- Opowiadanie: Alicja Jonasz - Tadeusz

Tadeusz

Tekst na­le­ży do cyklu “Srebr­na za­kład­ka”.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Tadeusz

Za­kład­kę zna­lazł, gdy grze­bał w śmiet­ni­ku. Scho­wał zna­le­zi­sko mię­dzy stro­ny "Prze­glą­du Spor­to­we­go", który za­wsze przy sobie nosił i czy­tał, kiedy tylko na­szła go ocho­ta.

– Nie­wia­ry­god­ne czego lu­dzie po­zby­wa­ją się z domów – mówił po każ­dej uda­nej wi­zy­cie na wy­sy­pi­sku.

Oto na przy­kład wa­liz­ka ze sztuć­ca­mi – jeden za­wia­s dobry, drugi urwa­ny. Dla Ta­de­usza nie był to żaden pro­blem. Iden­tycz­ne za­wia­sy można do­ku­pić u Heńka na Dłu­giej, przy­krę­cić i no­si­deł­ko na medal. W ze­sta­wie bra­ku­je łyżki i noża, resz­ta leży rów­niut­ko po­ukła­da­na w prze­gród­kach. Tylko wy­czy­ścić, a potem można śmia­ło jeść obiad nawet z samym pa­pie­żem. Tyle róż­nych, cał­kiem do­brych, rze­czy.

To wła­śnie wtedy, gdy schy­lał się po wa­liz­kę, zo­ba­czył za­kład­kę do książ­ki. Wy­glą­da­ła na za­rdze­wia­łą, ale kiedy na nią splu­nął i prze­tarł po­wierzch­nię rę­ka­wem, za­lśni­ła.

­ – Ładne cacko, chyba sre­bro – wy­mam­ro­tał, wyj­mu­jąc z kie­sze­ni upa­pra­nych dżin­sów ga­ze­tę.

Nie za­wsze był bez­dom­ny, tak samo jak nie za­wsze uty­kał na lewą nogę. Po pro­stu coś się kie­dyś po­plą­ta­ło i nie było spo­so­bu tego od­krę­cić.

– A może do­brze, że tak się stało – ma­wiał, wspo­mi­na­jąc dawne czasy.

Nie miał do ni­ko­go żalu – ani do żony, że przy­pra­wi­ła mu rogi, ani do wspól­ni­ka, który oprócz żony ukradł mu firmę.

Wie­czo­rem, sie­dząc w swej norze, drew­nia­nej szo­pie na te­re­nie ogród­ków dział­ko­wych, oglą­dał zna­le­zio­ne przed­mio­ty. Sztuć­ce oczy­ści i sprze­da Staś­ko­wi. Ma­jąt­ku za te kla­mo­ty nie weź­mie, ale na pewno star­czy gro­sza przy­naj­mniej na ty­dzień do­bre­go żar­cia. Za­kład­kę za­trzy­ma jako amu­let. Za­wsze miał sła­bość do smo­ków, nawet ko­lek­cjo­no­wał kie­dyś takie ko­lo­ro­we fi­gur­ki z gipsu. Stare czasy, stu­dia albo może jesz­cze wcze­śniej… Ten jest wy­jąt­ko­wy. Wę­żo­wa­te, po­kry­te łu­ska­mi ciel­sko ozdo­bio­no pę­kiem łań­cusz­ków. Cicho dzwo­ni­ły, gdy czy­ścił za­kład­kę wil­got­ną szmat­ką i pastą do zębów. Tego wie­czo­ru sen­ność ogar­nę­ła go szyb­ko. Za­wi­nię­ty w koł­drę za­snął, nawet nie zdą­żyw­szy wy­są­czyć piwa z bu­tel­ki.

Noc była cięż­ka, pełna kosz­ma­rów nio­są­cych obłęd i strach. Obu­dził się zlany zim­nym potem, brud­ny i wy­czer­pa­ny. Strasz­li­wie bo­la­ła go głowa, a kiedy do­tknął skro­ni, wy­czuł pod pal­ca­mi coś twar­de­go, jakby grud­kę za­schnię­te­go błota. Nie chcia­ło się od­kle­ić, skóra pie­kła, żo­łą­dek wa­rio­wał, a przed ocza­mi po­ja­wi­ły się mrocz­ki.

Pew­nie to ja­kieś par­szy­we za­tru­cie, po­my­ślał, pa­da­jąc bez sił na łóżko.

Na szczę­ście była nie­dzie­la, dzień za­sto­ju na wy­sy­pi­sku. Kiedy słoń­ce zaj­rza­ło przez za­snu­te pa­ję­czy­ną okno do wnę­trza cia­snej kan­cia­py, przyj­rzał się ubra­niu. Było brud­ne i po­pę­ka­ne, jakby jakaś ta­jem­ni­cza siła ro­ze­rwa­ła je od we­wnątrz. Z tru­dem się pod­niósł i z pudła wy­szpe­rał stare, odra­pa­ne lu­ster­ko.

– Co u dia­bła? – szep­nął, oglą­da­jąc twarz.

To, co uj­rzał nad skro­nią, nie było za­schnię­tą grud­ką błota, ale na­ro­ślą w kształ­cie smo­czej łuski. Prze­stra­szył się nie na żarty, gdy po do­kład­nych oglę­dzi­nach zro­zu­miał, że dziw­ne zgru­bie­nie to osa­dzo­na w skó­rze płyt­ka kost­na po­kry­ta srebr­nym szkli­wem. To coś było czę­ścią jego ciała.

– Smo­cza łuska – wy­du­sił drżą­cym z prze­ra­że­nia gło­sem.

Na­tych­miast się­gnął po le­żą­cą na skrzy­ni za­kład­kę. Mi­tycz­ny gad sre­brzył się w pro­mie­niach słoń­ca, jakby drwił z jego stra­chu.

Przez na­stęp­ne dni pró­bo­wał żyć nor­mal­nie, ale nor­mal­ność stała się po­ję­ciem abs­trak­cyj­nym. Wkrót­ce na przed­ra­mio­nach i wzdłuż krę­go­słu­pa po­ja­wi­ły się ko­lej­ne łuski. Swę­dzia­ły nie­mi­ło­sier­nie. Kiedy się dra­pał, z ran nie wy­cie­ka­ła krew, lecz gęsta, opa­li­zu­ją­ca ciecz o za­pa­chu ozonu i sta­re­go że­la­za.

Za­czął uni­kać ludzi. Nawet Heńka z Dłu­giej omi­jał sze­ro­kim łu­kiem, choć wa­liz­ka ze sztuć­ca­mi cze­ka­ła na na­pra­wę. Bał się, że ktoś od­kry­je jego se­kret. Jed­no­cze­śnie nigdy nie był w lep­szej for­mie. Lewa noga, dotąd bez­wład­na i bo­le­sna, wró­ci­ła do daw­nej formy. Uty­ka­nie znik­nę­ło, za­stą­pio­ne dra­pież­ną, nie­mal bez­sze­lest­ną lek­ko­ścią ruchu.

No­ca­mi trans­for­ma­cja zda­wa­ła się na­bie­rać tempa. Sny, dotąd pełne cha­otycz­nych ob­ra­zów i lęku, teraz stały się wi­zja­mi po­tę­gi. Śnił o pod­nieb­nych wi­rach, o za­pa­chu siar­ki i o świe­cie wi­dzia­nym z wy­so­ko­ści chmur, gdzie ludz­kie osie­dla wy­glą­da­ły jak mro­wi­ska cze­ka­ją­ce na jeden po­dmuch ognia. Coraz czę­ściej bu­dził się w róż­nych czę­ściach mia­sta, nie pa­mię­ta­jąc, jak się w nich zna­lazł – raz był to dach opusz­czo­ne­go ma­ga­zy­nu, innym razem cuch­ną­ca hałda śmie­ci.

Pew­ne­go wie­czo­ru w jego pier­siach roz­go­rzał tak po­tęż­ny żar, że nie spo­sób było go już ni­czym zdu­sić. Męż­czy­zna za­czął mio­tać się po po­miesz­cze­niu, nisz­cząc wszyst­ko wokół, aż w końcu roz­trza­skał cien­ką ścia­nę z desek i wy­padł z ry­kiem na ze­wnątrz. Chłod­ne, nocne po­wie­trze nie przy­nio­sło mu jed­nak ulgi – w jego wnę­trzu wciąż pło­nął ogień. Skóra na ple­cach na­pię­ła się do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści, by po chwi­li pęk­nąć z su­chym trza­skiem, uwal­nia­jąc po­tęż­ne, skó­rza­ste skrzy­dła o bar­wie oksy­do­wa­ne­go sre­bra. Śle­pia, pełne furii, utkwił w ma­ja­czą­cych w od­da­li luk­su­so­wych apar­ta­men­tow­cach, które o tej porze lśni­ły ty­sią­ca­mi świa­teł. W jed­nym z nich jego dawny wspól­nik i była żona wła­śnie kła­dli się spać, nie­świa­do­mi nad­cią­ga­ją­ce­go za­gro­że­nia.

Koniec

Komentarze

Świetne zakończenie, w samą porę :)) dobrze się czytało całość :)

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Przyjemny szorcik. Ale co to jest zawiasa?:) Pozdrawiam 

LL

Dziękuję za komentarze. 

zawiasa – metalowy element służący do łączenia ze sobą dwóch części, z których jedna jest nieruchoma, a druga może się odchylać

smiley

a to nie jest zawias? 

LL

Podobno obie formy są poprawne. Ta moja co prawda rzadziej używana, ale też stosowana. :)

No właśnie, ale akurat tutaj ta stara forma – trochę już nawet archaiczna – jakoś mnie ukłuła w oko. Nie odczułem w reszcie tekstu uzasadnienia dla zastosowania tej formy. Ale to oczywiście tylko moje subiektywne odczucie:)  

LL

W moim domu zawsze mówiło się "zawiasa", stąd spasowało mi tutaj to słowo. Pewnie to też regionalizm. Nie zamierzam się przy nim upierać.

Cześć, Alicja 

Widzę tego szorta jako świetny szkic pod opowiadanie. Troszkę się gubiłem, ponieważ pisałaś o tym, że bohater przebywa w domku na ogródkach działkowych i nagle jest wysypisko. Chętnie przeczytałbym rozwinięcie. Ciekawi mnie, czy spaliłby żonę i jej kochasia podmuchem ognistym, czy może rozszarpał na strzępki?

jedna zawiasa dobra - lepiej wyglądałby: zawias

Przegłosowane! Będzie rodzaj męski – ten zawias. devil smiley

I to się nazywa potęga demokracji! :) Pozdrawiam :):) 

LL

Na wysypiskach nie tylko Godzille się rodzą, jak widać…

Dzięki za opowiadanie – dobrze się czytało!

Pozdrawiam!

Alicjo, miałaś świetny pomysł, aby zakładka stała się bohaterką cyklu. Zakładka ma niezwykłą moc, a Twój szort niezły finał. Mam nadzieję na jeszcze wiele „zakładkowych” opowieści. :)

 

wy­mam­ro­tał, wyj­mu­jąc z kie­sze­ni upa­pra­nych dżin­sów ga­ze­tę. → …wy­mam­ro­tał, wyj­mu­jąc gazetę z kie­sze­ni upa­pra­nych dżin­sów.

 

Noc była cięż­ka, pełna kosz­ma­rów… → Noc była trudna, pełna kosz­ma­rów

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Ciezko-a-trudno;19058.html

 

o świe­cie wi­dzia­nym z wy­so­ko­ści chmur, gdzie ludz­kie osie­dla wy­glą­da­ły jak mro­wi­ska… – …o świe­cie wi­dzia­nym z wy­so­ko­ści chmur, skąd ludz­kie osie­dla wy­glą­da­ły jak mro­wi­ska

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka