- Opowiadanie: marzan - Wyzwanie #52 Cudeńko z pchlego targu
Wyzwanie #52 Cudeńko z pchlego targu
Kolejne wyzwanie kreatywne – złośliwie z niewielkim limitem znaków, wziąwszy pod uwagę, że akcja wielu opasłych ksiąg kręci się wokół jednego przedmiotu. Jeśli poniesie Was wena, zawsze można publikować poza wyzwaniem :)
Kończymy w niedzielę 14 czerwca!
P.S. Ilustrator SI tym razem w polskich podpisach przedmiotów na obrazku zrobił tyle błędów, że pozwoliłem mu zostawić wersję angielską. Jak zwykle obrazek ma pomóc ruszyć z miejsca, ale przecież pchli targ może wyglądać zupełnie inaczej i przedmiot jest tu istotą zadania, nie nawoływania handlarzy!
Oceny
Wyzwanie #52 Cudeńko z pchlego targu
Twój bohater znajduje na pchlim targu tajemniczy przedmiot. Jak się tam znalazł? Może ktoś bardzo chciał go oddać, a może handlarz się na nim nie poznał? Czy ma szczególne właściwości, a może dopiero czeka na użycie? Limit 6000 znaków!
Koniec
Komentarze
Val szedł zatłoczoną ulicą między straganami. Jako istota dwunożna wyróżniał się w tłumie, który pełzał, sunął, latał lub podskakiwał. Trącano go mackami i skrzydłami, obrzucono śluzem, do którego przyczepił się piach pustynnej planety. Skafander nie tylko chronił go przed ciśnieniem, które by go zgniotło, ale i przed kontaktem z klientami targu. To właśnie z powodu stroju mijał kolejne stragany, przeglądając asortyment – brakowało w nim dezintegratora przestrzennego.
Szansa, że znajdzie brakujący element, była jak jeden do dziewięciu milionów, przynajmniej według AI, ale nie miał innego wyjścia. Za trzy godziny zabraknie mu tlenu.
Val minął ostatnie stragany. Przez szybkę hełmu upaćkaną śluzem zmieszanym z piaskiem obserwował towary szemranych sprzedawców rozłożone na piaszczystym podłożu.
– Jest! – wykrzyknął w przestrzeń hełmu.
Sprzedawca nie miał prawa go usłyszeć, a przez utytłany wizjer na pewno nie dostrzegł ekscytacji. Dlatego Val przeszedł dalej, udając, że ogląda towary innych handlarzy. Teraz myśli zaprzątała mu jedna rzecz – czy pojemnik chroniący powłokę dezintegratora jest szczelny.
Zawrócił i zaczął przeglądać graty leżące przed sprzedawcą. Malkawianin był czujny. Jedno oko, usadowione w galaretowatej głowie, śledziło każdy ruch Vala, który już uruchomił komunikator.
– To cenny medalion – zaczął Malkawianin. – Z trzeciego wieku, przed wykluciem Wielkiego Yesso.
– Ciekawe – odpowiedział Val, by nie zostawić sprzedawcy bez odpowiedzi.
– Jesteś Mleczarzem? – zapytał sprzedawca.
– Tak.
– Z Marsa?
– Nie. Z Ziemi.
– Masz daleką drogę za sobą. – Macki Malkawianina pod błękitną galaretą drgały przy każdym wypowiadanym słowie.
Wyglądał zabawnie, ale Val był pewien, że będzie trudno uzyskać dobrą cenę za dezintegrator… Chyba że…
– Tak, to będzie ładna pamiątka – przyznał Val.
– Jedyne sto milionów – rzucił przez macki sprzedawca.
– To uczciwa cena.
Handlarz wydawał się nieco zawiedziony brakiem targów. Val na to czekał. Wiedział, że Malkawianin nie tylko może się obrazić za brak negocjacji ceny, ale i przegonić kupującego.
– Może coś dorzucisz w tej kwocie?
– No nie wiem – zaczął meduzowaty tubylec. – To i tak kwota po rabacie.
– No trudno, to kupuję. – Zaryzykował Val, choć nie było go stać na wisior.
– A co by cię jeszcze interesowało? – Sprzedawca połknął haczyk. Możliwość pohandlowania była silniejsza od niego, tym bardziej, że nikt inny nie był zainteresowany wystawionym towarem.
– To puzderko wygląda ładnie. – Val bez patrzenia wskazał metalową puszkę. – Mógłbym do niego zapakować naszyjnik.
– To? – zdziwił się Malkawianin. – Chyba się nie przyda, bo nie da się tego ustrojstwa otworzyć.
– Mogę zobaczyć?
Macki falowały, a turkusowe oko próbowało dojrzeć twarz rozmówcy przez piach sklejony ze śluzem na szybie hełmu.
– Proszę – powiedział po chwili.
Val zsunął naszyjnik na nadgarstek i sięgnął po pudełko.
Szybko odnalazł dwa ruchome punkty po przeciwległych stronach puzderka. Wcisnął je, a wtedy wieko odskoczyło. Malkawianin chyba był zaskoczony – o ile przeciągły bulgot miał właśnie wyrażać tę emocję. Fioletowe światło zalało targowisko. Wszystkie istoty zwrócone do Vala zasłaniały te części ciała, które odpowiadały za zdolność odbierania i analizowania wrażeń świetlnych.
Klapa skafandra umieszczona na miednicy otwarła się. Val wyciągnął dezintegrator i włożył go w wolną przestrzeń. Nim puzderko upadło na ziemię, a Malkawianin zaklął, Ziemianin zniknął w obłoku piachu wzburzonym przez nagromadzenie energii.
EPILOG
Żona Vala była rozczarowana, że jak zwykle nic jej nie przywiózł z misji międzygalaktycznej. Za to kochanka była zachwycona pięknym naszyjnikiem i zgodziła się na to, czego wcześniej nie chciała robić w łóżku.
W tym samym czasie Malkawianin zrozumiał, czemu ojciec powtarzał:
– Zawsze miej oko na to, co Ziemianin robi z rękoma
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Matka obwieszona siatkami przeciskała się uparcie przez tłum ludzi, a ja próbowałam jej nie zgubić. W powietrzu było czuć nieprzyjemny zapach śledzi i kiszonej kapusty, zmieszany z papierosowym dymem. Wszyscy potrącali siebie nawzajem, jakby chcieli tymi szturchańcami zemścić się za przytłaczającą codzienność.
– Trzymaj!
Wręczyła mi torbę z mąką. Jej ucha wrzynały się w dłonie i wyrywały rękę, a ja ruszyłam zbolała dalej.
Konie u wozów jadły obrok, chłopi sprzedawali ziemniaki, marchew i wszystkie inne skarby z ziemi. A kobiety jesienne kwiaty powiązane w bukiety, jaja i mleko. Czasem trafiła się oskubana już kurka lub kaczka.
Wyobrażałam sobie, że to targ w Bucharze, gdzie sprzedaje się pachnące słońcem egzotyczne owoce, daktyle i rodzynki. Kupcy zachwalają zamorskie wino, a w złotych klatkach tańczą piękne niewolnice, pobrzękując złotymi dzwoneczkami przy nodze.
Moja koleżanka z ławki jeździła zeszłego lata do Samarkandy, bo jej partyjny ojciec dostał wycieczkę do Związku Radzieckiego. Przywiozła stamtąd albumy i zdjęcia niecodziennych krain, a we mnie niestety zaszczepiła zazdrość. Chciałam i ja doświadczać ekscytacji nowymi miejscami, ludźmi o ciemnej skórze i dziwnie brzmiącymi językami. Chciałam biegać po białych stopniach pałaców sułtana i zakochać się w wojowniku o olśniewającym uśmiechu. Gdy tak beztrosko przemierzałam bucharskie wąskie uliczki, nagle wyrosła przede mną Cyganka.
Diabli nadali!
Rozejrzałam się za matką, ale zniknęła już w ciżbie ludzkiej.
– Powróżę! Pani! Powróżę!
Każdy wie, że Cyganek nie można zdenerwować. Niechętnie więc wyciągnęłam brzęczące monety.
– Tylko tyle mam.
Cyganka zacmokała, co chyba znaczyło, że ujdzie. Chwyciła mnie za rękę i brudnym paluchem jęła wodzić po wewnętrznych liniach dłoni.
– Pani! Miłości gorącej, ognistej to chyba nie znajdziesz. Przyjaźni dozgonnej… aj, aj – znów zacmokała, teraz jednak z troską – nie widzę.
Nie dość, że dzień zmarnowany na targu, to jeszcze ta Cyganka!
– Ale, hola, hola! Przecie to gościniec. A gdzież on się kończy? – próbowała dostrzec coś na ręce – Może idzie nawet dookoła świata?
Wyrwałam się jej gwałtownie i wbiłam w tłum.
– Pani! A niech pani nie zgubi drogi powrotnej! Po ziemi i wśród gwiazd! – wołała za mną, ale byłam już daleko.
Z ulgą ruszyłam do wyjścia. Ale jak na złość przy płocie kątem oka dostrzegłam coś kolorowego. Przyciągnęły mnie powystawiane różnobarwne gliniane dzbany, foremki na babki, talerze, gwizdki w kształcie koguta i dzwonki. Obok na krześle ktoś siedział skurczony. Dziadek wydawał się spać. Aha, garncarz.
Na dużych półmiskach wymalowane były całe historie o pannach młodych, o strażakach, o babkach, bocianach i pastuszkach. Zapomniałam, że mąka jest ciężka, a matka na pewno czeka zła jak osa.
Wzięłam do ręki niewielki płaski przedmiot z uchem.
Dziadek się poruszył i coś zamamrotał.
– Co to?
– Czarodziejska lampa.
Spojrzałam podejrzliwie. Gliniana lampka oliwna była skromna i na pewno całkowicie pozbawiona wszelkiej magii.
– Lampa Aladyna to nie jest – mruknęłam rozczarowana.
– Bo ty się znasz na czarodziejskich lampach! – Żachnął się.
Spróbowałam potrzeć ją rękawem.
– Nie pocieraj! Tak to nie działa.
– Mówiłam, że nie jest czarodziejska. – Wzruszyłam ramionami.
– Lampę się zapala. Jak chcesz, aby spełniło się życzenie, to trzeba ją zapalić.
– Phi, to głupie.
– Jak nie masz marzeń, to nawet lampa Aladyna ci nie pomoże. – Machnął ręką pogardliwie.
Ale przecież ja mam marzenia!
– Przyznajcie się, dziadku, że to bujda.
– Ach, to weźże ją sobie i daj mi święty spokój!
Dziadek wtulił głowę w ramiona i ponownie zapadł w drzemkę.
A ja stałam jak słup soli z lampą oliwną w ręce. Bo przecież mając taką lampę nie mogę sobie życzyć czegokolwiek, co mi ślina na język przyniesie. Oczywiście nie wierzę w żadne lampy Aladynów, ale gdyby rzeczywiście była czarodziejska, to byłby poważny kłopot.
Epilog
W domu matka była zbyt zmęczona, żeby mieć do mnie pretensje, a ja skrobiąc marchewkę zastanawiałam się nad życzeniem. Winiłam swoją głupotę, że nie spytałam dziadka, ile ich spełnia lampa. Jedno? Trzy? Przecież wszystkich moich życzeń i tak nie zrealizuje… Hmm, najlepiej byłoby więc, żeby komuna upadła, bo wtedy moje marzenia stałyby się możliwe. Ale chyba raczej nie mogę liczyć, że lampa da radę to spełnić, prawda? Och nie! Jeszcze cała siatka ziemniaków do obrania!
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Ty lepiej napisz coś:P też chcemy się po znęcać;)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Jestem zajęta wychowywaniem trolla (czy ten tajemniczy przedmiot może być kawałkiem magicznej istoty?)
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Ooo, już coś się wykluwa;)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Jestem zajęta wychowywaniem trolla
Ty też? A na mnie zawsze jedna z drugą najeżdża, żebym wreszcie wywalił trolla z piwnicy, bo trolle nie są reformowalne, a ja zawsze na to, że on nie jest gotowy na wielki świat… czy może świat nie jest gotowy na niego? No w każdym razie on i świat muszą jeszcze poczekać.
A ponieważ nie tylko trollami się żyje, czas spojrzeć na to, co się urodziło w wyzwaniach.
Bardzie, zastanawiałem się, czy gdybym wyręczył Tarninę w czesaniu, to może doczekalibyśmy się fragmentu?
Ale na razie wrażenia ogólne, bo w biegu, poniedziałek, troll głodny i w ogóle…
To właśnie z powodu stroju mijał kolejne stragany, przeglądając asortyment – brakowało w nim dezintegratora przestrzennego.
Zrozumiałe, ale niezgrabne – można się pogubić, do czego odnosi się druga część zdania. W dodatku to zdanie brzmi neutralnie, a już w kolejnym dowiadujemy się, że bohaterowi za trzy godziny skończy się tlen. Poza tym nie wie, czy dezintegrator będzie w dobrym stanie.
W tym miejscu zabrakło mi trochę dramatyzmu. Wprawdzie bohater cieszy się i wykrzykuje, kiedy znajdzie potrzebny mu dyngs, ale wcale nie czułem stawki – ot, przyszedł na bazar. Nie wybrzmiała walka o życie, miałem wrażenie, że może sobie stamtąd po prostu pójść. Zastanawia się nad tym, że cena nie będzie dobra, czyli jednak ma jakiś wybór. Wydawało mi się, że “gasi” to napięcie fabularne.
– No trudno, to kupuję. – Zaryzykował Val, choć nie było go stać na wisior.
– A co by cię jeszcze interesowało? – Sprzedawca połknął haczyk. Możliwość pohandlowania była silniejsza od niego, tym bardziej, że nikt inny nie był zainteresowany wystawionym towarem.
To drugie miejsce, w którym się zawiesiłem. Gdyby kwestia bohatera brzmiała w stylu “A gadali, że jesteś tu najlepszy. No nic, poszukam gdzie indziej, sto baniek samo się nie wyda”, może czułbym, że sprzedawca rzeczywiście chce się targować?
Poza tymi dwoma potykaczami, opis targowiska był całkiem ciekawy – brakowało mi prób zaczepienia bohatera przez innych sprzedawców, ale może miejscowe zwyczaje tego nie obejmują.
Zwrot akcji i epilog za to były całkiem zgrabne – dopiero tam wciągnąłem się w akcję na tyle, że nie zwracałem uwagi na niedoskonałości stylu. Dobrze wykorzystana długość tekstu, dostajemy ładną, zamkniętą historię. To właśnie zakończenie zapada w pamięć
Do drugiego fragmentu Chalbarczyk też wrócę!
Zachęcam do pisana i komentowania. To nie muszą być długie teksty – obiecuję w kolejnym wyzwaniu dać coś z małymi limitem. Wyzwania są też okazją, żeby eksperymentować, zobaczyć, co wychodzi, a co nie.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
(czy ten tajemniczy przedmiot może być kawałkiem magicznej istoty?)
Róg jednorożca już był u Finkli w poprzednim wyzwaniu. Wiele przedmiotów ma fragmenty “organiczne”.
Jak zwykle Twoje wpisy są kopalnią pomysłów ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Przyjmuje uwagi z pokorą:). Faktycznie, miałem w głowie luźny tekst o humorystycznym zabarwieniu i to odwróciło moją uwagę od zachowania odpowiedniego napięcia – a przynajmniej tak mi się wydaje ;P. Targi też nie mają zachowanego balansu – wychodziło mi raz za dużo raz za mało, ostatecznie skróciłem:). Ale obiecałem coś mniej mrocznego i słowa dotrzymałem:). Dziękuję za uwagi, jak zawsze pomocne :).
A Tarnina jest jak tarnina rozkwita pisarsko w swoim czasie :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Chalbarczyk
Matka obwieszona siatkami przeciskała się uparcie przez tłum ludzi, a ja próbowałam jejsię nie zgubić.
W powietrzu było czuć nieprzyjemny zapach śledzi i kiszonej kapusty, zmieszany z papierosowym dymem.
Nie lubię wtrąceń od autora, no chyba, że są oczywiste – ja lubię każdy z tych zapachów
Rozejrzałam się za matką, ale zniknęła już w ciżbie ludzkiej.
Zdarzenie wygodne fablularnie
Czy targ z niewolnicami, gdzieś w Marrakeszu jest lepszy od targu na Pradze wątpię – inny na pewno.
Tym trochę mnie bohaterka irytowała ale może i celowo… za to lampa spełniająca życzenia została potraktowana kreatywnie. I za życzenie bohaterki znów ją polubiłem. Końcówka robi robotę.
Już nie będę dodawał, że budowa szorta jest idealna bo z zachowaniem proporcji nie masz problemu :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Cześć Bardzie!
Tym trochę mnie bohaterka irytowała ale może i celowo…
Trochę nie wzięłam pod uwagę, że bohaterka może wydać się w tym otoczeniu mało sympatyczna, bo zależało mi, aby oddać beznadzieję peerelu i przytłaczający klimat. Cieszę się, że pod koniec wróciła do łask :)
Co do Twojego tekstu:
Pomysłowe i do tego z morałem :)
Czasami zatrzymywałam się na niektórych zdaniach, bo ich konstrukcja była trochę karkołomna.
Prowadzisz nas przez taki ekscytujący targ gdzieś w odległej galaktyce, ale w ogóle nie dajesz się nacieszyć asortymentem :) Zabrakło mi chociaż jednego spojrzenia na towary na straganach i alienów :)
Pozdrawiam!
Jak zwykle Twoje wpisy są kopalnią pomysłów ;)
Ale nie mam kilofa XD
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Chalbarczyk
Słusznie świat by zyskał na opisach UFOkowych błyskotek. Ale zwolniłbym akcję. Miałem taki zamysł tylko, ze przedmioty z innej planety to nie mogą być puzderka;), wisiorki :D i wazoniki i inne grajdoły z targu jaki my znamy. Więc odpuściłem – odwieczny problem pisarza gdzie ciąć:)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Odwieczny problem chirurga XD
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Nie po szybkiej setce;)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Bard
odwieczny problem pisarza gdzie ciąć
Cha cha, to prawda!
Bardzo się cieszę, że inicjatywa wyzwań utrzymuje się na tak dobrym poziomie, wyrazy uznania dla wszystkich zaangażowanych!
Bardzie, ładnie to jest napisane, wiarygodnie wypada ten kosmiczny targ i to, jak naświetlasz tamtejszą kulturę handlu, podobną do znanych, ale jednak trochę obcą. Bardzo podoba mi się sunący i obrzucający śluzem tłum. Narracja zmyliła mnie pod tym względem, że początek wskazywał, iż Val szuka brakującego elementu do naprawy skafandra (zatrzymania wycieku tlenu?), a nie do ulotnienia się w czasoprzestrzeń. Oczywiście zmyliło to też sprzedawcę…
Z trzeciego wieku, przed wykluciem Wielkiego Yesso.
Raczej bez przecinka.
– Ciekawe – odpowiedział Val, by nie zostawić sprzedawcy bez odpowiedzi.
Celowe powtórzenie?
– No trudno, to kupuję. – Zaryzykował Val, choć nie było go stać na wisior.
“Zaryzykował” małą literą, ryzykuje gębowo. Osobliwy haczyk, ale wziąłem to właśnie za świadectwo odmiennych zwyczajów handlowych.
Chalbarczyk, przyjemna historyjka! Świetnie zbudowałaś atmosferę, ta kreacja uczennicy marzącej o egzotyce i podróżach, już dość dużej, by zdawać sobie sprawę z szarej codzienności, wydała mi się przekonująca. Zdziwiła mnie pisownia “cyganka” małą literą, bo przecież chodzi o członkinię grupy etnicznej?
Ponieważ nie podjąłem rękawicy w konkursie z obrazami, stwierdziłem, że choć tutaj podzielę się tekstem niejako symetrycznym do Twojego. Zaznaczam, że jest to wprawka, luźna fantazja osadzona w jakimś kraju mniej więcej arabskim, z realiami potraktowanymi mniej rzetelnie, niż bym tego od siebie wymagał w pełnoprawnym opowiadaniu…
Przyszedłem umyślnie w porze największego upału, by tłum rozluźnił się nieco. Popatrywałem po bazarze z narastającym zniecierpliwieniem. Uważam się za konesera serów i ze znawstwem mogłem stwierdzić, że stragan z nabiałem garbatego człowieczka w półbeduińskim stroju cuchnie tak, jakby coś wlazło mu do buta jeszcze przed ubiegłym ramadanem i tamże zdechło.
Stoisko dalej starowinka z siwymi strąkami sterczącymi spod chusty i okropnie poranionymi dłońmi wymachiwała w moją stronę dwiema sporymi, syczącymi gęśmi:
– Okazja, paniczu piękny-młody, okazja! Prawie nie szczypią! – wołała ochryple.
Wzdrygnąłem się i odskoczyłem o parę kroków, o mało nie nadeptując jakiegoś bosonogiego podrostka, który zaczął płaczliwie:
– Ojciec umarł, matka wdowa… – I spróbował mi się wysmarkać w rękaw.
Znów odskok; pomyślałem ze wstydem, że zaczynam przypominać skoczka szachowego i że Allah nakazuje się dzielić, rzuciłem więc chłopcu drobną monetę. Otrząsnąłem się i pomaszerowałem raźno w dalszy róg bazaru. Mustafa podążał za mną jak cień z rękami splecionymi na piersi, na pewno śmiejąc się pod wąsem z przygód pryncypała.
Przedwczorajsze ryby, chemia niemiecka, perfumy. Wolne oddechy przez materiał rękawa. Dotarłem wreszcie do interesującego mnie kramu, kanciapy zbitej z desek, po brzegi wypełnionej starymi księgami i drobnymi przedmiotami użytkowymi:
– Salem alejkum, Ali. – Nachyliłem się konfidencjonalnie do właściciela. – Masz dla mnie tego ibn Sinę z komentarzami al-Shiraziego?
– Alejkum salem… – Potoczył naokoło mnie rozmarzonym wzrokiem, świadczącym dowodnie o użyciu opium. – Mam dla ciebie białego kruka, Przyczynek do recepcji kalifów prawowiernych na dworze Wielkich Mogołów, późny dziewiętnasty wiek, dwa tomy in folio.
– Pytałem o ibn Sinę – przypomniałem łagodnie, przerzucając karty sążnistego dzieła.
– A myślisz, że to tak łatwo o ibn Sinę, co, młodzieńcze? Że ibn Sina czai się na mnie za każdym rogiem? Udziela napomnień w drodze w ustronne miejsce? Zamówienie musi dojrzeć… musi dojrzeć. – Ali zapadł w narkotyczną drzemkę.
Kusiło mnie, by kazać Mustafie nim potrząsnąć. Wiedziałem jednak, że nie warto klarować antykwariuszowi, jak ma się zwracać do wyższych rodem od siebie. Wiek i doświadczenie mają swoje prawa, zresztą ugrałbym tyle, że następnym razem wręczyłby mi zamiast zamówionej perełki Trzydzieści dziewięć sposobów przyrządzania potrawki z butów.
Naturalnie musiałem odliczyć uczciwą sumę za Przyczynek i objuczyć nim ochroniarza. Gdy jednak mieliśmy już wracać do biura, niespodziewanie Ali uchylił jedno oko:
– Coś cię trapi, młody. Sprawy prywatne, co? Może weźmiesz błyskotkę dla udobruchania urażonej damy? Mam tu cudną broszę, szmaragd oprawny w elektrum i szkło, chyba wenecka robota…
Zaśmiałem się smutno, bezdźwięcznie. Tutejsze damy! Zakutane od stóp do głów, bez prawa do nauki, rozmowy o liczących się rzeczach, drżące przed swoim panem i władcą, aż ich inteligencja, większa nieraz od naszej, wyrodzi się w małe, podłe intrygi. Słowo daję, już prędzej emablowałbym tę dziewczynę sprzedającą małże, która śmiało zaczepia obcych i zgarnia pod chustkę niesforne czarne loczki, niż pannę z „mojej sfery” (a ściślej i co gorsza, jej ojca).
Po wizytach biznesowych i kulturowych w Europie doszedłem do przekonania, że bluźnimy. Co powiedzieliby Rafael czy Giotto, gdyby kto, zamiast pokazywać ich arcydzieła łaknącym piękna ludziom, strzegł ich zazdrośnie i oglądał tylko sam w zaciszu domowym? Caravaggio to pewnie zabiłby na miejscu. A my rościmy sobie prawo, żeby zakrywać kobietę, klejnot wszech Stworzenia, majstersztyk prezentujący wszem wobec „co Ałła umie i co Ałła może”?
– …a jeżeli weneckie brosze nie wystarczają takim jak ty… – monolog Alego wpadał mi jednym uchem i wypadał drugim.
Myślałem o uroczej Polce napotkanej w wiedeńskim Kunsthistorisches, jak opowiadała mi dość czystym angielskim o Starych Mistrzach, o chiaroscuro, drogocennych barwnikach i pewnych pociągnięciach pędzla. Jak śmiała się z tego, że nie wiem, gdzie oczy podziać przy niektórych obrazach, że sama w letniej sukience jest według moich pojęć po prostu naga. Ośmieliłem się wspomnieć, że moi szacowni przodkowie nieraz brali sobie żony z jej stron, na co spytała uprzejmie, ilu przy tym potraciło braci a moich prastryjów. Potem partia szachów w przyległej kawiarence, zremisowałem po długiej obronie końcówki wieżowej – i tyle.
Pierwszy raz od tamtego czasu zdobyłem się na to, by spojrzeć na zapis partii, przechowany w przegródce portfela jako cenna pamiątka. I wyobraźcie sobie moje zdumienie, gdy ze złożonej na czworo kartki wyśliznęła się ręcznie zapisana wizytówka!
Nagle z zupełną jasnością słyszałem Alego:
– …dokładnie to, czego ci potrzeba – dokończył, przesuwając w dłoni coś jakby naszyjnik ze srebrnych ogniw rzeźbionych jak pędy niezwykłych, egzotycznych roślin, w sam raz, ani tak grubych, by obrażać dobry smak, ani tak cienkich, by pęknąć od przypadkowego szarpnięcia.
– Co takiego?
– Proweniencja zapadła w pomroku dziejów – powtórzył surowo. – Uważam, że to jeden z nielicznych skarbów ocalonych przez zapobiegliwą matkę Boabdila po upadku Granady.
– Zamieniam się w słuch.
– Ten przedmiot ma niezwykłą moc. Wieść niesie, że wybranka, która założy go podarowany z dobrej woli, nieodwołalnie skuje swój los z twoim, że zaspokoi potrzeby serca zawsze i wyłącznie przy tobie, że zyskacie niezwykłe połączenie dusz, które przetrwa wszelkie przeciwności i bodaj sam świat. Jedyne tysiąc dwieście dinarów. Złotem, nie żadne czeki i papierki.
– Ali, zmiłuj się…
– Tysiąc pięćset dinarów.
Kiedy tak poważny człowiek jak mój antykwariusz zaczyna się targować w górę, naprawdę nie warto mieć ostatniego słowa. A jeszcze będę musiał zastanowić się nad przesyłką.
Cześć Ślimaku!
Zdziwiła mnie pisownia “cyganka” małą literą,
Już poprawione :)
Twoje opowiadanko:
Świetny klimat bazaru, gdzie przewijają się najróżniejsze typy. I do tego ze średniowiecznymi książkami w tle! Elegancki, wysmakowany cenny przedmiot pokazuje, że rzecz dzieje się naprawdę w wysokich sferach :) Bardzo mi się podoba!
Nie będę narzekać, że za krótkie, bo jeszcześ gotów skrócić :)
Ślimaku
Łowco przecinków – dziękuję za miłe słowa i uwagi do tekstu.
Ale bardziej zainteresował mnie Twój szort. Mamy tu bardzo ładnie skonstruowaną historię. Perzechodzisz płynnie z targu do straganu z antykwariuszem nie zapominając o oddaniu nastroju targowiska i zbudowałeś trzy interesujące postaci – co jak na tak małą ilość znaków jest imponujące. Antykwariusz może lekko przekoloryzowany ale to nieszkodzi bo pasuje do sceny. Bohater elegancki, kulturalny i obyty ze światem, a do tego zakochany. No i nasza rodaczka, która zawróciła mu w głowie nie kształtami a osobowością. I zabieg z wypadającą wizytówką przy gadaniu antykwariusza – subtelny ale działający. Minąłeś się z gatunkiem, powinieneś pisać obyczaje :). Podobało mi się, bo romans wisi w powietrzu, a właściwie między wierszami :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Dziękuję za Wasze wrażenia i uwagi, cudownie, że Wam się podobało!
Chalbarczyk, naprawdę się cieszę, że Twoim zdaniem wyszedł mi klimat bazaru – choć nie uważam, bym prześcignął Cię pod tym względem – i że pomysł na przedstawienie bohatera z wyższych sfer nie razi Cię naiwnością.
Bardzie, dobrze wiedzieć, że główne postaci interesujące i należycie zbudowane, staram się to ćwiczyć, żeby nie były pustymi figurami (jak mi się dawniej często zdarzało), i chyba rzeczywiście czynię postępy. To tylko wprawka, nie zakładaj, że poradziłbym sobie z dłuższą historią obyczajową ani tym bardziej z romansem. Zresztą bardzo wątpię, czy gdziekolwiek istnieje środowisko do ćwiczenia obyczajówek równie wartościowe jak tutaj dla fantastyki.
Tak, postaci wyszły dobrze. Możesz pisać fantasy obyczajowe – znam osoby, którym w Wiedzminie właśnie te wątki podobały się najbardziej. A nawet fantasy romans, myślę, że to akurat dobrze by się sprzedało – choć nie wiem czy przyjęło na forum;)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Usiadłem na fotelu. Nie byle jakim, Stern Weber, cztery stówy na olx. Z dospawanymi stalowymi profilami i pasami do krępowania dłoni i kostek siedzisko nie wygląda już tak przyjaźnie jak oryginał.
Nie musi, i tak oglądam je tylko ja. Połamane resztki poprzedniego fotela leżą gdzieś w krzakach. To siedzisko przytwierdziłem masywnymi śrubami bezpośrednio do legarów w podłodze. Ból za każdym razem jest coraz silniejszy, a owładnięte nim ciało walczy z nadludzką siłą.
Sięgnąłem po strzykawkę. Stuknąłem dwa razy palcem, by pozbyć się bąbla powietrza. Wyszukałem wolne miejsce na lewej ręce. Było o nie coraz trudniej – może czas przerzucić się na kostki? Wyćwiczonym ruchem wbiłem igłę i wcisnąłem tłoczek do oporu.
Uruchomiłem stoper w telefonie. Miałem dziesięć minut, by zabezpieczyć stopy, ręce, pas i kolana. Nie spieszyłem się. Kiedy wolna była tylko prawa ręka, wziąłem z tacy zwiniętą w rulon szmatkę i włożyłem między zęby. Nasączona rumiankiem, by zabić smak i zapach płynu odkażającego.
Wsunąłem nadgarstek w samozatrzaskujące się dyby. Potrafiłem je potem otworzyć, ale nie było szansy, żebym przypadkowo się uwolnił, kiedy wpadnę w drgawki. Ostatni raz zerknąłem na stoper i zamknąłem oczy. Palcami wymacałem przedmiot – łańcuszek tak cienki, że ledwo dałem radę go chwycić. Zamknąłem ozdobę wewnątrz dłoni. Metal szybko się nagrzewał, wrażenia i uczucia zaklęte w każdym ogniwie znów uderzyły mi do głowy. Wziąłem głęboki oddech, może ostatni, zanim się zacznie.
Ból był jak gąbka na szkolnej tablicy: na moment wymazywał pamięć. Tworzył miejsce dla wrażeń, które rwącą rzeką płynęły teraz od przedmiotu wprost do głowy. Na początku czułem, jak ciało wygina się w łuk, zęby zaciskają na szmacie, kończyny uderzają o fotel. Potem znalazłem się w pustce.
Była ciepła, letnia noc. Woda omywała bose dziewczęce stopy.
Pięć godzin wcześniej
– Coś pana interesuje? Może porcelana, czeska, z gąską, komplecik? Mam też nowy peerel i trochę międzywojnia, rozbierali chałupę w Bukowie…
Starał się zachwalać towar, ale na przemian patrzył na mnie i lustrował otoczenie. W głosie wyczuwałem niepewność. Starocie leżały rozłożone na brudnym kocu, ale on stał oparty o bagażnik starego golfa, jakby za chwilę miał wskoczyć do środka i odjechać. Co jakiś czas mrugał albo przełykał ślinę.
Rozejrzałem się po dzikim bazarku. Kilka starowinek, którym zapewne nie w smak były ani opłaty, ani standardy higieniczne oficjalnego placu, od którego dzieliła nas zarośnięta krzakami linia wąskotorówki. Dwóch sprzedawców zwierząt, jeden handlował z busa, drugi ze zdezelowanej zafiry wypatroszonej z siedzeń, których miejsce zajęły klatki na gęsi. Pewnie też stronili od pozwoleń i weterynarzy. Do tego małolata ze szczeniaczkami w wiklinowym koszu i gość o gruzińskich rysach z kartonami papierosów niedbale przykrytymi obrusikiem w kwiatki.
– Może coś wygrzebanego albo wyłowionego? Wie pan, peerel to u mnie wystawiają przy śmietniku…
Odchrząknął i znów oparł się na bagażniku. Zmarszczył czoło.
– No, coś się znajdzie… z orania pola i czyszczenia rowu… – zapewnił i uważnie przyglądał się reakcji. W końcu gwałtownym ruchem uchylił klapę.
– Wszystko z tego miesiąca, te już oczyszczone, tamte słabiej. Trzy ładne koziki, jeden oficerski. Guzików sporo, tu wermacht, garstka radzieckich, w słoiczku polskie. I rarytas, Luger dziewiątka, super stan, owinięty w smołowane szmaty, drugiego takiego nie znajdziesz!
Gość mógłby pracować w reklamie farmaceutyków, bo wystrzelił to wszystko niemal na jednym wydechu.
– A to? – Wskazałem lśniący łańcuszek.
Mężczyzna się zawahał, znów zlustrował otoczenie, po czym niespodziewanie sięgnął do bagażnika i włożył mi przedmiot w dłoń.
– Międzywojnie, będzie z pięć gramów, nawet więcej. Czternaście karatów, próba wybita w kółeczku, nawet nie zatarta. Patrz pan, jakie fikuśne ogniwka. Półtora tysiaka i jest twój. Jak za samo złoto.
– Tysiąc. Bez wypełniania papierów i spisywania dowodu – wydukałem machinalnie, bo myślami byłem już zupełnie gdzie indziej.
Filigranowy łańcuszek, taki, jaki nosi się na nadgarstku, wił się teraz wzdłuż linii papilarnych i łaskotał mnie w dłoń. Zdawał się nic nie ważyć, ale echo zaklętych w metalu wrażeń gniotło i parzyło, przenikało przez skórę, wspinało się coraz wyżej, aż w końcu splotło z moimi myślami. Lawina młodzieńczych uczuć, dzikich, gwałtownych, nieokiełznanych porwała mnie ze sobą. Oddałbym nie tylko tysiąc, ale i całą wypłatę, by jeszcze raz przeżyć coś takiego.
– Niech stracę. Tysiak. – Handlarz znów rozejrzał się dookoła. – Może coś jeszcze?
Pokręciłem głową i pośpiesznie odliczyłem kwotę. Łańcuszek piekł w dłoni, głód wrażeń przyzywał, obce głosy i obrazy tańczyły w myślach. Roztrzęsiony, wsiadłem do samochodu i ruszyłem z piskiem opon.
Kaszuby, rok 1938
– Karl, gdzie jesteś?
Brodziłam po kolana w ciepłej wodzie, czułam miękki piasek pod stopami. Głosy w karczmie ucichły już dawno, przez zarośla widziałam dalekie odbicie blasku lampy naftowej w tafli gładkiej niczym lustro.
Spojrzałam na Drogę Mleczną. Widok tysięcy drobniutkich gwiazd zawsze mnie uspokajał, lecz nie tego wieczoru. To już nie było kołatanie serca i mrowienie w brzuchu, tylko drżenie każdej części ciała napiętego jak struna, nerwy pobudzone tak, że na każdy szelest podskakiwałam, a od zapachów momentalnie kręciło mi się w głowie. Czy miałam gorączkę? Nie było to ważne, czekałam tylko na moment, który miał zmienić moje życie. Neseser leżał na brzegu, płaszcz wisiał na gałęzi.
Jan otaczał mnie opieką, lecz w jego ramionach coraz częściej czułam się jak w klatce. Stałość, która z początku dała mi wytchnienie, teraz uwierała na każdym kroku. Próbowałam go porwać, zachęcałam do biegu, lecz tylko szedł, niewzruszony, ufny zasadom. Cokolwiek uwielbiałam, on tylko lubił, ja wirowałam w szalonym tańcu, on się przyglądał.
Karl czuł jak ja, gubił się jak ja i kochał jak ja. Miałam wrażenie, że nasze myśli zlewają się w jeden strumień, że każde słowo uderza w struny mojej duszy. Rozpalał, a potem płonął wraz ze mną, jeden oddech, jedno szalone bicie serca, jeden szept zrozumiały tylko dla nas.
Zobaczyłam go wreszcie – na parkiecie ideał tancerza, w płytkiej wodzie człapał jak kaczor, aż zachichotałam. Pobiegłam, zapomniawszy o sukni, która zamoczyła się w wodzie. Teraz liczył się tylko jego zapach, dotyk, gorąco warg. Przeczesywałam palcami krótkie włosy, przyciągałam twarz, całowałam, lizałam, ssałam, znów chciałam poczuć, że nasze ciało to jedno.
– Marto, ja… ja nie mogę. Ona… nie znasz jej ojca. Nie znasz Rzeszy teraz. Zniszczą mnie.
– Ona? Jaka ona? Jaki ojciec?
