- Opowiadanie: Mehiko - Mysza

Mysza

Zgodnie z zapowiedzią, druga część przygód członków rodziny Wareckich. Poznamy więcej osób, no i powoli zaczną się pojawiać wątki właściwe dla tekstów fantastycznych. Można czytać jako opowieść zupełnie odrębną od “Nałogu”. Za to trzecia będzie się łączyć mocniej z niniejszą i tam znajdziecie kontynuację tudzież wyjaśnienie niektórych elementów, wprowadzonych tutaj. Miłej lektury! 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Mysza

Część 1: Miasto

Puszek. Też mi coś! Gorzej to już nazwać go nie mogli. Żeby w sto piętnastym wieku ery udomowienia człowieka ochrzcić porządnego kocura takim infantylnym mianem, to się zaiste nie tylko w kociej głowie nie mieści! Nie znosił tego imienia i starał się je ignorować, jak tylko mógł. Trzeba przyznać, że całkiem nieźle mu to szło.

– Jakiś dziwny jest ten kot – zauważył Staś. – Głuchy, czy co?

 – Głuchy to ty jesteś – ripostowała matka. – Nigdy cię nie ma, kiedy o coś proszę.

 – Jaki pan, taki kot – kwitował ojciec. – Dobrali się.

 – Jaki pan, taki kram, chciałeś powiedzieć – poprawiła go pani Warecka.

 – Wiem, co chciałem powiedzieć – odrzekł pan Warecki. – Stasiu, nakarmiłeś Puszka?

 – Skończyła się kocia puszka.

 – Nie rymuj, tylko drałuj po nową. Weź Whiskas, on to lubi.

 – I whisky na popitkę – dorzucił ojciec, śmiejąc się.

 – Dobra, po lekcjach się tym zajmę – zakończył rozmowę Staś.

 Myśli ktoś może, że Staś się tym zajął i skoczył po lekcjach po karmę dla kota? Dobrze, niech sobie myśli. Głowa go od tego nie rozboli. Staś miał pilniejsze sprawy, niż uzupełnianie zapasów karmy dla Puszka. W szkole miał zjawić się „Pan z kameleonem” i pokazywać różne sztuczki. Staś miał już dwanaście lat i nie wierzył w żadne czary-mary. Zamierzał zdemaskować taniego oszusta – no, może nie najtańszego, bo zrzuta była po cztery dychy – i błysnąć intelektem. Tak, głowę to on miał nie od parady.

– To idziesz po tę karmę, czy sama mam to zrobić? – Matka przerwała Stasiowi twórcze rozmyślania.

– Po lekcjach, mówię!

– Przecież teraz nic nie zadają.

– Z bioli mamy przygotować wystąpienie o ulubionym zwierzu.

– Zwierzęciu? – podpowiedziała mama.

– Tak.

 – No i kogo wybrałeś. Kota? – wtrącił się ojciec. Puszek spojrzał z ciekawością na Stasia.

– Kameleona! – z dumą odrzekł chłopiec. Puszek ziewnął i odwrócił głowę do okna. „Znów dałem się nabrać” – pomyślał.

– Kameleona? – Oboje rodzice zdziwili się. – Co też ci przyszło do głowy?

– Ma być pokaz, nie pamiętacie?

– A, tak! Rzeczywiście. No, ale co to ma wspólnego? Raczej nie przepadasz za jaszczurkami? – Mama drążyła temat.

– Muszę wiedzieć wszystko, aby nie dać się zaskoczyć.

– Zaskoczyć?

– No, temu magikowi, który ma wyciągać kameleona z kapelusza.

 – To już króliki się skończyły? – Ojciec oderwał wzrok od smartfonu, uznając, że pora okazać zainteresowanie szkolnymi sprawami syna.

– Najwyraźniej – odrzekł Staś.

Po czym młodzieniec wziął się za studiowanie obyczajów kameleonów, korzystając z podpowiedzi od AI, a Puszek opuścił swoje miejsce na poduszce pod oknem i skierował się leniwie w stronę kuchni. Niby przypadkiem otarł się o nogi pani Wareckiej.

 – Biedactwo, na pewno jesteś głodny! Czekaj, zaraz ci coś znajdę. – I pani Warecka podążyła truchtem ku lodówce.

