- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. Vicus. 0020. Dzień bani

Cuiavia. Vicus. 0020. Dzień bani

Oceny

Cuiavia. Vicus. 0020. Dzień bani

Strzepnęła muchę z przedramienia. Zaraz usiadła kolejna.

– Chłopcy – zaczęła, odganiając je krótkim ruchem dłoni. – Nasz intymny zakątek robi się… zbyt czujny.

Wiatr zawiał od strony jamy. Gniewko skrzywił się, zacisnął nos palcami.

– Tak, fiołkami nie pachnie – mruknął Robert.

Mucha wylądowała mu na policzku. Zmiótł ją gwałtownym ruchem.

– Jeszcze trochę i nikt tam nie wejdzie. Trzeba temu zaradzić. Od dziś sypiemy tam poranny popiół. Na to sucha trawa, słoma, cokolwiek.

– Szybko się zapełni – zaprotestował.

– To wykopiesz drugą. – Uniosła palec, zanim zdążył coś dodać. – Zrobimy dwudziurówkę. Druga będzie w użyciu. Z pierwszej będziemy mieli nawóz.

Zmierzył ją kwaśnym spojrzeniem.

– Kto będzie to wybierał? Nie licz na mnie.

Położyła mu dłoń na ramieniu.

– Jeśli zrobimy to porządnie, nie będzie czego się brzydzić.

– Jeśli… – skrzywił się, kręcąc głową.

* * *

– Och, Robercie! Wreszcie traktują nas jak swoich. Sąsiadki, plotki, wspólne wieczory… Jeszcze trochę i będę wiedziała, która z nich ma najlepsze zioła, która najlepszą zupę gotuje, która pierwsza dowiaduje się o wszystkich plotkach we wsi.

Klęczał przy palenisku. Pył unosił się w powietrzu. Raz po raz zgarniał dłonią popiół do wiadra.

– Ale nie jest tak, że tobie przeszkadzam? – zerknęła na niego.

– No co ty? – uśmiechnął się. – Zajęte mam ręce, nie uszy.

– Myślisz, że takie babskie wieczory to dobry pomysł?

– Bardzo dobry. Tylko najpierw zbuduję ci dom, żebyś miała gdzie te swoje sąsiadki zapraszać.

– A ten nowy piec? Myślisz, że będę mogła piec dla nich ciasta?

– Dla nich? – parsknął. – A dla nas to nie?

– Dla nas też. Ale ciekawa jestem, jakie ciasta pieką tutaj bez pieca.

Sypała słowami, przeskakując z tematu na temat, gestykulowała.

Promieniała entuzjazmem nastolatki przed pierwszą zabawą.

* * *

Minęło południe. Zwykła krzątanina w osadzie cichła.

Robert wszedł do małej, okrągłej chaty na skraju osady. Pachniała wilgotną ziemią i starym dymem. Pośrodku stało palenisko wypełnione wielkimi, poczerniałymi kamieniami.

– Młodzi, po wodę! – Krzyknął Kwiecisz. Dwóch chłopców chwyciło za wiadra i pobiegło w stronę rzeki.

– Po drwa. Trza suchej brzozy, co da największy żar – kontynuował, po czym spojrzał na Roberta. – A ty, zostań tu. Trza palenisko oczyścić, kamienie na nowo poukładać. Na spód kładziemy największe, by trzymały ciepło. Zobaczysz, jak to się robi.

Skinął głową. Czuł na sobie spojrzenia grupy. Wystawiali go na próbę. Kamienie pokrywała sieć drobnych pęknięć. Kładł delikatnie, by nie pękły. Zostawił szczeliny, żeby ogień miał ciąg. Wymiótł popiół.

Chłopy wróciły, uginając się pod ciężarem białych polan. Rzucili je z hukiem na klepisko.

– Patrzcie na niego – mruknął Dobromir. – Kamienie układa pod grodzisko, nie do bani.

– Ostaw go w pokoju – odparł Kwiecisz. – Ręce do roboty ma, a to najważniejsze.

Starzec przyklęknął przy palenisku. Wyjął zza pasa krzesiwo i hubkę.

W ciszy rozległ się ostry zgrzyt stali o krzemień. Prysnął snop iskier. Nic. Drugie uderzenie. Jedna iskra zatliła krawędź hubki. Zapłonął maleńki, pełzający czerwony punkt.

Przyłożył hubkę do ust, delikatnie w nią dmuchnął. Tliła się, gasła, po czym znów łapała ledwie uchwytny żar. Gdy cienki, chwiejny płomyk zatańczył, wsunął ją ostrożnie w gniazdo suchych wiórów. Ogień buchnął, chwytając wióry w mgnieniu oka.

– Ogrzej nasze kości, Swarożycu – szepnął, wpatrzony w rosnący żar. – Oczyść ciało, daj siłę, odgoń zarazę.

Stali w milczeniu. Płomień przechodził na grubsze polana. Wnętrze wypełnił trzask ognia, na ścianach migotały cienie otoczone pomarańczowymi plamami.

Wyszli na zewnątrz. Z niskiego, krytego darnią dachu unosił się gęsty, biały dym.

Ogień dogasł. Ostatnie polana zapadły się w pulsujący żar.

Kwiecisz wstał, otarł spocone czoło. – Czas.

Popiół przykrywał rozżarzone kamienie.

Chlusnął wodą.

Z paleniska buchnął wściekły syk, potężny obłok pary i popiołu. Bania wypełniła się wilgotnym, gryzącym gorącem.

Weszli do dusznego, mrocznego wnętrza, niosąc wiadra z zimną wodą. Robert wszedł jako jeden z ostatnich, obserwowali go.

