CYKLE ŚWIATÓW
Vuko Drakkainen kluczy między pagórkami, falującymi jak źle rozściełany dywan. Horyzont migocze falą powietrza, jakby ktoś trzymał nad światem drżącą taflę szkła. Las powykręcanych iglaków rzuca na piach ostre, poszarpane cienie. Myślami wraca do bałtyckich wydm z holo-wizji – śladów świata, który jego przodkowie zdążyli zrujnować.
Zatrzymuje się i rozgląda.
– Cyfral, dobrze idziemy? – mruczy pod nosem. Nie musi wypowiadać komend, lecz po tylu dniach marszu nawet własny głos dodaje otuchy.
Cyfral – pasożytniczy, biotechnologiczny symbiont w jego mózgu – reguluje hormony, ciepłotę, skupienie. Teraz rysuje jaskrawą nić między wzgórzami, niczym Ariadna prowadząc go najoszczędniejszą ścieżką.
Idealny przewodnik i jeszcze lepszy złodziej.
Vuko wie, że za każdy „ulepszony parametr” płaci czymś, czego nie zauważa od razu: starym wspomnieniem, odruchem współczucia, mało ważną umiejętnością.
Mógłby zapytać Cyfral o stan własnej psychiki, lecz boi się, że na powiekach wyświetli się wykres: psychopatia 83%, cynizm 5%, melancholia 2%, reszta: błędy w partycji emocjonalnej. I już nie mógłby udawać, że przed nimi wiele szczęśliwych lat.
Dociera na najwyższe wzgórze. Van Dyken już czeka. Vuko aż do końca nie był pewien, czy zechce opuścić swoją pokręconą, przypominającą zegarowy mechanizm twierdzę. A jednak.
Na powitanie kiwa do niego głową.
– Cieszę się, że możemy porozmawiać na neutralnym gruncie – rzuca.
Van Dyken unosi brew, lekko, teatralnie.
– Neutralny grunt – powtarza i porusza dłonią. Ziemia przy jego bucie unosi się w drobnym wirze, po czym rozsypuje bez śladu.
Vuko mruga, niepewny, czy oczy go nie zawodzą. A może Cyfral uraczył się już częścią mózgu odpowiedzialną za wzrok?
– Żadna sytuacja nie jest neutralna. Sprzyja nam albo szkodzi – stwierdza van Dyken. – Dlatego wpływamy na świat, aby przesunąć szalę. A ten świat sprzyja nam wyjątkowo, zauważył pan?
Vuko posyła mu twarde spojrzenie.
– Mieliście badać i obserwować, nie ingerując w historię.
– Po co ograniczać się do roli trybiku, skoro można być zegarmistrzem? Tutaj jesteśmy bogami. A tubylcy potrzebują bogów.
– Nie takich, którzy sprowadzają na nich piekło z obrazów Boscha. Nalegam, by wrócił pan ze mną.
Van Dyken parska.
– Co takiego dał panu system, do którego tak uparcie pragnie pan wrócić? – pyta, z niesmakiem. – Trochę kryptokredytów, na zabawki, które pozwolą zapomnieć jak bezsensowne wiedzie pan życie?
Drakkainen milczy. Van Dyken kiwa głową.
– Tak myślałem. Typowe uzależnienie. Połknąć truciznę, byle tylko poczuć coś znajomego. Byle nie wychylać łba z klatki skostniałych przekonań. – Wzdycha i szerokim gestem wskazuje okolicę. – Zgodziłem się na to spotkanie, by zaproponować panu współpracę nad czymś wielkim. Czymś, co naprawdę ma sens. Społeczeństwo bez wojen i głodu. Tutaj to możliwe. A w nagrodę dam panu coś, czego pański system nigdy nie zdoła wyprodukować: czas. Dziesiątki, setki lat. Sprawię, że pańskie tkanki będą takie jak teraz. Więc… jaka jest pańska odpowiedź?
Vuko nawet się nie zastanawia.
– Nie.
Zaskoczenie odmienia twarz van Dykena.
– Nie? Dlaczego?
– Dziecio-kraby? Chyba inaczej wyobrażamy sobie idealne społeczeństwo. Poza tym… nie lubię cię, draniu.
Van Dyken prycha, wyciąga przed siebie prawą dłoń, wewnątrz której pojawia się blade światło.
Cyfral uruchamia tryb bojowy, tłoczy hiperadrenalinę. Vuko dobywa miecz, unosi go, lecz rękojeść wymyka się. Ostrze zarysowuje łuk i wchodzi w glebę, chwiejąc się jak metronom. Vuko unosi brwi – w miejscu przedramienia wyrasta gałąź. Kora rozlewa się po skórze jak brunatna wysypka. Z trzaskiem drewniejącej szyi spogląda w dół. Uda rozsadzają materiał, łączą się w pień. Cyfral transformuje wraz z nim; granice między nimi znikają, gdy stapiają się w jedno. Vuko czuje całą wiedzę, krążącą w żyłach… nie, już nie żyłach, włóknach. Język staje kołkiem. Krzyk zastyga, przechodzi w szum liści.
Van Dyken podchodzi spokojnie. Urywa liść, rozciera w palcach; sok barwi opuszki zielenią. Z miną boga, który myślami jest już przy kolejnym projekcie, spogląda w dal.
– Owocnego życia, panie Drakkainen – rzuca.
I odchodzi. Wkrótce zostają tylko ślady na piasku.
Ardan i Ewra wspinali się zboczem. Nie było stromo, ale podał jej dłoń – nie z troski, lecz po to, by poczuć jej dotyk. Gdy stanęła obok, przyciągnął ją lekko, jednak odsunęła go subtelnym gestem i odwróciła twarz.
– Kocham cię – wyszeptał żarliwie. – Wiem, że czujesz to samo.
– To bez znaczenia – odparła z rezygnacją. – Ojciec obiecał mnie staremu Throdowi. Najbogatszy człowiek w krainie Stu Dolin, zawsze dostaje to, czego chce.
Ardan skrzywił się.
– Nasi ojcowie byli umówieni! – głos mu zadrżał z rozpaczy.
– Zanim twój stracił dłoń – przypomniała łagodnie. – Kowal bez ręki… sam wiesz. – Westchnęła cicho. – Wszyscy wiedzą, że ledwie was utrzymuje.
– Uratował życie starej Nanie. Jest bohaterem – Ardan kopnął kamień.
