Tekst należy do cyklu “Srebrna zakładka”.
Tekst należy do cyklu “Srebrna zakładka”.
Zakładkę znalazł, gdy grzebał w śmietniku. Schował znalezisko między strony "Przeglądu Sportowego", który zawsze przy sobie nosił i czytał, kiedy tylko naszła go ochota.
– Niewiarygodne czego ludzie pozbywają się z domów – mówił po każdej udanej wizycie na wysypisku.
Oto na przykład walizka ze sztućcami – jeden zawias dobry, drugi urwany. Dla Tadeusza nie był to żaden problem. Identyczne zawiasy można dokupić u Heńka na Długiej, przykręcić i nosidełko na medal. W zestawie brakuje łyżki i noża, reszta leży równiutko poukładana w przegródkach. Tylko wyczyścić, a potem można śmiało jeść obiad nawet z samym papieżem. Tyle różnych, całkiem dobrych, rzeczy.
To właśnie wtedy, gdy schylał się po walizkę, zobaczył zakładkę do książki. Wyglądała na zardzewiałą, ale kiedy na nią splunął i przetarł powierzchnię rękawem, zalśniła.
– Ładne cacko, chyba srebro – wymamrotał, wyjmując z kieszeni upapranych dżinsów gazetę.
Nie zawsze był bezdomny, tak samo jak nie zawsze utykał na lewą nogę. Po prostu coś się kiedyś poplątało i nie było sposobu tego odkręcić.
– A może dobrze, że tak się stało – mawiał, wspominając dawne czasy.
Nie miał do nikogo żalu – ani do żony, że przyprawiła mu rogi, ani do wspólnika, który oprócz żony ukradł mu firmę.
Wieczorem, siedząc w swej norze, drewnianej szopie na terenie ogródków działkowych, oglądał znalezione przedmioty. Sztućce oczyści i sprzeda Staśkowi. Majątku za te klamoty nie weźmie, ale na pewno starczy grosza przynajmniej na tydzień dobrego żarcia. Zakładkę zatrzyma jako amulet. Zawsze miał słabość do smoków, nawet kolekcjonował kiedyś takie kolorowe figurki z gipsu. Stare czasy, studia albo może jeszcze wcześniej… Ten jest wyjątkowy. Wężowate, pokryte łuskami cielsko ozdobiono pękiem łańcuszków. Cicho dzwoniły, gdy czyścił zakładkę wilgotną szmatką i pastą do zębów. Tego wieczoru senność ogarnęła go szybko. Zawinięty w kołdrę zasnął, nawet nie zdążywszy wysączyć piwa z butelki.
Noc była ciężka, pełna koszmarów niosących obłęd i strach. Obudził się zlany zimnym potem, brudny i wyczerpany. Straszliwie bolała go głowa, a kiedy dotknął skroni, wyczuł pod palcami coś twardego, jakby grudkę zaschniętego błota. Nie chciało się odkleić, skóra piekła, żołądek wariował, a przed oczami pojawiły się mroczki.
Pewnie to jakieś parszywe zatrucie, pomyślał, padając bez sił na łóżko.
Na szczęście była niedziela, dzień zastoju na wysypisku. Kiedy słońce zajrzało przez zasnute pajęczyną okno do wnętrza ciasnej kanciapy, przyjrzał się ubraniu. Było brudne i popękane, jakby jakaś tajemnicza siła rozerwała je od wewnątrz. Z trudem się podniósł i z pudła wyszperał stare, odrapane lusterko.
– Co u diabła? – szepnął, oglądając twarz.
To, co ujrzał nad skronią, nie było zaschniętą grudką błota, ale naroślą w kształcie smoczej łuski. Przestraszył się nie na żarty, gdy po dokładnych oględzinach zrozumiał, że dziwne zgrubienie to osadzona w skórze płytka kostna pokryta srebrnym szkliwem. To coś było częścią jego ciała.
– Smocza łuska – wydusił drżącym z przerażenia głosem.
Natychmiast sięgnął po leżącą na skrzyni zakładkę. Mityczny gad srebrzył się w promieniach słońca, jakby drwił z jego strachu.
Przez następne dni próbował żyć normalnie, ale normalność stała się pojęciem abstrakcyjnym. Wkrótce na przedramionach i wzdłuż kręgosłupa pojawiły się kolejne łuski. Swędziały niemiłosiernie. Kiedy się drapał, z ran nie wyciekała krew, lecz gęsta, opalizująca ciecz o zapachu ozonu i starego żelaza.
Zaczął unikać ludzi. Nawet Heńka z Długiej omijał szerokim łukiem, choć walizka ze sztućcami czekała na naprawę. Bał się, że ktoś odkryje jego sekret. Jednocześnie nigdy nie był w lepszej formie. Lewa noga, dotąd bezwładna i bolesna, wróciła do dawnej formy. Utykanie zniknęło, zastąpione drapieżną, niemal bezszelestną lekkością ruchu.
Nocami transformacja zdawała się nabierać tempa. Sny, dotąd pełne chaotycznych obrazów i lęku, teraz stały się wizjami potęgi. Śnił o podniebnych wirach, o zapachu siarki i o świecie widzianym z wysokości chmur, gdzie ludzkie osiedla wyglądały jak mrowiska czekające na jeden podmuch ognia. Coraz częściej budził się w różnych częściach miasta, nie pamiętając, jak się w nich znalazł – raz był to dach opuszczonego magazynu, innym razem cuchnąca hałda śmieci.
Pewnego wieczoru w jego piersiach rozgorzał tak potężny żar, że nie sposób było go już niczym zdusić. Mężczyzna zaczął miotać się po pomieszczeniu, niszcząc wszystko wokół, aż w końcu roztrzaskał cienką ścianę z desek i wypadł z rykiem na zewnątrz. Chłodne, nocne powietrze nie przyniosło mu jednak ulgi – w jego wnętrzu wciąż płonął ogień. Skóra na plecach napięła się do granic wytrzymałości, by po chwili pęknąć z suchym trzaskiem, uwalniając potężne, skórzaste skrzydła o barwie oksydowanego srebra. Ślepia, pełne furii, utkwił w majaczących w oddali luksusowych apartamentowcach, które o tej porze lśniły tysiącami świateł. W jednym z nich jego dawny wspólnik i była żona właśnie kładli się spać, nieświadomi nadciągającego zagrożenia.
Świetne zakończenie, w samą porę :)) dobrze się czytało całość :)
Pozdrawiam serdecznie :)
Przyjemny szorcik. Ale co to jest zawiasa?:) Pozdrawiam
LL
Dziękuję za komentarze.
zawiasa – metalowy element służący do łączenia ze sobą dwóch części, z których jedna jest nieruchoma, a druga może się odchylać

a to nie jest zawias?
LL
Podobno obie formy są poprawne. Ta moja co prawda rzadziej używana, ale też stosowana. :)
No właśnie, ale akurat tutaj ta stara forma – trochę już nawet archaiczna – jakoś mnie ukłuła w oko. Nie odczułem w reszcie tekstu uzasadnienia dla zastosowania tej formy. Ale to oczywiście tylko moje subiektywne odczucie:)
LL
W moim domu zawsze mówiło się "zawiasa", stąd spasowało mi tutaj to słowo. Pewnie to też regionalizm. Nie zamierzam się przy nim upierać.
Cześć, Alicja
Widzę tego szorta jako świetny szkic pod opowiadanie. Troszkę się gubiłem, ponieważ pisałaś o tym, że bohater przebywa w domku na ogródkach działkowych i nagle jest wysypisko. Chętnie przeczytałbym rozwinięcie. Ciekawi mnie, czy spaliłby żonę i jej kochasia podmuchem ognistym, czy może rozszarpał na strzępki?
jedna zawiasa dobra - lepiej wyglądałby: zawias
Przegłosowane! Będzie rodzaj męski – ten zawias.

I to się nazywa potęga demokracji! :) Pozdrawiam :):)
LL
Na wysypiskach nie tylko Godzille się rodzą, jak widać…
Dzięki za opowiadanie – dobrze się czytało!
Pozdrawiam!
Alicjo, miałaś świetny pomysł, aby zakładka stała się bohaterką cyklu. Zakładka ma niezwykłą moc, a Twój szort niezły finał. Mam nadzieję na jeszcze wiele „zakładkowych” opowieści. :)
…wymamrotał, wyjmując z kieszeni upapranych dżinsów gazetę. → …wymamrotał, wyjmując gazetę z kieszeni upapranych dżinsów.
Noc była ciężka, pełna koszmarów… → Noc była trudna, pełna koszmarów…
https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Ciezko-a-trudno;19058.html
…o świecie widzianym z wysokości chmur, gdzie ludzkie osiedla wyglądały jak mrowiska… – …o świecie widzianym z wysokości chmur, skąd ludzkie osiedla wyglądały jak mrowiska…
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.