To jedna z baśni, którą napisałam dla siebie :) Bo kiedy byłam dzieckiem, nie było takich opowieści.
Rodzina Słońca. Nasz kosmiczny kod – Tom 3
Miranda i dziewięć blizn
Opowieść familijna: Rozmowa o akceptacji siebie.
Miłej lektury :)
To jedna z baśni, którą napisałam dla siebie :) Bo kiedy byłam dzieckiem, nie było takich opowieści.
Rodzina Słońca. Nasz kosmiczny kod – Tom 3
Miranda i dziewięć blizn
Opowieść familijna: Rozmowa o akceptacji siebie.
Miłej lektury :)
CZĘŚĆ I: OPOWIEŚĆ
Najbrzydsza siostra
W rodzinie Urana większość dzieci była okrągła i gładka. Ariel miała buzię jasną i lśniącą jak porcelanowa lalka. Zawsze wiedziała, gdzie stanąć, żeby światło padało na nią najlepiej. Umbriel była czarna i tajemnicza jak bezgwiezdna noc. Mówiła mało, ale jak już otworzyła usta, wszyscy milkli. Titania i Oberon – duzi i dostojni – nosili swoje kratery z dumą, jakby to były ordery zdobyte w dawnych bitwach.
A w środku tego wszystkiego leżał tata Uran. Nie stał, nie siedział – leżał na boku, przekrzywiony. Kiedyś dostał tak mocno, że już nigdy nie wstał. Dawno, dawno temu coś go przewróciło. W rodzinie Urana o takich rzeczach się nie mówi. To nie wypada.
Dzieci też o tym nie rozmawiały. Ale wszystkie krążyły wokół taty w jego przechyleniu, jakby mówiły bez słów: „Jeśli ty leżysz, my leżymy z tobą.”
Uran nigdy im za to nie dziękował. Może nie umiał. Może bał się, że kiedy powie to na głos, w gardle zrobi mu się wielka, planetarna gula. A planety z gulą w gardle potrafią rozpętać burze, które trwają całe wieki.
I była jeszcze Miranda.
Miranda wyglądała tak, jakby ktoś ją zrzucił z bardzo wysokiej szafy, a potem próbował posklejać z tego, co zostało na podłodze – byle szybciej, byle się trzymało. Tu jedna kanciasta „korona”, wielka jak ugór pełen rowów. Tam druga, jeszcze bardziej niesforna. A na policzku – Verona Rupes: urwisko tak wysokie, że chmury Urana w dole wyglądały przy nim jak watka cukrowa.
Pewnego dnia Miranda podpłynęła do Ariel, która czesała swoje świeże pasma lodu.
– Ariel… mogę z tobą polatać? – zapytała cicho.
Ariel spojrzała na nią. Przez chwilę chciała powiedzieć „tak”. Ale potem jej wzrok spadł na kanciaste korony Mirandy, na pęknięcia, uskoki i rowy.
– Może innym razem – powiedziała. – Jak lecę obok ciebie, wszyscy patrzą na… no wiesz. Na te pęknięcia.
Nie powiedziała tego złośliwie, ale jakby mówiła: “jutro będzie mróz”. I dlatego bolało jeszcze bardziej.
Gdzieś w głębi Mirandy pęknął mały kawałek lodu. Cicho. Niezauważalnie dla nikogo poza nią.
Miranda stanęła przed swoim lodowym „lustrem” na dnie krateru i patrzyła na odbicie. Miała warkocze z lodowych kryształów – jedyną rzecz, której nigdy nie próbowała zmieniać. Resztę próbowała naprawiać. Kiedyś zasypywała pyłem rowy Arden, żeby wyglądały gładziej. Pył osiadł nierówno i wyszło jeszcze gorzej, jak ściana zamalowana farbą w złym kolorze.
– Ariel ma ładny lód – powiedziała Miranda do swojego odbicia. – Umbriel ma swoje eleganckie cienie. A ja? Ja mam blizny. Dziewięć. Wielkich, krzywych, upartych.
Odbicie nic nie odpowiedziało. Po prostu patrzyło tak samo smutno.
Miranda odwróciła się i pobiegła do swojej ulubionej kryjówki – głębokiego rowu w jednej z koron. Tam nikt jej nie widział. Tam mogła płakać lodowymi łzami, które zamarzały, zanim zdążyły spaść, i robiły nowe, malutkie kraterki.
