Berlin, Rzesza Wielkoniemiecka, 12 stycznia 1963
W Hali Ludowej panował chłód, chociaż nikt nie zwracał na to uwagi. Pułki SS i Wehrmachtu stały w równych szeregach, trzymając uniesioną broń. Oprócz nich w pierwszych rzędach stłoczeni byli dziennikarze i co ważniejsi członkowie Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników, a najważniejszy z nich stał na wysokiej trybunie i wygłaszał przemowę wzmacnianą setkami głośników rozstawionych po monumentalnej budowli.
Człowiekiem na trybunie był Martin Bormann.
– Gromadzimy się w tym przykrym dniu, by uczcić pamięć ojca narodu, architekta tysiącletniej Rzeszy, a przede wszystkim naszego wodza, Adolfa Hitlera.
Żołnierze wyswobodzili ręce od karabinów, które zawisły na pasie nośnym. Wszyscy, cywile i wojskowi, stanęli na baczność, po czym w ślad za Bormannem unieśli i wyprostowali prawą rękę, a ze stu tysięcy gardeł wydobył się okrzyk:
– Sieg Heil!
Bormann oparł się o mównicę i przebiegł wzrokiem po zgromadzonych.
– Wraz z nami gromadzą się miliony rodaków, którzy w tym momencie oglądają to przemówienie w telewizji, albo słuchają go w radiu. Z wielkim żalem informuję cały niemiecki naród, że w nocy z jedenastego na dwunastego stycznia wódz Tysiącletniej Rzeszy, Adolf Hitler, zmarł pomimo najlepszych starań lekarzy.
Na niższej trybunie Albert Speer odetchnął, a z jego ust uleciała para. Ilekroć rozglądał się po zaprojektowanej przez siebie samego hali, widział okropne niedopatrzenia i zaniedbania, z którymi nie mógł już nic zrobić, a którym można było zapobiec na początku. Szybko pomyślał, że w tej kwestii Rzesza nie różni się tak wiele od Hali. Zarówno w Rzeszy, jak i Hali pojawiały się pęknięcia, które wszyscy usilnie ignorowali.
Przeniósł wzrok ze zgromadzonych żołnierzy na stojącego po lewej dowódcę połowy z nich – starego, schorowanego Reichsmarschalla Wilhelma Keitla. Zdawało się, że każdy oddech zaczerpnięty poza uzdrowiskami Wehrmachtu jest dla niego wyzwaniem.
Spojrzał na prawo, gdzie stał dowódca drugiej połowy zebranych żołnierzy. Heinrich Himmler, będący w znacznie lepszym stanie Reichsführer SS – nieco ponad sześćdziesięcioletni mężczyzna wyglądał na okaz zdrowia w porównaniu z naczelnym dowódcą Wehrmachtu. Emanował pewnością i niezłomnością, prezentował sobą wszystko, czym Rzesza miała być przez najbliższe tysiąclecie.
Speer westchnął, gdy Bormann kontynuował swoje przemówienie. Nowy kanclerz przemawiał znacznie gorzej od Adolfa Hitlera, nawet w jego ostatnich latach życia. Znużony chaotycznym potokiem słów, nie miał ochoty wyglądać za Goebbelsem i stojącymi dalej dygnitarzami. Powrócił wzrokiem do zgromadzonego tłumu, gdy Bormann ciągnął:
– Jakkolwiek jego serce przestało bić, jego wielkie idee trwają nadal i prowadzą nas ku przyszłości. Nasz wódz wciąż żyje w każdym Aryjczyku i w samej Partii, której dumnie przewodniczę.
Goebbels westchnął, zmęczony prostacką przemową kanclerza. Liczył słowa pozostałe do jej zakończenia, kiedy on sam wejdzie na najwyższą trybunę i wygłosi bez wątpienia lepszy referat. Uważał Bormanna za człowieka słabego, który pociągnie Rzeszę na dno, i nie wyobrażał sobie wspanialszego widoku, niż jego tłuste cielsko z kilkunastoma gramami tkwiącego w sercu ołowiu. Potrząsnął głową, a obłok pary znów wyleciał z jego ust. Jeszcze kilka minut…
– Towarzyszyłem naszemu wodzowi w ostatnich dniach życia, co zobowiązuje mnie do przekazania jego woli. – Bormann zrobił pauzę, która miała w zamyśle zbudować napięcie. – Nasz wielki wódz zawsze był dumny ze swojego dzieła, lecz w ostatnich miesiącach zaczęły go nękać wątpliwości. Twierdził, że w szeregach Partii czają się zdrajcy, często nawet tkwiący w niej od początku, którzy będą chcieli osłabić Rzeszę i wyhamować jej rozwój w czasach gwałtownej rywalizacji z naszymi zaciekłymi wrogami. Powtarzał, że narodowy socjalizm musi się zmieniać i dopasowywać do bieżących realiów, aby Tysiącletnia Rzesza nie pozostała z tyłu światowego wyścigu.
Himmler był bliski śmiechu, a jednocześnie przepełniało go obrzydzenie wobec Bormanna. Dobrze wiedział, że słowa o zmianach są tylko pretekstem do zamachu na rdzeń narodowego socjalizmu. Żydzi, Amerykanie i komuniści bez przerwy spiskowali przeciwko rasie aryjskiej. Tylko w jednej kwestii mógł przyznać kanclerzowi rację. W Partii kryli się zdrajcy.
– Jako następca naszego wodza muszę nie tylko przekazać, ale również wcielić w życie jego wolę. Z tego miejsca informuję więc, że dołożę wszelkich starań, żeby Rzesza pozostała potężna, a jej chwała tylko rosła. Niech żyje Tysiącletnia Rzesza!