 „Dobrze mieć pod ręką udomowionego człowieka” – pomyślał z zadowoleniem Puszek.

Puszek miał wielkie mniemanie o sobie, a choć był zwykłym dachowcem bez rodowodu, czuł się powołany do wielkich dzieł. U Wareckich znalazł się właściwie przypadkiem – a może zrządzeniem kociego losu? Nie roztrząsał tej sprawy. W każdym razie, mieszkał kiedyś u innych ludzi. Pewnego razu dostrzegł z okna przelatującego jerzyka i niewiele myśląc – był wtedy młodym kociakiem bez wyobraźni, co teraz sam przyznawał – skoczył za nim z okna. Wylądował w krzakach. Akurat przechodziła staruszka z psem. Pies niestety nie był stary, a wręcz przeciwnie – chciało mu się biegać. A już na pewno za kotem. Za poturbowanym i oszołomionym kotem to już bez żadnego wątpienia. No i ruszył. Wyrwał się staruszce i dawaj, na Puszka! Puszek ledwo się otrząsnął z wypadku, już znalazł się w pysku bestii. Ostry pazur, szybko przeciągnięty po nosie napastnika, dał kotu chwilę wytchnienia. Pies go puścił, zaskowyczał i wściekł się (w przenośni, jako że był szczepiony – Puszek miał mimo wszystko trochę szczęścia). Ponowny atak nie zaskoczył już jednak kota. Pazury poszły w ruch, a potem błyskawiczna ucieczka na drzewo. Podniósł się wrzask, staruszka coś krzyczała o wstrętnych sierściuchach, zbiegły się dzieci, a wśród nich Staś Warecki.

– Mamo, ten pies chce zagryźć kota!

– Nic mu nie zrobi, jest na drzewie.

– Nie możemy go tak zostawić.

– Owszem, możemy.

– Nie!

– Tak.

Staś, widząc, że po dobroci nic nie wskóra, postanowił wymóc na mamie zgodę na wzięcie kota. Zaczął krzyczeć, tupać i wymachiwać rękami. Wtedy był jeszcze fanem kotów – przynajmniej Puszek takie odniósł wrażenie. Staruszka z psem odeszła wreszcie spod drzewa, mrucząc coś gniewnie pod adresem Wareckich, by lepiej pilnowali kocura. I jakkolwiek pani Warecka zaprzeczała, że to nie ich zwierzę, ostatecznie pod drzewem została sama z rozzłoszczonym na maksa Stasiem. No i z kotem na drzewie, ma się rozumieć.

 Pani Warecka postanowiła poczekać, aż syn się uspokoi i wtedy wyperswadować mu pomysł zajmowania się cudzym kotem. Wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Oto, gdy Staś krzyczał i tupał w najlepsze („Skąd u niego tyle siły?” – zastanawiała się matka), z gniazda w szczelinie drzewa, na którym siedział Puszek, wyleciała pszczoła murarka. Do dziś nie wiadomo, czy wywabiły ją krzyki Stasia, czy też zachciało jej się nad poziomy wylatać i pobujać w cieple wiosennego dnia. Dość, że niefortunnie zderzyła się z młócącą powietrze ręką Stasia i zareagowała silnym użądleniem.

 – Au! – wrzasnął Staś, podskoczył i rozdarł się na całe gardło. Puszek ze strachu skoczył z drzewa wprost w ramiona pani Wareckiej. I niechcący – jak sam uważał – podrapał ją przy okazji.

– Coś mnie ugryzło! Jak boli! Chyba umrę! – histeryzował Staś.

 – Wstrętny kocur! Podrapał mnie! Na pewno nie był szczepiony! – wtórowała mu matka.

 Próba strącenia kota nie powiodła się, bo Puszek mocno wbił się w ramiona pani Wareckiej. Staś mimo bólu zauważył to i powiedział:

– O, ten kot cię lubi.

Tymczasem pani Warecka wreszcie oderwała Puszka od siebie i zrzuciła go na ziemię. Ten pobiegł w stronę drzewa i bacznie obserwował sytuację. Mama Stasia, gdy się nieco opanowała, obejrzała własne zadrapania i powiększający się ślad po użądleniu na ręce syna.