– Tak, uratował – jej smutne oczy śledziły motyla o czterech skrzydłach. – Ma dobre serce. Jak ty. Ale czasem… to po prostu za mało. Ojciec liczy na posag, chce rozbudować tawernę. A ty dopiero za parę lat nabierzesz siły, by poprowadzić kuźnię.
Ewra uniosła twarz do słońca i zamknęła oczy. Ardan westchnął chrapliwie.
– Musi być jakiś sposób – mruknął. Podniósł kamień i cisnął w samotne drzewo na szczycie. Pocisk przeciął koronę, odbił się od gałęzi i strącił coś na trawę. Ardan zmarszczył brwi, widząc kulisty owoc toczący się po zboczu. Zatrzymał go nogą i podniósł. Zmieścił się w dłoni; czerwony, z krótkim czarnym ogonkiem. Powąchał i uniósł brew.
Zbliżył owoc do ust.
– Co ty robisz? – pisnęła Ewra. – A jak trujące?
Wzruszył ramionami.
– Jeśli mam żyć bez ciebie, to i tak już po mnie – oznajmił i wgryzł się w słodko-kwaśny, soczysty miąższ.
– Mmm… dobre – mruknął, podając jej owoc. – Chcesz?
Pokręciła głową.
– Boję się. Nigdy tego nie jadłam.
– Gdyby ludzie nie jedli rzeczy, których nigdy nie jedli, to by… nigdy niczego nie jedli – zakpił i odgryzł kolejny kęs. Oblizał wargi. – Cholera, gdybym miał dość siły, by walić młotem… Kuźnia chodziłaby jak dawniej – uniósł palec. – A może… użyć żelaznego kotła. Podgrzać wodę, a para poruszyłaby tłok z dźwignią. Młot na drugim końcu uderzałby w kowadło… – pogładził podbródek. – Prosty młot parowy.
Ewra patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.
– Ardan… co ty pleciesz? – szepnęła, obejmując się ramionami, jakby ogarnął ją chłód. – Nie rozumiem ani słowa. Zatrułeś się?
Zachichotał.
– Nigdy nie czułem się lepiej. – wyciągnął kozik, spojrzał na ostrze; faktycznie czuł się… inaczej. – Zobacz: źrenice reagują, usta nie sinieją. Żadnych omamów czy torsji… – urwał, bo nawet dla niego słowa zabrzmiały obco.
I wtedy to uderzyło.
Wiedział, jak nazywa się drzewo rosnące na wzgórzu. Wiedział, że Midgaard nie jest dyskiem, ani jedyną planetą. A gwiazd jest tyle, że można postradać zmysły.
Spojrzał na jabłko. Potem na Ewrę.
Drżącą dłonią podał jej owoc.
– Spróbuj… tego się nie da opisać.
Trzy lata później
Ardan wsparł stopę na skale i wychylił się nad przełęcz. Wyjął lunetę i spojrzał w dół na dolinę. Odnalazł kuźnię – przycupniętą pod krawędzią urwiska, w zakolu rzeki. Strużka dymu wiła się z komina, tańcząc po zboczach. Wypatrzył Hogara i Ultha, swoich dwóch młodszych braci. Siedzieli na pieńkach i rzucali karty.
– Wałkonie – westchnął i ruszył krętą, kamienistą ścieżką.
Po kilku minutach usłyszał charakterystyczny huk mecha-młota.
– Wypatrzyli mnie – mruknął, uśmiechając się półgębkiem.
Wyszedł zza krzaków. Bracia podskoczyli radośnie i zaczęli machać.
– Ardan! – wydarł się Hogar, wtykając kciuki za pas. – Dwa lata! Zacząłem mieć nadzieję, że kuźnia przypadnie mi w spadku!
Zderzyli się ramionami w mocnym uścisku.
– Żebyś przegrał ją w karty? – prychnął Ardan, klepiąc go po plecach.
Hogar odchylił się i posłał mu zakłopotane spojrzenie.
– Widziałem was z tamtej skały – Ardan wskazał odległy punkt na horyzoncie.
Bracia zmrużyli oczy, próbując ocenić dystans.
– Stamtąd? – Ulth uniósł brwi. – Czyli… udało ci się?
– Owszem – Ardan podał mu lunetę. – Znalazłem hutnika, który potrafił odlewać szkło czyste jak woda w potoku.
Podsunął instrument, lecz nim Ulth go chwycił, cofnął dłoń.
– Nie upuść. – Dopiero wtedy pozwolił mu go wziąć. – Mam więcej soczewek, trzeba je tylko osadzić.
Ulth przyłożył lunetę do oka i zamarł.
– A więc… drzewo pokazało ci prawdę – wyszeptał. – Szkoda, że nie pamiętasz, gdzie rosło.
Ardan milczał. Nie zamierzał powtarzać tej samej pół-prawdy. Kochał braci, lecz tak wielką wiedzą nie powinno się szastać. Gdyby wiedzieli – pomyślał z ekscytacją – że w torbie mam suszone plasterki Owocu Wiedzy. Dzięki zapasowi jego umysł pozostawał ostry i jasny.
Drugi z braci przysunął przyrząd do oka.
– O matko! – cofnął lunetę, zaskoczony obrazem nagle przybliżonym na wyciągnięcie ręki. Zaśmiał się. – Myślałem, że góry zaraz mnie staranują!
Ulth zatarł ręce.
– Zarobimy na tym. Będziemy bogatsi niż stary Throd.
Imię zawisło w powietrzu. Obaj bracia spoważnieli. Ardan poczuł, że coś jest na rzeczy, lęk zacisnął zimne imadło na jego żołądku.
– Co się stało? – zapytał napiętym głosem.
Hogar i Ulth wymienili spojrzenia.
– Mam wam to wyrwać z gardeł? – warknął.
Hogar odchrząknął.
– Byłem ostatnio na targu i widziałem Ewrę. Wyglądała… źle. – westchnął, spuszczając wzrok. – Ardan… ten drań chyba ją tłucze. Jej twarz… cholera.
Ardan zesztywniał. Pięści mu zbielały.
– Zabiję go – syknął.
Ulth położył mu dłoń na ramieniu.
– Bracie… Throd był najlepszym szermierzem w Stu Dolinach. Ty świetnie machasz młotem, ale miecz… to inna pieśń. Jeśli go wyzwiesz…
Urwał, bo Ardan już nie słuchał. Oczy miał wbite w ścieżkę prowadzącą do dworku Throda.
– Zrobiliście przedmiot, o który prosiłem? – zapytał cicho.
Bracia wymienili spojrzenia.
– Nie było łatwo… – zaznaczył Ulth.
– Pokażcie.
Weszli do kuźni. Dym wirował między stołami. Ulth chwycił dwa kawałki kutej stali, długie na łokieć, zakończone pustą rurą. Podał jeden Ardanowi, drugi sam przystawił do oka.
– Kolejna luneta? Taka żeby wyjrzeć za róg?
– Nie – Ardan parsknął. – Arkebuz, o nieco skróconej lufie.
Zaraz jednak machnął ręką – bracia nie mogli znać tych słów.
Krzątał się chwilę przy zamku, założył lont. Wyjął skrzynkę z prochem – rezultat dwóch lat tułaczki po alchemikach i sztukmistrzach od fajerwerków. Syntezował nawet zwierzęce odchody, by odtworzyć substancję, którą ujrzał w wizjach. Wsypał porcję do lufy, dorzucił ołowianą kulę. Broń leżała w dłoni idealnie.
Zapalił lont i wycelował w manekina, na którym wisiała zaczęta zbroja płytowa.
– Zakryjcie uszy – ostrzegł.
Nacisnął spust. Sprężyna trzasnęła, lont zasyczał. Dym buchnął, lecz poza tym… cisza. Mijały kolejne sekundy.
Ardan uniósł broń, by zajrzeć do lufy, na szczęście nie zdążył.
GRZMOTNĘŁO!
Płomień oblizał wylot, kula świsnęła. Rękojeść kopnęła w nadgarstek. Ardan syknął. Powietrze przeszył zapach siarki i gorącego metalu.
– Muszę poćwiczyć – wydyszał i dmuchnął w dym ulatujący z lufy, choć sam nie wiedział po co.
Spojrzał w górę. Kula przebiła grube deski gontu. Łuna światła przecinała półmrok i dym kłębiący się w kuźni.
Bracia pokręcili głowami, nie trzeba było kosmicznej wiedzy, by zrozumieć jaką przewagę dawała ta broń.
Osiemdziesiąt lat później
Książę Somun stał przy łożu i patrzył z góry na ojca – tego samego człowieka, który kiedyś budził respekt samym wejściem do sali. Teraz przypominał zawinięty w prześcieradło cień. Wielki imperator Stu Dolin. Syn Ardana Odkrywcy, bohater, który bronią palną przetrzebił wrogów, a zwyczajnym myciem rąk podwoił liczebność swojego ludu. Gdy przyszedł czas – zupełnie bezbronny.
Twarz jak stary, wypłowiały fresk bitwy – dawne dramaty, zamknięte w popękanej farbie. Pajęczyna cienkich, siwych włosów kleiła się do spoconego czoła. Pierś unosiła się w krótkich, urywanych szarpnięciach.
– Wszyscy… wynocha – wychrypiał. Ostatnia sylaba zatonęła w kaszlu. – Synu… ty zostań.
Somun ukląkł przy wezgłowiu. Czekał, aż drzwi się zamkną. Ojciec wbił w niego mętne, ale wciąż twarde spojrzenie.
– Opowiadałem ci, jak mój ojciec odnalazł Święte Drzewo – wyszeptał imperator. – I odbił twoją babkę Ewrę.
Książę skinął głową. Znał tę historię na pamięć.
– Ale nigdy… – imperator wciągnął ciężko powietrze – nigdy nie powiedziałem ci, jak własna próżność wciągnęła mnie w sidła. A teraz ty wejdziesz na tron… i zastaniesz tę samą pułapkę.
Somun zmarszczył brwi.
– Ojcze… ?
– Byłem wielki – powiedział. – Ale moja duma była większa. Gdy podbiłem Sto Dolin, zapragnąłem być bogiem. Stworzyłem kult. Kapłani wznieśli mnie pod niebiosa… i stałem się ich więźniem.
Kaszel wstrząsnął nim tak mocno, że książę chwycił go za ramię.
– Kościół mówi, że Drzewo Wiedzy trafił piorun – ciągnął imperator, gdy oddech trochę mu się wyrównał. – Że bogowie zazdrościli nam mądrości. Ładna bajka.
Zerknął w bok, ku ścianom kryjącym tajne przejścia.
– Prawda jest taka – wyszeptał – że to kapłani podłożyli ogień. Bali się, że wiedza uwolni lud. Zanim spalili pień, zebrali wszystkie nasiona i zasadzili w Świętym Gaju, gdzie tylko oni mogą wejść.
Somun zesztywniał. Imperator mówił szybciej, jakby bał się, że zabraknie mu czasu.
– Wcisnęli się wszędzie: do fabryk, rad, w każdą dziurę. Duszą zmiany w zarodku. – parsknął słabo – Za każde jabłko chcą czegoś w zamian. I pomyśleć, że ich dziadkowie byli zwykłymi ogrodnikami przy Drzewie Wiedzy. Musisz ich usunąć. Nie da się rządzić z nożem przy gardle.
Somun przełknął ślinę.
– Spróbuję – wyszeptał. Serce mu waliło. – Ale… to nie wszystko, prawda?
Imperator westchnął.
– Pamiętasz, gdy pytałeś, czemu nie sięgam dalej niż Sto Dolin? – zapytał. – Bałem się zwrócić na siebie uwagę Wielkiego Czarnoksiężnika van Dykena. Gdy tylko zaczęliśmy zmieniać świat, wiedziałem, że w końcu poczuje zapach dymu. Teraz już wie. Wie o naszych machinach. O jabłkach. O tym, że chcemy wstać z kolan.
Jego palce zadrżały, szukając dłoni syna.
– Czy mamy szansę? – zapytał Somun cicho.
Imperator ledwie dostrzegalnie pokręcił głową.
– Nie wiem – przyznał. – Dlatego mam ostatnią prośbę. Mogę na ciebie liczyć?
– Ojcze… – głos Somuna zadrżał. – Przysięgam, że zrobię wszystko, czego zapragniesz.
Na twarzy starca pojawił się cień dawnego uśmiechu.
– Przysuń się – szepnął. – Bliżej.
Książę pochylił się nad nim. Na policzku czuł ciepło oddechu.
Władca uchwycił go za kark i wyszeptał mu wszystko do ucha.
Król Somun pochylał się nad teleskopem i majstrował pokrętłami tak nerwowo, jakby chciał je ukręcić. Od śmierci ojca minęły trzy miesiące, ale w głowie nadal miał jego ostatnie słowa. Wreszcie warknął, chwycił miedzianą tubę i zamachnął się, celując w murek – lecz w ostatniej chwili się powstrzymał, pracował nad nim zbyt długo, by wszystko zniweczyć.
Gdy odstawił teleskop, zobaczył sylwetkę stojącą w cieniu. Thiri.
A więc to dziś – pomyślał.
Oparta o kolumnę, z tym samym uśmieszkiem, który od dziecka zwiastował kłopoty.
– Zdajesz się… napięty – zauważyła. – Ojciec zostawił ci wszystko. Poza spokojem.
Somun opuścił ramiona.
– Tak – westchnął. – Biję się z myślami.
– I kto wygrywa? – zapytała, ukazując rząd białych zębów.
Odpowiedział tym samym. Miała dar – zaraźliwy entuzjazm, który był bronią. Łagodne rysy skrywały gorejącą w sercu ambicję i głód. Nie było w królestwie drugiej osoby, której Somun ufałby mniej – i właśnie dlatego tak bardzo jej potrzebował.
Król usiadł na ławie i skinął na nią. Thiri przysiadła obok, obserwując go uważnie.
– Nie zawsze panowała między nami zgoda, ale jesteśmy rodzeństwem – zaczęła. – Jeśli mogę coś doradzić… – urwała. Uśmiech, który posłała, mógłby należeć do świętej. Ale nie należał. Somun pamiętał, jak jako dziewczynka urwała skrzydła motylowi, bo chciała, aby z nią został. A potem zdeptała go, bo bez skrzydeł przestał jej się podobać.
Król rozejrzał się, czy w pobliżu nie ma służby. Od tego, jak to rozegra, zależał cały plan.
– Waham się – przyznał. – Jutro o świcie zwołam senat. Tajne głosowanie. Odcinamy kapłanów od fabryk. Za kilka lat nie będą już groźni.
Thiri uniosła brwi.
– Masz większość?
– Od tygodni zbieram sojuszników – odparł Somun. – Kapłani mogą mnie przegłosować, ale tylko wtedy, gdy stawią się wszyscy. A o brzasku mają modły. Nie przyjdą.
Na twarz Thiri pojawiło się coś w rodzaju podziwu.
– A myślałam, że jestem najprzebieglejsza w miocie. – Zaśmiała się cicho. – Będą modlić się do słońca, nieświadomi, że spychasz ich w mrok zapomnienia.
– To odmieni wszystko, Thiri. Myślisz, że dobrze robię?
– Tak. Musisz działać – powiedziała Thiri zbyt pewnie, zbyt szybko.
Somun wypuścił powietrze.
– Dziękuję. Bardzo mi pomogłaś.
Objął ją. Przez cienką suknię poczuł napinające się mięśnie. Był pewien, że w jej głowie właśnie kiełkuje plan. I o to chodziło.
Jeszcze zanim zniknęła w ciemnościach ogrodu, wiedział, dokąd pójdzie.
Karoca ogniowa wspięła się na wzgórze – tłoki syczały, koła podskakiwały na brukowanych płytach. Thiri wysiadła z powozu i owinęła twarz chustą, nie dla ochrony przed zimnem, lecz by skryć swą osobę.
Święty Gaj majaczył przed nią: hektary czerwonych jabłoni. Nieprzebrana władza – skryta za wysokimi murami twierdzy, bronionymi przez dziesiątki uzbrojonych w ogniste armatki kapłanów.
Zapukała w bramę.
Wrota jęknęły.
W środku czekał arcykapłan Burnaburiasz – szczupły, pomarszczony mężczyzna o oczach jak dziurki po gwoździach. Tunika brązowa, płaszcz zielony, czapka czerwona i wysoka niczym ostrze. Barwy Drzewa.
Starzec wysłuchał jej w milczeniu i powoli pokiwał głową.
– Dobrze, że przyszłaś, dziecko – wysyczał, ujmując jej podbródek pomarszczoną dłonią.
Zacisnęła zęby, by nie odtrącić tego pająka w ludzkiej skórze.
– Czego chcesz w zamian? – zapytał.
– Władzy – odparła bez mrugnięcia. – Mój brat chce was zniszczyć. I stoi na mojej drodze do tronu. Niebiosa połączyły nasze ścieżki.
Kapłan przymknął oczy.
– Zatem… niech tak będzie – rzekł w końcu. – Król Somun stracił przychylność bogów. Kolejne jabłko, które otrzyma… będzie zatrute.
O brzasku stu dwunastu kapłanów wkroczyło do senatu – budynku z metalu i szkła. Sala była pełna, lecz królewski tron pozostawał pusty. Zajęli miejsca. Po chwili zaczęli wiercić się niespokojnie. Burnaburiasz wstał.
– Król przybędzie? – wydusił przez zęby.
– Owszem, za kwadrans, wielebny – odparł marszałek.
Kwadrans minął.
I następny.
Burnaburiasz zerwał się tak gwałtownie, że jego czapa zachybotała jak ognisty płomień.
– A teraz co powiesz? – wrzasnął, twarz mu pociemniała.
Marszałek uniósł dłoń i trzykrotnie uderzył laską w podłogę.
– Obrady rozpoczną się bez króla. – Wskazał pergamin. – Temat: zasiłki dla wdów i sierot.
Burnaburiasz zamrugał, zdezorientowany. Kapłani szeptali nerwowo.
– Zasiłki?! – fuknął Burnaburiasz. – Drwisz z nas? A co z planem odebrania nam fabryk?!
Zgromadzeni dygnitarze spojrzeli po sobie kompletnie zbici z tropu.
– Nie było takiego punktu – rzekł marszałek spokojnie. – Ktoś musiał wam powiedzieć nieprawdę.
Drzwi z hukiem walnęły o ścianę.
Posłaniec wpadł, zziajany, jakby ścigał go sam diabeł.
– Wielebny! – wrzasnął, zginając się przy uchu arcykapłana. – Wojsko zdobyło Święty Gaj! A na rynku… – głos mu zadrżał – Król rozdaje święte owoce. Wszystkim. Za darmo.
Wyciągnął nas z twierdzy – pojął Burnaburiasz.
Szmer przetoczył się przez salę.
Rynek kipiał. Ławice mieszczan płynęły ku schodom sądu, gdzie stał król.
