
Świece paliły się spokojnie, niemal nieruchomo, jakby nawet powietrze w komnacie zastygło. Kolacja, na którą Davrel został zaproszony przez lorda Christopher’a Blake’a, odbywała się w niewielkiej, lecz elegancko urządzonej sali na zamku w Brinvale.
W przeciwieństwie do gwarnej uczty sprzed dwóch dni, w pomieszczeniu panowała cisza, przerywana jedynie cichym trzaskiem ognia w kominku. Stół nakryty był prosto, niemal ascetycznie jak na standardy szlachty Południa: pieczony drób z ziołami, ciemny chleb i dwa dzbany wina. Potrawy odznaczały się charakterystycznymi dla Blake’a celowością i brakiem przepychu.
Lord z Whiterock siedział naprzeciw swojego gościa, w, podkreślającym ostre rysy jego twarzy, półcieniu. Mimo zmęczenia wywołanego trudami ostatnich dni, trzymał się prosto, z tą samą naturalną swobodą, którą prezentował podczas uczty. Cała jego postawa wskazywała, że nie musi już nic nikomu udowadniać.
– Rebelianci zaatakowali w Bree – powiedział, nalewając Davrelowi wina. – A dziś rano otrzymałem list z Therm. Tam również płoną już flagi Północy. Semeńczycy tracą grunt pod nogami szybciej, niż się spodziewałem.
Uniósł kielich.
– Ale to dobrze. Jeszcze chwila i Południe będzie wolne.
Jego głos brzmiał niemal pogodnie. Jak u kogoś, kto właśnie z zadowoleniem obserwuje, jak plan, który przygotował, wypełnia się zgodnie z oczekiwaniami.
Davrel skinął głową.
Wziął łyk wina.
Nie udawał, że słowa Blake’a nie robią na nim wrażenia. Jego rozmówca emanował stanowczą pewnością siebie, która przyciągała uwagę, nawet gdy człowiek próbował się przed nią bronić.
– W ciągu jednego dnia odmieniliśmy los całej prowincji – ciągnął gospodarz z lekkim uśmiechem. – Myślę, że reszta Południa wkrótce pójdzie za przykładem Idris. I Kade.
Szlachcic nie odpowiedział.
Zastanawiał się, po co został zaproszony i jakie plany ma wobec niego siedzący naprzeciw mężczyzna. Nie miał wątpliwości, że dzisiejsza kolacja to nie zwykła uprzejmość.
– Powiedz mi, lordzie Gris – odezwał się nagle Blake, jakby czytał mu w myślach. – Skąd znasz się z Darionem Hallem? Słyszałem, że łączy was długa historia. Chętnie poznam szczegóły.
Davrel uniósł wzrok.
– Rzeczywiście, to długa opowieść. Ja i Darion znamy się niemal od dziecka – odparł, ostrożnie dobierając słowa. – Obaj wychowywaliśmy się w Arven.
Lord z Whiterock słuchał w milczeniu. Wyraz jego twarzy wskazywał jednak, iż dokładnie odnotowuje wszystko, co mówi mu jego rozmówca.
– W młodości przeżyliśmy wspólnie wiele przygód. Zarówno tych dobrych, jak i złych. Ale zawsze mogliśmy na siebie liczyć.
– Przyjaźń to bardzo cenna rzecz – potwierdził spokojnie Blake. – Wbrew pozorom, coraz rzadsza w dzisiejszych czasach. Podobnie jak lojalność. Tobie jednak jej nie brakuje.
Davrel zmarszczył brwi. Nie był pewien, czy to pochwała, czy ostrzeżenie.
Przez chwilę jedli w milczeniu. Komnatę wypełniało miękkie światło świec, podczas gdy za oknami rozpościerała się gęsta, listopadowa ciemność. W powietrzu czuć było napięcie. Między siedzącymi po przeciwnych stronach stołu mężczyznami nie było jednak wrogości. Raczej ostrożność i wzajemna ciekawość.
W końcu gość odchrząknął i odstawił kielich.
– Jeśli pozwolisz, ja również chciałbym cię o coś zapytać – powiedział.
Blake skinął głową.
– Podczas uczty nie dało się nie zauważyć twojej wrogości wobec Lysa Cartage’a. Na czym polega wasz konflikt?
Lord z Idris odłożył widelec.
– Nie mam konfliktu z tym człowiekiem – oznajmił po chwili. – Wyraziłem jedynie opinię na temat tego, jaki los, moim zdaniem, powinien spotykać ludzi, którzy służą wrogowi.
– A jednak wyglądało jakbyście się znali.
– Spotkałem go tylko raz. Chyba ze trzy lata temu. Przyjechał wtedy do Whiterock razem z Vestingsem i nie zrobił na mnie dobrego wrażenia.
– Dlaczego?
Gospodarz uniósł kielich i obrócił w dłoni, jakby oceniając barwę wina.
– Cartage to lis. Sprytny, czujny, zawsze gotowy zmienić stronę. Gdy przybył do Whiterock także próbował węszyć. Na szczęście ja nie muszę obawiać się ludzi takich jak on.
W spojrzeniu mężczyzny pojawił się chłód.
– I weź sobie moją radę do serca. Ty również nie powinieneś ufać komuś, kto tak łatwo zmienia strony.
Na chwilę przy stole znów zapadła cisza. Ogień trzaskał w kominku, cienie przesuwały się po ścianach. Davrel obserwował Blake’a, starając się odgadnąć, co w jego słowach było prawdą, a co grą.
Po krótkiej chwili lord z Whiterock zmienił ton.
– A ty? – zapytał uprzejmie. – Co zamierzasz dalej? Rebelia dopiero się zaczęła, a Południe potrzebuje ludzi, którzy potrafią dowodzić. Jeśli zaś chodzi o Ciebie… – zatrzymał na nim spojrzenie w sposób, który niemal zmusił szlachcica do wyprostowania się – …to widzę, że masz w sobie to coś. Pokazałeś to na polu bitwy. Jest w tobie siła. Wizja. I ambicja. Mógłbyś zajść naprawdę daleko.
Blake wypowiedział te słowa lekko, bez presji, bez jawnego pochlebstwa. A jednak trafiły one Davrela celniej niż jakiekolwiek fanfary na jego cześć. Po raz pierwszy od dawna coś w nim drgnęło. Jakby usłyszał odległy, dawno niesłyszany szept.
Nie odpowiedział. Upił jedynie łyk wina, starając się, nie patrzeć swojemu rozmówcy w oczy. Czuł jednak, że ten dokładnie go obserwuje. Dlatego po chwili namysłu odrzekł:
– Chyba po prostu wrócę do Arven. Tam jest mój dom. I stadnina.
– Ach, tak, słyszałem… Hodujesz konie z Therm. No cóż, to będzie dla nas wszystkich wielka strata – odpowiedział z żalem w głosie.
Szlachcic odetchnął i, chcąc odwrócić rozmowę od siebie, zapytał:
– A co z tobą? Co teraz planujesz?
Blake oparł łokieć o ramię krzesła, jakby przygotowywał się do słów, które warto wypowiedzieć powoli.
– Na razie zostanę w Brinvale – odpowiedział, nie spuszczając wzroku z ognia w kominku. – Trzeba uporządkować tu pewne sprawy: ustalić nowe dowództwo, zabezpieczyć granicę wzdłuż Lemne, stłumić resztki oporu. Ale potem…
Urwał, obracając lekko głowę w stronę Davrela.
– Potem zobaczymy.
Na jego twarzy pojawił się półuśmiech.
– Zakładam, że gdy ostatnie prowincje Południa zrzucą jarzmo Północy, królestwo stanie przed wielkim pytaniem. Co dalej? A przede wszystkim: kto dalej? Kto poprowadzi ludzi ku przyszłości tak, by nasza dzisiejsza wygrana nie okazała się tylko krótkotrwałym triumfem?
Odchylił się na krześle i splótł dłonie.
– Podejrzewam, że największe rody zbiorą się w Wyrd, stolicy Bree i siedzibie rodu Thundercloudów. Lordowie. Przywódcy. Ludzie, od których zależy nasze przetrwanie. Tam, wspólnie zdecydujemy, jak ma wyglądać nowe Południe.
Davrel przyjął tę informację ze spokojem. Czuł jednak, że Blake nie powiedział tego przypadkiem. Chciał, żeby jego gość zobaczył tę wizję.
A teraz przyglądał mu się uważnie.
– Gdy Gron Thundercloud zwoła zebranie rodów… – ciągnął miękko – … wtedy, Davrelu Gris, chciałbym, żebyś pojechał tam ze mną. Do Bree.
Szlachcic drgnął.
– Jako kto? – zapytał.
– Jako ktoś, komu ufam. Ktoś, kto potrafi myśleć i działać. I kto już pokazał, że nie boi się dokonywać trudnych wyborów.
Myśli Davrela zwolniły. Przez chwilę wydało mu się, że w komnacie zrobiło się jakby ciszej.
Blake uniósł kielich w jego stronę.
– Nie musisz odpowiadać już teraz. Ale pomyśl o tym. Świat zmienia się na naszych oczach. I czasem… – uśmiechnął się lekko – …trzeba być tam, gdzie zapadają decyzje o tych zmianach.
Davrel również podniósł swój kielich.
Lord z Whiterock skinął głową, jakby dostał odpowiedź, na jaką liczył. Nawet jeśli nic jeszcze nie zostało powiedziane.
Za oknami, nad Brinvale, przesuwała się noc, a dwaj mężczyźni siedzieli naprzeciwko siebie. W blasku ognia wyglądali jak gracze, którzy właśnie zaczęli zupełnie nową rozgrywkę.
†
Początek grudnia przywitał wszystkich ostrym, przeszywającym chłodem. Trakt prowadzący do Kade pokrywała cienka warstwa śniegu, której skrzypienie pod kopytami koni towarzyszyło jeźdźcom przez całą drogę powrotną. Zimowe powietrze było czyste i suche. Unosił się w nim znajomy zapach jodłowych lasów. Za to niebo nad głowami miało kolor bladej stali – zwiastuna nadchodzących mrozów.
Davrel jechał na czele kolumny Zielonych Opończy, tuż obok Dariona. Za nimi podążali pozostali – zmęczeni, ale dumni. Zostawiali za sobą Brinvale i Idris, choć we wspomnieniach wciąż unosił się zapach dymu i krwi. Jednak teraz zmierzali ku Arven, ku domowi, nawet jeśli nie mieli pewności, czy pozostał on takim, jakim go zostawili.
W tłumie wracających do Kade rebeliantów był także Lys Cartage. Kłusował nieco z boku, a do grzbietu jego wierzchowca przytroczony był jedynie niewielkich rozmiarów bagaż. Mimo to, mężczyzna nie wyglądał na zmartwionego. Przeciwnie, sprawiał wrażenie, jakby z rozmysłem znalazł dla siebie tak dyskretne miejsce. Jechał wyprostowany, okryty ciemnym płaszczem, z chłodnym spojrzeniem przebiegającym raz po raz po zimowym krajobrazie.
Kiedy droga zwęziła się i zmusiła ich do jazdy dwójkami, Davrel zwolnił, pozwalając Lysowi zrównać się z jego koniem. Płaszcz Cartage’a zaszeleścił lekko, gdy ten poprawił się w siodle.
– Nie spodziewałem się, że do nas dołączysz – odezwał się szlachcic. – Dlaczego nie zostałeś w Brinvale?
– Dlaczego? – mężczyzna uniósł brwi, jakby usłyszał coś zabawnego. – Nie bardzo mam tam czego szukać.
– To znaczy?
Lys westchnął cicho, jak ktoś, kto wolałby uniknąć niewygodnego tematu.
– Powiedzmy, że… to dla mnie kwestia przetrwania – odparł.
– Boisz się Blake’a?
Na dźwięk znajomego nazwiska, Cartage zesztywniał. Trwało to zaledwie ułamek chwili, nie umknęło jednak uwagi Davrela. Błyskawicznie odzyskał jednak równowagę. Dyskretnie poprawił kołnierz płaszcza.
– Cóż, jak sam widziałeś, lord z Whiterock nie pała do mnie sympatią.
– Musi chyba mieć ku temu jakiś powód? – odparł. W jego tonie wybrzmiewała bardziej ciekawość niż oskarżenie.
Cartage odwrócił wzrok udając, że czyści rękawicę.
– Kiedy pełniłem funkcję zarządcy Idris, namiestnik zamówił od Blake’a sporą ilość marmuru do przebudowy pałacu. Przeglądając rachunki… – zawahał się na moment – …natrafiłem na drobne nieścisłości.
– Nieścisłości, mówisz? – Davrel zmarszczył czoło. – Hmm… chyba rozumiem.
– Nic poważnego, oczywiście – dodał Lys, nieco zbyt pospiesznie. – Jednak dla kogoś takiego jak lord Blake nawet drobne pytania bywają… irytujące.
Gdy zamilkł, żaden z nich przez chwilę się nie odzywał.
Z oddali dochodził tylko szum wiatru i jednostajne stukanie kopyt o zamarzniętą drogę.
Lys niepewnie zerknął na Davrela.
– Chcesz coś jeszcze dodać? – zapytał go szlachcic.
Mężczyzna zaprzeczył ruchem głowy.
– Wiesz już wystarczająco dużo – odparł z lekkim, ostrożnym uśmiechem.
Przez chwilę znów jechali w milczeniu, mijając ośnieżone pola i opustoszałe zagajniki. W końcu Cartage odezwał się ponownie, tym razem dużo bardziej rzeczowym tonem:
– Wiesz… Pełniąc funkcję zarządcy Idris zdobyłem dużo cennego doświadczenia. Znam się na finansach, potrafię też rozmawiać z ludźmi. A w Kade… – spojrzał na swojego rozmówcę, a w jego głosie pojawiła się zupełnie nowa nuta – …w Kade moje umiejętności mogłyby okazać się dla ciebie przydatne. Mogę pomóc ci zbudować pozycję, na jaką zasługujesz.
– I dlaczego niby miałbyś to zrobić?
– W podziękowaniu za darowanie mi życia.
Davrel obrzucił rozmówcę szybkim, nieufnym spojrzeniem.
– Polityka mnie nie interesuje – odpowiedział w końcu. – To działka Dariona.
Lys uśmiechnął się pod nosem, jak ktoś, kto spodziewał się takiej odpowiedzi.
– Owszem, Hall ma dar do ludzi – przyznał. – Ale od dłuższego czasu to ty wpływasz na losy Kade o wiele bardziej niż on. To twoje decyzje, twoje działania i twoje zwycięstwa definiują przyszłość prowincji. Ludzie to widzą, Gris. Nie udawaj, że tak nie jest.
Szlachcic odwrócił wzrok na śnieżne równiny ciągnące się po obu stronach drogi. Powietrze było ostre, gryzące w płuca, ale orzeźwiające. Chciał odpędzić od siebie słowa Lysa, ale te uparcie nie znikały.
– Czy to dlatego odmówiłeś wyjazdu z Blake’em do Bree? – nie dawał za wygraną były zarządca. – Bo nie chcesz mieszać się w sprawy, które, jak sądzisz, cię nie dotyczą?
– Dokładnie tak.
Cartage w zamyśleniu przeciągnął dłonią po brodzie.
– Blake nie jest głupcem – oświadczył po chwili. – Jeśli chce cię mieć po swojej stronie, to musi mieć ku temu dobry powód.
– Na przykład jaki? – zapytał Davrel unosząc lekko brew.
– Trudno powiedzieć. – Mężczyzna wzruszył ramionami – Może po prostu nie chce, żebyś w przyszłości stanął mu na drodze.
Po jego słowach miedzy rozmówcami znów zapanowała cisza.
W oddali, na tle zachodzącego słońca, zamigotały światła. Z kilku kominów unosił się dym.
Były to pierwsze zwiastuny tego, że wrócili do domu.
Śnieg zaczął prószyć gęściej, gdy jeźdźcy zbliżyli się do zabudowań Arven. Ostatni odcinek drogi wydał im się aż nazbyt znajomy: stare, omszałe kamienie, powalone pnie, stromy zakręt prowadzący w dół ku miasteczku. W powietrzu unosiły się dobrze znane zapachy pobliskiego lasu i dymu z domowych palenisk.
Davrel rozluźnił chwyt na cuglach. Nagle poczuł coś, czego nie odczuwał od tygodni. Ulgę. Jak gdyby ktoś zdjął mu z barków olbrzymi ciężar.
Kiedy dotarli do miejsca, gdzie kończyły się pola, a zaczynały domy, oczom przyjezdnych ukazał się widok, którego się nie spodziewali.
Przy bramie czekał na nich tłum.
Kobiety, dzieci, starcy, a także towarzysze, którzy z powodu wcześniejszych obrażeń nie mogli pomaszerować z nimi do Idris. Wszyscy zebrani na głównym placu, z pochodniami oświetlającymi rozemocjonowane twarze i parą unoszącą się z ust. Wiatr poniósł ich głosy prosto w stronę powracających rebeliantów.
– Wiwat Zielone Opończe!
– Niech żyje Darion Hall!
Podjechali bliżej.
Kolejna salwa okrzyków przetoczyła się przez tłum.
– Za Arven!
– Niech żyje wolne Południe!
Aidan pierwszy zeskoczył z konia. Zanim jednak zdążył coś powiedzieć, spomiędzy ludzi wysunęła się drobna postać o jasnych włosach.
– Aidan! – Marina niemal przebiegła ostatnie metry i rzuciła mu się w ramiona z taką siłą, że mężczyzna aż zrobił krok w tył. – Na bogów, myślałam, że cię stracę!
Były skazaniec roześmiał się radośnie.
– Przecież mówiłem, że wrócę – mruknął, przytulając ją mocno. – Złego licho nie bierze.
– Głuptas – odpowiedziała, nie puszczając go z objęć.
