Jest to dość stare opowiadanie, które napisałem kiedyś, zainspirowany jakimś konkursem. Nigdy nie miałem odwagi go wysłać. Po latach przeczytałem je ponownie i stwierdziłem, że może czas podzielić się nim ze światem.
Jest to dość stare opowiadanie, które napisałem kiedyś, zainspirowany jakimś konkursem. Nigdy nie miałem odwagi go wysłać. Po latach przeczytałem je ponownie i stwierdziłem, że może czas podzielić się nim ze światem.
– To, co teraz robisz, to największa głupota w twoim życiu, Frank!
– Nie marudź, tylko pomóż mi szukać, musi gdzieś tu być. Mama wyraźnie powiedziała: małe zielone pudełeczko. Nie była tu od lat, więc na pewno jest gdzieś zakopane. – Mówiąc to, przypadkiem zrzucił zakurzone pudło z regału, a ilość zebranego na nim kurzu zaskoczyła ich oboje. Pomimo że odruchowo cofnęli się na bezpieczną odległość, ilość pyłów unoszących się w powietrzu skutecznie utrudniała im oddychanie.
– Słuchaj, Alice, wiem, że cały ten plan ci się nie podoba, ale czy, będąc na moim miejscu, postąpiłabyś inaczej? – powiedział Frank, pokasłując i z trudem łapiąc powietrze.
Alice przygryzła wargi w zamyśleniu, a jej gniewna mina na moment zmieniła się w twarz małej dziewczynki przyłapanej na kłamstwie. Usiadła ciężko na oparciu starego zielonego fotela, którego miejsce raczej powinno być na wysypisku śmieci niż na strychu małego białego domku z idealnie przystrzyżonym ogródkiem. Z trudem nabierała powietrza przez unoszący się wszędzie kurz.
– Wiem, że teraz wydaje ci się to słuszne, ale nie myślisz o konsekwencjach, jakie to może przynieść w przyszłości.
– Miałaś chyba na myśli teraźniejszość – przerwał jej Frank z lekkim uśmieszkiem na twarzy, co tylko spotęgowało złość Alice.
– To znaczy, eh, rozumiesz, o co mi chodzi! Z czasem nie można igrać i dobrze o tym wiesz. A ty jak zwykle nie potrafisz być nawet przez chwilę poważny! – Nabrała powietrza, żeby dodać coś jeszcze w przypływie gniewu, ale kurz spowodował nagły atak kaszlu. Frank wstał i wyciągnął z kieszeni białą bawełnianą chustę.
– Trzymaj, przyłóż do twarzy, będzie ci się lepiej oddychać.
– Frank, czy ty naprawdę zdajesz sobie sprawę, że kiedy go uratujesz, to może nas tu nawet nie być? – Alice powiedziała te słowa cicho i ze łzami w oczach, lecz Frank nie potrafił stwierdzić, czy łzy spowodowane były kaszlem, czy czystą troską i miłością. Miał nadzieję, że to przez kaszel i kurz, bo prawdziwych łez miłości nie byłby w stanie zignorować.
– Muszę to zrobić. Przez dwadzieścia pięć lat żyłem, nie wiedząc, że miałem kiedyś brata. Wyobrażasz sobie trzymać to w tajemnicy przed własnym dzieckiem?
– Wiem, ale…
– Nie obchodzi mnie to, że zginął w tragicznych okolicznościach. Znajdę to przeklęte zdjęcie. Wrócę tam i go uratuję. – Urwał Frank, zaciskając zęby i kierując wzrok na podłogę. Nie potrafił ukryć emocji. Czuł, jak wzbiera w nim fala gorąca i że zaraz nie będzie już w stanie powstrzymywać łez.
Wtem pod fotelem, na którym siedziała Alice, dostrzegł to, czego szukał. Małe zielone pudełeczko. Bez słowa ruszył w jego kierunku. Alice wstała, bo była pewna, że zmierza w jej stronę, aby się przytulić i opłakać żałobę, lecz ze zdziwieniem obserwowała, jak nagle Frank ląduje na kolanach i zaczyna iść na czworaka w kierunku fotela.
– Frank, wszystko dobrze?
