrzydliwie straszna myśl. Usłyszałem w głowie cichy, zrezygnowany głos Leamasa:
– Będziesz musiał oddać mi coś innego.
Ledwo piszę, tak bardzo się trzęsę. Błagam, daj mi jakiś znak, że żyjesz. Leamas nie mógł mi Ciebie odebrać. Przecież sam powiedział, że odbierze mi to, co tak naprawdę nie należy do mnie.
A Ty należysz do mnie, jesteś mój…
Prawda?