Prolog, Układ Ryūgū, Ryūgū, 2247 NH
Cisza w sanktuarium na Ryūgū aż dźwieczała w uszach. Wielowarstwowe ekranowanie, odcinające pomieszczenie od sieci Core Sentry, sprawiało, że powietrze wydawało się falować. Akira Yamato trwał w siadzie seiza. Jedwab kimona ozdobionego haftem rodowego herbu, spływał mu po ramionach.
Przed nim wznosił się skromny ołtarz. Na blacie ustawionych było kilka wyblakłych fotografii i pamiątek z czasów umarłej planety. Obok, na kamiennym piedestale rósł jałowiec. Akira przesunął opuszkami palców po szorstkim pniu bonsai, po czym przeniósł wzrok wyżej, na starożytną katanę wspartą na stojaku z drewna cedrowego. Jej stal lśniła, odbijając światło świec.
Za dwie godziny wylatywał na Axio One, centralną planetę sektora Axiom Core Networks. Zamknął oczy i pogrążył się w rozmowie z przodkami. Szukał wsparcia przed tym, co miało nadejść.
Wykonał ukłon, dociskając czoło do tatami. Kiedy się wyprostował, ruchy nabrały precyzji. Twarz stężała. Odłożył na bok wątpliwości, wypiął pierś. Był CEO AntropoGenetics.
Przy pomocy bransolety aktywował holo-rejestrator. Poświata zabarwiła ołtarz błękitem. Yamato wciągnął powietrze, wpatrując się prosto w obiektyw.
– Marcus. – Imię ledwie przeszło mu przez gardło. Przełknął z trudem ślinę, zmuszając się do utrzymania spojrzenia. – Jeśli oglądasz tę wiadomość, oznacza to, że nasze dawne pomysły do czegoś się w końcu przydały…
Na planecie Chalcis w sezonie letnim trwają nieprzerwanie burze pyłowe, których aktywność powoli ustaje wraz z nadejściem jesieni. Zjawisko to polega na zderzeniu opadających ze stratosfery z prędkością blisko pięciuset kilometrów na godzinę drobin metalicznego pyłu z niższymi masami powietrza. Powstałe w tym procesie tarcie generuje wyładowania tryboelektryczne o napięciu milionów woltów, które uderzają w powierzchnię, płożąc się po gruncie w postaci fioletowo-czerwonych figur Lichtenberga. Ze względu na fizykę uderzenia i zstępowanie frontu zawsze z górnych partii atmosfery, w nomenklaturze stacji zjawisko to sklasyfikowano jako Kataegis (starogr. zstępująca nawałnica).
SOURCE: Chalcis Environmental Database / Meteorological Anomalies
LOG NODE: KPL-186f / CLIMATE-DATA / 2247 (NH)
Rozdział I, Chalcis, układ Aithon, 2247 NH
Ciemnofioletowe morze Stepów Indygo falowało łagodnie. Na stromy szczyt wzgórza wspinała się samotna postać. Młody mężczyzna w czarnym skafandrze poruszał się w sposób pewny i zdecydowany. W połowie podejścia zatrzymał się i chwycił oburącz za głowę.
Głowę rozsadzał mu świdrujący, pulsujący w rytmie uderzeń serca ból. Towarzyszył mu nieprzerwanie, dniem i nocą. Sprawiał, że nie potrafił usiedzieć w spokoju. Ciało domagało się ruchu, poruszone, niespokojne. Szum. Dorian zmrużył oczy, rozmasowując skronie palcami. Patrząc na ciemniejące od metalicznego pyłu niebo, zacisnął zęby. Gdyby ten pieprzony żywioł uderzył we mnie, miałbym w końcu spokój.
– Grey! Grey! – delikatny, męski głos wyraźnie przebił się przez ciszę późnego popołudnia, zakłócaną jedynie miarowym buczeniem pomp i szelestem stepu.