Wszyscy zgromadzeni podnieśli prawą rękę, a po hali echem rozniósł się okrzyk:
– Sieg Heil!
* * *
Berlin, Rzesza Wielkoniemiecka, 15 stycznia 1963
Gabinet kanclerza ulokowany na drugim piętrze Nowej Kancelarii Rzeszy był znacznie mniejszy, niż należało się tego spodziewać po jego znaczeniu dla państwa. Przy masywnym, bogato zdobionym biurku stał fotel kanclerza i trzy dostawione dla gości krzesła. Nad otwartymi dębowymi drzwiami wisiał żałobny portret Adolfa Hitlera, a przy ścianach ustawiono regały uginające się pod ciężkimi tomiszczami nie zawsze dopuszczonymi do powszechnego obiegu w Rzeszy.
Masywne drzwi trzasnęły za wychodzącą sekretarką, a w pomieszczeniu zostali Bormann, Keitel, Speer i Goebbels. Przez dłuższą chwilę panowała cisza, a kanclerz omiatał pomieszczenie czujnym spojrzeniem, jakby wypatrywał amerykańskich i japońskich szpiegów chcących podsłuchać spotkanie, o którego ustaleniach mogło wiedzieć tylko nieliczne grono najważniejszych dygnitarzy NSDAP. Wreszcie skupił się na gościach i rzekł:
– Panowie, zaprosiłem was, ponieważ doceniam wasz wkład w życie Rzeszy i wierzę w wasze szczere intencje co do ojczyzny. W momencie śmierci naszego wodza musimy się zastanowić nad tym, co dalej. Wierzę, że wszystko, co zostanie powiedziane w tym pokoju, zostanie między nami.
Wszyscy przytaknęli. Goebbels pochylił się do Bormanna i z szyderczym uśmiechem spytał:
– Gdzież jest pan Himmler? Nie dotarł na spotkanie? Rozumie pan, mówić o Rzeszy bez SS, to jak mówić o świecie kina, nie zająknąwszy się o pani Riefenstahl.
Kanclerz westchnął i usadowił się lepiej w fotelu. Ostrożnie dobierając słowa, odparł:
– Uważam pana Himmlera za element… niepewny. Potencjalnie wywrotowy. I z pewnością wiele sobie o nim tutaj powiemy.
– Nazywajmy rzeczy po imieniu – wtrącił się Speer, z grymasem niesmaku cedząc kolejne słowa – pan Himmler jest szaleńcem.
Goebbels uśmiechnął się, ale nic nie powiedział. Bormann nieśmiało przytaknął.
– Wizja pana Himmlera na narodowy socjalizm jest… nietypowa, a fakt, że posiada prywatną armię, którą mógłby swoje pomysły przeforsować, co najmniej niepokojący.
– Nawiasem mówiąc – znów włączył się do dyskusji Speer – nie sądzę, by rozwój SS na płaszczyźnie gospodarczej sprzyjał Rzeszy. Cóż z tego, że jestem ministrem przemysłu, gdy piętnaście procent fabryk i ziemi ornej, zwłaszcza na wschodzie, jest wyjęta spod mojej jurysdykcji? Nie oszukujmy się, pan Himmler stworzył państwo w państwie, z własną armią, przemysłem i administracją. To czysty absurd!
– Widzę, że nie jest pan zwolennikiem pana Himmlera – skomentował lakonicznie Goebbels, unosząc kącik ust.
– Nie jestem zwolennikiem rozbijania Rzeszy – odciął się Speer.
Bormman głośno chrząknął i splótł dłonie na kolanach, chcąc ukryć ich drżenie.
– Zasadniczej większości z nas obecny zakres przywilejów pana Himmlera… nie sprzyja. Te tarcia zapewne najlepiej widoczne są w Wehrmachcie, czy się mylę?
Wilhelm Keitel, minister wojny i głównodowodzący Wehrmachtu skierował na Bormanna zmęczone spojrzenie, pogładził czoło ręką i rzekł:
– Jestem… zaniepokojony rosnącymi kompetencjami SS i stanem liczebnym tej organizacji. Jednak z największym niepokojem spoglądam na główną przewagę SS nad Wehrmachtem… to fanatycy. Byliby gotowi ustawić pod mur własną rodzinę, gdyby pan Himmler im to nakazał.
– I chyba takich żołnierzy potrzebujemy w Wehrmachcie, czy się mylę? – spytał Goebbels.
Keitel nic nie odpowiedział. Minister informacji Rzeszy kontynuował:
– Powinniśmy się wszyscy zgodzić, że w ostatnich latach, kiedy nasz wódz… niedomagał, Rzesza padła ofiarą mimowolnej liberalizacji i osłabienia dyscypliny. Kiedy to przecież dyscyplina, karność i narodowa jedność doprowadziły nas do zwycięstwa.
– To przerażające, że tak inteligentny człowiek, jak pan, może mówić takie głupstwa i usilnie nie dostrzegać nowej rzeczywistości – wciął się Speer, podnosząc głos. – Co nam po dyscyplinie w przededniu gospodarczego kryzysu? Jakakolwiek przewaga Rzeszy nad naszymi wrogami nie wynika z aryjskiej dumy, tylko nędznych czterdziestu milionów Słowian, którzy jeszcze żyją i są zdolni do pracy. Kiedy większość z nich zginie, a patrząc na zlecone przeze mnie raporty Ministerstwa Zdrowia Rzeszy, nastąpi to w przeciągu najbliższych pięciu lat, zgniecie nas tania japońska i amerykańska produkcja. Jeśli nie chcemy się zapaść pod jej ciężarem, musimy w stosunku do Słowian przyjąć japoński paradygmat pracy i stworzyć ograniczone warunki do odbudowy populacji.
