- Opowiadanie: Hesket - Ogród Elizy

Ogród Elizy

Cześć 

Zapraszam na nowe opowiadanie.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Ogród Elizy

 

 

W wielkim ogrodzie pani Elizy rosły akacje, cyprysy i lipy. Do posiadłości przylegała działka z drzewami owocowymi – głównie gruszami i jabłonkami. Zrywałem czerwony, soczysty owoc i spragniony wgryzałem się w niego; sok spływał po brodzie, gdy patrzyłem w bezchmurne niebo. Postanowiłem odpocząć i usiadłem w cieniu.

Róże były oddzielną częścią ogrodu, podobnie jak czerwone gerbery.

Eliza wyglądała cudownie. Wychodziła na ganek i siadała na bujanym krześle – otwierała książkę. Wyciągnęła zakładkę z miejsca, gdzie ostatnio skończyła. Zagłębiła się w lekturze. Mogłem obserwować jej każdy ruch. Delikatnie przewracała palcem stronę i uśmiechała się.

Poranek był piękny, kosy zaczynały wyścigi przez trawę w poszukiwaniu smacznych dżdżownic. Pod stołem siedział kot i obserwował bacznie zachowanie ptaków.

Eliza podniosła głowę, nasze spojrzenia się spotkały.

 – Alojzy, czy mogę cię prosić na chwilę?

Wszedłem na ganek i spocząłem na krześle obok.

 – Chciałam zapytać, czy nakarmiłeś Filemona? Widzę, że schował się pod stołem, a robi tak tylko wtedy, gdy jest głodny.

 – Tak, proszę pani. Dzisiaj wsypałem do miseczki więcej, niż by wypadało. Nie zjadł wszystkiego.

 – Cieszę się. A czy sprawdzałeś skrzynkę na listy? Czekam na wiadomość od przyjaciela.

 Musiała dostrzec na mojej twarzy rumieniec, bo szybko dodała:

 – Wiem, że jest wcześnie, ale listonosz zapewne był wczoraj.

 – Przepraszam panią najmocniej, już patrzę.

Wstałem i wyszedłem za bramę, na której zawieszona była zielona, niewielka skrzynka. Rzeczywiście, wewnątrz znajdował się list.

 – Miała pani rację.

Położyłem pocztę na stoliku.

 – W takim razie, przepraszam cię na moment, chcę go przeczytać.

Zabrałem się do pracy. Zacząłem od podlania róż. Goździki i gerbery zostawiłem na koniec. Gdy wróciłem, Eliza płakała.

– Moja siostra nie żyje – powiedziała.

Zrozpaczona zaciskała dłonie na poręczach krzesła. W pierwszym odruchu chciałem ją objąć, ale obawiałem się, czy nie zostanie to źle odebrane, wszak byłem tylko ogrodnikiem. Usiadłem obok i czekałem, aż fala emocji opadnie.

– Proszę nie mów nikomu, że widziałeś mnie w tym stanie. – Wycierała chusteczką oczy.

– Przykro mi, że pani siostra odeszła.

– Och, Alojzy – westchnęła. – Gdybyś wiedział, jak bardzo byłyśmy ze sobą związane.

 Na moment żadne z nas nie przerywało śpiewu ptaków niosącego się z ogrodu.

– Jutro wyjeżdżam – powiedziała.

Wstała z krzesła, poprawiła spódnicę i wróciła do domu.

 Następnego dnia wczesną porą wsiadła do wolanta, zaprzęgniętego w parę gniadych koni. Pamiętam jej dłoń, gdy machała mi na pożegnanie – kobieta cień i echo powozu, jakby nigdy nie istniał.

Zazwyczaj nie wchodzę do pokojów w posiadłości, ale czasami jestem zmuszony, jak choćby teraz. Stawiam drobne kroki, a dębowa podłoga skrzypi, jakby chciała opowiedzieć swoją historię.

Po prawej na półce stoi nakręcany zegar, którego mechanizm uruchamiam raz w tygodniu. Na tarczy widnieją dwie tancerki. Jedna z nich trzyma coś w dłoni, ale zegar jest stary i obraz jest zatarty. Wygląda mi to na jabłko. Słyszę z zewnątrz rozmowę. Podchodzę do okna i odchylam zasłonę. Na placu jakaś staruszka wykłóca się z portierem. Wychodzę, żeby dowiedzieć się, o co ten cały spór.

