- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. Vicus. 0021. Dzień dwudziesty pierwszy.

Cuiavia. Vicus. 0021. Dzień dwudziesty pierwszy.

Oceny

Cuiavia. Vicus. 0021. Dzień dwudziesty pierwszy.

– Gniew­ko – prze­rwał ciszę Robert. – Dzi­siaj nie bierz włóka. Weź sierp i procę. – Skoś tyle, co zwy­kle, zo­staw na łące. Zbio­rę to wie­czo­rem.

Oczy chłop­ca roz­bły­sły. Po­rwał procę, ostroż­nie ujął sierp. Worek z oto­cza­ka­mi za­brzę­czał u pasa.

Wybiegł z osady, kierując się prosto ku jałowcom, gdzie ostatnio widział kuropatwy. Wtedy udało mu się przynieść tylko jedną, ale odkąd pilnie ćwiczył, liczył na powrót z całym stadem. Wyobraził sobie roześmianą Agnieszkę, która łapie się za głowę i krzyczy: „Kto to wszystko oporządzi?!”.

Drogę za­gro­dziła mu grupa młokosów. Na prze­dzie, z krzy­wym uśmie­chem, stał Ja­ro­pe­łek. Kilku wy­rost­ków z tyłu zmru­ży­ło oczy i za­ci­snę­ło pię­ści.

– Co tam cho­wasz? – wark­nął, wska­zu­jąc pod­bród­kiem za­ci­śnię­tą pięść.

Gwał­tow­nie scho­wał rękę za plecy. Za wolno. Ja­ro­pe­łek do­sko­czył, szarp­nął rze­mień i pchnął chłop­ca na zie­mię. Skó­rza­ny pas za­ko­ły­sał się w unie­sio­nej pię­ści na­past­ni­ka.

– Oddaj! – krzyk­nął, rzu­ca­jąc się na­przód.

Chło­pak za­re­cho­tał, ró­wie­śni­cy za­wtó­ro­wa­li mu chó­rem. Ode­pchnął go jedną ręką. Na­wi­jał procę na dłoń, de­mon­stru­jąc do kogo teraz na­le­ży.

– Dzie­ci i baby nie noszą broni – mruk­nął spo­koj­nym, opie­kuń­czym tonem. – Ścią­gniesz gniew bogów na całe sioło.

– Oddaj!

Ryk­nę­li jesz­cze gło­śniej. Ko­lej­ne pchnię­cie rzu­ci­ło Gniew­ka w piach.

– Bez­rod­ny! – wrza­snę­li.

– Baba, nie chłop!

Ko­lej­ny cios po­słał go na ko­la­na.

– Porab znaj­dów! Baba!

W skro­niach za­czę­ło mu dud­nić. Za­ci­snął zęby, aż szczę­ka za­drża­ła.

Żadna dziew­ka! Ha­ru­ję cię­żej niż wy.

Sko­czył z wrza­skiem pro­sto na Ja­ro­peł­ka. Wy­ro­stek zbił go z toru ra­mie­niem i po­słał na zie­mię.

Twar­da, wy­su­szo­na glina za­dra­pa­ła dłoń. W noz­drza ude­rzył ostry, du­szą­cy kurz.

Ja­ro­pe­łek zmie­rzył le­żą­ce­go wzro­kiem. – Dzie­ci i dziew­ki nie po­lu­ją – wy­ce­dził. – Broń służy wojom. Mach­nął na kom­pa­nię i uniósł zdo­bycz ponad głowę.– Na kacz­ki! Za mną! Zgra­ja po­pę­dzi­ła ku rzece, zo­sta­wia­jąc go w pyle.

Dźwi­gnął się chwiej­nie. Przez chwi­lę nie mógł zła­pać od­de­chu. Łzy pa­li­ły pod po­wie­ka­mi. Za­ci­skał szczę­ki aż strze­li­ło w skro­ni. Żad­ne­go pła­czu. Nie da ni­ko­mu tej ra­do­ści. Byle dalej stąd. Byle nie sły­szeć tego re­cho­tu.

Ru­szył pędem. Biegł, aż za gra­ni­ce sioła, a płuca za­pie­kły bra­kiem tchu. Padł w wy­so­kie trawy. Z gar­dła wy­rwał się szloch. Ude­rzał pię­ścia­mi w zie­mię, roz­ła­do­wu­jąc wście­kłość.

Otarł twarz rę­ka­wem, uniósł na­rzę­dzie. Ostrze bły­snę­ło w słoń­cu. Sze­ro­kie cię­cie, potem dru­gie. Kosił z furią, trak­tu­jąc trawę ni­czym wro­gie sze­re­gi. Stal dźwię­cza­ła, ło­dy­gi pa­da­ły po­ko­tem. Na dło­niach pękły pierw­sze pę­che­rze, skóra pa­li­ła, nie zwal­niał. Skoń­czy tę łąkę. Udo­wod­ni siłę. Chłop nie pła­cze, chłop pra­cu­je.

* * *

Ro­bert z Agniesz­ką we­szli do za­gro­dy Sta­ni­mi­ra z ko­szem wi­kli­ny. Za­pach ży­wi­cy, wió­rów i dymu ude­rzał z kil­ku­na­stu kro­ków. W otwar­tych wro­tach sto­do­ły tań­czy­ły w słoń­cu słupy pyłu. Obej­ście wy­peł­nia­ło mia­ro­we stu­ka­nie dłuta.

Sta­ni­mir z synem tkwi­li po­chy­le­ni nad gru­by­mi deskami. Cie­śla trzy­mał opa­lo­ny patyk, a syn kre­ślił wę­glem okrąg.

– O, widzę, że za chwi­lę w Kwie­ci­stej będą dwie tacz­ki. – rzu­cił od progu. – Jakie równe koło, aż miło pa­trzeć.

– Wi­taj­cie! – za­wo­łał Sta­ni­mir, od­kła­da­jąc skro­bak. – Do­brze, że­ście tra­fi­li. Ra­do­mir, wody dla gości!

Go­spo­darz po­krę­cił głową z uśmie­chem. – Wciąż za­cho­dzi­my w głowę, czemu nikt wcze­śniej na to nie wpadł. Pro­sta kon­struk­cja, a taka po­moc­na. Skła­da­my ko­lej­ną dla sie­bie.

– Czas na zmia­nę. – Ro­bert rzu­cił pęk witek na zie­mię. – Wi­kli­no­wy kosz po­mie­ści wię­cej.

Agniesz­ka ski­nę­ła przej­mu­jąc kubek.

To­po­ry cie­śli ryt­micz­nie ude­rza­ły, sy­piąc pach­ną­cy­mi wió­ra­mi. Su­ro­we tar­ci­ce na­bie­ra­ły formę. Ra­do­mir ko­pio­wał gesty ojca. Obok po­wsta­wa­ło dno kosza.

Agniesz­ka prze­bie­ra­ła ga­łę­zie. Ze sztyw­nych two­rzy­ła osno­wę, a cien­kie, ela­stycz­ne Ro­bert prze­pla­tał po­przecz­nie.

– Wasz młody ma krze­pę – mruk­nął Sta­ni­mir, sku­pio­ny na ob­rób­ce. – Ob­ser­wu­ję go co świt.

– Ma upór i dumę – od­par­ła, nie zwal­nia­jąc tempa – Wy­rost­ki mu do­ku­cza­ją.

Cie­śla wes­tchnął cięż­ko, od­su­wa­jąc na­rzę­dzie.

– Ja­ro­pe­łek prze­wo­dzi na­gon­ce. Zbyt głupi, by sa­me­mu to wy­my­ślić. Oj­ciec chowa go na swoją modłę. – Sta­ni­mir pu­ścił oko do Ro­ber­ta. – Ale co ja tobie tłu­ma­czę – za­śmiał się.

– Puszy się ni­czym cie­trzew, a ro­zu­mu we łbie brak. Gniew­ko musi okrzep­nąć.

Ro­bert za­plótł ko­lej­ną witkę. Roz­mo­wę wy­par­ły od­gło­sy ro­bo­ty – szu­ra­nie wi­kli­ny, świst skro­ba­ków, tępy stu­kot po­bi­ja­ków.

Dobra krą­ży­ła po po­dwó­rzu, ner­wo­wo mię­dląc rąbek za­pa­ski. Znik­nę­ła w cha­cie, po chwi­li wy­pro­wa­dzi­ła małą dziew­czyn­kę. Skóra i kości. Chwiała się jak wiotkie drzewko i traciła równowagę przy każdym kroku.

Agniesz­ka odło­ży­ła ga­łę­zie. Po­de­szła bli­żej, ob­ser­wu­jąc małą. – Co się z nią dzie­je?

Ko­bie­ta unio­sła pod­krą­żo­ne oczy. – Nikt nie wie. Pró­bo­wa­łam na­pa­rów od Ja­go­dy. Szep­tu­cha za­ma­wia­ła uroki – na próż­no. Nik­nie w oczach z każ­dym no­wiem. Bo­go­wie wy­cią­ga­ją po nią ręce. Już parę razy sty­gła na po­sła­niu.

Kuc­nę­ła przy dziec­ku. Opusz­ka­mi pal­ców zba­da­ła po­li­czek – zimny pot prze­sią­kał przez lepką skórę.

Prze­ra­ża­ją­co blada, wo­sko­wa, nie­mal prze­zro­czy­sta skóra od­sła­nia­ła sine żyłki. Rany w ką­ci­kach warg krwa­wi­ły.

– Mogę zo­ba­czyć? – za­py­ta­ła. Dobra za­sko­czo­na proś­bą, ski­nę­ła.

Ujęła ko­smyk wło­sów – ma­to­we, rzad­kie pasma pę­ka­ły pod na­ci­skiem. Mała trwa­ła w bez­ru­chu, wpatrzona gdzieś w dal. Ła­pa­ła po­wie­trze krót­ki­mi, szar­pa­ny­mi hau­sta­mi.

De­li­kat­nie ujęła twarz, kciu­kiem ścią­gnę­ła dolną po­wie­kę. Była biała. Prze­nio­sła wzrok na dło­nie. Pa­znok­cie wy­gię­ły się we wklę­słe mi­secz­ki.

Bla­dość ślu­zó­wek… ko­ilo­ny­chia… za­ja­dy… apa­tia… dusz­ność. Skraj­na ane­mia sy­de­ro­pe­nicz­na. Przed ocza­mi sta­nę­ły sche­ma­ty z pod­ręcz­ni­ków bio­che­mii.

Pod­nio­sła wzrok. – Dobro – za­czę­ła – po­wiedz mi… czy ona pró­bu­je jeść zie­mię? Albo po­piół z pa­le­ni­ska?

Matka cof­nę­ła się w szoku. – Skąd wiesz? – wy­ją­ka­ła. – Tak. Mi­lu­sia cały czas dra­pie pa­zur­ka­mi zie­mię i wkła­da do buzi. My­śla­łam, że rozum po­stra­da­ła… – Knyk­cie matki zbie­la­ły na za­pa­sce.

Za­prze­czy­ła ru­chem głowy. – Nie po­stra­da­ła – ucię­ła. – Łak­nie tego, czego ciału bra­ku­je. To nie klą­twa, to cho­ro­ba.

– Krwi bra­ku­je siły. – Od­cze­ka­ła chwi­lę. – Ma jesz­cze szan­sę.

Dobra otwo­rzy­ła usta, lecz nie padło ani jedno słowo. – Cho­ro­ba? – wy­krztu­si­ła. – Szep­tu­cha ma­wia­ła o uroku… o ucho­dzą­cej duszy.

– Ciało słab­nie, bo jej krew za­sy­cha – Agniesz­ka ucię­ła prze­są­dy. – Za­ufaj mi. Zro­bisz teraz do­kład­nie to, co po­wiem.

Spoj­rza­ła na matkę, a jej głos stał się sta­now­czy.

– Po pierw­sze, wą­tro­ba, serce. Był jakiś ubój ostat­nio?

– Skąd – prych­nę­ła Dobra. – To nie czas na bicie.

– Macie kury. Wy­bierz naj­tłust­szą. Wą­tro­ba za­dzia­ła naj­szyb­ciej. Ugo­tuj ją, roz­gnieć na papkę z wodą i daj małej. Każdy kęs de­cy­du­je o prze­ży­ciu. Krew zbierz do miski, po­cze­kaj aż skrzep­nie. Do­da­waj po łyżce do każ­dej po­lew­ki.

Dobra wy­trzesz­czy­ła oczy. Po­krzy­wa, lipa, li­ście babki te le­kar­stwa znała.

– Krew? – wargi ledwo sfor­mu­ło­wa­ły dźwięk. Cof­nę­ła się. – Szep­tu­chy za­ka­zu­ją… Krew budzi de­mo­ny, psuje duszę, od­bie­ra wiecz­ny spo­kój!

Agniesz­ka stała nie­wzru­sze­nie. Prze­nio­sła wzrok na ko­na­ją­ce dziec­ko.

– A ty czego chcesz?

– Ja? – Za­mru­ga­ła za­sko­czo­na.

– Ty. Nie szep­tu­cha. Nie bo­go­wie. Ty.

Dobra spu­ści­ła wzrok. Palce za­ci­snę­ły się na za­pa­sce. Przez chwi­lę mil­cza­ła.

– Chcę, żeby żyła – wy­szep­ta­ła ła­mią­cym się gło­sem.

– Więc walcz o nią. Nie kar­mi­my duszy. Kar­mi­my ciało – po­wie­dzia­ła cicho, ale do­bit­nie.

Spoj­rza­ła na córkę. Potem na kurę. Znów na córkę. Prze­ska­ki­wa­ła wzro­kiem z chłod­nej twa­rzy przy­bysz­ki na prze­zro­czy­ste lico córki.

– Szep­tu­cha na­ka­zy­wa­ła modły i ocze­ki­wa­nie co bogi od­rzek­ną – po­wta­rza­ła bez­na­mięt­nie. – Ty chcesz stra­wą le­czyć?

– Jeśli bo­go­wie chcą kogoś karać, niech karzą mnie – wy­szep­ta­ła. – Nie ją.

* * *

Ni­skie słoń­ce bar­wi­ło skraj lasu, gdy Ro­bert wto­czył tacz­kę na po­la­nę i znie­ru­cho­miał. Na łące pię­trzył się po­tęż­ny stóg trawy. Obok siedział Gniewko, ciężko dyszał.

– Na bogów, chło­pie! – Gwizd­nął z uzna­niem. – Chcesz wy­kar­mić wszyst­kie krowy w opolu? To ro­bo­ta dla trzech chło­pów, nie dla jed­ne­go chłop­ca. A gdzie łupy z łowów? – Zmierz­wił czu­pry­nę ma­łe­go, lecz ten nie za­re­ago­wał.

– Za­po­dzia­łem procę – wy­krztu­sił głu­chym, bez emo­cji gło­sem.

Uśmiech na twa­rzy Ro­ber­ta zgasł. Kuc­nął przy chłop­cu. – Gdzie? Prze­szu­ka­my łąkę. – Chło­pak drgnął prze­czą­co. W oczach ze­bra­ły się łzy. – Nie wiem. Cho­dzi­łem i prze­pa­dła.

– Mów praw­dę – zni­żył głos. – Ktoś po­mógł w zgu­bie? Ja­ro­pe­łek? Łzy wy­żło­bi­ły jasne smugi na brud­nej twa­rzy. – Za­bra­li… Pra­wi­li żem baba, nie chłop. Że dzie­ciom wara od oręża.

Palce same za­ci­snę­ły się w pię­ści. Szarp­nął się, aż za­trzesz­cza­ły stawy. Mały sku­lił się. Ro­bert wy­pu­ścił po­wo­li po­wie­trze, tłu­miąc furię. Naj­pierw chło­pak. Na odwet przyj­dzie czas.

Ujął ra­mio­na chłop­ca. – Spójrz na mnie. – Zła­pał ucie­ka­ją­cy wzrok. – Ja­ro­pe­łek to głu­piec. Ka­wa­łek skóry w dłoni nie sta­no­wi o mę­sko­ści. – Szloch za­czął się rwać, prze­cho­dząc w ciche po­cią­ga­nie nosem.

– Ale… on mi ją za­brał… – za­krztu­sił się po­wie­trzem. – Ojca… Mi­ro­sła­wa… moją…

Chodź, za­wie­zie­my trawę do domu, a póź­niej pój­dzie­my do Do­bro­go­sta i mu ją od­bie­rze­my.

– Jak to, od­bie­rze­my? – Spoj­rzał z nie­do­wie­rza­niem. – Pój­dziesz do Do­bro­go­sta i ją od­zy­skasz?

– Razem pój­dzie­my. – Chło­piec cof­nął się, za­sko­czo­ny.

Wbił widły w pokos, pró­bu­jąc pod­nieść jak naj­wię­cej trawy. Stęk­nął z uda­wa­nym wy­sił­kiem. – Na bogów! Gniew­ko, tu jest wię­cej niż na czte­rech włó­kach!

– Co to jest? – do­pie­ro teraz za­uwa­żył nową kon­struk­cję.

– Ra­do­mir na­zwał to tacz­ką, po­mo­że nam zwieźć wszyst­ko bez wy­sił­ku.

Za­ła­do­wał trawę do kosza. Chwy­cił Gniew­ka pod pachy, po­sa­dził go na samym szczy­cie. Chło­piec za­nu­rzył się w mięk­kiej, zie­lo­nej masie. Słod­ka woń soków ude­rzy­ła w noz­drza, ło­dy­gi ła­sko­ta­ły łydki, słoń­ce grza­ło po­licz­ki. Usiadł sze­ro­ko na tra­wie, roz­glą­da­jąc się z góry.

– Wra­ca­my do domu – po­wie­dział, chwy­ta­jąc mocno za drew­nia­ne po­rę­cze.

Gniew­ko wy­chy­lał się na boki, zdzi­wio­ny ob­ser­wo­wał, że wóz mimo cię­ża­ru gład­ko to­czył się po nie­rów­nej ziemi.

Wje­cha­li w sam śro­dek sioła. Gwar osady za­marł. Ko­bie­ty prze­ry­wa­ły prace, męż­czyź­ni opie­ra­li się o płoty. Ga­pi­li się na jed­no­ko­ło­wy wóz. Wska­zy­wa­li pal­ca­mi męż­czy­znę cią­gną­ce­go, w głę­bo­kim pia­chu, bez wi­docz­ne­go wy­sił­ku wiel­ką ster­tę trawy. Po­ka­zy­wa­li Gniew­ka.

Z tłumu wy­stą­pił rosły Sam­bor. Ob­szedł tacz­kę do­oko­ła, dra­piąc się po bro­dzie, – Sam cią­gnie? Bez wołu? – Uniósł brwi z nie­do­wie­rza­niem.

Chwy­cił za kon­struk­cję. Szarp­nął z całej siły w bok. Ster­ta trawy za­ko­ły­sa­ła się gwał­tow­nie.

– Bo mnie strzą­śniesz! – Chło­pak ryk­nął śmie­chem, ła­piąc rów­no­wa­gę sze­ro­ko roz­sta­wio­ny­mi ra­mio­na­mi.

Sam­bor cof­nął się. – Nie skrzy­pi – mruk­nął.

Ro­bert uśmiech­nął się lekko i po­pra­wił uchwyt na po­rę­czach. – Jak ma skrzy­pieć, skoro to ro­bo­ta Sta­ni­mi­ra? – od­po­wie­dział gło­śno. Słu­żyć bę­dzie dłu­żej niż nie­jed­no ko­ry­to.

– No tak, Sta­ni­mir byle czego z rąk nie wy­pu­ści – po­ki­wał głową stary Bo­ru­ta, ba­da­jąc pal­cem oś koła. – Chy­tra ro­bo­ta, oj chy­tra. Na ple­cach trzem by było cięż­ko ten pokos nieść, a tu jeden czło­wiek idzie i nawet nie zipie…

Za­chwy­ty prze­rwał zło­śli­wy skrze­czą­cy głos. – Pa­trz­cie go! Knur już w bło­cie się nie tapla, teraz się w woła za­mie­nił i wozy ciąga! – krzyk­nę­ła żona Do­bro­go­sta, kilka osób par­sk­nę­ło śmie­chem.

Wy­ha­mo­wał. Spoj­rzał na nią, potem na tłum. Prych­nął gło­śno, gwał­tow­nym ru­chem głowy za­rzu­cił nie­ist­nie­ją­cą grzy­wę.

– Pa­trz­cie na nią, baba całe życie na wsi, a wołu od konia nie od­róż­nia! – Par­sk­nął gło­śno. Dra­pał zie­mię stopą.

Wy­prę­żył się. Ro­zej­rzał się po są­sia­dach. Ru­szył przed sie­bie wy­so­ko uno­sząc ko­la­na.

Agniesz­ka wi­dząc całą scenę, pod­chwy­ci­ła za­ba­wę. Przy­ło­ży­ła dło­nie do ust i krzyk­nę­ła na całe gar­dło.

– Wio, ko­ni­ku! Wio!

Nowe przy­ja­ciół­ki z bani na­tych­miast do­łą­czy­ły. Śmiech roz­lał się po maj­da­nie.

– Do­rod­ny rumak! – za­wo­ła­ła Przy­by­sła­wa.

– Przy­dał­by się taki ogier w obej­ściu i… łoż­ni­cy! – pal­nę­ła Zorza ma­cha­jąc do Agniesz­ki.

Chma­ra dzie­cia­ków wy­pa­dła zza opłot­ków. Z pi­skiem ufor­mo­wa­ły sze­reg, ma­sze­ru­jąc ramię w ramię z Ro­ber­tem za­dzie­ra­jąc nogi.

Lu­do­la zsi­nia­ła ze zło­ści. Od­wró­ci­ła się na pię­cie i szybko czmychnęła w stronę swego obejścia.

– Dzi­wa­cy! Plu­ga­we na­sie­nie! – rzu­ci­ła, ja­zgot dzie­ciar­ni cał­ko­wi­cie za­głu­szył jej furię.

Or­szak do­tarł pod za­gro­dę.

Przed chatą pu­ścił tacz­kę, Gniew­ko zsunął mu się prosto w ramiona. Pod­rzu­cił go wy­so­ko i okrę­cił w po­wie­trzu.

– Ojej, nie tak wy­so­ko, bo nam od­le­ci do Wy­ra­ju! – krzyk­nę­ła roz­ba­wio­na Agniesz­ka.

Po po­sił­ku ich drogi ro­ze­szły się. Agniesz­ka skie­ro­wa­ła się do Do­brej, Ro­bert z Gniew­kiem ru­szy­li do Do­bro­go­sta.

* * *

Lu­do­la pa­tro­szy­ła kacz­kę. Ja­ro­pe­łek od­gry­wał scenę po­lo­wa­nia – ska­kał, wy­ma­chi­wał rę­ka­mi, świsz­czał rze­mie­niem nad czu­pry­ną.

Do­bro­gost stru­gał drew­no, z za­do­wo­le­niem ob­ser­wo­wał syna.

Ro­bert z Gniew­kiem wkro­czy­li w obej­ście.

Do­bro­gost wstał. Sy­no­wie na­tych­miast sta­nę­li za nim.

– Twój syn za­brał Gniew­ko­wi procę – po­wie­dział Ro­bert ostro, bez żad­ne­go wstę­pu. – Niech ją odda.

Do­bro­gost po­wo­li odło­żył nóż. Otarł dło­nie o spodnie.

– Na­zy­wasz mo­je­go syna zło­dzie­jem? – uniósł głos.

– Za­brał mu broń. Jak to na­zwiesz?

– Ja­ro­pe­łek pil­nu­je świę­te­go po­rząd­ku. – Uśmiech­nął się krzy­wo. – Dzie­ci i baby z orę­żem w ręku ob­ra­ża­ją bogów – wy­ce­dził. – Kwie­ci­szo­wy po­miot myśli, że dziad­ko­we modły uchro­nią go przed gnie­wem nie­bios? Że może z bo­ga­mi igrać?

Gniew­ko sku­lił się. Zro­bił pół kroku za Ro­ber­ta, chwy­cił go mocno za no­gaw­kę.

– Nie mie­szaj w to Kwie­ci­sza. To spra­wa mię­dzy chłop­ca­mi. Oddaj to, co za­bra­łeś.

– W siole wszyst­ko jest spra­wą moją albo Kwie­ci­sza – pa­trzył pro­sto w oczy. – I nie po­zwo­lę, by jego wnuk ścią­gał nie­szczę­ście na moje za­go­ny.

Zza pło­tów wy­ła­nia­ły się cie­kaw­skie twa­rze są­sia­dów.

– Sły­szy­cie? – pod­niósł głos. – Do­bro­gost mówi, że bo­go­wie ka­za­li jego sy­no­wi okraść Gniew­ka.

Twarz Do­bro­go­sta stę­ża­ła. Ski­nął krót­ko na syna.

– Oddaj mu ten śmieć.

Ja­ro­pe­łek wy­krzy­wił usta, z roz­ma­chem rzu­cił procę w błoto. Skóra pac­nę­ła z mo­krym mla­śnię­ciem.

– Masz swoją zgubę, żer­co­wy wnucz­ku – syk­nął.

Gniew­ko drgnął, pu­ścił no­gaw­kę, prze­su­nął się do przo­du. Ro­bert po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu.

Po­wo­li schy­lił się. – Chłop nie rzuca się w błoto na roz­kaz – wy­szep­tał chłop­cu do ucha.

Robert chwy­cił procę, wbi­ja­jąc palce głę­bo­ko w błoto. Na­piął ją mię­dzy dło­nia­mi.

Gwał­tow­nym szarp­nię­ciem zrzu­cił szlam z rze­mie­ni.

Mokra bryła błota ode­rwa­ła się od rze­mie­ni, z pla­skiem tra­fi­ła Ja­ro­peł­ka w twarz.

Chło­pak wzdry­gnął się. Cof­nął o krok. Roz­tarł maź na twa­rzy, krzy­wiąc się z obrzy­dze­nia.

Ro­bert spo­koj­nie starł reszt­ki brudu o no­gaw­kę. Wło­żył czy­stą procę w drżą­ce dło­nie Gniew­ka.

Chło­piec przy­ci­snął ją do pier­si. Spoj­rzał na Ja­ro­peł­ka, który wciąż ner­wo­wo wy­cie­rał twarz.

Do­bro­gost za­ci­skał szczę­kę. Po­licz­ki mu drża­ły.

Objął chłop­ca ra­mie­niem i wy­szli.

* * *

Agniesz­ka prze­kro­czy­ła próg ciem­nej chaty. Mila le­ża­ła na ko­żu­chach. Uklę­kła przy niej i po­ło­ży­ła dłoń na cie­płym czole. Od­dech wy­da­wał się głęb­szy. Wciąż była bar­dzo blada. De­li­kat­nie od­chy­li­ła dolną po­wie­kę – na­bie­ra­ła le­d­wie wi­docz­ne­go, ró­żo­wa­we­go ko­lo­ru. Ujęła drob­ną, bez­wład­ną dłoń, palce Mili drgnę­ły w sła­bym uści­sku. Drob­ne, nie­mal nie­zau­wa­żal­ne znaki po­pra­wy. Prze­sta­ła ga­snąć. Wywar za­czy­nał dzia­łać.

Dobra tłu­mi­ła szloch. Agniesz­ka ujęła ją za ra­mio­na.

– Wą­trób­ka za­trzy­ma­ła naj­gor­sze. Teraz trze­ba od­bu­do­wać jej krew i przy­wró­cić siły.

– Słu­chaj uważ­nie. – wy­ostrzy­ła ton. – Co­dzien­nie ugo­tu­jesz wywar z mło­dych liści po­krzyw. Zry­waj tylko czub­ki. Ziele wy­cią­ga siłę ziemi. Do wrząt­ku dodaj garść dzi­kich, kwa­śnych ja­błek lub nie­doj­rza­łej ja­rzę­bi­ny.

Oczy Do­brej szkli­ły się od łez.

– Zro­zu­mia­łaś? – upew­ni­ła się Agniesz­ka.

Ski­nę­ła głową, ści­ska­jąc w dło­niach na­czy­nie z krwią.

– Do każ­dej mi­secz­ki, kiedy po­lew­ka jest jesz­cze cie­pła, ale nie go­rą­ca, dodaj i do­brze wy­mie­szaj jedną łyżkę skrzep­nię­tej krwi. Krew to życie. Nic jej nie za­stą­pi. Po­da­waj jej tak czę­sto, jak tylko zdoła prze­łknąć. Nigdy nie łącz tej po­lew­ki z mle­kiem.

* * *

– Ja­ro­pe­łek ode­brał Gniew­ko­wi procę – po­wie­dział Ro­bert cicho, od nie­chce­nia, z nutą zło­ści.

– Do­brze zro­bił. – Sta­ni­mir nawet nie prze­rwał pracy.

– Do­brze? – uniósł brwi.

– To jesz­cze chły­stek – od­parł Sta­ni­mir głu­cho. – Nie po­wi­nien z orę­żem cho­dzić. To spro­wa­dza nie­szczę­ście.

Twarz Ro­ber­ta stę­ża­ła. – On już nie jest dziec­kiem. Tyle prze­szedł, pra­cu­je cię­żej niż nie­je­den do­ro­sły. Za­słu­żył na nią.

Sta­ni­mir po­pa­trzył zdzi­wio­ny. – Uczyń z niego chło­pa, bę­dzie mógł nosić broń.

Ro­bert zmarsz­czył czoło, zbity z tropu. – W jaki spo­sób? Co masz na myśli?

– W wa­szych stro­nach nie ma po­strzy­żyn? – zdzi­wił się cie­śla. – Chło­pak lata już ma, za­bierz go matce i w oczach wszyst­kich wej­dzie pod twoją opie­kę, a jego słowo za­cznie zna­czyć tyle, co do­ro­słe­go.

– Jak to zro­bić?

– Za­cze­kaj do zwóz­ki. Zbierz świad­ków. Przej­mij opie­kę. To wszyst­ko.

– Zro­bisz łuk dla Gniew­ka… dał­bym mu go w darze.

Sta­ni­mir po­krę­cił po­wo­li głową, cmok­nął. – My­sło­da­rze… Inna rzecz zro­bić wóz czy wrota, a inna łuk. Trze­ba czuć drew­no, wie­dzieć, w którą stro­nę giąć. Byle cie­śla tego nie po­tra­fi.

– Znasz kogoś, kto zrobi dobry łuk dla chło­pa­ka?

– Oczy­wi­ście – od­po­wie­dział z uśmie­chem. – Idź do Cisa, on robi naj­lep­sze, całe opole od niego bie­rze.

– A ile sobie liczy? – za­py­tał nie­pew­nie.

– Ode mnie – mówił wolno przy­wo­łu­jąc wspo­mnie­nia – kilka zim temu wziął trzy worki ziar­na. Może za mniej­szy dla mło­dzia­ka mniej weź­mie.

– Trzy worki? – Wy­pu­ścił po­wie­trze. Przed ocza­mi sta­nął mu obraz pola z mi­zer­nym łanem.

– Lep­sze­go łu­czy­ska nikt tobie nie zrobi.

– To ma­ją­tek! – mruk­nął zmar­twio­ny.

– Po­myśl o mię­si­wie w po­lew­ce. Trzy worki za za­ją­ce, a może i je­le­nia, to dobra wy­mia­na.

Roz­wa­ża­nia prze­rwał gło­śny śmiech. Ich wzrok po­wę­dro­wał w głąb po­dwó­rza, gdzie w za­pa­da­ją­cym zmierz­chu chłop­cy roz­ma­wia­li o czymś z za­pa­łem. Gniew­ko po­da­wał ka­my­ki Lesz­ko­wi, a ten z ra­do­snym okrzy­kiem ci­skał je w stro­nę pola. Ka­mień ude­rzył w coś z hu­kiem. Chło­piec pod­sko­czył z za­chwy­tu.

– Gniew­ko tyle trawy dzi­siaj na­ciął, że na­le­ży mu się dzień wolny. Przyjdź jutro do nas z synem. Niech chło­pa­ki za­po­lu­ją razem. Twój już po po­strzy­ży­nach? Może po­lo­wać?

Koniec

Komentarze

Taka refleksja: Czy leczenie naukową medycyną w świecie, który wierzy w demony, nie sprawi, że za chwilę zniszczą całą budowaną wiekami “bazę wiedzy” tej społeczności? Zakładam ze ta krew dodawana do polewki pomoże. Co na to lokalna szeptucha? Nie będzie zwalczać konkurencji? Pozdrawiam!

Czy leczenie naukową medycyną w świecie, który wierzy w demony, nie sprawi, że za chwilę zniszczą całą budowaną wiekami “bazę wiedzy” tej społeczności?

Używają tego co pod ręką. ich przewaga to nie tylko wiedzą że coś działa ale dlaczego działa

 

Co na to lokalna szeptucha? 

szeptucha mieszka daleko, lokalna jest zielarka… SPOILER

 

 

dzięki

– Gniewko – Robert przerwał ciszę.

Masz dar wstawiania dyskusyjnych form już w pierwszej linii:) Tutaj zapisałbym – przerwał ciszę Robert, ponieważ “przerwał ciszę” ma takie samo znaczenie jak “doszedł go głos” – odnosi się do czynności mówienia.

 

Tam widział ostatnio kuropatwy. Wtedy przyniósł tylko jedną. Od tamtej pory dużo ćwiczył

Podnosimy poprzeczkę stylistyczną: mamy tutaj grupę zdań o bardzo powtarzalnym schemacie składniowym, co brzmi monotonnie. Można to urozmaicić ;)

 

Drogę zagrodził mu tłum

Wyobraźnia czytelnika ma problem – lepiej “banda/grupa młokosów/dziatwy” zamiast tłum

 

warknął, wskazując podbródkiem na zaciśniętą pięść.

Robert z Agnieszką weszli w zagrodę Stanimira

Wejść do zagrody – obecna forma sugeruje, że są olbrzymami i ją stratowali :)

 

Stanimir z synem tkwili pochyleni nad grubymi tarcicami.

Niepoliczalna.Nad grubą tarcicą lub nad kawałkami grubej tarcicy. Poza tym formalnie tarcica bierze się od “przetrzeć/przecierać” – czyli przeciąć wzdłuż słojów. Trzeba sprawdzić, czy w tym okresie deski były przecierane (tzw. piła kanadyjska czy jej odpowiedniki) czy ciosane.

Nie ma obecnie nie-gwarowego odpowiednika ciosanego drewna – zaniknął on wraz z upowszechnieniem się pił. Po prostu deska. Gruby, ciosany element to płaz.

 

Wiotkie ciało chwiało się, tracąc równowagę przy każdym kroku.

Niby poprawne użycie imiesłowu, ale ładniej będzie bez imiesłowu: Chwiała się jak wiotkie drzewko i traciła równowagę przy każdym kroku.

 

wpatrzona w nicość.

Wpatrzona gdzieś w dal – nicość to sztuczny dramatyzm

 

 

– Krew? – Wargi ledwo sformułowały dźwięk.

Ten sam problem co na początku – opisuje czynność mówienia.

 

Obok siedział ciężko dyszący Gniewko.

Nie, żebym nie lubił imiesłowów i ich pochodnych. A jednak jak zdybię taką paskudę jak tu, to bym jej łebek ukręcił (beeeecki gdzieś tam nazwał mnie Pierwszym Łowcą, ale Tarnina jest okrutniejsza :P )

Obok siedział Gniewko i ciężko dyszał.

 

– Mów prawdę – Robert zniżył głos

Podobnie odnosi się do mówienia.

 

– Przydałby się taki ogier w obejściu i… łożnicy! – palnęła Zorza machając do Agnieszki.

Widzę tu zwiastun pokus dla bohatera. Byłoby to dobre spięcie wcześniejszych scen z tą i następnymi, ale wprowadza wyzwania dla relacji Robert-Agnieszka.

 

Odwróciła się na pięcie, szybko uchodząc w stronę swojego obejścia.

Tu jest monstrum do ubiciadevil, bo mamy czynność dokonaną, a potem następującą po niej, a nie równoczesną. I szybko czmychnęła w stronę swego obejścia

 

Gniewko zsunął się prosto w jego ramiona

Inna wersja składni: Zsunął mu się prosto w ramiona – lepiej pasuje do słowiańskich klimatów.

 

Skóra rzemień pacnęła z mokrym mlaśnięciem.

Coś nie tak z odmianą

 

Chwycił procę, wbijając palce głęboko w błoto. Napiął ją między dłoniami.

Gwałtownym szarpnięciem zrzucił szlam z rzemieni.

To jest kulminacja i musisz napisać, kto chwycił procę. Scena jest napięta i nie ma miejsca na błędy w wyobrażeniu. Jakby to Robert wystrzelił błocko, to byłaby tam bijatyka.

 

– Słuchaj uważnie. – Wyostrzyła ton

Też paszczowe :)

 

– Zrobisz łuk dla Gniewka… dałbym mu go w darze.

Stanimir pokręcił powoli głową, cmoknął. – Myślodarze… Inna rzecz zrobić wóz czy wrota, a inna łuk. Trzeba czuć drewno, wiedzieć, w którą stronę giąć. Byle cieśla tego nie potrafi.

 

W praktyce Stanimir może zrobić prosty, leszczynowy łuk (drożej jesion albo wiąz), żeby chłopak miał się czym bawić. Nie byłoby wskazane, żeby się uczył na cisowym. I tak nie miałby rozwiniętej muskulatury i pamięci ciała żeby go napiąć.

Archeologia z terenu Wysp Brytyjskich wskazuje na powodzenia takiego wariantu treningu – tam przecież królował “longbow”

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Masz dar wstawiania dyskusyjnych form już w pierwszej linii:)

to dobrze czy źle?

Podnosimy poprzeczkę stylistyczną:

kolejna reguła do zapamiętania ;-)

Widzę tu zwiastun pokus dla bohatera.

spoiler

Jakby to Robert wystrzelił błocko, to byłaby tam bijatyka.

ale to on zrobił. szukałem czegoś na krawędzi. nie bezpośrednie uderzenia a niby przypadkowe chlapnięcie przy czyszczeniu.

W praktyce Stanimir może zrobić prosty, leszczynowy łuk

może ma szacunek do rzemiosła Cisa. Rozpiszę to w scenie u łucznika. Leszczynowy może być bardziej odpowiedni no i tańszy co ma dla nich znaczenie.

 

dzięki

 

 

 

Nowa Fantastyka