– Pańska postawa z perspektywy ideologicznej jest niedopuszczalna, panie Speer – zauważył Goebbels. – Wszystko, o co walczyliśmy w wojnie to przestrzeń życiowa dla rasy aryjskiej, a pan chce ją oddać podludziom?
Speer pochylił się do Goebbelsa, zaciskając pięści na podłokietnikach.
– Pozwolę sobie zauważyć, że Aryjczyków jest za mało, by w pełni wykorzystać przestrzeń samego Reichskommissariatu Ostland, nie mówiąc o Moskowien, Ukraine i Kaukasus, nie wywołując przy tym braków kadrowych w Rzeszy. Jednocześnie zwrócę uwagę na to, że ciężka praca fizyczna nie jest warta aryjskiego wysiłku, tak? Zachowując przy życiu Słowian, zadbamy o honor narodu.
Goebbels przez moment przyglądał się oponentowi, by stwierdzić tylko:
– Niemniej całokształt pańskich propozycji jest sprzeczny z narodowym socjalizmem.
Speer spojrzał na Goebbelsa wzrokiem pełnym furii. Kiedy już miał coś powiedzieć, niespodziewanie odezwał się Keitel:
– Panowie, odłóżcie proszę na bok ideologiczne dysputy, jako że w tym momencie mierzymy się z groźbą puczu. – Prawdopodobnie przez ostatnią dekadę nikt nie usłyszał Keitla mówiącego bardziej stanowczym tonem.
Speer przełknął ślinę i przeniósł spojrzenie na Keitla. Bormann odetchnął z ulgą, wyręczony z konieczności uciszenia krzykliwych intelektualistów.
– Reichsmarschall Keitel ma pełną rację – przyznał kanclerz. – Rozmawiacie panowie o niesamowicie istotnych sprawach, ale musimy się zgodzić, że to pan Himmler jest czołowym zagrożeniem dla Rzeszy.
Goebbels zaraz stanął w obronie Reichsfuhrera:
– Pan Himmler przede wszystkim chce przywrócić dyscyplinę w narodzie. Jakkolwiek niektóre jego pomysły, zwłaszcza metafizyczne, zakrawają o absurd, tak ostatecznie uważam, że jest… – Goebbels w ostatnim momencie ugryzł się w język, by nie powiedzieć „użyteczny” – ważny dla ducha Rzeszy. Z pewnością jego rządy nie byłyby tak dekadenckie, jak rządy pana Speera.
Kiedy architekt miał coś odeprzeć, Bormann niespodziewanie uderzył pięścią w biurko i krzyknął:
– Powtarzam, nie czas teraz na ideologiczne przepychanki! – Brzmiało to niemal zabawnie w ustach kanclerza, po którym widać było, że sam nie jest pewien swojej władzy. Goebbels uśmiechnął się pod nosem. – Pan Himmler jest szaleńcem, który, gdyby mógł, przeobraziłby Rzeszę w państwo feudalne, a naszym zadaniem jest mu na to nie pozwolić! Z kolei pan Speer, jakkolwiek można się spierać z jego śmiałymi ideami, jest pragmatykiem i nie będę tolerować takich słów!
Jedno rozbawione spojrzenie Goebbelsa odebrało kanclerzowi całą nagle zdobytą stanowczość. Zdawszy sobie sprawę, że bez ministra informacji znacznie ciężej będzie mu ustabilizować swoją pozycję, złagodniał.
– Nawiasem mówiąc – do dyskusji znów wdał się Keitel – miałem okazję kilka razy rozmawiać z panem Himmlerem. Zupełnie nie docenia naszych wrogów. Byłby gotowy zaatakować Anglię, nie zważając na stacjonujące w niej pięćset amerykańskich bombowców strategicznych. – Powiedziałby więcej, ale atak kaszlu przerwał jego mowę.
Bormann podał mu szklankę z wodą i sam zabrał głos:
– Chciałbym więc otrzymać zapewnienie, że poprzecie mnie przy… działaniach ograniczających kompetencje SS. W zamian utrzymacie swoje stanowiska w rządzie i szczególne uwzględnienie waszego głosu na nadzwyczajnym zjeździe Partii, który odbędzie się za tydzień i na którym zostanie dokładnie ustalony nowy kształt Rzeszy. – Wymownie spojrzał na Speera i Goebbelsa. – Czy więc możecie mi to zapewnić?
– Oczywiście – ochoczo przystał Speer.
– Tak jest – powiedział Keitel zachrypłym głosem.
Goebbels chwilę milczał i rzekł:
– Nie mogę przystąpić do tego porozumienia bez gwarancji, że niszczycielskie pomysły pana Speera nie zostaną wprowadzone w życie.
Speer zagotował się i zacisnął pięści na podłokietnikach. Bormann pobladł i wymamrotał:
– Nie… nie mogę panu udzielić takiej gwarancji.
Goebbels rozłożył ręce i powiedział:
– Nie mogę uczestniczyć w zmowie, która potencjalnie może przynieść szkodę Rzeszy.
Zapadła cisza.
– Spotkanie uważam za zakończone. – Spojrzał na Keitla i Speera. – Możecie wyjść. Pana Goebbelsa proszę, by jeszcze został.
Po chwili dębowe drzwi skrzypnęły i trzasnęły za wychodzącymi. W pomieszczeniu został kanclerz i minister informacji. Goebbels założył nogę na nogę i czekał. Bormann wstał i zaczął przechadzać się po pomieszczeniu.
– Bardzo pana cenię – rzekł, próbując jednocześnie nie wyjść na zależnego od rozmówcy i połechtać jego ego. – I w zupełności rozumiem pana obiekcje co do pana Speera. Ale koniec końców to dobry człowiek i wierzę, że chce dobrze. Natomiast chyba się obaj zgodzimy, że pomysły pana Himmlera są niebezpieczne.
Goebbels zachichotał i odparł:
– Nie bardziej niż pana Speera. Wiem, czego pan chce. Mam przystąpić do waszego porozumienia. Nie mogę tego zrobić, wiedząc, że potencjalnie osłabi ono Rzeszę.
– Rzesza przecież musi się zmieniać. – skontrował Bormann z udawaną pewnością. – Nasi wrogowie też się zmieniają. Japonia wygląda inaczej niż pięćdziesiąt lat temu, tak samo Ameryka. Nie zaprzeczy pan chyba?
– A Włochy?
Bormann przystanął. Jego mózg pracował na najwyższych obrotach. Grał o wszystko. Odwrócił się do rozmówcy i z jeszcze większą pewnością odparł:
– A Włochy się nie zmieniają. I dlatego nie mają obecnie nic do powiedzenia. – Kanclerz czuł, że wygrał.
Goebbels uśmiechnął się pod nosem i powiedział:
– Niemniej zmiany pana Speera nie będą dobre.
– A skąd pomysł, że jego pomysły zostaną wdrożone? – natychmiast skontrował Bormann. – O wszystkim zadecyduje Partia, a, jak sądzę, stronnictwo pana Speera jest bardzo słabe.
– Więc dlaczego go pan zaprosił?
Zapadła cisza. Bormann czuł, jak ryba wyślizguje mu się z rąk.
– Bo lepiej mieć po swojej stronie człowieka, który trzyma w garści cały przemysł Rzeszy, nieprawdaż? Trzeba go trochę zwodzić za nos i poobiecywać kilka rzeczy.
Goebbels milczał, wciąż patrząc na rozmówcę. Bormann podszedł do ministra i wyciągając do niego rękę, powiedział:
– Utrzyma pan stanowisko ministra informacji. Oprócz tego nie widzę powodu, dla którego Partia miałaby zaoponować wobec pańskiej kandydatury na wicekanclerza.
W zapadłe policzki Goebbelsa wbiły się kąciki suchych ust. Uścisnął dłoń kanclerza i rzekł:
– W takim razie zapewniam, że jeszcze rozpatrzę pańską propozycję. I może spojrzę na nią przychylniejszym okiem.
* * *
Oranienburg, Rzesza Wielkoniemiecka, 20 stycznia 1963
Telewizor marki Loewe wyświetlał siedzącego za biurkiem pokracznego człowieczka w garniturze. W tle stały flagi Rzeszy, a człowieczek ze śmiertelną powagą czytał tekst z kilku trzymanych kartek.
Człowieczkiem był Martin Bormann.
– Informuję cały naród niemiecki o nadzwyczajnym kanclerskim dekrecie, który wchodzi w życie w tej chwili. W reakcji na szerzącą się w SS korupcję i nepotyzm, a także rozbieżność interesów organizacji i Rzeszy, zostaje ona rozwiązana jako korporacja i formacja militarna. Żołnierze zostają tym samym wcieleni do Wehrmachtu, a cała własność, w tym nieruchomości i ziemia, staje się własnością publiczną. Od wszystkich SS-manów wymaga się złożenia broni do godziny siedemnastej, kiedy oddziały Wehrmachtu wejdą do wszystkich posterunków, komisariatów i siedzib, by ją zabezpieczyć. Wszelki opór jest zbyteczny i stanowi zdradę stanu. Wehrmacht ma prawo otworzyć ogień, jeśli sytuacja będzie tego wymagała. Cała akcja ma na celu zabezpieczyć Rzeszę przed zagrożeniem ideologicznym, politycznym i społecznym.
Heinrich Himmler zdusił żarzącego się papierosa w popielniczce i chwilę jeszcze przyglądał się sylwetce Bormanna czytającego następne słowa przemowy. Nie słuchał już jednak. Wyszedł ze swojego prywatnego gabinetu na korytarz, którym akurat szedł młody blondyn o stopniu Sturmmanna. Ten zasalutował Himmlerowi, który machnięciem dłoni powstrzymał szeregowego od oddawania nadmiernych honorów.
– Zwołaj wszystkich oficerów od Sturmbannführera w górę do mojego gabinetu – nakazał, a po chwili podniósł palec wskazujący i dodał: – Mają się zjawić w ciągu piętnastu minut. I przyprowadź telegrafistę. Dowolnego, byle był na czas.
– Tak jest, Reichsführer! – odparł Sturmmann i oddalił się szybkim krokiem.
Himmler wrócił do gabinetu i otworzył szufladę w stojącej nieopodal drzwi komodzie. Wyjął paczkę papierosów Reemtsma R6, wyjął jednego i zapalił. Rozkoszował się dymem do przybycia swoich ludzi.
Wrzucił niedopałek papierosa do popielniczki i powiedział do salutujących mu oficerów i telegrafisty:
– Nie siadajcie. Dzisiejsza odprawa będzie krótka.
Podwładni stanęli w szeregu, czekając. Himmler wetknął notatnik i pióro w ręce trzydziestoletniego telegrafisty.
– Masz zapisać wszystko, co powiem i rozesłać do każdej jednostki – polecił i przebiegł wzrokiem po zgromadzonych, opierając się o krzesło. – Poniższe słowa kieruję do każdego oficera i szeregowca SS. Padliśmy ofiarą haniebnego spisku! Kanclerz Martin Bormann swoim dzisiejszym dekretem zaatakował nas. Zakwestionował samo prawo SS do służenia Rzeszy. Stajemy dziś naprzeciw siłom dążącym do jej osłabienia. Siłom kwestionującym aryjską supremację rasową. Siłom wyniszczającym aryjskiego ducha. Siłom gardzącym wielkimi dokonaniami potężnego niemieckiego narodu i plującym na dziedzictwo naszego wspaniałego wodza, Adolfa Hitlera. SS, jako organizacja stojąca na straży wielkości Rzeszy, nie może już więcej się temu biernie przypatrywać. Wzywam każdy urząd i każdą komendę, każdy komisariat i każdy posterunek, każde biuro i każdą placówkę do stawienia oporu przeciw siłom rozkładu nękającym Rzeszę. Nakazuję przeciwstawić się siłom Wehrmachtu będącymi wykonawcami naszych woli wrogów, często czyhających w Partii od samego jej powstania. Każde poświęcenie jest stosowne w obliczu historycznego zagrożenia, z którym się teraz zmagamy. Niech wszyscy dezerterzy, którzy pojawią się w naszych szeregach, wiedzą, że są nie tylko tchórzami, ale przede wszystkim zdrajcami. Zdrajcami honoru, zdrajcami SS, zdrajcami Rzeszy i zdrajcami rasy aryjskiej. Albowiem śmierć jednostki jest niczym wobec śmierci ducha narodu, do której dążą nasi wrogowie. Jesteśmy w stanie wojny. Wojny o istnienie Tysiącletniej Rzeszy.
Pióro z zacięciem spisujące słowa Reichsführera stanęło, a telegrafista podniósł wzrok znad notatnika. Oficerowie stuknęli obcasami i wyprężyli się jak struny jednej gitary. Każdy z nich w tym samym momencie podniósł wyprostowaną prawą rękę i wszyscy zgodnie krzyknęli:
– Sieg Heil!
* * *
Las Grunewald, Rzesza Wielkoniemiecka, 21 stycznia 1963
Za oknem kuloodpornego Mercedesa 300SE drzewa mknęły jedno za drugim. Gołe, przyprószone śniegiem gałęzie wyglądały szczególnie ponuro w słabym świetle samochodowych reflektorów. Obraz rozpaczy pogłębić mogłoby prawdopodobnie tylko kilku wisielców.
Spoglądający za okno Joseph Goebbels pomyślał, że w najbliższej przyszłości kilku zdrajców Rzeszy może rzeczywiście stać się częścią leśnego krajobrazu. Tymczasowo porzucił te rozważania, walcząc ze znacznie bliższym mu teraz wrogiem niż zdrajcami narodowego socjalizmu. Z sennością. Kiedy ostatni raz sprawdzał godzinę, było kilka minut przed pierwszą. Nie mógł jednak ocenić, czy spoglądał na zegarek przed minutą, kwadransem, czy godziną.
Tymczasem limuzyna leniwie toczyła się w kierunku Berlina z obstawą kilkunastu wojskowych motocykli obsadzonych żołnierzami znacznie czujniejszymi niż on. Kiedy znów zaczęły mu opadać powieki, potrząsnął głową. Nie mógł zasnąć w momencie, w którym ważyły się losy Rzeszy. Wyjrzał z powrotem za okno i zawiesił wzrok na hełmie żołnierza siedzącego w koszu pędzącego tuż obok limuzyny motocyklu.
– Jak ma się sytuacja na wschodzie? – zapytał znudzony współpasażer ministra informacji Rzeszy.
Goebbels odciągnął wzrok od dwóch błyskawic wymalowanych na stalowym hełmie i spojrzał na siedzącego obok Himmlera.
– Stabilizuje się. Nasze siły szybko pokonały zdezorganizowany Wehrmacht. Z tego co wiem, opór stawiają jeszcze tylko załogi umocnień na linii A-A. Niedługo przed naszym wyjazdem otrzymałem meldunek o kilku partyzanckich atakach na osadników. Jednak nic nie wskazuje, by miało to charakter masowy, Reichsführer.
Himmler smętnie pokiwał głową, zdjął okulary i pomasował czoło, na którym, jak zdawało się Goebbelsowi, od siedemnastej pojawiło się kilka nowych zmarszczek.
– To dobrze – odparł lakonicznie i odwrócił głowę w kierunku swojego okna.
Goebbels spróbował kontynuować rozmowę, byle nie zasnąć.
– Reichsführer – zaczął – porozmawiajmy o moim nowym stanowisku. O której naród ma się dowiedzieć, że zostałem kanclerzem?
Himmler cicho westchnął i, nie odwracając się, wymamrotał:
– Zostawiam tę decyzję w pańskiej gestii .
Brwi Goebbelsa lekko opadły, a usta wykrzywiły się w pełen wściekłości grymas. Był poważnie urażony tym, że Himmler nie raczył nawet na niego spojrzeć. Potrząsnął głową i, siląc się na uprzejmy ton, kontynuował:
– Czy nie sądzi pan, że możliwie najszybciej po ustabilizowaniu władzy należałoby podjąć interwencję dyplomatyczną w Stanach Zjednoczonych? Raporty Abwehry wskazują na to, że kierują do Anglii co najmniej dwie dodatkowe dywizje piechoty. Tworzą sobie na Wyspach fortecę. Uważam, że powinniśmy im przypomnieć, że to do nas należy Europa.
– Nie sądzę, by to było konieczne. Dobrze zdyscyplinowana niemiecka armia będzie mogła w miesiąc rzucić Anglię na kolana, a do ustawienia w szeregu Ameryki mamy sprzyjające nam państwa bliskowschodnie, które z radością nałożą na swoich wrogów embargo – odparł Himmler, znów bez szczególnego zainteresowania.
Goebbels westchnął i zarzucił nocne rozmowy o przyszłej polityce zagranicznej. Odwrócił się w kierunku okna, by z radością odkryć, że Mercedes wreszcie dojechał na przedmieścia Berlina. W żadnym z urokliwych jednorodzinnych domków nie paliło się światło. Wszyscy okoliczni mieszkańcy spali, nie zdając sobie sprawy z tego, że właśnie trwa walka o przyszłość Rzeszy.
W pewnym momencie motocykle, a wraz z nimi limuzyna, zaczęły hamować. Przed nimi stała sklecona naprędce wartownia wraz z jeszcze żałośniejszym drewnianym szlabanem. Do limuzyny podszedł niski SS-man w randze Untersturmführera i zażądał dokumentów od szofera, który otworzył okno. Przez dłuższą chwilę wczytywał się w każdą rubrykę, szukając oznak fałszerstwa, i porównywał twarz kierowcy ze zdjęciem. Kiedy po raz kolejny spojrzał na niego, za szybą dzielącą pasażerów od szofera zauważył Reichsführera SS na tylnym siedzeniu. Przez moment z przerażeniem patrzył na Himmlera podziwiającego najbliższy dom i po chwili oddał dokumenty. Zaraz słychać było wydawane podwładnym rozkazy. Młody Sturmmann podniósł szlaban i limuzyna ruszyła dalej.
Domy jednorodzinne wnet ustąpiły miejsca blokom i biurom. Na ulicach jednak wciąż brakowało ludzi. Czasem na skrzyżowaniu natrafiali na kilkuosobowy patrol SS lub przejeżdżający akurat transporter opancerzony, a tu i tam w zakrwawionym śniegu leżał nie niepokojony przez kogokolwiek umundurowany trup. Tutaj nie mogło być mowy o cywilach, którzy smacznie spali, nie zauważając walk. Berlin bez przerwy tętnił życiem, a jednak w tym jednym szczególnym dla Rzeszy momencie wstrzymał oddech. Goebbels po chwili zauważył, że niemal wszystkie okna są szczelnie zasłonięte. Berlińczyków nie tyle ominęły walki, co odcięli się od nich, czekając, aż któraś ze stron ogłosi swoją wygraną w radiu. Nie spali, tylko ze strachem przysłuchiwali się bitwie.
Przy wjeździe na Aleję Zwycięstwa natrafili na kolejną wartownię. Jej załoga była jednak dużo lepiej poinformowana od poprzedniej. Kiedy się zbliżyli, szlaban celował w niebo, a kilku SS-manów stało w szeregu, czekając, aż przejedzie obok nich limuzyna, by zasalutować Reichsführerowi. Bez przeszkód wjechali na Aleję Zwycięstwa.
Jej widok natychmiast wyrwał Goebbelsa z odrętwienia. Na środkowych pasach stała artyleria przeciwlotnicza z omiatającymi niebo reflektorami. Goebbels nie sądził, że nawet szczególnie zdesperowane stronnictwo Bormanna będzie gotowe użyć Luftwaffe walce z SS. Widocznie się mylił.
Limuzyna jechała dalej, a Goebbels, w przeciwieństwie do Himmlera, z przerażeniem patrzył na otaczającą go pożogę. Pod posadzonymi na obu poboczach drzewami leżały ciała, jak mu się zdawało, głównie w mundurach Wehrmachtu. Ku jego zaskoczeniu SS-manów było raczej niewielu. Oprócz obsługi stanowisk artylerii przeciwlotniczej spokojnie szli wzdłuż Alei Zwycięstwa, upewniając się, że wpadające w nią ulice są puste i czasami dla pewności strzelając do ciał. Czasami w poprzek pasów stały płonące ciężarówki i transportery. Tylko one były źródłem ciepła w okolicy.
Na swoim końcu Aleja Zwycięstwa wpadała w Plac Adolfa Hitlera, przy którym stała Hala Ludowa, Reichstag, Nowa Kancelaria Rzeszy i pałac zmarłego wodza. Było to miejsce, w które często prowadzono złożone z obcokrajowców wycieczki, by pokazać im potęgę Rzeszy. W chwili, w której do placu dotarła limuzyna, nie nadawał się do pokazania turystom.
Na powitanie w stronę Alei Zwycięstwa wymierzonych było sześć ciężkich karabinów maszynowych. Dalej stały zaparkowane w nieładzie ciężarówki z zaopatrzeniem, a tuż przed wrotami Hali Ludowej płonął czołg. Od stanowiska do stanowiska i od budynku do budynku bez przerwy biegli szeregowi. Kiedy Goebbels ich zauważył, od razu pomyślał, że jest ich zaskakująco niewielu.
Natomiast trupów było całe mnóstwo. Ciała leżały wszędzie. W stosach, w rzędach, a także pojedynczo, jeśli nikt w okolicy się nimi nie zainteresował. Śmierć wypełniała cały plac i wgryzała się w każdego obecnego. Śmierć i chłód były dwoma słowami, którymi Goebbels opisałby otoczenie, gdyby pozwolił sobie na chwilę szczerości. Milczał jednak, gdy limuzyna zatrzymała się przed Nową Kancelarią Rzeszy.
Przed jej wrotami w szeregu stało kilku oficerów SS, którzy przywitali wychodzących Goebbelsa i Himmlera zbiorowym salutem oraz okrzykiem:
– Sieg Heil!
Najwyższy stopniem podszedł do Himmlera poprawiającego pistolet w kaburze i rzekł:
– Hauptsturmführer Maucher melduje się na stanowisku. To zaszczyt spotkać się z panem w tym historycznym dniu, Reichsführer.
Natomiast Goebbels odwrócił się i z trwogą patrzył na plac. Wszystko przed nim, w niczym nie przypominało SS, które znał. Zniknęły sztandary i dumne pochody. Zniknęła żelazna dyscyplina i doskonały porządek. Przed nim był chaos i garstka przerażonych młodych mężczyzn, którzy zapewne nie byli nigdy dalej na wschód niż w Königsbergu, a prawdziwą walkę znali tylko z filmów i opowieści starszych kolegów wracających ze wschodu.
– Zgodnie z pańskimi przewidywaniami, Reichsführer, zdradzieckie siły użyły lotnictwa w ostatniej fazie walk – przebił się do jego świadomości kawałek rozmowy. – Nasza obrona skutecznie pokrzyżowała im plany. Większość samolotów strącono, a nieliczne ataki były w większości niecelne, bomby spadły przede wszystkim na obiekty cywilne. Nie zanotowaliśmy w związku z tym dużych strat…
Na środku placu kilku żołnierzy organizujących prowizoryczną kuchnię polową rozpaliło trzy ogniska, nad którymi w garnkach podgrzewali śnieg. Zdawało mu się, że za garnki służą ich metalowe hełmy i po chwili utwierdził się w tym przekonaniu. Krótko przystrzyżonych włosów SS-manów nic nie okrywało.
– Na placu wpadliśmy w zasadzkę, Reichsführer. Natrafiliśmy na niespodziewanie silny opór ze strony Wehrmachtu…
W cieple ognisk ogrzewali się również leżący w rzędzie ranni. Między nimi chodzili sanitariusze, próbujący pomóc, jak tylko mogli. Bandażowali okaleczone kończyny, uspokajali i podawali manierki. Goebbels był świadkiem sytuacji, w której pewien z nich zaczepił przechodzącego obok Untersturmführera, wskazał jednego z rannych, a oficer po chwili go zastrzelił. Widocznie nic nie mogło mu już pomóc.
– Ponieśliśmy straty rzędu nawet siedemdziesięciu procent stanu osobowego i zostaliśmy zmuszeni wezwać posiłki z okolicy. Ostatecznie udało nam się opanować Kancelarię, Reichsführer… – słyszał z tyłu głowy Goebbels. – Aresztowaliśmy Wilhelma Keitla. Jest gotowy negocjować warunki kapitulacji. Martin Bormann został zastrzelony przez Scharführera Jaucha, gdy próbował się bronić. Drużyna Scharführera Witta weszła do gabinetu Alberta Speera…
Przy płonącym czołgu ogrzewało się kilku szeregowców po chwili zruganych przez niskiego Scharführera. Gdy wysłuchali tyradę, pobiegli do Kancelarii Rzeszy. Każdy, co do jednego, trzymał palec na spuście karabinu.
– W Wielkim Hallu przetrzymujemy blisko siedmiuset jeńców ocalałych po walkach. Stanowią oni poważny problem logistyczny przy naszym bieżącym stanie liczebnym i istnieje pewne ryzyko buntu…
– Rozstrzelać. – Goebbels mógł się założyć, że to pierwsze słowo wypowiedziane przez Himmlera w trakcie tej rozmowy.
Na kilka sekund zapadła cisza. Albo Goebbelsowi tylko się tak wydawało.
– Tak jest, Reichsführer – odparł Maucher.
Goebbelsowi zakręciło się w głowie. Zamknął oczy i chwilę myślał nad tym, co zobaczył. Przecież dobrze wiedział, że to wszystko jest konieczne. Westchnął. Wiedział to doskonale, ale sprzed oczu nie znikał mu ranny żołnierz zastrzelony przez Untersturmführera. Kiedyś nie miał takich absurdalnych myśli. Przyszły z wiekiem. Nękały go późną nocą, gdy zostawiał Magdę samą w łóżku, ślęcząc w gabinecie. Potrząsnął głową. To absurd. Wszystko, nad czym tyle myślał, było konieczne. Każdy to wiedział.
– Panie kanclerzu! – krzyknął Himmler z nutą kpiny w głosie.
Goebbels odwrócił się. Był zbyt zmęczony, by wydusić z siebie „słucham”.
– Panie kanclerzu – powtórzył Reichsführer – Hauptsturmführer Maucher się już niecierpliwi.
– Ależ w żadnym wypadku – niemal krzyknął Maucher. – Jestem gotów czekać na pana kanclerza Goebbelsa, ile będzie potrzeba.
– Sądzę, że panu Goebbelsowi nie zaszkodziłoby trochę ruchu. Prowadź nas do Speera. Chcę go zobaczyć.
– Tak jest, Reichsführer. – Spojrzał na rozmawiających na osobności Obersturmführerów Lufta i Krügera. – Wy z nami.
– Tak jest, Hauptsturmführer – odparli jednocześnie i podążyli za dygnitarzami.
Kancelaria Rzeszy wyglądała zasadniczo tak samo jak przed walkami, jeśli nie liczyć kilku nieuprzątniętych ciał i kul tkwiących w ścianach. Czerwone dywany i żyrandole pozostały nienaruszone. Szeroki korytarz na pierwszym piętrze wił się w nieskończoność, aż dotarli pod dębowe drzwi, do których przybita była mosiężna tabliczka z wypisanymi słowami GABINET MINISTRA INFRASTRUKTURY I PRZEMYSŁU RZESZY, ALBERTA SPEERA. Każdy z ministrów Rzeszy miał w Kancelarii wygospodarowany gabinecik, w którym urzędował jedynie w nadzwyczajnych sytuacjach, gdy kluczowa była szybkość i klarowność komunikacji między kanclerzem i rządem. Trwający akurat pucz zdecydowanie zaliczał się do tej kategorii.
Maucher nacisnął klamkę, a oczom zebranych ukazało się bardzo kameralne pomieszczenie. Pod ścianami ustawiono regały i szafki. Na środku stało biurko, a przy nim skromniejszy niż kanclerski fotel. Centralnie nad biurkiem wisiał żyrandol, przez który przewieszony był krawat.
