Jesteśmy w pustym pokoju, na szczycie bloku. Jarzeniówka doskonale oświetla pomieszczenie. Siedzę tyłem do drzwi, tuż przed biurkiem z różnymi papierami. Po mojej lewej znajdują się półki z książkami i dokumentami, po prawej zaś całościenne okno, z którego roztacza się widok na miasto tętniące nocnym życiem. Aleksiej Kłaszow, trzymając między palcami dymiącego papierosa, zajmuje fotel po drugiej stronie biurka.
– Kto przyjął zlecenie i warunki? – pytam, nieśpiesznie żując gumę.
Mafiozo bez słowa rzuca teczkę na biurko. Podnoszę ją, wyciągam z niej akta zabójców i pobieżnie je przeglądam
Boris, ścigany za wielokrotne napady z nożem. I zaszlachtowanie oficera milicji? Na Placu Czerwonym? No no… Matwiej. Zaopatruje gang Uszastajów w materiały wybuchowe i prowadzi dla nich akcje sabotażowe. Pewnie dlatego zawsze kończą się pełnym sukcesem… Ivana… wydostała się z Czarnego Delfina? Kładąc strażników gołymi rękami? Nieźle…
No i jeszcze Jegor i Zahar. Snajper co ma na koncie kilku pierdołowatych watażków i truciciel. Na moje własne zlecenie wysłał gubernatora naszego okręgu na tamten świat. W garniturze obrzyganym jego własną krwią. Skurwiel nie chciał współpracować, to dostał to na co zasłużył. Tak…
Na Zahara liczę najbardziej. A reszta? Zobaczymy, jak będą działać, w grupie to z pewnością pójdzie jak z płatka. Ale to mało prawdopodobne, pazerność zawsze zwycięża w tym środowisku.
– Nikt nie robił problemów? – unoszę wzrok znad papierów. Aleksiej bierze solidnego bucha.
– Boris próbował się do mnie dobrać. Sknera sobie wymyślił, że należy mu się większa stawka. Ale cóż… – rozkłada ręce. – Nie docenił twoich chłopaków. Udało mu się zranić trzech, po czym został obalony i… „przekonałem” go do przyjęcia twojej oferty… – myśli przez chwilę, powoli wypuszczając dym ze swych mięsistych nozdrzy. – W sumie, czemu nie wyślesz jednego nich, by zabił Krasowskiego?
– Jednego z chłopaków? – nie wiem czy słowa mafiozy są na serio czy nie. Ale i tak mnie rozbawił. – Oni to spece w ochronie, a nie skręcaniu karków… – po chwili dodaję. – Nie uszkodziłeś Borisa, prawda?
Bierze kolejnego bucha, nawet na chwilę nie spuszczając wzroku.
– Wyrwało mu się parę zębów… bez znieczulenia…
Wypuszcza potężny kłęb dymu.
– Ale ja bym nie liczył to jako uszkodzenia…
Stuka papierosem o krawędź popielniczki, strząsając z niego nagromadzony popiół.
– Przynajmniej nie takie, po którym nie mógłby wykonać swej roboty.
– I bardzo, kurwa, dobrze – lekko się uśmiecham. Ach ten Aleksiej… całe szczęście, że nie traktuje tak każdego kto mu się nawinie. Właśnie, jeszcze jedna kwestia.
– Czy Zahar zażądał… – urywam. Coś dziwnego zaczyna się dziać w nieoświetlonym rogu pomieszczenia. Kilka metrów za Aleksiejem.
– Więcej kasy za zlecenie? Oczywiście, czego się spodziewałeś po cholernym zawodowcu?
Ciemność najpierw gęstnieje, zasłaniając kąt pokoju. Jakby w tym miejscu powstała czarna dziura.
– Ej, Oleg. Co z tobą? – pyta Kłaszow.
Nic nie rozumiem. Słyszę wyraźnie słowa mojego podkomendnego, ale nie dociera do mnie ich sens.
W tym czasie mrok zaczyna nabierać formy. Dziwnej… Możliwej do opisania tylko przez odległe, bardzo naciągane analogie… w tej chwili… nie do odnalezienia…
– Ej! Oleg!!! – rozlega się dźwięk. Coś uderza mnie w głowę. Moje oczy odruchowo mrugają…
– Co?… – mamroczę. Nagle zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji. – Za tobą Aleks!!!
Kłaszow reaguje natychmiast. Gwałtownie zrywa się z krzesła z pistoletem w ręku i strzela. Prosto w wypełnioną czernią, otoczoną wypływającym z tyłu mrocznym całunem… głowę. Pozbawioną rysów, złożoną z pochłaniającego światło kłębowiska materii. Przynajmniej tak to wygląda. Intruz nic sobie nie robi z wystrzelonej kuli. Rozlega się metaliczny zgrzyt, przywodzący na myśl nieludzki wrzask. Widzę jak czarny, segmentowany splot bez trudu wyrywa pistolet z ręki Aleksieja i wyrzuca go przez okno, tłukąc szybę. Mafiozo nawet nie mruga. Stoi jak zamrożony… A ja nie czekam na dalszy rozwój wypadków.
Odwracam się i rzucam do drzwi. Kiedy już mam chwycić klamkę, coś mnie do nich przybija, przeszywając mi prawe ramię. Wrzeszczę z bólu i próbuję się oswobodzić, ale bez skutku. Na szczęście, a może nieszczęście, mogę kątem oka obserwować, co się dzieje za mną.
Lewitujący kształt sunie w stronę Aleksieja i zatrzymuje się tuż przed nim. Czerń, wręcz pochłaniająca światło jarzeniówki, zaczyna wirować wokół mafioza. Po chwili wciąż stojący bez ruchu Kłaszow zaczyna się… zapadać. W sobie. Z chrupotem łamanych kości i mlaskaniem miażdżonych tkanek. Jakby niewidzialne ręce metodycznie zgniatały każdą cząstkę jego ciała. Na raz. Gdyby się jeszcze jakoś bronił. Ale nie. On nie robi nic, aby się temu przeciwstawić. Nie potrafię tego… Nie, nie mogę. Odwracam wzrok. Przez dłuższy czas nie jestem w stanie zebrać myśli, słysząc, co się dzieje z moim podkomendnym. Robi mi się żal Aleksieja. Był momentami opryskliwy, fakt. Trzymał się ze mną tylko dla pieniędzy, niewątpliwie. Ale żaden człowiek nie zasłużył na… TAKĄ śmierć. Z „rąk” czegoś TAKIEGO.
Jeszcze raz próbuję dosięgnąć czegoś, co przebiło moje prawe ramię. Jest zimne jak lód. I zbyt mocno siedzi w drzwiach by dało się to wyciągnąć z mojego barku.
Jednak zauważam coś innego. Cokolwiek mnie unieruchomiło, przypomina pręt zbrojeniowy, równie gruby na całej swej długości. A gdyby tak… Dreszcz mnie przechodzi na myśl, co musiałbym zrobić.
Wtedy wszystko cichnie. Patrzę za siebie. Kłaszowa już nie ma. Upiór trzyma papiery z biurka czarnymi odnóżami i unosi je do swej “głowy”. Wygląda, jakby się im przypatrywał. Mniejsza o to. Teraz albo nigdy!
Przełykam gumę i z całej siły napieram rękami na drzwi. Ból w miejscu przebicia staje się przytłaczający, nie jestem w stanie powstrzymać jęku. Do tego przerwane mięśnie utrudniają mi pracę prawą ręką. Ale powoli, centymetr po centymetrze, moja klatka piersiowa oddala się od lakierowanych desek, z których są zbudowane drzwi. W pewnej chwili mogę nawet swobodnie ruszać głową. Czuję, jak podłużny kształt trze o moje kości. Z ulgą stwierdzam, że płuca najwyraźniej nie zostały uszkodzone. Ale mimo to ból jest tak potężny, że nie mogę powstrzymać krzyku. Wreszcie wysuwam do końca ten przeklęty kołek ze swego ciała, uwalniając je. Jest to tak nagłe, że upadam na plecy. I wtedy dopiero czuję, jak adrenalina uderza we mnie z pełną siłą. Nie zwracam już uwagi na metaliczne zgrzyty za mną. Ani na posokę, płynącą z dziury w moim garniturze. Najważniejsza jest teraz ucieczka.
Błyskawicznie otwieram drzwi i rzucam się korytarzem prosto na klatkę schodową. Przeskakując po trzy stopnie na raz, pokonuję kilka pięter w dół. I wtedy, gdy już mam nadzieję, że się uda, gdy zostają mi ledwo dwa piętra do wyjścia… znikąd pojawia się obłok czerni. Tuż przede mną.
Próbuję wyhamować. Nie udaje się. Wpadam prosto w mroczny całun. Coś zimnego mnie chwyta. Rzuca mnie. Lecę. Przebijam się przez coś. Słyszę trzask drewna i własnych kości. Lecę dalej. Uderzam o coś miękkiego.
Po chwili odrętwienia unoszę głowę i rozglądam się. Leżę na sporej kanapie w pokoju dziennym niewielkiego mieszkania. Pewnie to ona zamortyzowała mój upadek. I tylko dzięki niej moje kości są całe. Wszystkie, poza tymi w prawej ręce, która odzywa się tępym bólem od razu gdy staję na nogi. Musiała się złamać o drzwi, przez które tutaj wpadłem. No nic, na razie nie będzie z niej pożytku. Kieruję wzrok przez pozbawione drzwi wejście do mieszkania, na część korytarza i klatkę schodową.
Z której powoli, sunąc nad ziemią, zbliża się ciemność.
Niewiele myśląc sięgam lewą, sprawną ręką, do wewnętrznej kieszeni garnituru. Dwa czarne sploty wyrywają się z mroku. Jeden z metalicznym odgłosem zdziela mnie po nadgarstku, prawie go łamiąc. Drugi w tym czasie błyskawicznie owija się wokół moich nóg. Wystarczy jedno szarpnięcie i już leżę na ziemi, wywlekany ze swojego schronienia, brzuchem do podłogi. Bezwładna prawa ręka ciągnie się za mną, niczym kawał szmaty. Ale w lewej wciąż trzymam kontroler, przypominający krótkofalówkę. Słyszę z tyłu metaliczny, narastający wizg, ale nie zwracam nań uwagi. W momencie, gdy zjawa przeciąga mnie przez próg mieszkania, zamykam oczy, chowam głowę pod ramieniem, zasłaniając przy okazji uszy i z wciskam przycisk z cyfrą dwa.
I tak na chwilę ślepnę, pomimo zaciśniętych powiek, a moje uszy na długi czas wypełnia pisk. Ale nie ma to znaczenia. Ważne, że zimny ucisk na moich nogach słabnie. Wyszarpuję się ze splotów. Staję na równe nogi i rzucam się z powrotem do lokum z wybitymi drzwiami.
Na chwilę spoglądam za siebie. “Głowa” jest całkowicie schowana w całunie. Samą ciemność otacza teraz kłębowisko czarnych, podłużnych zwojów, tnących powietrze wokół z metalicznym świstem. Jakby to coś się broniło… Albo nie wiedziało, skąd nadejdzie kolejny atak. Cóż, wygląda na to, że granaty oślepiające są całkiem skuteczne przeciw temu upiorowi. Szkoda tylko, że odpaliłem wszystkie ładunki na tym piętrze. I że jedyne wyjście z tego mieszkania wiedzie prosto na korytarz z tym sukinsynem. No i jeszcze przez okno… Zaraz! Wpada mi do głowy pewien pomysł. Dość karkołomny, zwłaszcza z jedną złamaną, a drugą ledwo sprawną ręką. Ale chwilowo to moja jedyna szansa.
Sprawdzam nadwyrężony nadgarstek. Boli jak cholera, ale i tak nie mam wyboru. Chowam kontroler do kieszeni, wspinam się na parapet i wychodzę na drugą stronę. Na szczęście metr pod oknem znajduje się spory występ, na którym mogę swobodnie stanąć. Co nie zmienia faktu, że mały placyk otwarty jedynie od strony ulicy, otoczony stalowym ogrodzeniem, znajduje się jakieś sześć metrów pode mną. Nie powiem, kolana mi drżą na ten widok. Tym bardziej, że w tej chwili tylko jedna ręka może pewnie trzymać się framugi okna. Gdyby nie to, może udałoby mi się bezpiecznie zejść na dół i uciec furtką. Teraz jednak jedyne, co mogę zrobić, to dostać się do okna obok, parę metrów dalej. A muszę się śpieszyć. Ten pomiot pewnie niedługo się otrząśnie.
Idzie wielce opornie. A i tak dziwię się, jakim cudem nadgarstek, niemal zgruchotany wcześniej przez to coś, pewnie chwyta każdy kolejny występ i płaskorzeźbę. Wprawdzie nie jestem na co dzień estetą i normalnie uznałbym te ozdoby za zbyteczne upiększenie. Teraz jednak z całego serca dziękuję w myślach architektowi tego bloku za naciągnięcie sponsora budowy na dodatkowe wydatki. A może to nie był pomysł architekta, a sponsora? Nie wa…
Cichy, szklany chrzęst. Spod mojego prawego buta. Natychmiast cofam nogę. W samą porę, aby uniknąć długiego, czarnego splotu, z hukiem wybijającego dziurę w ścianie. Na ułamek sekundy zawisam na nadwyrężonej ręce. Ledwo powstrzymuję krzyk bólu. Odwracam się w stronę okna, z którego wylazłem na fasadę. I wtedy tynk, tuż obok mojej drugiej nogi, pęka, rozdarty przez kolejny, smolisty zwój, na tej samej wysokości co poprzedni. No i chuj z ucieczki.
Wstrzymuję oddech, mając nadzieję, że to coś nie znajdzie mojej dokładnej pozycji. Tymczasem oba czarne odnóża wysuwają się z wyłomów na prawie dwa metry. Patrzę jeszcze na miejsce, gdzie wcześniej była moja prawa noga. Nie mam pojęcia, jak to możliwe, ale znajdują się tam odłamki potłuczonego szkła. Szlag by to! Pewnie to ten syf chrupnął pod moją stopą. Gdyby nie jakiś pijak, który postanowił akurat tutaj cisnąć butelkę po swoim browarze…
Rzucam okiem na placyk. I dostrzegam coś, co może stać się moim wybawieniem.
Parę metrów od ściany, na której prawie że wiszę, leży hałda niebieskich worków, trochę gruzu i jakieś meble. Tak, ryzykowne jak diabli. Ale czy zostało mi inne wyjście? Widzę, jak sploty wystające po mojej lewej i prawej stronie wyginają się, jakby zaraz miały wbić mnie w budynek. Instynkt odpowiedział za mnie. "Skacz!".
Odbicie. Koślawe salto. Świst. Huk za moimi plecami. Uderzenie. Ból w krzyżu.
Chwilę mi zajmuje, zanim udaje mi się przezwyciężyć mrowienie poniżej pasa i dźwignąć się na nogi. Zdaję sobie sprawę, że pod jednym z worków, na którym wylądowałem, jest spora szafa. To pewnie przez nią tak mnie zabolało, pomimo innych śmieci. Cóż, nie był to stóg siana, a i tak starczyło, by się nie zabić. A to już coś, nie? No i nie jest ze mną o wiele gorzej, niż było na gzymsie. Właśnie! Odwracam głowę. Czarne zwoje zniknęły. Jedynie dwie dziury i dziwne, długie wyżłobienie między nimi świadczą o byłej obecności dziwnego pomiotu.
Próbuję zejść ze sterty śmieci najciszej, jak potrafię. Oczywiście, nie wychodzi to do końca tak, jakbym chciał. Pewnie nawet gdybym był wypoczęty, cały i bez żadnych uszkodzeń na ciele, miałbym spore problemy, by nie narobić żadnego hałasu. Ale przynajmniej jakoś udało mi się zejść. Wyciągam z kieszeni bandaż i obwiązuję nim dziurę w ramieniu. Złamaniem zajmę się później. Jedyne o czym teraz myślę to dotrzeć do furtki i czmychnąć do samochodu ze swoją obstawą. I wtedy się zatrzymuję. Chwila… Przecież kilku z nich, miało pilnować mojego spotkania z Kłaszowem. Dlaczego ich nie było, kiedy wypadłem z pomieszczenia, gdzie prowadziliśmy rozmowę? Sięgam po krótkofalówkę w drugiej kieszeni. Szlag! Pewnie wypadła podczas ucieczki. Chwytam telefon i dzwonię do szefa mojej ochrony.
– Poczta głosowa. Zostaw wiadomość po sygnale…
Anuluję i dzwonię jeszcze raz.
– Poczta głosowa. Zostaw wiadomość…
I jeszcze raz.
– Poczta głosowa. Zos…
Nie…
– Poczta głos…
Nie, nie nie!
Bezradnie ciskam telefon przed siebie. Wprost pod unoszącą się nad ziemią, otoczoną mrocznym całunem zjawę.
Przez chwilę krew tężeje mi w żyłach ze strachu. Nie jestem w stanie nawet myśleć. Mogę tylko bezmyślnie patrzeć na lewitujący kształt, odgradzający mnie od zbawiennej furtki. Odpowiedzialny za śmierć Kłaszowa i najprawdopodobniej również moich ochroniarzy. Potrafiący się pojawiać, gdzie chce, niszczyć ceglane ściany i rzucać ludźmi jak szmacianymi lalkami. Złożony z niewiadomo czego, ciskający lodowatymi klinami i miażdżący, co tylko się nawinie siłą swej woli. W dodatku wyczuwający swe ofiary przez grube ściany i dziesiątki metrów dystansu. Jak mam do kurwy nędzy przed czymś takim uciec?!
Spod mrocznego całunu dobywa się metaliczny, narastający wizg. Znowu instynkt odpowiedział na moje nieme pytanie. "Nieważne jak, ważne by uciec!"
Odwracam się i rzucam w drugą stronę. Prosto na niewysoki murek, za którym, o ile dobrze pamiętam, jest wąska uliczka. Wybijam się i chwytam jego szczytu zdrową ręką. Niemiłosiernie powoli podciągam się do krawędzi, przechodzę nad nią i zeskakuję po drugiej stronie. To, co widzę nie zasługuje nawet na miano alejki, a bardziej wąskiego na parę metrów zaułka. Po mojej lewej kończy się on ślepą uliczką, na której schronienie urządziło sobie kilku chrapiących żuli. Po prawej ścieżka prowadzi kilka metrów prosto, po czym skręca w lewo.
Huk. Patrzę za siebie. W murze za mną pojawia się dziura, a w niej czarne odnóże. Nie czekam ani chwili dłużej. Zrywam się do biegu i rzucam się w prawo. Słyszę jeszcze za sobą odgłosy kruszonych cegieł i zaskoczone okrzyki bezdomnych. Świst. "W bok!" Jeden ze zwojów zostawia głęboką rysę na asfalcie w miejscu, gdzie biegłem sekundę temu. Na szczęście już jestem za rogiem i pędzę dalej, nie patrząc co dzieje się za mną. Wtem potykam się i upadam na twarz. Zaskoczony siadam i spoglądam na swe nogi. Jedna sterczy pod dziwnym kątem. Sukinsyn mnie jednak trafił i złamał nogę! A adrenalina stłumiła ból. Wstaję niemrawo i znów próbuję przyspieszyć. Marnie mi to wychodzi. Bezwład w zranionej kończynie sprawia, że mogę co najwyżej truchtać. I wtedy zdaję sobie sprawę z bezcelowości swych starań.
Nie tylko biorąc pod uwagę, przed czym uciekam. Ale też, a może i przede wszystkim, biorąc pod uwagę to, że zaułek, w który przed chwilą skręciłem, kończy się ścianą jakiegoś budynku. Nie ma opcji, abym ze złamaną ręką, nadwyrężonym nadgarstkiem i bezwładną nogą zdołał się po niej wspiąć. A po bokach żadnych drzwi, którymi mógłbym zwiać. No i ucieczkę szlag trafił…
Taaa… I tak mnie nie dostaniesz, pomiocie. Nie zmiażdżysz mnie swoimi odnóżami! Ja już wtedy będę daleko stąd.
Sięgam sprawną ręką do ukrytej kieszonki pod kołnierzem garnituru i wyjmuję tabletkę w matowoczerwonym kolorze. Chemik gwarantował bezbolesne i prędkie działanie. Cóż, nadszedł czas, by się przekonać.
Szybko przełykam, aby nie dać sobie czasu na zmianę zdania. Przydałaby się szklanka wody, albo czegoś mocniejszego… ale chuj z tym. Jakoś sobie poradzę.
Odwracam się spokojnie, opieram o mur i wsłuchuję się w odległe dźwięki miasta. A miałem co do niego takie plany. Kwitnący handel świeżutkim organami, przemyt broni na wschód, urząd miasta w garści dzięki naszym “usługom finansowym”… Tylko ten pieprzony Krasowski stał mi na drodze. Jedyny, który nie chciał współpracować. Nawet nie chcę myśleć o tym, co stanie się z Sojuszem po moim odejściu. Z resztą, to już nie mój problem.
Kilka metrów przede mną ciemność gęstnieje, staje się wręcz namacalna. Niech to szlag! Zostały mi jakieś dwie minuty. W tym czasie pewnie już będę małym punkcikiem skompresowanego mięsa i kości. Muszę jakoś zagrać na zwłokę. Ale jak? Chwila…
Sprawdzam prawą kieszeń. Oddycham z ulgą. Wyciągam z niej kontroler, którym uruchomiłem granaty na piętrze i wystawiam go do formującej się przede mną zjawy. Zupełnie jakby to był krzyż, a ja – jakbym był egzorcystą.
– Stój!!! – wrzeszczę, dając krok do przodu. Sploty, wypełzające z drgającego mroku nieruchomieją. – Jeden fałszywy ruch, a zrobię ci takie światło pana naszego najwyższego jak na tamtym piętrze! Chyba nie chcesz mieć powtórki z rozrywki, co?
Najwyraźniej ta istota rozumie ludzką mowę, bo nie kwapi się podejmować żadnych, agresywnych działań. Uśmiecham się triumfująco, dla spotęgowania efektu.
– No proszę. A już myślałem, że jesteś czymś w rodzaju boga. Albo innym, wyższosiłowym ścierwem. A tu nie dość, że masz słabości, to jeszcze najwyraźniej jesteś żywą istotą z instynktem samozachowawczym. Nawet jeśli potrafisz rozrywać budynki, teleportować się i miażdżyć materię. Czym ty w ogóle jesteś? Jakiś szalony naukowiec wyciągnął cię z innego wymiaru, czy co?… – mrużę oczy, przyglądając się czarnemu kłębowisku, mrocznemu całunowi i hebanowym splotom. – Chwila. Wyglądasz, jakbyś był nieślubnym dzieckiem dwóch takich… Cholera, zapomniałem jak się nazywają. Znasz ich może? Ach! Przepraszam najmocniej. Przecież taka kupa gówna jak ty pewnie wolałaby nie mówić, kim byli jego rodzice. Chyba jednak ten pomysł z szalonym naukowcem nie był taki zły. Ej, a może chociaż go znasz. Musiałeś poznać typa podczas wypełzania ze swego świata. Jak on w ogóle wygląda? Ten świat, w sensie. No, powiesz coś wreszcie? – sam nie wiem jak udaje mi się zachować taki rezon w obliczu nadchodzącej śmierci. A może jest to spowodowane właśnie tym, że nie mam nic do stracenia?
Podczas gdy ja się produkuję, potworność chowa w swym obłoku smoliste zwoje. Materia tworząca “głowę” przestaje się kłębić. Zamiast tego… drga, jak wprawiona w ruch struna. Równocześnie powietrze zaczyna wypełniać metaliczny, narastający wizg.
– Hej! Przestań, albo cię usmażę!!! – pomiot nic sobie nie robi z mego ostrzeżenia. No to pięknie. Fiut przejrzał mój blef. Niech ta trucizna się pospieszy z łaski swojej!
Przez kilka chwil stoję z bezużytecznym urządzeniem w stężałej ze strachu i niepokoju ręce, przy akompaniamencie świdrującego uszy, zyskującego na decybelach dźwięku. Wtem, kiedy już zamierzam zatkać sobie uszy, wizg się urywa. Chwila ciszy.
A potem od strony “głowy”… dobywają pojedyncze gwizdy. Z początku nie mam pojęcia, o co chodzi. Dopiero po wsłuchaniu się dociera do mnie, że to są słowa. Dziwne, nienaturalne i wydobywane z trudnością, ale jednak zrozumiałe.
– K… i… m… je… st… Kra… sow… ski.
Kim jest Krasowski…
– To… to jeden z głównych przedstawicieli tutejszego półświatka! – I tak jestem martwy, już czuję jak bezwład ogarnia moje mięśnie. Czemu by nie wykorzystać tego pytania, by jeszcze trochę zyskać na czasie? – Ma monopol na przemyt broni. Do tego organizuje nielegalne wyścigi, dwadzieścia kilometrów na północ od miasta. Tam jest jedna z jego baz wypadowych i prawdopodobnie główna stacja przemytu. Próbowałem go wciągnąć do Sojuszu, ale typ jest strasznie uparty i nie chce się z nikim dzielić swym interesem. W tym celu zapłaciłem kilku zbirom, aby go…
– Dzię… kuję… przepra… szam za… moją… brutalność… czas mnie… gonił…
– …Co?
Kłębowisko materii otacza się ciemnością. Patrzę tępo, jak wirujący całun przesłania kształt wewnątrz, niczym burzowa chmura. Obłok zaczyna się powoli kurczyć. Najpierw do rozmiarów człowieka, następnie dużego psa, szkolnego plecaka, lampki nocnej, smartfona, piłki golfowej, aż wreszcie… znika.
Aż siadam z wrażenia i opieram się o mur. Dłuższą chwilę zajmuje mi, zanim udaje mi się pojąć, co się właśnie stało. Nie mam już siły walczyć z bezwładem, ogarniającym kolejne części mojego ciała.
Przez całą wieczność, trwającą piętnaście sekund, pół leżąc, pół siedząc, w łagodnym świetle księżyca oświetlającym wąski zaułek, w otoczeniu przytłumionych dźwięków miasta i zbliżających się syren policyjnych, z bandażem na prawej łopatce, w zapylonym garniturze, charcząc, powtarzam niczym mantrę jedno, jedyne słowo:
– Kurwa… kurwa… kurwa…