Somun kroił owoce. Ostrze błyskało, a cienkie plasterki spadały na dłonie wyciągane z każdej strony. Burnaburiasz zauważył, że ogryzki skrzętnie wycięto. Nasiona to władza.
Zgrzytnął zębami. Somun uniósł ręce i cisza zalała plac. Setki oczu zwróciły się ku niemu.
– Dałem wam prawdę – powiedział, a jego głos poniósł się nad tłumem. – Widzicie ją na własne oczy. Kapłani modlą się do słońca, ale trzymają was w mroku.
Burnaburiasz zacisnął pięści.
Tłum poruszył się jak fala.
– Burza nie jest gniewem bogów. – Somun wskazał niebo. – Choroba nie jest karą. – Dotknął własnej piersi. – A wiedza… wiedza nie jest grzechem. Jest światłem.
Król prześlizgnął się wzrokiem po twarzach poddanych.
– Mój dziad odkrył Święty Owoc, lecz kapłani ukradli tę wiedzę. Zamknęli ją przed wami.
– Głos króla stwardniał. – Dziś kończy się era ciemności.
Rynek wypełnił się wrzawą.
– WIEDZA! WIEDZA! WIEDZA!
Ściany budynków odbijały echo. Kobiety płakały ze wzruszenia. Mężczyźni unosili dzieci, żeby zapamiętały początek nowego świata.
Burnaburiasz poczuł, jak gęstnieją na nim spojrzenia, nieprzychylne. Zrzucił płaszcz oraz czapkę i umknął w boczną alejkę. Zadyszany, oparł dłonie na kolanach.
Wtedy zobaczył czyjeś buty. Obok kolejne.
Podniósł wzrok.
Strażnik w czapce z symbolem jabłoni uśmiechnął się grzecznie.
– Dzień dobry, wielebny. Proszę z nami.
– Na jakiej podstawie?! – warknął arcykapłan.
Strażnik przechylił głowę.
– Wczoraj widziano u wielebnego księżniczkę Thiri. Jest oskarżona o zdradę stanu. Powiedziała, że to był pański pomysł.
– Co? To ona chciała… – palnął. Zagryzł zęby, ale słowa już uleciały.
Strażnik nie odpowiedział. Tylko skinął, jak ktoś, kto właśnie dostał brakujący kawałek układanki.
Wskazał powóz.
– Zapraszamy. – rzekł bez wcześniejszej grzeczności.
Kapłan zrozumiał, że właśnie skończył się świat, nad którym panował. I że ktoś rozgrywał tę partię kartami, które dobrze znał.
Dziesięć lat później
Imperium Stu Dolin kwitło. Jabłonie rosły w każdym zakątku. Lud otworzył oczy, wysiłek wielu pociągnął postęp. Jednak cena była ogromna – co dwudziesty popadł w obłęd – słyszał szepty lub popadał w senność, jakby dusza wymknęła się z ciała.
Somun patrzył więc z żalem, jak okupiona tak wielką ofiarą wiedza marnuje się na tworzenie broni – lecz nie mieli wyboru. Czarnoksiężnik już ruszył. Sto Dolin trwało tylko dlatego, że inne królestwa nadal stały van Dykenowi na drodze. Pytanie brzmiało: jak długo?
Syn szarpnął go za rękaw… odciągając od ponurych rozważań.
– Ojcze – rzucił niecierpliwie Stir, z jednym okiem przy wizjerze teleskopu. – Mieliśmy oglądać księżyc!
– Tak. Wybacz, zamyśliłem się.
– Dlaczego ma takie plamy? Może gdybyśmy umieli latać, to kiedyś byśmy tam dotarli? – chłopiec z przekonaniem pokiwał głową – Gdy będę królem, rozkażę zbudować mechanicznego ptaka! To możliwe, prawda?
Somun przyklęknął i spojrzał w ufne oczy.
– Wiele rzeczy jest możliwych, synu – powiedział, kładąc dłoń na jego ramieniu – Lecz jedna jest pewna: jeśli zaraz nie pójdziesz spać, mama zamieni twoje życie w piekło.
Wyciągnął ręce i połaskotał chłopca, ten zachichotał i wywinął się. Pobiegł do matki, która rozchyliła ramiona i zabrała go do komnaty, rzucając królowi uśmiech kryjący w sobie więcej troski niż radości.
Somun został sam na balkonie. Chłód wieczoru wgryzł mu się w skórę.
W pracowni powietrze pachniało smarem. Na blatach leżały elementy nowej zbroi: lżejszy, wytrzymalszy stop, dzieło najlepszych kowali. Lecz wciąż brakowało tego, co najważniejsze – serca, które wprawiłoby tego kolosa w ruch.
Paliwo z czarnego błota służyło armii od trzech lat. Sprawdzało się w machinach na szynach, ale silniki były koszmarnie ciężkie, a jego wynalazek miał kroczyć o własnych siłach.
Somun obrzucił stalową maskę długim, zmęczonym spojrzeniem.
– Gdyby alchemicy stworzyli lekką naftę… – wyszeptał.
Wiedział, że badacze są blisko. Bardzo blisko. Tylko czy czas będzie łaskawy?
Nazajutrz, podczas narady, czuł ciężar dnia już od chwili, gdy wszedł do sali.
Szpakowaty sekretarz wstał pierwszy.
– Panie… Pierwsza z Dolin została zaatakowana.
Po okręgu stołu przeszedł szmer. Potem drugi cios:
– I upadła.
W komnacie zaległo milczenie. Sekretarz przełknął ślinę.
– Van Dyken przesłał list. Żąda natychmiastowego rozbrojenia. I hołdu.
Senatorowie zawrzeszczeli jedni na drugich.
– Trzeba ustąpić! – wołali jedni. – Po co go prowokować?
– Oszaleliście?! – krzyczeli drudzy. – Nie można mu ufać!
Somun uniósł rękę i zapadła cisza.
– Sto Dolin nie ugnie się tyranii – rzekł tonem, który nie zostawiał pola do dyskusji. – Przygotować stolicę. Nadciągną tysiące uchodźców. A wśród nich szpiedzy. Medycy i wywiad w pełnej gotowości. Jednych i drugich przywitamy jak należy.
Nie czekał na reakcję. Wstał i ruszył ku wyjściu. Płaszcz ciągnął się za nim niczym cień, z którym żył od lat.