Na krawacie wisiał Albert Speer.
Himmler postąpił kilka kroków do przodu i prychnął śmiechem. Za nim niepewnie postąpił Goebbels, również przyglądając się ciału. Nie podzielał entuzjazmu Reichsführera, chociaż nie miał pojęcia, dlaczego. Powinien się cieszyć. Oto właśnie dyndał przed nim największy wróg Rzeszy wypaczający narodowy socjalizm i plujący na honor rasy aryjskiej. Jeszcze wieczorem myślał, co mu powie, gdy się spotkają. Teraz przepełniała go obojętność. Patrzył na bladą twarz Speera bez nienależnego współczucia, ale też bez uzasadnionego optymizmu.
– Panowie, zostawcie nas proszę samych – rzekł Himmler, a po chwili za nimi trzasnęły drzwi.
Dopiero wtedy głośno wypuścił powietrze i zaczął spokojnym krokiem chodzić wokół Goebbelsa z założonymi z tyłu rękoma.
– Najwidoczniej największy problem rozwiązał się sam – napomknął, jakby mówił o deszczowych chmurach, które szczęśliwie zmieniły kurs i nie przeszkodzą mu w pikniku.
– Na to wygląda, Reichsführer – przyznał bez zainteresowania Goebbels.
Himmler głośno stęknął i stanął tuż za plecami Goebbelsa. Nowy kanclerz wciąż wpatrywał się w wiszącego trupa, próbując wykrzesać z siebie choć odrobinę radości.
– Niestety Rzesza nie pozbyła się wciąż wszystkich nękających ją szkodników i pasożytów – dodał Reichsführer tonem pełnym spokoju.
– W pełni się zgadzam, Reichsführer – przytaknął Goebbels, przyglądając się wypolerowanym lakierkom Speera.
Z zamyślenia wyrwał go dopiero odgłos naboju wchodzącego do komory pistoletu.
Gdy się odwrócił, zobaczył wymierzonego w niego Walthera P38 i pozbawioną wyrazu twarz Himmlera. Nie usłyszał strzałów, poczuł jedynie palący ból w klatce piersiowej.
Jego ciało upadło na granitowe płyty podłogi, brudząc je wyciekającą krwią. Momentalnie do pokoju weszli przerażeni Maucher, Luft i Krüger, mierząc pistoletami przed siebie. Gdy zobaczyli, że Reichsführer jest cały i zdrów, powoli opuścili swoje Walthery i z wymalowanym na twarzy szokiem spoglądali to na Himmlera, to na Goebbelsa i jego zastygłe w zdziwieniu oczy.
– Czy pozwoliłem wam wejść? – spytał Himmler, chowając pistolet do kabury.
Oficerowie zamarli, jąkając się. Reichsführer wnet uspokoił ich machnięciem ręki.
– I tak miałem was wezwać – rzekł i wskazał Speera. – Zdejmijcie go natychmiast. I czym prędzej wynieście stąd tych dwóch inteligentów.
Zasalutowali i przystąpili do wykonania rozkazu. Maucher i Krüger wyszli marszowym krokiem, by upomnieć się o worki na ciała, a Luft niezgrabnie wszedł na masywne biurko i zaczął się mocować z ciasno opinającym szyję samobójcy krawatem.
Himmler usiadł w fotelu i zaczął przeglądać szuflady biurka. W większości z nich leżały spisane urzędniczym żargonem dokumenty, coś czego szczerze nienawidził. Ale w końcu w jednej z nich znalazł to, czego szukał. Paczkę papierosów. Przyjrzał się jej… amerykańskie Marlboro. Podniósł na Speera pełne pogardy spojrzenie. Śmiał palić amerykańskie papierosy. Jednak z braku alternatyw Himmler wziął paczkę i zapalił papierosa, przyglądając się Luftowi próbującemu rozsupłać węzeł.
W końcu mu się udało, a nędznie wyglądające ciało łysiejącego mężczyzny upadło z hukiem tuż obok Goebbelsa, pod którym powstała już pokaźna kałuża krwi.
Na widok leżących obok siebie dwóch ludzi, do których żywił największą pogardę, zrobiło mu się gorąco. Wypuścił z ust dym i otworzył okno, za którym rozciągał się widok na Plac Adolfa Hitlera. Styczniowe powietrze bez zarzutu przyniosło mu upragniony chłód.
Tuż pod oknem w szeregu stało pięćdziesięciu żołnierzy Wehrmachtu. Szeregowców i oficerów, dla SS nie było już różnicy. Na polecenie stojącego z boku Sturmbannführera uklękli, a potem byli już biernymi świadkami kierowanych do kogo innego rozkazów. Z pierwszym dziesięciu stojących za nimi w szeregu SS-manów przeładowało karabiny. Z drugim wycelowali je w jeńców. W sekundę po trzecim wszystkich pięćdziesięciu mężczyzn było martwych, a pociski siekły ich ciała, wypełniając plac ogłuszającym łoskotem. Czwarty, wykrzyczany rozkaz zostawił plac z nienaturalną ciszą i rzędem pięćdziesięciu powykręcanych ciał.
Przyglądający się wszystkiemu Himmler stracił ochotę na papierosa. Wychylając się przez okno, rzucił go w zakrwawiony śnieg poniżej. Chwilę kontemplował widok ciał, a z tyłu głowy zaczął mu się tlić żal z powodu tego, że tyle aryjskiej krwi musiało zostać przelane w imię porządku. I że zostanie przelane jeszcze więcej. Ale dobrze wiedział, że liczyła się tylko Rzesza.
Niemcy, Niemcy ponad wszystko, pomyślał.
Ponad wszystko na świecie.