– Nie ma rady, jedziemy na SOR! – zawyrokowała. – Jeśli zaczniesz puchnąć, to potrzebna będzie szybka pomoc.

– A co z kotem? – Staś pilnował swoich spraw, nawet będąc w krytycznym stanie (tak go przynajmniej wtedy oceniał).

 – Bierzemy ze sobą. Z SOR-u pojedziemy do weterynarza. Niech mu zrobi testy. Trzeba sprawdzić, czy jest szczepiony. Jakbym miała jeszcze brać zastrzyki…

 – Na pewno jest zdrowy! – Staś postanowił przerwać mamie myśli, zmierzające w jej ulubionym kierunku, oznaczonym strzałką z napisem „Ostateczna katastrofa” i dodatkiem „Jak zwykle zostałaś sama z problemami”.

Szczęśliwie wizyta w szpitalnym oddziale ratunkowym przebiegła bez dłuższego oczekiwania. Obojgu Wareckim udało się skutecznie sterroryzować personel opowieściami o zagrożeniu życia wskutek podrapania przez podejrzanego kocura i użądlenia przez pszczołę (nieszczepioną, jak utrzymywał Staś). Dyżurny lekarz akurat rozważał rozwód po ciężkiej kłótni z małżonką, ale popatrzywszy na panią Warecką doszedł do wniosku, że jest niebywałym szczęściarzem, zażywającym na co dzień błogiego spokoju w domowym zaciszu. Postanowił zatem jak najszybciej wrócić z kwiatami do żony i w tym celu z nadzwyczajną wprost ochotą i szybkością przyjął i obsłużył pacjentów. Oddał ich panu Wareckiemu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

 – Nic im nie będzie – rzekł. – Niech się pan trzyma!

 – No przecież nic im nie będzie – zdziwił się pan Warecki.

 – Mówię właśnie – przytaknął lekarz. Po czym uścisnął dłoń ojcu rodziny i dodał: – A teraz pan wybaczy, ale muszę jechać do domu. Nagły wypadek.

 – Oczywiście, rozumiem – przytaknął pan Warecki.

Lekarz rzecz jasna nie tak od razu opuścił dyżur, ale zaczął od pilnego telefonu do kolegi, żądając natychmiastowego przybycia i zastąpienia go, po czym zadzwonił do ulubionej kwiaciarni żony. „Dzięki Bogu za tych Wareckich!” – westchnął w duchu.

Tymczasem ściągnięty w trybie pilnym do szpitala Grzegorz Warecki zapakował rodzinę (i kota) do auta i ruszył do domu. W drodze poznał przebieg wypadków z chaotycznych nieco opowieści żony i syna. Ci zaś zastanawiali się, co robić dalej.

 – Ciekawe, skąd się wziął? Muszą tam być gdzieś jego właściciele.

 – Na pewno nie ma się gdzie podziać! – domyślał się Staś. – Weźmy go do siebie.

 – Oszalałeś? – Mama nie była zachwycona. – Jak tylko zbada go weterynarz, oddamy go do schroniska.

 – Zrobimy mu zdjęcie i damy ogłoszenie.

 – Nie będę rozlepiać żadnych ogłoszeń. Już raz dostałam mandat za wlepki. – Pani Wareckiej przypomniały się „stare, dobre czasy” końca zeszłego wieku.

 – Mamo! – Staś nie krył zażenowania. – W Internecie damy.

 – I myślisz, że ktoś się zgłosi?

 – Na pewno!

 – No, to dobrze. Jeśli jeszcze raz miałabym wysłuchać twojego krzyku…

I tak to Puszek zmienił właścicieli. Staś nawet dał jakieś ogłoszenie na Facebooku, ale widać starzy właściciele Puszka nie należeli do grona znajomych Stasia. Albo i mieli w nosie zniknięcie kota. Puszek po cichu domyślał się, że tak właśnie było.

 Nie martwił się jednak. U Wareckich szybko się zadomowił i żyło mu się całkiem znośnie. Ojciec zabezpieczył balkon siatką, więc Puszek miał dostęp do świeżego powietrza. Matka z kolei pozwalała mu spać ze sobą. Ugniatał sobie łapami kołdrę, obracał się kilkakroć i kładł wygodnie. Czasem Warecki go przeganiał, gdy kończąc późno pracę przy komputerze trafiał wreszcie do łóżka. Dużo częściej jednak Puszek zostawał na kołdrze, moszcząc się między ludźmi i zapobiegając przeludnieniu planety. Dopiero o północy zeskakiwał z łóżka, by zrobić obchód mieszkania. Marzył wtedy, że jest wielkim i groźnym kocurem, wzbudzającym paniczny strach w całej okolicy. To by nawet pasowało, bo jako żywo nie spotkał podczas nocnych przechadzek żywego ducha. Widocznie wszyscy kryli się po kątach. Choć musiał też rozważyć alternatywne wyjaśnienie, zakładające, że biologiczna pustynia była ubocznym – a może zamierzonym? – skutkiem porządkowej pedanterii pani Wareckiej.

 

Część 2: Wieś

 Była jedna rzecz u Wareckich, której Puszek wprost nie cierpiał. Wyjazdy na wieś. Staś miał babcię, ulubioną, za którą wprost szalał. Gdy tylko z wiosną pogoda się poprawiała, suszył rodzicom głowę co weekend o wyjazd do babci. I co najmniej raz w miesiącu stawiał na swoim. Wtedy Puszek lądował w klatce do przewożenia kota i w ten pożałowania godny i uwłaczający jego kociej dumie sposób był transportowany poza miasto.

 Wieś. Złe miejsce. Stary kot Leon był w porządku – nie wchodzili sobie z Puszkiem w drogę. Było tu jednak za dużo zapachów, za dużo psów, za dużo wszystkiego. Niby powinien się cieszyć, bo miał do dyspozycji cały dom. I wszystko wokół domu. Aż do rzeki, za którą mieszkali „Sąsiedzi”. Dziwni ludzie, prawdę powiedziawszy. Zamiast poprzestać na kurach, jak babcia Stasia, hodowali konie i mieli dużo psów. I konie, i psy przychodziły do rzeki. Konie zostawały na swoim brzegu i piły wodę. Towarzyszące im psy lubiły się zapuszczać na drugą stronę. U babci Stasia też były dwa psy, z którymi tamte ganiały się po łące. O ile jednak Puszek był spokojny o miejscowe psiska, o tyle tamtych się obawiał. Nie to, żeby nie dał sobie z nimi rady – co to, to nie! Mowy nie ma! Niemniej, będąc kotem stworzonym do wyższych celów, nie chciał tracić czasu i sił na uczenie moresu wiejskich kundli. Miał swój honor.

 Rzeka też była jakaś dziwna. Na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie normalnej, ale gdy przyjrzeć się bliżej… jeszcze bliżej… uważnie popatrzeć… to nie można było od niej wzroku oderwać. Ludzie powiadali, że siedzi w niej jakaś rusałka albo inne licho i lepiej się nie kąpać. W każdym razie nie przed świętym Janem, który „wodę ochrzci”, jak mówili. Puszka co innego jednak frapowało: zupełny brak ryb. Licho nie licho, ale coś musiało je z wody wygnać. A chętnie by sobie zapolował, czemu nie? Dobra rybka nie jest zła…

 W rzece może i coś siedziało, ale dla Puszka ostatecznie liczył się dom. A w nim panowała niepodzielnie babcia. Babcia Jadzia – pora zdradzić jej imię – była matką pani Wareckiej, ale mimo tego zięć nieźle się z nią dogadywał (Puszek to doceniał). Grzegorz narzekał tylko na kawę, którą babcia Jadzia serwowała. Parzyła ją na dwa sposoby – ekstra mocną wiejską z ziołami, startymi orzechami i innymi dodatkami, których ojciec Stasia wolał nie znać oraz mdłą lurę dla delikatnych żołądków, którą częstowała wnuka i zięcia, gdy ten drugi odczuwał skutki nadmiernego spożycia trunków.

 – Pijcie, kochani, to wam pomoże – mówiła, nalewając im nie filiżanki, ale duże kubki owej „kawy”.

 Pan Warecki orzekł kiedyś na osobności, że ziołowa kawa wiejska babci Jadzi smakuje, jakby była parzona na zwęglonej kapuście z dodatkiem zmielonej pokrzywy. Staś nazwał ją „kapuścino”. Ojciec uśmiał się wtedy i spytał:

– A co powiesz o lurze, którą babcia podaje nam rano?

– Popłuczino? – domyślał się Staś.

– Może być!

 I tak to pijali kapuścino na zmianę z popłuczinem, przy czym pan Warecki ratował się wieczorami piwem. Kiedy jeszcze dziadek Gieniek był w formie, mieli obaj do dyspozycji przedniej jakości bimber. Babcia Jadzia jednak, nie mogąc sobie poradzić z pijaństwem męża, doniosła wreszcie na niego. Była o to awantura na całą wieś, osobliwie że i sąsiedzi zawiedli się na babci Jadzi („Jadzia – Zdradzia”, jak ją wówczas przezwali). Niejeden bowiem zaopatrywał się u dziadka Gienia. Bimber jego miał tę cudowną właściwość, że choć otumaniał z właściwym sobie wdziękiem, na drugi dzień nie objawiał się bólami głowy. Wielu zatem wiejskich koneserów było szczerze zawiedzionych postępkiem babci Jadzi. Poparły ją jedynie koleżanki z koła różańcowego. No i ksiądz proboszcz, choć z pewnym wahaniem.

 Sam dziadek Gieniek obraził się śmiertelnie na babcię i nie odzywał do niej półtora tygodnia, póki nie wyjadł zapasów ze spiżarni. Później przemyślał sprawę i pogodził się z sytuacją. Ratował się piwem i przymierzał do uruchomienia produkcji domowego wina, gdy niespodziewanie nadeszła Straszliwa Zaraza. Dziadek dowiedział się o niej z telewizji, a gdy już przyszła do wsi, ledwo ją przeżył. Utrzymywał potem, że to skutek braku należytej dezynfekcji. Babcia Jadzia replikowała, że ona tylko kawą żyje i w ogóle nic jej nie ruszyło. No więc serwowała kawę wszystkim, czy kto pytał, czy nie – jako lek na całe zło.

 Puszek ze zdrowym dystansem obserwował kawowe celebracje babci Jadzi. Bardziej interesowała go zawartość jej lodówki. Do spiżarni nie zaglądał, bo było tam ciemno, chłodno, a jeśli coś nadawało się do jedzenia, to znajdowało się szczelnie zamknięte w słoiku albo wisiało pod powałą. Którejś nocy jednak, robiąc rutynowy obchód domu, znalazł drzwi do spiżarni niedomknięte. „Co za nieporządek!” – pomyślał. „A może ktoś tam jest? Muszę sprawdzić”.

Po czym, nie przeczuwając żadnych niespodzianek, przecisnął się przez uchylone drzwi do środka. Owionął go znajomy zapach niedostępnych suszonych kiełbas i wędzonek. Woń zarazem czarowna, jak i denerwująca, bo kusząco zapraszała do skosztowania niedostępnych specjałów. Pomyślał, że niepotrzebnie tu wchodził, gdy zza regału dobiegło go dziwne chrobotanie. Czyżby? Nie, to chyba niemożliwe. A jednak! „Mysz!” – pomyślał i ucieszył się. „Nareszcie zapoluję i skosztuję dziczyzny!”.

Przyczaił się zatem, po czym zaczął skradać się ostrożnie w stronę, z której dochodził go rozkoszny dźwięk. Nigdy dotąd – przynajmniej od czasu niefortunnego skoku za jerzykiem – nie miał okazji polować. Instynkt nie zawiódł go jednak. Wiedział bezbłędnie, co ma robić i bezszelestnie zbliżał się do ofiary. „Pokażę ją ludziom, a potem zjem” – myślał. „Albo od razu zjem, bo oni i tak tego nie docenią. Cicho! Skup się, kocie! Bo zaraz obejdziesz się smakiem”.

 Gdy był już blisko i szykował się do skoku, jego uszu dobiegł dziwny trzask, łomot, a potem pisk duszonej myszy. Zamarł. Po czym skoczył w stronę ofiary. Ku swemu zdumieniu i oburzeniu ujrzał ją już w pysku łasicy, umykającej ku szparze w ścianie spiżarni. Czyżby miała mu odebrać zdobycz? Jego zdobycz?

 – Zostaw ją! – krzyknął. – To moja mysz!

 I bez namysłu rzucił się na łasicę.

 Ta nie spodziewała się ataku ze strony kota, lecz gdy poczuła jego pazury na plecach, puściła ofiarę i obróciła się ku napastnikowi.

– Zjeżdżaj stąd, parszywy mieszczuchu! Jedz swoje puszki!

– Zaraz ci pokażę, jaki ze mnie mieszczuch!

– Ano, zobaczymy!

 I walka zawrzała na dobre. Kłębiące się, piszczące i gryzące zwierzaki nie oglądały się na nic. Z półek zaczęły spadać słoiki, rozbijając się z hukiem na podłodze. Puszek sam wskakiwał na niższe półki i znów rzucał się w dół, prosto na łasicę. Nie czuł bólu, ani krwi płynącej z ran. Czuł wściekłość. Czuł, że żył. I choćby to miały być ostatnie chwile jego życia, wiedział, że dla nich warto było je postradać. Nareszcie walczył, jak na dzikiego kota przystało.

 Bitwa trwała dobrych kilka minut, gdy wreszcie drzwi do spiżarni otworzyły się, zabłysło światło, a dziadek Gieniek wkroczył do środka. Za nim cisnęli się babcia Jadzia, pan Warecki i Staś. Przez chwilę patrzyli zdumieni, po czym dziadek porwał stojącą w kącie miotłę i ruszył z nią na łasicę.

– Poszła won! – krzyknął.

Zrazu nie zwróciła na to uwagi, czy też w bitewnym amoku nie dostrzegła ludzi. Gdy jednak miotła celnym uderzeniem dosięgła jej karku, strącając zeń zarazem Puszka, łasica oprzytomniała.

– Policzymy się innym razem! – warknęła do Puszka i czmychnęła przez dziurę w ścianie do ogrodu.

– Puszku, nic ci nie jest?! – Zaniepokojony Staś przyskoczył do kota. Chciał go wziąć na ręce, ale zrezygnował, dotknąwszy jego zakrwawionego futra.

– Zobaczcie, Puszek upolował mysz – powiedziała babcia Jadzia, wskazując gryzonia – brawo, kocie!

 – To o nią bił się z łasicą – dodał dziadek.

 – I wygrał – dorzucił ojciec.

 – Mój kot! – podsumował z dumą Staś.

Tymczasem Puszek podszedł do myszy. Łasica zdążyła nieźle ją poturbować, tak iż jej życie dobiegało końca. Spojrzała jednak rozumnie na Puszka i wyszeptała:

– Dziękuję.

Puszek zdębiał. A ona znów:

– Chciałeś mnie ratować. Tej łasicy jeszcze nikt nie dał rady. Nawet psy boją się jej. A ty, ty… poświęciłeś się dla mnie.

 – Jak masz na imię? – zdołał wykrztusić zdumiony Puszek.

 – Mysza.

 – Mysza?

 – Tak. Po prostu. A ty? Pewnie Kocur?

 – No, tak. Kocur. „Marzyłem o takim imieniu” – pomyślał.

 – W życiu nie widziałam dzielniejszego kota. Choć nie przepadam za waszym rodem, jak pewnie się domyślasz…

I to były jej ostatnie słowa. Ciężko ranna Mysza wyzionęła ducha spoczywając w łapkach Puszka.

 – Bawi się z nią, jak na kota przystało – zauważył pan Warecki.

 – Ciekawe, czy od razu ją zje? – pytał Staś.

 – Oho, chyba chce ją zakopać na później – dorzucił dziadek Gieniek.

A tymczasem Puszek wziął Myszę delikatnie w zęby i przechodząc mimo ludzi, wymknął się do kuchni, a z niej do ogrodu. Postanowił sprawić Myszy godny pochówek. A jutro, jak tylko się wyliże, stanie do walki z łasicą. Mysza przywróciła mu wiarę w siebie.  

Koniec

Komentarze

Super przedstawiłaś świat kota. Oczywiście, porządny kot nie reaguje na byle jakie imię :)) I tę pszczoła, co chciała nad poziomy wylatać :)) zapamiętam.

A swoją drogą, zakończenie piękne i prawdopodobne. 

 

Pozdrawiam serdecznie :)

 

Potwierdzam, kot domowy jest pewien, że udomowił człowieka :). Śmieszne i z humorem pisane. Pozdrawiam! 

Nowa Fantastyka