Usiedli na ławach. Milczenie ciążyło, pełne wyczekiwania.

Dobromir pierwszy przerwał ciszę. – Żyto w tym roku obrodzi tak, że mi zabraknie miejsca w sypańcu. Uderzył otwartą dłonią w udo. – Mokosz obdarza mnie łaską.

Kilku młodszych mruknęło z uznaniem.

– Ziarno w worku się liczy, nie na polu. – Kwiecisz obracał w dłoniach pęk witek, nie patrząc na rozmówcę. – Jeszcze może je grad zbić albo susza spalić, zanim sierp go dotknie.

Twarz Dobromira stężała. Przełknął odpowiedź i nie podjął tematu.

– Plony to jedno. – Miłosław podniósł dumnie podbródek. – Ja w puszczy trop tura widziałem. Pomyślałem, że gdy go upoluję, całe sioło przez miesiąc ucztować będzie.

– Dwa dni go tropiłem, w najgłębszej puszczy – ciągnął opowieść. – Moja już myślała, że mnie Leszy porwał albo w dąb zamienił.

– Chyba w osikę. – Para drgnęła od śmiechu.

– Wielki niczym stodoła – kontynuował – kark grubszy od pnia dębu. Para z nozdrzy szła jak dym z paleniska.

– To kiedy ty za nim łaziłeś? – Z cienia dobiegł drwiący śmiech.

Miłosław zbył uwagę machnięciem ręki. – Złamał młodą brzezinę jak suchą gałązkę. Sprytny był, wodził mnie w koło, aż w końcu zniknął, jakby porwany przez Welesa na jego pastwiska. Ale ja go jeszcze znajdę.

– Opowieściami o duchach rodziny nie wykarmisz, Miłosławie. – Dobrogost uderzył pięścią w udo. – Ty za zjawami biegasz, a ja odyńca powaliłem gołymi rękami. Szarżował na mnie, kły niczym dwa noże, ale włócznia weszła gładko pod łopatkę. Do dziś go do strawy dodajemy. To polowanie, nie spacery po lesie.

Słowa zaczęły się nakładać. Rozmowa przeszła w licytację siły i ziemi.

Robert siedział cicho, przysłuchując się, gdy gorąco bani mieszało się z rosnącym skrępowaniem. Pozostawał obserwatorem.

– A ty, co tak milczysz? – zapytał Dobrogost. – Język ci skołowaciał? Wolisz słuchać, gdy prawdziwi gospodarze o robocie gadają?

Kilku prychnęło.

Odczekał, aż śmiechy ucichną, by zyskać pełną uwagę.

– Polujesz? Dobrze ci łuk leży w dłoni?

– Nie. – Pokręcił głową, zaskoczony bezpośrednim pytaniem.

W bani zapadła chwila ciszy.

– To może chociaż włócznią dobrze władasz albo toporem celnie ciskasz? – dopytywał.

– Też nie. – Pokręcił głową, wpatrując się w klepisko.

Zapadła ciężka i niezręczna cisza. Mężczyźni wymienili spojrzenia.

– Brakuje mi już pytań… – Zmierzył go wzrokiem. – Może chociaż glinę dobrze depczesz?

Bania wybuchnęła gromkim, szyderczym śmiechem. Dobrogost nie odpuszczał, pewien wsparcia reszty.

– Powiedz no. – Nachylił się w jego stronę. – Zmyjesz z siebie tę glinę, co ją tak depczesz nie wiadomo po co? Czy przyrosła ci już do skóry?

Robert zacisnął dłonie oparte na kolanach, paznokcie wbiły się w skórę. Puste spojrzenie skupił na spękanej desce.

– A witki brzozowe dobre dla ciebie? – dodał inny. – Czy może trzciny mamy ci naciąć?

Dobrogost spojrzał ostro. – Wytłumacz nam te dziwy. – Dziurę w ziemi kopiesz dla czystości – rzucił zaczepnie – a potem się w błocie się taplasz niczym kaban! Łatwiej babę w łożnicy zrozumieć niż ciebie!

Śmiech wybuchł ponownie, głośniejszy i cięższy.

– To nie zabawa. – Odezwał się, walcząc o opanowanie głosu. – Chatę będę z tego stawiał.

– Chłopie, chata ci się na łeb wali! – prychnął Dobrogost. – Poproś, to ci chłopy strzechę darnią załatają w dzień, dwa.

Inny, dotąd milczący, pokręcił głową z rezygnacją. – Wygląda, chłopcze, że ty nie chatę budujesz, a jakąś norę w glinie sobie kopiesz.

Uwaga wywołała najgłośniejszy wybuch śmiechu. Robert umilkł. Zrozumiał, że nikt nie stoi po jego stronie. Siedział w gorącej parze, przygnieciony ciężarem ich drwiących spojrzeń. Jego wiedza była warta mniej niż przechwałki o nieupolowanym turze.

– Dajcie mu spokój – powiedział spokojnie Stanimir, przerywając zgiełk. – We wsi każdy co innego dobrze robi. Nie każdy musi z łukiem po lesie biegać.

Miłosław, podrażniony uwagą, odwrócił się w stronę cieśli. – Łatwo ci mówić, Stanimirze! Ty też tylko z desek i ciesiołki żyjesz, a w polu robota ci najlepiej nie idzie!

– A przypomnij mi, do kogo żeś przyleciał, kiedy ci się radło złamało? Do tura, któregoś ponoć dwa dni gonił, czy do cieśli? Zamiast drwić, poczekajcie aż robotę skończy.

Mężczyźni zamilkli, ale nie w zrozumieniu i akceptacji, lecz w oczekiwaniu na kolejny atak.