Obserwujący ich Thoren, tylko parsknął pod nosem.
– Że też mnie nikt tak nie wita – rzucił żartem w kierunku Davrela.
– Widocznie nie zasłużyłeś – odpowiedział wesoło szlachcic, zauważając coraz więcej skierowanych na siebie spojrzeń.
W tłumie rozległy się kolejne wiwaty. Początkowo nieśmiałe, ale z czasem wyraźniejsze, aż w końcu głośne i pełne dumy.
– Wiwat Czarny Miecz!
– Niech żyje lord Gris!
Powtarzane przez ludzi okrzyki z każdą chwilą nabierały mocy. Davrel poczuł, jak serce bije mu szybciej. Nie był przyzwyczajony do owacji na swoją cześć. I nigdy o nie nie zabiegał. A jednak teraz, słysząc tych wszystkich ludzi i widząc ich pełne ulgi spojrzenia, poczuł w sercu dziwne ciepło.
Mijani mieszkańcy Arven dotykali jego ramion, ściskali dłonie, dziękowali mu. A on odwzajemniał wszystkie te gesty ze szczerą, choć pełną zmęczenia, radością.
Jadący obok Darion również witany był jak bohater.
Zatrzymał konia, zsiadł i zaczął przechadzać się miedzy mieszkańcami. Davrel poszedł w jego ślady.
Tymczasem z tłumu wokoło wysunął się Corrin.
– Darion! Dav! – zawołał wesoło.
Ubrany był w ciemną, futrzaną pelerynę, a na jego szyi dostrzec można było małą, drewnianą tabliczkę z herbem Arven – oznakę pełnienia obowiązków wójta.
– Tak się cieszę, że nic wam nie jest!
Serdecznie uściskał obu mężczyzn.
– No nie wierzę – powiedział ze śmiechem Davrel, wskazując na wiszący na jego piersi kawałek drewna – Nasz Corrin został wójtem!
– Jakoś tak wyszło… – były już pomocnik młynarza z zakłopotaniem podrapał się po głowie. – Miasto potrzebowało kogoś, kto pomógłby je odbudować. No a ja znam się trochę na tym i na tamtym.
– Gratulacje! – rzucił Darion.
– Naprawdę się cieszę – dodał Davrel, jeszcze raz ściskając przyjaciela.
Ich radosnemu powitaniu z oddali przyglądał się Lys Cartage. Jak zawsze spokojny, siedział na koniu z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Ktoś podszedł i wręczył mu wieniec z jodłowych gałązek, a on z gracją wsunął go na głowę. Rozejrzał się wokoło. Po chwili jego spojrzenie znów zatrzymało się na trójce przyjaciół.
– Widzisz, Gris? – powiedział cicho, zbliżając się do szlachcica. – Czarny Miecz to teraz coś więcej niż tylko kawałek stali.
– Nie wiem o czym mówisz – półżartem odparł Davrel.
– Prosty lud uwielbia symbole. A ty właśnie stałeś się jednym z nich.
Tym razem mężczyzna nie odpowiedział. Zamiast tego rozejrzał się po placu. Patrzył na ludzi. Na ich rozświetlone oczy, uniesione dłonie, uśmiechy i łzy. Czuł, że znowu jest w domu. Jednocześnie nie potrafił jednak oprzeć się wrażeniu, że wśród wirującego dookoła śniegu, w miękkim blasku pochodni, zaczynało się coś nowego. Coś, czego nie dało się już zatrzymać.

†
Śnieg chrzęścił pod butami, gdy Davrel wspinał się po kamiennych stopniach prowadzących na ganek dworu. Późne, zimowe popołudnie zdążyło już ustąpić miejsca wczesnemu zmrokowi; nad Arven unosiła się ta szczególna cisza, którą przynosił grudzień – czysta, chłodna, nieco przytłumiona. Na rękawicach wciąż trzymały się mokre kryształki śniegu, a płaszcz przesiąkł wilgocią.
W drodze powrotnej od grobu Lysii nie spotkał nikogo. Ale to mu odpowiadało. Nie był tego dnia w nastroju do rozmów.
Otwierając drzwi, poczuł łagodny zapach dymu z kominka – przyjemne ciepło, które powoli zaczynało wypełniać wnętrze. Dom witał go zupełnym bezruchem, tak innym od głośnych, pełnych entuzjazmu ulic miasteczka. W tym miejscu, chronionym grubymi ścianami, Davrel mógł być w pełni sobą.
Zatrzymał się w progu, zsuwając z ramion ciężki płaszcz. Wilgotne rękawice położył na ławie przy drzwiach. Pochylił głowę, pozwalając, by cisza na moment opadła na niego jak mgła.
Odruchowo sięgnął do srebrnego łańcuszka na szyi.
Obok pierścienia Nyrsila – czarnego opalu, który od lat nosił na piersi – spoczywał drugi amulet: niewielki, srebrny szpak z rozpostartymi skrzydłami. Mimo, iż wykonany był z lekkiego metalu, w tej chwili zdawał się ciążyć niczym ołów. Mężczyzna przesunął po nim palcem, a potem zacisnął dłoń wokół wisiorka.
Za każdym razem, kiedy próbował przypomnieć sobie twarz ukochanej, czuł w głębi pustkę. Tak, jakby w dobrze znanej melodii brakowało jednego dźwięku.
Otrzepał śnieg z butów i wszedł głębiej do domu. Gdy zamknął za sobą drzwi, przeszedł go lekki dreszcz. W sieni panował chłód.
Minął salon, w którym przykryty kocem, w blasku dolatującego z kominka ognia, drzemał w głębokim fotelu Adam de Vrij.
Davrel rzucił mu pełne smutku spojrzenie, a potem skierował się na piętro.
Kiedy otworzył drzwi gabinetu, poczuł przeciąg. Zimne, ostre powietrze przecięło pomieszczenie, poruszając papiery na jego biurku. Jeden z pergaminów zsunął się na podłogę, sunąc po deskach jakby poruszany niewidzialną dłonią.
Mężczyzna natychmiast zesztywniał.
Powoli sięgnął do wiszącego u pasa noża.
Instynkt wojownika obudził się w nim z niemal natychmiast. Spojrzeniem przesunął się po pomieszczeniu, powoli lustrując framugi, kąty, podłogę, a nawet zasłony. Nic nie wydawało się naruszone, ale okno z lewej strony pokoju uchylone było na tyle szeroko, by wiatr mógł wdzierać się do środka.
Szlachcic nie pamiętał, by je otwierał.
Rozluźnił spoczywającą na rękojeści noża dłoń.
Broń nie była mu potrzebna. Nie wiedział czemu, ale czuł, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo.
Dopiero wtedy dostrzegł na biurku przedmiot niepasujący do pozostałych.
Na drewnianym blacie, idealnie równolegle do jego dłuższej krawędzi, leżała samotnie pojedyncza, smukła strzała.
Ciemne drewno połyskiwało zielonkawo. Lotki zrobione były z piór o wyjątkowym, srebrzystym odcieniu, a grot miał charakterystyczną, delikatnie zakrzywioną krawędź. Davrel natychmiast rozpoznał przedmiot.
Podszedł powoli, wziął strzałę do ręki i przy świetle kominka obrócił w palcach. Drewno było chłodne. Niezwykle lekkie.
Rozejrzał się po gabinecie. Nie było śladu stóp. Ani kropli wody pozostałej po rozpuszczonym śniegu. Nie było też żadnej wiadomości. Poza lekko rozchwianym płomieniem w palenisku, nie istniało nic, co zdradzałoby, że ktoś był wcześniej w pomieszczeniu.
Na ustach mężczyzny pojawił się nikły uśmiech.
– Oczywiście – mruknął pod nosem. – Elfy zawsze znajdą sposób.
Zamknął okno, a potem ponownie obejrzał strzałę.
Jej grot lśnił dyskretnie w słabym świetle ognia.
Davrel odłożył ją na blat, w takiej samej pozycji, w jakiej ją znalazł. Skierował się do wyjścia.
Gdy zamykał za sobą drzwi, jeszcze raz spojrzał na biurko.
Strzała leżała tam, subtelnie połyskując mistycznym blaskiem, niczym tajemne zaproszenie.
Następnego dnia, tuż po obiedzie, Davrel wyruszył do lasu. Na dworze panował chłód tak ostry, że aż mroził oddech. Śnieg skrzypiał mu pod butami, osiadał na płaszczu i kapturze. Mężczyzna potarł poliki, aby pobudzić krążenie krwi.
Zanim wyszedł z domu, przez chwilę stał w milczeniu przy biurku.
Na blacie, dokładnie tam, gdzie poprzedniego wieczoru ją położył, leżała elficka strzała. Obok niej, w cieniu papierów, spoczywał, należący niegdyś do jego ukochanej, wisiorek w kształcie szpaka.
Podniósłszy go, Davrel przyglądał mu się przez dłuższą chwilę.
Nie założył go jednak na szyję.
Zamiast tego, sięgnął po schowany w szufladzie biurka pierścień ze szmaragdem – ten sam, który podczas wizyty w puszczy otrzymał od Galanei.
Po śmierci Lysii, dręczony wyrzutami sumienia, zdjął klejnot i ani razu po niego nie sięgnął. Teraz jednak przez moment obracał go w dłoni, jakby ważył decyzję, po czym wsunął na palec. Metal był zimny, ale towarzyszące tej czynności uczucie miało w sobie coś przyjemnie znajomego. Jakby spotykał dawno niewidzianego przyjaciela.
Wyszedł z gabinetu, nie oglądając się za siebie.
Las przywitał go nienaturalnym spokojem. A jednak, tym razem ciemna gęstwina nie wydała mu się wroga. W panującej wokół ciszy było coś melancholijnego. I kojącego. Davrel żwawo ruszył przed siebie.
Nie musiał długo czekać.
Zanim zdążył na dobre zagłębić się w puszczę, w koronach drzew coś zaszeleściło, a potem – jakby zrodzony z mgły – pojawił się przed nim Illi’rin.
Stał naprzeciw niego – smukły, z twarzą częściowo przysłoniętą kapturem i z łukiem przerzuconym przez plecy.
– Miałem nadzieję, że zrozumiesz wiadomość – powiedział, a jego głos zabrzmiał dźwięcznie, niczym podmuch zimowego wiatru między gałęziami.
Szlachcic uniósł brew.
– A ja, że to nie kolejny lodowy wilk.
Dowódca Szarego Zastępu parsknął krótko. Potem skrzyżował ręce na piersi i uważniej przyjrzał się swojemu rozmówcy.
– Dobrze cię widzieć, Lareth’en Elynar – powiedział. – Wyglądasz… inaczej.
– Wojna zmienia człowieka – mruknął cicho mężczyzna.
– Elfa również.
Po jego słowach zapadła krótka, lecz naturalna cisza. Jak między dwojgiem starych znajomych. Mimo to, Davrel wiedział, że Illi’rin nie zjawił się tu bez powodu. Czekał jednak aż jego towarzysz sam zdradzi cel swojej wizyty. Zdziwił się więc, gdy Illi’rin po prostu odsunął kaptur i uśmiechnął się lekko.
– Chodź – powiedział. – Dziś polujemy.
Szlachcic zmarszczył czoło.
– Czyżbyś tym razem to ty chciał uratować moje życie? – zapytał. – Jeśli tak, to obawiam się, że możesz się mocno rozczarować.
Elf roześmiał się cicho.
– Jeszcze zobaczymy – odparł tajemniczo.
Ruszyli wspólnie w głąb lasu, ostrożnie stawiając kroki na świeżym śniegu. Słońce powoli opadało coraz niżej, a cienie drzew wydłużały się, zostawiając na ziemi cienkie, ciemne wstęgi.
Ognisko płonęło jasnym, żywym ogniem. Rozpalili je w miejscu osłoniętym od wiatru naturalną, półkolistą ścianą skalną. Roziskrzone płomienie odbijały się w pokrytej lodem korze drzew, a na prowizorycznym rożnie dopiekała się upolowana sarna. Jej zapach mieszał się z wonią żywicy i dymu.
Illi’rin siedział ze skrzyżowanymi nogami, przeglądając trzymany w dłoniach niewielki kołczan z elfickimi strzałami. Wybrał jedną i opuszkiem palca powoli przesunął po grocie. Ogień rzucał pomarańczowe refleksy na szlachetne rysy jego twarzy.
– Drzewa szepczą, że królestwo Semenii szykuje się do wojny – zaczął cicho. – Jednak ty wróciłeś do Arven.
Davrel siedział naprzeciwko niego, oparty o powalony pień.
– Na szczęście mamy jeszcze chwilę spokoju – odpowiedział.
Elf posłał mu pytające spojrzenie.
– Północ nie zaatakuje zimą. To dla nich za duże ryzyko.
– Co masz na myśli?
– Gdy spadnie jeszcze trochę śniegu, część dróg stanie się nieprzejezdna – rzeczowo wyjaśnił szlachcic. – Będzie problem z dostawami żywności, transportem sprzętu. Tego typu utrudnienia mogą znacząco skomplikować działania wojenne.
Illi’rin słuchał w milczeniu.
– Poza tym, jeśli wierzyć lordowi Blake’owi – kontynuował Davrel – to armia Północy jest obecnie rozproszona po całym królestwie. Minie trochę czasu, zanim zbierze się w całość.
Jego towarzysz skinął głową.
– Zatem Południe ma czas na przygotowanie.
– Mniej więcej do wiosny. Tylko tyle i aż tyle.
Mężczyzna spojrzał w ogień, bezwiednie sięgając do wsuniętego na palec pierścienia.
– Sądzę, że atak nastąpi wraz z pierwszymi roztopami. Ale do tego czasu trzeba jeszcze wybrać kto nas poprowadzi. Drugiej takiej szansy możemy już nie dostać.
Siedzący naprzeciwko elf odłożył trzymany kołczan.
– Czy wyruszysz na wojnę, Lareth’en Elynar? – zapytał w końcu.
Szlachcic spojrzał na przyjaciela. Płomienie odbijały się w jego oczach, malując w nich przelotne błyski.
– Jeszcze nie wiem – odpowiedział szczerze. – Możliwe, że nie będę miał wyboru.
– Zawsze ma się wybór – zauważył Illi’rin. – Czasem brakuje jedynie odwagi, by podjąć właściwą decyzję.
Davrel uśmiechnął się gorzko, zastanawiając się czy jego towarzysz mówi teraz o nim czy o swoim ojcu.
Na chwilę zapanowała cisza, w której słychać było tylko trzask płonących drew i skwierczenie piekącego się mięsa. W oddali rozległo się szczekanie lisa.
– Prawie gotowe – powiedział w końcu Dowódca Szarego Zastępu, wbijając patyk w wiszącą na ruszcie sarnę. – Może kiedy zjemy…
Urwał, kierując wzrok w stronę północnej części lasu, gdzie światło gwiazd z błyskiem odbijało się w świeżym śniegu.
– W okolicach Błękitnego Wodospadu widziałem dziś dorodnego jelenia – oznajmił. – Samca, wielkiego, z pięknym porożem. Gdybyśmy zrobili to sprytnie, może udałoby się go podejść.
Davrel podniósł wzrok.
– Nocne łowy? – zapytał.
Elf skinął głową, a na jego twarzy zagościł krótki, tajemniczy uśmiech.
– Chyba nie boisz się duchów Przeklętej Puszczy? – rzucił z przekorą.
– Mało jest w lesie stworzeń, które są w stanie mnie przestraszyć – odparł szlachcic, unosząc podbródek. – Ruszamy po kolacji.
Gdy skończyli jeść, noc była już ciemna i gęsta. Ogień dogasał trzaskając cicho, a po polanie roznosił się przyjemny zapach dymu i pieczonej sarniny.
Davrel wytarł dłonie w śnieg i wstał, poprawiając pas z nożem.
Illi’rin już czekał, gotowy. Stał z łukiem przewieszonym przez plecy, spojrzenie miał uważne, a postawę czujną jak u istoty, która nigdy nie zapomina o czających się w około niebezpieczeństwach.
Las otaczał ich srebrem i czernią. Zimne smugi księżycowego światła padały ukośnie na ścieżkę, nadając cieniom drzew fantazyjne kształty.
W miarę jak zbliżali się do wodospadu, huk spadającej wody stawał się coraz wyraźniejszy. Głuchy, potężny, mieszający się z szumem wiatru.
W pewnym momencie, idący przodem elf zatrzymał się gwałtownie. Przez chwilę nasłuchiwał w milczeniu.
– Jest niedaleko – powiedział w końcu. – Rozdzielmy się – dodał, wskazując w kierunku, z którego dochodził łoskot wodogrzmotu. – Ty pójdziesz od południa. Ja zajdę go z północy.
Szlachcic skinął głową. Słowa nie były im potrzebne.
Jeszcze przez chwilę skradali się wspólnie, po czym każdy odbił w swoją stronę.
Davrel stąpał powoli, ostrożnie, tak by nie wystraszyć jelenia. Jedynie cichutkie skrzypienie śniegu pod stopami zdradzić mogło zwierzęciu jego pozycję. Zatrzymał się na chwilę, wziął głębszy oddech. Światło księżyca zamigotało na osadzonym w pierścieniu szmaragdzie.
Nagle, usłyszał delikatny szelest.
Dźwięk dobiegał gdzieś z lewej strony.
Napiął cięciwę, czując jak jego mięśnie reagują niemal instynktownie. Powoli obrócił się w kierunku, z którego dochodził dźwięk.
Jedna z gałązek na pobliskim drzewie zadrżała lekko. Potem kolejna.
Uniósł łuk, przygotowując się do strzału. Skupił wzrok na krzakach, z których dochodził szmer. Przymierzył.
I wtedy poczuł na gardle chłód stali.