Odepchnęłam go. Serce waliło jak szalone, kolana się pode mną uginały.
– Lore. Lore Buch. Córka Waltera.
Polityka. Nudna, obleśna i tak bardzo mi obca, dosięgła mnie nawet tutaj, niczym stado czarnych wron. W tej chwili miałam gdzieś, kim jest Buch. Bez namysłu wzięłam zamach i uderzyłam Karla w twarz otwartą dłonią. Chwilę później już szukałam pocieszenia w jego ramionach i zanosiłam się szlochem.
– Nie znasz ich. Nie wiesz, co mogą zrobić. – Odtrącił mnie. W desperacji chwyciłam go za dłoń i przycisnęłam do swojego brzucha.
– Jesteśmy jednym, Karl. Teraz bardziej niż kiedykolwiek.
– Nie mogę. Wróć, zanim Jan zauważy. A z tym… – sięgnął do kieszeni i wyjął zwitek banknotów – …dasz radę sama znaleźć lekarza?
Nie słuchał. Odwrócił się i ruszył w stronę gospody.
Stałam jeszcze długo w wodzie, drżąca, oszołomiona, niepewna. Niespodziewanie usłyszałam szelest.
– Może pomogę, fraulein Miotke?
Mężczyzna w mundurze wyrósł jak spod ziemi. Odruchowo pisnęłam, lecz dźwięk nie wybrzmiał do końca, kiedy grube palce zasłoniły mi usta.
– Untermensch, idź, gdzie twoje miejsce, w błoto…
Próbowałam walczyć. Szarpałam się, biłam, nawet gryzłam, ale muskularne ramiona nieubłaganie wpychały mnie pod wodę. Ostatnie, co poczułam, to łańcuszek wrzynający się w nadgarstek wykręcanej żelaznym uściskiem ręki.
Wreszcie pękł.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Od razu przyznam, że przekroczyłem limit – to raczej 8000 niż 6000. Tym samym daję zły przykład i już szukam bicza obok kanapy.
Czemu zszedłem na manowce? Napisałem wersję w limicie, ale potem wydała mi się bardzo sztampowa – ot, kolejna Narnia, tylko zamiast szafy była magiczna księga.
Potem przypomniałem sobie wydarzenie z wyjazdu – kiedy, jak zwykle, nocowałem w busiku przy dzikiej plaży nad jednym z jezior na Kaszubach, żeby rankiem wyruszyć na kajak, pojawił się poszukiwacz z wykrywaczem metalu. Wyłowił mnóstwo śmieci, ale i przedmiot, który stał się inspiracją opowiadania.
Złoty łańcuszek z międzywojnia. Dlaczego nikt go nie szukał, dlaczego nikt po niego nie wrócił? Wtedy musiał mieć jeszcze większą wartość niż obecnie.
Z fragmentu można wywalić pierwszą scenkę z fotelem i strzykawką, wtedy zmieści się w limicie – do Waszej oceny. Czy bez niej zdolności bohatera do “czytania” z przedmiotów będą… czytelne ;) i czy fragment nadal zarzuci “haczyk”? – jako autorowi trudno to ocenić. Wątek spodobał mi się i może zasługuje na większe opowiadanko….
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
To teraz obiecane komentarze:
Chalbarczyk
Historia wolno się rozkręca. Pozwala to zbudować klimat i stopniowo podbijać napięcie – najpierw mamy codzienne zakupy, potem Bucharę, cygankę (już jest nieco “magicznie”), a tuż przed kulminacją sprzedawcę lamp.
Do wyzwania pasowało, ponieważ tematem był niecodzienny przedmiot, zatem już podczas czytania czekałem na pojawienie się owego. Gdyby historię wrzucić oddzielnie, bez owej otoczki, część czytelników może odpaść przy rozbiegu. Twoja historia ma mocny finał, świetną puentę, ale trzeba do niej dotrzeć. Gdybym miał narysować wykres mojego zainteresowania czytelniczego (będzie naukowo, w końcu jestem fizykiem), to byłaby to taka linia wznosząca się (nieco schodkowo() aż do 90% długości tekstu, i potem już pozostająca na stałym poziomie, lub nawet ze skokiem w górę na samym końcu.
Niektórzy czytelnicy mają pewien próg pobudzenia, którego oczekują, żeby wciągnęła ich opowieść – jeśli nie ma trzęsienia ziemi, nie czytają dalej. Nie jestem pewien, czy dostosowywać się do nich, czy pisać według “starej szkoły” – najpierw klimat, potem do sedna. U Ciebie jest taka “stara szkoła”, a nawet nieco błądzenia, zanim pojawi się magiczna lampa :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Ślimaku,
Uważam się za konesera serów
Zabawna aliteracja
, malutkiej kanciapy ze zbitych desek
Cóż te deski zawiniły i kto je bił? Deski tak traktowane się krzywią i paczą (nie patrzą). Kanciapa z natury jest mała.
kanciapy zbitej z desek.
Całość przyjemna w odbiorze. Opisy bazaru zabawne, miejscami szczerze chichotałem. Mocną stroną są postacie – każda ma swój charakter, sposób mówienia, charakterystyczne zachowania.
W końcówce mam problem z logiką. Skoro sprzedawca mówi, że kobieta musi go założyć wybrańcowi, przesyłka chyba nic nie da. Muszą się spotkać. W dodatku bohater sam prowokuje ryzyko – gdyby wysłał przedmiot bez odpowiedniego wyjaśnienia, kobieta może przypadkiem założyć ozdobę na kogoś innego. Może w jej rodzinie są dzieci, i założy ją w zabawie na któreś z nich – konsekwencje mogą być katastrofalne, a nawet kryminalne. Poza tym, jeśli taka przesyłka wpadnie w ręce służb celnych, narazi siebie i wybrankę na duże kłopoty.
Jednym słowem, bohater musi szukać biletu lotniczego, i to raczej dla niej. Przewóz zabytkowego artefaktu liniami lotniczymi jest bardzo ryzykowny. Inne wyjście to jechać do Polski drogą lądową.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Pytasz, Pietka, za co tu siedzę. Bo myślisz, że człowiek tu trafia tylko za to, co ukradł. Polej. No polej.
Ja wiem, wszyscy tu są ‘niewinni”. Ale ja naprawdę trafiłem za to, czego wziąłem.
Było to wiosną. Słońce już grzało, śnieg zszedł, a błoto schło na ulicach. Poszedłem na pchli targ. Wiesz, jak to jest – człowiek nie idzie tam kraść. Idzie patrzeć. To jak teatr, tylko za darmo.
A co tam było, Pietka. Lustra w ramach złoconych, takie, że jak się w nie spojrzysz, to wyglądasz jak hrabia, choć masz dziurę w bucie. Samowary lśniące jak kopuły cerkwi. Stara szabla, podobno turecka. Ikony. Pierścionki – pewnie z naparstków przerobione, ale błyszczały. Jeden chłop sprzedawał zegar, który nie chodził, ale dzwonił, kiedy chciał. Drugi – klatkę z ptakiem, który gwizdał Boże, cara chroń. Cudeńka. Polej, no lej.
I wtedy go zobaczyłem. Cudeńko. Ulubieniec wszystkich – kot. Leżał sobie na beczce, w słońcu. Ale jaki kot, Pietka. Cudeńko, mówię ci. Rudy jak płomień, gruby jak batiuszka po obiedzie. Leżał na grzbiecie, łapy w górze, i chrapał. Tak, chrapał, słowo daję. A na beczce napis kredą: „Nie na sprzedaż.” Zawsze się zastanawiałem – o beczce, czy o kocie ten napis. A obok – jego właścicielka, chuda, wredna baba sprzedająca bubliczki.
Znałem to bydlę. No babę też, ale ja teraz o kocie. Polej, Pietka. Kot, jakiego nigdzie nie zobaczysz. Wabił się Barin. Spotykałem go nieraz, jak włóczył się po Pchlim Targu i prosił ludzi o jedzenie. Nie, no, nie śmiej się, Pietku, polej. Nie gadał, tylko siadał przed człowiekiem i patrzył. Patrzył i każdy mu coś dał. A to rybkę. A to kostkę. Myślałem sobie: pewnie ta jego baba go głodzi. Skąpa. Więc też dokarmiałem go, ile razy mogłem. Kawałek ryby, skórka od słoniny, co tam miałem.
Polej.
Tego dnia zawołałem cicho: „Barin.” A on otworzył jedno oko. Drugie. Przeciągnął się, jakby robił mi łaskę. Zeskoczył z beczki – ciężko, aż się zakurzyło. I podszedł. Dałem mu rybę, którą miałem zawiniętą w gazetę. Zjadł. Otarł się o moją nogę. Pomruczał.
Ruszyłem do siebie, a on za mną. Krok w krok. Co miałem robić, Pietka? Gnać go? Przepłoszyć? Takiego dostojnika? Ach, wszyscy ludzie na targu zazdrościli mi w tej chwili. Wiem, bo nieraz zazdrościłem, jak Barin szedł koło wybranego człowieka.
Poszliśmy do mnie. Podzieliłem się obiadem. Potem wskoczył mi na kolana, zanim zdążyłem wygodnie usiąść w fotelu przy piecu. Zwinął się. Zaczął mruczeć – tak głęboko, że czułem to w piersi jak drugie serce. I wiesz co? Zasnąłem. Też zasnąłem. Pierwszy raz od dawna – jak człowiek, a nie jak złodziej. Bez nasłuchiwania tego, co na korytarzu. On chrapał, ja chrapałem. Dwóch starych kumpli w cieple pieca. Takie cudeńko. Polej, no.
Obudziło mnie walenie do drzwi. Nie pukanie – walenie.
Otworzyłem. A tam Stójkowy. Wąsy jak wiecha, mina prokuratora na sądzie ostatecznym. A za nim ona. Ta baba. Czerwona na twarzy, palcem we mnie celuje i krzyczy: „On! To on! Ukradł mi kota!”
Spojrzałem na Barina. Barin spojrzał na mnie. I, klnę się na wszystko, ten kocur – przeciągnął się na moim fotelu tak, jakby tu mieszkał od urodzenia. Jakby chciał powiedzieć: „Tak, dobrze nam tu razem, prawda?”
Tłumaczyłem. Mówiłem, że przyszedł sam. Że go zawołałem, ale nie ciągnąłem. Że karmiłem go z litości, bo myślałem, że go głodzą. To akurat był błąd, Pietka. Bo jego baba na to, ten kot żebrał po całym targu. Do każdego robił te smutne oczy. I że każdy go dokarmiał. Cały bazar tuczył to bydlę, a każdy myślał, że jest jedynym dobroczyńcą. Łotr. Geniusz. Lepszy ode mnie w fachu.
Ale powiedz to Stójkowemu. „Kot przyszedł sam” – mówię. A on na to: „Złodziej zawsze tak mówi.” I tu mnie miał, Pietka. Bo to prawda. Złodziej zawsze tak mówi. Tyle że ja akurat ten jeden, jedyny raz mówiłem prawdę.
I tak za wszystkie kantory, za wszystkie kasy pancerne, za jubilera w Kazaniu – nie wzięli mnie. A za rudego kota, którego nigdy nie tknąłem, który sam przyszedł, sam zasnął i sam mnie wykorzystał – siedzę.
Nie śmiej się, Pietka. Wiem, jak to brzmi.
Całe życie zabierałem ludziom rzeczy. A raz jeden coś przyszło do mnie samo – z własnej woli, z mruczeniem, ufnie – i właśnie za to mnie zamknęli.
Polej. I powiem ci jedno. Tęsknię nie tylko za wolnością. Najbardziej za tym kocim chrapaniem na kolanach. Za moim cudeńkiem.
Teo Max,
Cieszy mnie wpasowanie się serią w wyzwania. To moja opinia, mało obiektywna, bo jako strażnik wyzwań powinienem wychwalać fragmenty trafione “w punkt”, czyste odpowiedzi na wyzwanie. A jednak moje widzimisię lubi serie, historie, które łączą się ze sobą.
Z całej opowieści podobał mi się najbardziej fragment, w którym bohater i kot zasypiają. W tym jednym miejscu jest magicznie, choć zarazem zwyczajnie – bo w niespokojnym życiu złodziejaszka spokój jest cudem.
Zmęczyła mnie ilość polewania. Wiem, że to buduje wschodni klimat, i wolę to, niż “k…” w opowieściach spod śmietnika albo monopolowego. Mam świadomość, że rozmowy takie bywają, więc jest realizm. Mimo to przy kolejnym polewaniu przewracałem już wirtualnymi oczkami.
Jako neutralną odebrałem przewidywalność. Z jednej strony przez nią szorcik jest ładnie osadzony w realiach – dzieje się to, co prawdopodobne. Nie znaczy to, że nie jest zabawnie, bo ta nieuchronność kary za kradzież kota jest jednym z elementów absurdu, i znów buduje wiarygodność opisu. A jednak gdzieś podświadomie czekam na coś więcej, jakiś zwrot. Ech, może wniosek taki, że w tamtych realiach zwrotów nie było, a jeśli już, to stosownie absurdalne.
Zachęcam, tym razem już nie subiektywnie i z miną prokuratora na sądzie ostatecznych (wąsów tylko nie mam odpowiednich) do komentowania innych fragmentów. Im więcej opinii, tym więcej wiemy o swoim pisaniu. Tu nie ma mistrzów, są sami uczniowie, uczymy się od siebie, na błędach swoich i cudzych – a więc kilka razy szybciej :D
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Dodam jeszcze (bo moim zdaniem warto o tym pisać), że w moim fragmencie SI została zaprzęgnięta do:
– stworzenia listy nazwisk charakterystycznych dla regionu, z podziałem na słowiańskie, pruskie, pospolite, szlacheckie. Wszystko po to, by kwestia o “podczłowieku” zabrzmiała wiarygodnie – nawet zbir Bucha zastanowiłby się przed nazwaniem tak kogoś ze znamienitego rodu. “Miotk”, zniemczone na “Miotke” od razu wydało mi się zarazem swojskie i miękkie, jak i wystarczająco “wiejskie” w brzmieniu, by naziści mogli nim pogardzać. Wahałem się jeszcze między bardziej zniemczoną wersją “Motke”, ale stwierdziłem w końcu, że zbir wysłany na Kaszuby potrafi jednak wymawiać miejscowe nazwiska.
Tłumaczenie polskie to “Miodek” – Marta Miodek. Imię bohaterce nadałem przed skorzystaniem z SI i tylko sprawdzałem, czy było używane – okazało się, że trafiłem.
– stworzenia listy dygnitarzy Trzeciej Rzeszy, którzy w wymienionym okresie mieli córkę w odpowiednim wieku, by mogła stać się fikcyjną narzeczoną Karla. Po niezależnym przejrzeniu biografii wybór padł na Bucha – był takim fanatykiem czystości rasowej, że romans narzeczonego córki z “fraulein Miotke” mógł go sprowokować do morderstwa. Karla nie mógł się pozbyć, zapewne był już znany w kręgu znajomych i łatwiej było go zmusić do posłuszeństwa niż usunąć. W 1938 Buch miał wystarczające wpływy, żeby wysłać zbira celem likwidacji “problemu”.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
…
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
… i zanim rozpętamy shitstorm: nie pozwalam się wtrącać SI w styl, gramatykę, fabułę, bohaterów, bo to moje, a pomysły SI są zbyt sztampowe – raczej wskazówka, czego unikać :P
SI jest koparką informacji, moja rola w tym, żeby je sprawdzić. Jak akcja rozgrywa się na Kaszubach w 1938 – chcę wiedzieć jak najwięcej o regionie i realiach. Dla mnie pisanie to praca detektywa i od wyszukiwania informacji mam cyfrowego pomocnika. Nie przewertuję 10 książek i nie sprawdzę wiarygodności ich autorów, bo grozi to paranoją. SI zawsze podaje mi źródła, więc mam możliwość sprawdzania, na ile mocno halucynuje. Z kolei te źródła mają swoje źródła sprzed powstania SI.
… ale jak wkleić gifa, żeby się ruszał, muszę sam się nauczyć :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Dzięki, Marzan, mało komentuję, bo tej trudnej sztuki dopiero się uczę :)) dość często po prostu nie wiem, co napisać – a właściwie, jak odpowiednio dobrać słowa :)
Skusił mnie obrazek zamieszczony przez Ciebie – cóż, tak mnie rozbawił podpis na skrzyni pod kotem, że nie mogłam się oprzeć :)) w końcu Najprawdziwsza Prawda jest taka, że kot jest najcenniejszy i najbardziej magiczny. Historia, oczywiście, też nie jest wymyślona, jedynie okoliczności. W końcu – zapewne każdy zna historię kota typu “oszust, kłamca, i do tego prosidełko”. Oryginał chodził nie na pchli targ, ale na Komendę Policji i siadywał przed stołowką. Prawie zatuczyli kota na śmierć :))
Obiecuję, że zwolnię tempo z Pietką. Ja bym już leżała… ale Ruscy są mistrzami w tej konkurencji.
Nie mam nic przeciwko używaniu AI, o ile jest to pomoc, a nie zastępowanie pracy.
Pozdrawiam :) bardzo podoba mi sie ta “piaskownica” :))
Teo Max
To, że nie wiesz co napisać jest zrozumiałe ale Cię nieusprawiedliwia :). Złota zasada, jeśli jeszcze jakieś są na portalu, to komentuj bo jak inaczej autor ma się dowiedzieć czy przeczytałaś jego tekst. Jeśli nie będziesz komentować, to nie będziesz komentowana – tak to działa. A z czasem się rozkręcisz;)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Czuję się zrozumiana, choć nieusprawiedliwiona :))
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Teo Max: oryginalne potraktowanie wyzwania, z jednej strony widać, że chciałaś je trochę nagiąć dla bohatera wcześniejszych wprawek (trudno podciągnąć kota pod “bohater znajduje na targu tajemniczy przedmiot”), z drugiej strony wnosi to nieco świeżości, a opis jarmarku wciąż jest zgrabny. Nie jestem pewien, czy w Rosji carskiej ktoś mógłby trafić do więzienia za kradzież kota, chyba że grzywna zamieniona na krótką odsiadkę. Widać, że ćwiczysz krótkie, dynamiczne zdania. Miejscami dziwna pisownia wielkimi literami (“Pchli Targ”, “Stójkowy”).
Drugi – klatkę z ptakiem, który gwizdał Boże, cara chroń.
Tu brakuje cudzysłowu.
A na beczce napis kredą: „Nie na sprzedaż.”
A tu kropka powinna być po cudzysłowie.
Co do kłopotów z komentowaniem, rozumiem Cię naprawdę dobrze, ale to praktycznie jedyny sposób, żeby się uczyć, odnajdować wiernych czytelników i brać aktywny udział w życiu Portalu. A wątki z wyzwaniami są najlepszym miejscem, żeby to ćwiczyć w niezobowiązujący sposób. Sam akurat zaangażowałem się w ten wątek po części dlatego, że ostatnio źle mi idzie komentowanie i potrzebuję się trochę odblokować.