Dobrogost zwrócił się ponownie do Roberta pozornie spokojnym, niemal uprzejmym tonem, który nie pasował do jego oczu.

– Powiedz mi… – zaczął, przeciągając słowa. – Czy mój bratanek nie chodzi u ciebie głodny? Patrzę na niego i serce mi się kraje. Przywiedź go czasami do mojej chaty… podkarmię chłopaka, żeby z głodu nie zszedł. Przecież to najbliższa mi rodzina.

A powiedz jeszcze – robota na roli ci nie ciąży? Mogę wziąć źreb po bracie za kilka worków ziarna. To i tak więcej niż zbierzesz, a nie narobisz się…

Za kilka worków… umowa niczym z Jagną. – przełknął ślinę, siłą dławiąc cisnące się na usta przekleństwo.

– To ziemia Gniewka, nie mi decydować.

– Widzę, że babą twoją gadać muszę. Widno u niej nie tylko ręce lepsze do roboty, ale i głowa do pomyślunku.

Słowa zawisły w parnym powietrzu. Śmiech ucichł. Kilku poruszyło się niespokojnie na ławach, unikając spojrzeń.

Krew uderzyła Robertowi do głowy.

Gdzie byłeś, stryju, zanim tu przybyliśmy? Wtedy bratanek ciebie nie obchodził – głodny, chudy, porzucony? Teraz nagle pęka ci serce?

Już otwierał usta, ale powstrzymało go jedno spojrzenie na mężczyzn. Nie widział poparcia. Tylko skrępowanie i niechęć do otwartego konfliktu.

Zacisnął zęby, przełykając upokorzenie.

Kwiecisz uderzył chochlą o wiadro. – Dość tego gadania! – rzucił ostro. – Nie po to się tu schodzimy, by sądy nad rodzinami odprawiać. Miarkuj słowa, Dobrogoście. Chłop się stara, wolę starszych spełnia. Koniec tematu.

Dobrogost umilkł z triumfem na twarzy. Nie potrzebował już więcej słów.

Atmosfera w bani pękła. Nikt nie miał ochoty na żarty czy przechwałki. Gorąco zgęstniało, stało duszne.

Zaczęli wstawać i jeden po drugim wychodzili na zewnątrz, szybciej niż zazwyczaj.

W milczeniu zakładali koszule. Kobiety już czekały na swoją kolej. Stały w roześmianej gromadzie, trzymając naręcza świeżych, pachnących brzozowych witek i wiadra z wodą. Ich radosny gwar ostro przecinał ciszę mężczyzn.

– A cóż to, chłopy? – zawołała roześmiana Mila, opierając ręce na biodrach. – Już wychodzicie? A żaden się tam aby w środku nie ostał? Tyle bab czeka, wszystkim nam nie poradzi? – wybuchnęły głośnym śmiechem, kilka z nich zaczęło zaczepnie smagać mężczyzn witkami.

Mruczeli tylko pod nosem, nie podejmując żartu.

– Patrzcie na nich! – nie odpuszczały. – Miny mają takie, kiejby im kaban w szkodę wlazł! – No już, chłopy, do roboty kiej wam bania humor psuje!

– Idźcie już, idźcie, baby, i dajcie spokój – warknął Kwiecisz, odwracając się w stronę osady. – Tylko byście bez końca trajkotały ozorem po próżnicy.

Robert ruszył za pozostałymi. Chłodne powietrze kłuło rozgrzaną skórę. Upokorzenie paliło od środka.

Podniósł wzrok. Zobaczył żonę. Zarumieniona twarz jaśniała, w oczach tańczyły wesołe iskierki.

Ich spojrzenia spotkały się na chwilę. Zdążyła zmarszczyć brwi w pytaniu, którego nie zdążyła zadać, inne kobiety pociągnęły ją w stronę wejścia.

* * *

Weszła do środka z przyspieszonym oddechem. Uderzyła w nią fala gorąca – dusznego, wilgotnego, niemal namacalnego. W półmroku, ledwo rozświetlonym przez mały otwór, kłębiła się para. Postacie innych kobiet majaczyły jako cienie w mlecznej mgle. Rozlegało się syczenie wody na kamieniach, plusk polewanych ciał i niski, melodyjny pomruk rozmów.

Usiadła na najniższej ławie, a pot natychmiast oblepił jej skórę. Cisza trwała tylko chwilę. Badawcze spojrzenia przesuwały się po niej, odwracając się, gdy próbowała je złapać. A potem, niczym na dany znak, z mgły zaczęły dobiegać głosy.

– A ty? – Z oparu wyłoniła się twarz starej kobiety. – Prawda to, że zza wielkiej rzeki przybyliście? Jak tam jest? Odmiennie od nas?

Zanim zdążyła odpowiedzieć, z drugiego końca bani dobiegł kolejny głos. – A co on w tobie widział, dziewczyno? Chudaś niczym szczapa. U was baby nie jedzą?

– A potrafisz prząść? – wtrącił się trzeci głos. – Nić ci się nie rwie? Bo jeśli porządna, to byś i dla mnie trochę uprzędła, zapłacę jajkami.

Pytania zlały się w jeden, podekscytowany potok ciekawości. Głosy, pozbawione ciał w gęstej parze, brzmiały śmiało i bezpośrednio.

– A on dobry dla ciebie? Nie bije?

– Dzieci rodziłaś? Albo w brzemieniu chodzisz?

– Czemu włosy takie dziwne, ni to krasne, ni to brązowe?

Niewidoczny na rozgrzanej twarzy rumieniec zalał jej policzki. Próbowała odpowiadać, ale one nie czekały. Po jednym pytaniu natychmiast padało kolejne. Siedziała naga, otoczona bezcielesnymi głosami, niczym na przesłuchaniu.

Nagle potężny, spokojny głos uciszył zgiełk. – Dość tego, baby! – Dajcie jej odetchnąć. Co to, wiec tu urządzacie, że tak ją obskoczyłyście? Każda po kolei.

Cisza wypełniła przestrzeń, przerywana sykiem pary. Cień zamajaczył bliżej paleniska, polał kamienie nową porcją wody z ziołowym wywarem. W powietrzu rozszedł się intensywny zapach mięty i rumianku.

– Opowiadaj, dziecko – powiedziała łagodniej. – Jak się wam u nas żyje? Ciężko, co? U was było lżej?

Pytanie otworzyło w Agnieszce coś, co do tej pory tłumiła.

– Ciężko – przyznała cicho. – Każdego dnia uczymy się wszystkiego od nowa. Jak rozpalić ogień, w jaki sposób ugotować polewkę z tego, co da ziemia albo… co znajdę w obejściu. Jak spać, gdy wiatr hula po chacie. Ale… – zawahała się – nigdy wcześniej powietrze nie pachniało tak czysto. – Nie pamiętam, kiedy widziałam tyle gwiazd.

Wróciła myślami do widoków za iluminatorami Swaroga.

Odpowiedź złagodziła atmosferę. Kobiety zaczęły smagać plecy brzozowymi witkami, a rozmowy przybrały spokojniejszy, bardziej osobisty ton. Jedna z młodszych zaczęła cicho nucić pieśń, a inne dołączyły, tworząc niską, wibrującą melodię.

Nie powiadaj, lipko, nikomu,

co ja powiem tobie, skrytemu,

bo mi obiecali wianeczek zielony,

wianeczek zielony dać…

Jak mi go nie dadzą, nie dadzą,

pójdę za innego, za tego,

co mi w ogródeczku rośnie,

to kwiecie brać…

– Mój pierwszy poród był ciężki – odezwała się jedna, głos w półmroku brzmiał jak spowiedź. – Dwa dni rodziłam. Już myślałam, że z synkiem do Nawii odejdę. Jagoda mi wtedy pomogła – dała wywar z liści maliny, kazała pić. I sił mi przybyło.

– Maliny… Rubus idaeus – szepnęła. Flawonoidy, taniny wspomagają rozluźnienie mięśni macicy.

Rozmowa popłynęła dalej, meandrując przez tematy porodu, wychowania dzieci, zmartwień o zapasy na zimę i plotek o tym, która dziewczyna spodobała się któremu chłopakowi.

Z kąta dobiegł cichy jęk. Jedna z najmłodszych dziewcząt siedziała skulona, obejmując brzuch.

– Co ci jest, dziecko? – zapytała Dąbrówka.

– Brzuch mnie boli – wyszeptała. – Jak co miesiąc. Tak skręca, że aż dech zapiera.

Starsze kobiety zaczęły sypać radami jedna przez drugą.

– Musisz do Mokoszy się pomodlić, żeby lżej cię karała.

– Przyłóż sobie ciepły kamień, ulży trochę.

– Mój chłop powiada, że to z lenistwa. Gdybyś więcej w polu robiła, to byś nie czuła.

Słuchała w milczeniu. Współczuła dziewczynie. W jej myślach rodziło się coś, co wykraczało poza modlitwy i ciepłe kamienie.

Odezwała się po krótkim wahaniu.

– W stronach, z których pochodzę, matki powiadają, że na takie bóle najlepszy gorący wywar. Rozmowy ucichły.

– Z czarciego żebra? – prychnęła jedna, a pozostałe natychmiast zawtórowały jej śmiechem.

– Nie. Z kory wierzby i z tego ziela o białych kwiatach, co na miedzach rośnie. U nas zwą je rumiankiem.

Zapadła cisza, przerywana sykiem pary. Zwróciły głowy ku niej, próbując dostrzec jej twarz.

– Kora wierzby na gorączkę dobra, to wiem – przerwała milczenie Jagna. – A to drugie ziele, u nas też tak je zwą. Nigdym nie słyszała, żeby je razem warzyć na babskie boleści.

Kilka kobiet pokiwało głowami. Ktoś mruknął, że warto spróbować przy następnych bólach. Odetchnęła.

– Chodź tu, dziecko – powiedziała Dąbrówka do Zorzy. – Umyjemy ci plecy. A ty, Agnieszko, chodź tu do mnie. Ty mnie umyjesz, a ja ciebie. Zobaczymy, czy rękę masz tak samo mądrą, jak głowę.

W gorącej, parnej ciemności, wśród szeptów i śpiewów, szorstkie, pewne dłonie Dąbrówki spoczęły na jej plecach.

Rozmowy potoczyły się dalej. Kobiety śmiały się częściej, przekomarzały jedna z drugą i bez skrępowania wymieniały uwagi ponad kłębami pary. Ktoś chlapnął sąsiadkę wodą, ktoś inny dostał witką po plecach za zbyt cięty język.

– A powiedz nam – odezwała się Zorza. Z jej głosu zniknął ból, ustępując ciekawości. – Ten twój chłop… My go tu wszystkie przez płot podglądamy.

Zza pary dobiegły chichoty i kilka zawstydzonych parsknięć.

– Prawdę rzeczesz! – dodała Mila. – Takich dziwów nasza wieś nie widziała. W błocie depcze niczym wół, trzcinę znosi jako kajtek na gniazdo. W obejściu pożytku z niego tyle co z kozy przy orce.

– Ale może chociaż w łożnicy z niego większy pożytek od tego w obejściu?

