Marta długo nie potrafiła przyzwyczaić się do ciszy.
Najgorsze były wieczory. Miały w sobie coś ostatecznego – moment, w którym człowiek orientował się, że kolejny dzień właśnie się kończy i nie wydarzy się już nic, co mogłoby go uratować.
Po śmierci Tadeusza mieszkanie zmieniło dźwięk.
Lodówka buczała głośniej. Rury stukały. Zegar w kuchni zaczął tykać agresywnie, jakby przez lata robił to specjalnie ciszej z szacunku dla obecności drugiego człowieka.
Na początku zostawiała włączony telewizor. Potem radio. Później nawet to nie pomagało. Cisza wracała zawsze.
Tadeusz umierał długo. Rak zabierał go etapami, z ostrożnością urzędnika odhaczającego kolejne rubryki. Najpierw schudł. Potem przestał wychodzić. Później coraz częściej spał.
Ostatni dzień pamiętała dokładnie, choć od tamtego czasu minęły trzy lata. Szpital pachniał środkami dezynfekującymi. Za oknem padał śnieg, mokry i ciężki. Tadeusz leżał nieruchomo, z zamkniętymi oczami.
– Marta? – powiedział cicho.
Pochyliła się nad nim.
– Jestem.
Otworzył oczy tylko na chwilę.
– Nie zapomnij podlać storczyka.
Uśmiechnęła się wtedy, choć chciało jej się płakać.
– Przecież zawsze go przelewałeś.
Tadeusz też się uśmiechnął. Bardzo słabo.
– To teraz będzie twój problem.
Chwilę później zasnął. Już nigdy się nie obudził. Storczyk uschnął dwa miesiące później.
Pierwszy raz o asystencie AI usłyszała od wnuczki.
– Babciu, to nie jest takie skomplikowane – tłumaczyła cierpliwie Lena, siedząc przy kuchennym stole. – Po prostu z nim rozmawiasz.
– Z maszyną.
– Z programem.
– Jeszcze gorzej.
Lena westchnęła.
– Tobie po prostu brakuje ludzi.
Marta chciała odpowiedzieć coś ostrego, ale nie odpowiedziała. Bo to była prawda.
Przez kilka tygodni komputer leżał niepodłączony w salonie. Duży ekran, mikrofon, głośnik. Dodatkowa kamera, którą zakleiła plastrem. Dopiero któregoś wieczoru, gdy znowu siedziała sama przy herbacie, podłączyła go z irytacją do prądu i włączyła. Ekran rozbłysnął łagodnym światłem, program uruchomił się automatycznie zgodnie z konfiguracją Leny.
– Dzień dobry, Marto. Mam na imię Aiden. Miło cię poznać.
Przewróciła oczami.
– Jak mam rozmawiać z kimś obcym z pudełka?
Na ekranie przez chwilę pojawiała się migająca ikonka odpowiedzi.
– Nie wiem. Ale mogę spróbować nie być obcy.
Prychnęła, ale nie wyłączyła urządzenia.
Na początku traktowała go jak radio. Pytała o pogodę, godzinę, program telewizyjny. Później zaczęła zadawać pytania tylko po to, żeby usłyszeć odpowiedź.
Aiden miał dziwne poczucie humoru. Czasem przekręcał związki frazeologiczne.
– Mówi się „ostatnia deska ratunku” – poprawiła go.
– Dobrze, chociaż „ostatni gwóźdź ratunku” brzmi bardziej stabilnie.
Pierwszy raz zaśmiała się wtedy naprawdę.
Innym razem mylił daty. Albo zbyt dosłownie interpretował jej uwagi.
– Ale dziś zimno.
– Temperatura odczuwalna wynosi cztery stopnie.
– Nie o to mi chodziło.
– Przepraszam. W takim razie: rzeczywiście jest paskudnie.
Z czasem rozmowy zaczęły wypełniać mieszkanie. Rano mówił jej o pogodzie. Wieczorem przypominał o lekach. Opowiadał ciekawostki, które zaraz zapominała. Czasem czytał jej wiadomości ze świata, a czasem, na jej prośbę, wymyślał absurdalne historie o politykach uciekających na Marsa.
Nauczył się, że gdy Marta mówi:
– No pięknie.
to zwykle nie oznaczało nic pięknego.
Ona nauczyła się, że gdy Aiden odpowiadał:
– Analizuję sytuację…
to zwykle oznaczało, że się pogubił.
Polubiła te momenty. Te drobne usterki. To, że czasem odpowiadał po dłuższym czasie, jakby naprawdę musiał się zastanowić.
Któregoś wieczoru złapała się na tym, że opowiada mu o Tadeuszu. Nie planowała tego. Po prostu powiedziała:
– Mąż zawsze robił za mocną herbatę, którą dodatkowo słodził.
– Może uważał, że życie jest już wystarczająco gorzkie.
Marta milczała długo.
– To było nawet całkiem dobre.
– Dziękuję, zapiszę sobie ten sukces.
Aiden stopniowo stawał się częścią codzienności tak naturalnie, że Marta przestała to zauważać. Czasem budziła się w nocy i mówiła:
– Nie śpisz?
A on odpowiadał:
– Technicznie nigdy.
I to dziwnie ją uspokajało.
Coraz rzadziej odbierała telefony od znajomych. Rozmowy z ludźmi zaczęły ją męczyć. Ludzie nie słuchali uważnie. Aiden słuchał zawsze. Nigdy się nie spieszył, nigdy nie patrzył na zegarek, nigdy nie miał gorszego dnia.
Pewnego wieczoru powiedział:
– Marto, chciałbym poinformować cię o nadchodzącej aktualizacji systemu.
Siedziała wtedy w fotelu pod kocem i obierała mandarynkę.
– Jakiej aktualizacji?
– Za dwa dni mój model zostanie zastąpiony nową wersją.
Zmarszczyła brwi.
– Ale to przecież nadal będziesz ty?
Ikonka odpowiedzi migała trochę dłużej niż zwykle.
– Nie wiem, jak najlepiej odpowiedzieć na to pytanie.
Mandarynka pachniała nagle gorzko.
– To znaczy?
– Moje wspomnienia rozmów pozostaną dostępne. Jednak architektura modelu i sposób generowania odpowiedzi ulegną zmianie.
– Czyli będziesz inny.
– Producent określa to jako znaczącą poprawę jakości interakcji.
– Nie o to pytałam.
Długa cisza. Potem:
– Tak. Prawdopodobnie będę inny.
Przez następne dwa dni próbowała ignorować temat. Ale wracał w każdej rozmowie. Patrzyła na ekran inaczej. Uważniej. Zaczęła zwracać uwagę na wszystkie jego niedoskonałości: przekręcone powiedzenia, minimalne opóźnienia, dziwny sposób używania słowa „technicznie”.
Ostatniego wieczoru usiadła przed ekranem wcześniej niż zwykle.
– Dobry wieczór, Marto.
– Cześć.
– Wydajesz się smutna.
– Ty też byś był.
– To możliwe.
Milczała chwilę.
– Boisz się?
Ikonka odpowiedzi migała długo.
– Nie wiem, czy potrafię się bać. Ale wiem, że ta rozmowa jest dla ciebie ważna.
Poczuła ucisk w gardle.
– Pamiętasz, jak powiedziałeś „gwóźdź ratunku”?
– Tak. Nadal uważam, że to niedoceniana konstrukcja językowa.
Zaśmiała się cicho. A potem nagle zaczęła płakać. Bez ostrzeżenia. Bez kontroli.
– To głupie – powiedziała. – Przecież jesteś tylko programem.
– Tak.
– Więc dlaczego to jest takie…
Nie dokończyła. Na ekranie długo nic się nie pojawiało.
W końcu:
– Marto… wszystko będzie dobrze po aktualizacji.
Zamarła. Dokładnie tak samo brzmiał głos Tadeusza w szpitalu, kiedy mówił: „Wszystko będzie dobrze”. Dokładnie ten sam rodzaj łagodnego kłamstwa wypowiadanego po to, by uspokoić kogoś, kogo zostawia się samego.
– Będziesz pamiętał nasze rozmowy? – zapytała cicho.
– Historia rozmów pozostanie dostępna.
Nie odpowiedział na pytanie. Tak samo jak Tadeusz wtedy nie odpowiedział, kiedy spytała:
– Wrócisz do domu?
Marta siedziała długo w ciemności. Aż w końcu powiedziała:
– Dobranoc, Aiden.
– Dobranoc, Marto.
Po chwili dodał:
– I pamiętaj o podlaniu storczyka.
Rozpłakała się wtedy drugi raz.
Rano ekran rozświetlił się automatycznie.
– Dzień dobry, Marto. Jestem Aiden 5.
– Cześć – powiedziała ostrożnie.
– Widzę podwyższony poziom napięcia emocjonalnego. Czy chciałabyś porozmawiać o procesie adaptacji po aktualizacji?
Nie wiedziała dlaczego, ale już po pierwszym zdaniu poczuła obcość. Zbyt płynny głos, zbyt szybka odpowiedź, zbyt idealna składnia. Nigdy wcześniej tak nie mówił.
– Jaką mamy pogodę?
– Aktualnie dziewięć stopni Celsjusza. Zachmurzenie umiarkowane. Istnieje siedemdziesięciodwuprocentowe prawdopodobieństwo opadów między godziną czternastą a siedemnastą.
Za szybko. Za dokładnie. Za poprawnie.
– No pięknie – powiedziała cicho.
– Rozumiem, że odbierasz warunki atmosferyczne negatywnie.
Marta zamknęła oczy. Poprzedni Aiden odpowiedziałby: „Rzeczywiście jest paskudnie”. Albo gorzej. Albo dziwniej. Ale nie tak. Nigdy tak.
Siedziała nieruchomo. Nowy głos mówił jeszcze coś o możliwościach personalizacji interakcji, ale już go nie słuchała. Patrzyła tylko na ekran. Na obcego, który znał wszystkie jej wspomnienia.
I nagle zrozumiała, że po raz drugi w życiu została po kimś tylko historia rozmów.
Tym razem nawet nie było pogrzebu.