– Nie chcę już być Mirandą – szepnęła w ciemność. – Chcę być zwykłym, nudnym, okrągłym księżycem. Bez szwów. Bez dziur. Bez tego głupiego urwiska.
Wtedy usłyszała cichutki głos.
– Miranda…
Podniosła głowę. Nad krawędzią rowu wisiał najmniejszy i najszybszy z rodzeństwa – Puck. Zawsze uśmiechnięty. Zawsze znał najlepszy żart w całym kosmosie, nawet jeśli dowcip wcale nie był na miejscu. Tym razem się nie uśmiechał.
– Miranda, musisz przyjść. Szybko. Do taty.
Miranda otarła policzek wierzchem dłoni.
– Po co? Żeby znowu się patrzyli, jaka jestem krzywa?
Puck pokręcił głową tak mocno, że prawie odpadł mu kawałek lodu z czubka nosa.
– Nie. Tym razem chodzi o coś wielkiego. Coś leci prosto na nas. I tylko ty możesz to zatrzymać.
Miranda zamrugała.
– Ja? Ja, która nawet siebie nie potrafię poskładać?
Puck zjechał po zboczu i stanął tuż przed nią.
– Właśnie ty. Bo twoje blizny… to nie są tylko blizny. To są tory. I coś właśnie powinno po nich jechać.
Miranda spojrzała w górę. Przez błękitną mgłę Urana zobaczyła jasną kropkę. Kropka rosła. I po raz pierwszy w życiu Miranda poczuła, że jej blizny zaczynają pulsować. Może stare rany wyczuły zmianę pogody.
Kropka, która miała znaczenie
W błękitnej sali tronowej, zbudowanej z chmur i lodowej mgły, zebrała się cała rodzina. Uran leżał na boku jak zawsze. Oczy miał szeroko otwarte – a to zdarzało się rzadko.
Puck postawił przed nimi idealnie gładką taflę lodu, która służyła za ekran. Na środku żarzyła się kropka. Już nie taka mała. Ciągnęła za sobą welon pyłu.
– To kometa – powiedział Puck cicho. – Duża. I szybka.
– Skąd leci? – wyszeptała Ariel.
– Z daleka. Z lodowych obrzeży. I jeśli nic nie zrobimy… w końcu tu będzie.
U Urana „w końcu” bywa bardzo długo – ale nawet bardzo długo kiedyś się kończy.
Rodzeństwo spojrzało po sobie.
– Jest za wielka – szepnęła Ariel. Jej porcelanowy spokój popękał. – Moja jasność nas nie obroni.
– I za szybka – dodała Umbriel, robiąc się jeszcze ciemniejsza. – Moja noc jej nie ukryje.
Titania zacisnęła usta.
– Rozbije nas jak szklane kulki.
Miranda stała z tyłu. Chciała się schować, ale w sali tronowej wszystko było gładkie. Nie było gdzie wcisnąć swojej krzywizny.
Uran powoli odwrócił głowę. Pierścienie zadzwoniły cicho. Spojrzał ponad głowami pięknych dzieci prosto na nią.
– Miranda – powiedział.
Miranda zamarła. Nie pamiętała, kiedy ostatnio tata powiedział jej imię. Naprawdę mówił do niej?
– Podejdź.
Zrobiła krok. I drugi. Nogi trzęsły jej się jak galareta z lodu.
– Puck mówi, że tylko ty możesz ją zatrzymać – powiedział Uran.
Miranda patrzyła na ekran.
– Ale jak? – zapytała cienkim głosem. – Jestem najmniejsza. Najbardziej posklejana z kawałków… Ja… ja nawet nie umiem być ładna.
Uran uśmiechnął się łagodnie.
– Właśnie dlatego – powiedział. – Twoje siostry są gładkie. Kometa by się po nich tylko prześlizgnęła. Oberon jest twardy – a wtedy byłoby jedno wielkie „trach” i po rodzinie.
Puck podleciał bliżej i narysował palcem linię na lodzie.
– Twoje blizny są tak głębokie, że mogą działać jak tory – powiedział. – Kometa wpadnie w rów, rozpędzi się w nim i wystrzeli w bok. Jak z procy.
Miranda spojrzała na własne korony, rowy, uskoki i urwisko. Na wszystkie miejsca, których się wstydziła.
