I
Czasami, w szczególnie niespokojne dni, gdy wicher gnał po niebie kłęby szarych chmur, a po horyzoncie przesuwały się kotary dalekich deszczów, w dni, kiedy czuło się już, jak ciężkie wieko jesieni powoli przygniata świat, odcinając dopływ wszelkiego światła, mnich, korzystając z chwili zawieszenia między noną a nieszporem, wspinał się na wznoszącą się pośrodku wyspy górę i stawał pomiędzy wieńczącymi ją skalnymi zębami. Wiedział, że spotka go kara – w życiu w klasztorze był czas na pracę i modlitwę, nigdy zaś próżnowanie, a opat za tego rodzaju przewinienia nie zwykł nakładać mniej niż dwa dni postu. Teraz będzie to zapewne więcej, zważywszy na zatwardziałość grzesznika. Czasami jednak nie potrafił się powstrzymać, nie w takie dni. Wspinał się na szczyt i patrzył. Za rozrzuconymi niedbale okruchami skał siny ocean przelewał się w swojej nieskończonej wędrówce znikąd donikąd. Wtedy łatwo było uwierzyć, że nie ma końca; że prócz archipelagu kilku skalistych wysepek, pośrodku którego wznosił się klasztor, nie ma nic, tylko bezmiar skłębionej wody, wichru i chmur.
A jednak ocean, tak jak wszystko inne, miał swoje granice i swój kres; na zachodzie były nim dalekie kraje za szarą mgłą, których nie oglądał żaden śmiertelnik; na północy, bliżej, niż można by sądzić, kryła się Inisfáil, rozległa, pełna zwaśnionych królów i duchów. A na wschodzie – na wschodzie leżała Kernow.
Później, gdy wypełniając pokutę trwał skulony na pryczy w kamiennej chacie, godzina za godziną; gdy chłód wdzierał się pod zesztywniały od morskiej soli habit ze zgrzebnej wełny i kąsał skórę, a w gardle narastał wywołany pragnieniem ból, Kernow wciąż tam była. Trwała w mroku wypełniającym chatę jeszcze przed porą zmierzchu, którego rozproszenie za sprawą choćby najlichszego łuczywa byłoby zbytkiem już nazbyt niesłychanym; trwała w nim samym. Wzrok mnicha błądził więc po ścieżkach ciemności, które nieodmiennie prowadziły ku przytwierdzonej do ściany półce z wygładzonej przez morze deski. Stojąca na niej mała buteleczka z kryształu połyskiwała słabym, przytłumionym przez warstwę kurzu błękitnym blaskiem, jakby znajdujący się wewnątrz płyn sam go emanował, w sposób zgoła przeciwny naturze.
W istocie tak było. Buteleczka z kryształu nie pochodziła z krain na wschód od oceanu. Zawierała zaś niewinność i rozgrzeszenie.
Zawierała niepamięć.
II
Królowa Ysella z westchnieniem przebudziła się z niespokojnego snu; nad nią, w konarach wielkiej sosny, wiatr szumiał unisono ze szmerem strumienia wypływającego z ocembrowanego marmurem źródła. Pachniały zioła; słońce wolno opadało nad horyzont, zbliżał się ciepły wieczór. A jednak, gdy poderwała głowę z kolan Tristana, siedzącego między korzeniami sosny, jej ciało drżało jak w ataku febry.
– Co się stało, miła? Czy źle się czujesz? Przyśniło ci się coś złego? – spytał Tristan, zanurzając dłoń we włosy królowej i przeczesując palcami złote pasma.
– Śniłam… – Ysella usiadła, podciągnęła wysoko kolana i objęła je ramionami; Tristan czuł, że jej ciało jest napięte i jakby skurczone. – Śniłam o skórze pokrytej wybroczynami i ropą. Śniłam o ciałach gnijących za życia. Było ciasno, gdzieś w podziemiach, jakby norach, te ciała wiły się i ocierały o siebie, ich wydzieliny, a ja… Nie wiem, czy tam byłam, nie wiem, dlaczego to widziałam, Tristanie, ja…
– Ysello, to tylko sen. To nie jest prawda. Któż wie, czemu dobry Bóg je zsyła. Spójrz, świeci słońce, wieje wiatr. W Lethowsow powiadają, że sen…
– A jeśli to znak? Tristanie, lękam się. Pomyśl, co by się stało, gdybyśmy poprzednio nie dostrzegli odbicia Margha w sadzawce. Pomyśl, co by się stało, gdyby teraz wcześniej wrócił z łowów.
– I ja się tego lękam. Lecz cóż możemy zrobić? Dzisiaj Margh na pewno nie wróci.
– Masz rację. Ale co będzie dalej? Baronowie nie ustaną w tropieniu nas i oczernianiu przed Marghiem i w końcu zabiją tak ciebie, jak i mnie. Wiesz, że tak będzie. A teraz, gdy była okazja, tracimy ją. Tristanie, ucieknijmy, póki możemy. Ucieknijmy, wyjedźmy gdzieś daleko, gdzie nikt nie zna ani nas, ani Margha. Ucieknijmy do Gododdinu albo samej Alby, a niechby i do krajów Fryzów i Franków. Świat jest szeroki, znajdzie się w nim dla nas miejsce.
– Świat jest szeroki. Czy jednak pomyślałaś, jak to będzie wyglądać? Tu jesteś królową, zastęp panien przednich rodów czeka na twoje skinienie, a trzydziestu giermków na wyścigi chce ci usłużyć. Ale tam? Musielibyśmy wyrzec się wszystkiego, co mamy i wszystkiego, kim jesteśmy, zatrzeć wszelki ślad po Yselli i Tristanie. Nie wiesz, co oznacza poniewierka, tułaczka, służba coraz to innemu panu.