Schodami zszedł do podziemi, gdzie brodaci mężczyźni mieszali substancje w fiolkach i butlach połączonych powykręcanymi rurkami. Alchemicy w brudnych fartuchach, w zasadzie żywili się tylko jabłkami. Ich oczy lśniły wiedzą.
– Królu, mam. Mam! – wykrzyknął ten z najdłuższą brodą i nieposkromionymi brwiami, machając w powietrzu fiolką. – Nawet bagienny gaz nie może się z tym równać!
Somun obdarzył starca znużonym spojrzeniem. Gdyby nie wiedział, jak wielkim jest mędrcem, z pewnością wziąłby go za szaleńca.
– Pokaż.
Alchemik odsunął fiolkę.
– Ostrożnie, panie. Bardzo ostrożnie. To wybuchowe. Napędzi lekki silnik, ale wystarczy jedna iskra i… BUM.
Nabrał kroplę na szmatę i wrzucił ją do pieca. Ogień buchnął w komin.
– A więc jest nadzieja. – szepnął król.
Nikt nie wiedział, czy mówił do alchemika, czy do siebie.
Król Somun opierał się pięściami o blanki i patrzył na płonące miasto. Ze skarpy, na której wznosiła się warownia, ulice i budynki układały się w sieć, w której właśnie konało jego królestwo.
Rząd muszkieterów wysunął się naprzód i oddał salwę. Z tej wysokości huk przypominał dźwięk zamykanej książki. Obłok dymu zasnuł ulicę. Armaty ukryte za barykadami pruły w napierające hybrydy, siekąc ich szeregi. Lecz mrowie potworów nieprzerwanie wdzierało się przez wyłom w murze.
Somun odnalazł wzrokiem kilka kolejnych oddziałów. Zdziesiątkowani muszkieterzy wycofywali się ku fortecy. Każde ciało na bruku wbijało mu w pierś kolejne niewidzialne ostrze. Królestwo rozpadało mu się na oczach. A jednak władca nie drgnął. Nie miał prawa.
Wrogowie spływali ku nim, niczym rzeka błota. Pośród krabo-dzieci parły pokraczne wielkie hybrydy, z płonącymi oczodołami i paszczami rozdartymi aż po uszy.
Jaki potwór mógł stworzyć coś takiego?
Karoce parowe krążyły po placach, prychając parą, siekąc armatkami, lecz wielkoludy nie pozostawały dłużne – ciskały głazami ze zwalonych chat. Dziesiątki zniszczonych machin płonęło, rozniecając ogień na sąsiednie budynki. Dym spływał ulicami leniwie, jakby delektował się zniszczeniem.
Krzyki niosły się z oddali, tworząc przejmujący chór cierpienia.
Obrońcy byli przetrzebieni. Somun wiedział, że nie wytrzymają długo.
Wszystko stracone.
Spojrzał na dostojników stojących przy sąsiednich otworach strzelniczych. Zazwyczaj gadatliwi, nie mieli do powiedzenia więcej niż kamienne posągi; twarze mieli popielate, oczy okrągłe ze strachu.
Podszedł do sekretarza.
– Wyślę list do Van Dykena – rzekł cicho, jakby bał się, że głośniejsze słowa przyspieszą koniec. – Dostarczysz go.
Sekretarz zbladł.
– Nie osobiście – dodał król.
Mężczyzna odetchnął, wyjął pióro – ostatni z wielkich wynalazków, jaki zdołali stworzyć – i arkusz papieru.
– Tak, panie. Poślę najlepszego kuriera.
Somun skinął. Zaczął dyktować list.
Wielki Czarnoksiężniku van Dykenie:
Niemal osiągnąłeś swój cel.
Aby ocalić cuda, które skrywa to miasto, rzucam ci wyzwanie.
Ty i ja: pojedynek na śmierć i życie. Jeśli przyjmiesz warunki, wstrzymaj natarcie.
Spotkamy się w budynku senatu na południu miasta. Poznasz go po kopule z metalu i szkła.
Gdy sekretarz kończył przepisywanie, kilku dworzan gwałtownie wciągnęło powietrze.
– Panie! – zakrzyknął któryś.
– Tak? – odrzekł król, mierząc ich spojrzeniem.
Opuścili wzrok. Wiedzieli, że jeśli przekonają króla, aby się wycofał, ich życie nadal będzie w niebezpieczeństwie. Tyle razy mówili mu, jaką miłością go darzą.
Słowa. Tylko słowa.
Kurier wyruszył chwilę później. Na dole potwory rozstąpiły się przed białą flagą.
Godzina.
Tyle zajęło, zanim hałas w mieście ustał. Hybrydy i olbrzymy zatrzymały się w pół kroku, jakby ktoś zamroził je w ruchu.
Król odwrócił się do mędrców, którzy wyglądali, jakby nie spali od tygodni.
– Silniki sprawdzone?
– Tak, panie. Działały… wcześniej.
Słowo „wcześniej” zawisło w powietrzu. Somun przemilczał to.
Dworzanie zaczęli wzdychać z przejęcia. Król spojrzał w dal i aż wstrzymał powietrze. Z mgły i dymu wynurzył się zaprzęg van Dykena, ciągnięty przez wielkiego jak kamienica stwora – skrzyżowanie ośmiornicy i bogowie jedni wiedzą czego jeszcze. Karoca przypominała mechanizm zegara – poruszające się pierścienie i zębate koła.
Oto nadchodziło przeznaczenie.
Król odwrócił się i poszedł do komnaty. Kiedy zobaczył królową i syna, kolana niemal się pod nim ugięły. Przez chwilę milczeli, ciasno w siebie wtuleni. Chłopiec drżał, próbując to ukryć.
– Zrobię wszystko, by was ocalić. – szepnął Somun. Położył dłoń na ramieniu syna, drugą wskazał teleskop – Patrz zawsze daleko. A kiedyś… gwiazdy będą twoje.
Stir skinął głową.
– I słuchaj mamy, dobrze? – dodał król.
Kolejne skinienie.
Somun potargał mu włosy, ucałował królową w usta, odwrócił i ruszył w stronę drzwi – szybciej, niż wymagała sytuacja.
Nie chciał, by widzieli łzy.
Schody karocy rozłożyły się, przywodząc na myśl stalowe origami. Van Dyken wysiadł i rozejrzał się – nie dostrzegł nic podejrzanego. Okolica milczała. Tylko wiatr szemrał w załomach.
Z kamiennych stopni rósł ku niebu budynek z metalu i szkła, przypominający przeciętą na pół kulę. Gdy wszedł do środka, zamiast ław senatorów zobaczył pustą przestrzeń – goły kamienny plac zamknięty w szklanej bańce.
Na przeciwległym końcu stał trzymetrowy rycerz. Z jego pleców wyrastała pękata nadbudówka, przypominająca skorupę żółwia; z jej szczelin buchały obłoki spalin. Echo niosło turkot silnika.
Van Dyken przyjrzał się siłownikom w kolanach i łokciach.
– Prymitywny egzoszkielet – mruknął z pobłażaniem, wyobrażając sobie minę rywala, gdy jego własna zbroja zaciśnie się jak stalowy kaftan, wyżynając z niego resztki królewskiej dumy.
Zbliżył się na dziesięć kroków. Twarz Somuna, widoczna pod uniesioną przyłbicą, była poszarzała od trosk i braku snu. Silnik zaryczał, ramię pancerza uniosło ogromny miecz. Mecha-rycerz w honorowym geście przyłożył ostrze do czoła.
– Zaczynajmy – rzucił Somun i opuścił przyłbicę.
Jego kroki dudniły jak młot.
– Raczej kończmy – zakpił Van Dyken, wyciągając dłoń. Zmrużył oczy. Powieka drżała, twarz wykrzywił wysiłek i… niedowierzanie. Pojawiła się jedynie blada kropla światła w jego dłoni. Moc nie płynęła. Nieme przekleństwo zafalowało mu na ustach.
Padł na posadzkę w ostatniej chwili, opadające ostrze przecięło powietrze. Końcówka miecza – niczym kończący piruet łyżwiarz – z piskiem zarysowała półkole na kamiennej posadzce. Mecha-rycerz kopnął prostującego się van Dykena, który potoczył się w tył, drąc skórę o kamień. W głowie kręciło mu się, gdy góra i dół walczyły o należne im miejsce.
– Jak… ? – syknął cicho, podpierając się drżącą dłonią.
Somun gestem wskazał kopułę.
– To miejsce nie przepuszcza Pieśni Bogów. Zbudowałem je, gdy senatorzy zaczęli chętniej sięgać po cuda, niż po argumenty.
Van Dyken parsknął śmiechem, krew z nosa zalewała usta.
– Klatka Faradaya – warknął zły na swoją pychę i nieostrożność.
Somun wysunął nogę, uniósł miecz nad ramię, gotów do kończącego ciosu. Van Dyken skupił wzrok na siłowniku, a dokładnie panewce zakrocznej nogi. Wyciągnął dłoń i uderzył kroplą mocy. Stal odkształciła się nieznacznie – ale w tak precyzyjnym mechanizmie to wystarczyło.
Van Dyken sunął po posadzce, odpychając się stopami. Mecha-rycerz próbował ruszyć za nim, ale uszkodzona noga wydała chrzęst i ciągnęła się jak żelazna kula. Somun, kulejąc, robił szerokie, nieregularne wymachy ostrzem.
Van Dyken pełzał, bezbronny. Na karku czuł powiew żelastwa. W końcu zwiększył dystans na tyle, by wstać i pobiec do wyjścia. Nie oglądając się wybiegł na zewnątrz.
Somun dyszał ciężko, patrząc jak Czarnoksiężnik znika za wrotami. Rozległ się ryk, którego nie dało się z niczym porównać. Coś uderzyło w mur, rozrzucając bloki kamienia. Drzwi senatu poleciały w głąb pomieszczenia.
Do środka wpełzły oślizgłe macki.
Hybryda wdarła się przez rozbitą ścianę. Gdy się wyprostowała, cień czarnym całunem przykrył Somuna. W jej centrum, opleciony mackami jak pasożyt, unosił się van Dyken, uśmiechając się krzywo.
Stwór rzucił się na mecha-rycerza. Dziesiątki mackowatych batów uderzało jednocześnie. Somun uchylił się pod pierwszą, drugą przeciął; trzecia trafiła go w pierś i cisnęła w filar. Zadaszenie pękło, sypiąc szklany deszcz.
W głowie miał tylko pisk. Myśli przelatywały, na żadnej nie mógł się skupić.
Stwór pochwycił stalową nogę pancerza i zaczął walić Somunem o ścianę. Miecz wypadł z dłoni. Głowa Somuna latała po chełmie. Przytomność wisiała na nitce, nie zgasła jedynie dzięki warstwie miękkiego sukna, którą obito wnętrze.
Ruch ustał.
Macki oplecione dookoła rąk, nóg i szyi rozciągnęły go na posadzce. Mniejsze odnóże uniosło przyłbicę.
Van Dyken spoglądał z góry, dosłownie i w przenośni.
Somun czuł zapach lekkiej nafty – zbiornik musiał pęknąć podczas walki.
Prawa rękawica była roztrzaskana. Pasy mocujące poluzowały się; król próbował dyskretnie wyswobodzić dłoń.
– Zniszczę twoje święte drzewa! – ryczał wściekle van Dyken – znowu będziecie bandą bezrozumnych dzikusów. Wbiję was w błoto, gdzie miejsce robaków.
Somun opuścił głowę. Oddychał ciężko.
– Mylisz się… to ty jesteś reliktem. Przegrałeś dziesięć lat temu, gdy rozesłałem księgi po świecie. A wraz z nimi, nasiona jabłoni.
Van Dyken zamarł.
– Co? Nie oddałbyś swojej najpotężniejszej broni!
– Świat pójdzie naprzód. Ty zostałeś w tyle. Nie pokonasz wszystkich. Czeka cię klęska.
Brwi czarnoksiężnika drgnęły.
– Proponowałem ci przymierze – wysyczał. – Mógłbyś być drugim najpotężniejszym władcą. A jednak wybrałeś śmierć. Dlaczego?
Na ustach Somuna pojawił się cień uśmiechu.
– Bo ojciec mnie o to prosił – odparł – A poza tym… nie lubię cię, draniu.
Van Dyken zesztywniał, a wraz z nim hybryda.
Już kiedyś to słyszał. Tylko gdzie? B Ł Y S K. Nie, to nie możliwe!
– Skąd… skąd znasz te słowa? – wydukał, przerażony jakby ujrzał zjawę. – SKĄD?!
Macki zaczęły tłuc Somunem o posadzkę.
Król poruszył ustami. Van Dyken nachylił się, chcąc usłyszeć.
Somun udał, że chce wyznać coś ostatecznego – a jednocześnie wysunął rękę przez szczelinę w pancerzu. W palcach trzymał wynalazek dziadka – pistolet, lecz nowoczesny, na pocisk ze spłonką.
Wycelował w van Dykena.
Stwór zasłonił pana mackami – zbyt twardymi, by pocisk je przebił.
Somun zmienił kąt.
I strzelił w posadzkę. Kula odbiła się, wzbijając fontannę iskier. Płomień chwycił strugę i pomknął do zbiornika.
Eksplozja zalała wszystko płynnym ogniem.
Czterysta trzydzieści lat później
„Poparzona twarz Czarnoksiężnika wykrzywiła się w gniewnym grymasie, gdy eskadra dwupłatowców rozniosła w powietrzu jego smocze hybrydy. Czołgi podjechały pod ostatnią twierdzę, siekąc ogniem wszystko, co wypełzło im na drogę.
Zębate koła mechanicznej wieży van Dykena zadrżały i zatrzymały się, gdy pocisk uderzył tuż obok. Huk i skowyt wyginanego metalu wypełniły powietrze. Misterna konstrukcja runęła niczym zegar pokonany przez czas.
Proroctwo króla Somuna spełniło się do ostatniej litery: świat ruszył naprzód, a on zgasł jak echo dawno rzuconej groźby.
Tak skończył Czarnoksiężnik.”
Ojciec zamknął książkę i odłożył ją na półkę.
Chłopiec leżący w łóżku wpatrywał się w sufit z miną kogoś, kto rozmawiał właśnie z dawnymi bohaterami.
– Chciałbym żyć w czasach magii – westchnął.
Ojciec uśmiechnął się krótko. Jego głos był stanowczy:
– To tylko bajki, Tandrim. Opowieści są po to, żebyśmy po nich zadawali właściwe pytania. A nie wierzyli w każde słowo.
– Ale jabłka, tato… Kapłani mówią, że Drzewa Wiedzy naprawdę…
Ojciec położył dłoń na jego ramieniu.
– Jesz jabłka prawie codziennie. A oceny z matematyki mogłyby być trochę lepsze, co? – lekko szturchnął chłopca, który zaśmiał się niepewnie.
Ten jednak nie odpuszczał:
– Może Drzewa Wiedzy pokazały już wszystko, co mogły? – zapytał, jakby to była myśl, której się wstydzi.
Ojciec spojrzał na syna z wyrozumiałością.
– To tylko legendy, kochany. Jutro lecę w kosmos dzięki temu, że ludzie zadawali pytania, zamiast klęczeć – westchnął. – Będziesz za mną tęsknił?
Chłopiec miał już łzy w oczach. Gorliwie pokiwał głową i ciasno przywarł do ojca.
– Bardzo! Kocham cię, tato. Będziesz uważał?
– Jasne, to zwykła misja zwiadowcza. Dwa lata, szybko miną.
Ucałował chłopca w czoło i szepnął:
– Śpij dobrze.
Tandrim przytulił swoją najcenniejszą zabawkę – lalkę króla Somuna.
Głos w jej wnętrzu potrafił wykrzyczeć waleczne kwestie, a czasem odpowiedzieć na pytanie tak, jakby naprawdę myślała. Malutki rdzeń ukryty w głowie lalki pulsował delikatnym światłem.
Ojciec długo patrzył, jak syn wtula się w tę miniaturową legendę.
Kupił ją za sumę, która przyprawiała o ból głowy – nie dlatego, że była modna, lecz dlatego, że wierzył, iż Somun dotrzyma chłopcu towarzystwa, gdy jego samego zabraknie na Midgaardzie.
Nazajutrz przeprowadzono ostatnie badania – wszystko w porządku. Wielomiesięczne szkolenie sił specjalnych utrzymało go w doskonałej formie, a krążąca w żyłach zupa nanobotów dawała możliwości, które jego syn z pewnością nazwałby magią.
Zajrzał do swoich prywatnych rzeczy. Niewiele mógł zabrać. Uniósł brwi.
– A to co…? – szepnął, podnosząc niewielką skórzaną torebkę. Rozsunął rzemień. W środku znajdowało się kilka malutkich pestek. Nasiona jabłoni. Uśmiechnął się pod nosem.
Z pewnością sprawka Tandrima.
– Uparty jak ojciec – mruknął i schował pakunek do kieszeni skafandra.
Wszyscy marynarze byli przesądni – także ci, żeglujący przez czarną pustkę kosmosu.
Mały talizman nikomu nie zaszkodził.
Wszedł do kapsuły. Zapiął pasy. Inżynierowie przeprowadzili sekwencję procedur.
Odliczanie.
Ogień buchnął spod silników i pojazd wystrzelił w górę. Nanoboty uspokoiły hormony; ani kropla potu nie wystąpiła mu na skórze. Szybko opuścił grawitację Midgaardu i wszedł na orbitę.
Na ekranie komputera pojawił się komunikat:
Ściśle tajne. Materiał ulegnie zniszczeniu po jednokrotnym odtworzeniu.
– Co jest…? – mruknął Barhin.
Komunikat zniknął. Pojawiła się twarz generała.
– Dzień dobry, kapitanie. Wiem, że to późna pora na wyjaśnienia, ale cel misji musiał pozostać tajemnicą. Pański statek zna już trasę. Zmierza na Saraz.
Kilka miesięcy temu straciliśmy kontakt z ekspedycją pięciu naukowców. Badali tamtejsze ludy pierwotne.
Barhin zesztywniał.
Obca forma życia?
Generał ciągnął dalej:
– Pańskim zadaniem jest ich odnaleźć. Jeśli nie żyją – ustalić przyczynę. Nanoboty, które pan nosi, mają pełne dane o lokalnych językach i kulturze. Lud Saraz jest podobny do nas, choć cywilizacyjnie zacofany. Życzę, by misja przebiegła gładko.
Obraz przygasł.
Transmisja zakończona.
Barhin oparł głowę o zagłówek, orientując się, że ściska w dłoni swój nowy talizman. W kabinie panowała cisza. Za oknem – czarny bezkres.
Zamknął oczy, myśląc o synu. Pestki w jego dłoni zdawały się szeptać opowieść, która zaczęła się na długo przed nim.
I wcale nie zamierzała się skończyć.