- Opowiadanie: Kristoporos - Echa pozorów

Echa pozorów

Krill chciał jedynie odebrać żołd, przepić część pieniędzy i znaleźć kolejne zlecenie. Zamiast tego trafia w sam środek walki o sukcesję tronu. W świecie, gdzie kapłanki, szpiedzy i możni prowadzą własne gry, nawet najemnik próbujący trzymać się z dala od polityki może stać się pionkiem na planszy

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Echa pozorów

Echa pozorów

 (Athepolis, stolica królestwa Athepolis, Marzec rok 845 po założeniu Mittyllopolis)

Zawroty głowy.

Świat kołysał się leniwie, jakby ktoś źle wyważył rzeczywistość. Krill spróbował wstać, ale zdołał tylko przekręcił się na bok i zaklął pod nosem.

Znowu przeholował. Wino było tanie, rozwodnione i smakowało jak pomyłka. Żołądek o tym przypomniał. Mdłości zatrzymał siłą woli. Obudził się u boku dziewki.

– Wstawaj – mruknęła dziewczyna.

Leżała obok, oparta na łokciu, obserwując go bez szczególnego zainteresowania.

– Już wstałem – odpowiedział.

– Leżysz.

– Szczegół.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

Nie była piękna. Ale też nie o to chodziło.

Krill usiadł w końcu, ignorując protest żołądka. Sięgnął po ubranie i powoli zaczął je przywdziewać.

– Płacisz teraz czy później? – zapytała.

– A niby za co?

– A za nocleg! To nie dom pielgrzyma.

Rzucił jej monetę.

Złapała ją w powietrzu.

– Nieźle – mruknęła.

– Bywało lepiej.

Wstał. Świat zawirował, ale tym razem utrzymał równowagę. Przepił cały ostatni żołd, a do następnego został jeszcze tydzień. Nim otworzył drzwi, wyjrzał przez okno. Jego nozdrza podrażniła mieszanka dymu, ścieków i nocników. Miasto budziło się powoli, jak zawsze – z hałasem, krzykiem i brudem.

Krill splunął i ruszył przed siebie. Varadów w Mittyllydzie nazywano dzikusami i pijakami. On dawno przestał się tym przejmować. Żołądek coraz mocniej domagał się opróżnienia z niechcianej treści. Oparł się o ścianę i zwymiotował.

– Piękny początek dnia – mruknął.

Wytarł usta rękawem i ruszył dalej. Ulice były już pełne ludzi. Kupcy rozstawiali stragany, ktoś się targował, ktoś krzyczał. Żebracy siedzieli przy murach, wyciągając ręce do przechodniów. Odmeldował się wartownikowi, ten postawił kreskę przy jego imieniu na znak powrotu z przepustki i otworzył bramę. Kolejka do podającego breję była krótka, gdy dowódca Dioram podszedł do niego.

– Sycerus czeka na ciebie.

– Ale teraz? Gębę bym choć opłukał, co? – Metalowa miska z zieloną mazią nie zdążyła jeszcze wystygnąć. Jeśli mistrz szpiegów kogoś prosi, to nie można mu odmówić.

– Teraz to teraz. Idź.

*

Mistrz szpiegów rezydował w północnej baszcie, gdzie znajdowało się również zejście do pałacowych lochów. Aura miejsca, rozchodzące się po nim jęki i pokrzykiwania robiły swoje bez potrzeby użycia siły. Przy głównym wejściu czekał na niego niski sługus mistrza ze stosem zwojów w rękach i kawałkiem szkła na nosie.

– Ach. Ty musisz być Krill! Mistrz zaraz do nas dołączy, proszę za mną.

Prowadził go w dół, ale sala, do której weszli, zupełnie nie pasowała do wyobrażenia, jakie Krill miał o miejscach przesłuchań. Zamiast zimnych, surowych murów – dywany na ścianach, skóry na podłodze. Pod ścianą, na prawo od drzwi, stała wielka żelazna szafa. Rzędy rygli, pokrętło z cyframi i obcymi znakami – cudo dawnej techniki krasnoludzkiej.

Brak dybów i łańcuchów, ale co najdziwniejsze – żadnych strażników.

Usłyszał, jak otwierają się drugie drzwi, ale nie wyszedł z nich Sycerus, tylko wielki drab, również ogolony na łyso i wielki jak młody leśny troll. U pasa miał zawieszony pęk kluczy i metalową pałkę. W silnej dłoni dzierżył dzban z winem. Dopiero zza jego pleców wyłonił się ten, który go wezwał. Wycierał ręce. Na chusteczce widać było czerwone plamy.

– Usiądź. – Wskazał krzesło przed biurkiem. – Obowiązki mnie zatrzymały. Wiem, że pierwsza wizyta u mnie rzadko bywa przyjemna. Ale dziś nie o przesłuchanie chodzi.

Zdecydowanie nieprzyjemna. – Krill skomentował w duchu. Mistrz szpiegów odprawił klucznika i zasiadł przy biurku. Nim podjął dalszą rozmowę, przejrzał parę dokumentów. Wziął kilka do ręki i wymierzył nimi w Krilla.

– Twoje imię przewija się często w raportach – zaczął, nie podnosząc wzroku ani głosu, którego ton był zimny jak lód.

– Niech Mistrz powie – odpowiedział kondotier, przypatrując się futru z niedźwiedzia, zrzucając ciężar z ramion, jego ciało przeszedł dreszcz zimna, albo kac dał się we znaki?

– Uważaj, Varadzie. Drwiny źle się kończą. – Mistrz szpiegów nie unosił głosu, wciąż też nie odkleił wzroku od listu z królewską pieczęcią. Niewielkie, skupione oczy, schowane głęboko w oczodołach, przesuwały się po kolejnych liniach tekstu. Mięśnie twarzy gospodarza nie drgnęły. Jedyny dźwięk, jaki przez chwilę przerywał ciszę w komnacie, wydawały z siebie skwierczące pochodnie.

– Nie lubię marnować czasu na gadanie, zwłaszcza na kacu.

– Zasada jest prosta. Najpierw pytam, potem działam.

– Pocieszające. Wreszcie trafiłem na fachowców od brudnej roboty.

– Nie nadużywaj mojej gościnności, Varadczyku!

Krill wreszcie przyjrzał się twarzy rozmówcy. Haczykowaty nos, twarz owalna, niewielkie oczy, ciemne i podkrążone, ale przecież tacy fachowcy rzadko mogą się wyspać. Zarost był zadbany: siwa, równo przystrzyżona broda, ogolona do gładkości skóra do wysokości krtani. Gdzieniegdzie wprawne oko dostrzegłoby jeszcze zarost w kolorze ciemnego blondu. Włosy Mistrz spiął w długi kuc. Był smukłej, raczej żylastej budowy.

– Skoro nie siedzisz skrępowany, to już powód, by okazać odrobinę szacunku. Nie sądzisz?

– Czego wymaga interes Korony, Mistrzu Sycerusie? – zapytał spokojnie najemnik, świadom, że lepiej nie drażnić gospodarza.

– Lepiej. Uczysz się szybko. Przechodząc do sedna… Chcesz tego czy nie, twoje działania nie pozostają obojętne nikomu w moim środowisku. Nie jesteś zwykłym wykidajłą. Każdy z tych raportów wspomina o tobie. Zbyt często, by był to przypadek.

– Może zbieżność imion? Niejeden Kriullun chodzi po świecie? – odpowiedział ironicznie Varad.

– Nie pieprz. W przypadki nie wierzę. Twoje imię nie jest typowe, nawet w Varadzie. Nikt już tak nie nazywa dzieci. Język można sobie na nim połamać.

– Na rynku usług kondotierskich każda forma wyróżnienia się z tłumu jest pożądana.

– Ja bym to raczej porównał do wielkiej tarczy, do której nie sposób nie trafić. Przyciągasz uwagę jak łajno muchy. Nawet specjalnie się z tym nie ukrywasz. Normalnie dyskwalifikowałoby to ciebie jako agenta. Normalnie…

– Tylko że ja nie pracuję dla ciebie, Mistrzu Szpiegów. Bez urazy, ale matka ostrzegała aby trzymać się z dala od takich osób jak pan. Więc po co tu jestem?

– Zabawne, że o niej wspominasz. Z całej beczki wad masz jedną łyżkę miodu. Zaskarbiłeś sobie przyjaźń matki przełożonej Azylu Życia. Trójca wie jak, bo to nie lada osiągnięcie, zwłaszcza dla Varada. Wiem również, pozwól, że zacytuję… – wziął jeden z pergaminów leżących na biurku, czytał tonem urzędnika – „… stara się unikać rozlewu krwi i przemocy… ponadprzeciętny potencjał intelektualny – tu Sycerus zrobił pauzę, chyba czytał to jeszcze raz dla pewności – …lojalny, nadużywa alkoholu, ale niesubordynowany.” – Spojrzał na Krilla, kiwając głową – „skłonny do przemocy". – Odłożył pergamin.

– A długość kutasa albo rekord w sraniu też macie w raporcie? Mistrz nie zaprosił mnie tutaj, by coś mi wręczyć lub pogadać. Więc czego Pan chce?

– Tym razem uznam to za młodzieńczą butę. Ale nie przerywaj mi więcej. Chciałem ci tylko dać czas na otrzeźwienie – dał mu kubek z winem, który nalał – Na koszt Korony.

Krill wziął kubek. Wstrzymał się i spojrzał podejrzliwie na Mistrza Szpiegów – czy i ten pije? Klina klinem, ale ostrożności nigdy za wiele.

– Gdybym chciał cię otruć, nie wznosiłbym toastu. Pij. To tylko wino – przemówił Sycerus, krzywiąc twarz w uśmiechu. – – To na znak mej dobrej woli! – I pierwszy pociągnął długi łyk. – Wracając do rozmowy, stary Oryk II dogorywa. Rodryg jest za młody, by rządzić. Do czasu pełnoletniości władzę przejmie rada. A jeśli chłopak zginie… mamy nową dynastię, nowe rzezie, nowy bałagan. Mój obowiązek to zapobiec temu. I tu wchodzisz ty.

– Takich jak ja wynajmuje się do bicia albo pilnowania, nie do myślenia. To już sprawa wagi królewskiej. Polityka – przerwał, wciągnął głośno powietrze, po czym przemówił: – A ja nie wtrącam się w sprawy innych ludzi, ze szczególnym uwzględnieniem polityki, Mistrzu Sycerusie!

Mittyllyd lustrował swego rozmówcę z beznamiętnym wyrazem twarzy. Mittyllyd oparł ręce na stole i wciąż świdrował najemnika lodowatym spojrzeniem. To on tu decydował o losie przybyłych i osadzonych. W końcu przemówił:

– Chociaż roztaczasz aurę najemnika moczymordy, to jednak umiesz myśleć. W przeciwieństwie do twoich konfratrów. Może podołasz zadaniu, które ci zaproponuję. – Rozsiadł się naprzeciwko Krilla, na wielkim fotelu. Kiedy Varad spojrzał na siedzisko, uświadomił sobie, że nawet sam król nie zasiadałby na takim tronie. Oto, gdzie leży prawdziwa władza. Mittyllyd nalał sobie i rozmówcy wina.

Krill wypił natychmiast, co dostał, i nalał sobie kolejny kubek i niemal wypił jednym tchem. Czuł, że to, co zaraz usłyszy, odbije mu się czkawką. Poza tym na kaca, dużego czy małego, najlepsze jest słabe wino. 

– Zabierzesz królewicza do klasztoru ateanek. Matka Axie przechowa go, aż przyjdzie jego czas. Masz trzy dni. Dioram wie, że ma ci nie przeszkadzać.

Kondotier czegoś takiego się nie spodziewał. Wielu zadań, nawet tych nietypowych i poufnych, się już podejmował, ale coś takiego? Jednym haustem dopił, co miał w kubku, aż go zamroczyło. Odwrócił głowę i przyglądał się gobelinowi, który wisiał na ścianie. Przedstawiał króla Oryka II, który na wzniesieniu, w pełnej zbroi, wymierza miecz w stronę twierdzy wroga.

– Nie jestem błędnym rycerzem, Mistrzu. Nie walczę za ideały czy króla. Tylko za zapłatę. Co mam z tego mieć?

– Moją dozgonną wdzięczność i pełną sakiewkę.

Krill obniżył głos, co też pozwoliło mu się pozbyć resztki powietrza z płuc, a tym samym uniknąć ośmieszenia w postaci czkania.

– Taka sprawa z pewnością wymaga taktu i wyczucia, których tobie, jako profesjonaliście, nie brakuje, mnie natomiast te cechy są… powiedzmy, obce.

– Axie nie znosi mnie tak samo jak starego króla, więc nawet nie pozwoli mi się zbliżyć na odległość rzutu kamieniem do bram klasztoru. Jesteś jedynym spoza klasztoru, który ma prawo wstępu. Dlatego tylko tobie mogę powierzyć to zadanie. A tak przy okazji nie przypominam sobie, żebyśmy przeszli na „ty”.

– Skąd pewność, że Axie przyjmie królewicza pod swój dach? Wszakże to owoc z drzewa Oryka, więc na samą myśl o tym dostanie białej gorączki.

– Ostrzegała, by włos ci z głowy nie spadł. To znaczy, że ci ufa. Wykorzystaj to. Przekonaj ją. Wiem, że leżą jej na sercu sprawy naszego królestwa tak samo jak mnie, chociaż każde z nas postrzega to na swój sposób. Z pewnością ucieszy się, że będzie mogła wpłynąć na wychowanie królewicza. Oczywiście obaj wiemy, że jawnie okaże swą niechęć. Jej reputacja i szacunek pośród prostego ludu i mieszczaństwa stanowią skuteczną zaporę przed zakusami na życie następcy tronu ze strony rady. Moje uszy i oczy będą was strzegły. Gdy jej to tak przedstawisz, twoje szanse wzrosną.

Krill szczerze się zaśmiał, bo właśnie przyszło mu do głowy, iż prędzej wyśpiewa temu mężczyźnie, niczym aktor w amfiteatrze, peany na cześć wszystkich władców Mittyllydy, niż namówi matkę przełożoną do tego szaleństwa. Kac właśnie minął. Krill podniósł obydwie ręce jakby w geście poddania.

– Teraz przynajmniej wiem, dlaczego nie siedzę związany na tym krześle. Łatwiej mi się będzie zgodzić. A co, jeśli odrzucę twoją ofertę, Mistrzu Szpiegów? W końcu aż tak nie potrzebuję pieniędzy, mam żołd.

– Możesz odmówić. Ale wtedy sam zadbasz o to, by żałować. – Tym razem jego uśmiech był bardzo szczery, paskudny, ale szczery. – To nędzne grosze. Wiem, że przepijesz je w najbliższym burdelu. Ja mogę ci zaoferować o wiele większe pieniądze.

– To będzie ode mnie wymagać złamania istotnej zasady nieingerencji w cudze sprawy, a tym bardziej w politykę i spiskowanie.

– Jeśli ci to pomoże, potraktuj to jako profesjonalny kontrakt. Wykonasz zlecenie, ja ci zapłacę, a potem rozstaniemy się w zgodzie.

– To będzie kosztować trzy tysiące koron. Tyle warte jest łamanie własnych zasad. – Grymas uśmiechu, małego triumfu pojawił się na twarzy Krilla. Mittyllyd zacisnął trzymany pergamin.

– Trzy? Co?! A ty co? Obywatelstwo chcesz sobie kupić? Dwa tysiące!

– Mistrzu Sycerusie… Dywany na ścianach, krasnoludzka szafa żelazna, siedzisko godne zadka cesarza. Cóż to dla takiego Mistrza Szpiegów. A ja? Ryzyko klątwy, utraty zdrowia, potencjalne zamachy, zemsty rodowe i tym podobne. To nie pierwszy dwór, na którym służę, chociaż to stolica, i tutaj przesadzacie ze wszystkim. A w rzeziach i zemstach to się wręcz lubujecie. Trzy tysiące!