– Wygląda na to, że tej nocy to łowca stał się zwierzyną. – Tuż przy uchu zabrzmiał mu melodyjny głos, w którym kryły się zarówno siła, jak i zmysłowość.
Mężczyzna wypuścił powietrze.
– Galanea… – powiedział cicho.
Nacisk na gardło ustąpił tak samo nagle jak się pojawił.
Królowa leśnych elfów stanęła przed nim w całej swej okazałości. Otulona była futrem z polarnych lisów, a jej ogniste włosy mieniły się kryształkami lodu. Spojrzała na niego, zaś w jej oczach krył się ten sam zagadkowy błysk, który Davrel dostrzegł u niej podczas ich poprzedniego spotkania.
– Nierozważnie jest samotnie zapuszczać się tak głęboko w Półcienisty Las – powiedziała, nie spuszczając z niego wzroku.
– Mam zatem szczęście, że wziąłem ze sobą to – odpowiedział, zdejmując rękawicę i podnosząc wyżej dłoń, na której tkwił pierścień ze szmaragdem. – Żaden leśny elf nie podniesie na mnie ręki, póki będę go nosił – zacytował.
– Bystry jesteś – wyszeptała, delikatnie muskając palcami jego skórę. – Czy Illi’rin jest w pobliżu?
– Wiesz przecież, że nie – odparł równie cicho.
– Bystrzejszy niż myślałam…
Davrel czuł na policzku ciepło jej oddechu. Twarz Galanei była teraz tuż obok jego.
Spojrzał jej w oczy. A potem ich usta się spotkały.
Znów poczuł jak przeszywa go ogień. Mimo, iż od pamiętnej nocy w Szmaragdowych Źródłach minęło ledwie kilka tygodni, pocałunek był tak pełen napięcia, jakby nie widzieli się przez lata. Stali tak, jak zaczarowani, a śnieg padał na ich rozpalone twarze. Mężczyzna przyciągnął elfkę do siebie, wplatając palce w jej gęste włosy. Stracili równowagę i z, tłumionym przez grubą warstwę śniegu, hukiem runęli na ziemię.
W zimnym świetle gwiazd ciało Galanei wydało mu się nienaturalnie ciepłe. Pachniała żywicą, zimą i tuberozą. Ogień nie był im potrzebny.
Świat wokoło na chwilę przestał istnieć. Czuł jak jej dłonie zsuwają mu płaszcz z ramion. Palcami wyczuł linię jej boku – napięte mięśnie i delikatną skórę.
Kochała się z nim tak samo jak wtedy – dziko i intensywnie, jakby mieli się już nigdy nie spotkać. Śnieg pod nimi topniał powoli, ustępując ciepłu dwóch, splątanych w ciemności ciał.
W końcu opadli obok siebie, zmęczeni, ale spokojni.
Galanea oparła głowę na ramieniu Davrela. Jej palce przesuwały się po jego falującej piersi. Obserwowała go spod przymrużonych powiek.
– Jesteś inny niż większość ludzi, Lareth’en Elynar.
– Przeciwnie, jestem dokładnie taki sam – odpowiedział.
– Raczej chciałbyś być. I właśnie to czyni cię wyjątkowym. Masz w sobie wielkość, którą za wszelką cenę pragniesz ukryć.
– A czego ty pragniesz? – zapytał, patrząc jej w oczy.
Elfka nie odpowiedziała. Uniosła głowę i spojrzała na błyszczące w górze gwiazdy. W jej wzroku mężczyzna dostrzegł smutek tak głęboki, że aż przeszedł go dreszcz.
– Powinniśmy wracać – powiedziała w końcu – Ili’rin pewnie już się niepokoi.
Podniosła się, otrzepując śnieg z futra.
– Idziesz?
Szlachcic w milczeniu skinął głową.
Jeszcze raz spojrzał na Galaneę. Królowa elfów uśmiechnęła się lekko. Chwilę później zniknęła między drzewami.
Davrel stał jeszcze przez moment samotnie, obracając w palcach pierścień ze szmaragdem. Wokół panowała cisza. Księżyc już zaszedł, a gwiazdy rzucały blade światło na pokrytą warstwą białego puchu puszczę.
Ponownie zanurzył się w las. Czuł łączącą go z nim bliskość. Byli teraz jak dwie istoty dzielące wspólny sekret.
†
Mróz szczypał w policzki, gdy Davrel wychodził z lasu. Tego dnia śnieg był wyjątkowo sypki. Skrzący, jakby cała Przeklęta Puszcza przykryła się płaszczem z drobnych diamentów. Mężczyzna poprawił kaptur, strzepując z ramion śnieżny pył. Jego oddech zamieniał się w białą mgłę, która zaraz znikała w chłodnym powietrzu.
Droga do dworu była cicha. Tylko od czasu do czasu wiatr strącał z gałęzi grudki lodu, które spadały na ziemię z cichym trzaskiem. W ciągu ostatniego tygodnia kilkukrotnie znikał w lesie.
Czasem w towarzystwie Illi’rina, czasem jedynie własnych, coraz bardziej splątanych, myśli. Przyzwyczaił się już do panującego tam spokoju. Wolał go niż hałaśliwą obecność mieszkańców Arven. A do tego była jeszcze ona.
Szlachcic wymacał schowany pod rękawicą pierścień i uśmiechnął się mimo woli. Chociaż starał się nie myśleć o Galanei, obraz królowej elfów powracał w jego wyobraźni niczym natrętny sprzedawca sera z Bree. Jednak najsilniej w pamięci utkwiło mu jej wpatrzone w gwiazdy spojrzenie i bezdenny smutek, który w nim zobaczył.
Gdy wyłonił się spomiędzy ostatnich drzew, dostrzegł sylwetkę Markusa. Mężczyzna stał oparty ramieniem o drewnianą balustradę ganku, z dłońmi ukrytymi w kieszeniach płaszcza. Sprawiał wrażenie, jakby od dłuższego czasu na coś czekał.
Davrel pozdrowił go skinieniem głowy. Nie zatrzymał się jednak, po prostu szedł dalej.
Markus odezwał się dopiero, gdy dzieliło ich kilka kroków.
– Jeszcze trochę – mruknął – a przeprowadzisz się do tego lasu.
Szlachcic nie odpowiedział. Minął przyjaciela i zdjął rękawice, otrzepując śnieg z palców.
Cieśla ruszył za nim, minę miał poważną.
– Martwię się o ciebie – powiedział cicho. – Z nikim nie rozmawiasz, znikasz na całe dnie. To do ciebie niepodobne.
– Nie przesadzaj – z wymuszonym uśmiechem odparł Davrel.
– Mówię poważnie – nie odpuszczał Markus. – Od powrotu z Brinvale prawie nikt w Arven cię nie widuje. Nawet Aidan i ja. Wszyscy mówią, że zaszyłeś się we dworze.
– I co z tego?
Jego przyjaciel westchnął. W zamyśleniu przeciągnął dłonią po krótkich, ciemnych włosach.
– Wiesz… możesz być z siebie dumny. – Jego głos był teraz miękki, pełen szczerej troski. – Południe wreszcie podnosi się z kolan. A ty… ty pomściłeś śmierć Lysii.
Mężczyzna zatrzymał się w pół kroku. Powoli odwrócił głowę w stronę swojego rozmówcy.
W jego oczach nie było gniewu. Tylko chłód.
– Nikogo nie pomściłem – stwierdził cicho. – Vestingsa zabił Cartage. A Rose’a – Blake.
Markus drgnął niemal niezauważalnie.
– Więc o to chodzi? – zapytał. – Posłuchaj, Dav…
Zamilkł szukając właściwych słów. Przez chwilę słychać było tylko świst zimowego wiatru.
Davrel podszedł do przyjaciela i położył mu rękę na ramieniu.
– Wiem, że chcesz dobrze, Markus – powiedział – ale nie możesz mi pomóc. Nikt nie może. Poza tym… są rzeczy, o których nie wiesz.
– Królowa?
Szlachcic mrugnął zaskoczony.
– Nie oceniam cię, Dav. – Cieśla spojrzał mu prosto w oczy. – Każdy inaczej przeżywa żałobę. Po prostu…
Zanim zdążył dokończyć, od strony drogi dobiegł dźwięk kopyt uderzających o oblodzony grunt.
Obaj odwrócili głowy.
Na dziedziniec wjechał jeździec w ciemnozielonym płaszczu podszytym futrem. Jego koń parskał, z nozdrzy buchała mu para. Nieznajomy na ramieniu miał skórzaną torbę, a na piersi wyraźnie widoczną broszę z motywem dębowego liścia.
Markus uniósł brwi.
Davrel zrobił kilka kroków naprzód. Jeździec zeskoczył na ziemię i ruszył w ich kierunku.
– Szukam lorda Gris – oznajmił, zatrzymując się przed nimi. – Mam list, który musi trafić w jego ręce.
Szlachcic skinął głową.
– To ja – powiedział krótko.
Posłaniec sięgnął do torby, wyciągając zalakowaną ciemnozielonym woskiem kopertę. Na środku widniał dębowy liść. Dopiero teraz Davrel rozpoznał herb Thundercloudów. Poczuł, jak jego oddech na moment się zatrzymuje.
Blake uprzedził go o takiej możliwości. I wyglądało na to, że miał rację.
– Dziękuję – odezwał się, odbierając przesyłkę z rąk przybysza.
A potem wziął głęboki wdech i jednym płynnym ruchem rozerwał kopertę.
Rozwinął list.
Jego wzrok powoli przesuwał się po drobnym, starannie wykaligrafowanym tekście.
– Złe wieści? – zapytał Markus, a w jego głosie dało się wyczuć napięcie.
– To zależy – odparł szlachcic – Lord Gron Thundercloud zwołuje w Wyrd zebranie największych rodów Południa. Ja również jestem zaproszony.
– Wyrd? To chyba stolica Bree, prawda?
– Tak, i siedziba rodu Thundercloudów.
– A kiedy to zgromadzenie?
– Za dwa tygodnie – odpowiedział mu przyjaciel.
– I co, pojedziesz? – Markus zerknął na niego ciekawie.
Davrel milczał przez chwilę, jakby bił się z myślami. Jeszcze raz przypomniał sobie słowa Blake’a.
Zmiął trzymany w dłoni list.
– Tak – powiedział w końcu. Głos miał pewny, zdecydowany. – Losy całego Południa zależą od tego, co zostanie postanowione w Wyrd. Powinienem tam być.
Cieśla skinął głową.
– Mądra decyzja – skwitował. – Poza tym, zmiana otoczenia dobrze ci zrobi. Jeszcze trochę a zdziczałbyś w tym lesie.
Szlachcic uśmiechnął się słabo.
– Napijesz się czegoś? – zapytał przyjaciela.
Po wyjściu Markusa, Davrel przez kilka godzin siedział w gabinecie. Porządkował dokumenty, przeglądał mapy i planował drogę do Bree. Jego myśli nieustannie krążyły wokół otrzymanego rano listu.
Wyrd. Thundercloud. Zgromadzenie rodów.
Wieczór nadszedł niepostrzeżenie, niosąc ze sobą chłód i drobne opady śniegu. Wtem, od strony ganku dobiegł odgłos pospiesznych kroków. Szlachcic zszedł na dół.
Chwilę później do sieni wszedł Darion. Bez pukania, bez zbędnych ceremonii. Zdjął rękawice, spojrzał na gospodarza i uśmiechnął się szeroko.
– Po drodze minąłem posłańca – powiedział. – Zakładam, że ty też dostałeś list?
Mężczyzna potwierdził skinienie głowy.
– Tak, dziś rano.
Gestem ręki zaprosił przyjaciela do głównej sali. Usiedli przy stole.
– Nie mogę w to uwierzyć – oznajmił hodowca winorośli, a oczy mu błyszczały. – Zebranie rodów. Coś, czego nie widzieliśmy od pokoleń.
– Wiem – odparł Davrel. – I pewnie chcesz, żebyśmy pojechali tam razem?
– Nie całkiem… – zawahał się na chwilę. – W zasadzie, to… wyjeżdżam już jutro. Chcę spotkać się z Agnes i van Bommelem. Wiesz, po tym wszystkim co się stało, nadal są kwestie, które wymagają wyjaśnienia.
– Na przykład, co z waszym ślubem?
– Dokładnie! Także sam widzisz, jest o czym rozmawiać. Ale chyba nie masz do mnie żalu, co? – Darion spoważniał i rzucił przyjacielowi pytające spojrzenie.
– Skąd – zaprzeczył gospodarz. – Jeśli dzięki temu między tobą a Agnes wszystko wróci do normy, to myślę, że powinieneś jechać jak najszybciej.
– Wiedziałem, że zrozumiesz! – ucieszył się hodowca winorośli. – A zatem widzimy się w Wyrd?
– Jeśli pytasz czy planuję jechać, to tak, zobaczymy się na miejscu.
– Nie mogę się doczekać! – w głosie przywódcy Zielonych Opończy brzmiała wyraźna ekscytacja. – Zebranie rodów – powtórzył. – To będzie coś.
Przez chwilę rozmawiali jeszcze o planowanej podróży, sytuacji w Kade i nadchodzącej zimie. W końcu Darion wstał i oznajmił, że musi przygotować się do wyjazdu. Gdy wyszedł, w komnacie wciąż jeszcze czuć było echo jego entuzjazmu. Jednak Davrelowi wydało się ono boleśnie obce.
Minął tydzień. Śnieg nie przestawał padać, a drogi w całej prowincji były już pokryte twardą, skrzypiącą warstwą lodu. Poranek, w który Davrel wyruszał do Wyrd, był ciemny i przenikliwie zimny. Sine chmury niosły ze sobą zapowiedź kolejnych opadów.
Na dziedzińcu panował ruch. Markus, Thoren i Martin pomagali pakować sakwy, zapinać pasy, sprawdzać uprzęże. Szlachcic właśnie mocował rzemienie na jukach, gdy drzwi domku dla gości otworzyły się szeroko, a na zewnątrz wyszedł Aidan.
Ziewnął potężnie, niczym dopiero co wybudzony z zimowego snu niedźwiedź.
– No, komu w drogę, temu szkło w nogę – mruknął, wciskając dłonie w rękawice. – I pomyśleć, że mogłem spokojnie leżeć w ciepłej pościeli z żoną, a zamiast tego będę odmrażał sobie tyłek na koniu jadąc do Bree.
– Nie marudź – napomniał go Davrel. – Sam chciałeś jechać.
– Chciałem, nie chciałem… To Marinie zachciało się sera, który pachnie tak, że aż ptaki uciekają. Na szczęście w Wyrd mają takich pod dostatkiem.
Gospodarz mimowolnie parsknął śmiechem.
– Czego się nie robi dla ciężarnej żony, co?
Były skazaniec westchnął ciężko.
– Ona i te jej zachcianki. Za jakie grzechy…
Zerknął na Davrela i dodał:
– A do tego mamy jechać tam z Lysem. Gdzie on tak w ogóle jest?
– Stoi tu od kilku chwil – odezwał się spokojnie Lys Cartage, wyłaniając się zza rogu budynku i naciągając na głowę ciemny kaptur. – I słyszy cię doskonale.
Aidan prychnął.
– To dobrze. Jak ktoś jest za cicho, to znaczy, że coś knuje.
Były zarządca uśmiechnął się w sposób, który można było zinterpretować na co najmniej cztery niepokojące sposoby.
– Przypomnij mi Dav, czemu właściwie bierzemy go ze sobą? – zapytał mąż Mariny.
– Bo mogę wam się przydać. Jako zarządca Idris miałem okazję poznać niejednego lorda. Znam ludzi, którzy będą w Wyrd i wiem, kto komu ściska dłoń, a kogo wolałby udusić poduszką. – Spojrzał na Davrela. – Beze mnie bylibyście tam jak dzieci we mgle.
– Aha – mruknął Aidan. – I pewnie jeszcze powiesz, że jedziesz z nami z dobroci serca?
– Ależ oczywiście – odparł niewinnie Lys. – Wszystko co robię ma na celu jedynie chwałę lorda Gris.
Były skazaniec przewrócił oczami i wskoczył na konia. Zwierzę parsknęło, czując na grzbiecie jego ciężar. Davrel również dosiadł swojego wierzchowca.
– Czas ruszać – powiedział krótko.
– Jedno mnie jeszcze ciekawi – rzucił Aidan. – Jak ty, Dav, przetrwasz całe to towarzystwo dostojnych panów? Ostatnio zdaje się częściej gadasz z drzewami.
– Obawiam się, że nie mamy innego wyjścia jak przekonać się na miejscu. – odpowiedział szlachcic. – Ale może nie będzie tak źle – dodał po chwili z nadzieją.
– W razie czego zawsze możemy dać nogę – pocieszył go przyjaciel.
– Nawet o tym nie myśl – wtrącił się Lys. – Na zgromadzeniu będą przedstawiciele najstarszych i najważniejszych rodów całego Południa. Jeśli chcemy dobrze wypaść…
– A kto powiedział, że chcemy?
Cartage posłał byłemu skazańcowi mordercze spojrzenie, a potem zwrócił się bezpośrednio do Davrela.
– Zignoruj tego prostaka, Gris. W odróżnieniu ode mnie, on nie będzie ci w stanie udzielić rad dotyczących etykiety w Bree. Chyba, że w zakresie śmierdzącego sera.
– Ej! Kogo niby nazywasz prostakiem, ty…
Davrel z rozbawieniem przyglądał się kłótni obu mężczyzn. Wiedział jednak, że jeśli chcą przed wieczorem dotrzeć do gospody, w której planowali nocleg, nie mogą już dłużej zwlekać. Machnął na pożegnanie Markusowi, Thorenowi i Martinowi, spiął konia piętami i wyjechał przez bramę. Na policzkach poczuł pierwsze płatki padającego śniegu.
Trzej podróżni wyruszyli w stronę zachodniego traktu, prowadzącego do Bree. Śnieg prószył cicho, jakby świat chciał przykryć bielą wszystkie sprawy, które zostawiali za sobą. Jak również te, które dopiero czekały na nich w Wyrd.
†
Prowincja Bree powitała przybyszów obfitymi opadami śniegu. Las, przez który właśnie jechali, wyglądał jakby od tygodni dźwigał na barkach warstwę białego puchu. Droga wiła się między gęsto rosnącymi sosnami, a gałęzie uginały się pod ciężarem lodowych sopli.
Davrel kłusował na przedzie, z uwagą obserwując otaczający go krajobraz. Odkąd wyjechali z Kade, czuł narastające w ciele napięcie, nie potrafił jednak wskazać jego przyczyny.
Nagle, jadący tuż za nim, Aidan zaczął wiercić się w siodle.
– Daleko jeszcze? – zapytał.
Szlachcic nie odpowiedział. Jego uwagę przyciągnęły znajdujące się na ścieżce świeże, głębokie tropy. Gestem nakazał towarzyszom by się zatrzymali.
– Wygląda na coś dużego – skomentował były skazaniec, zaglądając mu przez ramię.
Mężczyzna uciszył go ruchem dłoni.
Przez dłuższą chwilę nasłuchiwali w milczeniu. Oprócz końskiego parskania i odległego zawodzenia wiatru do ich uszu nie doleciał jednak żaden inny dźwięk. Las był aż nienaturalnie cichy.
Już mieli ruszać dalej, gdy nagle zza zakrętu usłyszeli głuchy, mokry chrzęst, przypominający odgłos łamanych kości.
Aidan wyprostował się gwałtownie.
– Co do chuja…?
Davrel bez słowa zsunął się z konia.
Przyjaciel podążył w jego ślady.
Jedynie Lys, jadący nieco z tyłu, pozostał w siodle.
– Zostańcie tutaj – rzucił szlachcic.
– Ani myślę – mruknął były skazaniec, naciągając kuszę.
Ostrożnie ruszyli przed siebie.
Po chwili znów usłyszeli dźwięk, ale tym razem inny. Przypominał raczej żarłoczne, brutalne mlaskanie.
Gdy minęli niewielki skalny zakręt, ich oczom ukazał się iście przerażający widok.
Na środku drogi stał niedźwiedź olbrzym.
Pochylony był nad martwym koniem, a z pyska zwisały mu strzępy mięsa.
Davrel dyskretnie dał towarzyszom znak do wycofania, jednak w tym samym momencie koń, na którym jechał Lys, zarżał gwałtownie.
Znajdująca się przed nimi bestia powoli podniosła łeb.
Ciemna, lepka krew grubymi kroplami pociekła na śnieg pod jej łapami.
Zwierz ryknął i rzucił się w kierunku jeźdźca.
Wierzchowiec stanął dęba, przerażony.
Znajdując się na jego grzbiecie były zarządca, spróbował go opanować. Bezskutecznie. Mężczyzna z łoskotem wylądował w zaspie.
– Lys! – wrzasnął Aidan i wystrzelił.
Bełt trafił niedźwiedzia w bok, ale tylko go rozwścieczył.
Zwierzę poderwało łeb, wydało z siebie przeciągły pomruk i przyspieszyło, jak gdyby tkwiący w jego ciele pocisk był jedynie irytującą przeszkodą.
Cartage wstał natychmiast, dobywając szpady.
Mimo, iż cienkie ostrze drżało mu dłoni, odruchowo przyjął pozę do pojedynku.
– Nie rób głupot, Lys! – rzucił Davrel, próbując zajść niedźwiedzia od lewej.
Aidan pospiesznie przeładowywał kuszę. Wiedział, że w walce z takim przeciwnikiem zdąży oddać jeszcze co najwyżej jeden celny strzał.
Tymczasem niedźwiedź był już przy ich towarzyszu. Zaryczał i uniósł się na tylnych łapach.
Szpada zatoczyła w powietrzu srebrzysty łuk, nim z metalicznym trzaskiem pękła w zderzeniu z potężnymi pazurami. Były zarządca zachwiał się i runął na kolana.
Zwierz zamachnął się ponownie, tym razem mierząc w głowę.
Davrel dopadł do niego w ostatniej chwili.
Uderzył bez wahania. Szybkim i precyzyjnym ciosem wbił miecz w bok bestii tuż pod łopatką.
Potwór ryknął, a jego głos przeciął powietrze niczym grom.
Szlachcic pchnął mocniej. Czarne ostrze zanurzyło się w ciało aż po samą rękojeść.
Niedźwiedź zachwiał się i spróbował obrócić łeb w stronę napastnika, ale wtedy Lys wbił mu złamany rapier prosto w podgardle. Miękka tkanka zachrzęściła niczym pękająca gałąź.
Potwór ciężko runął w śnieg.
Drgnął dwa razy, a potem zastygł.
Przez moment w lesie zapadła absolutna cisza.
Słychać było jedynie oddechy. Ciężkie. Szybkie. Gorące w mroźnym powietrzu.
Davrel odsunął się od martwego zwierzęcia, otrzepując z rękawicy krew i parę śnieżnych grudek.
W tym samym czasie, Lys z godnością podniósł się z kolan. Choć twarz miał bladą, a ręce mu się trzęsły mu, za wszelką cenę starał się utrzymać pozory spokoju.
Aidan podszedł do martwego niedźwiedzia i strzelił mu w łeb.
– Dla pewności… – mruknął wyjaśniająco.
Potem spojrzał na stojącego obok Cartage’a.
– Masz chyba więcej szczęścia niż rozumu – rzucił, stukając się palcem w czoło. – No, ale odwagi ci nie brakuje.
Klepnął go w ramię.
Nagle, gdzieś z góry, z koron drzew, doleciał ich dźwięk oklasków. Zdziwieni mężczyźni unieśli głowy.
Na jednej z niższych gałęzi starej sosny siedział mężczyzna.
Stopy zwisały mu swobodnie, a w ręce trzymał sfatygowany kapelusz z pojedynczym pawim piórem. Na sobie miał ciężki, ciemnobłękitny płaszcz, spod którego wystawała bordowa koszula, zaś na szyi przewiązaną jedwabną apaszkę.
Uśmiechał się od ucha do ucha.
– Proszę, proszę! – zawołał lekko chropowatym, lecz pełnym werwy głosem. – A już myślałem, że przyjdzie mi spędzić resztę życia w towarzystwie tej jakże wdzięcznej jodły.
– To jest sosna – mruknął pod nosem Aidan.
– Kim jesteś i co robisz na drzewie? – zapytał go Davrel.
– Czyż to nie oczywiste? – odparł z lekkim sarkazmem. – Chowam się przed niedźwiedziem.
– Ale wiesz, że niedźwiedzie potrafią wchodzić na drzewa? – rzucił Lys.
Nieznajomy puścił jego uwagę mimo uszu.
– Pozwólcie proszę, że się przedstawię – kontynuował. – Ale najpierw… – opuścił nogi na gałąź poniżej, próbując wstać.
W tym momencie rozległ się suchy trzask. Konar pękł, a stojący na nim mężczyzna runął w śnieg. Davrel. Aidan i Lys usłyszeli miękkie puf.
Po chwili nieznajomy wygrzebał się z zaspy, z miną wskazującą, iż jego upadek był częścią planu. Zrzucił z ramion śnieg, przeciągnął dłonią po czole i skłonił się z gracją.
Wyglądał na jakieś trzydzieści lat. Włosy, barwy popiołu, miał w lekkim nieładzie, ale jego broda, choć rzadka, była modnie przystrzyżona.
– Remi Novik, wśród bardów słowik – wyrecytował wypinając pierś.
Zapadło milczenie.
– Chodzi o to, że tak dobrze śpiewam. To taka przenośnia… – dodał, patrząc po zebranych z lekkim wyrzutem.
Nadal nikt się nie odzywał.
– Możemy już jechać? – zapytał Aidan.
– Wyjątkowo, się zgadzam – dodał Lys.
– Zaraz, zaraz, panowie! – niemal wykrzyknął Remi. – Chyba nie zostawicie człowieka w potrzebie…
Davrel obrzucił go pytającym spojrzeniem.
– Tak się składa, że mój wierny Czajnik… to znaczy Piorun – tu wskazał teatralnie na martwego konia – nie żyje.
Zamilkł na moment, jakby dla podkreślenia efektu.
– Czy nie zmierzacie przypadkiem do Wyrd? – zapytał w końcu, a w jego głosie dało się wyczuć błaganie.
Szlachcic westchnął ciężko.

†
Droga do stolicy Bree prowadziła teraz pomiędzy niewysokimi pagórkami, a w oddali widać było już pierwsze, ciemne linie murów. W powietrzu unosił się balsamiczny zapach szyszek i dymu z porozrzucanych wokół osad. Od spotkania z niedźwiedziem dalsza podróż mijała mężczyznom bez większych komplikacji, jeśli nie liczyć potoku słów, który wydobywał się z ust Remiego Novika.
– Ach, czymże byłoby życie bez bardów – westchnął – jeśli nie szarym oceanem rozpaczy. Nic tak nie umila drogi jak dobra opowieść.
– Rozpacz to jest coś, co dopiero poznasz, jeśli się wreszcie nie zamkniesz – rzucił cicho Lys, z którym bard jechał razem na koniu i który od rana nieustannie wysłuchiwał jego trajkotu.
Remi roześmiał się serdecznie i poklepał go po ramieniu.
– A jeśli do tego ma się tak doborowe towarzystwo, jakie mi się trafiło, to czego chcieć więcej – kontynuował niezrażony. – Ale, ale… Wy zdaje się jesteście Kadeńczykami, prawda?
– W zasadzie tylko ja jestem z Kade – odezwał się jadący na przedzie Davrel. – Choć Lys i Aidan także od niedawna tam mieszkają.
– Doskonale! – Mężczyzna aż klasnął w dłonie. – Zatem zapewne z chęcią wysłuchacie historii, która bierze swój początek właśnie w waszej pięknej prowincji. Czy znacie opowieść o Czarnym Mieczu z Arven?
Lys i Aidan wymienili szybkie, porozumiewawcze spojrzenia.
– Nigdy jej nie słyszałem – powiedział Cartage.
– Właśnie, może opowiesz coś więcej? – dodał były skazaniec.
– Z przyjemnością! – Remi splótł palce dłoni, a potem wyprostował złączone ręce w geście przypominającym przygotowanie do recitalu.
– Około pół roku temu… – rozpoczął – w Arven pojawił się samotny mściciel uzbrojony w magiczny czarny miecz. Nikt nie wiedział skąd przybył, ani dokąd zmierzał, jednak już podczas pierwszego tygodnia pobytu w miasteczku samodzielnie rozprawił się z terroryzującą wszystkich szajką rozbójników i uratował córkę jednego z lordów.
– To akurat nie jest jeszcze aż tak dalekie od prawdy – mruknął pod nosem Aidan, który również słyszał już co nieco o pierwszych przygodach Davrela.
– Ale to jeszcze nic! Następnie stawił czoła słynnej na całą Północ bandzie najemników zwanej Zabawną Brygadą i własnoręcznie ściął ich przywódcę!
Davrel uśmiechnął się pod nosem, wyobrażając sobie minę Patricka, gdyby to usłyszał.
– Ej, Dav? – rzucił rozbawiony Aidan. – Ten cały Czarny Miecz to musi być niezły zakapior. Szkoda, żeśmy go nigdy nie spotkali.
– Ale to nadal nie wszystko – kontynuował bard, zachwycony, iż wreszcie udało mu się trafić na historię, która wzbudziła zainteresowanie jego słuchaczy. – Jako dowódca rebeliantów z oddziału Zielonych Pończoch, wsławił się w bitwach w dolinie Amrath i pod Brinvale, gdzie sam jeden pozbawił życia najpierw wielkiego kapitana wojsk Północy sir Marcusa Pinka, a potem samego namiestnika. Widziałem na własne oczy, przysięgam na bogów!
– A co w takim razie z Darionem Hallem? – wtrącił ironicznie Lys.
– Co? Z kim? Zresztą nieważne. Jego pewnie też zabił. Gdzie to ja skończyłem… – Remi podrapał się w tył głowy. – A tak, już wiem… Podobno Czarny Miecz jest tak potężny, że nawet elfy mu służą, a gdy się zdenerwuje z oczu strzelają mu błyskawice. Choć to ostatnie wydaje mi się akurat zmyślone przez szukających taniego poklasku bardów-amatorów.
– A czy wiesz może jak wygląda ten słynny bohater? – zapytał Aidan, który ze śmiechu już ledwo trzymał się w siodle.
– Ależ oczywiście! Ma ponad dwa metry wzrostu, a bary jak u górskiego trolla. Do tego długie, kruczoczarne włosy i bliznę ciągnącą się w poprzek twarzy. Gwarantuję wam, że gdy raz go zobaczycie, ten widok zostanie z wami na zawsze!
Teraz już nawet Davrel się śmiał.
Czterej mężczyźni przekomarzali się jeszcze przez pewien czas, podczas gdy droga w końcu wyprowadziła ich spomiędzy sosen na otwartą przestrzeń. Przed nimi, na tle zimowego nieba, wznosiła się stolica Bree.
Pomimo panującego na zewnątrz grudniowego mrozu, Wyrd wyglądało na miasto żywe, pulsujące i gwarne. Wokół murów kręciły się powozy, handlarze zachwalali swoje towary, a chłopi zwozili resztki siana dla koni. Kolorowe kramy piętrzyły się niemal jeden na drugim. Znad rozstawionych na straganach garów z gorącą zupą unosiły się aromaty rzepy, brukwi i korzennych przypraw. Buchające z kominów słupy dymu ciągnęły się aż ku szarym chmurom.
Dawna stolica Południa, z czasów sprzed podboju przez Semeńczyków, leżała na szerokim, kamienistym wzgórzu. Otoczona była wysokimi i masywnymi murami, które obecnie pokrywała cienka warstwa lodu. Chorągwie w barwach Bree – złota i ciemnej zieleni – trzepotały na wietrze. Z wnętrza miasta dochodził gwar: nawoływania kupców, stuk młotów, śmiech dzieci, które biegały po ośnieżonym bruku, ciągnąc za sobą drewniane zabawki.
Davrel, Aidan, Lys i Remi powoli zbliżali się do głównej bramy.
– Ach, Wyrd… – westchnął bard wciągając powietrze głęboko do płuc. – Czy wy też to czujecie?
– Jasne – odpowiedział Lys. – Zdaje się, że Aidan nie będzie musiał daleko szukać swojego sera.
– Nie, nie. Nie o tym mówię – zganił go Remi – Chodzi o atmosferę! Oto jest miasto, gdzie fortuny wznoszą się i upadają, i gdzie powstają najpiękniejsze ballady.
Zamilkł na chwilę, rozmarzony.
– Czy wiemy, gdzie mamy jechać? – zapytał Aidan, spoglądając na Davrela.
Szlachcic zawahał się na moment.
– Dwór Thundercloudów znajduje się w centralnej części miasta. Tam gdzie ten wielki zamek – wyręczył go bard. – Wystarczy jechać cały czas prosto, wzdłuż głównej drogi.
Ruszyli we wskazanym kierunku.
Tuż przed bramą wjazdową tłum zaczął gęstnieć. Handlarze, kupcy i podróżni z różnych stron Południa zatrzymywali się, by przepuścić przejeżdżający właśnie orszak. Głuche dudnienie końskich kopyt niosło się szerokim echem wzdłuż murów Wyrd.
Davrel ściągnął cugle.
Aidan zagwizdał przeciągle.
– No, no… – dodał. – Wygląda jakby ktoś szykował się do wojny.
Oczom podróżnych ukazał się kilkunastoosobowy oddział konnych. Ciemne sylwetki jeźdźców wyraźnie odcinały się od śnieżnego tła. Ich zbroje wykonane były ze skóry wzmocnionej metalowymi klamrami. Niektórzy przez plecy przerzucone mieli topory lub ciężkie maczugi. Ich twarze były surowe, zahartowane zimnem.
Wśród powiewających na czele pochodu barwnych sztandarów Davrel zauważył między innymi ośnieżony górski szczyt, zakrwawioną siekierę oraz srebrnego lisa na czarnym tle.
– Zdecydowanie delegacja z Tunst – szepnął Lys. – Wszędzie rozpoznam te zakazane gęby.
– Tunst? – zapytał Aidan.
– Najbardziej na zachód wysunięta prowincja Południa – wyjaśnił Davrel. – Rozciąga się wzdłuż Gór Działowych, a jej mieszkańcy słyną z wytrzymałości fizycznej i zamiłowania do walki.
– Co nie może dziwić – dodał Lys – jeśli wziąć pod uwagę ich nieustanne starcia z próbującymi przedostać się przez góry barbarzyńcami.
– Z których zrodziła się już niejedna legenda – wtrącił Remi. – I być może niebawem będziemy świadkami powstania kolejnej.
Bardziej niż zbrojni mężczyźni, uwagę Davrela zwróciła jednak jadąca w centrum oddziału drobna, młoda kobieta. Dosiadała czarnego rumaka, którego umaszczenie dziwnie kontrastowało z jej bladą cerą. Włosy miała jasne, rozpuszczone na plecach, a oczy zimne niczym stal. Rozglądała się wokoło w sposób, który sprawił, że szlachcicowi aż ciarki przeszły po plecach. Zupełnie jakby analizowała każdy skrawek przestrzeni pod kątem potencjalnych pułapek i możliwości obrony.
– Kawał chłopa – mruknął Aidan.
– Co? – Davrel zmarszczył brwi – Przecież to kobieta…
– Mówię o nim. – Ruchem głowy wskazał na jadącego za dziewczyną wojownika.
Był to prawdziwy olbrzym: bary miał szerokie niczym szafa, a jego krępa, masywna sylwetka ledwo mieściła się na koniu. Do tego krótkie, brązowe włosy i wyraźna blizna biegnąca od kącika ust aż po brodę.
Na jego widok były skazaniec nabrał powietrza w płuca.
– Oj, z tym to bym się chętnie zmierzył na rękę – rzucił zuchwale.
Lys spojrzał na niego z politowaniem.
– Ty? Na rękę? Z nim?
– A czemu nie? – Aidan wzruszył ramionami. – On ma dwie, ja też dwie. Proste.
– Czasem naprawdę nie potrafię powiedzieć kiedy żartujesz… – westchnął lekko Cartage.
Jeźdźcy minęli ich, nie zwalniając. Jadąca w środku kobieta rzuciła w stronę podróżnych krótkie, zimne spojrzenie. Jej oczy przesunęły się po ich twarzach, na żadnej nie zatrzymując się na dłużej niż na ułamek chwili. Mimo to, Aidan, Lys i Remi wzdrygnęli się lekko.
Dopiero gdy oddział zniknął w bramie, wszyscy trzej zgodnie odetchnęli z ulgą.
– Wojownicy z Tunst… – powiedział cicho bard. – Nie wiem, czy ich obecność powinna nas cieszyć, czy niepokoić.
– Jeśli tamten kolos będzie chciał walczyć na rękę, to ja się cieszę – z błyskiem w oku rzucił Aidan.
– Na szczęście nikt się ciebie o zdanie nie pyta – odpowiedział mu Lys.
Tymczasem Davrel spojrzał przed siebie. Na mury Wyrd, na rosnący gwar i setki ludzi, którzy zjeżdżali się tutaj z całego Południa.
– Jedźmy – powiedział półgłosem. – Zgromadzenie rodów niebawem się zacznie.
Minęli bramę i ruszyli wzdłuż głównej ulicy. Niemal natychmiast ich oczom ukazały się dziesiątki straganów, ustawionych w dwóch długich rzędach. A na nich naczynia z pieczonymi kasztanami, gorącym miodem pitnym, rybami wędzonymi na słodko i korzennymi przyprawami. A także słynne sery z Bree.
Każdy mijany handlarz krzyczał głośniej od poprzedniego, próbując przebić się przez ogólny zgiełk.
– I to jest miasto – cmoknął z uznaniem Aidan.
Przez chwilę jechali dalej w ciszy, przyglądając się stojącym przy ulicach kamienicom z kolorowymi fasadami. Z niektórych okien zwisały barwne girlandy splecione z jodłowych gałązek. Z innych dobiegały dźwięki muzyki albo donośne rozmowy.
W końcu ulica zaczęła piąć się w górę – ku centralnej dzielnicy, w której stały rezydencje najstarszych rodów Bree.
Siedziba Thundercloudów wyglądała jak twierdza. Zbudowana była z jasnego kamienia. Szeroka, wielokondygnacyjna, otoczona ogrodem, w którym sterczały zasypane śnieżnym puchem posągi dawnych lordów. Na powiewających nad bramą chorągwiach widniał ciemnozielony liść dębu na burzowym, granatowym tle. Zaś na wmurowanej w skalne bloki tablicy napis: Wiara i męstwo. Credo najważniejszego rodu prowincji.
Na widok zamku Aidan zagwizdał z uznaniem.
– No, no… to się dopiero nazywa dwór – powiedział. – Nie żebym miał coś do twojego… – dodał po chwili, spoglądając na Davrela.
Przed ciężkimi, rzeźbionymi wrotami stali strażnicy w zbrojach z herbem Thundercloudów. Davrel pokazał im otrzymany list. Nie zadawali pytań – skinęli tylko głowami, jakby wiedzieli, że większość gości przybywa tu tylko w jednym celu, i uchylili bramę.
Gdy mężczyźni wjechali na dziedziniec, Lys pochylił się lekko w siodle.
– No to zaczynamy – powiedział cicho, rozglądając się po zebranych wokoło przybyszach.
– A ten znowu swoje – mruknął Aidan. – Ale już wolę to twoje ciche knucie niż ciągły jazgot naszego słowika. Jeszcze trochę, a pękła by mi głowa.
Szlachcic słuchał ich bez słowa. Patrzył na wysoki budynek przed sobą – siedzibę rodu Thundercloudów. Przez moment odniósł wrażenie, jakby za jego progiem miało rozpocząć się coś znacznie większego niż wszystko, czego do tej pory doświadczył.
Coś, co mogło zmienić losy całego Południa.
Remi natomiast rozglądał się beztrosko.
– A więc… – powiedział, klaszcząc w dłonie. – Gdzie tu śpią bardowie?
Odpowiedziało mu milczenie.

†
Gdy Davrel i Lys przekroczyli próg dworu, chłodny powiew uderzył ich w twarze niczym oddech historii. Wewnątrz panował półmrok rozpraszany światłem wysokich świeczników przymocowanych do masywnych filarów. Nad ich głowami zwisały długie sztandary w barwach Thundercloudów – głębokiego granatu, na którym wyszyto ciemnozielony dębowy liść. Symbol władzy, siły i nieustępliwości.
Budynek był inny niż te, które Davrel znał z Kade. Bardziej surowy, ale pełen majestatu. Szeroki korytarz prowadził w stronę wielkiej sali, skąd dolatywał już głęboki, wielogłosowy gwar. Echa odbijały się od kamiennych ścian.
Za ich plecami strażnicy zamknęli ciężkie wrota.
Aidan i Remi zostali po drugiej stronie.
Na twarzy tego drugiego malowało się wyraźne rozczarowanie tym, iż nie został wpuszczony do środka. Były skazaniec trącił go łokciem pod żebra.
– Nie przejmuj się – powiedział. – Takie zebrania to i tak same nudy. Chodźmy lepiej na bazar, pomożesz mi z serem dla mojej Mariny.
Bard skrzywił się lekko, ale posłusznie potruchtał za towarzyszem.
Wewnątrz, Lys teatralnie poprawił kołnierz płaszcza i rozejrzał się po sieni.
– No dobrze, Gris – szepnął do Davrela. – Rób to, co ja a wszystko pójdzie gładko.
Szlachcic rzucił mu krótkie spojrzenie, ale nie odpowiedział. Szedł dalej, ostrożnie stawiając kroki na wypolerowanej posadzce z zielonkawego marmuru. Jego dłoń, niemal odruchowo, sięgnęła do pasa, jednak czarny miecz pozostał po drugiej stronie drzwi.
Gdy dotarli do wejścia wielkiej sali, gwar jeszcze wzrósł. Pomieszczenie wypełniały głębokie, splatające się ze sobą głosy mężczyzn i kobiet, dźwięki stukających o siebie pucharów, szelest jedwabnych sukien i futrzanych płaszczy. Komnata była ogromna, wysoka na dobre trzy piętra, z wewnętrznymi balkonami biegnącymi wokół całego obwodu i szeregiem wielkich okien, przez które wpadało blade światło zimowego dnia.
Pod sztandarami rodów Południa stały grupki debatujących szlachciców. Jedni gestykulowali żywo, inni szeptali z pochylonymi głowami. Jeszcze inni mierzyli się spojrzeniami – niczym dowódcy oceniający swoje szanse na polu bitwy.
Davrel zatrzymał się tuż za progiem.
Przesunął wzrokiem po obecnych na sali ludziach. Niektórych rozpoznawał z opisów Dariona, inne z opowieści Remiego i Lysa. Byli tu przedstawiciele rodów ze wszystkich pięciu prowincji. Huntingtonowie, MacPhersonowie, Mullerowie. Południe w całej swojej różnorodności i okazałości. Na twarzach części gości malował się entuzjazm, na części niepokój, ale na wszystkich – ciche napięcie.
Lys stanął obok twarzysza, nieco bliżej niż zazwyczaj.
– Cóż – szepnął. – Wygląda na to, że jesteśmy we właściwym miejscu.
I rzeczywiście – byli.
W samym środku politycznego serca wolnego Południa.
W tłumie znajdujących się w sali kobiet i mężczyzn Davrel dostrzegł znajomą postać.
Lord Christopher Blake stał wyprostowany nieopodal jednej z kolumn. Rozmawiał z mężczyzną, którego szlachcic nigdy wcześniej nie widział. Jego towarzysz był wysoki, miał ciemne włosy i krótką brodę, równo przystrzyżoną wokół kwadratowej szczęki. Jego surowe spojrzenie raz po raz omiatało komnatę oraz wszystkich obecnych w niej gości. Mężczyzna nachylił się w stronę Blake’a i powiedział coś szeptem. Na ramionach spoczywał mu ciężki, bogato zdobiony płaszcz z futrzanym kołnierzem.
W odpowiedzi lord z Whiterock tylko uśmiechnął się tajemniczo. Uniósł wzrok i zauważył przybysza z Arven. Ten kiwnął mu głową, nie podszedł jednak bliżej. Blake odwzajemnił skinienie, po czym wrócił do rozmowy. Z jego postaci emanowała ta sama pewność siebie, którą Davrel pamiętał z Brinvale.
Lys zauważył kierunek, w którym spogląda jego towarzysz i parsknął cicho.
– Wygląda na to – rzucił sucho – że Blake nie traci czasu. Już szuka sobie nowych sojuszników.
Szlachcic nie odpowiedział, wrócił za to do rozglądania się po sali. Jego wzrok przyciągnęła kolejna znajoma sylwetka. Ta sama blondwłosa kobieta, którą widzieli przy bramie, stała teraz bokiem do niego. Wzrokiem analizowała przestrzeń. Jej rysy były ostre, a spojrzenie zimne, nieprzejednane. Davrelowi wydało się jakby jakiś niewidzialny mur odgradzał ją od reszty zgromadzenia. Obok niej stał olbrzym z blizną na brodzie. Potężne ramiona trzymał skrzyżowane na piersi, przysłaniając ciałem połowę wiszącego za nimi sztandaru. Pod czarną koszulą rysowały się napięte mięśnie.
Rozmawiali urywanym szeptem, co jakiś czas gestykulując krótko. Oboje, bardziej niż pozostali obecni na uroczystości goście, sprawiali wrażenie wojowników szykujących się do bitwy.
– Rozpoznajesz ich sztandary? – szepnął Davrel do Lysa.
– Nie – odpowiedział Cartage. – Idris graniczy jedynie z Kade i Bree, dlatego nie znam zbytnio rodów z pozostałych dwóch prowincji.
– Mhm – mruknął cicho lord z Arven. Chciał jeszcze coś dodać, ale zamilkł, gdy na drugim końcu sali dostrzegł nagle Agnes van Bommel.
Stała nieopodal jednego z bocznych stołów, otoczona kilkoma damami. Gdy go zobaczyła, jej twarz rozpromieniła się natychmiast. Tak naturalnie, że aż zupełnie nie pasowała do napiętej atmosfery wokół.
Szlachcic odetchnął cicho i skierował się w jej stronę.
Agnes również ruszyła ku niemu, unosząc spódnicę, by uniknąć zaczepienia o podłoże. Gdy uścisnęli sobie dłonie, poczuł ciepło i delikatność jej skóry.
– Davrel! – powiedziała z szerokim uśmiechem. – Ojciec mówił, że przyjedziesz. Jak minęła podróż?
– Spokojnie – odparł. – Z wyjątkiem kilku… przygód po drodze.
Zaśmiała się lekko, dotykając jego ramienia.
– Południe rzadko pozwala się nudzić.
Przytaknął skinieniem głowy.
– A gdzie Darion? – zapytał. – Miał być tutaj wcześniej.
Kobieta wesoło przewróciła oczami.
– Zapewne spiskuje gdzieś z moim ojcem – odparła, unosząc brew. – Ostatnio mają tyle tajemnic, że zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zaplanowali już całego wesela.
– A więc się pogodziliście?
– Tak. Darion bywa nierozważny, ale to dobry człowiek. Kocham go.
Po tych słowach spojrzała na szlachcica i nagle spuściła wzrok.
– Przepraszam – wyszeptała. – Nie powinnam tak mówić, kiedy ty… kiedy Lysia…
Nie dokończyła, gdyż w tej właśnie chwili podszedł do nich nieznany Davrelowi mężczyzna. Był średniego wzrostu, ale postawny, o krótkich, rudych włosach, twarzy pełnej energii i spojrzeniu człowieka, który rzadko traci panowanie nad sytuacją.
– Agnes! – przywitał się ciepło. – Cieszę się, że cię widzę.
Następnie odwrócił się w stronę stojącego z nią szlachcica i wyciągnął rękę.
– Dav, poznaj proszę lorda Matthew O’Connella z Therm – przedstawiła go van Bommelówna. – Matt, to sir Davrel Gris z Arven, przyjaciel Dariona.
Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. Chwyt O’Connella był silny, ale serdeczny.
– Gratuluję pomysłu z hodowlą koni. Choć w Kade są do tego doskonałe warunki, nikt przed panem nigdy o tym nie pomyślał.
– Skąd…?
– Skąd wiem? – zaśmiał się rudzielec. – Bo pierwsze źrebaki, które kupiłeś, pochodzą od moich klaczy. A ja zawsze bardzo dokładnie sprawdzam komu powierzam swoje zwierzęta.
Uśmiechnął się z miną człowieka, przed którym nic się nie ukryje.
Lord z Arven odpowiedział tym samym, czując jak mimowolnie wzbiera w nim sympatia do stojącego naprzeciw lorda. Chciał jeszcze o coś zapytać, ale w tym momencie w sali rozbrzmiał głośny dźwięk uderzenia metalowych prętów o posadzkę. O’Connell spojrzał w tamtym kierunku.
– Lepiej zajmijcie miejsca – poradził poważnie, a jego głos nabrał bardziej oficjalnego tonu. – Zaraz się zacznie.
Po tych słowach odmaszerował w stronę pierwszych rzędów, gdzie czekała już na niego brązowowłosa dama.
Davrel uprzejmie pożegnał się z Agnes, po czym ruszył na poszukiwanie Lysa.
Znalazł go stojącego w cieniu jednego z balkonów, czujnym wzrokiem lustrującego zgromadzenie.
– Uważaj na tego szlachcica – syknął Cartage, gdy stanęli obok siebie.
– Dlaczego? Coś z nim nie tak?
– Jest rudy.
Davrel rzucił mu krótkie, rozbawione spojrzenie.
Komnatę znów przeszył metaliczny dźwięk. Wszyscy zasiedli na miejscach. Szmery ucichły, a wpadające przez strzeliste okna światło wydało się nagle bardziej blade, chłodniejsze.

†
Powietrze w głównej sali dworu gęste było od cichego napięcia. Dziesiątki spojrzeń krążyły po sztandarach, po twarzach sąsiadów, po pustym jeszcze podeście w centrum komnaty, gdzie za chwilę stanąć miał ten, który wszystkich ich tu zaprosił. Ostatnie szepty zamieniły się w milczące wyczekiwanie. Czuć było, że większość zgromadzonych przybyła tu w poczuciu, iż najbliższe godziny odmienić mogą losy ich prowincji. A nawet całego Południa.
Po chwili, z prawej części sali dobiegł szmer, a potem odgłos kroków. Pewnych, miarowych, jakby ich brzmienie wybijało rytm życia całego dworu. Z cienia wysunęła się postać w ciemnym płaszczu i zajęła miejsce na środku podestu. Wszystkie oczy natychmiast skierowały się w stronę mężczyzny. Davrel rozpoznał go natychmiast. Miał tę samą poważną twarz i twarde spojrzenie, które należały do rozmówcy lorda Blake’a.
– Wielmożni lordowie, szanowne damy – odezwał się Gron Thundercloud, a jego głos, głęboki i donośny, poniósł się daleko w głąb komnaty. – Drodzy goście i… przyjaciele. Witam was w domu Thundercloudów.
Rozejrzał się powoli, w sposób, który sprawił, że część obecnych odruchowo wyprostowała się na krzesłach.
– Wiem, że wielu z was ma za sobą długą drogę i mocno odczuwa trudy zimowej podróży. Dlatego będę mówił krótko i do rzeczy.
Ponownie zamilkł na chwilę. Spojrzał na zebrany w sali tłum, jakby chciał sprawdzić, jaki efekt wywołały do tej pory jego słowa. Następnie, przełknął ślinę i mówił dalej.
– Wszyscy wiemy, co wydarzyło się w Brinvale. Wiemy o zabójstwie namiestnika.
Davrel obrzucił siedzącego obok Lysa szybkim spojrzeniem. Mężczyzna słuchał uważnie, a jedynym przejawem jakichkolwiek przeżywanych przez niego emocji była lekko nabrzmiała żyła na jego skroni.
– Tak samo dobrze jak ja, zdajecie sobie również sprawę, że Semenia nie daruje Południu tej zniewagi – kontynuował Thundercloud, a po jego słowach przez salę przeszedł cichy szmer. – Wielu z was już chwyciło za broń. Nie tylko Idris i Kade, ale też Therm, Bree i Tunst wyzwoliły się spod jarzma najeźdźcy! Dlatego właśnie stoimy przed okazją, jakiej Południe nie widziało od pokoleń. Król Gordon jest słaby i chory. Jego dwór – skłócony…
Uśmiechnął się chłodno.
– Jednak, żeby w pełni wykorzystać szansę, którą darował nam los, potrzebna abyśmy stali się jednością. Nie pięcioma prowincjami Nowego Południa, jak chcą nasi wrogowie, ale jednym narodem!
Wyprostował się jeszcze bardziej.
– Najwyższy czas oficjalnie ogłosić niepodległość Południa!
Na moment w tłumie zapadła głucha cisza. A potem salę przecięły pierwsze okrzyki.
– Wolne Południe!
– Nareszcie!
– Niech żyje Południe!