– Proszę pani, nic mi nie wiadomo o tym, jakoby choroba pani syna, spowodowana była działaniem właścicielki posiadłości. – Portier delikatnie łapie kobietę pod rękę, starając się ją wyprowadzić poza bramę.

 – Zostaw mnie, chamie! Sama wyjdę!

 – Przepraszam bardzo, co się tutaj dzieje? – pytam.

 – Alojzy – tłumaczy portier. – Ta tutaj szanowna pani twierdzi, że jej syn zachorował oraz zdechła krowa dlatego, że nasza chlebodawczyni uprawia magię.

 – Doprawdy?

 – Proszę pana, nie godzi się, żeby tacy ludzie chodzili po ziemi. Mam gospodarstwo i dwójkę dzieci. Z trzech krów została mi tylko jedna, a to wszystko przez tę czarownicę!

– Nigdy nie słyszałem niczego bardziej niedorzecznego – powiedziałem. – To szkalowanie dobrego imienia pani Elizy. Proszę stąd odejść.

 Staruszka rzuciła mi gniewne spojrzenie.

 – Wszyscy tego pożałujecie – rzuciła na odchodne.

 Widziałem, jak zniknęła za kamiennym murem.

 – Egonie – zwróciłem się do portiera. – Zamknij proszę bramę. Obawiam się, że ta pani może niebawem wrócić.

 – Tak, Alojzy.

Nocą nie mogłem zasnąć. Tuż przed północą zerwał się wiatr. Wdzierał się w nieszczelne okna i wył potępieńczo. Wstałem i udałem się do łazienki. Spojrzałem w lustro. Wróciły do mnie wspomnienia. Ujrzałem obok siebie Agnes. Naiwnie wierzyłem, że poradziłem sobie z jej odejściem, ale byłem w błędzie. Wszędzie, gdzie szedłem, była obok mnie. Czułem jej obecność. Wizje z przeszłości powracały w najmniej oczekiwanych momentach. Przepłukałem twarz wodą. Gdy wiatr zelżał, postanowiłem się przejść.

 Mijałem aleję cyprysów, które zadzierając swe czubki wysoko w noc, wyglądały niczym strażnicy posiadłości. Uświadomiłem sobie, że muszą być starsze ode mnie. Wiatr uderzał raz za razem. Na końcu o mały włos, a bym się przewrócił. Chodziłem dopóty, aż poczułem zmęczenie. Wróciłem do pokoju, położyłem się na łóżku i zasnąłem.

Obudziłem się wcześnie. Postanowiłem nie marnować czasu i poszedłem do ogrodu.

 Wiatr poczynił niewielkie szkody. Kilka gałęzi akacji leżało na ścieżce. Uprzątnąłem je, wyrzucając na niewielki stos innych, tuż za ścieżką od strony południowej. Przypomniałem sobie słowa Elizy:

 – Alojzy, dopilnuj proszę, żeby ogień nie był duży. Nie chcę mieć nieprzyjemności i wysłuchiwać zażaleń miejscowych.

Byłem przy studni i zajrzałem do środka. Poziom wody sięgał mniej więcej do połowy. Opuściłem wiadro i usłyszałem głośny plusk. Wyciągnąłem je – woda była zimna. Nabrałem odrobinę w dłonie i przechyliłem do ust.

Czekały na mnie spragnione kwiaty. Zacząłem podlewanie od gerber, powoli przechodząc do róż. Gdy kończyłem pracę, zobaczyłem wolant i panią Elizę.

W drewnianej skrzyni przywiezionej przez panią Elizę, musiało być coś wyjątkowo ciężkiego, ponieważ służba miała problem z jej wniesieniem – dwóch silnych mężczyzn z wielkim trudem przeniosło ją przez próg. Podążyłem za nimi, lecz zostałem gwałtownie zatrzymany przez właścicielkę domu.

 – Alojzy – powiedziała. – Poproszę, żebyś zaparzył mi kawę. Wczorajszy dzień był dla mnie trudny. – I dodała po chwili namysłu: Chciałabym z tobą porozmawiać. Przyjdź proszę na taras.

 Podałem kawę na niewielkiej okrągłej tacy.

 – Och, zapomniałam dać ci znać, żebyś również dla siebie coś zaparzył. Nic to, proszę usiądź.

 Zrobiłem, jak kazała.

 – Chciałam cię poprosić o radę. Jako mężczyzna, spodziewam się, będziesz lepiej wiedział, co można uczynić w podobnej sytuacji.

 Przytaknąłem.

 – Pochowałam siostrę. Doprawdy, nie spodziewałam się, że w tak młodym wieku przyjdzie którejś z nas zmierzyć się ze śmiercią. Padło na nią i może to okrutne, ale dziękuję losowi, że to nie ja. Jednak przejdźmy do rzeczy. Zostałam obarczona pewną odpowiedzialnością, której siłą rzeczy nie mogę się pozbyć ot tak.

 Przerwała na chwilę.

 – Widziałeś wielką skrzynię i to ona jest moim problemem. Zwracam się do ciebie z prośbą, abyś pozbył się jej, gdy tylko to będzie możliwe. Dostaniesz do pomocy, kogo sobie wyznaczysz.

 Sięgnęła po filiżankę i upiła łyk.

 – Bardzo smaczna – powiedziała.

 Wpatrzona we mnie może zbyt długo niżby wypadało, odwróciła nagle głowę.

 Najlepiej będzie, jeśli zrobisz to tam. – Wskazała ogród.

Postanowiłem, że zwrócę się z przysługą do służącego Fredo, ponieważ byłem pewien, że w razie czego, nie powie nikomu, co wydarzyło się w nocy. Klucze dostałem wcześniej od pani Elizy. Wręczając mi je, nie powiedziała ani słowa, ale widziałem, że na twarzy pojawiło się u niej zmęczenie, a w oczach wielka nadzieja. Początkowo chciałem wiedzieć, co znajduje się w skrzyni, lecz zmieniłem zdanie. Coś, co wywołuje ogromny smutek, nie może być czymś dobrym.

 Pchaliśmy skrzynię najpierw po kamiennej posadzce i szło nam całkiem nieźle. Zbliżyliśmy się do progu drzwi wyjściowych i ledwo co udało nam się ją podnieść.  

 Srebrne światło księżyca przywitało nas i wyglądaliśmy, jakbyśmy znaleźli się na innej planecie.

 – Zaczekaj, Fredo – powiedziałem, ciężko dysząc. – Musimy chwilę odpocząć. Nie daję rady.

 – Spokojnie, Alojzy – sapał równie mocno jak ja. – Dlaczego akurat tę skrzynię postanowiła zakopać? Przywoziła ze sobą podobne, ale nigdy nie były tak ciężkie.

 – Nie wiem, Fredo, i w ogóle mnie to nie obchodzi. Chcę tylko wykonać swoje zadanie.

 – Ja też – odpowiedział Fredo i złapał się za głowę. – Ałaaa.

 – Co ci się stało?

 – Coś mnie chyba ugryzło.

 – Jakiś owad?

 – Nie wiem, możliwe.

Ruszyliśmy dalej w stronę ogrodu, dźwigając wielką skrzynię. Opadliśmy z sił tuż przy studni.

 – Jeszcze kilka metrów – powiedziałem. – Tam, Fredo.

 Wskazałem miejsce, które wcześniej wybrałem.

 – Tutaj zaczniemy kopać.

 Ściągnęliśmy zawieszone na plecach rydle i zabraliśmy się do pracy. Na gałęzi wielkiej jabłoni przysiadł jakiś ptak. Widziałem tylko jego ciemny kształt na tle księżyca.

 – Widzisz to ptaszysko? – zapytałem.

 Spojrzał do góry.

 – Cholernie duży – skwitował.

 – Znasz się na ptakach? – Przerzucałem ziemię. Z czoła kapał mi pot, koszula całkowicie przemokła.

 – Może zrobimy przerwę? – Fredo popatrzył na mnie z politowaniem.

 – Może i jesteś młodszy ode mnie i silniejszy, ale to nie znaczy, że nie dam rady.

Kopaliśmy dalej, aż ogarnęła nas ciemność. Księżyc, który do tej pory pięknie nam przyświecał, schował się za chmury.

 – Nic nie widzę – Fredo gadał w ziemnym dole.

Siedziałem na nasypie i patrzyłem w dół, ale nie widziałem chłopaka, co chwilę wyrzucał kolejne porcje ziemi. Dobrze, że mnie również nie było widać – udawałem, że coś robię, bawiąc się rydlem. Chciałem, żeby myślał, że jednak nie odpadłem w zawodach.

 – A co, jeśli w środku jest człowiek? – zapytał Fredo.

 – Chyba żartujesz? Pani Eliza chciałaby zakopać zwłoki?

 – Nie mówię, że trupa, ale żywego.

 – Gadasz głupoty. Czekaj, pomogę ci.

Wskoczyłem do dołka, który powiększał się z minuty na minutę. Księżyc ponownie wyjrzał zza chmur i widzieliśmy się doskonale.

 – Myślę, że wystarczy – powiedziałem. – I tak jest za głęboki.

 Wydostaliśmy się na zewnątrz i zmęczeni klapnęliśmy na trawę. Fredo zaczął się śmiać.

 – Co cię tak bawi? – zapytałem.

 – No, pomysł z człowiekiem. Patrz. – Wskazał skrzynię. – Jest tak wielka, że spokojnie mógłby się w niej zmieścić i powiedziałbym, że nawet mogłoby mu być wygodnie. No ale, że tam nikogo nie ma, to już nie rozmyślam.

 – Rozmyślasz na głos, co trochę jest głupie, wiesz o tym?

 – Wcale tak nie uważam. To niczego nie wnosi do rozmowy. Zakopmy to i wracajmy do domu.

 Gdy złapaliśmy za uchwyty, wydawało mi się przez moment, jakby skrzynia drgnęła. Fredo spojrzał na mnie, ja na niego.

 – Też to czułeś? – zapytał.

 – Tak.

 Upuściliśmy ją jednocześnie. Kilka desek naruszonych przez naszą nieostrożność, obluzowało się i utworzyło niewielką szczelinę. Miałem ochotę zbliżyć się do niej. Jednak musi coś być w powiedzeniu, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Nachyliłem się i poczułem na twarzy podmuch. Przyłożyłem ucho do drewnianej deski. Usłyszałem szum morza.

 – Co tam ciekawego w wielkiej skrzyni? – Fredo oczekiwał odpowiedzi, ale wiedziałem, że cokolwiek powiem, spotka się u niego z salwą śmiechu.

 – Możesz wierzyć albo nie, ale słyszę, jak wewnątrz szumi morze.

 – Alojzy, może uchodzę za głupka, ale nie aż takiego, jak ci się wydaje. Daj posłuchać.

 Nachylił się i podobnie jak ja wcześniej, przystawił ucho do desek.

 – Niech mnie licho! – krzyknął. – Faktycznie szumi. Co robimy?

 – To, co mamy zrobić. Zakopujemy.

 – Teraz? Gdy okazuje się, że tam jest morze?

 – Fredo, czy ty się słyszysz?

 Rzuciłem mu piorunujące spojrzenie.

Później już tylko słyszeliśmy ziemię dudniącą o wieko.

Skończyliśmy.

 – Niech spoczywa w pokoju – powiedział Fredo, zarzucił rydel na ramię i ruszył w stronę domu. Poszedłem za nim. 

Śniło mi się, że płynąłem łodzią po wzburzonym akwenie. Woda wlewała się do środka. Rozglądałem się dookoła i wołałem o pomoc, ale widziałem tylko czarne niebo i było mi tak strasznie zimno… okropnie.

Wszędzie była woda.

Obudziłem się zlany potem i przez dobrą chwilę czułem, jakby łóżko pływało razem ze mną. Poszedłem do łazienki i przypomniałem sobie wczorajszą, upiorną noc.

Szum morza towarzyszył mi wszędzie.

Tydzień później pani Eliza zachorowała. Zaczęło się od niewinnego kaszlu, który przeszedł w duszności. Na końcu pojawiła się gorączka.

Gdy zmarła, nie mogłem się z tym pogodzić.

I nagle mnie olśniło. Jak grom z jasnego nieba. Wróciłem pamięcią do słów wykłócającej się kobiety. Zadałem sobie pytanie: czyżby rzeczywiście rzuciła klątwę na właścicielkę domu? Czy była winna jej śmierci?

Nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Nadal uprawiałem kwiaty, doglądałem je, przesadzałem, podlewałem i ze łzą w oku wspominałem dobre dni. Pewnego razu przechodziłem obok studni i… ponownie usłyszałem szum morza. Kucnąłem w miejscu, gdzie powinna znajdować się skrzynia. Dotknąłem trawy i zamknąłem oczy. Ujrzałem wielkie fale i siebie – ostatkiem sił, walcząc z wiatrem, starałem się nie wypaść z łodzi. Przypominałem małego człowieka w łupinie orzecha starającego się wygrać z żywiołem.

Wróciłem do świata realnego. W mojej głowie pojawiła się przekorna myśl.

Wykop skrzynię i zobacz, co w niej jest.

 

Upewniłem się, że nikt mnie nie widzi. Zabrałem ze sobą rydel i poszedłem do ogrodu. Odnalazłem miejsce i zabrałem się do kopania.

Po dwóch godzinach uderzyłem narzędziem w wieko. Zacząłem nasłuchiwać, bo wydawało mi się, że ktoś wszedł do ogrodu, ale to tylko słuch płatał mi figle. Przyłożyłem ucho do desek i usłyszałem znajomy szum morza. Nie mogłem dłużej czekać w niepewności. Uderzyłem rydlem z całej siły.

Deski z trzaskiem rozleciały się na boki.

W skrzyni był błękit nieba i chmury, a pod nimi wielka woda – wszystko to zamknięte w formie sześcianu. I nagle dobiegł do mych uszu piękny, kobiecy śpiew. Zakochałem się w nim, chciałem wejść w przestrzeń niebieskiego świata. Wyciągnąłem dłoń, która natychmiast zanurzyła się w chłodzie morskich fal. Wciągany głębiej i głębiej, zapomniałem o sobie.

Zobaczyłem syrenę. Była nieziemsko piękna. Zbliżała się do mnie, by w końcu nasze usta się spotkały, objęła swoimi szmaragdowymi ramionami i wciągnęła w morską toń.  

 ilustracja: Bartłomiej Kalinowski/ Hesket

 

Koniec

Komentarze

Bardzo plastyczne opisy. Mogłam być wszędzie z Alojzym. Widziałam, słyszałam to, co on. Ale mam takie pytanie – tym razem zapomniał o Agnes?

 

Świetne opowiadanie na dobranoc.

 

Pozdrawiam serdecznie :) 

Dzięki, Teo

Dokładnie. Zapomniał – widocznie zjadł w swoim życiu za dużo masła i dlatego ma taką sklerozę :-)

Pozdrawiam

Pięknie napisane, plastyczne obrazy,, mogłam się poczuć, jakbym tam była. Spodobał mi się klimat i nastrojowość. Gratuluję i pozdrawiam :)

Cześć, Melancholia

Dziękuję bardzo za odwiedziny, czytanie oraz dobre słowa. 

Pozdrawiam 

Od czasów Homera wiadomo, że Syreny mają moc :))

Zdecydowanie, Teo

OK, jest ciekawa historia. Zakończenie zaskoczyło, może nawet zbytnio – dużo upchnąłeś do tej skrzyni. 

Czytało się całkiem przyjemnie. Punkt widzenia ogrodnika interesujący – blisko wydarzeń, ale nie jest głównym bohaterem. Ma wpływ na wydarzenia, ale nie on podejmuje decyzje.

Babska logika rządzi!

Cześć, Finkla

Dzięki za czytanie i klika. Cieszę się, że pozytywnie odebrałaś opowiadanie.

Pozdrawiam

Wolant i służba pozwalają mi mniemać, że rzecz dzieje się w dość odległych czasach. I bardzo robrze, bo dzięki temu historia wydaje się bardziej wiarygodna, a jednocześnie należycie spowita klimatem niesamowitości i magii. Nie do końca wiem, co tam się wydarzyło, ale to dobrze – nie każda kawa musi być wyłożona na ławę.