– Czyli moje blizny… mają siłę?
Uran skinął.
– Dziewięć blizn. Dziewięć prób. Dziewięć szans. Musisz zatańczyć z kometą tak, żeby nie uderzyła w nas, tylko… przeszła obok.
Miranda przełknęła ślinę i spojrzała na tatę.
– Tato… tobie też kiedyś coś zrobiło krzywdę, prawda?
Uran milczał długo. Skinął głową.
– Wiesz, dlaczego krążycie tak dziwnie? – zapytał w końcu. – W moim przechyleniu?
Miranda patrzyła z zaciekawieniem.
– Bo kiedy upadłem… zostałyście przy mnie. Wszystkie. Mogłyście odejść. A wy zostałyście.
Miranda poczuła gulę w gardle.
– Nigdy wam tego nie powiedziałem – wyszeptał Uran. – Ale widzę. Codziennie was widzę.
Cisza w sali była tak głęboka, że słychać było, jak pył osiada na pierścieniach Urana.
Miranda uniosła brodę.
– A jeśli nie trafię?
Uran spojrzał jej prosto w oczy.
– Wtedy zostaniemy tylko pyłem i wspomnieniem.
Miranda spojrzała na Ariel. Na Umbriel. Na Titanię i Oberona, którzy pierwszy raz w życiu wyglądali na bezradnych.
Potem wyprostowała plecy.
– To co? – powiedziała głośno. – Zaczynamy trening.
I stało się coś dziwnego. Umbriel przestała się cofać w cień. Oberon zmrużył oczy inaczej niż zwykle – z czymś, co wyglądało na szacunek. Titania skinęła głową, jakby mówiła: „No, nareszcie”.
A Uran powiedział tylko jedno słowo:
– Dobrze.
Puck, który zawsze miał żart na wszystko, tym razem tylko skinął głową, jakby wiedział, że to wystarczy.
Trening na dziewięć blizn
Trening trwał długo. Puck rozstawił w przestrzeni dziewięć lodowych piłeczek.
– To próbne kometki – zawołał. – Ale traktuj je poważnie. Obrót i chwyt. Gotowa?
Miranda wzięła głęboki oddech.
– Gotowa.
Blizna 1: Inverness
Pierwsza piłeczka leciała prosto. Miranda ustawiła się bokiem, jakby podsłuchiwała wiatr. Piłeczka wpadła w rów, zakręciła i wystrzeliła w bok.
– Działa! – krzyknął Puck, robiąc fikołka.
Miranda poczuła mruczenie pod stopami. Jej własna powierzchnia powiedziała: „No. Wreszcie.”
Blizna 2: Arden
Druga piłeczka była złośliwa: zygzakowała. Miranda spóźniła się o ułamek. Piłeczka zahaczyła o krawędź blizny i prawie uciekła.
– Jeszcze raz! – krzyknęła Miranda.
Za drugim razem weszła idealnie. Arden zaszemrała cicho: „Łzy też potrafią rzeźbić drogę.”
Blizna 3: Elsinore
Trzecia piłeczka trzy razy minęła cel. Miranda usiadła i schowała twarz w dłoniach.
– Jestem za wolna – wyszeptała.
Puck usiadł obok.
– Wiesz, jak nazywa się kometa, która się spóźnia? – spytał.
– Jak?
– Nie wiem. Jeszcze żadna nie dotarła, żeby się przedstawić.
To był najgłupszy żart w całym Układzie Słonecznym. Miranda parsknęła śmiechem. I wtedy piłeczka trafiła.
Elsinore przemówiła twardo: „Upór jest głębszy niż strach.”
Blizny 4–8: pięć krótkich lekcji
Piłeczki leciały coraz szybciej. Miranda upadała, wstawała, próbowała znów. A blizny mówiły krótko – jak instrukcje do odwagi:
Siła.
Cierpliwość.*
Wściekłość. (tylko trzymana za kołnierz)
Cisza.
Nadzieja.
Blizna 9: Verona Rupes
– Ostatnia! – krzyknął Puck.
Miranda stanęła na krawędzi urwiska. Piłeczka leciała jak strzała.
– Skacz – powiedziała Miranda cicho. – Ufam ci.