Cała bania wybuchnęła gromkim, gardłowym śmiechem. Ktoś z pluskiem chlusnął wodą na rozgrzane kamienie, a nowa fala gorącej pary otuliła ich ciała.

Twarz jej zapłonęła. Roześmiała się razem z nimi.

Nie skarżę się – odparła, kryjąc uśmiech. – Twardy jest. W barach i… tam gdzie trzeba i… do roboty gonić go nie muszę.

Chichoty natychmiast przetoczyły się przez banię. To dopiero rozwiązało im języki. Mila przysunęła się bliżej.

– No widzisz! – powiedziała ściszonym głosem. – Skoro chłop taki jurny, to może jednej baby mu za mało. Poradź mu, żeby drugą żonę wziął, albo i trzecią. Odpoczęłabyś sobie trochę, dziecko. A i w obejściu zyskałabyś pomoc.

– We trzy to byście go jeszcze na gospodarza wyprowadziły!

– A wy, których mąż trzyma kilka żon – zapytała, nabierając pewności. – To w łożnicy we trójkę się zabawiacie? Czy on tak między jedną a drugą biega co noc?

Mila parsknęła tak głośno, że aż się zakrztusiła. – We trójkę?! Dziecko, on ledwo jednej radę daje. Więcej z niego chrapania niż roboty! Gdy do mnie przychodzi, druga się wysypia. Taka to nasza umowa.

– A mojemu po polowaniu, to zaraz się zdaje, że sam niczym tur… – odezwała się kolejna. – Napuszy się, ryczy po chacie, obłapia, ściska a potem dwa dni za plecy narzeka.

– Mój to też wielki ogier w łożnicy – prychnęła jedna. – Gdy się sąsiadom przechwala, to byś myślała, że trzy baby naraz zadowoli. A potem chrapie, nim dobrze się położy.

– A ja tam wolę na górze być! – krzyknęła młoda Zorza. – Przynajmniej widzę, kiedy chrapać zaczyna!

Zanim skończyła mówić, bania zatrzęsła się od śmiechu. Mila chlusnęła jej wodą na plecy i prychnęła:

– Jak ci chłop zasypia, to znak, że coś źle robisz, dziecko!

– Prawdę rzecze! – podchwyciła inna. – Chcesz zobaczyć jak ja to robię? Mój nigdy nie zasypia!

– To może niech która pójdzie do twojego i pokaże ci sposoby – dodała trzecia. – Siądziesz z boku i zgapisz od niej co i jak czynić.

Wahała się przez moment, patrząc na śmiejące się kobiety. Ten układ był dla niej niejasny.

– A nie rodzi to między wami zawiści, gdy chłopa bardziej do młodszych ciągnie? – zapytała ostrożniej.

Pytanie zawisło w gęstej parze. Mila aż zakaszlała ze śmiechu.

– Zawiści…? Dziecko, młodsza w rodzinie to zbawienie! – zawołała. – Swoje w obejściu zrobisz i spać idziesz. Chłop cię po nocy nie budzi, kiedy ma gdzie pójść! Spokój w barłogu, ważna rzecz!

– Dobrze prawi! – krzyknęła inna. – A gdy cię potrzeba najdzie, to młodszą wyganiasz i bierzesz, co twoje! – Pomruk potwierdzenia przebiegł przez banię.

– I… godzi się na to? – wyrwało jej się, zanim zdążyła się powstrzymać.

Mila odwróciła się w jej stronę. – A niech tylko by spróbował nie! Żyjemy razem trzydzieści wiosen, on już dobrze wie, czym by to się dla niego skończyło.

Ławy zatrzęsły się od śmiechu. Baby, klepały się, mrużąc oczy w gęstej parze. Wyprostowała się gwałtownie, uniosła palec, wodząc wzrokiem po zebranych.

– A powiem ci jeszcze, dziecko… Gdyby mi się do roboty nie przyłożył! Niczym kogut, co na kurę skoczy, skrzydłem zatrzepie i zaraz ucieka, byle tylko ziarno zrzucić… to lepiej dla niego, gdyby mnie w ogóle do łoża nie wpuszczał.

Znowu aż huknęło. Ktoś chlusnął wodą na rozgrzane kamienie, para syknęła ze zdwojoną siłą, mieszając się z piskliwym, babskim jazgotem.

– Niech sobie chłopy nie myślą – podsumowała Mila, jej głos odbił się echem – że Mokosz stworzyła nas tylko do roboty i do dzieci. My swoje obowiązki znamy, ale co nasze, umiemy wziąć.

Ciężkie, drewniane bale aż drżały od babskiego gwaru. Rozparły się szeroko na ławach, swobodnie rzucając słowa, które dotąd więzły im w gardłach. Wszystkie sekrety, ledwo wypowiedziane, ulatywały pod pułap, by bez śladu zginąć w kłębach gęstej pary.

Mila klepnęła Agnieszkę w ramię. – A teraz gadaj, jaki on jest, ten twój. Co on lubi? Pewnie też jakieś dziwactwa ma, co?

Zapadła cisza. Wszystkie nasłuchiwały. Rozejrzała się. Na jej ustach pojawił się powolny uśmiech. Przechyliła głowę, jakby ważyła słowa.

– On… – zaczęła cicho, przeciągając słowo. – On lubi…

Zrobiła pauzę. Zapadła cisza, przerywana kapaniem wody.

– On lubi językiem… – dokończyła zmysłowym szeptem.

Przez kilka chwil panowała martwa cisza. Kobiety milczały.

– I… ja też to lubię – dodała zuchwale.

Zdanie podziałało niczym iskra. Z jednego boku dobiegło nerwowe parsknięcie, z drugiego głośne prychnięcie.