Głosy narastały, aż w końcu przeszły w gromki wiwat, który odbił się echem od kamiennych sklepień dworu Thundercloudów.
Davrel nie klaskał. Patrzył tylko, chłodno i uważnie. Czuł, że to jeszcze nie koniec.
Po chwili gospodarz uniósł dłoń, by uspokoić tłum. Na jego twarzy widniał teraz cień satysfakcji. Gdy wokoło zrobiło się całkowicie cicho, przemówił ponownie.
– Aby jednak zapewnić Południu przyszłość na jaką zasługuje, musimy zrobić jeszcze jedną rzecz… – zawiesił na chwilę głos, a następnie dodał donośnie: – Wybrać własnego króla!
Ostatnim słowom znów towarzyszył wybuch owacji, jednak tym razem krótszy. Jakby tuż za nimi pojawiło się niewypowiedziane pytanie – kto będzie nowym królem?
Doskonale wyczuwając panujący w komnacie nastrój, lord Gron Thundercloud odezwał się po raz kolejny.
– Wybór nie będzie łatwy, jednak wierzę, że wspólnymi siłami uda nam się wyłonić właściwego kandydata. Dlatego spotkamy się tu jutro z rana i rozpoczniemy narady. A teraz…
Po raz pierwszy jego głos złagodniał.
– Zapraszam wszystkich na ucztę. Niechaj ta noc będzie naszą pierwszą jako wolnych ludzi!
To powiedziawszy, zszedł z podestu i równie pewnym krokiem jak się pojawił, przeszedł do sąsiedniej sali.
Davrel podniósł się z krzesła i nie oglądając się na nikogo skierował się w stronę wyjścia.
Na dziedzińcu dworu panował przejmujący chłód. Słońce już zaszło, a dzień powoli chylił się ku końcowi. W ciszy słychać było jedynie parskanie koni w stajni i miarowe kroki strażników na murze.
Szlachcic rozejrzał się wokoło w poszukiwaniu Aidana, lecz mężczyzny nie było nigdzie w pobliżu.
Wciągnął do płuc mroźne, grudniowe powietrze.
Przypomniał sobie słowa Grona Thunderclouda oraz towarzyszące im wybuchy euforii. A jednak nie wszyscy zebrani podzielali ten entuzjazm. Wśród zabranych na sali lordów Davrel wypatrzył i takich, którzy nie wiwatowali. Siedzieli sztywno na swoich miejscach, a ich twarze wyrażały dezaprobatę lub lęk.
Gdy zbliżył się do bramy, dostrzegł znajomą, niezdarnie chwiejącą się postać. Remi Novik, wśród bardów słowik, wspiął się na niestabilną stertę skrzyń ułożonych przy murze i przez jedno z okien próbował zaglądać do wnętrza dworu. Złożone w daszek dłonie przyciśnięte miał do czoła.
– Remi? – zawołał Davrel, unosząc brew.
Mężczyzna wzdrygnął się tak gwałtownie, że pudło pod jego stopami przechyliło się, a cała misterna konstrukcja zawaliła z głuchym łoskotem. Bard runął prosto w błoto dziedzińca.
Wstał szybko, otrzepując płaszcz z godnością, która kompletnie przeczyła temu, co właśnie się stało.
– Davrel, w końcu cię znalazłem! – oznajmił z dumą, jakby upadek od początku był elementem jego planu. – A zatem… opowiadaj! Wszystko po kolei. Co postanowili? Kto krzyczał? Kto się pocił? A kto wyglądał jakby miał zaraz zemdleć?
– Remi… – westchnął szlachcic z półuśmiechem.
– Wiem, że coś się tam wydarzyło! – z niezmąconym entuzjazmem ciągnął bard. – To było czuć po atmosferze! I widać po minach! Po drżących dłoniach! No i po okrzykach, które pewnie słychać było aż w Karthalion. Zresztą… już czuję, jak rodzi się we mnie ballada. Wielka pieśń o wolnym Południu! Tylko brakuje mi jeszcze, hmm… słów… Nie, inspiracji! Tak! Do stworzenia czegoś tak wspaniałego potrzebny jest nie tylko podniosły nastrój, ale i staranne przygotowanie!
Wykonał teatralny gest dłonią.
Davrel spojrzał na niego wzrokiem, w którym zdziwienie walczyło z rozbawieniem.
– Dlatego właśnie – Remi zawahał się na moment – odwiedzimy Wielką Bibliotekę w Wyrd! To największy zbiór ksiąg i zwojów na południe od Lemne. W otoczeniu tak zacnych tekstów na pewno odnajdę wenę.
Zbliżył się do Davrela.
– To jak? – zapytał z błyskiem w oku. – Idziesz?
Mężczyzna skinął głową.
– A co mi tam – odpowiedział, naśladując twardy, północny akcent Aidana.
Zbliżyli się do bramy dworu, gdzie strażnicy oddawali wychodzącym ich broń. Jeden z nich wręczył Davrelowi jego, ukryty w prostej, skórzanej pochwie, czarny miecz. Szlachcic natychmiast przypiął go do pasa, czując u boku znajomy, uspokajający ciężar.
W tym samym momencie minął ich mężczyzna w szacie w barwach Kade – złocistej żółci i błękitu, przetykanej delikatnym białym haftem. Nieznajomy skinął Davrelowi z szerokim uśmiechem.
– Sir Gris… – powiedział tonem, w którym pobrzmiewał szacunek, ale też coś na kształt dumy. – Czarny Miecz z Arven, prawda? To zaszczyt spotkać.
Skłonił się lekko, po czym przeszedł na druga stronę bramy.
Remi zamarł w pół kroku, otwierając usta tak szeroko, że przez chwilę wyglądał jak ktoś, kto właśnie połknął śnieżkę. Oczy niemal wyszły mu z orbit.
– Jak… jak on cię nazwał? – wyszeptał.
Davrel westchnął cicho.
†
Późne popołudnie powoli przechodziło w wieczór, gdy Davrel i Remi przekroczyli próg Wielkiej Biblioteki w Wyrd. Wnętrze przywitało ich chłodem i zapachem starego pergaminu, jakby powietrze od wielu lat nie było tu poruszane inaczej niż szmerem kartkowanych ksiąg. Wysokie, ciągnące się aż pod sklepienie regały rzucały długie, ciemne cienie. W ich labiryncie migotały pojedyncze płomienie, ustawionych na znajdujących się we wnętrzu stołach, świec. Wiele tomów pokrytych było kurzem, a w niektórych kątach widać było pajęczyny.
Remi zatrzymał się tuż za drzwiami, wciągając głośno powietrze, jakby znalazł się w jakiejś dawno zaginionej świątyni. Poza nimi i starym bibliotekarzem w budynku nie było nikogo.
– I po co właściwie tu przyszliśmy? – zapytał Davrel, opuszczając kaptur. W panującej w budynku ciszy jego głos zabrzmiał zaskakująco wyraźnie.
– Po inspirację, oczywiście! – odparł bard lekko oburzonym tonem, jakby dziwił się, że jego rozmówca w ogóle pyta o coś tak trywialnego. – A nic, ale to nic, nie inspiruje bardziej niż Kroniki Olwerni. – dodał, poprawiając rękawy płaszcza.
– Olwerni? – szlachcic zmarszczył brwi.
Remi odwrócił się do niego z teatralnym gestem, jak nauczyciel udzielający wykładu wyjątkowo opornemu uczniowi.
– To dawna nazwa Południa, mój drogi przyjacielu. Sprzed czasów Semenii. Sprzed podboju. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Ach, to były czasy! Bohaterowie, bitwy, epickie zdrady, tragiczne romanse…
– Brzmi prawie jakbyś tam był… – mruknął rozbawiony Davrel.
– Niestety nie. – Twarz jego rozmówcy posmutniała na moment. – Ale na szczęście wszystko zostało spisane. I udokumentowane. A teraz czeka tylko na to, by ktoś o tym śpiewał!
Nucąc pod nosem melodię, której lord z Arven nie rozpoznał, a która przypominała jakąś autorską improwizację, ruszył w stronę jednego z bocznych regałów. Po chwili zniknął między półkami, pozostawiając towarzysza samotnego w ogromnej, nieco posępnej przestrzeni.
Dookoła zrobiło się nagle nienaturalnie cicho.
Szlachcic ruszył powoli, przesuwając dłonią po grzbietach mijanych ksiąg.
Zaskoczyło go, jak wiele z nich wyglądało na dużo starsze, niż spodziewał się znaleźć w takim miejscu. Niektóre oprawione były w wytartą skórę, inne w ciemne, niemal czarne drewno o błyszczącej powierzchni. Ich złocone tytuły połyskiwały w świetle świec – jedne we wspólnej mowie, inne w dialektach, których nie znał, a czasem w alfabecie, którego nawet nie umiał odczytać.
Wtem jego wzrok zatrzymał się na opasłym tomie z czerwoną obwolutą i srebrnym tytułem biegnącym wzdłuż grzbietu.
Wygnanie elfów.
Coś w środku mężczyzny drgnęło. Palce same powędrowały ku księdze.
Wyjął ją ostrożnie, jakby w obawie, że ta może się rozsypać. Cymelium okazało się być jednak w zaskakująco dobrym stanie.
Davrel odnalazł niewielki stolik przy oknie, zapalił świecę i usiadł. Przez chwilę patrzył w płomień, pozwalając myślom uspokoić się po pełnym napięcia dniu. W dole pleców poczuł lekki ból. Trudy ostatnich kilku, spędzonych głównie w siodle, dni powoli zaczynały dawać o sobie znać.
Otworzył księgę i zaczął czytać. Opowiadała historię, którą znał z opowiadań księcia Nyrsila, ale tym razem przedstawiona była ona z perspektywy nie elfów, a ludzi.
Zmrużył oczy, aby lepiej przystosować je do słabego oświetlenia biblioteki. Litery z początku układały się wyraźnie. W miarę jak zagłębiał się w tekst, zaczęły jednak delikatnie falować.
Spojrzenie Davrela stało się ciężkie, głowa przechylała mu się do przodu, a linie tekstu mieszały z obrazami, których nie widział od lat.
Płomień świecy zamigotał gwałtownie, a potem zgasł.
Cicha i spokojna ciemność biblioteki, otuliła go miękko niczym aksamit.
---
Światło popołudniowego słońca odbijało się na powierzchni fontanny, rozpryskując się na tysiące drobnych, tańczących iskier. Davrel siedział na kamiennym brzegu, trzymając w dłoni cienki patyk, którym rysował kręgi na powierzchni wody. Był spokojny, zatopiony w myślach – do czasu, gdy usłyszał szybkie, niemal przecinające powietrze kroki.
– Davrel! – rozległ się znajomy głos.
Dara’lana radośnie podbiegła do młodzieńca. Jej jasne włosy falowały na wietrze, policzki miała zaróżowione od wysiłku i emocji. Za szpiczastym uchem tkwił zatknięty pojedynczy, jasnoróżowy goździk. Zatrzymała się dopiero tuż przed fontanną, z trudem łapiąc oddech.
– Wreszcie cię znalazłam! – wyrzuciła z siebie, jakby obawiała się, że jeśli zwolni, eksploduje z nadmiaru wrażeń.
– Lana! Co się stało? – chłopak wstał z uśmiechem na twarzy, gotów na wszystko – od dobrej nowiny po kolejny z jej szalonych pomysłów.
Elfka rozłożyła ręce, jakby chciała objąć nimi cały świat.
– Ojciec dostał list ze stolicy! Elthan został wybrany!
– Wybrany? – powtórzył szlachcic, wciąż niepewny, czy to powód do radości czy lęku.
– Tak! To już postanowione! – Jej oczy błysnęły radością. – Mój brat ma zostać uczniem samego Najwyższego Arcymaga Wody. Wkrótce wyruszy do stolicy!
Davrel uniósł brwi – po dwóch latach spędzonych wśród elfów, doskonale zdawał sobie sprawę jak wielki zaszczyt spotkał jego przyjaciela.
– Elthan przynosi chlubę całemu rodowi Nyrsila – powiedział z uznaniem.
– Ale to jeszcze nie wszystko… – Jego rozmówczyni zrobiła krok bliżej, a jej głos stał się nagle cichszy – ojciec zgodził się, żebym pojechała tam z nim.
Przez twarz młodzieńca przemknął cień.
– Do stolicy? – zapytał.
– Tak! Wreszcie zobaczę słynne pałace w Vel’Lindoreth. To wszystko jest takie… niesamowite! – Tanecznym krokiem zakręciła się wokół własnej osi, a potem zatrzymała nagle spoglądając na stojącego przy fontannie towarzysza. – A ty? Czy ty też pojedziesz z nami?
Davrel zamarł.
W jej pytaniu zwierało się wszystko – ciekawość, nadzieja, prośba i to miękkie, ledwo uchwytne coś, czego wtedy nie potrafił jeszcze nazwać.
– Davrel? – powtórzyła łagodnie, przyglądając mu się uważniej. – Wszystko w porządku?
Świat wokół na moment ucichł. Nawet woda w fontannie zdała się przestać płynąć.
---
Zapach starych ksiąg był tu mocniejszy niż w jakimkolwiek innym miejscu, które chłopak znał. Biblioteka w Vel’Lindoreth była ogromna, a jednocześnie pełna ciepła i światła, jakby gromadzona przez pokolenia wiedza napełniała ją jakąś magiczną aurą.
Blask lamp oliwnych rozlewał się złotymi smugami po filarach, tworząc wrażenie, że każdy regał skrywa w sobie własne fantastyczne historie.
Davrel siedział przy długim stole, ledwie widoczny zza opasłego tomu, który trzymał w dłoniach. Przy każdym przewróceniu kartki szeleściły cicho, niczym skrzydła drobnego ptaka.
Panującą w pomieszczeniu ciszę przerwał dźwięczny męski glos.
– A ty znowu to samo?
Młodzieniec uniósł wzrok.
Po drugiej stronie stołu siedział młody elf o jasnych włosach i oczach tak niebieskich, że przypominały taflę zamarzniętego jeziora.
Elthan patrzył na przyjaciela z lekkim, ale życzliwym rozbawieniem.
– Chyba nigdy nie zrozumiem, dlaczego tak bardzo interesują się opowieści o wojnach – dodał w zamyśleniu.
– Sam nie wiem – odpowiedział Davrel, wzruszając ramionami. – Może po prostu lubię historię.
Elf odsunął trzymaną księgę na bok.
– Lubić historię a szukać jej w wojnach to dwie różne rzeczy.
Szlachcic nie zdążył odpowiedzieć.
– Największymi królami ludzi – wtrąciła cicho Dara’lana, nie patrząc ani na Davrela, ani na Elthana – byli ci, którzy pamiętali, skąd się wywodzą.
Opuszkami palców musnęła dłoń siedzącego obok chłopaka. Lekko, ciepło, miękko – jakby chciała dodać mu otuchy.
– Nie przejmuj się moim bratem – rzuciła wesoło. – On zawsze widzi szklankę do połowy pustą.
– A ty zawsze odzywasz się, choć nikt cię o to nie prosił – odciął się najmłodszy z synów Nyrsila. – Mądrala się znalazła.
Przewrócił teatralnie oczami, choć na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.
– Ale wydaje mi się, że na dzisiaj wszystkim nam już wystarczy mądrości. Chodźmy coś zjeść – dodał, zamykając z hukiem leżący obok niego tom.
---
Głuchy odgłos uderzenia wybudził Davrela ze snu.
Otworzył oczy gwałtownie, jak ktoś, kto zbyt nagle powrócił do rzeczywistości. Przez ułamek chwili nie wiedział, gdzie jest. Zapach starych zwojów mieszał się z chłodem kamiennych ścian… A przecież jeszcze przed momentem czuł na skórze delikatny dotyk Dara’lany.
Zamrugał dwukrotnie, a świat na powrót nabrał ostrości.
Nie było już ani fontanny, ani biblioteki w Vel’Lindoreth. Jedynie ta w Wyrd. Zimna, zakurzona i spowita w ciemnościach.
Nie wiedział jak długo spał, szybko zauważył jednak wpadające przez brudne okna księżycowe światło. Wieczór już dawno minął.
Mimo to, nocną ciszę zakłócały jakieś dźwięki.
Davrel usłyszał kolejne uderzenie – jakby coś masywnego poruszyło się między regałami. Odruchowo pochylił się nad stołem, szukając wzrokiem źródła dźwięku.
– Halo? – rzucił głosem, w którym pobrzmiewały jeszcze resztki snu. – Jest tu kto?
Cisza.
Tak gęsta, że aż zdawała się pochłaniać wypowiadane słowa.
Rozejrzał się ponownie. Świeca przy jego stoliku stała tam, gdzie ją postawił. Na nowo rozniecił jej płomień.
– Remi? – spróbował jeszcze raz. – Czy to ty?
Nic.
Z biblioteki nie dobiegał teraz nawet najmniejszy szelest.
A jednak w oddali Davrel zauważył jakiś błysk. Niewielki ognik na końcu korytarza prowadzącego do przyległej sali.
Przywołane instynktem napięcie rozeszło się po jego mięśniach. Wstał powoli, zsuwając się z krzesła tak cicho, jak tylko potrafił. Nie miał przy sobie miecza – do biblioteki nie wolno było wnosić broni. Odruchowo przesunął palcami wzdłuż grzbietów stojących na najbliższym regale ksiąg i chwycił jedną z nich – ciężki, oprawiony w ciemną skórę tom. W razie potrzeby… może wystarczy.
Ostrożnie ruszył w stronę korytarza, z którego dolatywał blask. Stąpał bezszelestnie, z ramionami lekko napiętymi i palcami mocno zaciśniętymi na trzymanej księdze. W półmroku światło świecy rzucało długie, drżące cienie, które przesuwały się po ścianach niczym żywe istoty.
Prawie dodarł już do źródła światła, gdy wtem za rogiem usłyszał cichy szmer.
Odstawił świecę na najbliższą półkę, wziął głęboki oddech i, uniósłszy księgę, wyskoczył spomiędzy regałów. A potem zamarł.
Naprzeciw niego stała drobna kobieta o jasnych włosach. Ta sama, którą widział wcześniej przy bramie do Wyrd i w posiadłości Thundercloudów. Jej blond włosy połyskiwały w świetle świecy, a blada skóra odbijała jego blask niczym porcelana. Policzki miała zaróżowione – od zimna albo od wysiłku.
Zacisnęła palce na trzymanej w dłoniach księdze i odsunęła się o pół kroku.
– Myślałam… że nikogo tu nie ma – powiedziała cicho.
Davrel uniósł wolną rękę w uspokajającym geście.
– Przepraszam, jeśli cię wystraszyłem. Chyba przysnąłem podczas lektury. A potem obudził mnie hałas. Chciałem sprawdzić, co się dzieje i…
Nie zdążył dokończyć.
Kątem oka dostrzegł jakiś ruch.
Drugi cień mignął między półkami po lewej stronie. Szybki, krótki, zbyt płynny, by mógł należeć do Remiego. Nie rozpoznał intruza, jednak w księżycowej poświecie wydało mu się, że dostrzegł błysk rudej czupryny.
– Widziałam cię dziś przy bramie – powiedziała szybko blondynka, jak gdyby chciała odwrócić jego uwagę od ciemnej sylwetki. W jej głosie czuć było lekkie napięcie. – I w posiadłości Thundercloudów.
– Rzeczywiście. – Davrel ponownie odwrócił się w jej stronę i kiwnął głową. – To było emocjonujące posiedzenie.
Odpowiedziała mu podobnym gestem.
– Jestem Sonya de Winter z Tunstvar – oznajmiła, wyciągając rękę.
– Davrel Gris – przedstawił się, ostrożnie ujmując jej dłoń.
Sonya uśmiechnęła się z półcienia.
– Wiem, kim jesteś – powiedziała cicho. – Czarny Miecz z Arven.
Mężczyzna na chwilę zamarł, jednak głos kobiety brzmiał naturalnie. Nie było w nim ani kurtuazji, ani wrogości. Jedynie subtelne zainteresowanie.
– Co robisz w bibliotece o tak późnej porze? – zapytał, chcąc zmienić temat rozmowy.
– W Tunst ceni się nie tylko tężyznę fizyczną – odparła, unosząc brodę. – Ale też bystrość umysłu. Przyszłam poczytać.
– Musiałaś zatem mieć surowych nauczycieli – zauważył, wskazując na trzymaną przez nią księgę – skoro kazali ci czytać do góry nogami.
Kobieta spojrzała na znajdujący się w jej dłoniach tom, a jej policzki niemal natychmiast oblały się rumieńcem.
– Przynajmniej w Tunst – odcięła się równie szybko – nie jadamy ślimaków.
Tym razem to wzrok Davrela powędrował do chwyconego przez niego w pośpiechu tomu.
Jak przyrządzić winniczka? – 1001 przepisów na dania ze ślimakami – dumnie głosił tytuł.
Mężczyzna parsknął.
Sonya również.
Ich śmiech – szczery, choć z odrobiną zmieszania – odbił się echem od sufitów biblioteki.
– Chyba powinienem już iść. – powiedział w końcu Davrel. – Zdaje się, że już późno.
Kobieta w milczeniu skinęła.
– Myślę, że i tak zobaczymy się jutro – dodał jeszcze, odwracając się w stronę drzwi.
Kiedy wychodził z biblioteki, w progu niemal zderzył się z idącą z przeciwnej strony postacią. Spojrzał na nią zaskoczony.
Na schodach stał wojownik, którego wcześniej widział w towarzystwie Sonyi – szerokie bary, blizna na brodzie, ostre, czujne spojrzenie.
Mężczyzna zmrużył oczy, a potem jakby rozpoznał Davrela.
– Szukam lady de Winter – powiedział twardym, chropowatym głosem. – Nie widziałeś jej w środku? Mówiła, że idzie poczytać.
Szlachcic zawahał się na sekundę. A potem odpowiedział:
– Nie. Właśnie stamtąd wychodzę. W bibliotece jest pusto.
Osiłek skinął głową, odwrócił się, a potem, ze zwinnością, o którą nikt by go nie podejrzewał, zbiegł z oblodzonych schodów.
Lord z Arven obserwował go jeszcze przez krótką chwilę, po czym wsunął dłonie w rękawice. Ruszył w stronę gospody, w której, zgodnie z informacjami od Remiego, Aidan zarezerwował dla nich nocleg.
Noc była cicha, zimna i bezchmurna, a Davrel czuł, że następujący po niej dzień przyniesie wszystkim zupełnie nowe emocje.

†
Choć dzień był jasny, to poranne, grudniowe powietrze szczypało w policzki swoim mroźnym dotykiem. Na dziedzińcu dworu Thundercloudów wrzało już od wczesnych godzin: konie w stajni parskały, słudzy krążyli między bramą a głównym wejściem, zaś szlachcice z różnych prowincji prowadzili między sobą ściszone rozmowy. W panującej wokół atmosferze wyczuwało się nerwową ekscytację.
Davrel przecisnął się przez grupkę elegancko ubranych lordów z Therm i wszedł do budynku. Wielką salę wypełniał jednolity szmer. Większość delegatów zajęła już swoje miejsca na ustawionych przed centralnym podestem, obitych miękkim pluszem, krzesłach. Na podwyższeniu stała zaś czarna tablica, obok której leżały kawałki kredy. Nad wszystkim górowały okazałe sztandary pięciu prowincji – złoto i ciemna zieleń Bree, szkarłat Idris, złocista żółć i błękit Kade, śnieżna biel Therm, oraz czerń i srebro Tunst.
Davrel przechodził akurat wzdłuż stojącego z boku sali stołu, gdy zobaczył uniesioną rękę.
Darion siedział w jednym ze środkowych rzędów, nonszalancko opierając się o poręcz krzesła.
– Tutaj, Dav! – zawołał, machając entuzjastycznie.
Szlachcic przywitał się i zajął miejsce obok niego.
Po chwili mężczyzna szturchnął go łokciem.
– Widzisz tę ładną blondynkę przed nami? – zapytał, wskazując brodą na drugi rząd z przodu. – Wiesz może kto to jest?
Szlachcic nie musiał się nawet przyglądać. Smukła, dumnie wyprostowana sylwetka oraz jasne, ściągnięte w prosty warkocz, włosy nie pozostawiały wątpliwości co do tożsamości kobiety.
– To lady Sonya de Winter – odpowiedział spokojnie. – Z prowincji Tunst.
Jego przyjaciel uśmiechnął się kątem ust, jak ktoś, kto właśnie otrzymał potwierdzenie wyjątkowo soczystej plotki.
– A więc to jest ta słynna Żelazna Dama z Tunstvar… – mruknął. – Teraz rozumiem, czemu wśród niektórych rodów szepcze się, że Matt O’Connell ma z nią romans. Muszę przyznać – niczego sobie.
Davrel zmarszczył brwi.
– O’Connell? – rzucił nieco zbyt sucho.
Hodowca winorośli był jednak zbyt rozentuzjazmowany, by zauważyć zmianę w głosie swojego rozmówcy.
– Matthew O’Connell z Therm, przyjaciel Agnes – wyjaśnił rzeczowo. – Ten, od którego załatwiłem ci konie. Pamiętasz? A swoją drogą, jak ci idzie hodowla?
Davrel nie odpowiedział. Spojrzał w kierunku siedzącej przed nimi blondynki, przypominając sobie wydarzenia poprzedniego wieczora.
Zmarszczył czoło.
W tym samym momencie wewnątrz sali rozległ się metaliczny dźwięk uderzenia laski o kamień. Rozmowy ucichły niczym ucięte nożem.
Na środek podestu wyszedł mężczyzna, jednak tym razem nie był to Gron Thundercloud. W zwalistej, nieco otyłej sylwetce Davrel natychmiast rozpoznał Edwina van Bommela.
Handlarz wszedł na podwyższenie z naturalną swobodą człowieka, dla którego słowo niemożliwe oznacza jedynie drobną przeszkodę w interesach. Jego bogato haftowana szata połyskiwała w blasku świec, a uśmiech był tak szeroki, jakby ojciec Agnes właśnie dowiedział się o rekordowym zamówieniu na ser.
– Drodzy goście! – zaczął, rozkładając teatralnie ramiona, jak gdyby chciał objąć nimi całe zgromadzenie. – Wszyscy wiemy, czemu tu jesteśmy! Dzisiaj dzień wielkiej decyzji! Dzień, w którym Południe obierze wreszcie drogę ku dobrobytowi, stabilności i rozkwitowi!
Głos miał donośny, wyćwiczony latami handlowej praktyki.
– Bo cóż znaczy wolność bez bezpieczeństwa? I czymże jest pokój bez mądrego gospodarza? Albo przyszłość bez wizji?
Nie czekał na odpowiedź. Jego ton wskazywał, że i tak zna już tę jedyną właściwą.
– A skoro mówimy o wizji… – kontynuował, wskazując na siedzącego w pierwszym rzędzie mężczyznę – nie mogę nie wspomnieć osoby, która, niczym skalny fundament, od lat dźwiga na swych barkach losy prowincji Bree.
Kilka głów odwróciło się w stronę wskazanej postaci.
– Gron Thundercloud! – zawołał van Bommel z emfazą. – Człowiek, który udowodnił, że Południe może być silne nie tylko mieczem, ale też pracą, prawem, porządkiem i… – uniósł palec – rozwojem!
Kolejne zdania brzmiały jak lista zalet najlepiej sprzedającego się towaru:
– Stabilność! Przewidywalność! Wieloletnia lojalność wobec ludności Bree! Handel, który wreszcie kwitnie – i to uczciwie, dodajmy!
– A niech mnie – mruknął wesoło Darion. – Zdecydowanie zna się na rzeczy.
Davrel przytaknął. Van Bommel rzeczywiście brzmiał, jakby właśnie zachwalał swój najlepszy towar, a nie przedstawiał sylwetkę kandydata na przyszłego króla całego Południa. Robił to jednak w sposób tak naturalny i autentyczny, że magii jego słów trudno było się oprzeć.
– Dlatego z dumą ogłaszam, że kandydatem całej prowincji Bree do tronu Wolnego Południa jest sam Gron Thundercloud!
Kilka osób zaklaskało, ktoś zagwizdał z uznaniem. Były to jednak raczej pojedyncze wiwaty niż fala entuzjazmu. Wszyscy aż za dobrze zdawali sobie sprawę z tego, że to dopiero początek debaty.
Nie zrażony tak lichym aplauzem, handlarz odwrócił się i szerokim gestem uniósł rękę.
– Gorąco zachęcam pozostałe rody do poparcia tego wyboru. Niech przyszłość Południa będzie tak solidna, jak fundamenty, które z takim oddaniem położył w Bree nasz kandydat!
Już otwierał usta do kolejnego zdania, gdy z sali rozległ się chłodny, kobiecy głos:
– Wystarczy.
Słowo to wypowiedziane zostało niezbyt głośno, lecz z wyraźną mocą. Cała sala natychmiast zamilkła.
– Dziękujemy panie van Bommel za tak niezwykle obrazową prezentację – powiedziała chłodno Sonya de Winter, obrzucając handlarza swoim badawczym spojrzeniem. – Wydaje mi się, że zrozumieliśmy.
Ojciec Agnes rzucił jej wściekłe spojrzenie. Wyglądał jakby przerwano mu w najważniejszym momencie, gdy już finalizował transakcję. Cofnął się jednak o kilka kroków, robiąc jej miejsce na podium.
– Południe nie potrzebuje kupca – zaczęła Żelazna Dama, a w sali rozległ się szmer. – Jesteśmy na skraju wojny z Semenią. – Jej głos nabrał ostrości. – Naszymi wrogami będą żołnierze, a nie handlarze. Złoto i piękne słowa nie zdołają nas obronić.
Zamilkła na chwilę.
W tłumie ktoś kaszlnął, ktoś inny pochylił się, by lepiej widzieć.
– Nowym królem powinien być człowiek, który stanie na czele armii, a nie usiądzie do stołu negocjacyjnego. Dlatego kandydatem, którego wam proponuję jest sir Taron Guntir.
Odwróciła głowę i wskazała na postawną sylwetkę stojącego w orszaku lordów z Tunst wojownika. Mężczyzna wyszczerzył zęby w uśmiechu, a blizna na jego brodzie naprężyła się nabierając koloru purpury.
Przez salę przeszedł kolejny, tym razem wyraźniejszy, szmer.
Nadal stojący obok Sonyi, van Bommel odzyskał nagle kupiecką grzeczność. Pochylił się lekko, udając uprzejmość.
– Oczywiście… oczywiście… każdy szlachetnie urodzony ma prawo ubiegać się o tron… – mruknął, sięgając po kredę.
Podszedł do stojącej na środku tablicy i pod wpisanym wcześniej imieniem Grona Thunderclouda dopisał nowe:
Taron Guntir.
Ponownie odwrócił się do zebranych.
– Czy… są jeszcze inni kandydaci? – zapytał. – Może ktoś z prowincji Kade?
W tłumie zapanowało lekkie poruszenie – porozumiewawcze spojrzenia, krótkie wymiany zdań. Spomiędzy nikłych szeptów coraz silniej wybrzmiewały dwa imiona.
Darion Hall.
Czarny Miecz.
Davrel poczuł w żołądku dziwny ścisk. A potem zobaczył jak siedzący obok niego Darion powoli wstaje z miejsca.
Mężczyzna podniósł się z krzesła z tą swobodną pewnością, która od zawsze była jego znakiem rozpoznawczym. Głos miał dźwięczny, wyraźny, niosący się ponad szeptami sali.
– Wielmożni lordowie i szanowne damy. – Zaczął spokojnie. – Wszyscy wiemy, jak wyglądały nasze ostatnie lata pod butem Północy. Wyzysk. Kontrole. Rosnąca bezczelność Semenii.
Słowa padały twardo, jednak hodowca winorośli nie podnosił głosu. Nie musiał.
– W Kade widziałem to aż nazbyt wyraźnie. I w końcu nie mogłem już dłużej. Nie mogłem patrzeć, jak odbierają nam prawo do decydowania o własnym losie. Dlatego, wspólnie z grupą podobnie jak ja myślących ludzi, postanowiliśmy położyć temu kres. Tak powstały Zielone Opończe. Ruch oporu, który miał udowodnić, że Południe potrafi walczyć o swoje.
W tłumie ktoś skinął głową. Ktoś inny zaklaskał z aprobatą.
– Ale powiem jasno: nie odnieślibyśmy sukcesu gdyby nie jeden człowiek.
Rozejrzał się sali. Wszyscy zebrani słuchali go teraz z najwyższą uwagą.
– Ktoś na kogo radę i wsparcie zawsze mogłem liczyć. Kto pierwszy uwierzył, że możemy być wolni. Kto w najczarniejszych chwilach nie bał się podejmować trudnych decyzji.
Na sali zapadła absolutna cisza.
Davrel poczuł, jak jego serce przyspiesza.
– I właśnie dlatego uważam, że najlepszym kandydatem na króla jest mój przyjaciel…
Darion zawiesił głos tylko po to, by jego ostatnie słowa wybrzmiały jeszcze mocniej.
– … lord Christopher Blake – dokończył.
Uczucie ulgi ogarnęło Davrela niczym powiew ciepłego wiatru, ale wraz z nim pojawiło się coś jeszcze. Subtelne ukłucie żalu.
Wziął głęboki oddech.
Hodowca winorośli usiadł, obserwując jak van Bommel wpisuje na tablicę imię i nazwisko lorda z Whiterock.
Po zgłoszeniu Blake’a kolejne nazwiska pojawiały się już szybciej. Każdy z rodów chciał dać wyraz swojej dumie, historii, wpływom.
Głos zabrał baron Benjamin Lestienne z Therm, zgłaszając statecznego sir Aldena Firtha, znanego bardziej z rozsądku niż odwagi.
Z kolei przedstawiciel rodu Hawkesów z Kade wskazał na swego ojca – Martina – mężczyznę o reputacji równie zepsutej, co jego charakter.
Wspomniano też o kilku mniej znaczących lordach: praktycznych, ambitnych i chcących zapisać swoje nazwisko na kartach historii.
Lista na tablicy szybko się wydłużała, jakby Południe samo nie mogło zdecydować, jakiej chce przyszłości.
Jako ostatni wystąpił sir Matthew O’Connell.
Wstał z krzesła a wszystkie szepty natychmiast ucichły.
– Nie jestem może ani wielkim wojownikiem, ani zręcznym dyplomatą – zaczął spokojnie. – Ale od lat staram się trzymać prowincję Therm w równowadze.
Spojrzał po sali, jakby mówił do każdego z obecnych z osobna.
– Wojna z Północą to realne zagrożenie. Nie możemy go zignorować. – Przełknął ślinę. – Ale równie realne jest to, że po wojnie trzeba będzie żyć dalej – odbudować domy, stabilność, handel i zaufanie.
W jego tonie nie było patosu. Jedynie trzeźwa konstatacja.
– Zresztą czymże jest armia bez odpowiedniego zaplecza? Bez dostaw żywności i broni nasze wojsko nie przetrwa w starciu z Północą… Dlatego wierzę, że potrzebny jest nam król, który oprócz znajomości wojny, wesprze także rolnictwo, przemysł i handel. Król, który poprowadzi ludzi w walce, ale – gdy już zwyciężymy – usiądzie do stołu, by umówić warunki pokoju.
Davrel zamarł. Choć wielu szlachciców mówiło wcześniej o wojnie z Północą, dopiero O’Connell jako pierwszy wspomniał o zwycięstwie.
– Jeśli zdecydujecie, że to ja mam przyjąć na siebie tę odpowiedzialność – dokończył lord z Therm – to zrobię wszystko, by Południe nie tylko przetrwało, ale i dalej rosło w siłę!
Ukłonił się lekko i usiadł na swoje miejsce.
W sali zapanowała pełna powagi cisza. Jakby do zgromadzonych w niej ludzi dopiero teraz docierał ciężar decyzji, którą mieli podjąć.
W przerwie przed dalszymi obradami, Davrel wyszedł zaczerpnąć powietrza. Na dziedzińcu panował przyjemny chłód, który po dusznej sali głównej, wydał się mężczyźnie niemal orzeźwiający. Śnieg skrzypiał pod butami wychodzących z dworu szlachciców, ale on nie zwracał uwagi na ich rozmowy – potrzebował kilku chwil ciszy, by uporządkować własne myśli.
Nie zdążył jednak ujść więcej niż parę kroków, kiedy usłyszał znajomy głos:
– Davrel! Tutaj!
Aidan stał przy murze, opierając się o balustradę, jakby oceniał, czy zamarznięte drewno wytrzyma jego ciężar. Obok niego Lys palił fajkę o cienkim, pozłacanym cybuchu, puszczając kółka z dymu i uważnie obserwując przechodzących szlachciców. Natomiast Remi stał na beczce i próbował zajrzeć przez jedno z wysokich, wąskich okien prowadzących na galerię nad salą obrad.
Davrel uniósł brew.
– Czy ty znowu…?
– Muszę wiedzieć, co się tam dzieje! – Bard spojrzał na niego z wyrzutem. – Poza tym czuję już jak moja Pieśń o wolności powoli nabiera kształtu. Brakuje jej tylko finału. Kto w nim wystąpi? Gron Thundercloud? Lord Blake? A może sir Matthew O’Brian?
– O’Connell – odruchowo poprawił go szlachcic, ale Remi tylko wzruszył ramionami, wspinając się na palce i próbując ponownie zajrzeć przez okno. Baryłka, na której stał zachybotała się niebezpiecznie, wydając przy tym głuchy, ostrzegawczy zgrzyt.
– Tylko ostrożnie… – ostrzegł go Davrel.
O dziwo, tym razem bard posłuchał jego rady. Ukucnął powoli, a potem uważnie zsunął się z beczki.
Spojrzał na zebranych w około mężczyzn, a jego twarz promieniała dumą.
– No, chociaż raz… – mruknął, robiąc krok do przodu.
W tym momencie poślizgnął się na zamarzniętej kałuży i gruchnął w miękki śnieg.
– Słowik wylądował – skwitował krótko Aidan.
Davrel pomógł mężczyźnie wstać. Ten otrzepał się z gracją, po czym zasypał towarzysza lawiną pytań.
– Mów, Dav, co tam się dzieje?! Kto prowadzi? Kto ma największe poparcie? Czy padły jakieś mordercze obelgi?
– To nie walka na pięści – zauważył Lys.
– Jeszcze nie… – mruknął Aidan.
Szlachcic skrzyżował ramiona, a potem krótko streścił dotychczasowy przebieg zgromadzenia.
– Rozumiem, rozumiem… – przytaknął mu zaintrygowany Remi. – Zatem najciekawsza część jeszcze przed nami.
– Na to wygląda.
– A czemu nie zgłosili tej babki z Tunst? – zapytał nagle Aidan. – Wygląda na hardą.
Lys westchnął ciężko.
– Zgodnie z prawem, kobiet nie może być królem – wyjaśnił.
– No tak, racja. – Były skazaniec podrapał się po głowie. – Baba na tronie, to by dopiero było… To co dalej? – dodał po chwili.
– Teraz odbędzie się głosowanie – odpowiedział mu ceremonialnie Remi. – Kandydat, który otrzyma najmniej głosów odpadnie, pozostali przejdą do kolejnej rundy. I tak aż do momentu, gdy na polu… hmm… bitwy zostanie już tylko jeden. Nowy król Południa…
Na chwilę zawiesił głos.
– Dramaturgia, napięcie, nagłe zwroty akcji! Czy wy też już to czujecie? – dokończył nabrzmiałym od emocji głosem.
W tym momencie na dziedzińcu rozległ się gong, wzywający wszystkich do powrotu na salę. Davrel odwrócił się w stronę wejścia.
– Chwila, chwila… – zatrzymał go Remi. – Nie powiedziałeś nam jeszcze na kogo ty będziesz głosował.
Mężczyzna zawahał się na chwilę.
– Myślę, że… – powiedział w końcu – …na lorda Matthew O’Connella.
Remi uśmiechnął się szeroko.
Lys prychnął.
Aidan wzruszył ramionami.
Szlachcic skinął im głową na pożegnanie, a potem zniknął w korytarzu. Aż do tej pory sam nie wiedział na kogo powinien oddać swój głos. A jednak odpowiedź na pytanie barda przyszła tak naturalnie, jakby była w jego głowie od zawsze. Jeśli Południe ma przetrwać zbliżającą się zawieruchę, to potrzebuje kogoś takiego jak lord O’Connell. Tylko czy rzeczywiście go wybierze?
†
Trzeci dzień obrad powoli dobiegał końca, a powietrze w wielkiej sali dworu Thundercloudów zdawało się drgać od niewypowiedzianych emocji. Czuć w nim było zarówno zmęczenie, jak i oczekiwanie. Zgromadzeni lordowie siedzieli z zaciśniętymi szczękami, wielu zagryzało wargi, stukając nerwowo palcami o poręcze krzeseł. Przez trzy dni dyskusje oscylowały wokół deklaracji poparcia, oświadczeń, sprzeczek i wygłaszanych z przesadną powagą mów, jednak teraz atmosfera wyraźnie się zagęściła. Na tablicy pozostały już tylko trzy nazwiska:
Gron Thundercloud.
Christopher Blake.
Matthew O’Connell.
Davrel powoli przesuwał wzrokiem po kolejnych rzędach siedzeń. Po twarzach, na których malowała się nie tylko powaga, lecz także ciche kalkulacje. Usłyszał za plecami czyjś przytłumiony szept, potem kolejny. Salę ogarniał coraz głośniejszy pomruk, jakby wszyscy oczekiwali już wielkiego finału.
Darion siedział obok, pochylony w przód, z dłońmi splecionymi w nerwowym uścisku. Co jakiś czas przenosił spojrzenie między Gronem Thundercouldem a lordem Blake’m. W końcu westchnął, przechylił się w stronę Davrela i wyszeptał cicho:
– Nie podoba mi się ta cisza…
Szlachcic tylko skinął głową.
Też to czuł. Inni również.
Kiedy na podest wszedł Edwin van Bommel, zgromadzenie na sali goście poruszyli się nerwowo. Niektórzy odruchowo wyprostowali się na krzesłach.
I wtedy stało się coś, czego nikt się nie spodziewał.
Lord Christopher Blake powoli wstał z miejsca. Nie spieszył się – każdy jego ruch był jak część dawno przygotowanej sceny. Opuszkami palców poprawił kołnierz kaftana, a potem spojrzał po zgromadzonych.
– Drodzy przyjaciele – zaczął spokojnie, tak cicho, że część sali musiała wyciągnąć głowy, by go usłyszeć. – Zbliżamy się do decydującej chwili. Chciałbym podziękować wam za wszystkie otrzymane głosy poparcia. Jednak po dokładnym rozważeniu sprawy uznałem, że dla dobra Południa… – zawiesił głos – …wycofuję swoją kandydaturę.
W sali zapadła głucha cisza, którą przerwał dopiero dźwięk pękającej w dłoni van Bommela kredy.
Davrel zacisnął palce na poręczy krzesła, podczas gdy Darion z niedowierzaniem gapił się na lorda z Whiterock.
Blake uniósł rękę takim gestem, jakby chciał uspokoić zgromadzonych.
– I zachęcam was – kontynuował – byście oddali swoje głosy na Grona Thunderclouda. To on jest obecnie najlepiej przygotowany do tego, by poprowadzić nas w tej przełomowej chwili. Mnie już do siebie przekonał, mam nadzieję, że was także.
Kilka osób próbowało klaskać, sala nie podjęła jednak ich wysiłków. Każdy starał się zrozumieć znaczenie i konsekwencje wystąpienia, którego właśnie byli świadkami. Davrel poczuł w piersi dziwne, napięcie. Choć powinien czuć ulgę, narastał w nim niepokój.
Po chwili Edwin van Bommel nachylił się nad tablicą i powoli skreślił z niej nazwisko Blake’a.
Zostało już tylko dwóch kandydatów.
Głosowanie przebiegło szybciej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Rezygnacja Blake’a popchnęła lordów w stronę decyzji, która miała przypieczętować losy Południa. Nawet ci, którzy jeszcze rano wahali się między O’Connellem a Thundercloudem, teraz unikali spojrzeń, po czym podnosili dłonie w imię jedności całego królestwa.
W końcu podliczono wszystkie głosy.
Van Bommel, wyraźnie zmęczony, wskazał na tablicę, a jego głos odbił się echem po komnacie.
– Nowym królem wolnego Południa zostaje… Gron Thundercloud! – ryknął. – Wiwat!
Wybuchł aplauz. Najpierw ostrożny, potem coraz głośniejszy, aż salę zalała fala oklasków, w których dało się jednak wyczuć nie tyle entuzjazm, ile ulgę, że zgromadzenie już się kończy.
Gron Thundercloud wyszedł na środek, jakby od zawsze wiedział, że właśnie tu zakończy się jego droga. Postawę miał pewną, niemal dumną, a jego głos niósł się daleko, odbijając od kamiennych kolumn.
– Dziś – zaczął – rodzi się nowe Południe.
Cisza ogarnęła salę tak nagle, jakby nikt nie chciał uronić choćby słowa z przemowy nowego władcy.
– Przez lata żyliśmy pod butem Semenii. Wśród tyranii, strachu i obietnic, które nigdy nie zostały spełnione. Ale Brinvale przywróciło nam godność. Pokazało, że nie musimy już dłużej uginać karku.
Przeszedł kilka kroków po podwyższeniu, a złoty łańcuch na jego szyi pobrzękiwał przy każdym ruchu.
– Ogłaszam powstanie niepodległego Królestwa Południa! – oświadczył donośnym głosem. – A wraz z nim przywracam mu jego prawdziwe imię: Olwernia. Niech będą to ziemie ludzi dumnych, uczciwych i odważnych. Ale nade wszystko: wolnych!
Rozległ się triumfalny ryk tłumu, któremu Gron pozwolił na chwilę wybrzmieć, zanim dodał:
– Stolicą nowego królestwa ustanawiam Wyrd – serce Południa. Ducha i cichego świadka naszych starań. Tu zaczyna się nasza nowa historia.
Kolejna fala braw wstrząsnęła salą tak, że aż zadrżały zdobienia na ścianach.
Davrel patrzył na to wszystko w milczeniu, słuchając wiwatów, które odbijały się echem w jego głowie. Z jednej strony czuł, że jest świadkiem czegoś wielkiego. Z drugiej – coś w sercu ściskało go lekko, niepokojąco. Nie uważał decyzji o wyborze Thunderclouda za złą. Przeczuwał jednak, że dla niego samego może ona mieć nieoczekiwane konsekwencje. Nie potrafił jednak określić jakie. Nawet nie znał tego człowiek.
Nim zdołał pomyśleć coś więcej, w sąsiedniej komnacie rozbrzmiała muzyka. Siedzący na około lordowie zaczęli powoli wychodzić z pomieszczenia. We dworze Thunderloudów rozpoczęła się uczta.
W sali biesiadnej rozbrzmiewały śmiechy, brzęk kielichów i przeciągłe toasty, a między stołami kręcili się słudzy z dzbanami wina. Mimo to Davrel nie czuł tego wieczoru choćby odrobiny radości. Siedział przy stole obok Dariona, a z każdą minutą hałas stawał się dla niego coraz bardziej męczący. Kakofonia dźwięków odbijała się od kamiennych sklepień jedynie przybierając na sile.
W końcu wstał.
– Idę zaczerpnąć powietrza – rzucił do przyjaciela.
– Za chwilę do ciebie dołączę – odparł Darion, zerkając w stronę wyjścia. – Wszystko w porządku?
Szlachcic tylko skinął głową i ruszył w stronę bocznych korytarzy. Z każdą krokiem, który oddalał go od sali, dźwięki biesiady stawały się coraz bardziej przytłumione, a światło pochodni przygasało. Kamienne ściany emanowały chłodem, jakby mury dworu skrywały sekrety znane tylko umarłym.
Mężczyzna szedł wolno, próbując wyciszyć myśli.
Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy do jego uszu doleciał fragment rozmowy.
Choć głos był przyciszony, szlachcic wyraźnie usłyszał nazwisko Dariona. Wypowiedziane zostało tonem, który nie wróżył niczego dobrego.
Odruchowo naprężył mięśnie i rozejrzał się w poszukiwaniu źródła dźwięku.
Drzwi po prawej stronie korytarza były lekko uchylone. Wąska smuga światła sączyła się ze środka, przecinając mrok niczym płomienne ostrze.
Zbliżył się bezszelestnie.
Głosy stały się wyraźniejsze.
– Naprawdę nie rozumiem, do czego ci ten cały Hall – prychnął Gron Thundercloud. – Przecież to nieudacznik. Harrowden… Amrath… a do tego dał się jeszcze pojmać jakiejś Radosnej Drużynie czy innej taniej bandzie najemników.
Na dźwięk tych słów, krew napłynęła Davrelowi do twarzy tak gwałtownie, że przez moment widział tylko pulsujący półmrok.
– Może i nieudacznik, ale jest nam potrzebny. Zapewni nam poparcie w Kade. Ludzie go kochają. Idą za nim, bo widzą w nim przywódcę.
Choć Davrel nie widział kto wypowiedział te słowa, natychmiast rozpoznał znajomy, chłodny, a jednocześnie zadziwiająco lekki ton. Rozmówcą Grona był lord Christopher Blake.
– Daj mu szansę. Chłopak ma charyzmę – powiedział.
Świeżo wybrany król Olwerni westchnął ciężko.
– A ten drugi? – zapytał, a w jego głosie pojawiło się coś nieokreślonego. – Ten, którego nazywają Czarnym Mieczem?
Szlachcic poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła.
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
– To całkowite przeciwieństwo Halla. Doświadczony wojownik, bystry i nieustępliwy. Ale też… cichy. Wycofany. Nie szuka rozgłosu i woli trzymać się z dala od kłopotów.
Zapanowało krótkie milczeniu, podczas którego Davrel wyobraził sobie, jak Gron się uśmiecha.
– Czyli nie będzie dla nas zagrożeniem? – Usłyszał w końcu słowa władcy.
– Nie będzie – potwierdził Blake. – Tak długo, jak długo nie nadepnie mu się na odcisk.
W głosie lorda z Whiterock kryło się ostrzeżenie, którego Thundercloud nie mógł zignorować.
Po chwili Gron odezwał się ponownie, a w jego głosie pobrzmiewała nuta zadowolenia.
– W każdym razie dziś wszystko poszło gładko.
– Oczywiście. Tak jak zaplanowaliśmy.
– Jednak nadal nie rozumiem, czemu zgodziłeś się na ten układ, Christopher. Naprawdę nie pragniesz korony?
W tonie jakim król wypowiedział te słowa, Davrel usłyszał krztę nieufności.
– Nie zależy mi na władzy – odpowiedział Blake. – A przynajmniej nie za wszelką cenę. Wystarczy, że dotrzymasz danego słowa.
Zawahał się na chwilę, a potem dodał:
– Jestem prostym człowiekiem, Gron. Jedyne czego oczekuję w zamian za moją pomoc, to sprawiedliwość.
Szlachcic poczuł jak dreszcz przesuwa się w dół jego kręgosłupa. Gdzieś już słyszał podobną deklarację, nie umiał sobie jednak przypomnieć z czyich padła ust.
W tym momencie, z drugiego końca korytarza rozległ się dźwięk kroków. Mężczyzna błyskawicznie odsunął się od drzwi i zawrócił w stronę sali bankietowej. Dopiero gdy miękkie światło pochodni znów omiotło jego twarz, zwolnił kroku. Jednak serce nadal tłukło mu się w piersi tak mocno, iż był niemal pewien, że słyszy je cały dwór. W uszach wciąż pobrzmiewały mu słowa, które przed chwilą usłyszał.
Nieudacznik.
Ten drugi.
Tak jak ustaliliśmy.
Sprawiedliwość.
Wziął głęboki oddech i pewnym krokiem wszedł na salę. Uczta trwała w najlepsze.
Od zakończenia zgromadzenia minęły cztery dni.
W tym czasie w Wyrd trwały przygotowania do koronacji: na murach rozwieszano chorągwie, ulice dekorowano zielono-granatowymi wstążkami, a w głównej sali dworu Thundercloudów ustawiono wyrzeźbiony z ciemnego drewna i obszyty czerwonym aksamitem tron.
Przy dźwięku fanfar, w pierwszy dzień nowego roku, Gron Thundercloud obwołany został czterdziestym siódmym królem Olwerni.
Davrel stał w barwnym tłumie, złożonym ze szlachty, wojska, mieszkańców stolicy oraz przypadkowych gapiów. Klaskał razem ze wszystkimi, ale dźwięk jego własnych dłoni wydawał mu się odległy, jakby dochodził z końca długiego korytarza.
Wiedział, że królestwo, które właśnie świętuje swoje narodziny, nie powstało jedynie dzięki determinacji jego mieszkańców.
Było dziełem układu.
Porozumienia, którego istoty nie był w stanie odgadnąć, a które już wkrótce zaważyć miało na losach całego Południa.