W oddali majaczyło kilkanaście masywnych sylwetek. Stado a’erilosów zbijało się w ciasny krąg. Znalazły już gniazdo, jedno z naturalnych zapadlisk gruntu. Zwierzęta zaczynały swój taniec. Przygotowywały się do przeczekania nawałnicy. Krążąc wokół jednego punktu ubijały trawę i wypychały ziemię na zewnątrz, formując szeroki lej. Ułożą się w nim, rozpościerając swoje płaszcze, aby chronić siebie i młode przed wyładowaniami. Dorian wolał, żeby Grey ich nie drażnił.
Pędzący w wielkich susach pies nie zwalniał biegu. Wysiłek sprawiał mu ogromną radość. Dyszał ciężko, wzywał go instynkt łowcy. Wyczuł już zapach stada. Z daleka wyglądał zwyczajnie, ale kiedy z głuchym warkotem wyrwał w dół zbocza, pod jego srebrzysto-szarą sierścią natychmiast napięły się potężne sploty mięśni. Złożył płasko po bokach skrzydła, by stawiać powietrzu jak najmniejszy opór i w ułamku sekundy z łagodnego towarzysza zabaw przeistoczył się w biologiczną maszynę kierującą się zewem krwi. Chłopiec musiał zareagować już teraz, kiedy Grey był w zasięgu jego głosu. Przywoływanie go przez bransoletę mogłoby się nie udać, gdyby zbliżył się zbytnio do ofiar. Zresztą za chwilę bransoleta straci swoją moc.
Gdzieś z oddali, poprzez dudnienie tłoków, zaczął przebijać pomruk. Ledwie wyczuwalne drgania powietrza. Pierwsze mroźne powiewy wiatru mieszały się z ciepłym, nasiąkniętym parą powietrzem. Nadciągał wieczór. W oddali, na horyzoncie pojawiło się pasmo rdzawo-burego tumanu – metalicznego kurzu nadciągającego znad dzikich stepów.
Płaską równinę aż po horyzont przecinały hydroponiczne wieże. Masywne kolosy o średnicy dziesięciu metrów pięły się pięćdziesiąt metrów w górę, stapiając się z kolorytem nieba, który z ciemnobrązowego przechodził w amarant. Wyglądały, jakby podtrzymywały nieboskłon. Przypominały starożytne kolumny, niepozwalające sklepieniu zapaść się w dół. Od zachodu, wraz z ostatnimi promieniami czerwonego karła, narastała kurzawa tonąca w feerii kolorów ochry, miedzi i cynobru, kontrastując z barwą stepu.
W komeringu – kolczyku komunikacyjnym – wybrzmiał monotonny komunikat Core Sentry:
– Inicjacja trybu nocnego. Optymalizacja zużycia energii. Wygaszanie emiterów zasilania. Kurtyny magnetyczne wyłączone. Procedura bezpieczeństwa: wieże hydroponiczne przechodzą w tryb absorpcji wyładowań.
Wysoki pisk transformatorów zamilkł. Pięćdziesięciometrowe wieże jęknęły, reagując na spadek ciśnienia. Kolumny z głuchym łoskotem zaczęły zapadać się pod ziemię. Chwilę później potężna fala pyłu wdarła się na Stepy Indygo. Daleko na horyzoncie uderzyła bez żadnych przeszkód w dolinę. Dorian miał jeszcze kilka minut, zanim przednia ściana żywiołu dotrze do wzgórza. Mógł sobie jeszcze przez kilka chwil pozwolić na wdychanie powietrza bez maski. Uwielbiał ten zapach. Kojarzył mu się z wolnością.
– Greeey! Wracaj! – dotarł na szczyt. Pomimo zwiększonej grawitacji Chalcis poruszał się z niezwykłą lekkością. Każdy ruch ciała był wyważony, a rysujące się pod kombinezonem mięśnie chłopca wspomagał system modulatorów pneumatycznych. Musnął bransoletą trzymany w drugiej ręce dysk antygrawitacyjny. Usiadł i po chwili uniósł się nad ziemią. Statyczne pole ochronne uruchomiło się automatycznie. Powietrze dookoła na moment zmatowiało, by po chwili odzyskać przejrzystość. Dorian wyregulował wysokość, chciał podziwiać widowisko w całej okazałości.
Trawa, do tej pory płożąca się przy gruncie, teraz ożyła. Sięgała mu niemal do twarzy. Grunt delikatnie wibrował od pracy pomp tłoczących spod ziemi rozgrzaną do trzystu stopni parę wodną. Wiatr przybierał na sile. Przed chwilą ledwie muskał powierzchnię stepu. Teraz falowanie się nasilało, a huk pędzącego powietrza rezonował z buczeniem pomp z najbliższej wieży.
Pies wysforował się już bardzo daleko w stronę równiny. Gdyby nie srebrzyste umaszczenie, byłby prawie zupełnie niewidoczny ze szczytu wzgórza, na którym stanął właśnie jego pan. Jednak głos Doriana był ważniejszy niż instynkt łowiecki. Grey zmarszczył śmiesznie pysk, wyszczerzył połyskujące metalicznie zęby i zawył przeciągle. Był bardzo podekscytowany i zniecierpliwiony. Przez chwilę drobił łapami w miejscu, w końcu zawrócił. Po trzech susach wyskoczył wysoko w powietrze. Rozpostarł delikatne, owadzie skrzydła i poszybował w kierunku wzgórza.
Chłopiec miał pół godziny. Nastawił timer. Cyfry na holo zaczęły pulsować błękitną poświatą, odliczając sekundy do momentu, w którym procedury bezpieczeństwa wymuszą powrót. Zbyt długie wystawianie się na Kataegis oznaczało śmierć.
Obejrzał się. Odruchowo sprawdzał, czy jego towarzysze są na posterunku. Hauer, Vane, Warchol – Gwardia Spartan ISL. Cienie i straż przyboczna dziedzica Konsorcjum. Byli dokładnie tam, gdzie być powinni – trzy nieruchome sylwetki w ciężkich skafandrach bojowych. Podniósł rękę w geście potwierdzającym, że wszystko u niego w porządku. Inteligentne polimery skafandra zareagowały natychmiast, bezszelestnie dopasowując się do ciała. Jedna z opancerzonych postaci odpowiedziała identycznym gestem, po czym dwukrotnie uderzyła zaciśniętą pięścią w napierśnik. Codzienny rytuał wypraw.
Burza nabierała rozmachu. Jeszcze przed kilkoma minutami majaczyła na horyzoncie rdzawym pasmem. Teraz zaczęła nabierać kształtów. Kłęby metalicznego pyłu sięgały wysoko, aż do stratosfery. Rozpędzone drobiny opadały w dół, mieszając się z parą wodną. Tarcie przeradzało się w elektryczne wyładowania, których rozbłyski widać było już w oddali. Powietrze niosło odległe echo pierwszych grzmotów.
Na narastających podmuchach przyleciał do Doriana jego towarzysz. Kiedy przechodził przez pole, zafalowało delikatnie, a huk huraganu wtargnął z pełną mocą wraz z mocnym podmuchem. Zdyszany Grey położył się u podstawy dysku. Ziajał z wysiłku i machał radośnie ogonem, wpatrzony mądrymi oczyma w chłopca. Ten delikatnie pogładził psa po głowie i skierował wzrok ponownie ku zachodowi. Nadciągała Kataegis.
Komunikacja z CS zaczynała się rwać. W uszach Doriana wybrzmiał świdrujący pisk. Komering wpadł w pętlę sprzężenia zwrotnego. Wyciszył dźwięk. Spojrzał na nadgarstek. Na holo bransolety wyświetlił się komunikat: BŁĄD EMI. UTRATA SYGNAŁU. Wiedział, że od tej sekundy zdany jest wyłącznie na siebie. Kaskada jonowa ostatecznie zerwała biomonitoring, pozostawiając skafander w trybie autonomicznym.