Heskecie, mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki. :)

 

–  głów­nie gru­sza­mi i ja­błon­ka­mi. → Wystarczy jedna spacja po półpauzie.

 

Za­bra­łem się za pracę. → Za­bra­łem się do pracy.

http://filologpolski.blogspot.com/2016/11/brac-siewziac-sie-za-cos-brac-siewziac.html

 

Oba­wia się, że ta pani może nie­ba­wem wró­cić. → Literówka.

 

– Tak, pro­szę pana. → Wcześniej Egon mówi do ogrodnika po imieniu: – Alojzy – tłumaczy portier. – Ta tutaj szanowna pani… → …więc dlaczego nagle tytułuje go panem? W końcu rozmawiają dwaj służący – portier i ogrodnik

 

zo­ba­czy­łem wo­lan­ta i panią Elizę. → …zo­ba­czy­łem wo­lan­t i panią Elizę.

 

– Och, za­po­mnia­łam Ci dać znać… → – Och, za­po­mnia­łam dać ci znać

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Wy­czoł­ga­li­śmy się na ze­wnątrz i zmę­cze­ni… → Mam wrażenie, że z wykopanego dość głębokiego dołu raczej trudno się wyczołgać.

Proponuję: Wy­dosta­li­śmy się na ze­wnątrz i zmę­cze­ni

 

Wskazał na skrzynię. → Wskazał skrzynię.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

– Aloj­zy, może i ucho­dzę za głup­ka, ale nie aż tak jak ci się wy­da­je. → Chyba miało być: – Aloj­zy, może i ucho­dzę za głup­ka, ale nie aż takiego, jak ci się wy­da­je.

 

Od­na­la­złem miej­sce i za­bra­łem się za ko­pa­nie. Od­na­la­złem miej­sce i za­bra­łem się do kopania.

 

Ob­ję­ła mnie swo­imi szma­rag­do­wy­mi ra­mio­na­mi i wcią­gnę­ła w mor­ską toń. → Zbędny zaimek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, regulatorzy

Dziękuję za odwiedziny i wyłapanie usterek. Wprowadzę poprawki, jak tylko będę przy komputerze. 

Pozdrawiam

edit: 

Poprawki wprowadzone. W ostatnim zdaniu, dałem po przecinku: objęła… itd. już bez zaimka. 

Wielkie dzięki jeszcze raz. 

Dzięki za opowiadanie! 

Dobrze się czytało:) I jak zwykle – zaskoczenie na koniec.

Pozdrawiam!

Cześć Hesket!

Znów w Twoim opowiadaniu pojawia się plastyczna, żywa przyroda, opisy są niewymuszone i bardzo naturalne. Całkowicie się zanurzyłam w Twój świat z ogrodem, Alojzym, Elizą i skrzynią. Bardzo przyjemnie mi się czytało!

Cześć, Mehiko 

Cieszę się, że dobrze Ci się czytało. 

Pozdrawiam 

 

Cześć, chalbarczyk 

To dla mnie wyróżnienie, że udało mi się przenieść Cię w swój świat. 

Dziękuję. 

Pozdrawiam 

 Na moment żadne z nas nie przerywało śpiewu ptaków niosącego się z ogrodu.

Bardzo fajne rozwiązanie, żeby nazwać ciszę. Super.

 – Nigdy nie słyszałem niczego bardziej niedorzecznego – powiedziałem

Przed tym dialogiem wkradł się dodatkowy enter. Nie wiem tez, czemu przed tym zdaniem był czas teraźniejszy, a po nim już przeszły.

Wszędzie, gdzie się szedłem, była obok mnie.

Coś się tu podziało.

 – Alojzy – powiedziała. – Poproszę, żebyś zaparzył mi kawę. Wczorajszy dzień był dla mnie trudny. I dodała po chwili namysłu: Chciałabym z tobą porozmawiać. Przyjdź proszę na taras.

No coś tu się ewidentnie podziało.

 

Fajnie napisała Finkla, narracja jest ciekawa. Niby obserwujemy ogrodnika, ale tak jakby nie on miał wpływ na cokolwiek. 

Fajne opowiadanie, podobało mi się. Chociaż klasycznie niedopowiedzeń jest trochę. Dobrze się bawiłem.

Przejrzyj sobie jeszcze tekst pod kątem przecinków, bo troszkę błędów jest. Polecam też oddzielać enteremi gwiazdki, które oddzielają rozdziały. 

Klikam. Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Dybry!

 

Delikatnie, palcem przewracała stronę i uśmiechała się.

→ Delikatnie przewracała palcem stronę i uśmiechała się.

 

Na moment żadne z nas nie przerywało śpiewu ptaków niosącego się z ogrodu.

Wydaje mi się, że powinno być śpiewom. Bo dopełniacz sugeruje, że to bohaterowie śpiewają jak ptaki.

 

Zazwyczaj nie wchodzę do pokojów w posiadłości, ale czasami jestem zmuszony, jak choćby teraz. Stawiam drobne kroki, a dębowa podłoga skrzypi, jakby chciała opowiedzieć swoją historię.

 

Słyszę na zewnątrz rozmowę.

z zewnątrz, z dworu, z podwórza

 

– Zostaw mnie chamie!

→ – Zostaw mnie, chamie!

 

Z trzech krów została mi tylko jedna, a to wszystko przez tę czarownicę!

 

 – Nigdy nie słyszałem niczego bardziej niedorzecznego

Trzeba usunąć tę przerwę, bo sugeruje nową scenę, a tutaj mamy kontynuowany dialog.

 

Widziałem jak zniknęła za kamiennym murem.

→ Widziałem, jak zniknęła za kamiennym murem.

Albo:

Obserwowałem, jak znika za kamiennym murem.

 

Wszędzie, gdzie się szedłem

Od kiedy iść jest czasownikiem zwrotnym?

 

Gdy wiatr zelżał postanowiłem się przejść.

→ Gdy wiatr zelżał, postanowiłem się przejść.

 

Chodziłem dotąd, aż poczułem zmęczenie.

dopóty

 

Podążyłem za nimi, lecz zostałem momentalnie zatrzymany przez właścicielkę domu.

Brzmi zbyt współcześnie. Może lepiej: gwałtownie?

 

Wczorajszy dzień był dla mnie trudny. I dodała po chwili namysłu: Chciałabym z tobą porozmawiać.

→ Wczorajszy dzień był dla mnie trudny. – Po chwili namysłu, dodała: – Chciałabym z tobą porozmawiać.

Choć nie jestem pewna, czy ten zapis dialogu jest poprawny.

 

Zrobiłem jak kazała.

→ Zrobiłem, jak kazała.

Albo:

Usłuchałem.

 

Przytaknąłem, czekając, co powie dalej.

 

Padło na nią i może to okrutne, ale dziękuję losowi, że to nie ja. Ale przejdźmy do rzeczy.

Drugie ale można zastąpić jednak. Albo po prostu usunąć.

 

 Najlepiej jeśli zrobisz to tam. – Wskazała ogród.

– Najlepiej będzie, jeśli zrobisz to tam. – Wskazała ogród.

 

dźwigając wielką ciężką skrzynię

 

Wskazałem ręką miejsce

Trudno wskazać czymś innym niż ręką.

 

Przerzucałem ziemię raz za razem z czoła kapał mi pot, a koszulkę miałem całą mokrą.

→ Przerzucałem ziemię. Z czoła kapał mi pot, koszula całkowicie przemokła.

 

Fredo popatrzył na mnie z politowaniem

Zjadłeś kropkę na końcu.

 

ale za nic w świecie nie widziałem chłopaka. On co chwilę wyrzucał kolejne porcje ziemi.

 

Czekaj pomogę ci.

→ Czekaj, pomogę ci.

 

Wydostaliśmy się na zewnątrz i zmęczeni, klapnęliśmy na trawę.

→ Wydostaliśmy się na zewnątrz i zmęczeni klapnęliśmy na trawę.

 

Upuściliśmy ją w tym samym czasie.

→ Upuściliśmy ją jednocześnie.

 

Kilka desek naruszonych przez naszą nieostrożność, obluzowało się

→ Kilka desek naruszonych przez naszą nieostrożność się obluzowało

 

Upewniłem się, że nikt mnie nie widział.

→ Upewniłem się, że nikt mnie nie widzi.

 

 

 

Ciekawe zakończenie, każdy pewnie spodziewał się trupa, a tu bum! – morze :)

 

Niektóre wstawki wydały mi się całkowicie zbędne. Na przykład ta o upomnieniu Elizy, by ogień nie był za duży czy o pielęgnacji ogrodu. I w sumie czemu w skrzyni jest akurat morze? I kim jest syrena? Co ma do tego wszystkiego skarżąca się sąsiadka i jej zdechła krowa?

 

Za dużo niewiadomych, nie umiem sensownie połączyć ze sobą tych wszystkich wątków.

 

Jednak, dziwna rzecz, mimo braku logiki w moim skromnym mniemaniu czytało się bardzo przyjemnie, jest w tym tekście coś relaksującego.

 

Życzę powodzenia w dalszym rozwoju i pozdrawiam serdecznie!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Cześć, HollyHell91

Dzięki za wyłapanie błędów w interpunkcji i nie tylko :-) Co do tych pierwszych poprawiłem chyba wszystkie, natomiast nad resztą się zastanawiałem i mam nadzieję, że będzie dobrze. 

Proszę, zauważ, że otagowałem opowiadanie oniryzm, a ta konwencja rządzi się swoimi prawami, dlatego zapewne tyle niejasności ;-) 

Cieszę się, że pomimo braku logiki mogłaś się zrelaksować. To dla mnie wspaniała wiadomość. 

Pozdrawiam serdecznie

Cześć, Heskecie. Niezłe opowiadanie, czytało się lekko i przyjemnie. Krótkie i skondensowane jak baśń, ale nie wszystko musi być kwieciste. Klikam bibliotekę. :-)

Cześć, prosiaczek

Dzięki za odwiedziny i czytanie. Dobrze jest wiedzieć, że uprzyjemniłem czas. 

Dzięki za klik.

Pozdrawiam

Podoba mi się budowanie nastroju, a syrena na końcu jest satysfakcjonująca. Nie mówisz wprost, najpierw pokazujesz obraz, później ujawniasz istotę rzeczy.

To, czego mi jednak brakowało, to więcej informacji o właścicielce, dzięki którym dowiedziałbym się dlaczego zdołała przywieźć syrenę w skrzyni.

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Cześć, Jastek Telica 

Faktycznie, nie ma nic więcej o tym. Mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej :-) 

Dzięki, że zajrzałeś i czytałeś. 

Pozdrawiam 

No witam :)

 

Czytało się całkiem przyjemnie. Typowy nastrój dla ciebie: niby wszystko jest takie spokojne i flegmatyczne, a jednak cały czas podszyte jakimś niepokojem. Nawet nie w sensie strachu, ale jednak wszystko od początku zdaje się mieć jakąś ukrytą warstwę. I faktycznie, plastyczne opisy pozwalają przenieść się w ten świat.

 

Natomiast po przeczytaniu nie do końca mam wrażenie, że zrozumiałem, o co chodziło – widzę, że nie tylko ja. Ale może w onirycznym tekście tak ma być?

 

Pozdrawiam i klik

 

 Najlepiej będzie, jeśli zrobisz to tam. – Wskazała ogród.

Brakło pauzy.

 

Zbliżyliśmy się do progu drzwi wyjściowych i ledwo co udało nam się ją podnieść.

“Ledwie”, moim zdaniem. “Ledwo co” odnosi się do czasu, a nie do trudu:

 

No ale, że tam nikogo nie ma, to już nie rozmyślam.

Raczej skoro?

 

co trochę jest głupie

Może to celowo, ale raczej “jest trochę głupie”, bo “trochę” określa “głupie”, a nie “jest”.

enixe conatus et feliciter gessi / sed extremo nihil interest / mi perendum ut omnia perdam / sed extremo nihil interest

Cześć, Galicyjski Zakapiorze

Bardzo mi miło, że do mnie zajrzałeś. Dziękuję za dobre słowa i klik. Tak, oniryzm w moim odczuciu jest nie do końca zrozumiały. To ciekawe, że często spotykam się ze spostrzeżeniem ukrytego niepokoju w tekstach. Odbieram to jako plus. 

Pozdrawiam

Nowa Fantastyka