– Myślisz, że bym tego nie zniosła? Dla ciebie, dla siebie samej? – Królowa wstała i odwróciła się twarzą do drzewa, przesunęła dłonią po szorstkiej korze. – Czy naprawdę sądzisz, że byłoby to gorsze? Ty, Tristanie, jesteś wielkim rycerzem. Gdy znuży cię skrytość i udawanie wiernego wasala, ruszasz przeciwko olbrzymom i zbójcom. Przemierzasz lasy i pustkowia, walczysz, a potem wracasz w chwale. Może nie wiem, czym jest tułaczka i poniewierka. Ale ty z kolei nie wiesz, jak to jest siedzieć przy krośnie długie godziny i czekać wieczora. Nie wiesz, jak to jest, gdy w ciemności czuję dotyk Margha, a trucizna, którą wypiliśmy, płonie mi w żyłach. Nie wiesz, jak to jest…
– A czy mnie jest z tym łatwo? – krzyknął Tristan, po czym zerwał się i podszedł do obramionej marmurem sadzawki. Obmył twarz w chłodnej, źródlanej wodzie, a gdy po chwili znów się odezwał, mówił już spokojnie:
– Masz rację, Ysello, że dłużej nie może być tak, jak dotąd. W każdej chwili wszystko może wyjść na jaw, to prawda. Ale przecież nie tylko dlatego. Ślubowałem Marghowi wierność, jest moim panem. Ty też ślubowałaś mu wierność. Popłynąłem do Inisfáil właśnie po to, by tak było. To, co robimy, jest złe, przeciwne Bogu i ludziom. I cóż z tego, że nie zawiniliśmy, pijąc napój miłości? To jest złe. Jest jednak inny sposób. Jest dla nas nadzieja.
– Jest sposób? Co masz na myśli?
– Od dawna o tym myślałem, chciałem ci powiedzieć. Pamiętasz, jak zeszłej wiosny Margh wysłał mnie z listami do Elmetu? Gdy więc tam byłem, na dworze króla Coela, przybył harfiarz, twój rodak. Śpiewał wiele pieśni, ale wśród nich i tę… Ysello, śpiewał o występnych kochankach, Cúchulainnie i Emer, i tym, jak druidzi z Emain Macha podali im napój o wielkiej mocy. Ale nie taki, jak ten, który uwarzyła twoja matka. Podano im napój zapomnienia, napój, który sprawił, że zapomnieli swoją miłość, i pomyśl…
– Cúchulainn i Emer… – Przerwała mu Ysella. – Znam tę historię, chyba ktoś mi ją opowiedział, kiedy byłam dzieckiem. Potem Emer odeszła do krain za mgłą, i nigdy więcej się nie widzieli. Ale to przecież tylko opowieść. A nawet gdyby to była prawda, cóż z tego? Nie ma już Emain Macha. Ulaid upadł dawno temu, królowa Connachtu zabiła wszystkich lub pognała w niewolę. Gdzie więc znajdziesz taki napój?
Tristan jął chodzić tam i z powrotem po trawie pod drzewem, w której wciąż można było poznać odciski ich ciał.
– Może i dawno temu, ale przecież ktoś musiał pozostać. Nie tak łatwo zabić druida, wiesz, że oni mają swoje sposoby. I jeśli pozostał ktokolwiek, jeśli pozostał choć ślad, jakaś wskazówka… A niedawno Margh sam wspominał o poselstwie do królów Inisfáil, chce się z nimi sprzymierzyć przeciwko Sasom, którzy zaczynają zbyt wysoko podnosić głowę. Przecież mogę się go podjąć i przy okazji… Pomyśl, Ysello, to może być nasze wyzwolenie, nasza szansa.
– Więc tego chcesz? – Królowa odwróciła wreszcie twarz od drzewa, a była to twarz biała i nieruchoma; tylko w oczach palił się biały ogień, podobny do światła gwiazd w zimową noc. – Szukasz sposobu, by się mnie wyrzec? By się uwolnić? By udać, że to wszystko się nie stało?
– Ysello, bądź rozsądna. Musimy coś zrobić. Jestem winien…
– Nie, Tristanie. Jesteś tchórzem. Mimo wszystkich tych smoków i olbrzymów. Miej przynajmniej odwagę przyznać, o co naprawdę chodzi. Bo przecież nie o Margha i wasze więzi – dotąd plułeś na nie codziennie, odkąd tylko wypiliśmy napój. I nie o jego białego Boga, bo dotąd drwiłeś i z niego, i z tego, czego żąda od swoich wiernych. Nie. Przyznaj po prostu, że się zmęczyłeś, że dość masz niewygód i skrytości. I lękasz się, że Margh w końcu posłucha oszczerców, i nie będziesz już wielkim rycerzem bez skazy, że świat pozna twoją hańbę, i ty sam będziesz musiał spojrzeć na nią w świetle dnia.
– Ysello…
– Nie. Dość. Już dość. Nie będę tego słuchać. Jeśli masz iść – idź. I obyś znalazł to, czego tak bardzo pragniesz.
Poszedł więc. Poszedł i znalazł to, czego pragnął.
III
Morze między Prydain i Inisfáil było pełne okrętów. Dopiero po jego przepłynięciu Tristan w pełni zrozumiał, co się dzieje, ale już na statku, którym wypłynął z Dintagellu, znaleźli się uciekinierzy ze wschodu. Wyglądało na to, że Margh miał rację, i półdzicy Sasi, którzy jakiś czas temu zaczęli stwarzać pierwsze problemy, w istocie nadto się rozzuchwalili, i kierowani nienasyconą żądzą złota najeżdżali, grabili i bez litości palili kolejne królestwa.
Należało położyć temu kres, jednak szybko zrozumiał, że w Inisfáil próżno było szukać wsparcia. Inisfáil sama stała bowiem w ogniu, przed którym wielu uciekało za morze, i to nie wskutek najazdu, lecz wewnętrznych waśni – te bowiem, odkąd brakło wysokiego króla, wybuchły z większą niż kiedykolwiek mocą. Królowie Laighin i Mumhan powstali przeciwko Connacht i Meacht, później jednak sojusze się zmieniały, i to na tyle sposobów, że Tristan nie zdołał do końca zrozumieć wieści, które zasłyszał w porcie. Musiał jednak zarzucić plan podróży przez kolejne dwory ku północy, tak, by przemawiać za sprawą Margha, a zarazem zbliżać się do ziem Ulaidu. Postanowił więc raczej przemykać się przez pustkowia, by unikać miast i maszerujących wojsk.
Gdy wreszcie dotarł do celu, stwierdził, że Emain Macha w istocie było ruiną, w której królowały łopian i pokrzywa. Z pewnością nie mieszkał tu już żaden biegły w magii druid; z pewnością od lat nie było tu nikogo prócz saren i zajęcy.