– Co ty gadasz, dziewko? – Mila aż znieruchomiała z wrażenia. – Językiem to on może co najwyżej miskę po kaszy wylizać!

– No… – odparła młodziutka Zorza. – On cię… po twarzy tak całuje czy słodkości prawi?

Agnieszka roześmiała się cicho. Przysunęła się bliżej do środka kręgu, chcąc, aby jej szept dotarł do wszystkich. – Nie po twarzy. Niżej.

Zapadła głęboka cisza. A potem banią wstrząsnął śmiech.

– Tam?! – krzyknął czyjś głos z niedowierzaniem.

– Bogowie, niech go zaraza weźmie!

– On mówi, że… tam najbardziej słodka jestem – zachichotała.

Banię zalała mieszanka pisków, chichotów, okrzyków. Kobiety podniosły się na ławach, próbując ją dojrzeć przez parę.

– Mój Kwiecisz, gdyby spróbował, to by mu broda… się wplątała! – rzuciła Rzepicha głosem drżącym od tłumionego śmiechu. – Chyba zagnałabym go, żeby w rzece łeb umył, a nie tylko łapy!

– Dajcie spokój! – jęknęła Mila. – Mój chłop ledwo pamięta o schowaniu hubki po użyciu. Jeszcze by mi tam zębami grzebał? Wolę już, gdy śpi i chrapie, przynajmniej wiem, gdzie go szukać!

Jedna z kobiet, która do tej pory milczała, zapytała niepewnie. – Czekaj, czekaj… – powiedziała powoli. – Powiedziałaś, że i on lubi, i ty lubisz. To znaczy, że… ty jemu też… językiem… odpłacasz?

Wszystkie skierowały spojrzenia na Agnieszkę. Pytanie uderzyło mocniej od poprzednich. Nie spuściła wzroku. Ich zdumienie było namacalne; zrozumiała, że przesuwa granicę.

Uśmiechnęła się z pewnością, której sama się nie spodziewała.

– Sprawiedliwość w łożnicy musi być – odparła mocnym tonem.

Przez banię przetoczył się jęk zdumienia, przechodząc w najgłośniejszy śmiech tego wieczoru. Śmiały się do łez, polewając się wodą i powtarzając ze śmiechem:

– Sprawiedliwość w łożnicy!

Gorąca, gęsta para powoli zaczynała rzednąć. Zaczęły zbierać się do wyjścia. Śmiech wciąż odbijał się od wilgotnych ścian bani.

Stała przez chwilę, polewając ciało ostatnią chochlą chłodniejszej wody.

– Czekajcie… – z kąta dobiegł nieśmiały głos. – Zaczekajcie!

Kobiety odwróciły się w stronę młodziutkiej Zorzy. Stała przy ścianie, oplatając się ramionami, nagle ogarnięta wstydem.

– Ja… chcę jeszcze o coś zapytać – wyjąkała. Twarz płonęła jej rumieńcem, usta drgały.

Starsze kobiety westchnęły zniecierpliwione. – No wykrztuś to z siebie, dziecko, bo nie zamierzamy tu do rana gołe sterczeć! – warknęła Mila.

Wzięła głęboki oddech, unikając wzroku Agnieszki. Jej głos zamienił się w ledwo słyszalny szept. – Bo ja patrzę… dlaczego ty tam na dole nie masz włosów? Od dziecka tak wyglądasz? Czy ty je sobie wyrywasz? A… a twojemu chłopu to nie przeszkadza?

W bani zapadła cisza. Wszystkie równocześnie spojrzały w dół. Kilka przepchnęło się przed inne, chcąc upewnić się, że dobrze usłyszały pytanie.

Widząc ich spojrzenia, uśmiechnęła się lekko. Ważyła słowa.

– W moich stronach kobiety mówią, że tak po prostu przyjemniej. I babie, i chłopu.

Spojrzała na Milę z figlarnym uśmiechem.

– A mój też tak woli. Mówi, że wtedy… – zawiesiła głos, zniżając go do intymnego szeptu, spuściła wzrok.

– …co gładkie, słodszym się zdaje? – szepnęła Zorza, nie podnosząc oczu.

Bania znów zatrzęsła się od śmiechu.

– Patrzajcie, gładka niczym kolano! – zawołała jedna wskazując palcem.

– Smak słodszy, powiadasz… – zanuciła Mila. – Może i mój stary chętniej by do lasu zaglądał, gdyby mu ścieżkę wykarczować!

Śmiech nie cichł.

Dąbrówka pokręciła głową, nie wiedząc sama, czy się dziwić, czy przyklasnąć. Jej wzrok spoczął na Agnieszce, podeszła blisko.

– Dziwne wasze obyczaje, ale mądrze gadasz… Dziewanno.

Zamarła, wsłuchując się w swoje imię.

– Chodź tu do nas, Dziewanko! – zawołała Mila, serdecznie przyciągając ją do siebie. – Musisz nam opowiedzieć, jakich jeszcze sztuczek wasze baby uczą! Przeczuwam, że mój chłop mi dziś podziękuje!

Bania znów zatrzęsła się od śmiechu.

Zorza stanęła przed kobietami, ocierając pot z czoła. Zebrała w dłonie długie, mokre włosy, uniosła je na czubek głowy, odsłaniając kark.

– Uff, jak gorąco! – westchnęła. – Aż się prosi, żeby nie tylko ścieżkę, ale i cały las wokół wykarczować, żeby lepszy przewiew był!

Wybuchnęły kolejną salwą śmiechu.

– Przestańcie, baby – powiedziała Sławomira głosem rwącym się od śmiechu – brzuch mnie boli od tego rechotania, jakbym zaraz rodzić miała.

Uzyskała odwrotny skutek – kobiety jeszcze głośniej się śmiały, niektóre ocierając łzy spod oczu.

* * *

Wrócił do chaty, ciągnąc nogi za sobą, z opuszczoną głową. Gorycz poniżenia ciążyła mu w żołądku mocniej od głodu. Gniewko siedział przy ogniu, mieszając polewkę z ziołami.

Mądry, zaradny chłopak. Odwrócił oczy, nie mogąc znieść jego widoku. Potargał go po włosach.

– Zjedz sam i idź spać. Nie jestem głodny. – Zdziwiony chłopiec tylko przytaknął.

– Nie czekaj na Agnieszkę – mruknął i ruszył w stronę posłania.

Ciężar dnia go przygniótł.

Rzucił się na baranie skóry, sen nie przychodził. Leżał na wznak, wpatrując się w mrok, wściekłość pulsowała mu w skroniach. Upokorzenie rozlewało się w nim. Widział drwiące uśmiechy i na nowo słyszał ich pogardliwe słowa. Spojrzał w stronę Gniewka – i to bolało najbardziej. Jak ma być dla niego wzorem? Jak ma go czegokolwiek nauczyć? Musi udowodnić im wszystkim, że jest dobrym opiekunem, nie zaniedbuje obowiązków. Zacisnął pięści. Nauczy Gniewka polować, posługiwać się łukiem… Tylko że sam ledwo potrafił naciągnąć cięciwę. Świadomość własnej nieudolności bolała mocniej niż jawne szyderstwo.

Tylko przy niej dawał radę to znosić. Westchnął ciężko, pozwalając myślom odpłynąć ku niej. Wrócił wspomnieniami do ich wspólnych nocy, do jej dotyku i poczucia bezpieczeństwa w jej ramionach. Myśli zawisły na granicy jawy i niespokojnego snu.

Wróciła znacznie później – rozpalona śmiechem, lekka. Kilka młodych kobiet odprowadziło ją pod samą chatę. Ich żarty i śmiechy niosły się w nocnym powietrzu. Na pożegnanie wymieniły między sobą krótkie gesty i spojrzenia.

Zdziwiła się – nikt na nią nie czekał. W izbie rozlegał się tylko miarowy oddech śpiącego Gniewka i ciężkie niespokojne westchnienia męża. Rozebrała się, wsunęła pod baranią skórę obok niego. Leżał odwrócony plecami, spięty.

Uśmiechnęła się w ciemności. Muskała językiem jego ucho, kark. Wsunęła dłoń pod baranią skórę, zaczęła go masować. Cierpliwie bez pośpiechu.

Nasłuchiwała jego oddechu. Nie reagował. Ciało pozostawało napięte. Jej dotyk przybrał na intensywności.

Zobaczymy, co na to powiesz – wsunęła się pod przykrycie.

Usta odnalazły go w ciemności. Półsen zaczął mieszać się z rzeczywistością. Po dłuższej chwili dotarło do niego, że to nie omam. Doznanie stało się zbyt realne.

No, co jest? – zmarszczyła brwi, tracąc cierpliwość.

Poczuła zmianę.

Długo kazałeś na siebie czekać.

Ciepłe dłonie spoczęły na jej piersiach. Pieszczoty nabrały tempa. Napięcie ustępowało.

Wsunął się pod nią. Prowadzili grę bez słów. Każde zwolnienie tempa, każdy mocniejszy docisk bioder spotykał się z natychmiastową odpowiedzią. Znali swój rytm, dawali sobie czas na przyjemność. Spełnienie nadeszło równocześnie, gwałtowne.

Położyła głowę na jego ramieniu, ich oddechy stopniowo się wyciszały.

– Potrzebowałam tego… – szepnęła, miękkim, nieobecnym głosem. – Dziękuję. – Pocałowała go.

– Jeśli powroty z bani mają tak wyglądać, to powinnaś chodzić tam codziennie – odparł rozbawiony.

– Możesz pomarzyć! – roześmiała się, szturchając go pod żebro. – W łożnicy musi być sprawiedliwość – zachichotała.

Leżała wpatrując się w ciemny strop, wciąż drżąc.

– Nie wyobrażasz sobie, jak silne to kobiety – powiedziała cicho.

– Nie wyglądają na takie.

– Właśnie o to chodzi. Na co dzień ustępują. Schodzą z drogi.

Przesunęła dłonią po jego piersi.

– Po prostu wiedzą, czego chcą. I kiedy uznają, że coś jest ważne, potrafią to wyegzekwować, ale spróbuj podjąć decyzję dotyczącą dzieci, domu albo całej rodziny bez ich zgody. To powodzenia – zaśmiała się cicho.

Milczał, więc mówiła dalej:

– Wiesz, co mnie uderzyło? My ciągle wyobrażamy sobie, że równouprawnienie jest jakimś nowoczesnym wynalazkiem. Że dopiero nasze czasy odkryły, iż kobieta może mieć własne zdanie.

– Wcale nie jesteśmy tacy nowocześni, jak nam się wydawało?

– Część rzeczy po prostu zapomnieliśmy, a potem ogłosiliśmy własnym odkryciem.

– Musiałam to tobie powiedzieć – szepnęła mu do ucha. – Dobrze, że o tym pogadaliśmy.

– Chyba dlatego tak dobrze się tu odnalazłaś.

Odwrócił się w jej stronę. Oczy miał puste.

– Cieszę się – powiedział cicho, bez emocji. – Dobrze, że przynajmniej ty trafiłaś na właściwe towarzystwo.

– Co się stało? Coś nie tak? U was nie było… wesoło?