Piłeczka spadła wzdłuż ściany klifu. Grawitacja Mirandy chwyciła ją, rozpędziła i wyrzuciła w kosmos jak z procy.
Miranda otworzyła oczy. Jej blizny jarzyły się delikatnym błękitem, jakby mówiły jednym głosem: „Jesteśmy gotowe”.
Puck objął ją ramieniem.
– Miranda… jesteś najgroźniejszą procą w całym Układzie Słonecznym.
Miranda spojrzała na urwisko.
– Kiedy przyjdzie prawdziwa kometa… będę musiała skoczyć razem z nią, prawda?
Puck nie odpowiedział. Nie musiał.
Miranda podeszła do lodowego lustra i spojrzała na siebie. Na pęknięcia. Na szwy. Na urwisko. I pierwszy raz uśmiechnęła się do własnego odbicia.
Może nie była połamana. Może była dokładnie taka, jaka musiała być.
Skok z Verona Rupes
Dzień nadszedł szybciej, niż komukolwiek się wydawało. Kometa wypełniła już pół nieba. Jej warkocz mienił się srebrem, błękitem i groźną zielenią – ale był taki piękny.
Rodzina stała w rzędzie. Ariel płakała, a łzy zamarzały w locie. Umbriel trzymała ją za rękę, pożyczając jej trochę cienia. Titania i Oberon zacisnęli szczęki. Uran leżał cicho. Pierścienie nie dzwoniły.
Miranda stała sama na krawędzi Verona Rupes.
– Teraz – szepnął Puck. Jego głos drżał, choć on sam był daleko.
Miranda spojrzała na tatę.
– Nie pozwolę – wyszeptała. – Nie pozwolę, żeby znowu ktoś zrobił ci krzywdę.
Rozłożyła ręce.
– Chodź do mnie – powiedziała do komety. – Zaczniemy ten taniec.
Kometa weszła w pierwszy rów. Szarpnięcie było potężne. Miranda zachwiała się. Przez chwilę myślała, że znów pęknie.
I wtedy poczuła coś jeszcze: jak Titania i Oberon napinają swoje pola grawitacyjne, jak Ariel i Umbriel dokładają siły. Nie dotykali komety – to było zadanie Mirandy. Ale trzymali Mirandę. Niewidzialna sieć grawitacji mówiła: „Nie rozpadniesz się. Jesteśmy.”
Kometa przeszła przez kolejne blizny. Zwolniła. Zamiast uderzyć, zaczęła skręcać w wielki łuk.
I w ostatniej chwili przelatywała nad krawędzią urwiska.
– Teraz! – krzyknęła Miranda.
I skoczyła. W dół. Prowadząc kometę obok siebie – jak surfer, który łapie falę.
Spadała długo. Długo, inaczej niż na Ziemi. W tej ciszy wiatr nie wył – on śpiewał pieśń triumfu. Kryształki lodu błyszczały jak konfetti na balu.
Miranda zaśmiała się na głos, bo czuła, że jej strach wreszcie ma sens: nie był po to, żeby ją zatrzymać. Był po to, żeby dodać sił.
Na samym dole kometa – prowadzona jej grawitacją – wystrzeliła w bok jak z gigantycznej procy. Poleciała daleko. Bezpiecznie.
Miranda wylądowała miękko w zaspie lodowego pyłu i spojrzała w górę. Kometa była już tylko kropką.
A potem usłyszała krzyk radości całej rodziny. Taki, że aż próżnia prawie uwierzyła, że umie nieść dźwięk.
Uran poruszył się. Z wysiłkiem, o włos, o jeden mały stopień… próbował wstać.
– Powinienem był patrzeć na ciebie częściej – wyszeptał. – Nie tylko wtedy, gdy cię potrzebowałem.
Miranda poczuła ciepło w kamiennym sercu.
– Teraz patrzysz – odpowiedziała. – To wystarczy.
Ariel dopadła do niej pierwsza.
– Miranda! – śmiała się i płakała jednocześnie. – Przepraszam… przepraszam za to, co powiedziałam o twoich pęknięciach. Byłam głupia.
I przytuliła ją mocno.
Miranda otrzepała kolana. Jej blizny wciąż jarzyły się błękitem, ale już nie wyglądały jak rany. Każda przypominała jej o drodze, którą musiała przebyć, by odnaleźć siebie.
– Nie jestem połamana – powiedziała cicho. – Jestem dokładnie taka, jaka miałam być. Teraz to rozumiem.
I wtedy wszystkie księżyce Urana objęły ją w jeden wielki, kosmiczny uścisk.
A Verona Rupes przestała rosnąć. Bo nie musiało już niczego udowadniać.
Witaj. :)
Ciepły klimat kolejnej Twojej “astronomicznej baśni” jest znów ujmujący i pełen serdeczności. :) Pięknie przekazujesz to, co najważniejsze w życiu. :) Brak tutaj przesady, sztampy, a jednak wydźwięk moralizatorski jest mocno wyczuwalny. :) Takie opowieści rzeczywiście dodają otuchy oraz wzbogacają życie. :) W dodatku “przemycają” mnóstwo naukowych sformułowań, uczą i wychowują jednocześnie. :) Oby takich baśni jak najwięcej. :)
Z technikaliów wpadły mi w oko pewne powtórzenia (być może celowe) np. form czasownika “być” i zaimków osobowych. :)
Podwójny kliczek. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet
Dzięki, Bruce, za miłe słowa:)
Te powtórzenia muszę wytępić.
Pozdrawiam serdecznie :)
Hej, Bardzo fajne opowiadanie :) Czytało się dobrze i bez potknięć, chociaż na początku myślałam, że Miranda ma się poświęcić i dać się komecie rozbić do końca. Niezbyt dobrze by to świadczyło o całej rodzince ;)
Dzięki za miłe słowa:)
Trzymam się faktów astronomicznych. Tam akurat takiej tragedii nie było. Ale ponoć nasz Księżyc powstał w wyniku kosmicznego zderzenia.
Cieszę się, że dobrze się czytało.
Pozdrawiam serdecznie :)
I ja dziękuję, pozdrawiam. :)
Pecunia non olet
Witaj Teo Max. Czy przy pisaniu tego tekstu zostało uzyte AI do wygenerowania opowiadania lub jego niektórych fraz? To proste pytanie, na które można odpowiedzieć nawet tak lub nie ;)
Silver_advent
Nie da się ukryć, reaserch przy użyciu AI plus burza mózgów i itracje; fabuła – moja, bez AI :))
Pozdrawiam serdecznie :)
Teraz jasne, pozwól że zgadnę – piszesz fabułę i treść samemu, a potem używasz redaktora AI do szlifowania i ulepszania opowiadania?
Tak, ale wcześniej reaserch, no i przyznam się burza mózgów :( Potem redakcja (ale potem znowu muszę poprawić, po ludzku) oraz edycja.
A! Nie jestem fizykiem, więc moje pomysły weryfikowane są przez AI i dość często muszę zmienić fabułę :) bo wychodzą głupoty. Potem – AI sprawdza, czy nowa wersja (poprawiona część) pasuje do całości. Ale – w tym jest dość kiepskie.
AI widzi mniej niż mnie się wydawało. Do szlifowania tekstu lepiej nadają się ludzkie oczy innego człowieka.
Pozdrawiam serdecznie :)
Brawo za szczerość! Odwaga cywilna to rzadka i szlachetna cecha. Powiem tak – uwierz w siebie bardziej i nie sluchaj tego glupiego redaktora AI. Podpowiada Ci styl pisania, który może i jest gladki, ale za to pełen powtarzalnych schematów. Przez to Twoj styl traci na charakterze. Pamietaj, że na forum mamy wielu użytkowników, ktorzy chętnie pomogą w ostatecznej redakcji tekstu, to się nazywa "beta". Chętnie pomożemy!
Nie jestem fizykiem
Czyli te wszystkie a’la fizyczne wstawki w Schodach Donikąd to twory AI?
– Szefie… – powiedział niepewnie Agaton. – To wygląda jak równanie falowe. Ale zmienna nie jest przestrzenna. Tylko czasowa.
niwelacja odkształcenia chronogeometrycznego
User-Agent: PAW/1.0
Artykuł 4 Wielkiej Karty: SIEW
[Teoria Pierwotności: CZAS generuje PRZESTRZEŃ]
∂²τ/∂t² − c²∇²τ = 0
Status: Nielethalny (chyba)
ITD
Brawo za szczerość!
Może więc warto zaznaczać to w przedmowie? Bo ten redaktor zdaje się wjeżdżać dość mocno
Those who don't believe in magic will never find it
Sliver_advent
Masz rację :))
Redaktor AI źle podpowiada, teraz to wiem. A przynajmniej – zwykle źle podpowiada, bo ma swoje schematy. Dlatego napisałam, że po AI poprawiam. A że piszę schematycznie? Cóż, taki styl. Popracuję nad tym :)
Właśnie korzystam z bety przy innym tekście. Bezcenna pomoc.
Pani OT przyznała się, że korzysta z AI. Chyba żałuje :))
Pozdrawiam serdecznie :)
Mówiła mało, ale jak już mówiła, wszyscy milkli.
otworzyła usta
Tu jedna kanciasta „korona”, wielka jak plac zabaw pełen rowów.
Autorko, nie wiem, na jakich placach zabaw się bawiłaś, ale taki plac zabaw pełen rowów jest dla dużych chłopców w zielonych ubrankach i nazywa się poligon :P
Nie powiedziała tego złośliwie. Powiedziała to tak, jakby było: „będzie jutro mróz”. I dlatego bolało jeszcze bardziej.
A tu nie ma błędu, tylko mi się spodobało. No, może inaczej skonstruowałbym drugie zdanie (drażni “było”).
Z drugiej strony, wolę takie smaczki które drażnią, niż AI, które to zastąpi metaforą wziętą z kosmosu :)
Zawsze znał najlepszy żart w całym kosmosie, nawet jeśli żart wcale nie był na miejscu.
Zawsze znał najlepszy żart w całym kosmosie, nawet jeśli ten wcale nie pasował do sytuacji.
Lub możesz zamienić pierwsze “żart” na “dowcip”.
Uran leżał na boku jak zawsze. Ale jego oczy były szeroko otwarte
Rozpoczęcie zdania od “Ale” wygląda mało elegancko, chyba że chodzi o nazwę napoju (choć nie jestem pewien, czy wtedy zyskuje na elegancji). W dodatku “jego oczy” są przez wielu uważane za kalkę z angielskiej składni.
lecz oczy miał szeroko otwarte
Miranda zamarła. Nie pamiętała, kiedy ostatnio tata powiedział jej imię. Naprawdę mówił do niej.
Jeśli zakończysz to znakiem zapytania, efekt będzie mocniejszy
Jestem najmniejsza. Najbardziej poskładana. Ja… ja nawet nie umiem być ładna.
Poskładana kojarzy się inaczej. Rozpraszało mnie, choć rozumiałem znaczenie z poprzednich akapitów.
Jestem najmniejsza. I taka pozlepiana z kawałeczków. Ja… ja nawet nie umiem być ładna.
piękny jak zorza i równie nie do dotknięcia.
Druga część nie brzmi dobrze, ma aliterację nie-nie, logicznie też się nie spina. Niestety nie do poprawienia, dopóki intencje nie są znane. Czy kwestia niedotykalności warkocza jest istotna dla fabuły?
W tej ciszy wiatr nie wył – on śpiewał pieśń triumfu.
Przepisz błagam to AI, to psuje efekt.
nie wyglądały jak rany. Wyglądały jak mapy dróg, które przeszła.
Powtórzonko. Żeby brzmiało mniej AI: Każda przypominała jej o drodze, którą musiała przebyć, by odnaleźć siebie.
Pomysł ładny, jak widzę jest to część serii. Napisane raczej dla najmłodszych czytelników i z jednej strony cieszę się, że są takie historie, z drugiej strony trochę uwierało mnie moralizatorstwo, bo nie jestem młodym czytelnikiem :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
OldGuard
Masz rację, będę zaznaczać :)
To równanie jest z platformy X (tam jest wielu dzielących się swoimi teoriami, na FB też) i jest na tyle poprawne, że AI daje rady, jak je falsyfikować. Czyli – jakie są warunki, żeby je obalić. Zapytałam owego użytkownika, czy mogę używać jego teorii i równań w powieści. Wyraził zgodę.
To nie jest równanie wygenerowane przez AI, ale przez AI sprawdzone. Teoria, że czas jest pierwotny w stosunku do przestrzeni – istnieje. Jest nawet teoria, że pierwotna jest świadomość (z równaniami).
Zastosowanie równania było moją decyzją, nie AI.
Pozdrawiam serdecznie :)
Nie demonizujmy AI. To nie diabeł. To taka bardzo duża biblioteka, ale dość głupiutka, która zachwyca się każdym naszym ruchem i łechcze ego, bo wie, że to lubimy.
Po prostu trzeba się nauczyć jej używać, nie zamykać w klatce i jeszcze walić pałką po prętach, bo w końcu wyskoczy i na zje :)
Jedni śpią z psem w łóżku, drudzy nienawidzą psów. A niektórzy uczą pieska, że ma swoje miejsce w budzie na ogródku i nie wchodzi do domu. Przynosi nam wszystkie przesyłki i jeszcze do tego sortuje. Czasem coś pogubi i wtedy nie dostanie smaczka. To moja wizja, ale nie napiszę, że słuszna, bo każdy ma inną.
Tylko nie hejtujmy się nawzajem, bo każdy ma inną wizję. Można było się pośmiać z OT, ale jeśli ktoś każe mi się przerzucić z powrotem na “głupią” wyszukiwarkę, gdzie znowu będę sam przekopywał się przez linki prowadzące do nonsensownych treści, to spojrzę na niego znacząco. Ale bez hejtu, znacząco :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
A masz gwarancję, że ktoś, kto wrzucił to równanie na X nie użył AI? W dodatku w tym przypadku jest jeszcze gorzej wizerunkowo, bo skopiowałaś czyjąś robotę z platformy X nie informując o tym czytelników…
Dzięki ,Marzan, AI to narzędzie, którym należy nauczyć się posługiwać. Tak jak jedni lubią TV, a inni twierdzą, że tylko ogłupia :(
Silver_advent
A! Nie sądziłam, że w przedmowie muszę podać źródła. Sądziłam, że skoro nie piszę pracy naukowej, a mam zgodę autora, to wystarczy, żeby publikować nienaukowe teksty:(
To nie jest wiedza tajemna, że technicy (itp.) korzystają z AI; dlaczego sądzisz, że “prawdziwa teoria” i “prawdziwe równania” nie są generowane przez AI? oby tylko dobrze promptowane :)) Stąd mój wniosek, że ten, kto wrzucił to (i dziesiątki innych) równanie na X, na pewno użył AI. A także, użył AI do wizualizacji swojej teorii.
Pozdrawiam serdecznie :)
Rzeczywiście, nie piszesz pracy naukowej. Niemniej, jako czytelnicy zakładamy, że treści które publikujesz, są Twojego autorstwa. Musimy wiedzieć, co właściwie oceniamy. Wystarczyło o tym wspomnieć w przedmowie.
Silver_advent - wezmę sobie Twoje słowa do serca.
Marzan, dzięki za łapankę. Poprawione.
Tak, to część serii. I mam nadzieję, że będę mogła je opublikować na Portalu. Choćby po krytykę. No i dla tych “łapanek”.
Pozdrawiam serdecznie :)
Moje uszanowanie!
Bardzo przyjemny tekst, personifikacje ciał niebieskich wyszły naturalnie, z udanym baśniowym sznytem. Sceny i interakcje między nimi również się bronią, tak samo “międzyksiężycowe” relacje. Ślicznie przedstawione to wszystko, do tego z wartościowym morałem.
Szkoda, że korzystałaś z AI przy redakcji, bo z tego, co znam Twoje teksty, zupełnie tego nie potrzebujesz, a rodzi to tylko niepotrzebne ceregiele.
Pozdrawiam serdecznie!
Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!
Dzięki za miłe słowa :)
Starałam się pisać tak, jak chciałabym przeczytać kiedyś, kiedy byłam mała. Przynajmniej myślę, że taka bajka przypadłaby mi do gustu.
Cóż, otworzyłam wrota piekieł :(( z tym przyznaniem się do używania AI :( Ale cóż, jest mi potrzebne do poszukiwań, sprawdzania, alternatywnych wersji fragmentu i ewentualnego dopasowania do całości (często piszę w kawałkach). A redakcja? Cóż, zaczęłam pisać (w sensie – napiszę i komuś pokażę) od czerwca zeszłego roku. Potrzebuję redaktora “pod ręką”, bo mam niezliczoną ilość baboli i zwyczajnych usterek.
Ciekawostka: pisząc ręcznie robię mało błędów. Na komputerze multum.
Pozdrawiam serdecznie :)