Mimo to Tristan przywiązał wodze konia do drzewa przytulonego do resztki zwalonego muru i zagłębił się między zgliszcza domów. Osada była rozległa i niegdyś z pewnością ludna. Dawna ulica, dziś nie więcej niż ścieżka, poprowadziła go w głąb, do samego centrum, gdzie przy obszernym placu wznosił się dwór Czerwonej Gałęzi. Czy zbudowano go solidniej, czy też chroniły go siły, których śmiertelnik nie mógł dostrzec, dość, że wciąż stał.
Wewnątrz dobre wrażenie pryskało. Gmach był długi; w jego środkowej cześć dach zapadł się, tworząc bezładną barykadę. Resztki długich stołów, przy których niegdyś ucztowali najprzedniejsi rycerze Ulaidu, walały się pod ścianami. Pachniało pleśnią i zastarzałym kurzem. Tristan, stąpając ostrożnie po posadzce z przegniłych desek, kontemplował swoją klęskę. Było zupełnie cicho, dlatego stłumiony głos, który nagle dobiegł gdzieś z głębi wielkiej sali, przyprawił go o dreszcz.
– Kim jesteś i czego szukasz w sławnym Cróeb Ruad?
– Kto tam jest? – zawołał Tristan, wyciągając miecz i ruszając w stronę, z której dobiegał głos; nie było tam widać nic dość dużego, by dać ukrycie człowiekowi.
– A kiedy to obyczaj upadł tak, by gospodarz musiał się opowiadać natrętowi?
Chociaż było to niemożliwe, słowa wyraźnie dochodziły z plecionego kosza z pokrywą, rzuconego pod ścianę. Kiedy Tristan go otworzył, ujrzał zwieńczoną czubem skołtunionych włosów ludzką głowę, wyschniętą i pomarszczoną niczym suszona śliwka. Powieki opadły na puste oczodoły. Jednak to właśnie głowa poruszała ustami i mówiła. Może to brak ciała, a może poszarpana krawędź przeciętej krtani sprawiała, że głos był chrapliwy i szorstki.
– No, ktoś ty, przybłędo?
– Jestem Tristan z Lethowsow, przybywam z dworu mego wuja, możnego króla Margha z Kernow.
– Możnego, dobre sobie – zachrypiała głowa. – Możny pan paska lądu, który zmieściłby się w miodowym rogu króla Conchobara. Czegóż więc chce ów wielki pan, że przysyła do Emain Macha dziedzica mielizn i płycin?
– Nie przychodzę w imieniu wuja. Chciałem prosić o pomoc, choć nie wiem doprawdy, kto miałby jej udzielić. Przywiodła mnie tu opowieść. Mówią, że właśnie w Emain Macha mieszkał wszechwładny druid, który potrafił sporządzić napój zapomnienia. I że podał ten napój…
Głowa roześmiała się tak gwałtownie, że aż przeważyła się i przeturlała po dnie kosza. Jej śmiech przypominał szczekanie psa.
– Więc jesteś nieszczęśliwym kochankiem, tak? Jakże mi to przypomina dawne czasy. Twoje przekleństwo jest i twoim szczęściem. Jam jest Cathbad, najwyższy druid z Emain Macha. Byłem przy tym, jak Fand i Cú Chulainn wypili napój, który sprowadził na nich zapomnienie, dawno temu, kiedy świat był inny. Ale to nie ja uwarzyłem ten napój. Do tego trzeba mocy, której nawet ja nie miałem, nawet wtedy.
– Któż zatem?
– Powiem ci, ale nie za darmo. Opowiedz mi. Jeśli twoja historia jest godna pamięci, zapamiętam ją. Będzie moja, obok historii Deirdre i Naoise, obok dziejów Gráinne i Diarmiuda, i obok Fand i Cú Chulainna. Opowiedz mi wszystko.
Więc Tristan opowiedział, opowiedział wszystko. Mówił długo, a gdy skończył, głowa rzekła:
– A więc to tak. Może masz rację, szukając zapomnienia, a może mylisz się najbardziej, jak tylko można. Lecz tylko wielki Manannán może ci pomóc. To on sporządził napój, to z jego kielicha pili Fand i Cú Chulainn. Ale któż to wie, czy będzie chciał ci pomóc. Powiem, gdzie znajdziesz jego kopiec, i może nawet ci się poszczęści. Choć trzeba ci jechać daleko, aż nad zachodni ocean. Pochyl się, objaśnię ci drogę.
Tristan słuchał uważnie; wskazówki były zawiłe. Gdy zaś upewnił się, że wszystko zapamiętał, jeszcze raz przyjrzał się temu, co zostało z wielkiego druida.
– Czy chcesz, mój panie, żebym uwolnił cię od tego losu? Złożył do grobu lub spalił, stosownie do obyczaju?
– To tak chcesz mi się odwdzięczyć? – krzyknęła głowa z wielkim oburzeniem. – Postradałeś rozum? Już tylko ja zostałem z dawnego Ulaidu. Gdyby mnie brakło, któż zaświadczyłby o czynach wielkiego króla Conchobara? Kto by pamiętał chwałę Cróeb Ruad, dni bitew, zabaw i uczt? Może i jestem tylko strzępem skóry na zmurszałej czaszce, ale i tak trzeba mi trwać. Skoro pragniesz zapomnieć, widać taka jest twoja rzecz. Ale moja rzecz to pamiętać. Pamiętać wszystko, co przeminęło.
Później, daleko od ruin i wyschniętej głowy druida, gdy już zapadła noc, Tristan patrzył w ognisko, do rozpalenia którego zmusił go nocny chłód; ryzykował niewiele, wciąż był daleko od stron, gdzie mógł napotkać wojska któregoś z królów. Gdy więc przyglądał się rozżarzonym polanom, nad którymi języki płomieni pięły się ku niebu, zdało mu się, że patrzy na ogień trawiący to, co niegdyś było Emain Macha, i z tym obrazem pod powiekami zasnął.
IV
Kopiec niczym nie różnił się od setek podobnych, zarośniętych trawą i ziołami pagórków rozrzuconych od niepamiętnych czasów po pustkowiach Inisfáil. Ponad szczelną warstwą sinych chmur słońce musiało już chylić się ku zachodowi; Tristan owinął się ciaśniej płaszczem i popędził konia do kłusa.
Gdy dotarł na miejsce, stracił nadzieję; choć na północy wyspą targała wojna, gorzały bitwy i pościgi, tutaj nie było nikogo więcej, i to zapewne od bardzo dawna.