Chłopiec poczuł, jak napięcie w karku powoli ustępuje. Przełknął ślinę i odetchnął z ulgą. Szum zniknął, odcięty przez żywioł. Dorian opuścił dłonie i przymknął oczy. Wyrównał oddech. Cisza. Otulała od wewnątrz. Nie znał jej źródła i nie rozumiał natury. Wszystko, co działo się dookoła, straciło znaczenie. W umyśle włączyła się pauza. Pojawiła się głębia, przestrzeń w czaszce, w którą się zapadał. Stawał się maleńki, jak ziarno pyłu i jednocześnie ogromny, jak cała planeta. Było to fascynujące i jednocześnie przerażające doświadczenie. Tonął w ciszy własnego umysłu i całym sobą chłonął ten moment szczęścia.
Było tam coś więcej. Jakaś mądrość, której natury był ciekaw. Zanurzał się w nią powoli. Z każdym oddechem coraz głębiej. Pragnął jej. Tęsknił do niej. Jednocześnie czuł, że to zasłona, za którą skrywa się coś jeszcze. Coś zakazanego. Coś się tam czaiło. W głębi umysłu. Zapomniane przez świat i ludzi. Nierozumiane przez CS. Może odnajdzie tam siebie?
Zapadał się. Z każdym oddechem coraz głębiej. Był tak blisko, jak nigdy wcześniej. Wdech, wydech…
Na dole zbocza pancerze Spartan iskrzyły w zderzeniu z huraganem. Hauer od dawna nie widział tak gwałtownych skoków ciśnienia; wskaźniki na jego HUD-zie już dawno przekroczyły skalę, a systemy filtracji skafandra bojowego zaczynały pracować na granicy przeciążenia. Podniósł pięść na wysokość głowy.
– Kurwa mać! Idziemy! – ryknął w komunikator. Obejrzał się jeszcze za siebie. Wypatrywał snopów reflektorów AGAVy, ale w tym chaosie nie widział nic. Miał nadzieję, że Voss dotrze, zanim będzie za późno. Ruszyli. Powinni byli to zrobić pięć minut temu. Zmagali się z napierającą ścianą metalicznego pyłu. Modulatory pneumatyczne walczyły z naporem żywiołu, a każdy krok kosztował ich kolejne sekundy. Nawałnica paraliżowała ruchy, rozciągając podejście w nieskończoność.
Kiedy na szczycie wyrosła wreszcie zmatowiała bańka pola, runął na nich Grey. Porucznik wypalił z paralizatora, minął padające ciało i dopadł do chłopca. Błysnęło. Skowyt Greya stopił się z kakofonią burzy.
Brutalne szarpnięcie wyrwało Doriana z transu. Ból znowu rozsadzał czaszkę. Odruchowo docisnął uszy dłońmi. Otworzył oczy. Wstrząsnęły nim rozbłysk pobliskiego rozładowania i potężny huk. Dopiero teraz poczuł na ramieniu ciężką dłoń. Zaczerpnął gwałtownie powietrza. Tętno przyspieszyło. Przez moment był tylko przerażonym, otoczonym przez szalejący żywioł dzieckiem.
Hauer patrzył na niego przez szybę wizjera. W oczach porucznika widać było skupienie zabarwione ledwie skrywaną wściekłością. Drugi z gwardzistów zabezpieczał obezwładnione zwierzę. Dorian skulił się w sobie, czując narastający ból. Potem był już tylko pęd, ucieczka przed unicestwieniem. Wpojone instynkty zadziałały bezbłędnie – wieloletni trening odciął uderzenie paniki. Ciało zareagowało odruchami. Chłopiec poderwał się z miejsca i zaczął biec. Aktywował systemy skafandra i włączył hełm. Maska filtrująca i wizjer aktywowały się samoczynnie. Komunikator w jego hełmie eksplodował ostrym piskiem alarmu przeciążeniowego.
Widoczność spadła niemal do zera. Kilkanaście metrów od nich lądowała AGAVa. Reflektory omiotły cztery pochylone nisko sylwetki. Wściekły napór Kataegis uderzył, zanim w pełni schronili się w jej zasięgu. Dysząc wpadli do śluzy pojazdu dosłownie w ostatniej chwili. Tuż przed tym, jak główne czoło burzy z rykiem uderzyło w barierę pola.
Zmatowiała bańka statycznej bariery syczała od uderzających w nią wyładowań. To był dźwięk ablacji – miliony metalicznych igieł uderzały w krawędź pola, natychmiast wyparowując w jaskrawych mikro-rozbłyskach. Powierzchnia osłony drżała. Nieustanne bombardowanie miedzianym pyłem sprawiło, że traciła swoją przejrzystość, zabarwiając się matową bielą. “Krwawiła” energią, oddając ciepło do otoczenia, byle tylko utrzymać integralność wnętrza.
Śluza zatrzasnęłą się z łoskotem. Wewnętrzne generatory natychmiast odcięły ich od chaosu. Świdrujący Szum wdarł się w głowę Doriana z jeszcze większą mocą. Chłopak skrzywił się z bólu i zacisnął zęby. Znowu to samo. Znowu ten jazgot – przemknęło w myślach, gdy rozmasowywał skronie, walcząc z nagłym atakiem.
Wystartowali. AGAVą trzęsło. Turbulencje były na tyle silne, że boczne silniki stabilizujące, wyjąc przeraźliwie, weszły na najwyższe obroty. Kataegis przeszła dzisiaj samą siebie. Marc Vector Voss, pilot, utrzymywał z wysiłkiem stery, walcząc o każdy metr. Zazwyczaj szczerzyłby tylko zęby w cynicznym uśmiechu, ale dzisiaj miał śmiertelnie poważną twarz.
– To gówno powinno być teraz sterowane zdalnie! Przez trójkę z orbity, a nie ręcznie w tym piekle! – ryknął z przodu kabiny, z trudem utrzymując maszynę w poziomie. – Silniki mają już ponad sto dwadzieścia procent! Jeśli zaraz nie wejdziemy w korytarz osłonowy, burza przerobi nas na krwiste konfetti!
Głos Vectora drżał z wściekłości. Dorian dochodził do siebie po pierwszym szoku. Wyczuwał emocje ludzi, których znał od dziecka. Walcząc z pulsującym bólem głowy i rozrywającym czaszkę Szumem, wyprostował się.
– To sobie wyobraź, że jesteś na orbicie, Vector! – rzucił, a jego głos przebił się przez wycie turbin, ucinając pretensje pilota. – I ustabilizuj ten pieprzony ciąg!
Wtedy dopiero zerknął na bransoletę. Poczuł ucisk w brzuchu, rozlewający się po ciele nieprzyjemnym uczuciem lęku. Licznik wskazywał siedemnaście minut po czasie.
Turbulencje nie słabły, ale AGAVa zrobiła pełny zwrot. Zawracali. Manualne sterowanie podczas burzy, z kimś mniej doświadczonym, mogło oznaczać jedno. Vector był jednym z najlepszych pilotów, jakich znał. Szkolono ich do pracy w ekstremalnych warunkach. Poradzi sobie.
Siedemnaście minut! Niemożliwe, żeby minęło aż tyle czasu. Nie potrafił tego wyjaśnić. Spojrzał na porucznika Hauera. Viktor nie zdejmował hełmu. Przez polaryzację wizjera Dorian widział zaciśnięte szczęki i surowy, zabarwiony smutkiem wzrok.
Dla Doriana ten incydent mógł oznaczać reprymendę i koniec jego letnich eskapad. Dla tych ludzi stawka była o wiele wyższa. Mogło to nawet oznaczać koniec życia, jakie znali.