Marzanie: Twój tekst wydaje mi się stanowczo udany, z potencjałem na rozwinięcie. Musiałem parę razy przeczytać, żeby się połapać, jak dokładnie mają działać zdolności bohatera, że narkotyk nie jest mu potrzebny do sprowadzenia wizji czerpanych z przedmiotów, ale czyni je znacznie wyraźniejszymi, przeżywanymi intensywniej i bardziej osobiście. Po wywaleniu pierwszej sceny wciąż dałoby się odczytać, że ma tego rodzaju zdolności, ale szkic sytuacji byłby uboższy i w ogóle mógłbym pomyśleć, że utopienie dziewczyny (w wizji) zachodzi razem z wypadkiem samochodowym (we współczesności bohatera). Notka o użyciu AI pouczająca! Język ładny, jeżeli mam coś wyhaczyć:
Lawina młodzieńczych uczuć, dzikich, gwałtownych, nieokiełznanych, porwała mnie ze sobą.
Domknięcie wtrącenia.
Bardzo Ci dziękuję za uważną lekturę i wskazówki co do mojej scenki!
Zabawna aliteracja
Wydało mi się, że przy ogólnie lekkim nastroju tej części tekstu – nie zaszkodzi. Drugą, sąsiednią aliteracją, którą może też zauważyłeś, jest nagromadzenie wyrazów na “s” w tym zdaniu o syczących gęsiach.
kanciapy zbitej z desek.
Jasne, że lepiej. Pozwolę sobie wyedytować; mógłbym poćwiczyć redukowanie przymiotników.
W końcówce mam problem z logiką. Skoro sprzedawca mówi, że kobieta musi go założyć wybrańcowi, przesyłka chyba nic nie da.
Ona ma go na siebie założyć… i sprawdziłem jeszcze, czy nic nie naknociłem w tym miejscu, ale wypowiedź Alego zdaje się jednoznaczna. W każdym razie logistyka przesyłki lub spotkania celem podarunku będzie kłopotem, którego analiza rozbiłaby rytm tekstu, więc uznałem za wskazane skończyć na tym, że bohater postanawia ją rozważyć (zwłaszcza że było już 5700 znaków).
Nie mam nic przeciwko używaniu AI, o ile jest to pomoc, a nie zastępowanie pracy.
Pozdrawiam :) bardzo podoba mi sie ta “piaskownica” :))
Przyznam się, że kiedy zamykałem laptopa, miałem przeczucie, że burza jednak nadciągnie. A tu nie, rozwiała się.
Teo, zaglądaj często! Tarnino, lubię Twoje pytania, nawet prowokujące :)
Skoro jesteśmy w piaskownicy, to mały off-topik o szczegółach warsztatowych: SI bardzo mnie rozprasza, kiedy zgłasza swoje propozycje, więc SI ma swój prompt, a ja swój tekst, i są to rozłączne zbiory. Piszę w Wordzie. SI otwieram w wyszukiwarce, kiedy większość tekstu mam już napisaną i muszę zweryfikować różne “technikalia” albo szczegóły historyczne. Ponieważ jestem fizykiem, SI dostaje bardzo ścisłe pytania, np. “Wymień dygnitarzy i generałów III Rzeszy, którzy w roku 1938 mieli córkę w wieku 20-25 lat i byli fanatykami idei nazistowskich” – to ostatnie może dałem niepotrzebnie.
Jeśli piszę scenkę z realizmu magicznego (jak powyżej) to w części “realnej” wszystko ma grać i się zgadzać. Przedmioty, nazwiska, sposób bycia – mają być z epoki. Mam poczucie, że czytelnik obdarza autora zaufaniem, że to piszący sprawdził te wszystkie szczególiki i nie wciska mu kitu.
I to tyle z off-topiku. Czekam niecierpliwie na kolejnych odważnych!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Nie przewertuję 10 książek i nie sprawdzę wiarygodności ich autorów, bo grozi to paranoją.
… https://pl.wikipedia.org/wiki/Paranoja Ponieważ, jak wszyscy mi powtarzają, jestem złośliwa, natychmiast zobaczyłam osobnika w prochowcu, który lękliwie się ogląda za ramię, czy go książka nie goni :P Ale serio, mam wrażenie, że coś w tym podejściu jest fundamentalnie nie tak. Może mi się to później wyklaruje.
komentuj bo jak inaczej autor ma się dowiedzieć czy przeczytałaś jego tekst
No, ba. Tu jest scrutonowskie społeczeństwo obywatelskie :)
lubię Twoje pytania, nawet prowokujące :)
Od tego mam dyplom XD
muszę zweryfikować różne “technikalia” albo szczegóły historyczne
Czyli po prostu robisz kwerendę. Na metodologii badań historycznych się nie znam (miałam tu gdzieś jakiś artykuł do przeczytania…), więc nie mnie pytaj, czy to dobry pomysł :P
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Ale serio, mam wrażenie, że coś w tym podejściu jest fundamentalnie nie tak. Może mi się to później wyklaruje.
Hm, a nie jest tak, że gdyby na serio było fundamentalnie nie tak, to od razu wiedziałabyś, co jest nie tak, a nie musiałabyś tego klarować? Bo jak fundamentalista biegnie na mnie z maczetą, to raczej wie, czym obraziłem jego przekonania ;)
Chyba z rozumieniem Twojego “fundamentalnie” jest u mnie tak, jak u Ciebie z rozumieniem mojej “paranoi”. I w nerwowym wertowaniu dziesięciu książek spowodowanym obawą, że gdzieś zrobiłem błąd, (a może jednak autor tej książki zrobił błąd, więc sprawdźmy u kolejnego), jest dla mnie coś z oglądania się przez ramię (prochowca nie mam, ale kilof, o którym wcześniej wspominałaś, owszem, tylko mam wrażenie że jednak nie o ten realny Ci chodziło) :P
Mam wrażenie, że jak by to było realne kółko literackie, to byśmy wyklarowali w trzy minuty przy herbacie/kawie, a tak będziemy dyskutować 4ever :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Marzan
Coś ostatnio jestem krytycznu dla Twoich opowiadań. I ty razem będzie podobnie :)
Napisane jest ładnie – ok. Ale fabularnie coś tu jest nie tak. Mamy scenę z fotelem – intrygująca. Potem szemranych sprzedawców– bardzo dobra ale już tu widziałbym jakieś połączenie z pierwszą sceną. A dalej jest kobieta, romans, nazisci, topienie, a wszystko to łączy wisiorek na rękę.
I ok, po przeczytaniu opini Ślimaka kupuję taką wersję wydarzeń. Ale jak sam Ślimak napisał musiał tekst przeczytać kilka razy.
Nie tędy droga, tak uważam. Bo jeśli opowiadanie ma drugie, trzecie dno to tym lepiej. Ale główny wątek powinien być jasny, nie banalny, nie prosty ale czytelny. A tu tego nie widzę.
Co mi przyjdzie z ładnych scen, gdy na końcu muszę domyślać się fabuły :).
U Ślimaka dobrze do widać. Miejsce – bohater – tajemnica – twist i finał, który nie pokazuje wszystkiego, zostawia polę do interpretacji i domysłów ale wiemy co się stało, a więc jesteśmy zadowolenie i możemy się oddać rozmyślaniu – co by było gdyby. U ciebie jest szukanie połączeń między scenami i to już jest mniej przyjemne. Nie dla wszystkich oczywiście :). Ale na koniec dodam, że każda ze scen mi się podobała :)
"Ponieważ jestem fizykiem, SI dostaje bardzo ścisłe pytania…"
Ponieważ jestem dyslektykiem, to AI też męczę pytaniami ;). O sprawy techniczne wiadomo ale też:
Jaki napór wody wytrzyma szyba albo jaki narząd odpowiada u pająków za produkcję nici, a nawet skąd do opery w Manaus sprawdzano marmur :D
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Coś ostatnio jestem krytycznu dla Twoich opowiadań. I ty razem będzie podobnie :)
A to tylko cieszy. Bo teraz widzę, że w pierwszej scence powinienem wyraźniej napisać o łańcuszku i o tym, że pod wpływem “dopalaczy” bohater nie tylko czuje jakieś echa, ale dosłownie wchodzi w ciało użytkownika przedmiotu. Wcale by to nie ujęło napięcia kolejnej scenie, a wręcz dodało, bo czytelnik byłby ciekawy, jak wszedł w posiadanie przedmiotu. Czyli przekombinowałem z zagadkami, które miały wciągać, a de facto zawężają krąg odbiorców do miłośników Twin Peaks :) I trzecia scenka też byłaby mocniej związana z resztą.
P.S. Wprowadziłem dosłownie kilka nowych zdań na końcu pierwszej scenki i jestem bardzo ciekawy, jak zmieniają odbiór całości – i czy taka “łatka” wystarczy?
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Ślimaku,
Ona ma go na siebie założyć… i sprawdziłem jeszcze, czy nic nie naknociłem w tym miejscu, ale wypowiedź Alego zdaje się jednoznaczna.
Tak, masz rację, teraz załapałem – wcześniej wyobrażałem sobie, że podarek trzeba wręczyć osobiście (przekazać z rąk do rąk) – i stąd zamieszanie. Podarek wysłany pocztą też jest podarkiem, choć, hm, czy medalion aby rozróżni między kurierem a nadawcą? Z tego mogą wyniknąć zabawne perypetie, kiedy nasz bohater w końcu odwiedzi ukochaną, a ta będzie szczęśliwą małżonką pracownika DHL :)
Wyobraziłem sobie też drugą, nieco bardziej złożoną intrygę, w której bohaterka otrzymuje przedmiot rano, kiedy się spieszy i nie ma czasu go przymierzyć. Wkłada go więc do pudełka. Pech (lub zrządzenie losu) sprawia, że do jej mieszkania włamuje się złodziejka. W pewnym sensie jest obdarowana (nie oczekiwała znaleźć takiego skarbu) i zakochuje się na zabój w nadawcy. Scenka, w której przylatuje do bohatera (ma przecież dane z opakowania) ma potencjał komediowy.
Tak czy inaczej, świat, który wyczarowałeś jest uroczy i aż żal go opuszczać!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Dziękuję za uzupełnienie przemyśleń! Bardzo prawdopodobne, że bohater wyobrazi sobie malownicze scenariusze w rodzaju ułożonych przez Ciebie – obok prozaicznego oskarżenia o przemyt dóbr kultury – i dojdzie do wniosku, że trzeba jednak zabiegać o osobiste spotkanie. Dotykasz też ważniejszej kwestii, ewidentnego pola do poprawy: że moje teksty stale pozostawiają czytelników z poczuciem zawodu lub urwanej historii, prawdopodobnie brakuje mi jakiejś umiejętności technicznej w zakresie konstrukcji zakończeń.
Zdecydowanie robi robotę, mała uwaga – "Woda omywała bose, dziewczęce stopy. MiałemnaimięMarta. MartaMiotke.
Chyba tak jest lepiej, by nie tłumaczyć fabuły. Choć nadal jest tajemniczo, bo imię pada dopiero w trzeciej scenie… Ale co jest istotne mamy łącznik między 1 sceną a 3 sceną, a kupno łańcuszka w 2 scenie spina całość :). Więc teraz konstrukcja lest lepsza :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Ślimaku
Nie, po prostu jest tak ciekawie, że szkoda, że się skończyło. To taki przypadek, kiedy skończył się miód w słoiku, ale jest zima i pszczoły nie zrobią kolejnego słoika.
To chyba dobrze, że czytelnik wyobraża sobie kontynuacje, dlaczego zawsze musimy zamykać historię?
Ja bym postawił na wariant ze złodziejką, i z nad-twistem na samym końcu: bohater jest początkowo przerażony wulgarnym językiem “wybranki”, fatalnymi manierami i pochodzeniem społecznym. Szybko okazuje się jednak, że – ponieważ rabuje dzieła sztuki i literatury – dziewczątko jest genialnym samoukiem. Kiedy zaś wyjaśni się jej zasady, zaczyna wszystkich ogrywać w szachy… zamknąć to w 10k znaków i mamy 10 kilo dobrej zabawy!
Bardzie,
Tak, i jako świadomy czytelnik widzisz dobrze, gdzie uciąć, by zachować równowagę. Gdyby całe forum działało tak sprawnie…
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Ładnie to ująłeś z tym miodem. Obecnie nie czuję w sobie weny na realizację Twojego pomysłu, ale zgadzam się, że literacko jest obiecujący, na pewno byłaby przy tym dobra zabawa! Co do ogrywania w szachy bym uważał, żeby zachować realizm, nawet osoba wybitnie uzdolniona zwykle potrzebuje przynajmniej kilkudziesięciu godzin ćwiczeń, żeby dojść do poziomu umiarkowanie silnego amatora. Wprawdzie jeśli nowo poznana gra kogoś nadzwyczaj zafascynuje, może to być kilkadziesiąt godzin ciągiem bez snu i jedzenia…
Wprawdzie jeśli nowo poznana gra kogoś nadzwyczaj zafascynuje, może to być kilkadziesiąt godzin ciągiem bez snu i jedzenia…
Gdyby zasugerować, że złodziejka ma osobowość typu border line, prawdopodobne i będzie miało drugie dno. Poza tym może się z nią założyć o coś ważnego, że nie pokona go w szachy (pewien sukcesu) – będzie jeszcze zabawniej. Oczywiście powinna też wręczyć mu z uśmiechem na ustach owe cenne dzieło literackie, którego tak szukał… może z plamką krwi na którejś stronie, żeby był czarny humor :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Teo!
Ale ja naprawdę trafiłem za to, czego wziąłem.
Nie wiem, czy to celowa niezgrabność? … za to, co wziąłem?
Bardzo wymownie oddałaś niejednoznaczną relację złodzieja i kota. Kot jest tak intrygujący, że mogłoby być go więcej :)
Zrozumiałam, że bohater siedzi w tiurmie, w takim razie kumpel do picia chyba jest tylko jego imaginacją?
Bardzo przyjemnie się czytało!
Bardzie, fajna scenka. Piszesz bardzo obrazowo. Dodając drobne wtrącenia, jakieś szczegóły, smaczki dajesz wyobrażenie świata poza to jedno miejsce. Ale u Ciebie to norma. Biorąc pod uwagę, jak szybko reagujesz na wyzwania, masz bardzo dobrze opanowaną tę sztukę.
chalbarczyk, przyjemna lektura. Trochę się odżegnujemy od Wschodu, ale przez stulecia to tamten kierunek w największym stopniu nas kształtował. I Ty swoimi tekstami przypominasz, co jest w nim urzekającego.
Ślimaku, świetny tekst. Taki trochę pozaczasowy. Styl, pragnienia i status bohaterów, charakter miejsca mogą odnosić się zarówno do przeszłości jak i przyszłości (oczarowanej orientem). Jedynie ta “chemia niemiecka” trochę przyszpila historię w konkretny czas. Z drugiej strony jest zapewne autorskim mrugnięciem oka, by historię potraktować z poczuciem humoru.
AP, dziękuję za pozytywną opinię! Dobrze, że da się dostrzec jakieś ślady poczucia humoru. Co do konkretnego czasu, właściwie wyobrażałem sobie jakieś wczesne lata 90., gdy akurat bohaterka miniaturki Chalbarczyk (z którą tu niejako korespondowałem) zdążyłaby dorosnąć, a komuna – upaść.
marzan
Dzięki, ale mi też zdarza się czytać teksty o 5 rano w autobusie :D. Ale skoro coś tam wyłapuje, to dobrze wiedzieć, że na coś się przydaję :).
AP :)
Bo ja mam napisane na zapasy :D. Dzięki, a tak serio to ja tak piszę. Jak opisuję krzesło to zaraz zastanawiam się gdzie jest podrapane, kto na nim siedział itp :). Ale miło mi, że to działa na korzyść moich tekstów :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
marzanie, mocne. Czyta się bardzo dobrze. Historia wciąga. Skojarzyło mi się z filmem Dziwne dni.
Bo ja mam napisane na zapasy
Tak podejrzewałem! Zwłaszcza marzana. Ma pochowane różne teksty. Nie wie co z nimi zrobić, więc pod nie wymyśla wyzwania.
ja tak piszę
Zauważyłem już dawno. I tak, potwierdzam, to bardzo dobrze działa.
Ślimaku Zagłady tak, przegięłam – ale kot jest taki uroczy, że cały pchli targ przy nim blednie :) to faktycznie wprawka. Wydaje mi się, że dialog (w tym przypadku monolog) jest trudny do napisania. Trzeba wybierać pomiędzy naturalnością a poprawnością językową.
Moja polonistka w podstawówce, widząc upodobanie do długich wielokrotnie złożonych zdań, kazała dokonać rozbioru logicznego zadania. W krótkim czasie wielu uczniów zaczęło pisać prostszym stylem :))
Dzięki za łąpankę :)
Nie sądzę, żeby za cara można było trafić do tiurmy, to tylko taka gadka o “niewinnym złodzieju”.
Komentujesz świetnie, zawsze miło mi się czyta :)
chalbarczyk – powinno być “ Ale ja naprawdę trafiłem tu za to, czego nie wziąłem.” dzięki – już poprawione :)
Jeżeli narrator siedzi w tiurmie, to skąd mają… coś do picia :)) nie, no tam raczej jest niejeden Pietka, przecież “za kota” nie siedziałby w pojedynczej celi :)
Zależało mi, żeby napisać monolog z historią. Kiedyś ludzie potrafili opowiadać historie. Nic dziwnego – nie było TV, nawet radia, to gadali i gadali
Pozdrawiam serdecznie :)
Ma pochowane różne teksty. Nie wie co z nimi zrobić, więc pod nie wymyśla wyzwania.
Tak, zakopuję je w bunkrze pod podwórkiem jak Szachedy :D I jak trafi się wyzwanie z wolnej ręki, to będę cienko piszczał XD
A gdzie tu fun, jakbym już miał je wymyślone? Siedziałbym sobie w kątku niczym Statler i Waldorf z Muppetów (ci dwaj zgryźliwi tetrycy).
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
nie jest tak, że gdyby na serio było fundamentalnie nie tak, to od razu wiedziałabyś, co jest nie tak, a nie musiałabyś tego klarować?
Nie jest. Ani ciutkę. "Fundamentalnie" to u fundamentów, u podstaw, czyli na poziomie podstawowym. Czasami bardzo trudno się do tego poziomu dokopać. Swoją drogą, teraz się zastanawiam, co ma fundamentalista do fundamentów…
w nerwowym wertowaniu dziesięciu książek spowodowanym obawą, że gdzieś zrobiłem błąd, (a może jednak autor tej książki zrobił błąd, więc sprawdźmy u kolejnego)
I jak niby model statystyczny ma przed tym błędem uchronić? Wiesz, że są kłamstwa, bezczelne kłamstwa i statystyka :D
Mam wrażenie, że jak by to było realne kółko literackie, to byśmy wyklarowali w trzy minuty przy herbacie/kawie, a tak będziemy dyskutować 4ever :)
XD Wszystko ma swoje dobre i złe strony :)
nad-twistem na samym końcu: bohater jest początkowo przerażony wulgarnym językiem “wybranki”, fatalnymi manierami i pochodzeniem społecznym. Szybko okazuje się jednak, że – ponieważ rabuje dzieła sztuki i literatury – dziewczątko jest genialnym samoukiem
Lepsza wersja "Pigmaliona"? :)
Bo ja mam napisane na zapasy :D
Aha! XD
Siedziałbym sobie w kątku niczym Statler i Waldorf z Muppetów (ci dwaj zgryźliwi tetrycy).