– Kondotier pełną gębą. Zgoda. Kiedy książę dostanie się za mury klasztoru, dostaniesz zapłatę. To wszystko, co mam ci do powiedzenia. Możesz już odejść. Aha, i jeszcze jedno! Postaram się, aby utrzymać miłościwie nam panującego przy życiu jeszcze kilka dni. Ale znając umiejętności naszych najtęższych medyków, którzy się ostali na dworze, to daję ci najwyżej trzy dni. – Sycerus wrócił do czytania swoich raportów.

*

Wizyta w klasztorze zawsze poprawiała Krillowi nastrój – w przeciwieństwie do surowego placu treningowego w zamku. Spokój tego miejsca koił nerwy; natura panowała tu niepodzielnie, choć sam klasztor był niemały. – pomyślał i z tym życzeniem przekroczył bramę. Na wprost wznosiła się kaplica modlitw, gdzie wielka bogini była przedstawiona zgodnie z utartym wizerunkiem kobiety o szerokich biodrach, bez szat, tylko z przepaską na biodrach. Opierała się o wielką jabłoń, a w dłoniach trzymała dwoje dzieci karmionych piersią, Hesarytego i Aidesa – synów poczętych bez ojców.

Matka Przełożona rezydowała w oddzielnym budynku, przeznaczonym dla gości i przyjaciół klasztoru. Zobaczył Axie, przygotowywała maść. Wnętrze pachniało ziołami i wilgotną ziemią, jak zawsze. Osobliwy był tylko wielki kruk, siedzący na stojaku obok stołu. Na widok Krilla zakrakał i rozpostarł skrzydła. – Nie obawiaj się – zwróciła się do ptaka łagodnym tonem kapłanka. – To przyjaciel – kruk kiwnął głową i zakrakał głośniej – masz, nie przeszkadzaj! – Axie rzuciła ptakowi kawałek chleba wydobyty z kieszeni roboczego fartucha. Krill uśmiechnął się pod nosem. Pamiętał, że tylko wobec zwierząt potrafiła być aż tak cierpliwa.

– Bądź pozdrowiona, Matko Axie, i niech bogini Ate ma Matkę zawsze w swojej opiece i błogosławi temu domowi, całemu klasztorowi i wszystkim jego mieszkańcom! – Krill pokłonił się i skrzyżował ręce na piersi. Popatrzył na ptaszysko. – Kolejna zagubiona dusza?

– I niech jej łaska spłynie również na ciebie, chłopcze. Przypomina ci kogoś? To Hubertus, wyjątkowy przedstawiciel swojego gatunku – odpowiedziała, nie przerywając czynności. W powietrzu unosił się intensywny zapach ziół. – Usiądź, mój drogi, i powiedz, co też cię tu przygnało. – Wskazała krzesło, zastawione kilkoma glinianymi dzbanami nad którymi czuwał nowy skrzydlaty pupil.

– Dziękuję, Matko, ale wolę postać. Wyjeżdżam. Przede mną długa podróż. Chciałbym prosić Matkę o dobre słowo na drogę.

– I zapewne kilka koron też by się przydało, biedaku spod ołtarza, prawda? – Uśmiechnęła się pod nosem.

– Nie śmiałbym prosić, lecz takiego aktu łaski nie odrzucę, a nawet oddam z nawiązką.

– Wiem, nie lubisz być komuś dłużny – westchnęła. – Na starość serce mi chyba zmiękło, ale dobrze… Zgłoś się rano do siostry Athi, tam będzie czekał na ciebie prowiant. A dokądże chcesz się udać, jeśli mogę spytać?

– Do Vidanu, a stamtąd Trójca jedna wie… może do Saramis

– Wracasz do domu. Twoje demony zawsze będą cię gnać tam, gdzie nie trzeba. Jesteś gotów zmierzyć się z własną przeszłością? – Popatrzyła mu się w oczy; wiedział, że chce szczerej odpowiedzi.

– Tak. Nadszedł czas, by zamknąć ten rozdział, dopisać mu koniec… Obojętnie jaki. Ale wrócę.

– Bramy tego klasztoru pozostaną dla ciebie otwarte, mój synu. Podejdź!

Zwyczaj to zwyczaj – pomyślał. Uklęknął, a ona położyła mu dłonie na głowie i przemówiła:

– Niech bogini Ate, pani miłości i życia, obdarzy twe serce siłą, dzięki której czynić będziesz dobro i nie odmówisz ludziom w potrzebie. Niech chroni cię swą wielką matczyną miłością. – Kiedy Krill wstał, chwyciła go jedną ręką za podbródek. – Otwieraj! – Usłuchał jej. Axie przyglądała się uważnie całemu jego uzębieniu. Drugą dłonią rozszerzyła jego powieki i spojrzała mu głęboko w oczy. – Patrz w górę! Teraz w dół! Miałeś ostatnio jakieś koszmary, może chodziłeś we śnie?

– E… e… pee… ak… abity – zaprzeczył.

Po badaniu kapłanka opłukała ręce zawartością flakonika, który stał na stole. Krill wyczuł ostry zapach spirytusu.

 – Nie wątpię. Widzę też, że stosujesz proszek, który ci podarowałam. Stan uzębienia się poprawił.

 – Dziękuję ci, Matko, ale… jest jeszcze pewna kwestia, w której tylko wasza rozwaga i doświadczenie potrafią sprostać.

 – Brzmi poważnie, więc mów… – Wróciła do moździerza z mieszanką ziół.

 – Matko, przybyłem do was po poradę i przysługę. Jak wiecie, król Oryk II nie jest najlepszego zdrowia i należy się spodziewać naj…

– Najlepszego! – wtrąciła. – Niech mu ziemia ciężką będzie! Bogini, wybacz! – kruk też dołączył się do życzeń, wydając z siebie głośne „krrraaa”. Ten człowiek choć raz zrobi coś z pożytkiem dla Athepolis, bezbożnik i truteń! – Wielki ptak zawtórował jeszcze głośniejszym krakaniem i machaniem skrzydłami.

– Matko! Następca tronu jest jeszcze za młody, by przyjąć koronę, więc senatorowie będą sprawować władzę do czasu sukcesji młodego Rodryga. – Przymrużyła oczy, poza tym Krill nie dostrzegł na jej obliczu żadnej zmiany. Zawsze starała się przyjmować złe wieści z kamienną twarzą. A wiedziała już, że mężczyzna przynosi jej złą nowinę. Postanowiła mu przerwać.

– Grzeczny, zmanierowany ton, tradycyjne powitanie i pokłon z szacunkiem. Zaczynasz przemawiać językiem dworskiej dyplomacji, chłopcze. Teraz widzę, że musisz jak najszybciej opuścić tę okolicę. Służba na dworze Athepolis miała na ciebie wpłynąć. Ale nie sądziłam, że twoja awanturnicza, varadzka natura wędrowca przyjmie coś nowego. Zbyt długie przebywanie na dworze może być dla ciebie zgubne – powiedziała spokojnie.

– Obawiam się, że jest już na to za późno, Matko. Chcąc nie chcąc, sprawy dworu stały się mi… nieobce.

– Krrraaa!

Axie rzuciła w stronę ptaszyska kolejny kawałek chleba, ale jej oczy mówiły, że więcej nie dostanie.

 – Zdaje się, że skończyłeś na sukcesji…

– Tak… Więc królewicz jest za młody, w jego imieniu rządzić będzie rada senatorów. I jak zapewne wiecie, Matko, jeśli nastałoby bezkrólewie, to właśnie spośród rodów senatorskich wybrana zostanie nowa dynastia, a ponieważ Oryk nie był najlepszym władcą i przysporzył sobie wielu wrogów, jego potomek znaleźć się może w wielkim niebezpieczeństwie.

– Ród Harasmów trzeba byłoby wytępić jak szarańczę. Za dużo krwi już napsuli, może to dobry czas, aby odeszli w cień historii. Bogini, wybacz! – Axie przetarła czoło rękawem – Widzisz, Krillu, ja pamiętam wszystko. Wojnę, głód, bunt… Kiedy byłam dzieckiem, Oryk I, wypowiedział wojnę własnemu ludowi, który podejrzewał o sabotaż, choć chłopi naprawdę nie mieli czego oddać do spichlerzy armii, gdy prowadził wojnę przeciwko wszystkim mittyllidzkim sąsiadom. A jego syn? – wstrzymała oddech, poprawiając fartuch – Godny następca imienia… i niewiele lepszy władca. Wiesz przecież, że Oryk II sprowokował kolejną wojnę z wami, Varadami, choć ledwie podźwignęliśmy się po wojnach jego ojca z Republiką Ignapolis i Tyranią Sparthepolis. A dlaczego? Bo chciał się wsławić. Przed patriarchami, przed rodami, przed całym światem. Pokazać, że Athepolis wciąż ma pazury.

– To był chyba jedyny moment w historii, kiedy w ramach kontrofensywy wojska Varadzkie po raz pierwszy zdobyły mittyllydzką ziemię na zachód od Va-Res – przemówił – to nasz największy sukces. Okupacja długo nie potrwała, ale nasi włodarze do dziś czczą tamto zwycięstwo. Dzień końca kontrofensywy ogłosili świętem varadzkiej armii, wiesz?

– Wiem. Byłam tam, widziałam gwałt, przemoc, tortury na wieśniakach. Na mnie też sobie poużywali wasi zwycięzcy wojowie. Milczenie wypełniło izbę. Wzdrygnęła się od tych wspomnień. Krill wciągnął cicho powietrze przez zaciśnięte zęby. Matka Axie spojrzała na niego ze spokojem na okrągłej twarzy. – Nie twoja wina, ciebie jeszcze wtedy na świecie nie było. – Odłożyła moździerz. Kruk krakał i zwrócił dziób w stronę Varada, jakby chwaląc się kawałkiem chleba – Przeżyłam tyranię dziada, który odebrał mi ojca i brata. Wytrwałam pod rządami ojca, w czasie których straciłam godność i przyjaciółkę, ale nie wiem, czy chcę umierać za rządów wnuka. Ich ród przynosi tylko niepotrzebne cierpienie każdemu, kto mu służy. A pomaganie mu… Nie, nie mogę!

– Chłopak zginie. I nie tylko on. Szlachta bije mocno, ale to żołnierze i chłopi giną gęsto. Przecież wiesz.

– Wiem, że powinnam w tej chwili ci przerwać, ale mów, chociaż boję się usłyszeć, co powiesz.

– Chciałbym prosić Matkę o azyl za świętymi murami dla Rodryga aż do osiągnięcia przez niego pełnoletniości i wstąpienia na tron.

Dla ptaka, który cały czas próbował połknąć chleb, ostatni kawałek podarowany przez kapłankę był za duży – wypadł mu z dzioba i wylądował na ziemi. Choć ktoś stojący z boku mógłby odnieść wrażenie, że pierzasty koneser chleba zrozumiał ludzką mowę i całą sytuację, ponieważ zamiast tylko uporczywie pokruszyć chleb, trzymał go w dziobie i obserwował kondotiera oraz matkę przełożoną, odwracając łeb raz na niego, raz na nią, zależnie kto w danym momencie mówił. Chleb i moździerz upadły na podłogę w tym samym momencie. Naczynie nie rozbiło się jednak – był to porządnie wypalony wytwór garncarski z najlepszej okolicznej gliny. Axie też była twarda, ale takiej prośby nigdy by się nie spodziewała usłyszeć, przynajmniej od Krilla. Po raz pierwszy wytrącił ją z równowagi. Chleb wypadł z dzioba ptaka, a Axie znieruchomiała. W jej oczach coś drgnęło – może strach, może gniew.

– Chcesz, żebym trzymała taki pomiot pod moim dachem? Nigdy. Nie wiesz, o co prosisz, Krillu. Nadużywasz mojego zaufania. Sądziłam, że może chodzi o jakieś publiczne poparcie lub potępienie, teatrzyk dla gawiedzi na środku rynku. Ale to?! Nie zdajesz sobie sprawy, o co prosisz! Nadużywasz prawa przyjaciela klasztoru. Nie wiem, ile ci zaproponowali ani jak skutecznie grozili, ale nie proś o coś takiego nigdy więcej. Nigdy!

– Ale…

– Nie ma takiego „ale”, przez które zmieniłabym zdanie. Podniosła misę i bardzo szybko rozdrobniła zioła. Masa przypominała już grudkowaty proszek, ale przy tej intensywności rozdrabniania zaraz miała się przeistoczyć w pył. Axie wzięła głęboki oddech. Wymierzyła tłuczek w stronę Krilla. – Każdy, kto szczyci się statusem przyjaciela tego klasztoru, może skorzystać z prawa o azyl. Ale ja nie muszę się za każdym razem na to zgodzić! Tak długo, jak pozostaję matką przełożoną.

Krill odruchowo odskoczył, uderzył głową w półkę ze szklanymi flakonikami. Jeden niebezpiecznie przechylił się na krawędzi, poturlał się chwilę i spadł. Krill złapał go w ostatnim momencie. Trzymając flakonik z ciemnobrązową substancją, zwrócił się do kapłanki.

– Rozumiem to, Matko, ale jeśli nie przyjmiesz tego chłopca, te żmije albo go otrują, albo poderżną mu gardło. Tu będzie bezpieczny. – Odłożył flakonik na miejsce. – Nikt nie odważy się na was podnieść ręki. Nawet senatorowie wiedzą, że podniesienie ręki na kapłanki Ate zbrukanie świętości Azylu Życia oznacza podniesienie ręki na lud. Wiele krwi się wtedy przeleje. Możemy zapobiec śmierci wielu ludzkich istnień.

– Zamiast tego przyślą zgraję szpiegów lub zabójców. Skąd nagle zainteresowanie losem tego chłopca, co?

– Jest jeszcze młody. Przy odrobinie szczęścia i cierpliwości uda się… przynajmniej ograniczyć do minimum skutki szkodliwej krwi, jaka w nim płynie. Taki przebłysk sumienia dobrego hesarytianina.

– Zrobili ci przyspieszony kurs dyplomaty? Nie pasuje do ciebie chłopcze, zupełnie. Nie wiem nawet, dlaczego nie wyrzuciłam cię od razu, kiedy powiedziałeś o prawie do azylu. Jak w ogóle możesz ze mną o tym rozmawiać? Ate, bogini, wybacz! Rozzuchwaliłeś się Kriullunie! To, że cię przyjęłam, pozszywałam i wyleczyłam, masz za nic? Chcesz to wykorzystać, i to tak, żeby mnie obrazić?

– Kraaa, kraaa, kraaa. – Ptaszysko wyciągnęło skrzydła i zaczęło tupać. Przedstawienie osiągało właśnie punkt kulminacyjny.

– A ty czego się wtrącasz, leć stąd! – Axie machnęła ręką z miską; ptak odleciał na górną półkę, z dala od wzburzonej kapłanki. Miska, niczym strzała z kuszy, przecięła powietrze. Tym razem pękła.

– I widzisz, coś narobił, porządny moździerz przez ciebie straciłam!

Varad roześmiał się, po czym pomógł posprzątać kawałki.

– Zobaczyć, jak się złościsz, to rzecz bezcenna i wiem, że należę do grona tych, którzy stając przed obliczem Trójcy Bogów, mogą powiedzieć, że widzieli już wszystko. Zawdzięczam ci wiele, nawet życie. Wiedz, że jestem tylko posłańcem, narzędziem w rękach ważniejszych ode mnie. Tę decyzję podejmiesz sama. Nie przychodziłbym, gdybym nie uważał, że twój osąd będzie sprawiedliwy. Niestety decyzję musimy podjąć szybko. Oboje wiemy, że król lada dzień umrze.

– Dobrze, już dobrze. Potrzebuję czasu do namysłu. Wkrótce otrzymasz odpowiedź. Dzisiejszej nocy nie będę spać spokojnie.

– Oby bogini pozwoliła wam podjąć właściwą decyzję, Matko! – Ukłonił się i wycofywał powoli w obawie, czy jakiś odłamek moździerza nie poleci w jego stronę.

 – A idźże już, posłańcze niepokojów!

– Kraaa! Kraaa! – Ptaszysko też żegnało się z Varadem. Nie sposób było jednak odgadnąć, czy dziękowało za przedni występ, czy przeganiało posłańca złych wieści.

*

Poranek był chłodny, a Krill niespokojny. Pozornie wszystko przebiegło po jego myśli: Axie nie przeklęła go z miejsca, nie wyrzuciła za mury, ale musiał się liczyć z porażką. Matka Axie wcale nie zaskoczyła go swoją wczorajszą reakcją. Domyślał się już, jaka będzie jej odpowiedź, teraz więc mógł liczyć tylko na to, że nie każe go stąd wyrzucić. Status przyjaciela klasztoru uzyskało niewielu. A on nadużył go za kilka pokoleń.

Skończył posiłek. Gdy wyszedł na dziedziniec, w ogrodzie kapłanki pracowały pełną parą. Nie zwróciły na niego uwagi. To dobrze. Wiedział jednak, że za chwilę nie będzie mu do śmiechu. Wziął głęboki wdech i przekroczył próg kaplicy. Axie modliła się przed ołtarzem na klęczkach.

– Bądź pozdrowiona, o czcigodna! – Podobnie jak wczoraj Krill skrzyżował ręce na piersi w geście pozdrowienia.

– Niech diabły Aidesa poniosą cię tam, skąd przyszedłeś, posłańcze niepokojów!

Takiego powitania się spodziewał. Axie zgasiła cieniutką świecę, którą trzymała w trakcie modlitwy. Podała mu rękę, aby pomógł jej wstać.

– Całą noc dręczyły mnie sny, i nie były to dobre sny, chłopcze. Nie mam jeszcze odpowiedzi, chłopcze. – Tego się akurat najemnik nie spodziewał.

– Nie macie? Czy nie chcecie mi jej udzielić, Matko?

– Kriullunie, sny, które tej nocy zesłała mi bogini, to zła wróżba i wyraźny sygnał. Twoja prośba naraża cię na niebezpieczeństwo.

– Co Matka ujrzała?

Chwyciła go pod rękę i obróciła tak, aby zwrócił się twarzą do posągu bogini.

– Widziałam wędrowca w towarzystwie cieni i skrzydlatego stwora. Dwie drogi przecinały się przed nim: jedna kamienista, wiodąca ku skale, gdzie czekał dom pełen ciepła i światła; druga – wiła się po równinie pod bladym księżycem, który nie dawał blasku. – Jej mądre oczy patrzyły w stronę Varada, ale przenikały dalej. – Końca tej drogi nie widziałam, tonęła w mrokach. Na horyzoncie czułam ogień i pożogę, wojny. Równinę przecinała rzeka krwi, a ziemia była jałowa i wypalona. Za każdym razem kiedy wędrowiec spotykał cień, podążał za nim na stromą ścieżkę. – Dłonie kobiety złączyły się jak w geście modlitwy.

– Skrzydlaty cień usiłował go zatrzymać – raz szeptał obietnice, raz groził. A gdy wędrowiec nie słuchał, wzniecał wichry i pożogę… Gdy wędrowiec na stromej drodze odnosił ciężkie rany, skrzydlaty stwór zakrywał go swoimi skrzydłami, jakby to nie śmierci wędrowca pożądał, a postępował tak, aby jedynie zniechęcać go do podążania tą ścieżką. Chciał, aby wędrowiec podążał równiną w stronę ognistej łuny – zawiesiła głos. Krill dostrzegł niewielką kropelkę potu przy jej prawym uchu. To musiał być naprawdę koszmarny sen.

– Barwne sny, Matko, ale co to ma wspólnego ze mną? A, niech zgadnę. To ja byłem tym wędrowcem? – Nie wierzył za bardzo w przepowiednie, prorocze sny i tym podobne, głównie dlatego, że tak można je było interpretować w dowolny sposób. Każda dobra przepowiednia ma szanse, aby się spełnić, choćby w części. Wiedział jednak, że Axie, jako osoba głęboko wierząca, traktuje takie rzeczy nad wyraz poważnie.

Mówiła to, patrząc mu w oczy z grymasem smutku na twarzy. Jej ciemnobrązowe oczy były podkrążone, cienkie czerwone niteczki na gałce ocznej sugerowały, że źle przespała noc. Wciąż trzymała go pod rękę. Teraz obróciła go tak, aby patrzył na nią.

– Gdy dotarłam do wędrowca, ujrzałam twoją twarz – nosił ją jak maskę bólu. Stałam bezradna, nie mogąc odpędzić skrzydlatego stwora. Nie podoba mi się to. To ostrzeżenie – twoje czyny prowadzą cię ku zgubie.

– Cierpiałem? Cóż… przywykłem. Jak spadło na mnie to cierpienie? – zapytał ironicznie.

– Teraz ważniejsze od jak jest dlaczego. Od kiedy to ciebie, varada i włóczęgę, obchodzi los królewskiego potomka? Nie wmówisz mi nagłego nawrócenia ani potrzeby naprawiania krzywd. A po drugie: chyba wspomniałeś wczoraj, że jesteś posłańcem, narzędziem w rękach ważniejszych od siebie.

Krill przez chwilę układał w głowie odpowiedź. To od niej zależała decyzja kapłanki. On był dobry we władaniu mieczem i pięścią, nie słowami.

– Prosiłem, Matko, o schronienie dla chłopca. Nie z własnej woli – tak mi kazano.

– Kto? – zapytała niby łagodnie, ale słowa brzmiały nad wyraz stanowczo.

– Ktoś, kto woli pozostać anonimowy, ale powiedzmy, że temu komuś zależy na życiu chłopca i szuka dla niego bezpiecznego schronienia. – Ostatnia szansa w negocjacjach; jeżeli nie teraz, to…

– Chyba nie zrobił tego ten łajdak, król? – prychnęła.

Krill odruchowo zareagował śmiechem, jak na dobry żart. – Nie, to był ktoś, kto ma w sercu pomyślność waszego królestwa. Tak samo jak ty Matko Przełożona.

– Więc czemu sam ze mną nie porozmawiał, tylko przysłał ciebie? – kontynuowała wypytywanie.

 – Wybaczcie, Matko, ale nie mogę ujawnić tożsamości tej osoby. Wciąż obowiązuje mnie tajemnica cechowa. Powiem jeszcze tyle, że to osoba, która ma wpływy i której nigdy nie pozwolisz przekroczyć bram tego świętego miejsca. – – Krill żałował, że nie mógł powiedzieć wszystkiego. Wiedział, że sama prędzej czy później się domyśli, o kogo chodzi. Axie przez moment patrzyła na niego w milczeniu.

– Jak mam ci zaufać, skoro ukrywasz prawdę? – Jej oczy, przekrwione ze zmęczenia, pełne były zwątpienia.

A niech cię, Axie, zmuszasz mnie do złamania zasad neutralności – przeklął w myślach, ale postanowił, że nie będzie się narażał na jej niełaskę. Wolał wybrać lojalność wobec klasztoru i niej niż wdzięczność dworu, która zawsze jest względna.

– Matko Axie, możecie mi zaufać. Ja nie mam i nie chcę mieć przed wami żadnych tajemnic, ale imię tej osoby mogę wam wyjawić dopiero po otrzymaniu odpowiedzi. Tylko od was zależy, czy się zgodzicie, czy nie. Moim zadaniem było złożyć tę propozycję. I na tym moja rola się kończy, jestem tylko posłańcem.

– „Jestem tylko posłańcem”. Wygodna wymówka. Tłumi sumienie i odcina od odpowiedzialności. Ten ktoś musiał być wyjątkowo zdeterminowany lub nierozgarnięty, aby wyznaczyć właśnie ciebie do prowadzenia takich rozmów.

Była to kąśliwa uwaga, ale nie miał zamiaru się sprzeczać.

– Uwierzcie mi, Matko, że i mnie z początku nie było łatwo przyjąć tej propozycji. Osoba ta wypracowała sobie metody przekonywania ludzi do współpracy.

– Chyba już się domyślam, kto cię do tego namówił. Ten morderca i tchórz nie miał odwagi stanąć przede mną, bo wiedział, że splunęłabym mu w twarz i rzuciłabym kilka klątw na do widzenia. Jego zachowanie wcale mnie dziwi. Rozczarowałam się natomiast tobą. Myślałam, że jesteś na tyle bystry, aby trzymać się z dala od takich ludzi.

Podszedł do niewielkiego okna, by zebrać myśli i choć na chwilę przedłużyć pobyt tutaj – w jego ostatnim azylu w Athepolis. Okno wychodziło na główny ogród.

– Zrobiłem, co mogłem. Ludzie tacy jak Sycerus i tak cię znajdą. Prośba z ich ust to rozkaz – nie odmawiasz.

Axie odwróciła głowę w stronę przeciwną do posągu swojej bogini. Jakby nie chciała, aby oczy i uszy bogini to usłyszały.

– Sycerus… ta parszywa gnida. Wciąż pewnie gnije w tej swojej baszcie. – Na jej twarzy dostrzegł złość. – Znowu coś knuje – w końcu to jego natura. Przekaż mu moją odpowiedź. – Znowu patrzyła mu w oczy – Niech się odchędoży wredny sukinsyn od mojego klasztoru i nie waży się mnie wciągać w swój teatr marionetek! Nie jestem i nie będę jego kukiełką – zwróciła twarz do posągu – bogini, wybacz mi gniew!

– Jak rozumiem, Sycerusowi mam przekazać: nie.

– Bardzo dobrze rozumiesz!

– Więc może jednak widmo niebezpiecznej i wijącej się ścieżki temu wędrowcowi nie grozi?

– Obawiam się, że nie. Już sama znajomość z tą kanalią może sprowadzić ci na głowę wiele niebezpieczeństw. Będę się modlić, by bogini Ate nad tobą czuwała.

Zmierzali powolnym krokiem do wyjścia z kaplicy. Trzymał matkę przełożoną pod rękę. Była w wyśmienitej formie, nie potrzebowała jego pomocy, a jednak wciąż nie chciała go puścić.

– W takim razie zostaje mi liczyć na łaskę bogów. A jeśli tej zabraknie… mam miecz. – Wskazał miejsce przy pasku, gdzie tkwiła rękojeść.

– Kto mieczem wojuje, od miecza ginie – przypomniała mu Axie. – I lepiej jest zawsze polegać na sile argumentów niż na argumentach siły. – Chłodny ton wypowiedzi wskazywał, że zdążyła już ostudzić złość. Zawsze dziwiło go, jak szybko potrafiła dojść do porządku nad własnymi emocjami, przynajmniej tak to wyglądało z jego perspektywy.

– Zgadza się, Matko. Tylko, że czasem do niektórych przemawia jedynie stal przy gardle. Dziękuję za odpowiedź. Zaniosę wieść, że Rodryg nie pozostanie za murami i Sycerus sam będzie musiał się nim zaopiekować.

Pod stopami poczuł próg. Chciał ją przepuścić, ale nie skorzystała. Zatrzymała się, spuściła głowę i znowu się do niego odwróciła. W tym momencie na jej ramieniu usiadł Hubertus. Zakrakał głośno i kilkukrotnie dziobem wskazywał na Krilla. Axie uspokoiła go gestem. Krill nie zareagował, obserwował. Miał wręcz wrażenie, jakby ptak mówił do Axie: „No mów, no dalej! Mów!”. Poczuł jej dłoń na ramieniu i usłyszał westchnienie:

– Poczekaj, Krill… O bogini, miej nas w opiece. Przekaż Sycerusowi dokładnie to, co powiedziałam – słowo w słowo. A królewiczowi Rodrygowi powiedz, że wzywam go do klasztoru… Chcę go osobiście poinstruować co do ceremoniału pogrzebowego jego ojca. Chciałabym, jeśli będziesz mógł, abyś również go tu przyprowadził. Tylko przyjaciel klasztoru może wprowadzić innego mężczyznę w mury naszego sanktuarium i oczywiście ja też, ale nie mam teraz ani chwili wytchnienia.

Krill mógł się tylko uśmiechnąć. Popatrzył na nią wymownie. A jednak…

– Tak jest, Matko Przełożona! Zaszczytem jest dla mnie spełnić waszą prośbę. – Ukłonił się głęboko, tak jak to robią na dworskich przyjęciach, których miał okazję kilka razy strzec. Axie zrobiła krok w tył i ręką wskazała mu przestrzeń na zewnątrz.

– Idź już, posłańcze niepokojów.

*

Wejścia do północnej baszty strzegło zwykle czterech zbrojnych, lecz tego wieczoru stali tam ludzie z przybocznej gwardii królewskiej. W ich rynsztunku odbijało się odbijało się blade światło pochodni, a z muru wiał chłód. Wartownicy rozmawiali półgłosem. Jeden z nich wydał się Krillowi znajomy, ale ciemność nie pozwalała go rozpoznać. Wieści dla Sycerusa miał przekazać dopiero nad ranem. Nie wiedział, czy matka przełożona przyjmie królewicza, czy też odprawi go z niczym. Być może gdy chłopak znajdzie się już za murami klasztoru, sam zdoła przekonać do siebie matkę przełożoną. Więcej i tak nie mogłem wynegocjować – pomyślał.

Przed wejściem do budynku kwater dostrzegł znajomą sylwetkę. Dioram, dowódca najemników, oparł się plecami o chłodny kamień i skinął na Varada, by podszedł bliżej.

– Stary jeszcze nie wyzionął ducha, a młody już się uczy, jak rządzić trupami – rzucił, nie odwracając wzroku od baszty.

– Boisz się, że młody każe wam się wynosić z pałacu? – spytał Krill.

– Boję się? – Dioram uśmiechnął się krzywo. – Umarł król, niech żyje król. Nam, kondotierom, wszystko jedno. Zawsze będziemy potrzebni – byleby tylko ten młody miał hojną rękę i twardy łeb.

Krill parsknął cicho.

– Czyli po staremu.

– Po staremu – przytaknął Dioram. – A skoro już mowa o tym, co stare, pan Sycerus ma dla ciebie jeszcze jedną wiadomość. Masz się u niego stawić o świcie. Przyjąłby cię wcześniej, ale jak widzisz, ma pełne ręce roboty.

– Oczywiście – odparł Krill. – W końcu królów się nie żegna codziennie.

– Dobrze się z tobą pracowało, Varadzie – powiedział Dioram, wyciągając zza pasa mały, ciężkawy mieszek. – Powodzenia na szlaku i tłustych kontraktów.

Krill skinął głową. Mieszek był ciężki. Czuć w nim było koniec służby – i początek czegoś nieznanego.

*

Rankiem wejścia do baszty strzegła już regularna straż. Tym razem to nie łysy urzędnik w okularach eskortował Krilla, tylko strażnik z kluczami i metalową pałką. Sycerus czekał, trzymając dłonie na oparciu krzesła. Słychać było tylko stuk palców o drewno. Wyglądał niczym król pałacowych cieni, wśród których rozgrywają się wielkie sprawy, o których maluczcy nie chcą i nie będą nigdy wiedzieć. Wskazał oczami krzesło naprzeciwko, aby najemnik z Varadu zajął miejsce.

Sycerus przechylił się do przodu, teraz jedną i drugą dłonią zaciśniętą w pięść podparł brodę i spojrzał na Krilla. Było to wyjątkowo lodowate spojrzenie; Varada przeszył dreszcz. Wino stało na stole, ale kubek był tylko jeden.

– A teraz jakie wieści mi przynosisz? – zaczął Sycerus bezceremonialnie, nie nalał nawet wina.

– Mam dla ciebie dwie wiadomości, dobrą i jeszcze lepszą. Pierwsza dotyczy Rodryga, druga Matki Axie.

– Udało ci się wprowadzić królewicza do klasztoru?

– Tak i nie… Matka chce go poinstruować osobiście co do ceremonii pogrzebowej, potem zobaczymy…

– A druga wiadomość?

Jak to brzmiało? Pierwsza zasada Mistrza Szpiegów? Najpierw pytać, potem działać.

– Axie kazała przekazać pozdrowienia: „Odchędoż się, wredny sukinsynu, od klasztoru i nie waż się mnie wciągać w swój teatr marionetek. Nie jestem i nie będę twoją kukiełką”. – Przekazanie odpowiedzi od razu poprawiło Krillowi humor. Gospodarzowi tego zakątka pałacu nastrój zdecydowanie się pogorszył. Chyba zrozumiał wiadomość.