Zsiadł z konia i zbliżył się do kopca. Było zimno i całkiem cicho.
– Manannánie! – zawołał. Jego głos rozbrzmiał dziwnie głucho. Tristan ruszył przed siebie, powoli okrążając kopiec w stronę przeciwną słońcu.
– Manannánie, synu Morza! Wysłuchaj mnie! – krzyczał tak jeszcze kilkukrotnie, lecz bez skutku. W końcu, straciwszy nadzieję, padł na kolana, pośród traw i ziół, u stóp od dawna opuszczonego kopca.
– Manannánie! Pomóż mi!
Wiedział, że coś się stało, zanim cokolwiek usłyszał i cokolwiek poczuł. Coś nieuchwytnego, coś niemożliwego do nazwania zmieniło się w samej strukturze świata. Jakby trawy, zioła i kamienie, które widział przed sobą, nagle stały się czymś więcej, niż były dotąd.
Uniósł głowę. Ponad kopcem, w samym powietrzu, na tle pociemniałych od zmierzchu chmur otworzyły się drzwi.
Na zimną, ciemną równię wpadł przez nie blask wiosennego popołudnia, a wraz z nim lekki wiatr, który niósł zapach kwitnących jabłoni. Nagle jednak światło pociemniało; w drzwiach stanął wysoki, smukły mąż owinięty w płaszcz mieniący się wszystkimi barwami oceanu. Tristan zamknął oczy i otworzył je znowu.
Pan Morza schodził tuż ponad zboczem kopca, po niewidzialnych stopniach, które w momencie, gdy dotykała ich obuta w zielony safian stopa, błyskały na mgnienie oka mlecznym blaskiem. W końcu stanął przed oniemiałym Tristanem. Jego twarz zakrywała maska, biała i gładka.
– Powstań, Drustanie, synu Meliodasa. Czego ode mnie chcesz?
– Panie, ty, który widzisz, nie będąc widzianym… – zaczął Tristan i urwał. Uniósł się niepewnie, czując, że trzęsą mu się nogi. Zapach jabłoni oszałamiał. – Przychodzę błagać o twoją pomoc. Mówią, że pomogłeś Cúchulainnowi i Fand. Że dzięki tobie zapomnieli swoją występną miłość, że dałeś im napój zapomnienia…
– Ta opowieść krąży po świecie od dawna, odbija się między ludźmi i ścianami ich domostw i coraz bardziej się zniekształca. Ale to prawda: sporządziłem napój zapomnienia dla Fand i Cú Chulainna. A także rozpostarłem między nimi mój płaszcz, by już na zawsze ich rozdzielił, by nie zobaczyli się nigdy, choćby mijali się na wyciągnięcie ręki. Tak musiało być. Takie było pragnienie ich obojga i takie było pragnienie losu: by zapomnieli i by więcej się nie spotkali. Czy takie jest wasze pragnienie?
– Panie, nie może już dłużej być tak, jak dotąd. Jestem lennikiem króla Margha, jestem jego krewnym, jestem mu winien posłuszeństwo i wierność. Przecież nie zawiniliśmy temu, co się stało; Brangaine nie przypilnowała napoju miłości, nie było w tym naszej winy. Ale też nie może być tak, byśmy się wzajem nie widzieli. Ysella jest żoną mojego wuja, a ja jego lennikiem. Próbowałem już wszystkiego: wyjeżdżałem, uciekałem, nie mogłem tego znieść. Daj więc nam napój, po którym zapomnimy, co się zdarzyło między nami. Niech wszystko będzie tak, jak powinno.
Pan Morza milczał długo, nie ruszał się. W końcu jednak przemówił; jego głos był dźwięczny, ale nie wyrażał niczego, tak samo jak maska na twarzy.
– Nie wiesz, o co prosisz. Nie wiesz nawet, jak daleko jesteś od nici, którą wpleciono dla ciebie w tkaninę czasu. Ale właśnie dlatego zrobię, co chcesz. Trzeba, abyś zapomniał, chociaż zanim zapomnisz, będziesz przeklinał moje imię po stokroć. Tak już musi być z wami, dziećmi Farsaida. Jest w mojej mocy dać ci napój zapomnienia, i w istocie ci go dam. Ale nie ten, którego niegdyś skosztowali Fand i Cú Chulainn. Ten, który ci dam, jest potężny jak wiosenna burza.
Uniósł prawą dłoń i oto trzymał w niej buteleczkę wyciętą w przejrzystym krysztale, pełną błękitnego płynu, który zdawał się jaśnieć pulsującym lekko blaskiem.
– Wystarczy, że wypijesz jeden łyk, a zapomnisz swoją miłość do pięknej Iosóid. I jeśli tylko Iosóid skosztuje kilku kropel, zapomni swoją miłość do ciebie. I będzie tak, jak gdybyście nigdy nie wypili napoju miłości i jakbyście nigdy nie skłamali przed obliczem króla Marcha. Jakbyście byli niewinni. Lecz gdyby zdarzyło się, że sam wypijesz wszystko – także i wszystko zapomnisz. Zapomnisz, kim jesteś, i całe swoje życie. Zapomnisz Iosóid i króla Marcha, swoją matkę i ojca, zapomnisz zielone Lethowsow i własne imię. Gdy zaś ktoś opowie ci o czynach Drustana, nie poznasz, że mowa o tobie. Umrzesz i urodzisz się na nowo, i będziesz kimś innym, kto nie doznał niczego.
– Panie, dlaczego miałbym… – zaczął Tristan, lecz nie dokończył. Oto bowiem przed nim nie było już nikogo, zniknęły też drzwi otwarte w powietrzu ponad kopcem. Świat jakby poszarzał, rozwiał się bez śladu zapach jabłoni; pozostały tylko pustka i cisza, które przywitały go, gdy dotarł do tego odludnego miejsca.
Poczuł, że coś uwiera go w prawą dłoń. Uniósł ją i zobaczył blady, błękitny blask pochodzący z kryształowej buteleczki, na której bezwiednie zaciskały się jego palce.
V
Pnącą się ku niebu kolumnę dymu Tristan zobaczył z daleka, gdy byli jeszcze na pełnym morzu. W miarę, jak się zbliżali, patrzył, coraz mocniej zaciskając zbielałe dłonie na krawędzi burty, aż w końcu nie miał już wątpliwości – to płonął Dintagell. Płonął wyniesiony na skalistym wzgórzu zamek, płonęło miasto, płonął także i port. Niepodobna było sobie wyobrazić, by był to zwykły pożar. Kapitan chciał zawracać, szukać innego portu; Tristan najpierw usiłował mu rozkazywać w imię króla Margha i swoje, później przekupić, wreszcie po prostu przyłożył mu sztylet do szyi.
Gdy kilka godzin później ciężki, handlowy statek wreszcie przybił do nabrzeża, Tristan zrozumiał, że bez względu na to, jaka klęska spadła na Dintagell, musiało się to stać wczoraj, a może nawet przed dwoma dniami. Port był zupełnie cichy; dym płożył się przy pomostach i w zaułkach, lecz pożary domów i spichlerzy już dogasały. Tu i ówdzie leżały zwłoki marynarzy i robotników, w trawie przemykały szczury, zwabione obietnicą uczty nad ucztami. Nie było żadnych innych statków.
Zagłębił się w miasto, i było tak, jakby zapadał się w zły sen, głębiej i głębiej, między poczerniałe, na wpół zawalone domy, między kłęby dymu, które układały się w coraz to nowe wzory, między trupy. I to właśnie trupy sprawiły, że przypomniał sobie, kim i gdzie jest. I że zrozumiał, co się stało. Między martwymi kupcami i rzemieślnikami, między niewiastami i dziećmi leżeli bowiem także oni. Wiedział, kim byli; rośli, o rudych brodach i grubych warkoczach opadających spod żelaznych hełmów, zbrojni w długie włócznie i tarcze, po których wiły się malowane czerwoną i niebieską farbą węże.
Margh, choć nie widział, choć nie chciał widzieć, jak jego własna żona i siostrzeniec wystawiają go na pośmiewisko, musiał to jednak przeczuwać. Dlatego przecież ponownie wysłał Tristana do Inisfáil, by szukał tam sprzymierzeńców. Wschodnie królestwa już cierpiały wskutek najazdów, kąsane jakby przez wściekle psy, których zastępy rozlewały się coraz szerzej i szerzej. Zapewne trzeba się było spodziewać, że Sasi dotrą i do Dintagellu.
Nikt jednak nie sądził, że przybędą tak wcześnie. I że Dintagell okaże się bezbronny.
Tristan biegł ku zamkowi, chociaż wiedział, że jest już o wiele za późno. Pożar miasta z wolna dogasał. Biegł drogą prowadzącą na zamkowe wzgórze, usłaną ciałami Sasów, a także wszystkich, którzy ośmielili się stanąć im na drodze. Biegł, wyżej, ponad labirynt spalonych domów, ponad duszący kożuch dymu.
Wierzeje głównej bramy zastał wyłamane. Sasi drogo zapłacili za ich zdobycie, ale w końcu musieli je sforsować taranem, dość dużym, by skruszyć okute podwoje. A późnej rzeź, która wcześniej ogarnęła miasto, rozlała się także i na zamek.
Także i tutaj Tristan zastał tylko umarłych. Wszystkich, których nie zabili, Sasi pognać musieli w niewolę, a jeśli ktoś zdołał się uratować przed ich gniewem i żądzą, uciekł jak najdalej od grozy, która opanowała siedzibę króla Margha. Umarli natomiast nie śpieszyli się nigdzie, czekali na powrót Tristana, czekali cierpliwie. Dintagell był więc twierdzą umarłych, zasnutą dymem, cuchnącą śmiercią; przemierzał ją samotny intruz.
Szedł między murami, po bruku zroszonym krwią, rozpoznając twarze dawnych towarzyszy, baronów, rycerzy i sług. Szukał tych, których nie chciał znaleźć.
Lecz oczywiście ich znalazł. Leżeli na wielkim dziedzińcu, niedaleko kamiennej kaplicy, wewnątrz której wciąż jeszcze tlił się ogień. Margh kazał wznieść ją dziesięć lat wcześniej i przyozdobił, nie szczędząc kosztów na złoto i rzemieślników.
Musieli biec razem, właśnie w stronę kaplicy, może ufając w jej grube mury, a może mając nadzieję, że biały Bóg Margha osłoni ich swym płaszczem. Nie zdołali dobiec do wejścia.
Margh leżał nieco z tyłu, z rozrzuconymi szeroko kończynami; z jego piersi celowało w niebo złamane drzewce włóczni. Ubrany był tylko w tunikę, splamioną krwią, która obficie wypłynęła także z ust i skrzepła w srebrzystej brodzie. Ktoś uciął mu palce prawej dłoni, zapewne nie mogąc inaczej zdjąć z nich pierścieni.
Ysella była tuż obok, nieco bliżej bramy; być może zginęła, bo próbowała zasłonić króla przed pierwszym przeznaczonym dla niego ciosem; włócznia dosięgła więc jej ciała, przebiła je na wylot, po to tylko, by kierowana gniewem dzikiego Sasa przeszyć Margha chwilę później.
Tristan przyklęknął i pochylił się nad Ysellą.
Jej twarz zastygła w nienaturalnym wykrzywieniu, jakiego nie przybrała jeszcze nigdy, nawet w najgorszych chwilach. Była też bielsza niż za życia, zupełnie, jakby wykuto ją z zamorskiego marmuru, który Margh sprowadził na posadzkę swojej kaplicy. Tristan długo patrzył w jej szkliste, nieruchome oczy, ale nie było już w nich nic prócz odbicia zasnutego szarymi chmurami nieba. Chciał chwycić jej dłoń, ostatni raz poczuć smukłe palce między swoimi, ale nie mógł, sztywność ciała jeszcze nie ustąpiła.
– Ysello… – zaczął i zaraz urwał. Nie było niczego, co mógłby powiedzieć.
Niczego poza jednym.
– Pamiętam, Ysello. Przysięgam, że pamiętam wszystko.
VI
Sam nie wiedział, jakim sposobem znów znalazł się na Inisfáil. Gdzieś na obrzeżach pamięci, gdzie myśl dociera z największym trudem, rozpoznawał skrawki obrazów – białe ciała Yselli i Margha, które złożył w płytkim grobie na dziedzińcu zamku; wędrówkę przez zdjętą grozą Kernow, przed siebie, byle dalej od zgliszcz Dintagellu. Statek kołyszący się na morzu, na który nie wiedzieć jak się dostał; byli tam jacyś ludzie, lecz nie rozpoznałby ich twarzy. A potem znowu, wędrówka przez niekończące się zielone wzgórza Inisfáil, coraz rzadziej rozrzucone osady i gospodarstwa, dymy daleko zza horyzontu, wiatr. Skoro dotąd żył, musiał coś jeść i gdzieś spać, ale tego nie pamiętał. W końcu jednak trafił tam, gdzie musiał trafić.
Kopiec wyglądał zupełnie tak samo, jak poprzednio, niczym nie różnił się od setek podobnych, zarośniętych trawą i ziołami pagórków rozrzuconych od niepamiętnych czasów po pustkowiach Inisfáil. Tristan zaś tak samo okrążył go, wzywając Syna Morza, i tak samo upadł na kolana. Tym razem jednak nie przyniosło to skutku. Tristan czekał, czekał długo, nim wreszcie zrozumiał, że tym razem nie wydarzy się nic więcej, nie będzie otwartych drzwi i zapachu jabłoni, i nikt nie zejdzie, by odpowiedzieć za swój zdradziecki dar. A zrozumiawszy, zaczął krzyczeć, na przemian wyć jak zwierzę i grozić niebu i ziemi, i wszystkim żyjącym i umarłym, bogom i ludziom, i przeklinać ich we wszelkich językach.
Kiedy zaś przeklął już po stokroć imiona Manannána i siebie samego, kiedy zabrakło mu nawet złorzeczeń, kiedy uszło już z niego wszystko prócz bezbrzeżnej pustki, pradawny kopiec wciąż zaś trwał przed nim niezmiennie opuszczony i martwy, Tristan wstał i ruszył przed siebie. Szedł, a w małej sakiewce przy pasie kołysała się w nierówny rytm jego kroków kryształowa buteleczka.
Szedł, nie wiedząc, którędy ani dokąd. Szedł długo, szedł, aż nie dało się już dalej iść – przed nim rozpościerało się bowiem morze. Na brzegu zaś stała wyciągnięta na żwir niewielka łódka. Tristan nie wiedział, do kogo należała i nie dbał o to; w pobliżu nie było widać żadnej osady, czy choćby samotnego domu, jednak łódź była w dobrym stanie, porządnie uszczelniona. Nie zastanawiał się więc długo; na dnie leżały wiosła, lecz odrzucił je w głąb lądu, a potem naparł na rufę i zepchnął łódź do wody, by opuścić Inisfáil w taki sam sposób, w jaki niegdyś przybył do niej po raz pierwszy.
Podczas tej ostatniej podróży jak gdyby go nie było. Pod nim kołysał się bezmiar stalowoszarych, wiecznie niespokojnych wód; nad nim wiatr przepędzał po niebie kłęby chmur, równie szarych i uwięzionych w wiecznym ruchu. Nie wiedział, ile to trwało; nie myślał, nie czuł, płynął. Płynął, aż w końcu nie dało się płynąć dalej, łódź zaryła bowiem w dno przybrzeżnej płycizny. Tristan nie zareagował od razu, pragnął dalej dryfować bez celu, aż jego los się dopełni. W końcu jednak podniósł się, by sprawdzić, dokąd trafił.
Wyspa była mała i cała pokryta skalistymi górami, pnącymi się aż do centralnej kulminacji, najeżonej ostrymi skalnymi zębami. Nieco poniżej, na osłoniętym od wiatru zboczu, przycupnęły zbite w ciasne skupisko kamienne chaty o kopulastych dachach, przypominające gniazda jaskółek.
Dotarł więc do klasztoru.
VII
Klasztor zbudowali mnisi, którzy pragnęli wyrzec się świata i podążać drogą Colma Cille. Gdy Tristan wspiął się wąską, stromą ścieżką prowadzącą do klasztoru z niewielkiej zatoczki, do której rzuciło go morze, uznali po prostu, że chce zostać jednym z nich.
Tak też się stało. Odtąd żył wedle wskazań dzwonu wzywającego na kolejne godziny kanoniczne do kaplicy, która niewiele różniła się od mnisich chat. Wówczas, skulony między ścianami z nagiego kamienia, przy migotliwym blasku świec śpiewał wraz z innymi psalmy, a ich obce, łacińskie słowa były zwykle jego jedynymi w ciągu dnia. Gdy zaś lektor unosił bezcenny ewangeliarz, Tristan patrzył, jak pośród złotego blasku linie pokrywające pergamin plączą się i zaplatają w niekończących się ścieżkach i węzłach, równie zawiłych, jak losy, które połączyły Ysellę, króla Margha, bezlitosnego Syna Morza i jego samego.
Czasami zaś, w te szczególne dni, wspinał się na sam szczyt góry wznoszącej się pośrodku wyspy, i patrzył. Za rozrzuconymi niedbale okruchami skał siny ocean przelewał się w swojej nieskończonej wędrówce znikąd donikąd. Łatwo było uwierzyć, że nie ma końca; że prócz archipelagu kilku skalistych wysepek, pośrodku którego wznosił się klasztor, nie ma nic, tylko bezmiar skłębionej wody, wichru i chmur.
A jednak ocean, tak jak wszystko inne, miał swoje granice i swój kres; na zachodzie były nim dalekie kraje za szarą mgłą, których nie oglądał żaden śmiertelnik; na północy, bliżej, niż można by sądzić, kryła się Inisfáil, rozległa, pełna zwaśnionych królów i duchów. A na wschodzie – na wschodzie leżała Kernow.
Później zaś wracał i skrupulatnie odprawiał naznaczoną przez opata pokutę. Godzinę za godziną czuwał, a głód, pragnienie i zimno narastały w jego ciele, przynosząc w końcu gorączkę. Jej płomień sprawiał, że całe wnętrze chaty rozmywało się i zamazywało. Mimo to wzrok Tristana nawet w niemal zupełnej ciemności zawsze odnajdywał drogę ku półce z wygładzonej przez morze deski. Kryształowa buteleczka, nietknięta i zapieczętowana, wciąż tam stała, pokryta warstewką kurzu, który sprawiał, że błękitna zawartość wydawała się spłowiała i poszarzała jak niebo o świcie.
Wciąż czekała.
Witaj. :)
Widzę, że jesteś tu do lipca, a zatem – już prawie rok, niemniej podam na wszelki wpadek namiary na Portalowe Poradniki z działu Publicystyka, np.: Drakainy – dla Nowicjuszy, ortograficzne, interpunkcyjne, dialogowe, myślowe itp., ponieważ dostrzegam w tekście pewne kwestie do poprawy. :)
Dialogi wymagają jeszcze podszlifowania, np.:
– Cúchulainn i Emer… – Przerwała mu Ysella. – Znam tę historię, chyba ktoś mi ją opowiedział, kiedy byłam dzieckiem.
Warto też prześledzić opowiadanie pod kątem literówek, ponieważ one całkiem zmieniają sens zdań, np.:
Wzrok mnicha błądził więc po ścieżkach ciemności, które nieodmiennie prowadziły ku przytwierdzonej do ściny półce z wygładzonej przez morze deski.
Wyglądało na to, że Margh miał rację, i półdzicy Sasi, którzy akiś czas temu zaczęli stwarzać pierwsze problemy, w istocie nadto się rozzuchwalili, i kierowani nienasyconą żądzą złota najeżdżali, grabili i bez litości pali kolejne królestwa.
Gdy wreszcie dotarł do celu, stwierdził, że Emain Macha w istocie było ruiną, w której królowały łopian i pokrzywa. Z pewnością nie mieszał tu już żaden biegły w magii druid; z pewnością od lat nie było tu nikogo prócz saren i zajęcy.
Wschodnie królestwa już cierpiały wskutek najazdów, kąsane jakby przez wściekle psy, których zastępy rozlewała się coraz szerzej i szerzej.
To samo z powtórzeniami/błędami stylistycznymi, np.:
Pachniały zioła; słońce wolno opadało nad horyzont, zapadał ciepły wieczór.
– Masz rację, Ysello, że dłużej nie może być tak, jak dotąd. W każdej chwili wszystko może wyjść na jaw, to prawda.
I lękasz się, że Margh w końcu posłucha oszczerców, i nie będziesz już wielkim rycerzem bez skazy, że świat pozna twoją hańbę, i ty sam będziesz musiał spojrzeć na nią w świetle dnia.
Czuć było pleśnią i zastarzałym kurzem. Tristan, stąpając ostrożnie po posadzce z przegniłych desek, kontemplował swoją klęskę. Było zupełnie cicho, dlatego stłumiony głos, który nagle dobiegł go gdzieś z głębi wielkiej sali, przyprawił go o dreszcz.
Ale któż to wie, czy będzie chciał ci pomóc. Powiem ci, gdzie znajdziesz jego kopiec, i może nawet ci się poszczęści. Choć trzeba ci jechać daleko, aż nad zachodni ocean. Pochyl się, objaśnię ci drogę.
Daj więc nam napój, po którym zapomnimy, co było między nami. Niech wszystko będzie takie, jakie powinno być. Pan Morza milczał długo, nie ruszał się. W końcu jednak przemówił; jego głos był dźwięczny, ale nie wyrażał niczego, tak samo jak maska na twarzy.
Pnącą się ku niebu kolumnę dymu Tristan zobaczył z daleka, gdy byli jeszcze na pełnym morzu. W miarę, jak się zbliżali, patrzył, coraz mocniej zaciskając zbielałe dłonie na krawędzi burty, aż w końcu nie było już wątpliwości – to płonął Dintagell. Płonął wyniesiony na skalistym wzgórzu zamek, płonęło miasto, płonął także i port. Niepodobna było sobie wyobrazić, by był to zwykły pożar.
Wszystkich, których nie zabili, Sasi pognać musieli w niewolę, a jeśli ktoś zdołał się uratować przed ich gniewem i żądzą, musiał uciec jak najdalej od grozy, która opanowała siedzibę króla Margha.
Margh leżał nieco z tyłu, z rozrzuconymi szeroko kończynami; z jego piersi celowało w niebo złamane drzewce włóczni. Ubrany był tylko w tunikę, splamioną krwią, która obficie wypłynęła także z jego ust i skrzepła w srebrzystej brodzie.
Jej twarz zastygła w nienaturalnym wykrzywieniu, jakiego nie przybrała jeszcze nigdy, nawet w najgorszych chwilach. Była też jeszcze bielsza niż za życia, zupełnie, jakby wykuto ją z zamorskiego marmuru, który Margh sprowadził na posadzkę swojej kaplicy.
Kolejne kwestie to sprawy składniowe oraz interpunkcyjne, np.:
Któż wie, czemu dobry Bóg je zsyła. – czy to nie zdanie pytające?
Ale któż to wie, czy będzie chciał ci pomóc. – i to?
Lecz (przecinek?) cóż możemy zrobić?
– A czy mnie jest z tym łatwo? – krzyknął Tristan, po czym zerwał się i podszedł do obramionej marmurem sadzawki. – wykrzyknik przy krzyku?
– Kto tam jest? – zawołał Tristan, wyciągając miecz i ruszając w stronę, z której dobiegał głos; nie było tam widać nic dość dużego, by dać ukrycie człowiekowi. – a tu przy wołaniu?
I to właśnie trupy sprawiły, że przypomniał sobie (przecinek?) kim i gdzie jest.
Ysella była tuż obok, nieco bliżej bramy; być może zginęła, bo próbowała zasłonić króla przed pierwszym przeznaczonym dla niego ciosem; włócznia dosięgła więc jej ciała, przebiła je na wylot, po to tylko (przecinek?) by kierowana gniewem dzikiego Sasa przeszyć Margha chwilę później.
Czy aliteracje są celowe? – np.:
Kapitan chciał zawracać, szukać innego portu; Tristan najpierw usiłował mu rozkazywać w imię króla Margha i swoje, później przekupić, wreszcie po prostu przyłożył mu sztylet do szyi.
Ysella była tuż obok, nieco bliżej bramy; być może zginęła, bo próbowała zasłonić króla przed pierwszym przeznaczonym dla niego ciosem; włócznia dosięgła więc jej ciała, przebiła je na wylot, po to tylko by kierowana gniewem dzikiego Sasa przeszyć Margha chwilę później.
Są i usterki logiczne, np.:
(…) Wiedział, kim byli; rośli, o rudych brodach i grubych warkoczach opadających spod żelaznych hełmów, zbrojni w długie włócznie i tarcze, po których wiły się malowane czerwoną i niebieską farbą węże.
Margh, choć nie widział, choć nie chciał widzieć, jak jego własna żona i siostrzeniec wystawiają go na pośmiewisko, musiał to jednak przeczuwać. Dlatego przecież ponownie wysłał Tristana do Inisfáil, by szukał tam sprzymierzeńców. (…) – a między tymi akapitami nie powinno być wolnego wersu? – przecież to całkiem inne zdarzenia
Ładny klimat opowiadania, solidnie zadbałeś o logiczne doprowadzenie fabuły do końca. :) Jednak liczne błędy trzeba poprawić.
Dziwi postawia głównego bohatera – podzielam tu zdanie jego kochanki; taka zmienność charakteru i niestałość w uczuciach jest wręcz nie do przyjęcia. :)
Kliczek, pozdrawiam serdecznie. ;)
Pecunia non olet
Cześć, mistrz_szczepanko
Zacząłem czytać i gdy tylko dotarło do mnie, że mowa o mnichu, chciałem czytać dalej. Postanowiłem pominąć błędy językowe, żeby nie przeszkadzały w opowieści… a masz ich sporo, na co zwróciła już uwagę bruce. Myślę, że gdy je poprawisz, tekst zasługuje na bibliotekę.
No i poleciało… Chwytliwa historia miłości dwóch kochanków, ale jakże nieszczęśliwa. Życie jest brutalne, and full w nim zasadzkas :-)
Jest klimat, pięknie opisujesz scenerie, widoki, pejzaże, emocje i uczucia. Zbliżasz w ten sposób czytelnika do bohaterów. Możemy ich lepiej poznać, utożsamić się z nimi lub nie.
Choć gatunek fantasty to nie do końca moje klimaty, podobało mi się!
Pozdrawiam
bruce:
Zmienność charakteru i niestałość w uczuciach jest atrakcyjna… ale do czasu, bo nikt huśtawek nie lubi :-) A szampana pije się tylko raz w roku ;-)
Pozdrawiam
bruce:
Zmienność charakteru i niestałość w uczuciach jest atrakcyjna… ale do czasu, bo nikt huśtawek nie lubi :-) A szampana pije się tylko raz w roku ;-)
Pozdrawiam
Tylko czemu, Heskecie, zazwyczaj (podkreślam – bo nie jest to oczywiście żadną regułą i sytuacje odwrotne także mają miejsce) to my, kobiety, służymy jako “zabawki”, które po znudzeniu porzuca się, jak gdyby nigdy nic? Ależ mnie wpieniają tacy goście…
Nazywam ich “chorągiewkami na wietrze” – jak zawieje, tak się odwracają od każdej odpowiedzialności, byle to oni mieli spoko życie… Huśtawka życiowa to koszmar.
Szampan szampanem, lecz kiedyś w końcu trzeba dorosnąć, a Tristan – jakby zdziecinniał. :)
Pozdrawiam także. 
Pecunia non olet
Myślę, że to pewne uproszczenie sprawy. Trudno mi powiedzieć, kto częściej zachowuje się w omawiany sposób. Tutaj statystyki się nie sprawdzą, a i wiarygodnym źródłem informacji też nie są.
Pozdrawiam serdecznie
Tak, święta racja, statystyki nam niepotrzebne. :)
Po prostu zachowanie Tristana (moim skromnym zdaniem) nie przystoi facetowi, rycerzowi, a nawet – człowiekowi. :) Biadoli nad zmarłą, ale – olał ją za życia. :)
Pecunia non olet
Doskonale budujesz klimat mrocznego, celtyckiego średniowiecza. Budujesz sceny, które głęboko zapadają w pamięć. Pozdrawiam. 
Dziękuję za wszystkie komentarze. Faktycznie, wyglądało to (bo te stricte techniczne już poprawiłem, nad bardziej merytorycznymi muszę pomyśleć) zdecydowanie niechlujnie – no i cóż, skoro do tej pory nie nauczyłem się widzieć własnych literówek i podobnych baboli, zapewne jestem beznadziejnym przypadkiem. Dziękuję za mrówczą pracę, bruce!
Z ciekawością przyjmuję powyższą dyskusję o niestałości, bo sam myślałem o tym zupełnie inaczej. Tzn. głównie chodziło mi o nieprzystojną zabawę w zderzenie historii Tristana i Izoldy z jednym z jej domniemanych źródeł, natomiast w kwestii uczuć raczej o to, by Tristan spróbował wyzwolić się z uczucia, które zostało mu narzucone, na rzecz powrotu do tego, które czuł naturalnie (to jest do króla Marka). A że nieborakowi nie wyszło – no, tak to już jest w bajkach o fatum.
Dziękuję za wszystkie komentarze. Faktycznie, wyglądało to (bo te stricte techniczne już poprawiłem, nad bardziej merytorycznymi muszę pomyśleć) zdecydowanie niechlujnie – no i cóż, skoro do tej pory nie nauczyłem się widzieć własnych literówek i podobnych baboli, zapewne jestem beznadziejnym przypadkiem. Dziękuję za mrówczą pracę, bruce!
Szanowny Autorze, NIKT nie dostrzega literówek w swoich tekstach. :)
Każdy z nas boryka się z tym problemem, zapewniam – we własnych tekstach nie dostrzega się zazwyczaj żadnych błędów. ;) Norma. :)
A – zawsze to powtarzam – nie popełnia ich tylko ten, kto nic nie robi, zatem – na spokojnie. :)
Tzn. głównie chodziło mi o nieprzystojną zabawę w zderzenie historii Tristana i Izoldy z jednym z jej domniemanych źródeł, natomiast w kwestii uczuć raczej o to, by Tristan spróbował wyzwolić się z uczucia, które zostało mu narzucone, na rzecz powrotu do tego, które czuł naturalnie (to jest do króla Marka).
Tu mnie rozbawiłeś do łez. :) Kochanka po pewnym czasie mu się znudziła, a zatem – uczucie uznał za “narzucone sobie”? :) Dobre! :) Ot, filozofia życiowa Pana Tristana… 
Nasunął mi się fragment wielkiego niegdyś przeboju “Zanim pójdę” zespołu Happysad, który tu przytoczę:
Miłość to nie pluszowy miś ani kwiaty
To też nie diabeł rogaty
Ani miłość kiedy jedno płacze
A drugie po nim skacze
Miłość to żaden film w żadnym kinie
Ani róże ani całusy małe, duże
Ale miłość – kiedy jedno spada w dół
Drugie ciągnie je ku górze
(wklejam za: google.com)
Pozdrawiam serdecznie i także dziękuję. ;)
Pecunia non olet