Oni też się w sumie nieźle bawią…
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Tarnino, chyba odkryłaś ruchome logo wyzwań tygodniowych XD
Od tej pory teksty wyzwań bez własnego rysunku będą występowały z tym obrazkiem. Tak napisałem ja, Marzan Uzurpator. Ale ponieważ panuje tu demokracja, możecie poszukać lepszego!
P.S.
Swoją drogą, teraz się zastanawiam, co ma fundamentalista do fundamentów…
Ja też. Ale nauczyłem się wylewać fundamenty, takie betonowe. I do nich łatwo się dokopać, jeśli nie nałoży się za dużo ozdobników. Jasny gwint, nawet w budowlance robię metafory, muszę ograniczyć forum…
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Muahahahahaha XD
Jasny gwint, nawet w budowlance robię metafory, muszę ograniczyć forum…
E tam, metafory są wszędzie :D
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Złota dolarówka wisiała wysoko nad horyzontem, wypalając z prerii resztki życia. Gęste, duszne powietrze drżało. Leniwe podmuchy wiatru przetaczały zeschnięte krzaki biegacza. Pustka nie oferowała niczego, na czym oko mogłoby się zahaczyć.
Na krzywo wbitym w piach patyku spróchniała deska głosiła:
NEW HOPE Pop.: 97.
Stara kobyła szurała kopytami po ziemi, wzbijając obłoczki kurzu, koła piszczały o kołodzieja.
Dziewięćdziesiąt siedem dusz… ilu to daje klientów? Nędznych ranczerów, traperów, poszukiwaczy złota. Będą oglądali każdego centa trzy razy, zanim mi go oddadzą.
Czterdzieści dolarów? Tyle co na owies dla konia, porządną whisky i noc w saloonie ze wszystkimi wygodami.
Magnus, stary draniu. Rynek jest słaby, to prawda. Musisz wzbić się na swoje wyżyny. Musisz dać z siebie więcej niż wszystko, co potrafisz. Musisz ich wycisnąć do ostatniego centa.
Smagnął konia batem.
Wóz z głośnym brzękiem dzwonków wjechał w ospałą, zakurzoną osadę, rozbijając południową ciszę skuteczniej niż wystrzał z colta.
Okazałe wysokie fasady skrywały nędzne szopy na skraju niczego.
Dlaczego w tych wszystkich dziurach jedyna droga zawsze nazywa się ‚Main Street’, a nie po prostu ‚Only One Street’? – pomyślał, widząc tabliczkę na pierwszej chacie.
Zatrzymał się przed saloonem. Dzwonki ucichły. Cisza nie trwała długo. Drzwi rozwarły się z bolesnym skrzypieniem, z mroku na palące słońce zaczęli wychodzić mieszkańcy.
Mężczyźni w wytartych koszulach z burego denimu, z ciemnymi plamami potu pod pachami i postrzępionymi mankietami. Śmierdzieli tanią whisky, tanim tytoniem i brakiem mydła.
Za ich plecami, mrużąc oczy w oślepiającym blasku, stały dwie damy. Ubrane w strojne suknie z wyblakłego atłasu. Gorsety podtrzymywały piersi, tłuszcz trzymał loki w ryzach, policzki kraśniały od czerwonej farby.
Zanim zdołali splunąć, już stał na najwyższym stopniu kozła, rozkładając szeroko ramiona, obejmując całe miasteczko.
– Witajcie, wspaniali mieszkańcy Nowej Nadziei! Witajcie, dumni budowniczowie nowej cywilizacji na tej świętej ziemi!
Patrzyli zahipnotyzowani, słuchając jego melodyjnego, donośnego głosu. Z sąsiednich budynków zaczęły powoli wychylać się kolejne głowy. Zwabieni doniosłym tonem, przerywali pracę i ciągnęli ku niemu.
– Spoglądam na wasze zmęczone, ale jakże szlachetne twarze! – perorował, przenosząc wzrok z twarzy na twarz. – Widzę trud waszych dni! Widzę ból, który pustynny wiatr wciska w wasze kości, i niemoc, która próbuje odebrać wam wiarę w jutro! Ale oto jestem! Przebyłem setki mil przez spaloną słońce prerię, nie dla zysku, nie dla własnej chwały, lecz dlatego, że mój obowiązek wobec ludzkości nie pozwolił mi minąć waszych bram!
Zdjął cylinder, by odsłonić nienagannie zaczesane, lśniące od pomady włosy, i skłonił się nisko, niemal dotykając rondem kurzu na koźle.
Zdumiony tą wylewnością tłum zamarł.
Wyprostował się gwałtownie w niemal mistycznym natchnieniu. Płynnym ruchem sięgnął do skrzyni na koźle i uniósł wysoko nad głowę małą, szklaną ampułkę. Zielonkawy, oleisty płyn błysnął jaskrawo w palącym słońcu południa, rzucając szmaragdowe refleksy na zakurzone twarze.
– Oto przed wami Serpentina Menthae! Eliksir na porost włosów i zębów! Prawdziwe panaceum, którego sekretną recepturę opartą na najrzadszych ziołach Sierra Nevada, za ocalenie życia rodzinie, z nabożną czcią przekazał mi sam wódz Apaczów Czarna Grzywa! Mój eliksir działa na zasadzie regeneratio capillorum oraz dentis restitutio poprzez błyskawiczną stymulację soków animalnych w waszych pęcherzykach podskórnych!
Tłum gapił się na błyszczące szkło. Z boku, oparty o drewniany pal do wiązania koni, odezwał się stary mężczyzna. Splunął tytoniem, zmrużył oczy.
– Ej, panie! – zawołał szorstko. – Gadasz pan jak pastor, ale skąd ten zielony szlam ma wiedzieć, czy ma mi zrobić kłaki na łbie, czy kły w gębie? Co to, ma swój rozum?
Tłum mruknął potakująco.
– Och, dziękuję ci, przyjacielu, za to niezwykle trafne, głębokie pytanie! – powiedział uprzejmie, kłaniając się nisko. – Uwielbiam zachodnie metropolie zasiedlane przez tak inteligentnych osadników. Odpowiedź jest genialna w swojej prostocie, to czysta, niezaprzeczalna fizjologia. Kiedy aplikujemy eliksir zewnętrznie, per cutem, smarując skórę – budzimy uśpione cebulki i rosną włosy. Kiedy zaś go spożywamy, per os, płyn obmywa dziąsła, wnika w kościec i rodzą się zęby! Natura sama wie, co robi, wystarczy jej zaufać!
– Dziękuję Ci, Panie… – Uniósł twarz ku niebu, złożył ręce do modlitwy. – za dar tak światłych, tak głębokich umysłów w tej pięknej, surowej krainie! Bo zaprawdę powiadam wam, jak zapisano w Ewangelii według świętego Barnaby: 'I wyszedł Nauczyciel na pustynię, a otoczył Go lud o sercach twardych jak krzemień, lecz umysłach czystych jak źródlana woda. I rzekł do nich: Chwalę mądrość waszą, albowiem nie ślepcami jesteście'!
Z tłumu wyszedł olbrzymi, zarośnięty mężczyzna z siną zniekształconą twarzą.
– A na rwanie w gębie to pomoże?! – wskazał policzek. – Łeb mi rozsadza od trzech dni! – Ryczał z desperacją, ledwo ruszając ustami.
Magnus pochylił się, cylindrem rozwiał fetor ropy i starej whisky.
– Ach, drogi bracie! – zawołał z przejęciem. – Medycyna mówi jasno: najpierw trzeba usunąć zgniły korzeń, aby zrobić miejsce dla nowego, zdrowego pędu! Trzeba go wyrwać!
– Nie ma tu cyrulika! – warknął, plując zakrwawioną śliną. – A kowal zapił się na śmierć w zeszły wtorek!
Stojący obok potężny chłop nie czekał na dalszy rozwój konsylium. Z całej siły walnął go pięścią w policzek.
Głuche, suche chrupnięcie przestraszyło damy. Nieszczęśnik zatoczył się, walnął plecami o ścianę saloonu, z ciężkim stęknięciem osunął się na kolana. Potrząsnął głową, na wielką dłoń wypluł ząb trzonowy. Popatrzył zdumiony na zakrwawioną kość.
– Wypadł! – ryknął, podnosząc się na równe nogi z obłędnym uśmiechem na zakrwawionych ustach.
Magnus błyskawicznie podetknął mu pod nos otwartą ampułkę.
Dolar i butelka zmieniły właściciela.
Wlał w siebie zieloną ciecz. Przepłukał usta. Otrząsnął się potężnie.
– Cud! – wrzasnął, łapiąc się za żuchwę. – Ludzie, to cud! Przestało rwać! Nic nie czuję! Już samo to jest warte dolara, a nowy ząb to czysty zysk! Dawaj pan jeszcze! – Rzucił na deskę wozu kolejne monety.
Tłum westchnął przeciągle. Tamy pękły. Ludzie zaczęli napierać na wóz, wyciągając ręce z monetami.
– A na brodę też działa? – zawołał z tłumu piegowaty chłopak.
– Synu, po tygodniu będziesz musiał ją przycinać siekierą – odparł Magnus, podając mu ampułkę.
Chłopak rzucił brzęczącą sakiewkę i od razu zaczął się smarować.
Kilku następnych kupiło swoje porcje.
Po pierwszej fali euforii tempo sprzedaży zaczęło spadać. Z założonymi rękami przyglądali się temu ci najbardziej nieufni.
Magnus wzniósł ręce do nieba.
– Widzę was, wy niepewni! Widzę was, wy małowierni, którzy stoicie na uboczu i chowacie swe talenty w ziemi! Czyż Pan nie rzekł do Proroka Ezechiela: 'Idź i rozlej balsam Mój na rany ludu twego, a kto skosztuje, ten żyć będzie, lecz ten, kto serce swoje zamknie ze skąpstwa, tego kości wyschną na pył pustyni'? Ja nie przybyłem tu dla waszych marnych dolarów! Przybyłem z nakazu wyższego!
– Ja wiem, jak ciężkie jest życie osadnika. Widzę wasz pot. Dlatego nie pozwolę, by brak jednego dolara odgrodził was od łaski zdrowia! Tylko teraz, tylko w tym błogosławionym miasteczku – jedna ampułka za dolara,… trzy za dwa! Jedna dla ciebie, przyjacielu, druga dla małżonki, a trzecia za darmo na zapas, gdy przyjdzie sroga zima! Nie zwlekajcie, zapasy Serpentina Menthae kurczą się z każdą chwilą!
Stojąc na koźle i trzymając lejce w dłoniach, rozejrzał się po raz ostatni po twarzach mieszkańców, którzy tulili do piersi zielonkawe ampułki niczym najświętsze relikwie.
Uśmiechnął się swoim najpiękniejszym, najbardziej magnetycznym uśmiechem i rzucił do tłumu ostatnie, ceremonialne błogosławieństwo:
– Mieszkańcy wspaniałego, błogosławionego New Hope! Moje serce krwawi, iż muszę was opuścić. Moja misja tutaj dobiegła końca – przyniosłem wam ukojenie, otarłem łzy cierpienia, które gnębiły wasze ciała. Lecz zaprawdę powiadam wam, jak zapisano w Księdze Opuszczenia: 'I rzekł Pan do sług swoich: Nie zatrzymujcie się w jednym domostwie, choćby dawano wam miód i mleko. Idźcie ku innym osadom, albowiem tam również bracia wasi w boleściach ryczą, czekając na balsam uzdrowienia'. Muszę jechać! Inne zagubione dusze na prerii wzywają Doktora Magnusa! Bądźcie zdrowi, bądźcie mądrzy!
Smagnął konia batem. Koła ruszyły z głośnym skrzypieniem, a wóz potoczył się prosto w rozlewający się krwistoczerwony zachód słońca. Magnus uroczyście i dostojnie machał na pożegnanie, a tłum odprowadzał go wzrokiem w milczeniu.
Odłożył cylinder, wyciągnął grube cygaro, niespiesznie je podpalił, zaciągnął się mocnym, aromatycznym dymem. Wolną dłonią sięgnął po ciężką, skórzaną torbę leżącą u stóp.
Rozwiązawszy rzemienie, zajrzał do środka. W mroku skórzanego wnętrza lśniły ciężkie, srebrne dolary, mniejsze ćwierćdolarówki i kilka pogniecionych, tłustych od potu banknotów. Zaczął je sprawnie przeliczać.
Gdy skończył, splunął tytoniowym sokiem pod koła.
Magnus, ty stary draniu… ty geniuszu! Nie doceniałem cię. Liczyłem na nędzne czterdzieści dolarów, a ty wyciągnąłeś z tej zapomnianej przez Boga dziury całe sześćdziesiąt siedem! Z każdą osadą jesteś coraz lepszy.
Plastyczne, wciągające opowiadanko, a jednak pozostawia czytelnika z niedosytem. Brakuje tego fantastycznego momentu, w którym bohater musiałby czegoś się o życiu dowiedzieć… Bo nie wzbudza sympatii, stary oszust.
Ślimaku
Wciąż nie straciłam nadziei na Twoje opowiadanie do obrazu “Jesień” :))
Teo Max, kolejna zabawna opowiastka. Fajnie się czyta. Przywodzi na myśl twórczość Jerofiejewa.
Dzięki, AP, aż sprawdziłam cóż to za autor (bo znam kilku piszących SF po rosyjsku :))
Zbieram intelekt i odwagę, żeby komentować inne opowiadania :) może “od następnego razu” :))
Pozdrawiam :)
Teo, to raczej nie jest autor SF. I chodziło mi o tego od Moskwy Pietuszki i Nocy Walpurgii.
TheGuru, świetny westernowy tekst. Motyw częsty, który nawiązuję do popularnego zjawiska. I jeszcze takie skojarzenie:
tak, już doczytałam :) ja tylko pomyślałam czemuś o SF (mój tekst nie jest SF, więc – cóż :)) a Jerofiejewa dopisałam do listy “przeczytać” :))
Ruscy są (może raczej – byli) dobrzy w SF
Hej, mój pierwszy post na forum, więc mam nadzieję, że formatowanie jest w porządku i nie zostanę za to zjedzony :) Nie jestem pewien, czy odrobinę nie nagiąłem tematu wyzwania – jeśli mi się zdażyło, to z góry przepraszam. Wrzucam swój tekst i osobno postaram się napisać co o opowiadaniach innych. Jednak dopiero zaczynam udzielanie się, więc zobaczymy jak to wyjdzie :D
Trochę na krawędzi, bez tytułu i “Koniec.” 5981 znaków ale dało radę :D
Edycja po uwagach tarniny, Ślimaka, marzana i bardjakiera :)
Cudeńko z pchlego targu
Był przyjemny sierpniowy poranek Anno Domini 1488. Pomimo wczesnej pory Jarmark Dominikański trwał już w najlepsze. Lekki wiaterek przyjemnie chłodził, a czyste intensywnie błękitne niebo zwiastowało nieuchronnie nadchodzący popołudniowy skwar. W powietrzu niosła się mieszanka przeróżnych zapachów – zarówno tych przyjemnych, jak świeżo pieczony chleb i kołacze, jak i tych mniej ekscytujących; dochodzący z bocznych alejek smród nieczystości i zapach niemytego ciała.
Sławek, czy też kupiec wielki Sławomir Ciszewski, przechadzał się pomiędzy barwnymi straganami. Chciwie chłonął atmosferę rynku, napawając się widokiem przeróżnych oferowanych tutaj dóbr. Nie zawieszał na niczym zbyt długo oka aby uniknąć uwagi sprzedawców hałaśliwie zachwalali swój towar. Niemalże równie interesujący był przekrój społeczny ludzi – od zwykłego pospólstwa, po kupców. Artyści zaczęli zabawiać już tłum sztuczkami i sprawnie łapali rzucane im miedziaki. Tłum był już spory, co sprawiało, że co chwilę ktoś potrącał lub wpadał na Staszka i zaraz przepraszał. Zupełnie jednak mu to nie przeszkadzało. Gęsty tłum i zarobienie kilka razy z łokcia było w jego mniemaniu integralną częścią atrakcji. Wszystko to niezmiernie go fascynowało. Urodziwszy się w latach 90. XX wieku nie zaznał już klimatu i pstrokacizny rynków z czasów PRL-u. Mógł jedynie słuchać opowieści rodziców, którzy z nostalgią je wspominali i przywoływać mgliste wspomnienia z Jarmarku Dominikańskiego, który odwiedził kilka razy jako dziecko. Uśmiechnął się do tych myśli. Zwrócił jednak uwagę z powrotem na otaczającą go ciżbę i stragany. Nie chciał przegapić nic interesującego.
Napawał się tak otoczeniem, gdy nagle stanął jak wryty. Omal nie wpadł na kobietę, która szła przed nim. Niemożliwe. Obrócił się na pięcie, aby wrócić do dopiero co miniętego straganu, na którym sprzedawano całą masę dziwnych bibelotów, rękodzieła i błyskotek.
Sprzedawca, starszy już lekko przygarbiony człowiek z małymi, chytrymi oczkami, wyszczerzył się do niego w uśmiechu, w którym brakowało kilku zębów. Opacznie zinterpretował zaskoczenie Sławka jako zainteresowanie jego towarami. Spojrzał na to, w co wpatrywał się kupiec i natychmiast zaczął rzucać komplementami.
– Ach tak, szanowny pan ma wspaniały gust! Tak błyskawicznie wypatrzyć ten unikalny przedmiot, tak, taaak – przeciągnął ostatnie słowo.
Sławek ledwie go słuchał, wpatrując się niczym zaczarowany w sponiewieranego iPhone’a pierwszej generacji leżącego pomiędzy akcesoriami do pisania a zdobioną ceramiką. Na średniowiecznym straganie w Gdańsku, cztery lata przed odkryciem Ameryki. Ścisnął mu się żołądek. W głowie miał kompletny mętlik. Jak? Skąd? Czy to omamy? Jednak był pewien, że był pierwszą osobą, która trafiła w te czasy. Wiedział, że będzie musiał dość do sedna sprawy. W przeciwnym razie nie da mu to spokoju.
Otrząsnął się z szoku i skierował wzrok na sprzedawcę. Ten płynnie kontynuował, podnosząc z ławy telefon. Trzeba było kuć żelazo póki gorące.
– To małe, unikatowe zwierciadełko, nigdzie takiego nie znajdziesz Panie. Co prawda ciemne, ale odbicie jest idealne! – Zniżył głos do konspiracyjnego szeptu, tak, że ledwo go było słychać wśród zgiełku jarmarku – plotki nawet głoszą, że właściwości magiczne posiada. Urodę niewiast w nim się przeglądających zwiększając i lico wygładzając.
Sławek nie wiedział jak powinien zareagować. Nie radził sobie z średniowieczną, jakże odmienną, wersją polskiego. Z niemieckim było niewiele lepiej. Wiele jego dziwactw i potknięć towarzyskich można było wyjaśnić historyjką o spędzeniu wielu lat w innych częściach Europy i na Bliskim Wschodzie. Był jednak boleśnie świadomy, jak bardzo nie był przygotowany na realia średniowiecznego Gdańska. Przy bliższych oględzinach jego historia rozchodzi się w szwach.
– Nie interesuje mnie takie bałwochwalstwo – odparł, decydując się uciąć rozmowę i odszedł, nie czekając na odpowiedź. Handlarz wzruszył ramionami i odłożył telefon. Po chwili wciskał już kolejnemu klientowi zestaw gęsich piór zapominając o niedoszłym kliencie sprzed chwili.
Sławek skierował kroki w stronę domu – odeszła mu ochota na zwiedzanie jarmarku. W pierwszym odruchu chciał odkupić urządzenie, ale zrezygnował. Zamiast tego zapamiętał, gdzie znajduje się kram. Później pośle umyślnego – było to zdecydowanie bardziej dyskretne. Instynktownie uznał, że najlepiej nie będzie zwracać na siebie uwagi, dopóki nie zorientuje się w sytuacji. Teraz jednak marzył jedynie o ciepłych buchtach drożdżowych i młodym winie, które na pewno już czekało, przygotowane przez jego kucharkę. Posiadanie służby wywoływało w nim rozterki natury etycznej, ale nie potrafił nie docenić związanych z tym wygód.
Mężczyzna był tak pochłonięty rozmyślaniami, że nie zauważył szczupłej młodej dziewczyny obserwującej go uważnie spod straganu nieopodal. Ubrana w ciemną, brudną sukienczynę niemalże wtapiała się w stoisko obok i zdawało się, że nikt jej nie zauważa. Gdy tylko odszedł, oderwała się od cienia i zachowując bezpieczną odległość, ruszyła za nim.
A skomentuję ten tekst i Guru za trochę, bo na razie ledwo dyszę po walce z imiesłowami w opowiadaniu marki “cztery e” ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
O, w trakcie niedziałania forum wpadł nowy tekst :D Obrobię później.
Bardjaskier
Trącano go mackami i skrzydłami, obrzucono śluzem, do którego przyczepił się piach pustynnej planety. Skafander nie tylko chronił go przed ciśnieniem, które by go zgniotło, ale i przed kontaktem z klientami targu
Fajny pomysł, tylko trochę ciągasz czytelnika w różne strony – najpierw wyobrażam sobie Doktora i Amy po wyrzyganiu przez wieloryba (true story), a potem okazuje się, że jednak nie, sorki. Ten piach byłby odczuwalny chyba jako ciężar albo co. A, i: chronił go nie tylko przed ciśnieniem, które by go zgniotło, ale i…
To właśnie z powodu stroju mijał kolejne stragany, przeglądając asortyment – brakowało w nim dezintegratora przestrzennego.
Hmmm. Mętnawe zdanie.
Przez szybkę hełmu upaćkaną śluzem zmieszanym z piaskiem obserwował towary szemranych sprzedawców rozłożone na piaszczystym podłożu.
Oglądał towary rozłożone na piasku. One nic nie robią (zasadniczo). I co, nie przetarł tej szybki?
przez utytłany wizjer na pewno nie dostrzegł ekscytacji
Jak wygląda ekscytacja? XD
Jedno oko, usadowione w galaretowatej głowie, śledziło każdy ruch Vala
Osadzone raczej. Jeśli ma tylko jedno, to "jedyne oko".
odpowiedział Val, by nie zostawić sprzedawcy bez odpowiedzi
Potem posmarował bułkę masłem, żeby nie była bez masła :D
Macki Malkawianina pod błękitną galaretą drgały przy każdym wypowiadanym słowie.
Hmm?
Wyglądał zabawnie, ale Val był pewien, że będzie trudno uzyskać dobrą cenę za dezintegrator…
A co ma jedno do drugiego?
Handlarz wydawał się nieco zawiedziony brakiem targów. Val na to czekał. Wiedział, że Malkawianin nie tylko może się obrazić za brak negocjacji ceny, ale i przegonić kupującego.
? "Brak negocjacji" brzmi bardzo dziwnie.
nie było go stać na wisior
A, ten "wisior" to dezintegrator? Trochę przeskok.
Możliwość pohandlowania była silniejsza od niego
? Pokusa targowania?
Malkawianin chyba był zaskoczony – o ile przeciągły bulgot miał właśnie wyrażać tę emocję.
Nie interpretuj, wystarczy sam bulgot.
Ziemianin zniknął w obłoku piachu wzburzonym przez nagromadzenie energii.
A, sprytnie ^^ Tylko to nagromadzenie energii…
Za to kochanka była zachwycona pięknym naszyjnikiem
XD
W tym samym czasie Malkawianin zrozumiał
To trochę mu zajęło :)
Fajny wykręt i niezła planeta, jak będę miała TARDIS, to polecę :D
chalbarczyk
przeciskała się uparcie przez tłum ludzi
Hmmm. Uparcie?
W powietrzu było czuć nieprzyjemny zapach
Ciachalne: Śmierdziało.
jakby chcieli tymi szturchańcami zemścić się za przytłaczającą codzienność
Konie u wozów jadły obrok, chłopi sprzedawali ziemniaki, marchew i wszystkie inne skarby z ziemi.
Skarby ziemi, ale chyba bym to zdanie przedzieliła. A swoją drogą – skąd nagła zmiana nastroju?
A kobiety jesienne kwiaty powiązane w bukiety, jaja i mleko.
Hmmmmmmm.
zaszczepiła zazdrość
Aliteracja, chociaż…
Chciałam i ja doświadczać ekscytacji
Ale to nie jest naturalne.
beztrosko przemierzałam bucharskie wąskie uliczki
Hmm. Aż tak jej się udał ten eskapizm?
zniknęła już w ciżbie ludzkiej
"W ciżbie" wystarczy.
Cyganek nie można zdenerwować
Dwuznaczne – nie da się, czy nie wolno?
Niechętnie więc wyciągnęłam brzęczące monety.
Hmm. Trochę skaczesz po tonach. Domyślam się uzasadnienia dla tych skoków (zderzasz prozaiczny prlowski bazar z fantazją narratorki), ale nie bardzo rozumiem, dlaczego mają miejsce akurat tam, gdzie mają.
Ale jak na złość przy płocie kątem oka dostrzegłam coś kolorowego
Hmm. Chyba najprościej będzie to rozjaśnić tak: Ale, jak na złość, przy płocie kątem oka dostrzegłam coś kolorowego.
Dobrze, ale dlaczego ją to denerwuje? Zobaczyła coś ciekawego, nie musi przecież chodzić tego oglądać. Inna rzecz, że pewnie się boi bury za zwlekanie, ale… hmm.
Obok na krześle ktoś siedział skurczony. Dziadek wydawał się spać.
A może tak: Obok, na krześle, siedział skurczony staruszek. Chyba spał.
zamamrotał
Wymamrotał.
na pewno całkowicie pozbawiona wszelkiej magii
Nigdy nie mów "na pewno" ;)
Winiłam swoją głupotę, że nie spytałam dziadka
Angielskawe to.
najlepiej byłoby więc, żeby komuna upadła, bo wtedy moje marzenia stałyby się możliwe
XD
Niezły pomysł, choć nie wierzę w takie uświadomienie polityczne przeciętnego dziecka :)
Ślimak Zagłady
konesera serów
Ciekawa instrumentacja :)
wymachiwała w moją stronę dwiema sporymi, syczącymi gęśmi
… gęś waży ponad pięć kilo, silna babuleńka XD (Some people juggle geese!)
… uu, a myślałam, że jesteśmy w bardziej romantycznych czasach. No, nic.
Jego wiek i doświadczenie miały swoje prawa
Prawda ogólna, więc czas teraźniejszy: Wiek i doświadczenie mają swoje prawa.
następnym razem wręczyłby mi zamiast zamówionej perełki Trzydzieści dziewięć sposobów przyrządzania potrawki z butów
:)
Gdy jednak mieliśmy już wracać do biura, niespodziewanie Ali uchylił jedno oko
Jesteś pewien tego szyku?
rozmowy o ważących rzeczach
Ważących?
ilu przy tym potraciło braci a moich prastryjów
Uprzejmie, a celnie :)
Wieść niesie, że wybranka, która założy go podarowanego z dobrej woli
Hmmm. Chyba jednak "podarowany z dobrej woli".
zaspokoi potrzeby serca zawsze i wyłącznie przy tobie
Troszeczkę to przerażające…
A jeszcze będę musiał zastanowić się nad przesyłką.
Hmm?
To jest zawiązanie akcji. Co dalej? Zdecydowanie romantycznie wyszło (eliksir miłości to trop romansowy, niekoniecznie, mm, etyczny). I fantastycznie też (chyba że staruszek to jednak naciągacz :D).
czekałam tylko na moment, który miał zmienić życie
Czyje życie?
w płytkiej wodzie człapał jak kaczor, aż zachichotałam
Ale za to lilie wodne przynosił :P
Udław się kasą!
"Kasa" też mocno współczesna, zgrzyta.
Trochę harlequin, ale i tak. Czapki z głów.
Teo Max
czego wziąłem
Znikło "nie".
Było to wiosną
Na pewno taki szyk?
Boże, cara chroń
Tytuł w cudzysłów lub kursywą.
Otarł się o moją nogę.
Angielskawe. Otarł mi się o nogę.
Wiem, bo nieraz zazdrościłem, jak Barin szedł koło wybranego człowieka.
Hmm, a czemu właściwie?
Podzieliłem się obiadem.
Z kim?
Mmmm, dobre. Akurat w sam raz na długość, puchate, ironiczne i w ogóle… kocie takie. Dobre ^^
TheGuru
Pustka nie oferowała niczego na czym oko mogłoby się zahaczyć.
Hmmmmmmmmmmmmm. Brakuje przecinków w zdaniach podrzędnie złożonych (tu i we wcześniejszym zdaniu).
Na pół spróchniała, na krzywo wbitym patyku, deska informowała:
A tu przecinki powodują zamęt (wspólnie z szykiem): Na krzywo wbitym w piach patyku spróchniała deska głosiła:
Stara kobyła szurała kopytami po ziemi wzbijając obłoczki kurzu
Stara kobyła szurała kopytami po ziemi, wzbijając obłoczki kurzu.
minął znak trzeszcząc
Tu też brakuje przecinka.
Czterdzieści dolarów? Tyle co na owies dla konia, porządna whisky i noc w saloonie ze wszystkimi wygodami.
Porządną whisky. Ale ceny są względne – tutaj, na najdzikszym zachodzie, może być taniej.
Rynek jest słaby, to prawda. Musisz wzbić się na swoje wyżyny. Musisz dać z siebie więcej niż wszystko co potrafisz.
? Brak przecinków.
głośnym klekotem dzwonków
Dzwonki klekoczą?
wjechał w ospałą, zakurzoną osadę, rozbijając południową ciszę skuteczniej niż wystrzał z colta.
Przesadzasz, partnerze. Imiesłów angielskawy.
Dlaczego w tych wszystkich dziurach jedyna droga zawsze nazywa się ‚Main Street’, a nie po prostu ‚Only One Street’? – zaśmiał się widząc tabliczkę na pierwszej chacie.
… a po co tam tabliczka? Jeśli to jest myśl bohatera, to nie ma co jej formatować jak dialog, paszczowości tu nie uświadczysz.
Dzwonki wydały ostatni dźwięk.
…? ale że na zawsze?
Ciężkie, drewniane skrzydła rozwarły się z bolesnym skrzypieniem, z mroku na palące słońce zaczęła wylewać się miejscowa populacja.
Bardzo przekombinowane. Nieważne, że "populacji" (ludzi. Nie używaj pojęć statystycznych, kiedy mowa o konkretach) jest niecała setka, Ty musisz z nich zrobić tłum. Czemu? I czemu ożywasz drzwi do saloonu?
Mężczyźni w koszulach z grubego znoszonego denimu w kolorze błota z ciemnymi plamami potu pod pachami, postrzępionymi mankietami.
Zwolnij. Mężczyźni w wytartych koszulach z burego denimu, z ciemnymi plamami potu pod pachami.
Pachnieli tanią whisky, tanim tytoniem i brakiem mydła.
Czy tym można pachnieć, czy jednak raczej śmierdzieć?
Brzmi to tak, jakby uprzejmość byłą jakąś chorobą.
Wyprostował się gwałtownie z niemal mistycznym natchnieniem.
W natchnieniu.
Płynnym ruchem sięgnął do wnętrza wozu
Stojąc na koźle?
Mój eliksir działa na zasadzie regeneratio capillorum oraz dentis restitutio poprzez błyskawiczną stymulację soków animalnych w waszych pęcherzykach podskórnych!
Grunt to mieć gadane, i una pillula post prandium :)
powiedział miękko, kłaniając się nisko
Miękko?
Uniósł twarz ku niebu złożył ręce do modlitwy.
Zdania złożone rozdzielamy: Uniósł twarz ku niebu, złożył ręce do modlitwy.
debaty medycznej
Debaty o medycynie, albo konsylium.
Głuche, mokre chrupnięcie przestraszyło damy.
Hmm.
Kilku następnych kupiło swoją porcję.
Hmmm. Swoje porcje.
z za
Łącznie.
Koła ruszyły z głośnym skrzypieniem, jechał prosto w rozlewający się krwistoczerwony zachód słońca.
Kto jest podmiotem tego zdania?
Uroczyście i dostojnie machając na pożegnanie.
A to się jakoś zbuntowało i ogłosiło secesję?
Trochę za dużo rozmachu, ale też czego się można spodziewać po sprzedawcy oleju z węża ;) Tylko – gdzie tu targ?
Nie wybrzmiała walka o życie, miałem wrażenie, że może sobie stamtąd po prostu pójść. Zastanawia się nad tym, że cena nie będzie dobra, czyli jednak ma jakiś wybór.
Tak.
miałem w głowie luźny tekst o humorystycznym zabarwieniu
Nic zabawniejszego od faceta, który ma się udusić :P
A Tarnina jest jak tarnina rozkwita pisarsko w swoim czasie :)
Flattery will get you nowhere :P
bohaterka może wydać się w tym otoczeniu mało sympatyczna, bo zależało mi, aby oddać beznadzieję peerelu i przytłaczający klimat
Hmmm. Ale jak się ta beznadzieja wiąże z charakterem bohaterki?
przedmioty z innej planety to nie mogą być puzderka;), wisiorki :D i wazoniki i inne grajdoły z targu jaki my znamy
A dlaczego nie? XD
A nawet fantasy romans, myślę, że to akurat dobrze by się sprzedało – choć nie wiem czy przyjęło na forum;)
Tzw. romantasy jest teraz modne, więc. :)
Inne wyjście to jechać do Polski drogą lądową.
A tu wezbrały rzeki i pełne zwierza bory… ;)
moim zdaniem warto o tym pisać
Skoro już musisz to robić, to lepiej o tym napisać, ale kwerendę (albo i sięgnięcie do zasobów własnej wiedzy) da się uskutecznić bez protez…
bo tej trudnej sztuki dopiero się uczę :)) dość często po prostu nie wiem, co napisać – a właściwie, jak odpowiednio dobrać słowa :)
Napisz, co myślisz, i nie przejmuj się :D to się nie musi każdemu spodobać
Wydało mi się, że przy ogólnie lekkim nastroju tej części tekstu – nie zaszkodzi.
I nie zaszkodziła. Wszystko jest dla ludzi, jak mawia Tatko.
sprawdziłem jeszcze, czy nic nie naknociłem w tym miejscu, ale wypowiedź Alego zdaje się jednoznaczna
Gramatyka troszkę myląca.
Przedmioty, nazwiska, sposób bycia – mają być z epoki.
I nie możesz o tym normalnie poczytać, bo…?
Podarek wysłany pocztą też jest podarkiem, choć, hm, czy medalion aby rozróżni między kurierem a nadawcą?
A dlaczego miałby nie rozróżnić? Kurierzy istnieli już w starożytności :)
W pewnym sensie jest obdarowana (nie oczekiwała znaleźć takiego skarbu)
W cokolwiek metaforycznym sensie :P obdarowana przez los, tak. Ale tu chyba liczy się intencja.
dlaczego zawsze musimy zamykać historię?
A kto powiedział, że musimy?
gdy akurat bohaterka miniaturki Chalbarczyk (z którą tu niejako korespondowałem) zdążyłaby dorosnąć, a komuna – upaść.
To dalszy ciąg piszecie razem? :)
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
A pisalem dzisiaj, pod nowym opowiadaniem, że czuję na karku oddech Tarniny :D – wykrakałem:)
Fajny pomysł, tylko trochę ciągasz czytelnika w różne strony – najpierw wyobrażam sobie Doktora i Amy po wyrzyganiu przez wieloryba (true story), a potem okazuje się, że jednak nie, sorki. Ten piach byłby odczuwalny chyba jako ciężar albo co. A, i: chronił go nie tylko przed ciśnieniem, które by go zgniotło, ale i…
Ja już nic nie poradzę na to, kto co sobie wyobraża;)
Hmmm. Mętnawe zdanie.
Nie pierwsze i nie ostatnie :D
Oglądał towary rozłożone na piasku. One nic nie robią (zasadniczo). I co, nie przetarł tej szybki?
Osadzone raczej. Jeśli ma tylko jedno, to "jedyne oko".
Ok :)
Potem posmarował bułkę masłem, żeby nie była bez masła :D
:D
Hmm?
Kocham
A co ma jedno do drugiego?
NO, że nie oceniał go po wyglądzie– ale wiem o co chodzi :)
? "Brak negocjacji" brzmi bardzo dziwnie.
Trochę tak
A, ten "wisior" to dezintegrator? Trochę przeskok.
Nie :)
? Pokusa targowania?
No coś takiego – taka Cecha
Nie interpretuj, wystarczy sam bulgot.
Fakt :)
A, sprytnie ^^ Tylko to nagromadzenie energii…
Zawsze coś;D
To trochę mu zajęło :)
No, to też nam coś o nim mówi;)
Fajny wykręt i niezła planeta, jak będę miała TARDIS, to polecę :D
Dzięki i uważaj bo mają tam kiepskie zdanie o Ziemi ;)
Dzięki:)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Narholt, nie będę na razie rozbierał fragmentu słówko po słówku – bo już Tarnina ostrzy pazurki ;)
Na razie ogólne wrażenie:
– Historia jest ciekawa, ale się urywa. Jak już zauważyliśmy w dyskusji, ma to swoje dobre strony, ponieważ działa na wyobraźnię. Czy dziewczyna jest podróżniczką w czasie? Czy to kolejny romans fantastyczny (jakoś ten odcinek wyzwań obfituje w takie fragmenty)?
Tego się nie dowiemy, ale moim zdaniem przez bardzo rozbudowane określenia i opisy. Z połowy można zrezygnować, ponieważ tak szczegółowy opis po pierwsze nie zostanie czytelnikowi w głowie, a po drugie wyręczamy go w wyobrażaniu sobie niektórych rzeczy. Do zbudowania nastroju wystarczyła połowa użytych słów.
Klimat jest obiecujący, historia też jest obiecująca, ale opisy zjadły miejsce, w którym mogło się jeszcze zdarzyć coś ciekawego.
Minimalizm będziemy ćwiczyć w kolejnym wyzwaniu, między innymi. Ja też nie jestem mistrzem minimalizmu i moje historie niechcący się rozrastają, ale jest to na ogół rozrost fabularny, niekoniecznie opisowy.
W podejściu minimalistycznym trochę pomaga wyobrażenie sobie, co czytelnik ma mieć w głowie po przeczytaniu tekstu.
Warto ograniczać tłumaczenia czytelnikowi na rzecz pokazywania, ale w tym fragmencie bardzo to nie raziło.
Żeby zakończyć pozytywnie, tekst zachęcał do czytania, a sam pomysł odpowiada wyzwaniu. I nie ma co się martwić, że coś się naknociło, wszyscy knocimy. Od tego są komentarze, żebyśmy się dowiadywali co :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Tarnino,
Wszystko ślicznie, ale pozwolę się nie zgodzić z “kasą” – to są Kaszuby i akurat użycie tego zwrotu w 1938 w regionie polsko-niemiecko-kaszubskojęzycznym, czyli wielkim tygielku jest moim zdaniem na miejscu. Ewidentnie jest to wpływ niemiecki i w tym okresie raczej był używany.
W roku 1938 bohaterka mogła je znać, jeśli czytała teksty angielskie w oryginale. Jeśli nie – mało prawdopodobne, aczkolwiek tłumaczenie niemieckie mogło już mieć kalkę językową z motylami.
Wstawię tam coś o sercu albo brzuchu, ale bez motyli, będzie akuratne historycznie.
Przedmioty, nazwiska, sposób bycia – mają być z epoki.
I nie możesz o tym normalnie poczytać, bo…?
A jak piszesz o naukowcach, to zatrudniasz się w instytucie naukowym – no dlaczego nie możesz tego normalnie zrobić? :P
Spieranie się o formę “kwerendy” jest moim zdaniem nieco bezzasadne. Jeśli SI jest wyszukiwarką – to jest wyszukiwarką, tylko lepiej sortującą treści. I tak w końcu docieram do tekstu źródłowego. I ten tekst “normalnie” czytam, tylko na szczęście SI wybrała mi już te strony i fragmenty, gdzie są informacje. Jeśli w tekście źródłowym nie widzę tego, co podała mi SI, szukam dalej. Czasem się tak zdarzało, jeśli SI ma problem ze źródłem albo cytatem, prawdopodobnie zmyśla.
Możemy się droczyć np. “a nie możesz normalnie pisać na maszynie bo” albo “a nie możesz pisać bez słowników bo”.
Jeśli piszę scenkę walki, zwykle oglądam filmy, na których szermierze walczą daną bronią, nie filmy fabularne. Ale równie dobrze mógłbym napisać “I nie możesz się zapisać na kurs fechtunku, bo?”
I czy znasz jakieś wyszukiwanie informacji, które obecnie nie stosuje algorytmów SI? Pamiętam przekopywanie się przez sto niezwiązanych z tematem linków, żeby znaleźć te dziesięć na temat, i to była droga przez mękę. Dlaczego niby takie wyszukiwanie informacji jest lepsze od obecnego?
Książki też są dostępne cyfrowo. Mam się umartwiać z czytaniem tysiąca stron, czy może przeczytać te dziesięć, na których są potrzebne wiadomości? Bo od SI mogę wydębić, na których stronach jest informacją, jeśli wystarczająco długo przypalam jej obwody palnikiem i rozpuszczam chipy w kwasie :P
Czy już… czy jeszcze chcesz się podroczyć? :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Tarnino, serdecznie dziękuję za pilną lekturę i przegląd!
… gęś waży ponad pięć kilo, silna babuleńka XD (Some people juggle geese!)
Właściwie zdarzyło mi się już używać są ludzie, którzy żonglują gęśmi jako odpowiedzi na argumenty z niejasnego autorytetu (“niektórzy twierdzą, niektórzy tak robią”), ale nie jestem pewien, na ile to rozpoznawalne i zrozumiałe.
Skądinąd to chyba dobry znak, że w tym zdaniu o gęsiach nagromadzenie wyrazów na “s” nie rzuca się nachalnie w oczy – w prozie najlepiej byłoby, żeby taka aliteracja dawała tylko podświadome wrażenie syku.
Może jednak: w rękaw?
Pewnie! Teraz widzę, że zakres znaczeniowy jest nieco inny i “w rękaw” daje lepsze, bardziej prawdopodobne w tej scenie obrazowanie.
dalszy róg bazaru
Hmm?
Można by napisać “przeciwny”, ale wtedy nie byłoby wiadomo, dlaczego bohater był po innej stronie niż antykwariat, który go głównie interesował, a w mojej wersji raczej widać, że po prostu nie leży on blisko wejścia na bazar, które mu pasowało?
… uu, a myślałam, że jesteśmy w bardziej romantycznych czasach. No, nic.
Już wiesz, że napisałem to w dialogu z inną scenką, ale niezależnie od tego uwaga, że kompozycyjnie lepiej byłoby to pozostawić w romantycznym bezczasie, jest naturalnie cenna!
Prawda ogólna, więc czas teraźniejszy: Wiek i doświadczenie mają swoje prawa.
Słusznie, i wtedy już chyba bez “jego”, skoro prawda ogólna?
Gdy jednak mieliśmy już wracać do biura, niespodziewanie Ali uchylił jedno oko
Jesteś pewien tego szyku?
Nie jestem do końca pewien, ale nie wiem, co konkretnie można by poprawić.
Ważących?
Myślisz, że “liczących się” lepiej?
Hmmm. Chyba jednak "podarowany z dobrej woli".
I tu mi spożytkowałaś wieczór… Nie udało mi się nic jednoznacznie ustalić poza tym, że strona https://dobryslownik.pl/kompendium-regul-jezykowych/regula/494/ opisuje to jako “problematyczny przypadek”. Wydaje mi się, że podstawowa forma jest zgodna z rodzajem męskorzeczowym, tak jak piszesz, ale często naruszana dla uniknięcia dwuznaczności: “jutro zjem barana nadziewanego siarką”, “jutro zjem pasztet nadziewany siarką”, ale w obu przypadkach “jutro go zjem nadziewanego siarką”, bo “nadziewany” sugerowałoby, że to narrator jest nadziewany. Jednak tutaj podmiotem jest “wybranka”, więc w sumie nie ma ryzyka dwuznaczności i chyba masz rację, chociaż wciąż mi źle brzmi w tej wersji…
Troszeczkę to przerażające… (…) Zdecydowanie romantycznie wyszło (eliksir miłości to trop romansowy, niekoniecznie, mm, etyczny). I fantastycznie też (chyba że staruszek to jednak naciągacz :D).
Zgodzę się, że powinno być troszeczkę przerażające, ale też chciałem to wyważyć dodatkiem o “podarowaniu z dobrej woli” – czyli że nie zadziała, jeżeli darujący w głębi duszy chciałby obdarowywanego zniewolić – co z kolei jest bardzo dobrym wytłumaczeniem dla antykwariusza, jeśli nabywca przyjdzie z reklamacją – więc w sumie trafiłaś w liczne zamierzone wątki…
A jeszcze będę musiał zastanowić się nad przesyłką.
Hmm?
Raczej nie widzę jakiegoś kłopotu z tym zdaniem?
To jest zawiązanie akcji. Co dalej?
W wyzwaniu skupiłem się na scence z opisem targu, ale prawda, że w dłuższym tekście byłby to problem konstrukcyjny. A ogólnie: gdybyś miała jakieś głębsze przemyślenia co do układania wartościowych zakończeń utworów, poznałbym je z wielką ciekawością!
To dalszy ciąg piszecie razem? :)
Nie miałem takiej intencji. Tak jak wskazałaś powyżej, nakreślone ramy są problematyczne etycznie: proponowanie takiego roleplayu komuś, kto nie pytał uprzednio o możliwość “porwania przez rycerza na białym koniu”, wydałoby mi się niestosowne.
Jeszcze raz bardzo dziękuję i pozdrawiam!
Chalbarczyk:
Wciąż nie straciłam nadziei na Twoje opowiadanie do obrazu “Jesień” :))
Dziękuję, to motywujące! Jeżeli uda mi się ukończyć tekst, o którym wtedy myślałem, na pewno dam Ci znać. Choć nie wiem, czy nazwiesz go “opowiadaniem do obrazu”, bo miałby z nim tyle wspólnego, że pojawiłyby się w nim jakieś góry jesienią. Przecież dlatego wtedy odpuściłem udział, że zobaczyłem, jak wiele utworów (w tym oczywiście Twój) ma piękne i głębokie związki z danymi obrazami, gdy mój byłby beznadziejnie pretekstowy.
marzan:
Dzięki wielkie i dziękuję za podrzucenie tematu do przywitania się :)
Zacznę od podziękowania za miłe słowa!
Myślę, że z tymi opisami to problem jest u mnie dwojaki – raz, że potraktowałem to wyzwanie trochę jak każde inne opowiadanie i nie próbowałem ich ograniczyć a dwa, że generalnie opisy są u mnie dość bogate. Mam bardzo wizualne podejście do pisania (zboczenie artysty) i staram się to przekazać, możliwe jednak, że za bardzo. Zjadło to trochę znaków w tym opowiadaniu. Jestem ciekawy co byś z tego wyciął. Przyznam też, że jesteś pierwszym z “czytaczy”, który zwrócił na to uwagę i nie jest tego fanem. Daje do myślenia :)
Z urwaniem – mea culpa. Zauważyłem dyskusję na ten temat, ciekawe jak różne są punkty widzenia w tej kwestii. Tutaj opisana została bardzo wyizolowana sytuacja więc może to uczucie urwania jest nadmierne, zanotowane!
Kolejne wyzwanie ma mieć jeszcze mniej znaków? Dzwonię na policję :D
Przeczytałem też Twój tekst, przyznam, ze na początku byłem przekonany, że bohater okaże się morfinistą albo czymś innym tego rodzaju. Ciekawy pomysł na “moc”, zarysowany główny bohater. Rozumiem, że jest na swój uzależniony od przeżywania tych wspomnień? O bycie zapalonym historykiem nie posądzam :D
Bardjaskier:
Fajne opowiadanie, podobało mi się bardzo działające na wyobraźnię zaśluzowane targowisko obcych, bardzo ciekawy i nie taki typowy motyw lekkiej niekompatybilności ze sposobem bycia obcych :)
Przyznam, że trochę mnie opowiadanie zmyliło – po wtrąceniu o tlenie byłem przekonany, że szukany przedmiot pozwoli na uzyskanie nowego odpowiednio dużego zapasu tlenu a nie, że umożliwi powrót na Ziemię. Myślę, że dobrze by było tę kwestię rozjaśnić gdybyś zdecydował się pracować nad tym dalej.
Ślimak Zagłady:
Bardzo podoba mi się Twój tekst. Interesująco osadzony, bardzo wartki i wciągający styl. Zaintrygowali mnie bohaterowie, naprawdę przeczytałbym więcej przygód Twojego protagonisty i chętnie dowiedział się więcej o Mustafie i potencjalnie czasem kłopotliwych sytuacjach z których wcale nie pali się ratować swojego pryncypała :)
Tarnina:
dzięki, poczułem się jak w podstawówce…więcej błędów niż wyrazów w opowiadaniu.
"populacji" (ludzi. Nie używaj pojęć statystycznych, kiedy mowa o konkretach)
chciałem nawiązać do tabliczki
Tylko – gdzie tu targ?
no jak to gdzie, mobilny z jednym produktem…
Hej Narholt
Miło mi, że opowiadanie się podobało :). Tlen był bardziej dodatkiem niż jakimś istotnym elementem historii ale faktycznie można by dodać z dwa słowa wyjaśnienia:)
No właśnie. Masz ciekawy opis targu ale jak zauważył marzan za długi. Możesz pomyśleć jak skrócić tekst. Bo przy rozbudowanych opisach czytelnik się męczy:)
"Sławek, czy też kupiec wielki Sławomir Ciszewski, jakgotutajznano, przechadzał się pomiędzy barwnymi straganami, sprawnie unikając sprzedawców hałaśliwie zachwalających swój towar. Chciwie chłonął atmosferę rynku, napawając (przyglądał) się hałasem i widokiemprzeróżnychoferowanychtutajdóbr. Niemalżerównieinteresującybyłprzekrójspołecznyludzi ludziom – od zwykłego pospólstwa, po kupców takichjakon. Miejscamipracęzaczęlijuż artyści (zaczeli) zabawiający (zabawiać) tłum sztuczkami i łapiący do kapelusza rzucane im miedziaki. Tłum był już spory, co chwilę ktoś na niego wpadał lub ocierał się ramieniem i zaraz przepraszał, widzącjegobogateodzienie. Niezwracałjednakzupełnienatouwagi. Wszystko to niezmiernie go fascynowało, gdyż nie można było tego już spotkać w jego czasach. Urodziwszy się w latach 90. XX wieku nie zaznał już klimatu i pstrokacizny rynków z czasów PRL-u. Mógł jedynie słuchać opowieści swoich rodziców, którzy z nostalgią onich wspominali przywoływaćmglistewspomnienia Jarmarku Dominikański3go, który odwiedził kilka razy jako dziecko. Uśmiechnął się do tych myśli. Zwrócił jednak swoją uwagę z powrotem na otaczającą go ciżbę i stragany. Nie chciał przegapić nic interesującego ani wdepnąć w leżącą na bruku nieczystość."
Zobacz ile tu jest zbędnych słów. A czy straciliśmy jakąś informację? Końcówka – urwana, a otwarta to duża różnica. Trzeba zamknąć wątek i otworzyć następny by to dobrze wyglądało. U ciebie jest, w mojej ocenie, ucięła końcówka.
Więc opisy na plus, budujesz klimat sceny to na plus. Ale musisz skracać i ograniczyć – swego, jego. Ściągnął swoje okulary – no wiadomo, że nie kolegi ;). Trzeba uwierzyć w czytelnika, a nie wszystko tłumaczyć:).
No i pisać, czytać, komentować, a z czasem teksty będą lepsze:)
Pozdrawiam.
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
To najpierw wyłapka, a potem odpowiadam :)
Narholt
Był przyjemny, charakterystyczny dla sierpnia, poranek Anno Domini 1488.
Hmm? Co tu jest czym? Dlaczego poranek jest charakterystyczny dla sierpnia?
Pomimo wczesnej pory jarmark trwał już w najlepsze.
kupiec wielki Sławomir Ciszewski, jak go tutaj znano
Jak go tutaj zwano.
sprawnie unikając sprzedawców hałaśliwie zachwalających swój towar
Hmm. Czyli co właściwie robił? Bo nie ma niczego dziwnego w tym, że nie wpadał na stragany… ;)
Chciwie chłonął atmosferę rynku, napawając się hałasem i widokiem przeróżnych oferowanych tutaj dóbr.
Czy hałasem można się napawać? No, są okoliczności, w których można, ale czy one tu zachodzą?
Niemalże równie interesujący był przekrój społeczny ludzi – od zwykłego pospólstwa, po kupców takich jak on.
Niemal, ale mamy XV wiek i rozwodzimy się nad socjologią, co jest nieco anachroniczne. Poza tym tematem miały być ciekawe fanty :)
Miejscami pracę zaczęli już artyści
Jaki cel przyświeca temu szykowi zdania?
Tłum był już spory, co chwilę ktoś na niego wpadał
Na tłum? (Uciekł podmiot).
Nie zwracał jednak zupełnie na to uwagi. Wszystko to niezmiernie go fascynowało
Wiem, że nie zwracał uwagi na potrącanie i przepraszanie, a fascynuje go całokształt, ale nie brzmi to zgrabnie.
gdyż nie można było tego już spotkać w jego czasach
Następne zdanie sytuuje bohatera (podróżnik w czasie, jej!), więc to już niepotrzebne.
Mógł jedynie słuchać opowieści swoich rodziców, którzy z nostalgią o nich wspominali
Tniemy: Mógł jedynie słuchać opowieści rodziców, którzy z nostalgią je wspominali.
Zwrócił jednak swoją uwagę z powrotem na otaczającą go ciżbę i stragany.
Nienaturalne. W ogóle facet robi na mnie wrażenie prześlizgującego się nad tym tłumem, niby wspomniałeś o jakiejś interakcji, ale bardzo zdawkowo.
Nie chciał przegapić nic interesującego ani wdepnąć w leżącą na bruku nieczystość.
J.w.
Napawał się tak otoczeniem, gdy nagle zobaczył coś, co wybiło go z rytmu.
Utajniasz. Zwykle lepiej od razu powiedzieć, co go wybiło, niż zapewniać, że coś takiego było.
Niemalże wpadł na kobietę przed sobą, mrugnął kilka razy w szoku.
Omal nie wpadł na kobietę, która szła przed nim. Zamrugał.
mózg musiał płatać mu figle
Angielska składnia i niepotrzebne dopowiedzenie. Ma być dynamicznie? To skracaj zdania.
Zawrócił na pięcie wracając
Imiesłowy w polszczyźnie tak nie działają: Obrócił się na pięcie, żeby wrócić.
Odnalazł wzrokiem przedmiot, który go tak poruszył. Otworzył szerzej oczy.
Zapewniasz. A jak się okaże, że ten przedmiot to tylko zwykły bulbulator z przepłukiwaniem zwrotnym, to czytelnik będzie rozczarowany ;)
Opacznie zinterpretował zaskoczenie Sławka jako zainteresowanie jego towarami.
W ogóle używasz długich, ulizanych zdań – rozwichrz je trochę. Dodaj im koloru. I niekoniecznie zastępuj czytelnikowi jego teorię umysłu ;)
Podążył wzrokiem w miejsce, w które wpatrywał się kupiec
Spojrzał na to, na co patrzył kupiec.
Szanowny Pan
Zwroty grzecznościowe piszemy dużymi literami wyłącznie w listach.
starając się podkreślić swój podziw
Nie tłumacz, bo to wygląda tak, jakbyś nie wierzył w swoją umiejętność pokazania tego, co chcesz pokazać. Pisarz musi być trochę bezczelny ;)
lekko brudnego
A może: przybrudzonego?
Poczuł formującą się w żołądku bryłę lodu
Angielskawe.
W jego głowie był kompletny mętlik i roiło się od pytań; jak?; skąd?; miał omamy?
Zdecydowanie angielska składnia: W głowie miał mętlik. Jak? Skąd? To halucynacja?
Może w sumie nie powinien być aż tak zszokowany, biorąc pod uwagę swoją obecność tutaj.
Tłumaczysz. To zdanie jest w sumie zbędne, skoro następne pokazuje przyczynę zdumienia Staszka.
Jednak był pewien, że był pierwszą osobą, która trafiła w te czasy.
W polszczyźnie nie ma consecutio temporum (jeszcze…): Przecież wiedział, że jest pierwszym przybyszem w tych czasach.
Czyżby prawda była inna, może głupi żart kogoś wysłanego po nim?
? Ojeju, metaczas… nie mam w tej chwili ochoty kombinować… ale skoro inny podróżnik może wyruszyć po Staszku, a dotrzeć we wcześniejsze czasy, to ja nie widzę problemu.
Wedle jego standardów był to już muzealny staroć, mogący posłużyć co najwyżej za ciekawy przycisk do papieru.
Anachronizm to anachronizm…
skierował nie do końca przytomny wzrok na sprzedawcę
Hmmm?
Ten, niezrażony dziwnym zachowaniem klienta ani jego milczeniem, płynnie kontynuował
Nie przerwał chyba?
To małe, unikatowe zwierciadło, nigdzie takiego nie znajdziesz Panie.
A może tak: Nigdzie nie znajdziesz takiego zwierciadełka, panie.
Obniżył głos
Zniżył głos.
plotki nawet głoszą, że właściwości magiczne posiada
Hmmm. Może: a powiadają też, że czarnoksięskie!
Urodę niewiast w nim się przeglądających zwiększając i lico wygładzając.
Nie, postawienie orzeczenia na końcu nie jest jedyną metodą archaizacji. Jej użyciem autor niekiedy czytelników wkurzając :P
Sławek skrzywił się ostentacyjnie na te słowa. Ostatnie czego potrzebował, to żeby ktoś to usłyszał i uznał, że interesuje się magią.
Raz, powoli zaczyna się renesans, kiedy takie zainteresowania były stosunkowo powszechne, a dwa, jeśli ostatnie, czego potrzebuje, to posądzenie o magię, właśnie ostentacyjne "nieinteresowanie" się nią wygląda podejrzanie.
Nie miał ochoty ryzykować powiązania swojej osoby z takimi praktykami i przyciągnąć zainteresowanie nieodpowiednich ludzi.
Zainteresowania. Ale – czy to zdanie jest Ci niezbędne?
Zdawał sobie jednak boleśnie sprawę, jak bardzo odstaje od ludzi z tego czasu.
Niezbyt zgrabne.
Wiedział, że przy bliższych oględzinach jego historia rozchodziła się w szwach.
Rozchodzi (consecutio temporum).
po chwili zajmował się już kolejnym potencjalnym klientem, usiłując wcisnąć mu zestaw gęsich piór zapominając już o niedoszłym kliencie sprzed chwili.
Postrzyżyny niezbędne: po chwili wciskał już kolejnemu klientowi najlepsze gęsie pióra.
Sławek skierował swoje kroki w stronę domu
A czyje kroki miał skierować?
Całe zdarzenie zmąciło jego spokój ducha
Tak, widzieliśmy. Nie wyjaśniaj nam, co przed chwilą widzieliśmy, czytelnik nie lubi być traktowany jak głupek.
W pierwszym odruchu chciał odkupić od niezdającego sobie sprawy z natury przedmiotu sprzedawcy urządzenie, ale zrezygnował.
To też wiemy. Więc ciach: W pierwszym odruchu chciał odkupić urządzenie, ale zrezygnował.
Zamiast tego zapamiętał gdzie znajduje się kram i pośle później do niego umyślnego
Uważaj na czasy: Zamiast tego zapamiętał, gdzie znajduje się kram, żeby później wysłać umyślnego. Albo: Zamiast tego zapamiętał, gdzie znajduje się kram. Później pośle umyślnego.
Instynktownie uznał, że najlepiej nie będzie zwracać na siebie uwagi, dopóki nie zorientuje się w sytuacji.
Hmmm? Troszkę paranoik z tego Staszka…
schłodzonym winie
Nie wiem, czy lód w lodowni dotrwałby wtedy do sierpnia. A Ty wiesz? :)
Posiadanie służby nadal wprawiało go w zakłopotanie, ale nie potrafił nie docenić wygód z tym związanych.
Trochę niezgrabne, ale trącasz interesującą strunę (czytałeś "Tę straszną siłę"?).
Mężczyzna był tak pochłonięty swoimi rozmyślaniami
Zaimek zbędny – nie można być pochłoniętym cudzymi rozmyślaniami.
Ubrana w ciemne i brudne ubranie
Masełko. A może: Ubrana w ciemną, brudną sukienczynę.
Mmmm, jest potencjał. Domyślałam się, że ktoś tam ten telefon położył specjalnie, ale stawiałam raczej na zwrócenie uwagi podróżnika, a nie na samo zidentyfikowanie go – w końcu miejscowy też mógłby się zainteresować. Ciekawy początek. Musisz tylko zwrócić więcej uwagi na styl.
A pisalem dzisiaj, pod nowym opowiadaniem, że czuję na karku oddech Tarniny :D – wykrakałem:)
Ja już nic nie poradzę na to, kto co sobie wyobraża;)
:P
Faceci taknnie robią;P
Jak mój brat dostał nowe okulary, to zrobił "O!" bo nareszcie coś zobaczył XD
Dzięki i uważaj bo mają tam kiepskie zdanie o Ziemi ;)
Jak będę z Doktorem, to mi nikt nie podskoczy XD
bo już Tarnina ostrzy pazurki ;)
Miau :)
Z połowy można zrezygnować, ponieważ tak szczegółowy opis po pierwsze nie zostanie czytelnikowi w głowie, a po drugie wyręczamy go w wyobrażaniu sobie niektórych rzeczy.
Tak, ale zauważ też, że one wcale nie są szczegółowe – są tylko długie. W sumie nie wiemy, jak to wszystko wygląda.
Żeby zakończyć pozytywnie, tekst zachęcał do czytania, a sam pomysł odpowiada wyzwaniu. I nie ma co się martwić, że coś się naknociło, wszyscy knocimy. Od tego są komentarze, żebyśmy się dowiadywali co :)
Otóż to!
akurat użycie tego zwrotu w 1938 w regionie polsko-niemiecko-kaszubskojęzycznym, czyli wielkim tygielku jest moim zdaniem na miejscu. Ewidentnie jest to wpływ niemiecki i w tym okresie raczej był używany.
O, kurczaczki, serio? To żem nie wiedziała :) Moi przodkowie przybyli z południa (niestety, nie z Gondoru).
W roku 1938 bohaterka mogła je znać, jeśli czytała teksty angielskie w oryginale.
A jakie jest prawdopodobieństwo takiego czytania? Panna nie wygląda na zawodową tłumaczkę…
Czy już… czy jeszcze chcesz się podroczyć? :P
Dobra, dobra :D Same gołe fakty to jednak troszkę za mało, żeby mówić o wiedzy. Ale niech Ci będzie, jeśli tylko zaganiasz ejajowego skrzata do przekopywania źródeł. Tylko żeby się do Chin nie dokopał :P
Właściwie zdarzyło mi się już używać są ludzie, którzy żonglują gęśmi jako odpowiedzi na argumenty z niejasnego autorytetu (“niektórzy twierdzą, niektórzy tak robią”), ale nie jestem pewien, na ile to rozpoznawalne i zrozumiałe.
A może wprowadzimy to do języka? :D
w prozie najlepiej byłoby, żeby taka aliteracja dawała tylko podświadome wrażenie syku
Oj, tak.
w mojej wersji raczej widać, że po prostu nie leży on blisko wejścia na bazar, które mu pasowało?
Hmmmmmmm…
Słusznie, i wtedy już chyba bez “jego”, skoro prawda ogólna?
Tak.
Nie jestem do końca pewien, ale nie wiem, co konkretnie można by poprawić.
Właśnie, ja też…
Myślisz, że “liczących się” lepiej?
Hmmm. Może?
I tu mi spożytkowałaś wieczór…
Polecam się :)
w sumie trafiłaś w liczne zamierzone wątki…
Czyli dobrze je wplotłeś
Raczej nie widzę jakiegoś kłopotu z tym zdaniem?
Troszkę jakieś takie… hmm :)
gdybyś miała jakieś głębsze przemyślenia co do układania wartościowych zakończeń utworów, poznałbym je z wielką ciekawością!
Jak mi się uda jakiś zakończyć, to się odezwę :)
Mam bardzo wizualne podejście do pisania (zboczenie artysty) i staram się to przekazać, możliwe jednak, że za bardzo.
Hmm, to polecałabym Ci Chestertona. On był w tym świetny. Znasz "The Sign of the Broken Sword"? Pół opowiadania stanowi opis tego, jak oni tam idą tym cmentarzem, w zimie, a czyta się cudownie i aż człowiek marznie.
dzięki, poczułem się jak w podstawówce…więcej błędów niż wyrazów w opowiadaniu.laugh
Polecam się XD
chciałem nawiązać do tabliczki
Jasne, western całą gębą, ale jednak.
no jak to gdzie, mobilny z jednym produktem…
Nie, to domokrążca, a nie targ ^^
No i pisać, czytać, komentować, a z czasem teksty będą lepsze:)
O, to, to.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Hej Bardjaskier,
bardzo dziekuję za korektę! Przyznam, że ten poprawiony przez Ciebie fragment sprawił, że otworzyłem szerzej oczy. Nie zdawałem sobie sprawy z ilości wtrąceń i dodatkowych słów, które dokładam nie dodająć jednocześnie istotnych informacji. A miejscami, jeżeli coś dodałem, to mogłem sobie to odpuścić biorąc pod uwagę kontekst ograniczonej ilości znaków. Bardzo pomocne, jeszcze raz dzięki!
W sumie z tą koncówką wychodzi na to, że mogłem odpuścic sobie ostatni akapit i chyba tego uczucia urwania by tak bardzo tutaj nie było. Niepotrzebnie dodałem zarys kontynuacji jednocześnie niczego nie mówiąc ani nie wyjaśniając. Myślę, że może to być odrobinę przypadłość “napisałem krótki rozdział książki, a nie opowiadanie”. Będę z tym walczył :)
Będzie pisane i komentowane, rozruszam się na pewno :) Pozdrawiam!
Tarnina,
skomentowałaś akurat jak pisałem tę odpowiedź a robienie obiadu wzywa więc zajrzę troszeczkę później przeczytać. Dziekuję bardzo!
Od razu zapytam – teksty w wyzwaniach poprawiamy na bieżąco po otrzymaniu sugestii i poprawek czy dotyczy to raczej tylko opowiadań w poczekalni? Bo nie wiem czy edytować czy nie.
Niektórzy poprawiają, inni nie, niektórzy mówią, że poprawili, ale serwer ich chyba nie lubi (serio, ten serwer ma zadziwiające narowy, wczoraj parę godzin nie mogłam nic otworzyć) i nic nie widać. Zrobisz, jak Ci serce podyktuje.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Narholt
Miło mi, że mogłem się przydać :).
Powodzenia.
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Tarnina
Postaram się przygotować poprawiony tekst do końca weekendu, żeby zastosować chociażby wszystkie techniczne poprawki. Minimum, które powinienem zrobić biorąc pod uwagę jak wiele czasu mi poświęciliście :) Postaram się też przeczytać resztę tekstów z wyzwania i może będę miał coś mądrego (lub nie) do powiedzenia :)
Serwer ma swoje humory, ja za każdym razem gdy odświeżam stronę muszę potwierdzać Cloudflare’owi, że jestem człowiekiem. Bardzo jest uparty w tej kwestii :)
Bardzo Ci dziękuję za wszystkie poprawki – nie zdawałem sobie sprawy, że tyle tam się tego znajdzie. Brutalne ale słuszne i pomocne. Dużo pracy przede mną :)
Bez bicia przyznam się, że z lodem w ogóle tematu nie sprawdziłem, sporo też niekonsekwencji z pogodą jak zwróciłaś uwagę. Trochę za dużo na raz chyba chciałem momentami i nie zweryfikowałem czy ma to ręce i nogi.
Odnośnie anglicyzmów – z góry za nie przepraszam, jeżeli jeszcze przeczytasz jakiś mój tekst w przyszłości. Jest to niestety problem, którego jestem boleśnie świadomy i wiele z nich i tak już usunąłem podczas korekty. Angielski jest moim głownym językiem od ponad 12 lat i nieświadomie stosuję nieodpowiednie szyki zdań lub dziwne kalki językowe. Walczę z tym, czytam jak najwięcej książek po polsku ale momentami nie wystarcza :)
Edit: Zapomniałem odpisać na dwie rzeczy :)
Trochę niezgrabne, ale trącasz interesującą strunę (czytałeś "Tę straszną siłę"?).
Nie znam tego utworu, chodzi o opowiadanie C.S. Lewisa? Nic innego nie znalazłem
Chciałem zapytać o anachronizm, o którym wspomniałaś. Musiałem sprawdzić definicję, przyznaję się. Jest to błędem samym w sobie z racji czasu osadzenia czy może być to zabieg stylistyczny? Czy jest to osobista preferencja? Pomijam już fakt, że to zdanie jest w sumie bez sensu bo krążę dookoła tematu zamiast powiedzieć z jakiego czasu jest Sławek. Trochę jak z tym “przedmiotem”. Ale jestem ciekawy :)
Bardjaskier
Bardzo dziękuję!
Tarnino:
A może wprowadzimy to do języka? :D
Jestem za!
Jak mi się uda jakiś zakończyć, to się odezwę :)
Tak jak pisałem w zeszłym miesiącu, moje zainteresowanie Twoimi tekstami i chęć ewentualnego wsparcia są jak najbardziej aktualne.
Na razie tutaj wprowadziłem uzgodnione zmiany (łącznie z tym “podarowany”, choć mocno mi zgrzyta). A miałem jeszcze wspomnieć, że kazałem bohaterowi dopominać się właśnie o dzieło ibn Siny (Awicenny) głównie ze względu na naszą dawniejszą rozmowę o tej postaci.
Narholcie:
Cieszę się, że mój mały tekst tak Ci się spodobał! Cieszę się też, że jako nowy przybysz na forum otrzymałeś tyle cennych wskazówek. Trudno mi w tej chwili coś do tego dołożyć, co najwyżej zwrócę uwagę na istotny szczegół, że po pierwsze – znajomość współczesnej polszczyzny nie wystarczyłaby do swobodnej rozmowy w końcu XV wieku, bez umyślnych studiów w tym kierunku bohater dogadałby się co najwyżej w podstawowych kwestiach życiowych, a po wtóre – w ówczesnym Gdańsku znacznie przeważał język niemiecki (co ciekawe, dopiero w 1566 instytucje miejskie przeszły ze średnio-dolno-niemieckiego na standardowy niemiecki).
Minimum, które powinienem zrobić biorąc pod uwagę jak wiele czasu mi poświęciliście :)
Myślę, że Cię polubimy :)
Angielski jest moim głownym językiem od ponad 12 lat i nieświadomie stosuję nieodpowiednie szyki zdań lub dziwne kalki językowe. Walczę z tym, czytam jak najwięcej książek po polsku ale momentami nie wystarcza :)
Dasz radę ^^ Trafiają się ludzie, którzy po angielsku ani be, ani me, a anglicyzują swoje teksty, nie mam pojęcia, skąd to się bierze :)
Nie znam tego utworu, chodzi o opowiadanie C.S. Lewisa? Nic innego nie znalazłem
Powieść ^^ Ostatnia część Trylogii kosmicznej, zdaniem niektórych najsłabsza (sama przyznam, że moją ulubioną jest pierwsza "Z milczącej planety"), ale chodzi mi o to, że pojawia się tam facet z piątego wieku (a fabuła rozgrywa się we wczesnym dwudziestym) i następuje pewien szok kulturowy, także w kwestii służby.
Jest to błędem samym w sobie z racji czasu osadzenia czy może być to zabieg stylistyczny?
Nie, nie – akurat w przypadku historii o podróżnikach w czasie anachronizm podejrzewamy o bycie wskazówką dla czytelnika, dla bohatera albo dla obydwu. I ten wyraźnie nią jest – Sławek zauważa przedmiot, który nie pasuje do czasu, w którym się znalazł. Chodziło mi o to, że przedmiot, który dla Sławka jest już starociem, pozostaje anachronizmem w dalekiej przeszłości i jak najbardziej powinien zwracać jego uwagę.
Tak jak pisałem w zeszłym miesiącu, moje zainteresowanie Twoimi tekstami i chęć ewentualnego wsparcia są jak najbardziej aktualne.
Miło mi ^^
A miałem jeszcze wspomnieć, że kazałem bohaterowi dopominać się właśnie o dzieło ibn Siny (Awicenny) głównie ze względu na naszą dawniejszą rozmowę o tej postaci.
bez umyślnych studiów w tym kierunku bohater dogadałby się co najwyżej w podstawowych kwestiach życiowych
Z autorów piszących o podróżach w czasie pamiętała o tym chyba tylko Connie Willis (której powieści nie udało mi się dotąd przeczytać, ale w "Praktyce dyplomowej" bohater ma z tym kłopoty) :)
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Dobrze, że nie sprecyzowałem, który weekend :) Proza życia, fala upałów i zasuw w pracy skutecznie mnie powstrzymały przed pracą nad tekstem i dopiero dzisiaj mogę wrzucić poprawiony.
Ślimaku:
Bardzo dziękuje, przyznam, że jestem bardzo zaskoczony ilością pomocy, którą otrzymałem ale też i lekko zakłopotany bo nie wiem, jak mógłbym się w najbliższym czasie odwdzięczyć :) Postaram się po prostu czytać i komentować :)
Dziękuję za uwagę o językach. Nie pomyślałem o tym, nie zrobiłem researchu. Zanotowane na przyszłość!
Tarnina:
Myślę, że Cię polubimy :)
Mam taką nadzieję! :D
Dziękuję za wyjaśnienie dot. anachronizmów – nie do końca zrozumiałem pierwotnie o co chodziło w komentarzu – teraz wszystko już jasne :)
Przyznam, że miałem ciężką zagwozdkę z poprawianiem tekstu. Nie chciałem zupełnie kalkować wszystkich podrzuconych sugestii i po prostu podmienić zdań wszędzie. Jednocześnie chciałem poprawić jakość całości bez pisania tego od nowa bo właściwie pewnie przepisanie tekstu byłoby najlepsza opcją. W związku z tym poprawiłem, mam nadzieję, wszystkie usterki, trochę pociachałem, miejscami pozmieniałem i przepisałem trochę. Ostatnie zgubiłem ok. 1300 znaków, wrzuciłem sugestię o problemie z niekompatybilnością językową, postarałem się też zredukować krążenie dookoła powiedzenia czym jest przedmiot.
Przyznaję się, że tam w jednym miejscu nie widziałem co z robić z tą archaizacją więc po prostu ją zostawiłem.
Bardzo dziękuję Wam za pomoc. Przejrzę teraz swoje napisane już teksty pod kątem problemów, na które zwróciliście uwagę i mam nadzieję, uda i mi się większość z nich wyeliminować sprawiając, że będą lepsze :)
Zaraz dokonam edycji oryginalnego posta z tekstem :)