Sycerus potarł dłonie, jakby chciał zetrzeć z nich złość. Odwrócił głowę; haczykowaty nos kierował się w stronę gobelinu przedstawiającego Króla Oryka II.

– To tylko rok, na Trójcę Bogów! Sądziłem, że jednak bardziej jej zależy na królewiczu. – Sycerus mówił spokojnie, chłodno jakby do siebie. – Chaos i zamęt gwarantowane.

– Zależy jej. Tylko nie chce tego pokazać. To, że Rodryg znajdzie się za murami choćby na kilka dni, już może pan nazwać sukcesem, Mistrzu. Dobrze pan wie, że nie jest łatwo przekonać Matkę do cudzych racji, a zwłaszcza do takich.

Krill krótko zrelacjonował przebieg rozmowy z kapłanką.

– No proszę, jestem pod wrażeniem, nie dość, że najemnik i moczymorda, to nawet, pożal się Trójcy Bogów, dyplomata. Czego się w sumie mogłem spodziewać? Nawet ja czasem chcę uwierzyć w cuda, ale one się nie zdarzają na zawołanie. – oznajmił. – Potrafisz stwarzać bardzo mylące pozory co do własnej osoby. Niemniej wykonałeś swoje zadanie. Częściowo, ale zawsze. Teraz ja wywiążę się ze swojej części. – Pstryknął palcami i w drzwiach za hebanowym tronem ukazał się nie kto inny jak mały człowiek z okularami na nosie. Tym razem, oprócz pliku papierów, miał przy sobie szkatułkę. Zostawił ją na blacie i wyszedł.

– Pięćset koron. – Sycerus wziął mieszek ze skrzyneczki i rzucił Varadowi. Echo metalu brzęczącego na stole na chwilę dołączyło do trzasku pochodni, wypełniając pustkę.

– Umawialiśmy się na trzy tysiące koron, panie Sycerusie! – iskra pojawiła w oczach najemnika.

– Trzy tysiące płaciłem za gwarancję, że królewicz znajdzie się za murami klasztoru aż do sukcesji. Takiej gwarancji nie otrzymałem. Pamiętam, z kim i na co się umawiam. Jeżeli otrzymam zapewnienie Matki Axie, wtedy dostaniesz resztę pieniędzy. To chyba uczciwe, nie uważasz? Może przeliczysz?

Najemnik zabrał ze stołu swoją wypłatę. Podrzucił mieszek – waga się zgadzała. Zastanawiał się, jak wyrazić to, co właśnie czuł: ulgę, strach i obawę naraz. Wiedział, że to jeszcze nie koniec.

– Jest pan profesjonalistą, więc wie pan, co oznacza, jeżeli się kogoś oszuka. Może pan tego nie wie, ale i ja potrafię być przekonujący, by odebrać to, co mi się należy. Wystarczy zajrzeć do raportów.

– Tu nasze drogi się rozchodzą, najemniku. Do czasu.

– Na długi czas… bardzo długi czas.

– Nie zapominaj, Krill: Athepolis, jeżeli tego chcesz, staje się bardzo małe.

– Dla mnie jest dość duże, aby znaleźć w nim swoje ciche miejsce. Bez obaw o to, że ktoś naruszy mój spokój.

– To tylko pozory, chłopcze, to tylko pozory. – W tej samej chwili na skrawku pergaminu napisał kilka słów, następne zebrał zwój i złożył na nim swoją pieczęć. – Ale skoro one ci wystarczą, twoja wola. – Mistrz wstał, podszedł do wiszącego dywanu. – Jeszcze jedno. Jesteś przyjacielem klasztoru, tylko ty możesz wprowadzić Rodryga. Królewicz zapewne będzie chciał, aby towarzyszyła mu gwardia. Oto papiery dla strażników bram i rozkazy dla opornych. – Wręczył mu pergamin, na którym dokonał przed chwilą poprawek: Chcę, abyś dopilnował, by pośród nich znalazł się człowiek imieniem Tarus z rodu Londa. To mój najbardziej zaufany, lojalista. Spal tę wiadomość. – I nie spuszczaj z królewicza oczu. Rozumiesz?!

– Mam się spodziewać zamachu?

– Spodziewaj się wszystkiego. I bądź przygotowany na wszystko. Sępy już krążą, a żmije gromadzą jad. Szepty, gwary, cienie w zaułkach. Nie ufaj nikomu. Z całą pewnością rynek usług zabójców i siepaczy w najbliższym czasie straci kilku cenionych specjalistów, ale taka już specyfika branży. W gwardii służą synowie rodów i powinni strzec honoru ich domów, ale skupiają się głównie na realizacji własnych ambicji. Po wszystkim zniknij. To miasto ma dobrą pamięć i krótką cierpliwość. Łatwo cię rozpoznać, Varadzie. I tym łatwiej jest cię zlokalizować. W pałacu nic ci nie grozi. Na ulicy mogę nie zdążyć z pomocą.

– Zrozumiałem. Nie wstawajcie, Mistrzu. Sam znajdę drogę.

Varad dzisiaj dowiedział się, jak pozory mogą człowieka zmylić. Axie, dotychczas uparta i niezłomna w swych postanowieniach, dała się namówić – częściowo – na ryzykowny plan, łamiąc zasadę neutralności, oddzielenia religii od polityki. Mistrz Szpiegów okazał się oddanym sługą swego królestwa, chcącym uniknąć wojny domowej, bo po cóż innego by się tak angażował. Tacy jak on nawet przy zmianie władzy zachowują pozycje i wpływy. A Krill okazał się najemnikiem, który stanął po czyjejś stronie z powodu własnych przekonań, a nie ciężaru sakiewki. Do czego ten świat zmierza? – ta myśl odbijała się echem w głowie, jak kroki po kamiennych schodach.

*

Powietrze na zewnątrz wydawało się wyjątkowo lekkie w porównaniu do gęstniejącej atmosfery baszty. Nie przeszkadzała nawet mieszanka zapachów potu, soli, kiszonej kapusty i metalu. Słońce raziło Krilla w oczy; czuł, jak tętno mu rośnie. Zwoje papierów, wciąż ciepłe od pieczęci, same znalazły się w jego dłoni. Wiadomość przeczytał raz jeszcze. Podszedł do kuchni. Kiedy odebrał swoją miskę, przechodząc obok ogniska, na którym podgrzewała się zawartość kotła, wrzucił w ogień notatkę Sycerusa.

Ruszył do komnaty Tarusa znajdującej się we wschodnim skrzydle. Zapukał; grube dębowe okute żelazem drzwi otworzył sługa. Kiedy zatrzasnęły się z charakterystycznym dla siebie skrzypieniem, Varad omiótł wzrokiem wnętrze. Spodziewał się większych luksusów, w końcu gwardia królewska to jednostka składająca się ze szlachetnie urodzonych. Najwyraźniej dzielili się na równych i równiejszych. W komnacie nie było żadnych obrazów, gobelinów ani nawet proporca z herbem domu Londa. Jakby sam Tarus chciał się odciąć od heraldyki i luksusu, które wielu z jego rodzaju uważało za oczywistość. Znalazł się w niej natomiast misa z wodą na taborecie, wąskie łoże z przepoconą pościelą i spakowany kufer. Giermek pomagał właśnie założyć zbroję swojemu panu. Rycerz trzymał w ręku miecz i pilnie obserwował gościa w drzwiach.

Nie było czasu na dworską kurtuazję. Najemnik przeszedł od razu do rzeczy.

– Tarus z domu Londa?

– A kto pyta, kto posyła? Nie uczono cię ogłady… Varadzie? – uniósł się sługa otwierający drzwi.

– Jestem Krill. Przysyła mnie pan Sycerus, to dla ciebie, Tarusie. – Varad wręczył słudze pergamin z pieczęcią. Ten przekazał swemu panu widomość. Giermek kończył właśnie sznurowanie i zapinanie zbroi na plecach. Tarus przeczytał treść, sprawdził, czy zbroja dobrze leży, i gestem odprawił służących.

– Mistrz szpiegów pisze, że mogę ci zaufać. Znasz plan?

– Miałem się udać do ciebie.

Rycerz podszedł do niewielkiego otworu okiennego. Rozglądał się uważnie.

– Rozumiem, udaj się do Rodryga. Musimy działać szybko. Poślę do stajennych, aby przygotowali dwa powozy, do każdego osobiście odprowadzę dwóch kucharczyków, skrytych pod kapturami, ale ubranych w książęce stroje, i przydzielę gwardzistów do ochrony. Jeden pojedzie do bramy zachodniej, drugi południowej. Zanim pałacowi donosiciele się zorientują, zyskamy cenny czas. Przyprowadź Rodryga na centralny dziedziniec, będę tam czekał. Plan miał w sobie wojskową logikę – proste środki, maksymalne zmylenie tropu.

*

Wejścia do komnaty następcy tronu pilnowało sześciu gwardzistów.

Gwardziści i najemnicy nienawidzili się od zawsze – Krill wiedział, że i dziś nie obejdzie się bez kłopotów, zwłaszcza że dowódca warty miał z nim kilka nierozwiązanych spraw. Kiedy tylko Varad zbliżył się na odległość pięciu kroków, halabardy dwóch gwardzistów zagrodziły wejście do komnaty księcia. Trzech położyło dłonie na rękojeściach krótkich mieczy. Dowódca warty stanął na wprost kondotiera.

– A ty gdzie? Najemny psie!

– Do środka, nadęty bucu! Mam ważną wiadomość dla królewicza.

– Ja mam wyraźny rozkaz nikogo nie wpuszczać! A ciebie, Krill, nie wpuściłbym, nawet gdyby stał za tobą sam król.

– W rzyci mam twoje rozkazy, Borta! Głowa mnie boli i nie mam ochoty na grę wstępną. Wejdę tam, nawet jeśli oznacza to obicie twojego pyska. Masz mnie natychmiast wpuścić.

– Kto tak powiedział?

Varad z trudem powstrzymywał się przed wyszczerzeniem zębów w gniewie, ale musiał zapanować nad drżeniem całego ciała. Zalała go fala gorąca – wiedział, że nie ma odwrotu. Sięgnął po glejty od Sycerusa, czując, jak napięcie ścina mu kark. Dowódca gwardzistów spoglądał na niego pogardliwie. Krill nie dał się sprowokować.

– Najwyższa kapłanka zakonu ateanek, a gdybyś miał wątpliwości, to Mistrz Sycerus je wszystkie rozwieje. Teraz mnie przepuść!

Borta zmrużył oczy, ale gdy Krill wręczył mu pergamin od Mistrza Szpiegów, dał znak, by go przepuścili.

– Jeżeli to łgarstwo, pożałujesz. Broń zostaje tutaj. – Wskazał ręką miecz, który Krill miał u pasa.

Varad musiał jednak zdać swoją broń. Halabardy odblokowały drogę. Wszedł do środka. Młody Rodryg ćwiczył szermierkę, jego przeciwnikiem był strażnik wykonany z drewna. Sądząc po nielicznych wyżłobieniach na jego powierzchni, bronił się dzielnie – strażnik, nie przyszły król. Obok manekina stał stelaż z drewnianymi mieczami i korbaczami, ciężkimi, tępymi, by uczeń nie zrobił sobie krzywdy. Siniak to lekcja – w prawdziwym starciu oznacza śmierć. Chłopak wylewał z siebie siódme poty. Miał na sobie tylko luźno wiszącą i przepoconą lnianą koszulę, spodnie oraz skórzane buty.

W pomieszczeniu unosił się zapach bzu. Królewicz, sądząc po nagiej dziewce w alkowie, nie spędził nocy sam. Pościel zakrywała tylko część jej pleców. Ignorując jego pokrzykiwania, spała spokojnie, nieświadoma królewskiej histerii. Za młody, by rządzić – ale już nie chłopiec.

– Bądź pozdrowiony, wasza książęca mość! – zawołał Krill i ukłonił się nisko.

– O! Varadzki najemnik! Przyszedłeś ze mną trenować? – Rodryg dyszał.

– Niestety nie, wasza królewska książęca mość. Przyszedłem jako posłaniec, aby przekazać wam zaproszenie.

– Zaproszenie? Nareszcie, teraz nikt nigdzie nie chce mnie zapraszać. Co to za bal?

– To nie bal. Matka Axie, przełożona zakonu ateanek, chce z wami osobiście porozmawiać. Chodzi o ceremoniał pogrzebowy. Jest ona bardzo zajęta, dlatego prosi uprzejmie o wasze niezwłoczne stawienie się u niej.

 – Ta starucha? Niech skończy modły i sama do mnie przyjdzie. Co ja jestem, pierwszy lepszy szlachciura? Jestem następcą tronu. Nie ruszam się nigdzie, jeśli to nie będzie bal.

 – Pogrzeb króla to wszakże też uroczystość, choć smutna. Niezbędna jest tam wasza obecność. Wiem, że żal i smutek zaprzątają myśli waszej książęcej mości. I rozumiem chęć uciszenia owych trosk w ramionach wybranki. – Wskazał głową na śpiącą dziewkę. – Niemniej Matka Axie nalega.

Następca tronu podszedł do misy z wodą. Opłukał głowę i przemył twarz. Popatrzył na dziewczynę leżącą w jego łożu. Następnie podszedł do stelaża i rzucił najemnikowi drewnianą imitację krótkiego miecza.

 – Mam się udać do Axie? Walcz ze mną, Varadzki barbarzyńco! Jeśli wygrasz, idę z tobą. – Rodryg rzucił się na Krilla, machając mieczem jak cepem – w górę, w dół, w lewo, w prawo. Krill musiał przez chwilę odpierać uporczywe ataki, po czym znudzony, odbił cios i ostrze wypadło Rodrygowi z rąk.

Odgłosy walki przywołały strażników zza drzwi; pierwszy był Borta. Postąpił kilka kroków w stronę niedoszłego napastnika, z mieczem gotowym do pchnięcia. Krill ustawił się frontem do strażników, broni nie schował.

– Stać! Chciałem trochę potrenować z żywym przeciwnikiem. Możecie odejść! – rozkazał strażnikom następca tronu.

Wycofali się za drzwi. Borta został w środku. Krill go zignorował i zwrócił się do Rodryga.

– Wybacz, wasza książęca mość, czas nas nagli. Raczyłbyś więc, panie, co szybciej przywdziać szaty do podróży. Wielkim nietaktem mogłaby się okazać odmowa Matce Przełożonej, mój panie. – Jak on nie znosił dworskiej mowy. I tych ukłonów, przydechów i całej tej kurtuazji.

– Pan Sycerus wspominał coś wczoraj na twój temat i o mojej podróży też, ale myślałem, że chce mnie tylko postraszyć karą, żebym nie rozrabiał.

Kara to będzie eufemizm w porównaniu z przeprawą, jaką będzie miała Matka Axie z tym młodzikiem – pomyślał Krill.

– To bardzo pilne spotkanie, wasza książęca mość. Im szybciej tam się wybierzemy, tym lepiej.

Rodryg podszedł do drewnianej kukły, wykonał półobrót i uderzył. Ostrze uderzyło płasko i znowu wypadło mu z rąk; strażnik z drewna ocalał po raz kolejny.

 – No dobrze. No co tak stoisz jak to ciele, Borta? Podaj mi szaty, wyruszam natychmiast! – Na wielkim łożu leżała przygotowana królewska szata w kolorze czerwieni, haftowana srebrem na torsie, z herbem Harasmów – złoty sierp i młot na tle hełmu z pióropuszem. Nad nimi korona z trzema rozetami. Krill spostrzegł minę gwardzisty. Nie lubił go, choć rozumiał. Borta nie był już giermkiem, ale w obliczu króla musiał schować dumę głęboko w sobie – jakby w rzyć wsadził honor.

Dziewczyna na łóżku nadal spała snem niewinnego dziewczęcia.

* Udali się do stajen, potem na plac centralny. Po drodze minęli plac treningowy. Dioram krzyczał, klął i pouczał swoich kamratów. Nie zwrócił na nich uwagi.

Tarus czekał z końmi gotowymi do drogi. Jechali samym środkiem miasta. Borta prowadził orszak z trzema strażnikami, Krill zamykał kolumnę z Tarusem.

– Napuszył się jak paw. Zadarł nosa tak wysoko, że tylko jego własna próżność może sięgać wyżej – skomentował krótko Krill.

– Tacy już są wszyscy możni i ich synowie – odparł jadący obok niego strażnik. – Ale to nasz przyszły władca. Tron mu się należy z prawa krwi i tradycji.

– Nie ma wam, Mittyllydom, czego zazdrościć. Gdyby to miał być mój król, dawno wyruszyłbym jak najdalej od Athepolis. Albo raz porządnie zlał go po tyłku za takie zachowanie.

– Powiedz coś na ten temat Borcie. Królewicz traktuje go jak żywą zabawkę i nie daje mu spokoju. – Mężczyzna przechylił się do Varada i wyszeptał: – Wbrew pozorom najciemniej jest pod latarnią i najbezpieczniej w miejscu publicznym. Cała trasa i każdy dom jest obserwowany przez agentów, jakich Sycerus ma w mieście. Tu jesteśmy najbezpieczniejsi. Trasa zachodnia i południowa również.

– Tylko dalej zostajemy sami. Jesteś gotów?

– Na wszystko.

– Zachowaj czujność, a zachowamy życie.

Dowódca gwardzistów, Borta, zauważył ich rozmowę i natychmiast się wtrącił:

– Hej, Tarus! Nie marnuj czasu na gadanie z tym najemnym ścierwem! – zawołał do swego podwładnego.

Królewicz Rodryg, zanurzony we własnym świecie, nie dostrzegał, jak jego poddani podbiegali i błagali o jałmużnę. Straż przednia kopniakami odganiała tłum. Krill, jadąc z tyłu, słyszał najszczersze wyrazy szacunku ludu dla swojego władcy.

– Parszywiec!

– Syn kurewski, nie królewski!

– Żebyś zaraził się trądem!

Padały jeszcze inne epitety i życzenia, ale Varad nie był w stanie ich wszystkich zrozumieć, choć myślał, że zna już większość mittyllydzkich przekleństw.

Straż przednia rozpędzała tłum. Krill wpatrywał się w otoczenie. W tłumie ktoś w długim płaszczu po coś sięgał. Mężczyzna miał już chwycić królewicza za płaszcz, gdy nagle chmara dzieci obległa zakapturzoną postać. Nie mogąc nic zrobić, napastnik musiał się wycofać.

Nerwy dowódcy gwardzistów były napięte do granic wytrzymałości.

– Tarus, rozkazałem ci z nim nie rozmawiać! Jedź na przedzie! Teraz twoja kolej na zabawę z pospólstwem. A ty, Krill, zamilcz, albo przed dotarciem do klasztoru spotka cię bardzo niemiła niespodzianka! – To mówiąc, rozkwasił butem nos jakiegoś biedaka. W powietrzu koło głowy mignął pocisk ze zgniłej kapusty. Krill poczuł, jak niecierpliwy koń rwie się do przodu wbrew jego woli, więc chwycił mocniej wodze. Odwrócił głowę do Borty.

– A co? Boisz się, że powiem twemu podwładnemu, jak skopałem ci rzyć?

– Jeszcze jedno słowo, a przysięgam, że nie ujrzysz bramy wjazdowej – wycedził przez zaciśnięte zęby Borta.

*

Opuścili miasto krótko po południu. Rodryg, o dziwo, nic nie mówił, nikogo nie zaczepiał. Widocznie, kiedy nie ma tłumów poddanych albo klakierów wokół siebie, nie ma potrzeby chwalenia się. A może to wolne tempo podróży go uśpiło, bo tylko znudzonym wzrokiem śledził mijane drzewa.

Jadący obok varada strażnik co kilka kroków zmniejszał dzielącą ich odległość i zwiesił głowę, jakby usnął w siodle. Kiedy Krill się przechylił, aby go obudzić – strażnik nagle uderzył. Cios w szczękę zwalił Varada z wierzchowca. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Borta wciągnął osłupiałego następcę tronu na własnego wierzchowca i pognał przed siebie, a zaraz za nim pierwszy gwardzista. Tarus zdołał wyciągnąć miecz, ale strażnik z tyłu również. Jego ostrze przebiło lewe ramię Tarusa, ten upadł na ziemię. Krillowi natomiast, z mroczkami przed oczyma, udało się uniknąć ciosów. Drugi zdrajca chciał dobić Tarusa i zapewne dołączyć do tego, który nacierał na najemnika, ale choć na pierwszy rzut oka ranny gwardzista leżał nieruchomo, to jednak okazał się na tyle wytrzymały, by wstać i walczyć. Jego lewa ręka zwisała bezwładnie, na szczęście był praworęczny i biegły w sztuce fechtunku. Krill natomiast nie umiał walczyć w końskim siodle.

Puścił cugle i zeskoczył z konia. Jednym cięciem przeciął uprząż, a jeździec runął na ziemię razem z siodłem. Krill rzucił się do ataku, lecz przeciwnik zdążył kopnąć go w brzuch i poderwać się na nogi. Był silniejszy i bardziej wypoczęty. Najemnik cofał się pod naporem kolejnych ciosów, aż poczuł za plecami pień drzewa.

Strażnik zamachnął się szeroko. Krill uskoczył. Ostrze utkwiło w pniu. To wystarczyło.

Chwilę później napastnik osunął się na ziemię, próbując bezskutecznie zatamować śmiertelną ranę.

Tarus wciąż walczył.

Krill ruszył mu na pomoc. Ranny rycerz ledwo trzymał się na nogach, ale jego obecność ograniczała ruchy ostatniego gwardzisty. Walka szybko zamieniła się w brutalną szamotaninę.

Strażnik dopadł Krilla i zacisnął dłonie na jego gardle. Najemnikowi ciemniało już przed oczami, gdy przeciwnik nagle zawył z bólu. Tarus resztką sił ciął go nad kostką.

To wystarczyło. Krill wyrwał się z uścisku, sięgnął po miecz i uderzył na oślep.

Strażnik runął martwy.

Na polanie zapadła cisza.

Tarus jeszcze oddychał.

Krill rozerwał kawałek własnej kurtki i zacisnął prowizoryczną opaskę powyżej rany. Potem przywiązał konie do gałęzi i podniósł rycerza do pozycji półsiedzącej.

Gdyby nie zbroja, już dawno stanąłby przed sądem Trójcy.

Tarus spojrzał na niego półprzytomnie.

Chciał coś powiedzieć.

 – Nie skreślaj go, jest wart, aby go ratować! – wyszeptał.

 – Milcz! – przerwał mu Krill. – Na niewiele mi się zdasz, martwy. Dokończę to, znajdę Rodryga. Trójca z tobą!

Kondotier posadził rannego na konia. Klepnął płasko ostrzem w zad wierzchowca, a ten pognał wraz z rannym w stronę klasztoru. Krill nie miał czasu do stracenia – musiał jak najszybciej ruszyć w pościg za resztą. Nie wiedział, czy Borta i pozostały przy życiu strażnik byli w zmowie. Wziął drugiego konia i ruszył przed siebie.

 – Kurwa ich mać! Że też dałem się tak zaskoczyć, jak jakiś pieprzony amator! – przeklinał sam siebie. – Szlag by to trafił! – Krill zaczął się nerwowo rozglądać. Rozważał, w którą stronę powinien się udać. Tego dnia miał dużo szczęścia w nieszczęściu. Na gałęzi dostrzegł kawałek srebrzystej szaty Rodryga. Najemnik wiedział już, że zbiegowie zmierzali na północ. W tym momencie usłyszał donośne krakanie i ciemny pierzasty kształt szybko przeleciał mu nad głową – ptak, którego widział u Matki Axie. Przysiadł na drzewie, obok skrawka materiału. Chwycił go w dziób i pofrunął. Nic nie dzieje się przypadkiem, więc Krill zaryzykował i pognał wierzchowca za krukiem.

*

Przybył do jaskini. Przed wejściem stał przywiązany jeden koń i skubał trawy. Gdzie reszta? Może to podstęp? Ptak, jak nagle się pojawił, tak równie szybko zniknął. Krill nie zastanawiał się nad tym zbyt długo – po prostu wszedł do jaskini, starając się nie hałasować. Trud okazał się daremny; wewnątrz znalazł jedynie leżącego plecami do góry strażnika. Ziemia wokół ciała zdążyła wchłonąć trochę krwi. To jeszcze nie wykluczało Borty jako zdrajcy. Podszedł bliżej, by przyjrzeć się ciału. Ku jego zdziwieniu strażnik jeszcze oddychał, rana była jednak śmiertelna – pozostało mu najwyżej kilka chwil. Krill musiał wydobyć od niego jakąś informację.

 – Gadaj! Gdzie Borta z dzieciakiem? On ci to zrobił, prawda?

Jego oczy były już prawie matowe.

 – Zdradziłeś, ale jeśli mi pomożesz, przysięgam ci na mój honor, że zostaniesz pomszczony. Za każdą zdradę jest tylko jedna kara. Teraz będę zadawał pytania, a ty kiwaj głową. Chcesz się na nim zemścić?

Oczy rannego rozbłysły na chwilę – chciał.

Samotna Wieża… – wyszeptał gwardzista.

– Tam mieliście go oddać? Jakie mieliście instrukcje?

Głowa opadła, a oddech już ustał.

Cholera, mogłeś jeszcze chwilę pożyć! – Varad przeklął w myślach. Zdrajca zdążył wyzionąć ducha, ale Varad już wiedział, dokąd zmierzał Borta.

Cisza wypełniła jaskinię. Krill odetchnął głęboko. Do jego uszu dobiegło ledwo słyszalne parskanie konia na zewnątrz. Do Samotnej Wieży było dziesięć mil. Wybiegł co sił, by jak najszybciej ich dogonić, ale jedyne, co zobaczył, to drugi koń z przełożonym przez grzbiet królewiczem, kilku zbrojnych i setka gwiazd pośród ciemności, patrząca w milczeniu na jego spóźniony refleks.

*

Ból głowy uświadomił mu, że jeszcze żyje. A czub buta pod jego żebrem – że nie jest sam. Świadomość wracała jak fala bólu – powoli, ale bez litości.

 – No! Co nam powiesz, Varadzki kundlu? – Głos nie należał do tego, kogo Krill spodziewał się usłyszeć. Dzisiaj nic już nie mogło go zaskoczyć.

Varad zaczął szarpać liny, którymi był związany. Wzniecił tumany kurzu i pyłu.

 – Przeklęty karyplu! Rozwiąż mnie, to zobaczysz przez te swoje szkiełka, co mam ci do powiedzenia!

Mały, łysy człowiek roześmiał się, po czym kopnął Krilla leżącego i związanego niczym prosiaka czekającego, aby go wbić na rożen. Pod nim leżały płyty popękanego granitu – zbyt równe jak na dzieło natury, co znaczyło, że znajdowali się w Samotnej Wieży. Bolał go każdy mięsień i miał wrażenie, że w mocno związanych kończynach całkiem ustało krążenie krwi.

– Jeszcze ci mało, Varadczyku?! Proszę bardzo…

Gdy łysy przymierzał się do kolejnego kopnięcia, Krill przewrócił go związanym ciałem. Obaj runęli na kamienie. Najemnik zdążył jeszcze uderzyć go głową w twarz, zanim zimne ostrze zatrzymało go w pół ruchu.

 – Starczy zabaw męsko-męskich. Mówiłem ci, żebyś na niego uważał. Po co w ogóle trzymamy to najemne ścierwo przy życiu? Przecież miał zostać wyeliminowany.

 – Bo sytuacja się zmieniła i na kogoś musi paść podejrzenie. Mamy od dziś kilka wakatów w radzie senatorów. Przypomnieli sobie nagle o przysiędze dla Harsamów. A on… – Mittyllyd wskazał palcem na związanego najemnika. – Miał eskortować, zdradził, przekupił kilku ludzi i porwał chłopaka. I tu wchodzisz ty! Zorientowałeś się. Dopadłeś go, ale za późno – królewicz zaginął.

 – Mam w takim razie jedno pytanie – odezwał się Varad – Jak wyjaśnisz to, że Tarus dotarł do bramy klasztornej poraniony, wpółprzytomny, ale żywy i opowie inną wersję wydarzeń?

– Byliście śledzeni od chwili opuszczenia miasta – powiedział okularnik. – Tarus nie żyje, a królewicz dotrze do Magaham. Tam zostanie odnaleziony. To wystarczy, by wierni Harsamom senatorowie zażądali wojny. Resztę zrobi chaos.

– A potem pojawi się ktoś, kto ten chaos ugasi?

– Wreszcie rozumiesz. Borta powstrzymaj się jeszcze z zabijaniem go, dopóki nie powiem.

Szedł na dół Po kilku chwilach milczenia Varad odezwał się jako pierwszy. Może jeśli go zagada na te kilka cennych sekund, uśpi jego czujność. Tacy jak Borta lubią się chełpić. Okazać wyższość nad każdym – zawsze i wszędzie.

 – A czemu zabiłeś tego strażnika w jaskini?

 – Zadajesz za dużo pytań. Zamkniesz wreszcie pysk, czy mam ci obciąć język?

 – To daj mi chociaż coś do picia. W gardle mi zaschło i łeb mnie boli – tyle to już chyba możesz zrobić dla swojej ofiary? – grał na zwłokę, ale żaden pomysł nie przychodził mu do głowy.

Borta postawił przed nim kubek z winem, po czym kopnął w brzuch najemnika tak, że ten aż się skulił.

Varad przewrócił się na bok i doczołgał na prawym boku do kubka. Odepchnął się od kamiennej płyty łokciem, a jednocześnie, wstając na jedno kolano, chwycił kubek zębami.

Przechylił kubek a zawartość znajdowała się na nim zamiast w nim.

 Krill ponownie siłował się ze sznurami na nadgarstkach. Musiał się śpieszyć – jego przedramię wciąż było mokre, ale zaraz wyschnie i straci poślizg. Pot też pozwalał na minimalne przesunięcie pętli na rękach, na tyle, aby po kilku minutach wysiłku jej krawędź znalazła się pod jego prawym kciukiem. Dawno temu, wybił kciuk ze stawu. Teraz był komuś za to bardzo wdzięczny. Obracając dłonią to w lewo, to w prawo, z zapadniętym kciukiem i bólem, jaki powodowało tarcie szorstkiej liny o skórę, udało mu się oswobodzić.

Gdyby dał się ponieść żądzy krwi, która teraz w nim wrzała, natychmiast rzuciłby się na Bortę – może nawet zepchnął z wieży. Stłumił w sobie ten głos. Wywołałby tylko hałas i ściągnął niepotrzebnie pozostałych konspiratorów.

Był wolny – to było najważniejsze. Czekał na odpowiedni moment. Nie miał broni, a łysy okularnik mógł przyjść w każdej chwili. Nie wiedział też, ilu ludzi wziął ze sobą Mittyllyd. Wtedy, przed jaskinią, zdołał dostrzec trzech, lecz mogło być ich więcej. Pilnującego go gwardzistę musiał wyeliminować najciszej, jak się da. Wiedział, że tamten czuje się pewnie – panuje nad sytuacją, a on jest związany i zdany na jego łaskę. Trzeba było to wykorzystać. Utrzymać pozory jeszcze przez chwilę.

 – Nie obawiasz się, Borta? W końcu ludzie mówią, że to nawiedzone miejsce.

 – Nie pieprz mi tutaj, dobrze wiesz, że nic tu nie ma.

Krill się uśmiechnął. Właśnie coś już tu było.

 – Byliśmy tu obaj i nic nam się nie stało.

 – A ja zaczynam wierzyć.

 – Tak? A w co, jeśli łaska?

 – W przeznaczenie.

Chciał tylko kupić sobie kilka oddechów.

 – W przeznaczenie, ale pieprzysz jak stara baba.

Małymi ruchami Krill cofał się na kolanach, aż poczuł na plecach krawędź murów wieży. Tak oparty o granit, mógł zasłonić wolne ręce. Poczekał, aż tuż nad nim stanie zdrajca z wymierzonym w niego ostrzem miecza. Popatrzyli sobie w oczy, a ich spojrzenia były ostre i gwałtowne niczym wymiana ciosów.

 – Bo widzisz, już raz tu się pojedynkowaliśmy. Teraz jesteśmy tu znowu. Co prawda wtedy to były pięści, a teraz idziemy na noże. Wydaje mi się, że przeznaczenie chce, aby dokończyć dzieła. Tylko jeden z nas powinien był wtedy przeżyć. Teraz nadarza się okazja, by naprawić ten błąd.

Strażnik wybuchnął gromkim śmiechem.

 – I dziwić się, że was, Varadów, uznają za dziwaków.

 – To tylko pozory, Mittyllydzie. Prawda o Varadach jest zupełnie inna. Zbliż się, to ci ją wyjawię.

Najemnik spojrzał i uśmiechnął się, jakby to on trzymał ten wymierzony w ciało kawałek stali. Jego wzrok przebiegł wzdłuż linii ostrza. Nie mógł się pomylić – jeden za mocny ruch nogą i sam nadzieje się na ostrze. Mięśnie miał już napięte i gotowe do skoku.

Tego dnia wciąż przekonywał się o istocie losu. Raz jeszcze ptak, który u Axie zajadał się chlebem, a który skradł skrawek ubrania i skierował Krilla do jaskini, krakał głośno. W chwilach, gdy życie wisi na włosku, człowiek widzi więcej, niż powinien – ale Hubertus wyglądał inaczej niż wcześniej: był trochę większy i czarniejszy niż noc wokół, sprawiał wrażenie, jakby wręcz pochłaniał bladą poświatę księżyca.

Krill wiedział, że to ten ptak przyleciał na szczyt wieży i zaczął głośno krakać, czym zajął na bardzo krótką chwilę uwagę Borty. Kiedy tylko ten się odwrócił w stronę źródła dźwięku – to nie był przypadek. Nigdy nie był.

 – Prawda jest taka, Borta… Nigdy nas nie docenialiście, więc będziecie tego srodze żałować!

Krilla zerwał się, obracając wzdłuż linii ostrza, uderzył barkiem, przewrócił strażnika, złapał za nadgarstek dłoni trzymającej miecz i wykręcił. Ostrze stuknęło o płytę granitu, a ręce najemnika znalazły gardło zdrajcy. Oczy Varada zapłonęły gniewnie, na jego twarzy pokazał się okrutny uśmiech. Zacisnął dłonie najmocniej, jak tylko mógł, ignorując paniczne kopnięcia w żebra, palce wbijające się w twarz, w oczy.

Nie poczuł ulgi. Tylko pustkę i echo własnego oddechu.

Krew z rozciętego czoła utrudniała widzenie. Wysiłek sprawił, że rana się otworzyła i Varad widział wszystko jak przez czerwoną zasłonę. Podziękował skinieniem głowy ptakowi, który zniknął gdzieś na ciemnym nieboskłonie. Najemnik postanowił zaczekać na okularnika. Oparł zwłoki Borty o balustradę i odwrócił je tyłem – teraz trup sprawiał wrażenie, jakby wyglądał, by zobaczyć, co się dzieje.

Krill szczerze wątpił, czy łysy Mittyllyd w okularach da się nabrać na tak idiotyczną sztuczkę, ale wystarczyłaby mu chwila. Cóż, będzie następnym mittyllydem, który boleśnie odczuje skutki tego, że zlekceważył varada.

* Okularnik zjawił się po kwadransie. Sam. Popełnił błąd, choć jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy. Pewnym krokiem wdrapał się na ostatnią kondygnację. Krill udawał śpiącego; nadchodzący Mittyllyd nawet na niego nie spojrzał.

 – Hej, Borta! Nie odwracaj się do tego Varadzkiego najemnika plecami. Sam mnie przed tym ostrzegałeś!

Łysy postąpił jeden krok do przodu; zwłoki zdrajcy osunęły się po murze i w tej samej chwili zimny metal zetknął się z szyją okularnika. Był tak zaskoczony, że stanął jak sparaliżowany.

Zawsze ten sam błąd. Patrzą, ale nie widzą.

Kondotier widział, jak jego zakładnikowi drżą nogi, oddycha szybko i płytko. Mówił cichym, zimnym tonem, niczym śmierć.

 – Nie krzyczysz? To rozsądne. Odpowiesz na moje pytania, pożyjesz dłużej, zrozumiałeś?

Okularnik kiwnął głową.

 – Dobrze. Ilu masz ludzi?

 – Pięciu.

 – Gdzie jest Rodryg?

 – Na drugim piętrze.

 – Ilu ludzi go pilnuje?

 – Trzech. – Konspirator przełknął głośno ślinę.

 – Gdzie pozostali, dawaj.

 – Na czujce.

 – Kiepsko poszedł ci ten spisek. Zdrada rzadko wychodzi dobrze, kiedy zdradzasz głupców.

 – Masz rację, nie doceniłem cię, Krill. Uległem pozorom, że jesteś związany, bezradny, pokonany… ale i ty ulegasz pozorom, jeśli myślisz, że gdy mnie zabijesz, to ujdziesz stąd żywy. Jeżeli jednak mnie wysłuchasz, wyjedziesz stąd znacznie bogatszy i przede wszystkim ocalisz życie.

Okularnik poczuł, jak krawędź ostrza nieco mocniej wbija się w jego szyję.

 – Twardo się trzymasz jak na kogoś, kto w każdej chwili może się pożegnać z życiem. Słucham więc twojej propozycji, okularniku.

 – Jesteś najemnikiem, prawda? Pracujesz dla tego, kto lepiej płaci. Tobie to wszystko jedno, kto i dlaczego. Oferuję ci tysiąc złotych koron i stanowisko dowódcy gildii na maghamskim dworze.

 – Borcie zaoferowałeś tysiąc pięćset złotych koron, a on leży tam martwy, w przeciwieństwie do ciebie… przynajmniej na razie.

Varad przycisnął miecz do skóry Mittyllyda. Niewielka kropelka krwi pojawiła się na ostrzu.

 – Zgoda! Cholera, umiesz się targować! Tysiąc siedemset złotych koron, Krill! Usatysfakcjonowany?

 – Lepiej, ale wciąż daleko do satysfakcji.

Widział, jak drży mu powieka. Strach zawsze zaczyna się w oczach.

 – To wymuszenie, nie negocjacje. Zgoda. Dwa tysiące i niech cię szlag trafi!

 – Bardzo dobrze. – Najemnik wycofał miecz, ale nie schował. – A teraz idziemy.

Schodzili spiralnymi schodami Samotnej Wieży. Mur był zimny, drewno spróchniałe, a pomiędzy piętrami ziejące dziury przypominały, że jeden nieostrożny krok wystarczy, by roztrzaskać się o kamienie na dole.

Na drugim poziomie przy świetle pochodni trzech zbirów grało w kości, kusze trzymając na kolanach.

Krill nie zauważył, kiedy okularnik sięgnął po broń.

Błysnęło ostrze.

Najemnik odskoczył, ale sztylet rozciął mu brzuch.

Stanęli naprzeciw siebie na wąskich schodach. Krill z mieczem i dłonią przy ranie. Okularnik z niewielkim ostrzem i niepokojącą szybkością.

Pierwszy ruszył Mittyllyda.

Krill uniknął jednego pchnięcia, potem drugiego, lecz zawadził piętą o stopień i runął na plecy. Miecz wypadł mu z dłoni i poleciał dwa poziomy niżej, przerywając grę w kości.

Sztylet zatrzymał się o włos od jego gardła.

Chwycił napastnika za nadgarstek.

Zaczęli się szamotać.

Ból rozciętego brzucha odbierał oddech. Z dołu słychać było już biegnących zbirów.

Okularnik chciał się odsunąć, dostrzegł własnych ludzi.

To go zgubiło.

Krill ostatkiem sił szarpnął go za kurtkę, wsunął kolano pod jego brzuch i obrócił się wraz z nim poza krawędź schodów.

Spadli.

Dwa piętra niżej.

Łomot odbił się echem od kamiennych ścian wieży.

Potem zapadła cisza.

Okularnik zamortyzował upadek własnym ciałem.

Nie żył.

Krill stoczył się z martwego przeciwnika. Każdy oddech palił. Żebra protestowały, a krew spływała po brzuchu i twarzy.

Zdołał jedynie oprzeć się o ścianę.

Wokół zgromadzili się zbóje i Rodryg.

Jeden z ludzi trzymał wymierzoną w niego kuszę.

– Łysol nie żyje. I co teraz, Eigon?

– Nie wiem. Gdzie ten Borta?

Krill splunął krwią.

– Nie żyje. Zadusiłem skurwysyna gołymi rękami.

Herszt spojrzał gdzieś w dal, szukając rozwiązania w tylko sobie znanym zakamarku umysłu.

 – Dobra, szykujcie konie! Bierzemy dzieciaka i ruszamy dalej.

Zostali we czworo: Eigon, kusznik, królewicz i Krill.

 – A co do ciebie, Varadzie… – Eigon podszedł do niego z wyciągniętym kordem. – Pozbawiłeś mnie pracodawcy, teraz ten wieprz nie wypłaci mi ani złotego, ani srebrnika. – Odwrócił się i kopnął trupa ze złością.

Każdą propozycję można odrzucić, ale potem można tego żałować. Można również żałować propozycji, którą się składa. Kondotier nie miał wyboru.

 – Nie pozostaje mi chyba nic innego, jak się wykupić.

 – Wykupić? No, to już lepiej. A za ile?

Krill usłyszał, jak zatrzask kuszy wrócił do pozycji gotowej do wystrzału.

 – Jest was pięciu, dam każdemu z was po sto złotych koron za życie moje i tego chłystka tutaj. – Królewicz podniósł głowę, ale nic nie powiedział.

 – To dużo pieniędzy. A ty nie wyglądasz na takiego, co by złotem śmierdział.

 – Miałem przy sobie sakiewkę z ponad pięćset koronami…

 – Miałeś – wtrącił Eigon, poklepując znajomą sakiewkę przy swoim pasie.

 – Potraktujmy to jako zaliczkę i dowód mojej wypłacalności. Kiedy dotrzemy na miejsce, dostaniecie resztę. – Rana na brzuchu krwawiła, brudząc ubranie. Zacisnął dłoń mocniej, aby spowolnić upływ krwi. Herszt zmrużył oczy i zamyślił się, gdy do rozmowy wtrącił się Rodryg.

 – Panie Eigon, wysłuchajcie teraz mojej propozycji. Być może Krill ma takie pieniądze, ale tylko być może. Jako szlachetnie urodzony poświadczam swym życiem i honorem, że otrzyma pan równie wysokie wynagrodzenie za odprowadzenie mnie do klasztoru bogini Ate jak za dostarczenie mnie do Magaham. Oraz, że nie musi się pan obawiać konsekwencji związanych z moim uprowadzeniem.

Varad nie spodziewał się tego po nim. W jego głosie nie było strachu, tylko pewność. Zakurzony, pokrwawiony i połamany najemnik popatrzył na królewicza; jego wyraz twarzy był wymowniejszy niż słowa.

 – Widzisz, Krill – ciągnął królewicz – mam swój rozum, pozycję i środki, by dbać o swoje bezpieczeństwo. Wbrew pozorom umiem je dobrze i odpowiednio wykorzystać. Nie jestem tylko rozkapryszonym i nadętym bachorem, za jakiego uważa mnie większość dworzan i poddanych. Choć to całkiem wygodne pozory.

Rodryg wyprostował plecy.

– Mistrz Sycerusem na mój rozkaz szukał azylu u Matki Axie, kiedy zacząłem rozumieć, jak wygląda sprawowanie władzy na moim dworze. Moi przodkowie napsuli wiele krwi. Nie cofnę tego. Za ich grzechy przyjdzie mi jeszcze długo pokutować. Nie uda się ustrzec przed zdradą, kiedy królestwem rządzi się z pozycji żelaznego uścisku. To logiczna konsekwencja.

Ludzie Eigona przyprowadzili konie, gotowe do szybkiej ucieczki. Dowódca zbirów gestem dał im znać, aby czekali. Królewicz kontynuował:

 – Musieliśmy zaryzykować prowokację. Udało się nam wywieźć z miasta wszystkich podejrzanych z mojego bezpośredniego otoczenia. Pozostali nie mieli czasu się zorganizować. Sycerus zablokował przepływ informacji w mieście. I na moje szczęście okazałeś się tak dobry, jak o tobie mówił Dioram. – Rodryg też na chwilę się zamyślił. – W końcu każdy popełnia błąd, ulegając i zawierzając pozorom, że jest się absolutnie bezpiecznym nawet pod czujnym okiem kogoś takiego jak mój Mistrz Szpiegów.

Zwrócił się do bandyty.

 – To jak, Panie Eigon? Zawrzemy układ?

Wszyscy milczeli. Nawet ogień w pochodniach zdawał się nie poruszać.

*

Bramę klasztoru ujrzeli wczesnym rankiem – a przed nią niecodzienny widok. Mistrz Szpiegów rozmawiał, a właściwie kłócił się z Matką Przełożoną. Wokół kręciło się kilkunastu pieszych oraz konnych gwardzistów i najemników, z Dioramem włącznie. To on jako pierwszy zawołał do kłócących się i wskazał im nowo przybyłych.

Podjeżdżali powoli – Krill brudny, zakrwawiony, z prowizorycznym opatrunkiem wokół rannego brzucha; Rodryg obok, z poważną miną; i Eigon ze swoją bandą. Zostali otoczeni. Eigon uspokoił swoich ludzi gestem dłoni. Axie, z kamienną twarzą, spojrzała na Krilla; w jej oczach dojrzał coś, co bardzo go uspokoiło, choć nie potrafił tego nazwać.

Obok Matki stał Mistrz Szpiegów.

 – Ty cholerny, Varadzki najemny psie! Nie taka była nasza umowa. Miałeś dopilnować, aby Rodryg… jego królewska mość… bezpiecznie dotarł do klasztoru. Złamałeś kontrakt!

Krill nie wytrzymał.

 – Słuchaj mnie, ty zakonspirowany skurwysynie! Mam dość wyzywania mnie od psów, pijaków, „Varadczyków” i tym podobnych! Odwalam za ciebie brudną robotę, narażam życie i zdrowie, by ratować twojego króla. Okaż więcej szacunku i wdzięczności, albo żadna ochrona na świecie ci nie pomoże!

Do dyskusji włączył się Rodryg.

 – Mistrzu Sycerus! Krill jak najbardziej wypełnił warunki waszej… naszej umowy. Bo gdyby nie on, nie dotarłbym cały i zdrowy przed oblicze czcigodnej Matki Axie.

Ukłonił się tak głęboko, jak pozwalała na to pozycja zajmowana w siodle. Axie odwzajemniła ukłon z lekkim trudem.

Twarz przyszłego króla wyrażała skupienie i powagę, której dotąd nie ujawniał, o którą nikt by go nie posądzał. Ale ta maska nie będzie mu już potrzebna. Nowe oblicze króla lustrowało czujnym okiem otoczenie klasztoru.

– Teraz będziesz, Mistrzu, łaskaw wypłacić tym oto mężom za dodatkową eskortę po pięćdziesiąt złotych koron od głowy i puścić ich wolno, nie kłopocząc swoimi pytaniami.

Zwrócił się do herszta zbójów:

 – Panie Eigon, zaliczkę proszę sobie zachować. Proponuję udać się w jakieś przytulne okolice na południu naszego królestwa. Prosze zatem nie szczędzić koni, zaręczam.

Eigon uśmiechnął się nieśmiało i nerwowo, spoglądając na żołnierzy. Gdy tylko otrzymał zapłatę, pośpieszył swoich ludzi do odjazdu.

 – A ty, Krill, nic się nie bój. Wszelkie twoje straty pokryje skarbiec rodu Harasmów. Masz moje słowo. Ja, w przeciwieństwie do ojca, dotrzymam słowa.

 – Czcigodna Matko Axie – zwrócił się do Przełożonej Ateanek – prosiłaś, bym stawił się u was osobiście w celu omówienia kilku ważnych spraw wagi państwowej i religijnej. Czy możemy zatem porozmawiać na spokojnie, bez tych tłumów?

 – Krrraaa! – kruk wylądował na ramieniu swej pani. Teraz wyglądała tak, jak ją Varad zobaczył po raz pierwszy. Matka Axie pogładziła ptaka po głowie i spojrzała na królewicza. Krill nie dostrzegł zwykłego chłodu w jej oczach – wejrzenie było łagodne.

Przytaknęła głową.

 – Niech brama klasztoru zgromadzenia kapłanek bogini Ate, bogini miłości i miłosierdzia, stanie przed tobą otworem. Zapraszam cię, Rodrygu, synu Oryka II z rodu Harasmów, do naszego świętego sanktuarium. Bramy te pozostaną dla ciebie otwarte z woli bogini, póki będzie cię uznawała za godnego miana przyjaciela klasztoru.

Zerknęła czujnym spojrzeniem na Varada. Krill chciał otrzymać od niej pewną odpowiedź.

– Modliłam się za ciebie. Może bogini wysłuchała mych słów i miała nad tobą czuwanie?

 – Chyba nie tylko ona?

 – Może? Prawda, Hubertus? – Na jej nieruchomej twarzy pojawił się niewielki, ledwo zauważalny uśmiech. Ptak rozwarł dziób i rozprostował skrzydła, cicho zakrakał. Axie znowu pogłaskała go po głowie.

Varad zsunął się z siodła; któryś z najemników złapał go w ostatniej chwili i pomógł utrzymać równowagę.

Axie podeszła do niego, gestem otwartej dłoni zaprosiła również następcę tronu, aby i on zszedł na ziemię i pomógł Matce Przełożonej, chwytając Krilla z drugiej strony pod ramię. Tak pozwolił się wprowadzić za bramę klasztorną.

Matka Axie, kiedy miała już obydwu obok siebie, przemówiła:

 – Dwie ścieżki, które ujrzałam: wędrowca i cienie. Bogini Ate, w tobie nadzieja i miłość! Ponownie zesłała mi sen. Na krętej i ciemnej drodze ty, Varadzie – wędrowiec wciąż nosi twoją twarz jak maskę bólu. Gdy wędrowiec minął cień, ten zyskał konkretniejszą postać, i ujrzałam młodzieńca w koronie.

 – Ty, Rodrygu, synu Oryka II, przyszły królu Athepolis – postępując rozsądnie i wsłuchując się w jej nauki – podążysz stromą, lecz bezpieczną drogą. Wyjdź z cienia ojców. Krocz własną ścieżką.

 – Obaj podążacie, by spełnić to, co wam przeznaczone. Może synowi jest pisane naprawić krzywdy ojca? Ja spełniam tylko wolę mojej bogini! Zapraszam cię, Rodrygu, za mury naszego świętego klasztoru. Od teraz bramy tego miejsca pozostaną dla ciebie otwarte aż do chwili twojej pełnoprawnej sukcesji tronu królestwa.

Koniec

Komentarze

Kristoporosie, wiedz, że opowiadania liczące powyżej osiemdziesięciu tysięcy znaków, a Twoje liczy znacznie więcej, nie wchodzą do grafiku dyżurnych, więc ci nie mają obowiązku ich czytać. Tak długie opowiadania, choćby były świetne i doskonale napisane, nie mogą też liczyć na nominację do piórka.

Sugeruję, abyś spróbował skrócić opowiadanie do wymaganego limitu.

Polecam też poradnik Drakainy: Portal dla żółtodziobów.

Powodzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za uwagę – regulatorzy dawno to już napisałem, i zapomniałem, że to nie mały tekst. Dobrze, skrócę go do fragmentu.

Kristoporosie, a nie mógłbyś zrobić z tego opowiadania? Fragmenty, podobnie jak bardzo długie tekstu też nie wchodzą do grafiku dyżurnych i nie mogą być nominowane do piórka. :(

Wybór, co zrobić, należy do Ciebie. Mam nadzieję, że podejmiesz słuszną decyzję. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobno dobrze jest mieć problem tego rodzaju: mieć za dużo i skracać, zamiast na siłę rozbudowywać tekst. Wyciągnę zatem esencje i zrobię z tego krótsze opowiadanie.

PS.. Ale gdybym miał się okazać chirurgiem o za miękkim sercu i ręka dzierżąca literacki skalpel nie chciałaby odciąć ani grama tłuszczyku, to czy mógłbym taki tekst podzielić na części? – np. 2x ok 60K lub 3x 40K znaków. Czy byłoby to już naruszenie savoir-vivre'u?

Obawiam się, Kristoporosie, że to zły pomysł, albowiem fragmenty i opowiadania dzielone na części na tym portalu raczej nie znajdują uznania. Ponadto fragmenty nie trafiają do grafiku dyżurnych, nie można też ich nominować do piórek.

Pozostaje Ci wyzbyć się litości dla zbędnych tkanek i ciąć, ciąć, ciąć! :)

Powodzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuje i właśnie dla tego pytam. :)

– No dobrze, chwile to potrwa… Gdzie ja mam te okulary i skalpel?

O, tam! Leżą obok pojemniczków na zbędne słowa. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O matko, ocieram pot ręcznikiem, ręka mi odpada. pierwsza Operacja się udała. Pojemnik na zbędne słowa już pełen….

Kristoporosie, byłeś dzielny i spisałeś się całkiem nieźle! :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kristoporosie, doczytałam do momentu, kiedy Krill przedstawił prośbę Matce Przełożonej, opuścił ją i czeka na decyzję. Ty musisz poczekać na komentarz aż przeczytam resztę opowiadania, a na razie dołączam łapankę przeczytanej części.

 

Krill spró­bo­wał się pod­nieść, ale skoń­czy­ło się tylko na tym, że prze­krę­cił się na bok… → Lekka siękoza.

Proponuję: Krill spró­bo­wał wstać, ale zdołał tylko prze­krę­cił się na bok

 

Się­gnął po ubra­nia i za­czął się ubie­rać bez po­śpie­chu. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Się­gnął po ubra­nie i powoli za­czął je przywdziewać.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś wkłada, to ubranie.

 

ten za­kre­ślił kre­skę przy jego imie­niu na znak po­wro­tu z prze­pust­ki prze­pu­ścił przez bramę. → Brzmi to fatalnie.

Proponuję: …ten postawił kre­skę przy jego imie­niu na znak po­wro­tu z prze­pust­ki i otworzył bramę.

 

– Teraz to teraz. Idź.

*** Mistrz szpie­gów re­zy­do­wał w pół­noc­nej basz­cie, gdzie znaj­do­wa­ło się rów­nież zej­ście do pa­ła­co­wych lo­chów. → Kolejne fragmenty/ wątki opowiadania oddzielają wypośrodkowane gwiazdki. Nie mogą stać na początku zdania. Można też zrezygnować z gwiazdek i wstawić jeden lub dwa entery dla zachowania przerwy między fragmentami, np.:

– Teraz to teraz. Idź.

 

Mistrz szpie­gów re­zy­do­wał w pół­noc­nej basz­cie, gdzie znaj­do­wa­ło się rów­nież zej­ście do pa­ła­co­wych lo­chów.

Uwaga dotyczy podobnych zapisów także w dalszej części opowiadania. Sugeruję, abyś przejrzał opowiadania innych użytkowników i zobaczył, jak oni to zapisują.

 

– Usiądź. – Wska­zał na krze­sło przed biur­kiem. → – Usiądź. – Wska­zał krze­sło przed biur­kiem.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

  Zde­cy­do­wa­nie nie­przy­jem­na. – Krill sko­men­to­wał w duchu. → Pierwsza półpauza jest zbędna. Przed myśleniem nie stawia się półpauzy. Winno być:

Zde­cy­do­wa­nie nie­przy­jem­na. – Krill sko­men­to­wał w duchu.

Tu znajdziesz wskazówki, jak można zapisywać myśli bohaterów.

 

 – Twoje imię prze­wi­ja się czę­sto w ra­por­tach. – za­czął, nie pod­no­sząc wzro­ku ani głosu… ->Zbędna kropka po wypowiedzi.

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

– Za­sa­da jest pro­stanaj­pierw pytam, potem dzia­łam. → Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach; sprawiają, że zapis staje się mniej czytelny.

Proponuję: – Za­sa­da jest pro­sta. Naj­pierw pytam, potem dzia­łam.

 

– Czego wy­ma­ga in­te­res Ko­ro­ny, Mi­strzu Sy­ce­ru­sie? – po­wie­dział spo­koj­nie na­jem­nik… → Skoro wypowiedź kończy pytajnik, to raczej:

– Czego wy­ma­ga in­te­res Ko­ro­ny, Mi­strzu Sy­ce­ru­sie? – spytał spo­koj­nie na­jem­nik

 

[…] Wiem rów­nież, po­zwól, że za­cy­tu­ję… – Wziął jeden z per­ga­mi­nów le­żą­cych na biur­ku, czy­tał tonem urzęd­ni­ka – „… stara się uni­kać roz­le­wu krwi i prze­mo­cy […] → To wtrącenie, więc proponuję:

[…] Wiem rów­nież, po­zwól, że za­cy­tu­ję… – wziął jeden z per­ga­mi­nów le­żą­cych na biur­ku, czy­tał tonem urzęd­ni­ka – „… stara się uni­kać roz­le­wu krwi i prze­mo­cy […]

 

lo­jal­ny, nad­uży­wa al­ko­ho­lu, ale nie­sub­or­dy­no­wa­ny.” → Zbędna spacja po wielokropku. Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Winno być:

lo­jal­ny, nad­uży­wa al­ko­ho­lu, ale nie­sub­or­dy­no­wa­ny”.

 

Spoj­rzał na Kril­la, ki­wa­jąc głową -" skłon­ny do prze­mo­cy". → Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Zbędna spacja po otwarciu cudzysłowu. Winno być:

Spoj­rzał na Kril­la, ki­wa­jąc głową – „skłon­ny do prze­mo­cy".

 

[…] Chcia­łem ci tylko dać czas na otrzeź­wie­nie – dał mu kubek z winem, który nalał – Na koszt Ko­ro­ny. → Brak kropki po wypowiedzi. Didaskalia wielką literą. Brak kropki po didaskaliach. Czy dobrze rozumiem, że nalał kubek z winem??? Proponuję:

[…] Chcia­łem ci tylko dać czas na otrzeź­wie­nie.Napełnił kubek winem i podał mu. – Na koszt Ko­ro­ny.

 

[…] Pij. To tylko wino. – prze­mó­wił Sy­ce­rus, krzy­wiąc twarz w uśmie­chu. → Zbędna kropka po wypowiedzi. Winno być:

[…] Pij. To tylko wino – prze­mó­wił Sy­ce­rus, krzy­wiąc twarz w uśmie­chu.

 

– To na znak mej do­brej woli! – I po­cią­gnął długi łyk pierw­szy → A drugi łyk był krótki? Brak kropki po didaskaliach. Proponuję:

– To na znak mej do­brej woli! – I pierwszy po­cią­gnął długi łyk.

 

Mój obo­wią­zek temu za­po­biec. → Raczej: Mój obo­wią­zek to za­po­biec temu.

 

Mittyllyd lustrował swego rozmówcę z beznamiętnym wyrazem twarzy. Mittyllyd oparł ręce na stole i wciąż świdrował najemnika lodowatym spojrzeniem. → Zbędne powtórzenie. Zbędny zaimek. Tam nie było cudzego rozmówcy. Czy dobrze rozumiem, że rozmówca miał beznamiętny wyraz twarzy? Proponuję:

Mittyllyd beznamiętnie lustrował najemnika, oparł ręce na stole i wciąż świdrował go lodowatym spojrzeniem.

 

Może po­do­łasz za­da­niu, jakie ci za­pro­po­nu­ję. Może po­do­łasz za­da­niu, które ci za­pro­po­nu­ję.

 

Roz­siadł się na­prze­ciw­ko Kril­la, na wiel­kim fo­te­lu z he­ba­nu, wy­ście­ła­nym ak­sa­mi­tem. Kiedy Varad spoj­rzał na sie­dzi­sko, uświa­do­mił sobie, że nawet sam król nie za­sia­da na takim tro­nie. → Siedzieli naprzeciw siebie rozdzieleni biurkiem, więc jak Krill mógł dojrzeć siedzisko fotela, które zasłaniał siedzący na nim Mistrz?

 

Mit­tyl­lyd nalał wina sobie oraz swo­je­mu roz­mów­cy. → Wystarczy: Mit­tyl­lyd nalał wina sobie i roz­mów­cy.

 

Krill nalał sobie ko­lej­ny kubek i wypił jed­nym tchem. → Czy dobrze rozumiem, że Krill zdążył wypić wino, które nalał Mittylyd nalał mu w poprzednim zdaniu i teraz obsłużył się sam?

 

Prze­ko­naj ją, że dzia­łasz w imię kró­le­stwa. Wiem, że leżą jej na sercu spra­wy na­sze­go kró­le­stwa tak… → Czy to celowe powtórzenie?

 

[…] Tyle warte jest ła­ma­nie wła­snych zasad. – gry­mas uśmie­chu… → […] Tyle warte jest ła­ma­nie wła­snych zasad. – Gry­mas uśmie­chu

 

Ale zna­jąc umie­jęt­no­ści na­szych naj­tęż­szych ko­no­wa­łów, jacy się osta­li na dwo­rze… → Raczej: Ale zna­jąc umie­jęt­no­ści na­szych naj­tęż­szych medyków, którzy się osta­li na dwo­rze

Konował to dawne określeniem weterynarza zajmującego się wałaszeniem koni i nie miało ono negatywnego wydźwięku, nie nazywano tak medyków.

 

Oby Axie miała dobry dzień – z takim ży­cze­niem prze­kro­czył bramę. → Zbędna pierwsza półpauza. Życzenie mógł wyrazić głośno. A skoro, jak mniemam, pomyślał, proponuję:

Oby Axie miała dobry dzień pomyślał i z tym ży­cze­niem prze­kro­czył bramę.

 

Na widok Kril­la roz­warł dziób i roz­po­starł skrzy­dła. → Nie brzmi to najlepiej. Proponuję:

Na widok Kril­la otworzył dziób i roz­po­starł skrzy­dła. Lub: Na widok Kril­la zakrakał i roz­po­starł skrzy­dła.

 

– To przy­ja­ciel. – kruk kiw­nął głową i za­kra­kał gło­śniej. Masz, nie prze­szka­dzaj! → Zbędna kropka przed wtrąceniem i po nim. Winno być:

– To przy­ja­ciel – kruk kiw­nął głową i za­kra­kał gło­śniej masz, nie prze­szka­dzaj!

 

Po­kło­nił się Krill i skrzy­żo­wał ręce na pier­si. → Krill po­kło­nił się i skrzy­żo­wał ręce na pier­si.

 

odpo­wie­dzia­ła, nie prze­ry­wa­jąc swo­ich czyn­no­ści. → Zbędny zaimek.

 

Wska­za­ła na krze­sło, za­sta­wio­ne kil­ko­ma gli­nia­ny­mi dzba­na­mi… → Wska­za­ła krze­sło, za­sta­wio­ne kil­ko­ma gli­nia­ny­mi dzba­na­mi

 

I tak się na­sie­dzę w koń­skim sio­dle. → Zbędne dookreślenie.

 

– I za­pew­ne kilka koron też by się przy­da­ło, bie­da­ku spod oł­ta­rza, praw­da? – uśmiech­nę­ła się pod nosem. → Didaskalia wielką literą.

 

 – A więc wra­casz do domu..Twoje de­mo­ny… → Jeśli pierwsze zdanie miała kończyć kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednaj kropki. Wielokropek ma zawsze trzy kropki. Brakuje spacji przed drugim zdaniem.

 

Zwy­czaj to zwy­czaj – po­my­ślał. → Pierwsza półpauza jest zbędna.

 

 …prze­mó­wił – To nasz naj­więk­szy suk­ces. → …prze­mó­wił – to nasz naj­więk­szy suk­ces.

 

– Nie twoja wina, ciebie jeszcze wtedy na świecie nie było. – Odłożyła moździerz. Kruk krakał i zwrócił dziób w stronę Varada, jakby chwaląc się kawałkiem chleba – Przeżyłam tyranię dziada, który odebrał mi ojca i brata. → Z odłożonego moździerza wysypałaby się zawartość. Narracji nie zapisujemy z didaskaliami. Brak kropki po narracji. Nowa wypowiedź w nowym wierszu – ten błąd pojawia się także w dalszym ciągu opowiadania. Winno być:

– Nie twoja wina, ciebie jeszcze wtedy na świecie nie było. – Odstawiła moździerz.

Kruk krakał i zwrócił dziób w stronę Varada, jakby chwaląc się kawałkiem chleba.

– Przeżyłam tyranię dziada, który odebrał mi ojca i brata.

 

wy­padł mu z dzio­ba i wy­lą­do­wał na ziemi. → Rzecz dzieje się w pomieszczeniu, więc: …wy­padł mu z dzio­ba i wy­lą­do­wał na podłodze.

 

po­łknąć chleb, ostat­ni ka­wa­łek po­da­ro­wa­ny przez ka­płan­kę był za duży – wy­padł mu z dzio­ba i wy­lą­do­wał na ziemi. Choć ktoś sto­ją­cy z boku mógł­by od­nieść wra­że­nie, że pie­rza­sty ko­ne­ser chle­ba zro­zu­miał ludz­ką mowę i całą sy­tu­ację, po­nie­waż za­miast tylko upo­rczy­wie po­kru­szyć chleb, trzy­mał go w dzio­bie i ob­ser­wo­wał kon­do­tie­ra oraz matkę prze­ło­żo­ną, od­wra­ca­jąc łeb raz na niego, raz na nią, za­leż­nie kto w danym mo­men­cie mówił. Chleb i moź­dzierz… → Powtórzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za uwagi, będę je sobie wprowadzał systematycznie. Mam nadzieję ze czas poświęcony na lekturę to będzie czas dobrze spędzony.

 

Bardzo proszę, Kristoporosie. 

Twoja nadzieja pewnie nie będzie płonna, bo początek zaciekawił, choć nie mogę powiedzieć, że czytało się świetnie, bo co tu dużo mówić – usterki nie pozwalają, bym mogła skupić się wyłącznie na lekturze. 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kristoporosie, napisałeś historię najemnika, który wbrew własnym zamiarom trafia w wir dworskich intryg, a choć nie jest to pierwsza opowieść poruszająca podobne sprawy, czytałam ze sporym zaciekawieniem, jak potoczą się losy Krilla i pozostałych bohaterów. A potoczyły się całkiem zajmująco, choć pod koniec doznałam wrażenia pewnego chaosu i zagubienia – z pewnym trudem śledziłam szybko zmieniające się sytuacje i momentami już nie wiedziałam, kto jeszcze żyw, a kto już ukatrupion.

Nie wykluczam, że skupiona na jednoczesnym wyłapywaniu usterek, nie zdołałam pełnej uwagi poświęcić lekturze.

Dodam jeszcze, że przeszkadzały mi użyte w opowiadaniu zbyt współczesne słowa i wyrażenia, które nie mogły być znane w czasach, kiedy walczono mieczami, że wymienię:

Nie je­steś zwy­kłym wy­ki­daj­łą.

Nor­mal­nie dys­kwa­li­fi­ko­wa­ło­by to cie­bie jako agen­ta.

w prze­ci­wień­stwie do su­ro­we­go placu tre­nin­go­we­go w zamku.  

ludowi, który podejrzewał o sabotaż

kiedy w ra­mach kontr­ofen­sy­wy woj­ska Va­radz­kie

po­nad­prze­cięt­ny po­ten­cjał in­te­lek­tu­al­ny…  

zła­ma­nia istot­nej za­sa­dy nie­in­ge­ren­cji w cudze spra­wy

ka­płan­ki pra­co­wa­ły pełną parą.

ale taka już spe­cy­fi­ka bran­ży.

nie mam ocho­ty na grę wstęp­ną.  

pod­da­nych albo kla­kie­rów wokół sie­bie

– Zgoda! Cholera, umiesz się targować!

ścią­gnął nie­po­trzeb­nie po­zo­sta­łych kon­spi­ra­to­rów

ale pie­przysz jak stara baba. – że na tym poprzestanę.

 

Dalszy ciąg łapanki:

 

 Skoń­czył swój po­si­łek. → Zbędny zaimek – czy kończyłby cudzy posiłek?

 

 Axie zga­si­ła cie­niut­ką świe­cę, która trzy­ma­ła w trak­cie mo­dli­twy. → Literówka.

 

Od kiedy to cie­bie, va­ra­da i włó­czę­gę… → Literówka.

 

– Nie, to był ktoś, kto ma w sercu po­myśl­ność wa­sze­go kró­le­stwa. Tak samo jak tobie, Matko Prze­ło­żo­na. → Pewnie miało być: – Nie, to był ktoś, kto ma w sercu po­myśl­ność wa­sze­go kró­le­stwa. Tak samo jak ty Matko Prze­ło­żo­na. Lub: – Nie, to był ktoś, komu zależy na pomyślności wa­sze­go kró­le­stwa. Tak samo jak tobie, Matko Prze­ło­żo­na.

 

– Kril­lo­wi było żal, że nie mógł po­wie­dzieć wszyst­kie­go. → A może: – Kril­lo­wi było przykro, że nie mógł po­wie­dzieć wszyst­kie­go. – Kril­l żałował, że nie mógł po­wie­dzieć wszyst­kie­go.

 

– A niech cię, Axie, zmu­szasz mnie do zła­ma­nia zasad neu­tral­no­ści – prze­klął w my­ślach… → Pierwsza półpauza jest zbędna.

 

Nie jestem i nie będę jego kukiełką – wróciła twarz do posągu – bogini, wybacz mi gniew! → Literówka.

 

Tylko, że cza­sem do nie­któ­rych prze­ma­wia­ją je­dy­nie stal przy gar­dle.Tylko, że cza­sem do nie­któ­rych prze­ma­wia­ je­dy­nie stal przy gar­dle.

 

Axie uspo­ko­iła go ge­stem dłoni. → Zbędne dookreślenie, wszak gesty wykonuje się dłońmi.

 

Po­czuł jej dłoń na ra­mie­niu, a do jego uszu do­tar­ło wes­tchnie­nie: → A może: Po­czuł jej dłoń na ra­mie­niu i usłyszał wes­tchnie­nie:

 

A kró­le­wi­czo­wi Ro­dry­go­wi po­wiedz, że wzy­wam go do klasz­to­ru.. → Kropka czy dwukropek?

 

czte­rech zbroj­nych, lecz tego wie­czo­ru stali tam lu­dzie z przy­bocz­nej gwar­dii kró­lew­skiej. W ich zbro­jach od­bi­ja­ło się… → Nie brzmi to najlepiej. Proponuję w drugim zdaniu:

W ich rynsztunku od­bi­ja­ło się

 

Wię­cej i tak nie mo­głem wy­ne­go­cjo­wać – po­my­ślał. → Pierwsza półpauza jest zbędna.

 

Sy­ce­rus cze­kał, opar­ty o opar­cie krze­sła, z dło­nią pod brodą. Sły­chać było tylko stuk jego pal­ców o drew­no. → Brzmi to nie najlepiej. Czy pod brodą miał coś drewnianego? Zbędny zaimek.

Proponuję: Sy­ce­rus cze­kał, trzymając dłonie na oparciu krze­sła. Sły­chać było tylko stuk pal­ców o drew­no.

 

Wska­zał ocza­mi krze­sło na­prze­ciw­ko, aby na­jem­nik z Va­ra­du zajął miej­sce → Brak kropki na końcu zdania.

 

–To tylko rok, na Trój­cę Bogów! → Brak spacji po półpauzie.

 

Pstryk­nął pal­ca­mi i w drzwiach zza he­ba­no­we­go tronu wy­ło­nił się… → Nie bardzo wiem, jak drzwi mogą być zza hebanowego tronu

Proponuję: Pstryk­nął pal­ca­mi i w drzwiach za he­ba­no­wym tronem ukazał się

 

miał przy sobie szka­tuł­kę nie­wiel­kich roz­mia­rów. → Zbędne dookreślenie – szkatułka jest niewielka z definicji.

 

Sy­ce­rus wziął worek monet ze skrzy­necz­ki i rzu­cił Va­ra­do­wi. → Obawiam się, że skrzyneczka nie pomieściłaby worka.

Proponuję: Sy­ce­rus wziął trzos/ mieszek ze skrzy­necz­ki i rzu­cił Va­ra­do­wi.

 

Echo me­ta­lu brzę­czą­ce­go na drew­nia­nym stole przez chwi­lę do­le­czy­ło do dźwię­ku po­chod­ni… → Czy dookreślenie jest konieczne – czy stół mógł być inny, niee drewniany? Czy dźwięk pochodni był chory i wymagał leczenia echem metalu pieniędzy?

A może miało być: Echo me­ta­lu brzę­czą­ce­go na stole na chwi­lę dołą­czy­ło do trzasku po­chod­ni

 

na­pi­sał kilka słów, na­stęp­ne ze­brał zwoje… → Literówka.

 

„Chcę, abyś do­pil­no­wał, by po­śród nich zna­lazł się czło­wiek imie­niem Tarus z rodu Londa. To mój naj­bar­dziej za­ufa­ny, lo­ja­li­sta. Spal tę wia­do­mość”. → Tekstu napisanego kursywą nie ujmuje się w cudzysłów. Albo cudzysłów, albo kursywa.

 

Sępy już krążą, a żmije zbie­ra­ją jad. → Raczej: Sępy już krążą, a żmije gromadzą jad.

 

w naj­bliż­szym cza­sie stra­ci kilku cen­nych spe­cja­li­stów… → A może: …w naj­bliż­szym cza­sie stra­ci kilku cen­ionych spe­cja­li­stów

 

W gwar­dii służą sy­no­wie rodów. Służ­ba po­win­na strzec ho­no­ru ich domów, ale służy głów­nie do re­ali­za­cji ich am­bi­cji. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: W gwar­dii służą sy­no­wie rodów i po­win­ni strzec ho­no­ru ich domów, ale skupiają się głów­nie na re­ali­za­cji własnych am­bi­cji.

 

Do czego ten świat zmie­rza? ta myśl od­bi­ja­ła się echem w jego gło­wie, jak jego kroki po ka­mien­nych scho­dach. → Brak półpauzy po myśleniu. Oba zaimki są zbędne. Winno być:

Do czego ten świat zmie­rza? ta myśl od­bi­ja­ła się echem w gło­wie, jak kroki po ka­mien­nych scho­dach.

 

skrzy­pie­niem, varad omiótł wzro­kiem wnę­trze. → Literówka.

 

zbliżył się na odległość pięciu kroków ha­la­bar­dy, dwóch gwar­dzi­stów za­ta­ra­so­wa­ło wej­ście… → …zbliżył się na odległość pięciu kroków, ha­la­bar­dy dwóch gwar­dzi­stów zagrodziły wej­ście… Lub: …zbliżył się na odległość pięciu kroków, dwóch gwar­dzi­stów halabardami zagrodziło  wej­ście

 

Wska­zał ręką na miecz, który Krill miał u pasa. → Wska­zał ręką miecz, który Krill miał u pasa.

 

Obok ma­ne­ki­na stał ste­laż z drew­nia­ny­mi mie­cza­mi i kor­ba­cza­mi, cięż­ki­mi, tę­py­mi… → W jaki sposób i dlaczego sprawiono, że korbacze były ciężkie i tępe?

 

Chło­pak wy­le­wał z sie­bie siód­me poty. Miał na sobie tylko luźno wi­szą­cą i prze­po­co­ną lnia­ną ko­szu­lę… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Chło­pak wylewał z sie­bie siód­me poty. Był ubrany tylko w luźną, prze­po­co­ną lnia­ną ko­szu­lę

 

Wska­zał głową na śpią­cą dziew­kę. → Wska­zał głową śpią­cą dziew­kę.

 

Jak on nie zno­sił dwor­skiej mowy. → Zbędna półpauza.

 

Cała trasa i każdy dom jest ob­ser­wo­wa­ny przez agen­tów… → Piszesz o trasie i wielu domach. Więc: Cała trasa i każdy dom są obserwowane przez agen­tów

 

Ja­dą­cy obok va­ra­da straż­nik… → Literówka.

 

Przed wej­ściem stał przy­wią­za­ny jeden koń i sku­bał trawy. → Literówka.

 

Sa­mot­na Wieża– wy­szep­tał gwar­dzi­sta. → Dlaczego kursywa?

 

Cho­le­ra, mo­głeś jesz­cze chwi­lę pożyć! – Varad prze­klął w my­ślach. → Pierwsza półpauza jest zbędna.

 

A czub buta pod jego że­brem – że nie jest sam. → Zbędny zaimek.

 

Wznie­cił tu­ma­ny kurzu i pyłu. ->Kurzpył to synonimy, znaczą to samo.

 

kop­nął Kril­la le­żą­ce­go i zwią­za­ne­go ni­czym pro­sia­ka cze­ka­ją­ce­go, aby go wbić na rożen. → …kop­nął Kril­la le­żą­ce­go i zwią­za­ne­go ni­czym pro­sia­k, cze­ka­ją­cy aby go wbić na rożen.

 

Krill prze­wró­cił go zwią­za­nym cia­łem. Obaj ru­nę­li na ka­mie­nie. → Skoro Krill leżał związany jak prosiak, to jak mógł runąć na kamienie?

 

Mit­tyl­lyd wska­zał pal­cem na zwią­za­ne­go na­jem­ni­ka. → …Mit­tyl­lyd wska­zał pal­cem zwią­za­ne­go na­jem­ni­ka.

 

Szedł na dół Po kilku chwilach milczenia Varad odezwał się jako pierwszy. → Chyba coś się tutaj przyplątało.

 

 – I dzi­wić się, że was, Va­ra­dów, uzna­ją za dzi­wa­ków. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: – I dzi­wić się, że was, Va­ra­dów, uzna­ją za cudaków/ odmieńców.

 

Cóż, bę­dzie na­stęp­nym mit­tyl­ly­dem, który bo­le­śnie od­czu­je skut­ki tego, że zlek­ce­wa­żył va­ra­da. → Literówki.

 

Zo­sta­li we czwo­ro: Eigon, kusz­nik, kró­le­wicz i Krill. → Tam byli sami mężczyźni, więc: Zo­sta­li we czterech: Eigon, kusz­nik, kró­le­wicz i Krill.

Mogliby zostać we czworo, gdyby była z nimi kobieta.

 

– Mia­łem przy sobie sa­kiew­kę z ponad pięć­set ko­ro­na­mi… → – Mia­łem przy sobie sa­kiew­kę z ponad pięciuset ko­ro­na­mi

 

Pro­sze zatem nie szczę­dzić koni… → Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na Trójcę!… regulatorzy To było długie leczenie, ale pacjent powinien już lepiej się prezentować przed publiką. Wiem, że styl dialogów i narracji czasem się mieszał. No i ta zaimkoza/siękoza (to określenie bardzo mi się spodobało) Wtrzymam się jeszcze z publikacjami dalszych przygód Krilla z Varadu, tu w NF. Jest tego materiału sporo. Wiem, że “Echa pozorów” są – mówić ogólnie – dość typowym, może nawet wręcz generycznym tekstem fantasy. (W ramach spoilerów – pojawia się widmo, nieco romansu, więcej magii, absurdu i szaleństwa. Bohater nie ratuje świata, a wręcz przeciwnie). Może jeszcze jest szansa, że fala nostalgii za latami 90. i tą serię wyniesie na szersze wody. A jeśli nie – lepsze to niż doomscrolling na smatfonie.

Styl mowy i wyrażeń jest współczesny jak na sword & sorcery – ale to nie jest powieść historyczna. Ale wskazówki, jakie teraz dostałem, będą wymagać od mnie ponownego przeredagowania spisanego materiału. I to samodzielnie, a narzędzia LLM kuszą…

Nowa Fantastyka