– Było, nawet bardzo. Nie masz pojęcia, jak ich bawi deptanie gliny i koszenie trzciny.

– Przepraszam – powiedziała ciszej. – Nie wiedziałam.

Wtuliła się w niego jeszcze mocniej.

Koniec

Komentarze

Robert do małej, okrągłej chaty na skraju osady.

Czasownik się zgubił.

 

na ścianach rozlały się pomarańczowe cienie.

Poetyckie, ale Regulatorzy ani Tarnina tego nie przepuszczą – cień jest miejscem, gdzie dociera mniej światła. To światło jest pomarańczowe.

 

– Daj spokój – odparł Kwiecisz.

Bardzo współczesne – od XIX wieku. Wcześniejsze wersje to “Daj pokój”., “Niechaj go”, “Ostaw go w pokoju” a jeszcze wcześniejsze i tak zabrzmią tak anachronicznie, że tekst nie będzie płynny.

 

Zobaczymy, co na to powiesz – wsunęła się pod skórę.

Lepiej – pod przykrycie. Wiemy, że to barania skóra, ale właśnie zaczyna się scenka erotyczna, więc lepiej unikać dwuznaczności.

 

Usta odnalazły go w ciemności. Półsen zaczął mieszać się z rzeczywistością. Po dłuższej chwili dotarło do niego, że to nie sen. Doznanie stało się zbyt realne.

No, co jest? – zmarszczyła brwi, tracąc cierpliwość.

Poczuła zmianę.

Długo kazałeś na siebie czekać.

Jego dłonie spoczęły na jej piersiach. 

Po pierwsze – jest powtórzonko. Po drugie, jeśli ona robi to, co wynika ze wcześniejszych rozmów z bani, to raczej nie spoczęły, tylko musiał sięgnąć do jej piersi, bo to daleko ;)

Całość odcinka dobra – jest kilka scenek, a każda niesie sporo nowych informacji i spory ładunek emocji. Poza wątpliwością z Długorękim Robem, scenkę erotyczną dobrze się czyta – ani nie jest nudno, ani nie dryfuje w stronę porno, zasugerowane, co potrzeba, a czytelnik ma sobie wyobrazić resztę.

Robert istotnie ma problem, bo do miejscowego ideału mężczyzny nie pasuje. Cóż, może albo doskonalić się na swoim poletku, żeby ich zadziwić, albo wyjść ze strefy komfortu i uczyć się nowych rzeczy. Ciekawe, czy od razu to załapie, czy będzie miał epizod kopania się z koniem, żeby zrozumieć, że to bez sensu?

Zachęca do dalszej lektury.

 

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Cienie tak, ale chciałem pokazać to co otacza cienie. Powstają od płomieni. Są kształtowane przez to co je otacza. Pomyślę jeszcze o tym.

 

Scenę końcową ciąłem i ciąłem i ostatecznie wyszła zupełnie inaczej niż ją pierwotnie napisałem. Cieszę się, że ją dobrze odbierasz.

 

dzięki za dobre słowo. Mobilizujesz mnie do dalszej pracy.

To jeszcze mała uwaga do smrodliwego problemu – spece od permakultury po prostu kopią zawczasu płytkie dołki głębokości około 20 cm na terenie, który w kolejnym sezonie będzie przeznaczony pod uprawę. Dołki są jednorazowe i za każdym razem zasypuje się je ziemią. Rozkład w takich warunkach jest bardzo szybki, właśnie ze względu na “rozproszenie” toalety.

 

Wadą jest oczywiście konieczność załatwiania potrzeb na poletku. Niestety twórcy metody nie podają, czy mieszkają na takim odludziu, że nie mają z tym problemu, czy przestawiają sobie parawanik. W każdym razie nie trzeba nic wybierać z dołu.

Taki system zajmuje sporo miejsca.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Cześć! Parę usterek tu zauważyłem.

 

Jego milczenie szybko przyciągnęło ich uwagę. – A ty, co tak milczysz? – zapytał Dobrogost.

Trochę tak jakoś za dużo tego “milczenia” Nie lepiej bez pierwszego zdania w ogóle? Też wiadomo, że się zainteresowali milczeniem.

A jak ma być wyraźna reakcja grupy to może jakoś tak:

“Wszyscy jednocześnie spojrzeli na Roberta.

– A ty, co tak milczysz? – zapytał Dobrogost”?

 

Jego dłonie spoczęły na jej piersiach. Jej pieszczoty nabrały tempa. Jego odpowiedź również

Za dużo tych zaimków “jego” “jej”…

“Poczuła na piersiach niecierpliwe/drżące/ciepłe/znajome dłonie, jej pieszczoty nabrały tempa, a budzące się ze snu ciało odpowiadało coraz intensywniej” – może coś takiego?

 

– Nie wcale jesteśmy tacy nowocześni, jak nam się wydawało?

Tu coś nie tak z szykiem – pewnie miało być:

“– Wcale nie jesteśmy tacy nowocześni…”

 

Ale ode mnie to by było na tyle “wytyków” ;). Przeczytałem i czekam na dalszy ciąg. Pozdrawiam!

Grzesiek_W

trafne uwagi, dzięki.

 

marzan

To jeszcze mała uwaga do smrodliwego problemu…

to wymagałoby planowania i doświadczenia. oni rozwiązują problemy kiedy się pojawiają.

 

Miałem problem z tą sceną. Nie miałem gdzie ją wepchnąć. Teraz wydłuża i tak długi rozdział, ale chciałem połączyć wątki higieniczne i zdecydowana postawa Agnieszki pasuje do wątku dominujących kobiet.

dzięki

Nowa Fantastyka