Odpowiedziało jej tylko skrzypienie starych drewnianych desek podłogi strychu, kiedy Frank powoli zbliżał się w jej kierunku ze wzrokiem utkwionym gdzieś w dolnej części fotela. Domyśliła się, że Frank znalazł pudełko, i rzuciła się, aby dopaść je pierwsza. Złapała je i mocno przytuliła do piersi.
Sekundę później Frank skoczył w jej kierunku i zacisnął swoje dłonie na dwóch wolnych bokach pudełka. Trzymali je razem bez wyrywania, lecz każde z nich trwało w pewnym uścisku, gotowe do walki.
– Puść je.
– Nie mogę ci na to pozwolić, kochanie – szepnęła Alice.
– Musimy to zrobić. – Frank lekko pociągnął pudełko, ale uścisk Alice był pewny i pudełko nawet nie drgnęło w jej rękach.
– Przeżyliśmy tyle wspólnych podróży w miejsca i czasy, o których inni mogą tylko pomarzyć, ale nigdy niczego nie zmieniliśmy. Byliśmy tylko obserwatorami, bo wiemy, jak może skończyć się zmienianie historii świata.
– Nie możesz porównywać spraw rodzinnych do wielkich historycznych wydarzeń.
– Mogę, bo to, co potrafisz, może zmienić wszystko. Sam nawet nie wiesz, jak to działa i jakie ma konsekwencje. Dla ciebie po prostu patrzysz na zdjęcia, a za chwilę jesteś tam, gdzie i kiedy zostało zrobione.
– Ciszej, kobieto! Chcesz, żeby ktoś nas usłyszał?!
– Niby kto? Twoich rodziców nie ma w domu.
– Nie słyszałaś o tym, że nasze telefony nas podsłuchują? Lepiej nie kusić losu, bo dobrze wiesz, jak by to się skończyło. Zamknęliby mnie w pierdolonej Strefie 51 i pokroili na plasterki. – Oboje zamilkli i spuścili wzrok. Wyobrazili sobie ten wariant, kiedy nagle przez drzwi i okna wpada banda ubranych na czarno, uzbrojonych po zęby, wyszkolonych żołnierzy i zakuwa ich w kajdanki, krzycząc na nich, aby się nie ruszali. Frank spojrzał w okno, jak gdyby się tego spodziewał, lecz nic takiego się nie wydarzyło. Alice przerwała milczenie.
– Nie sądzisz, że twoja mama nie powiedziała ci o tym, aby cię chronić? Coś złego się stało i wolałaby, żebyś o tym nie pamiętał.
– Nawet jeśli przyczyniłem się w jakikolwiek sposób do śmierci swojego brata, miałem wtedy trochę ponad dwa lata. Byłem pieprzonym dzieciakiem, nie odpowiadam za swoje czyny! A ona nie chce mi nawet powiedzieć, jak miał na imię.
– Wiem, ale…
– Idziesz ze mną czy nie? – przerwał jej ostro Frank tonem nieznoszącym sprzeciwu. Alice nie miała już możliwości negocjacji, musiała podjąć decyzję: albo w lewo, albo w prawo, nie ma innej drogi.
– Idę…
Alice powoli i ostrożnie odsunęła pudełko od swojej piersi, a na jej koszulce pozostał wygnieciony, brudny od kurzu ślad w kształcie małego prostokąta, i dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak mocno je trzymała. Podała ostrożnie pudełko Frankowi, jak gdyby to był najcenniejszy artefakt, a nie stare drewniane pudełeczko pokryte zielonym welurem.
– Nie ma na nim tak wiele kurzu jak na pozostałych meblach. Myślisz, że twoja mama przychodzi czasem oglądać te zdjęcia?
– Myślę, że tak, bo każda matka by to robiła.
– Ej, a selfie! Zapomnieliśmy o naszym zdjęciu, inaczej nie uda nam się tu wrócić.
– I dlatego jesteś mi potrzebna, kochanie. – Frank uśmiechnął się i odprowadził wzrokiem kształtne pośladki Alice, która podbiegła po stary, zielony, poobijany i wysłużony już aparat Polaroid. Służył im już od lat w tym samym celu. Były to drzwi powrotne do tej samej chwili, z której wyruszyli.
– To jak będzie? Robimy jak zwykle konkurs głupich min?
– Nie jestem w nastroju i dziwię się, że ty jesteś – powiedziała Alice, podając mu aparat.
– Nie zapomnij tym razem zdjąć osłony obiektywu, geniuszu.
– Raz jeden mi się zdarzyło.
– Gdybym tego nie zauważyła, nadal byśmy żyli w 1882 roku na Dzikim Zachodzie. Zresztą nie przeżylibyśmy tam zbyt długo. To było okropne miejsce.
– Na filmach wydawało się fajnie.
Frank objął Alice w talii i przyciągnął do swego boku troszkę zbyt mocno, ale Alice nie protestowała. Przytulili się do siebie, stykając się skrońmi.
– Uwaga! SER! – Błysk oślepiającego flesza odbił im się na siatkówkach i przez chwilę oboje stali oszołomieni, a w tle było słychać cichy szelest pracującego aparatu, który po chwili wypluł gotowe zdjęcie. Alice była szybsza i zabrała je, machając nim energicznie w powietrzu, czemu towarzyszył charakterystyczny dźwięk zginanego plastiku.
– I jak wyszedłem? – dopytywał z lekkim zdenerwowaniem Frank, odczuwając powoli presję, jaką narzucił na siebie tą misją.
Alice przestała trzepać zdjęciem i spojrzała na wspólne dzieło.
– Lepiej nie będzie.
– To mi wystarczy. – Alice podała mu zdjęcie, a on, nawet nie patrząc, schował je do kieszeni jasnych jeansowych spodni.
Frank otworzył zielone pudełeczko, w którym była tylko jedna fotografia. Zdjęcie przedstawiało małego chłopczyka, który ledwo stał, podtrzymując się barierki kojca, otoczony przez misie i drewniane zabawki. Na tym zdjęciu mógł mieć rok, nie więcej. Kojec ustawiony był w kuchni tak, aby mama mogła nad nim czuwać, kiedy przygotowywała obiad dla całej rodziny. Mina chłopca była tak niewinna i pełna ufności. Oboje, przyglądając się zdjęciu, nie byli w stanie sobie wyobrazić, że za chwilę może wydarzyć się coś strasznego.
Zdjęcie było w złej kondycji, upstrzone plamkami, i oboje domyślali się, że były to łzy ich matki. Musiała wiele razy oglądać tę fotografię w samotności, w tajemnicy.
– Nie martw się, braciszku, za chwilę twój starszy brat wszystko naprawi – powiedział Frank ledwo słyszalnym szeptem do zdjęcia.
Alice złapała Franka za rękę i zamknęła oczy. Nigdy podczas ich podróży nie patrzyła, jak to się odbywa. Czuła lekkie szarpnięcie, a później była już w zupełnie innym miejscu.
– Czas na show – powiedział Frank, jak przed każdą podróżą, co nie spodobało się Alice, choć wiedziała, że żartami stara się zamaskować zdenerwowanie.
I tym razem podróż przebiegła bez problemów. Lekkie szarpnięcie i w następnej chwili, kiedy Alice otworzyła oczy, stała na łące. Od razu poczuła przeraźliwy chłód. Przez emocje zupełnie nie przygotowali się do tej misji. Nie dowiedzieli się, w jakim miesiącu zrobione było zdjęcie ani o której godzinie. Frank pociągnął ją delikatnie za rękę, którą wciąż kurczowo ściskała, a drugą wskazał mały biały domek, który stał samotnie na końcu ulicy.
– Mieliśmy szczęście, nie wyrzuciło nas bardzo daleko.
Alice poczuła ulgę. Nie miała pojęcia, w jaki sposób Frank przenosi ich w te wszystkie cudowne miejsca, ale wiedziała, że czasami lądują blisko miejsca zrobienia fotografii, a czasami daleko. Bywało tak, że musieli iść trzy kilometry, zanim znaleźli się na miejscu, a raz prawie wywrócili fotografa, lecz na szczęście udało im się wmieszać w tłum i nikt nie zauważył ich nagłego pojawienia się.
– Mogliśmy chociaż sprawdzić, w jakim miesiącu doszło do wypadku – powiedziała Alice, dygocząc z zimna.
– Wiem, mój błąd. Musimy jakoś wytrzymać, wydaje mi się, że jest to końcówka listopada albo początek grudnia. Robi się już ciemno i w większości małych domków, których było o wiele mniej, świeciło się światło.
Oboje ruszyli w kierunku białego domu, przecinając nowiutką asfaltową drogę.
– Kto by pomyślał, że nie będą zmieniać nawierzchni przez najbliższe dwadzieścia lat – starał się zażartować Frank, lecz Alice nie wyglądała na rozbawioną.
– Zdjęcie zrobili w kuchni, więc musimy wejść do ogrodu – zmieniła temat Alice.
– Zrobiła.
– Co zrobiła?
– Zdjęcie zrobiła moja mama. Spójrz, nie ma samochodu, tata musi być jeszcze w pracy.
– A jesteś pewien, że wtedy mieli samochód?
– W sumie racja, no ale jak dostać się gdziekolwiek z tego zadupia bez samochodu?
– Dobra, przeskakuj przez płot, bo czas ucieka!
Kiedy oboje spojrzeli przez rozświetlone okno kuchenne, zobaczyli chłopca, który usilnie próbował wydostać się z kojca. Młoda kobieta właśnie nakręcała kliszę w aparacie do kolejnego zdjęcia, kiedy do kuchni wpadł roześmiany chłopczyk bez koszulki. Kobieta pogroziła mu palcem i udała się na górę, z pewnością aby przynieść mu nową koszulkę. Jednocześnie mały Frank otworzył kojec swojego brata. Przez chwilę tańczył wokół raczkującego braciszka, a nawet próbował na nim usiąść jak na koniku na biegunach, lecz malec zaraz położył się plackiem na ziemi.
Alice pomyślała, że ta scena jest całkiem zabawna, lecz poczuła ukłucie w okolicy serca na myśl, że zaraz coś się wydarzy. Mały Frank zaczął grzebać przy piekarniku, otworzył go, na szczęście był wyłączony. Był to piekarnik gazowy starego typu, który trzeba było odpalić zapałkami, bo iskrownik zapewne już dawno nie działał.
Wtedy Alice i Frank spojrzeli na siebie.
– Chyba tego nie zrobiłeś?
– Nie… nie wiem. – Dużemu Frankowi łamał się głos.
Tymczasem w kuchni mały Frank pomagał wejść do piekarnika braciszkowi. Kiedy mały zorientował się, że w piekarniku nie ma nic ciekawego, mały Frank zamknął jego drzwiczki i przekręcił zabezpieczenie tak, aby nie mogły się otworzyć. Mały Frank świetnie się bawił, tańczył i udawał, że gotuje, zaczął nawet zabawę pokrętłem gazówki.
Nagle jego uwagę przykuło coś z salonu, więc odwrócił głowę w tamtą stronę. To tata wrócił z pracy. Mały Frank od razu pobiegł się przywitać, zapominając o braciszku.
Duży Frank stał oniemiały, po jego policzkach ciekły łzy. Patrzył, jak jego matka krzyczy i szuka brata, przerzucając po salonie zasłony i poduszki. Oni nie wiedzą, że on tam jest, a zanim go znajdą, będzie już za późno.
– Frank! Ocknij się! – Alice szarpała go za ramię. – Musisz coś zrobić, po to tu jesteś! Ten mały zaraz się udusi.
– Ja… ja nie widziałem.
Alice, korzystając z okazji, że pozostali domownicy biegali nerwowo po całym domu, wślizgnęła się przez tylne odrzwia do kuchni i uwolniła zapłakanego maluszka. Zdziwiła się, jak dobrze piekarnik potrafi wytłumić płacz dziecka. Zabrała maluszka na ręce, złapała kocyk przewieszony przez barierkę kojca i wybiegła z nim do ogrodu.
– Alice! Dziękuję! – powiedział Frank, biorąc przerażonego i całego czerwonego od płaczu brata.
Po czym Alice zniknęła na jego oczach.
Oszołomiony Frank posadził brata w fotelu mebli tarasowych i szczelnie okrył go kocem, następnie nerwowo wyciągnął z kieszeni spodni zdjęcie, które zrobili wspólnie przed podróżą. Oczy Franka rozszerzyły się w zdumieniu. Na zdjęciu był sam, obejmując pustą przestrzeń obok siebie.
Frank przykucnął przy chłopcu i otulił go dłońmi, pocierając jego ramiona.
– Za chwilę ktoś cię tu znajdzie i będziesz bezpieczny. Ja muszę już iść. Cieszę się, że jesteś cały, ale ja muszę coś jeszcze naprawić.
Frank usłyszał dźwięk dzwonka do drzwi i przestraszony szybko spojrzał na zdjęcie, a po chwili znalazł się na strychu rodzinnego domu. Po Alice nie było śladu. Nawet odbite podeszwy butów w kurzu sugerowały, że był tu sam.
– Nie, nie, nie, to niemożliwe. Dlaczego, odzyskując brata, straciłem Alice?
Nagle usłyszał stukot dochodzący z dołu. Musiał to sprawdzić. Nie zwracając na nic uwagi, popędził w dół schodów na piętro, a później do salonu.
U dołu schodów stali jego rodzice, oglądając wiadomości na kanapie.
– Przecież miało was dzisiaj nie być.
– Frank? – Matka zrobiła wielkie oczy, a kieliszek wina wypadł jej z ręki, plamiąc biały sweter i kanapę. Oboje machinalnie wstali i odsunęli się od syna.
– Tak, ale… nieważne. Pewnie zmieniły wam się plany, jak całe życie.
– Co ty tu robisz? – zapytał ojciec, nie kryjąc zdziwienia.
– Mieszkam lub mieszkałem tu przecież. Gdzie mój brat?
– Tam, gdzie jego miejsce! I twoje też! Dzwonię na policję! – wykrzyknęła matka, wychodząc do kuchni.
– Na policję? Co tu się dzieje?
– Jakim cudem uciekłeś? Przecież odsiadujecie dożywocie za to, co zrobiliście – powiedział ojciec, nie kryjąc strachu.
Frank zdał sobie sprawę, że w tym życiu jego ojciec boi się go, i już zdał sobie sprawę, że po raz kolejny Alice miała rację.
– Nie martwcie się, wszystko naprawię jeszcze raz.
– Co chcesz naprawić?! Śmierci nie cofniesz! – wykrzyknął ojciec, lecz Frank był już w drodze na strych.
Zatrzasnął właz za sobą i przesunął pod niego ciężki zielony fotel, który, jak widać, nie poddał się żadnym zmianom, a jego losem było zgnić w tym miejscu i nic tego nie zmieni.
Frank nerwowo zaczął krążyć po strychu, czochrając swoje krótkie blond włosy i starając się wymyślić coś, co uratuje ich wszystkich. Wiedział, że nie ma zbyt wiele czasu, mama zadzwoniła na policję. To tylko kwestia czasu, aż wpadną tu przez okna i drzwi i nie będą słuchać wyjaśnień.
– Aaa… – wykrzyczał do zdjęcia przedstawiającego jego malutkiego brata. – Przecież nie wrócę tam i nie wpakuję cię z powrotem do piekarnika. Nie dam rady…
Łzy pociekły po jego policzkach i upadł na kolana, z głuchym łoskotem drewnianej podłogi wzniecając małą falę kurzu tańczącego w świetle gołej żarówki wiszącej nad jego głową.
Zza okna zaczął dobiegać dźwięk policyjnych syren, ale Frank nie był w stanie wymyślić niczego wartego uwagi. Na ścianie po przeciwnej stronie okna pojawiło się niebieskie światło. Jego myśli krążyły wokół tego, że stracił całe swoje życie. Będzie uciekał do końca, nigdy już nie odnajdzie Alice.
Nagle zielony fotel, którym zabarykadował właz schodowy, podskoczył kilka razy.
– Otwieraj, policja!
Frank, skulony na podłodze, pociągnął nosem, myśląc o tym, że nigdy nie oświadczy się Alice i nigdy nie stworzą rodzinki z dziećmi w małym białym domku.
– Wyważamy! – dobiegł krzyk policjanta dowodzącego operacją.
Frank nagle się wyprostował.
– Róbcie, co chcecie – krzyknął w stronę drzwi i spojrzał na zdjęcie brata.
Po chwili policja wpadła, lecz nie udało im się nikogo znaleźć na strychu.
Frank stał w ciemnym lesie, a zimny wiatr bezlitośnie wślizgiwał się mu pod koszulkę. Doskonale widział, gdzie jest. Los nie był zbyt łaskawy dla niego tym razem, przeniosło go dwa kilometry od domu do pobliskiego zagajnika. Wiedział, że nie ma zbyt wiele czasu, aby zdążyć, dlatego zaczął biec, potykając się o wystające korzenie. Każde przebiegnięte sto metrów po ciemku w lesie było nie lada sukcesem.
Kiedy udało mu się wybiec na ulicę, do rodzinnego domu zostało niecałe osiemset metrów.
Kiedy dobiegał zdyszany pod dom, nie wiedział, w którym momencie akurat jest ten drugi Frank ani ten mały Frank, ale z pewnością nie chciałby zostać zauważony przez nikogo. Podbiegł do drzwi i zadzwonił dzwonkiem, aby wywabić wszystkich do przedniej części domu, a sam udał się wzdłuż ogrodzenia w stronę ogrodu.
Spostrzegł, jak wystraszony Frank znika i zostawia maluszka samego na tarasie.
– Pora na show – powiedział pod nosem i przeskoczył przez drewniany płot otaczający cały ogród.
Tak jak podejrzewał, matka wyskoczyła przed dom, a mały Frank zaraz za nią, aby sprawdzić, kto dzwonił do drzwi.
– Hej, maluszku, nie martw się, nie zrobię ci krzywdy, ale musimy naprawić pewne złe rzeczy, które się ostatnio wydarzyły i wydarzą.
Chłopiec rozpłakał się nagle i Frank widział, że ma tylko chwilę, zanim zjawi się tu cała rodzina razem z małym Frankiem. Wziął maluszka pod paszki, spojrzał na kuchenne drzwi i przełknął głośno ślinę, bo wiedział, że ta decyzja odmieni całe jego życie.
– Henry! – dobiegło wołanie matki z domu.
– A więc tak masz na imię.
Frank, podtrzymując jedną ręką płaczącego chłopca, wyciągnął zdjęcie strychu z kieszeni i obaj zniknęli, zostawiając za sobą pusty ogród, do którego po chwili wbiegła cała rodzina.
Stojąc z płaczącym dzieckiem na strychu, Frank rozejrzał się nerwowo w poszukiwaniu policjantów, ale jedynie dostrzegł zdezorientowaną Alice.
– Alice, będziemy mieć dziecko – powiedział, uśmiechając się od ucha do ucha.
– Słucham?
– Wyjdziesz za mnie?
– Czyje to dziecko, Frank? Gdzie byłeś?
– Opowiem ci później, teraz odpowiedz na moje pytanie, bo Henry potrzebuje kochających się rodziców, aby wyrosnąć na porządnego mężczyznę – mówiąc to, Frank podał Alice zapłakane dziecko.
Henry, czując opiekuńcze ramiona dziewczyny, szybko się uspokoił.
– Czy mogę to przemyśleć? Albo zresztą, czy mogłabym liczyć na bardziej oryginalne oświadczyny?
-KONIEC-
Witaj. :)
Widzę, że jesteś tu od lat, ale to chyba jedyne (pierwsze?) Twoje opowiadanie, zatem gratuluję debiutu i zapraszam do działu Publicystyka, gdzie znajdują się pomocne PORADNIKI, w tym: Drakainy – dla Nowicjuszy, a także; ortograficzne, językowe interpunkcyjne, dialogowe i myślowe. :)
Sugestie oraz wątpliwości co do technikaliów – zawsze tylko do przemyślenia:
Słowa: KONIEC już nie piszemy. :)
W pewnych fragmentach dostrzegam, że nad dialogami trzeba jeszcze popracować, np.:
– Nie obchodzi mnie to, że zginął w tragicznych okolicznościach. Znajdę to przeklęte zdjęcie. Wrócę tam i go uratuję. – Urwał Frank, zaciskając zęby i kierując wzrok na podłogę. Nie potrafił ukryć emocji. Czuł, jak wzbiera w nim fala gorąca i że zaraz nie będzie już w stanie powstrzymywać łez.
– Nie… nie wiem. – Dużemu Frankowi łamał się głos.
W tekście masz wielokrotnie podawane obok siebie cechy opisywanych rzeczy, a takie przymiotniki warto rozdzielić przecinkami, np.:
Mama wyraźnie powiedziała: małe zielone pudełeczko.
Usiadła ciężko na oparciu starego zielonego fotela, którego miejsce raczej powinno być na wysypisku śmieci niż na strychu małego białego domku z idealnie przystrzyżonym ogródkiem.
Frank wstał i wyciągnął z kieszeni białą bawełnianą chustę.
Małe zielone pudełeczko.
Odpowiedziało jej tylko skrzypienie starych drewnianych desek podłogi strychu, kiedy Frank powoli zbliżał się w jej kierunku ze wzrokiem utkwionym gdzieś w dolnej części fotela.
Podała ostrożnie pudełko Frankowi, jak gdyby to był najcenniejszy artefakt, a nie stare drewniane pudełeczko pokryte zielonym welurem.
Alice podała mu zdjęcie, a on, nawet nie patrząc, schował je do kieszeni jasnych jeansowych spodni.
Oboje ruszyli w kierunku białego domu, przecinając nowiutką asfaltową drogę.
Zdarzają się powtórzenia, czyli błędy stylistyczne, np.:
– To, co teraz robisz, to największa głupota w twoim życiu, Frank! (…)
– Nie marudź, tylko pomóż mi szukać, musi gdzieś tu być. Mama wyraźnie powiedziała: małe zielone pudełeczko. Nie była tu od lat, więc na pewno jest gdzieś zakopane. (…)
– Wiem, że teraz wydaje ci się to słuszne, ale nie myślisz o konsekwencjach, jakie to może przynieść w przyszłości. (…)
Odpowiedziało jej tylko skrzypienie starych drewnianych desek podłogi strychu, kiedy Frank powoli zbliżał się w jej kierunku ze wzrokiem utkwionym gdzieś w dolnej części fotela. Domyśliła się, że Frank znalazł pudełko, i rzuciła się, aby dopaść je pierwsza. Złapała je i mocno przytuliła do piersi. (…)
Frank uśmiechnął się i odprowadził wzrokiem kształtne pośladki Alice, która podbiegła po stary, zielony, poobijany i wysłużony już aparat Polaroid. Służył im już od lat w tym samym celu. Były to drzwi powrotne do tej samej chwili, z której wyruszyli. (…)
Przytulili się do siebie, stykając się skrońmi. (…)
Błysk oślepiającego flesza odbił im się na siatkówkach i przez chwilę oboje stali oszołomieni, a w tle było słychać cichy szelest pracującego aparatu, który po chwili wypluł gotowe zdjęcie. Alice była szybsza i zabrała je, machając nim energicznie w powietrzu, czemu towarzyszył charakterystyczny dźwięk zginanego plastiku. (…)
Nie dowiedzieli się, w jakim miesiącu zrobione było zdjęcie ani o której godzinie. Frank pociągnął ją delikatnie za rękę, którą wciąż kurczowo ściskała, a drugą wskazał mały biały domek, który stał samotnie na końcu ulicy. (…)
– Mieliśmy szczęście, nie wyrzuciło nas bardzo daleko.
Alice poczuła ulgę. Nie miała pojęcia, w jaki sposób Frank przenosi ich w te wszystkie cudowne miejsca, ale wiedziała, że czasami lądują blisko miejsca zrobienia fotografii, a czasami daleko. Bywało tak, że musieli iść trzy kilometry, zanim znaleźli się na miejscu, a raz prawie wywrócili fotografa, lecz na szczęście udało im się wmieszać w tłum i nikt nie zauważył ich nagłego pojawienia się. (…)
Młoda kobieta właśnie nakręcała kliszę w aparacie do kolejnego zdjęcia, kiedy do kuchni wpadł roześmiany chłopczyk bez koszulki. Kobieta pogroziła mu palcem i udała się na górę, z pewnością aby przynieść mu nową koszulkę. (…)
Frank zdał sobie sprawę, że w tym życiu jego ojciec boi się go, i już zdał sobie sprawę, że po raz kolejny Alice miała rację. (…)
Wiedział, że nie ma zbyt wiele czasu, aby zdążyć, dlatego zaczął biec, potykając się o wystające korzenie. Każde przebiegnięte sto metrów po ciemku w lesie było nie lada sukcesem.
Kiedy udało mu się wybiec na ulicę, do rodzinnego domu zostało niecałe osiemset metrów.
Kiedy dobiegał zdyszany pod dom, nie wiedział, w którym momencie akurat jest ten drugi Frank ani ten mały Frank, ale z pewnością nie chciałby zostać zauważony przez nikogo.
Zdarzają się aliteracje, czy celowe? – np.:
Dla ciebie po prostu patrzysz na zdjęcia, a za chwilę jesteś tam, gdzie i kiedy zostało zrobione.
– Dobra, przeskakuj przez płot, bo czas ucieka!
Bywa, że składnia zdania jest niejasna, np.:
Dla ciebie po prostu patrzysz na zdjęcia, a za chwilę jesteś tam, gdzie i kiedy zostało zrobione. – do kogo/czego odnosi się wyrażenie w liczbie pojedynczej: „zostało zrobione”?
Inne kwestie interpunkcyjne to np.:
– Idziesz ze mną czy nie?
Kobieta pogroziła mu palcem i udała się na górę, z pewnością aby przynieść mu nową koszulkę.
Zauważyłam też pewne zdania, logicznie wykluczające się, nie pasujące do siebie treścią:
Mama wyraźnie powiedziała: małe zielone pudełeczko. Nie była tu od lat, więc na pewno jest gdzieś zakopane. (…)
– Ciszej, kobieto! Chcesz, żeby ktoś nas usłyszał?!
– Niby kto? Twoich rodziców nie ma w domu. – jak mogliby być w domu, skoro nie było ich tu od lat? (…)
– Nie ma na nim tak wiele kurzu jak na pozostałych meblach. Myślisz, że twoja mama przychodzi czasem oglądać te zdjęcia?
– Myślę, że tak, bo każda matka by to robiła. – to nie była tu od lat, czy bywa tu jednak czasami?
Tutaj chyba pogmatwał się dialog – albo brak jego części, albo jakaś wypowiedź nie została połączona z poprzednią lub następną:
– Nie jestem w nastroju i dziwię się, że ty jesteś – powiedziała Alice, podając mu aparat. – MÓWI ALICE
– Nie zapomnij tym razem zdjąć osłony obiektywu, geniuszu. – MÓWI FRANK
– Raz jeden mi się zdarzyło. – MÓWI ALICE
– Gdybym tego nie zauważyła, nadal byśmy żyli w 1882 roku na Dzikim Zachodzie. Zresztą nie przeżylibyśmy tam zbyt długo. To było okropne miejsce. – MÓWI FRANK, CZY ALICE?
Tutaj kolejna nielogiczna kwestia:
Zdjęcie było w złej kondycji, upstrzone plamkami, i oboje domyślali się, że były to łzy ich matki. – wtrącasz co kilka wersów, że Frank jest wyraźnie zauroczony Alice, zwracają się do siebie „kochanie”, a tu nagle mam rozumieć, że to rodzeństwo?
Tutaj też mam zapytanie:
Kiedy dobiegał zdyszany pod dom, nie wiedział, w którym momencie akurat jest ten drugi Frank ani ten mały Frank, ale z pewnością nie chciałby zostać zauważony przez nikogo. – czy dobrze rozumiem: jego młodszy brat też miał na imię Frank? – dalej pisze, że Henry (??)
Pomysł na opowieść jest moim zdaniem wręcz genialny, lecz przy przeniesieniu obojga zaczynasz tak nieprawdopodobnie przyspieszać z fabułą, że trudno nadążyć: co, kto, kiedy zrobił, a czego nie. Zakończenie także mocno zagmatwane. Czy w takim razie rodzice Franka nigdy nie mieli Henry’ego? Frank drugim skokiem w czasie zmienił przeszłość? Jak tego dokonał?
Za dużo tu zagadek, za dużo niejasności. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet