- Opowiadanie: Vilge z Rivii - Nieporozumienie

Nieporozumienie

Cześć, je­stem tu nowy. Po­ni­żej daje moje opo­wia­da­nie z głębi szu­fla­dy. Już prze­szło przez paru beta re­ade­rów, więc nie­ści­sło­ści i byków nie po­win­no być wiele, ale oczy­wi­ście chęt­nie się do­wiem o tych, które się ucho­wa­ły.

Przede wszyst­kim chciał­bym wie­dzieć czy te opo­wia­da­nie dzia­ła jako, nie ko­niecz­nie kla­sycz­ny, ale sla­sher na po­waż­nie, czy za­koń­cze­nie jest zro­zu­mia­łe i czy po­zo­sta­wia czy­tel­ni­ka z... sil­ny­mi emo­cja­mi, żeby nie spoj­lo­wać za dużo.

Z góry dzię­ku­ję za wszel­kie ko­men­ta­rze i kry­ty­kę, za­rów­no po­zy­tyw­ną, jak i ne­ga­tyw­ną.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Nieporozumienie

Je­ste­śmy w pu­stym po­ko­ju, na szczy­cie bloku. Ja­rze­niów­ka do­sko­na­le oświe­tla po­miesz­cze­nie. Sie­dzę tyłem do drzwi, tuż przed biur­kiem z róż­ny­mi pa­pie­ra­mi. Po mojej lewej znaj­du­ją się półki z książ­ka­mi i do­ku­men­ta­mi, po pra­wej zaś ca­ło­ścien­ne okno, z któ­re­go roz­ta­cza się widok na mia­sto tęt­nią­ce noc­nym ży­ciem. Alek­siej Kła­szow, trzy­ma­jąc mię­dzy pal­ca­mi dy­mią­ce­go pa­pie­ro­sa, zaj­mu­je fotel po dru­giej stro­nie biur­ka.

– Kto przy­jął zle­ce­nie i wa­run­ki? – pytam, nie­śpiesz­nie żując gumę.

Ma­fio­zo bez słowa rzuca tecz­kę na biur­ko. Pod­no­szę ją, wy­cią­gam z niej akta za­bój­ców i po­bież­nie je prze­glą­dam

Boris, ści­ga­ny za wie­lo­krot­ne na­pa­dy z nożem. I za­szlach­to­wa­nie ofi­ce­ra mi­li­cji? Na Placu Czer­wo­nym? No no… Ma­twiej. Za­opa­tru­je gang Usza­sta­jów w ma­te­ria­ły wy­bu­cho­we i pro­wa­dzi dla nich akcje sa­bo­ta­żo­we. Pew­nie dla­te­go za­wsze koń­czą się peł­nym suk­ce­sem… Ivana… wy­do­sta­ła się z Czar­ne­go Del­fi­na? Kła­dąc straż­ni­ków go­ły­mi rę­ka­mi? Nie­źle…

No i jesz­cze Jegor i Zahar. Snaj­per co ma na kon­cie kilku pier­do­ło­wa­tych wa­taż­ków i tru­ci­ciel. Na moje wła­sne zle­ce­nie wy­słał gu­ber­na­to­ra na­sze­go okrę­gu na tam­ten świat. W gar­ni­tu­rze obrzy­ga­nym jego wła­sną krwią. Skur­wiel nie chciał współ­pra­co­wać, to do­stał to na co za­słu­żył. Tak…

Na Za­ha­ra liczę naj­bar­dziej. A resz­ta? Zo­ba­czy­my, jak będą dzia­łać, w gru­pie to z pew­no­ścią pój­dzie jak z płat­ka. Ale to mało praw­do­po­dob­ne, pa­zer­ność za­wsze zwy­cię­ża w tym śro­do­wi­sku.

– Nikt nie robił pro­ble­mów? – uno­szę wzrok znad pa­pie­rów. Alek­siej bie­rze so­lid­ne­go bucha.

– Boris pró­bo­wał się do mnie do­brać. Skne­ra sobie wy­my­ślił, że na­le­ży mu się więk­sza staw­ka. Ale cóż… – roz­kła­da ręce. – Nie do­ce­nił two­ich chło­pa­ków. Udało mu się zra­nić trzech, po czym zo­stał oba­lo­ny i… „prze­ko­na­łem” go do przy­ję­cia two­jej ofer­ty… – myśli przez chwi­lę, po­wo­li wy­pusz­cza­jąc dym ze swych mię­si­stych noz­drzy. – W sumie, czemu nie wy­ślesz jed­ne­go nich, by zabił Kra­sow­skie­go?

– Jed­ne­go z chło­pa­ków? – nie wiem czy słowa ma­fio­zy są na serio czy nie. Ale i tak mnie roz­ba­wił. – Oni to spece w ochro­nie, a nie skrę­ca­niu kar­ków… – po chwi­li do­da­ję. – Nie uszko­dzi­łeś Bo­ri­sa, praw­da?

Bie­rze ko­lej­ne­go bucha, nawet na chwi­lę nie spusz­cza­jąc wzro­ku.

– Wy­rwa­ło mu się parę zębów… bez znie­czu­le­nia…

Wy­pusz­cza po­tęż­ny kłęb dymu.

– Ale ja bym nie li­czył to jako uszko­dze­nia…

Stuka pa­pie­ro­sem o kra­wędź po­piel­nicz­ki, strzą­sa­jąc z niego na­gro­ma­dzo­ny po­piół.

– Przy­naj­mniej nie takie, po któ­rym nie mógł­by wy­ko­nać swej ro­bo­ty.

– I bar­dzo, kurwa, do­brze – lekko się uśmie­cham. Ach ten Alek­siej… całe szczę­ście, że nie trak­tu­je tak każ­de­go kto mu się na­wi­nie. Wła­śnie, jesz­cze jedna kwe­stia.

– Czy Zahar za­żą­dał… – ury­wam. Coś dziw­ne­go za­czy­na się dziać w nie­oświe­tlo­nym rogu po­miesz­cze­nia. Kilka me­trów za Alek­sie­jem.

– Wię­cej kasy za zle­ce­nie? Oczy­wi­ście, czego się spo­dzie­wa­łeś po cho­ler­nym za­wo­dow­cu?

Ciem­ność naj­pierw gęst­nie­je, za­sła­nia­jąc kąt po­ko­ju. Jakby w tym miej­scu po­wsta­ła czar­na dziu­ra.

– Ej, Oleg. Co z tobą? – pyta Kła­szow.

Nic nie ro­zu­miem. Sły­szę wy­raź­nie słowa mo­je­go pod­ko­mend­ne­go, ale nie do­cie­ra do mnie ich sens.

W tym cza­sie mrok za­czy­na na­bie­rać formy. Dziw­nej… Moż­li­wej do opi­sa­nia tylko przez od­le­głe, bar­dzo na­cią­ga­ne ana­lo­gie… w tej chwi­li… nie do od­na­le­zie­nia…

– Ej! Oleg!!! – roz­le­ga się dźwięk. Coś ude­rza mnie w głowę. Moje oczy od­ru­cho­wo mru­ga­ją…

– Co?… – mam­ro­czę. Nagle zdaję sobie spra­wę z po­wa­gi sy­tu­acji. – Za tobą Aleks!!!

Kła­szow re­agu­je na­tych­miast. Gwał­tow­nie zrywa się z krze­sła z pi­sto­le­tem w ręku i strze­la. Pro­sto w wy­peł­nio­ną czer­nią, oto­czo­ną wy­pły­wa­ją­cym z tyłu mrocz­nym ca­łu­nem… głowę. Po­zba­wio­ną rysów, zło­żo­ną z po­chła­nia­ją­ce­go świa­tło kłę­bo­wi­ska ma­te­rii. Przy­naj­mniej tak to wy­glą­da. In­truz nic sobie nie robi z wy­strze­lo­nej kuli. Roz­le­ga się me­ta­licz­ny zgrzyt, przy­wo­dzą­cy na myśl nie­ludz­ki wrzask. Widzę jak czar­ny, seg­men­to­wa­ny splot bez trudu wy­ry­wa pi­sto­let z ręki Alek­sie­ja i wy­rzu­ca go przez okno, tłu­kąc szybę. Ma­fio­zo nawet nie mruga. Stoi jak za­mro­żo­ny… A ja nie cze­kam na dal­szy roz­wój wy­pad­ków.

Od­wra­cam się i rzu­cam do drzwi. Kiedy już mam chwy­cić klam­kę, coś mnie do nich przy­bi­ja, prze­szy­wa­jąc mi prawe ramię. Wrzesz­czę z bólu i pró­bu­ję się oswo­bo­dzić, ale bez skut­ku. Na szczę­ście, a może nie­szczę­ście, mogę kątem oka ob­ser­wo­wać, co się dzie­je za mną.

Le­wi­tu­ją­cy kształt sunie w stro­nę Alek­sie­ja i za­trzy­mu­je się tuż przed nim. Czerń, wręcz po­chła­nia­ją­ca świa­tło ja­rze­niów­ki, za­czy­na wi­ro­wać wokół ma­fio­za. Po chwi­li wciąż sto­ją­cy bez ruchu Kła­szow za­czy­na się… za­pa­dać. W sobie. Z chru­po­tem ła­ma­nych kości i mla­ska­niem miaż­dżo­nych tka­nek. Jakby nie­wi­dzial­ne ręce me­to­dycz­nie zgnia­ta­ły każdą cząst­kę jego ciała. Na raz. Gdyby się jesz­cze jakoś bro­nił. Ale nie. On nie robi nic, aby się temu prze­ciw­sta­wić. Nie po­tra­fię tego… Nie, nie mogę. Od­wra­cam wzrok. Przez dłuż­szy czas nie je­stem w sta­nie ze­brać myśli, sły­sząc, co się dzie­je z moim pod­ko­mend­nym. Robi mi się żal Alek­sie­ja. Był mo­men­ta­mi opry­skli­wy, fakt. Trzy­mał się ze mną tylko dla pie­nię­dzy, nie­wąt­pli­wie. Ale żaden czło­wiek nie za­słu­żył na… TAKĄ śmierć. Z „rąk” cze­goś TA­KIE­GO.

Jesz­cze raz pró­bu­ję do­się­gnąć cze­goś, co prze­bi­ło moje prawe ramię. Jest zimne jak lód. I zbyt mocno sie­dzi w drzwiach by dało się to wy­cią­gnąć z mo­je­go barku. 

Jed­nak za­uwa­żam coś in­ne­go. Co­kol­wiek mnie unie­ru­cho­mi­ło, przy­po­mi­na pręt zbro­je­nio­wy, rów­nie gruby na całej swej dłu­go­ści. A gdyby tak… Dreszcz mnie prze­cho­dzi na myśl, co mu­siał­bym zro­bić. 

Wtedy wszyst­ko cich­nie. Pa­trzę za sie­bie. Kła­szo­wa już nie ma. Upiór trzy­ma pa­pie­ry z biur­ka czar­ny­mi od­nó­ża­mi i unosi je do swej “głowy”. Wy­glą­da, jakby się im przy­pa­try­wał. Mniej­sza o to. Teraz albo nigdy!

Prze­ły­kam gumę i z całej siły na­pie­ram rę­ka­mi na drzwi. Ból w miej­scu prze­bi­cia staje się przy­tła­cza­ją­cy, nie je­stem w sta­nie po­wstrzy­mać jęku. Do tego prze­rwa­ne mię­śnie utrud­nia­ją mi pracę prawą ręką. Ale po­wo­li, cen­ty­metr po cen­ty­me­trze, moja klat­ka pier­sio­wa od­da­la się od la­kie­ro­wa­nych desek, z któ­rych są zbu­do­wa­ne drzwi. W pew­nej chwi­li mogę nawet swo­bod­nie ru­szać głową. Czuję, jak po­dłuż­ny kształt trze o moje kości. Z ulgą stwier­dzam, że płuca naj­wy­raź­niej nie zo­sta­ły uszko­dzo­ne. Ale mimo to ból jest tak po­tęż­ny, że nie mogę po­wstrzy­mać krzy­ku. Wresz­cie wy­su­wam do końca ten prze­klę­ty kołek ze swego ciała, uwal­nia­jąc je. Jest to tak nagłe, że upa­dam na plecy. I wtedy do­pie­ro czuję, jak ad­re­na­li­na ude­rza we mnie z pełną siłą. Nie zwra­cam już uwagi na me­ta­licz­ne zgrzy­ty za mną. Ani na po­so­kę, pły­ną­cą z dziu­ry w moim gar­ni­tu­rze. Naj­waż­niej­sza jest teraz uciecz­ka.

Bły­ska­wicz­nie otwie­ram drzwi i rzu­cam się ko­ry­ta­rzem pro­sto na klat­kę scho­do­wą. Prze­ska­ku­jąc po trzy stop­nie na raz, po­ko­nu­ję kilka pię­ter w dół. I wtedy, gdy już mam na­dzie­ję, że się uda, gdy zo­sta­ją mi ledwo dwa pię­tra do wyj­ścia… zni­kąd po­ja­wia się obłok czer­ni. Tuż przede mną.

Pró­bu­ję wy­ha­mo­wać. Nie udaje się. Wpa­dam pro­sto w mrocz­ny całun. Coś zim­ne­go mnie chwy­ta. Rzuca mnie. Lecę. Prze­bi­jam się przez coś. Sły­szę trzask drew­na i wła­snych kości. Lecę dalej. Ude­rzam o coś mięk­kie­go.

Po chwi­li odrę­twie­nia uno­szę głowę i roz­glą­dam się. Leżę na spo­rej ka­na­pie w po­ko­ju dzien­nym nie­wiel­kie­go miesz­ka­nia. Pew­nie to ona za­mor­ty­zo­wa­ła mój upa­dek. I tylko dzię­ki niej moje kości są całe. Wszyst­kie, poza tymi w pra­wej ręce, która od­zy­wa się tępym bólem od razu gdy staję na nogi. Mu­sia­ła się zła­mać o drzwi, przez które tutaj wpa­dłem. No nic, na razie nie bę­dzie z niej po­żyt­ku. Kie­ru­ję wzrok przez po­zba­wio­ne drzwi wej­ście do miesz­ka­nia, na część ko­ry­ta­rza i klat­kę scho­do­wą. 

Z któ­rej po­wo­li, sunąc nad zie­mią, zbli­ża się ciem­ność.

Nie­wie­le my­śląc się­gam lewą, spraw­ną ręką, do we­wnętrz­nej kie­sze­ni gar­ni­tu­ru. Dwa czar­ne splo­ty wy­ry­wa­ją się z mroku. Jeden z me­ta­licz­nym od­gło­sem zdzie­la mnie po nad­garst­ku, pra­wie go ła­miąc. Drugi w tym cza­sie bły­ska­wicz­nie owija się wokół moich nóg. Wy­star­czy jedno szarp­nię­cie i już leżę na ziemi, wy­wle­ka­ny ze swo­je­go schro­nie­nia, brzu­chem do pod­ło­gi. Bez­wład­na prawa ręka cią­gnie się za mną, ni­czym kawał szma­ty. Ale w lewej wciąż trzy­mam kon­tro­ler, przy­po­mi­na­ją­cy krót­ko­fa­lów­kę. Sły­szę z tyłu me­ta­licz­ny, na­ra­sta­ją­cy wizg, ale nie zwra­cam nań uwagi. W mo­men­cie, gdy zjawa prze­cią­ga mnie przez próg miesz­ka­nia, za­my­kam oczy, cho­wam głowę pod ra­mie­niem, za­sła­nia­jąc przy oka­zji uszy i z wci­skam przy­cisk z cyfrą dwa.

I tak na chwi­lę ślep­nę, po­mi­mo za­ci­śnię­tych po­wiek, a moje uszy na długi czas wy­peł­nia pisk. Ale nie ma to zna­cze­nia. Ważne, że zimny ucisk na moich no­gach słab­nie. Wy­szar­pu­ję się ze splo­tów. Staję na równe nogi i rzu­cam się z po­wro­tem do lokum z wy­bi­ty­mi drzwia­mi.

Na chwi­lę spo­glą­dam za sie­bie. “Głowa” jest cał­ko­wi­cie scho­wa­na w ca­łu­nie. Samą ciem­ność ota­cza teraz kłę­bo­wi­sko czar­nych, po­dłuż­nych zwo­jów, tną­cych po­wie­trze wokół z me­ta­licz­nym świ­stem. Jakby to coś się bro­ni­ło… Albo nie wie­dzia­ło, skąd na­dej­dzie ko­lej­ny atak. Cóż, wy­glą­da na to, że gra­na­ty ośle­pia­ją­ce są cał­kiem sku­tecz­ne prze­ciw temu upio­ro­wi. Szko­da tylko, że od­pa­li­łem wszyst­kie ła­dun­ki na tym pię­trze. I że je­dy­ne wyj­ście z tego miesz­ka­nia wie­dzie pro­sto na ko­ry­tarz z tym su­kin­sy­nem. No i jesz­cze przez okno… Zaraz! Wpada mi do głowy pe­wien po­mysł. Dość kar­ko­łom­ny, zwłasz­cza z jedną zła­ma­ną, a drugą ledwo spraw­ną ręką. Ale chwi­lo­wo to moja je­dy­na szan­sa.

Spraw­dzam nad­wy­rę­żo­ny nad­gar­stek. Boli jak cho­le­ra, ale i tak nie mam wy­bo­ru. Cho­wam kon­tro­ler do kie­sze­ni, wspi­nam się na pa­ra­pet i wy­cho­dzę na drugą stro­nę. Na szczę­ście metr pod oknem znaj­du­je się spory wy­stęp, na któ­rym mogę swo­bod­nie sta­nąć. Co nie zmie­nia faktu, że mały pla­cyk otwar­ty je­dy­nie od stro­ny ulicy, oto­czo­ny sta­lo­wym ogro­dze­niem, znaj­du­je się ja­kieś sześć me­trów pode mną. Nie po­wiem, ko­la­na mi drżą na ten widok. Tym bar­dziej, że w tej chwi­li tylko jedna ręka może pew­nie trzy­mać się fra­mu­gi okna. Gdyby nie to, może uda­ło­by mi się bez­piecz­nie zejść na dół i uciec furt­ką. Teraz jed­nak je­dy­ne, co mogę zro­bić, to do­stać się do okna obok, parę me­trów dalej. A muszę się śpie­szyć. Ten po­miot pew­nie nie­dłu­go się otrzą­śnie.

Idzie wiel­ce opor­nie. A i tak dzi­wię się, jakim cudem nad­gar­stek, nie­mal zgru­cho­ta­ny wcze­śniej przez to coś, pew­nie chwy­ta każdy ko­lej­ny wy­stęp i pła­sko­rzeź­bę. Wpraw­dzie nie je­stem na co dzień es­te­tą i nor­mal­nie uznał­bym te ozdo­by za zby­tecz­ne upięk­sze­nie. Teraz jed­nak z ca­łe­go serca dzię­ku­ję w my­ślach ar­chi­tek­to­wi tego bloku za na­cią­gnię­cie spon­so­ra bu­do­wy na do­dat­ko­we wy­dat­ki. A może to nie był po­mysł ar­chi­tek­ta, a spon­so­ra? Nie wa…

Cichy, szkla­ny chrzęst. Spod mo­je­go pra­we­go buta. Na­tych­miast cofam nogę. W samą porę, aby unik­nąć dłu­gie­go, czar­ne­go splo­tu, z hu­kiem wy­bi­ja­ją­ce­go dziu­rę w ścia­nie. Na uła­mek se­kun­dy za­wi­sam na nad­wy­rę­żo­nej ręce. Ledwo po­wstrzy­mu­ję krzyk bólu. Od­wra­cam się w stro­nę okna, z któ­re­go wy­la­złem na fa­sa­dę. I wtedy tynk, tuż obok mojej dru­giej nogi, pęka, roz­dar­ty przez ko­lej­ny, smo­li­sty zwój, na tej samej wy­so­ko­ści co po­przed­ni. No i chuj z uciecz­ki.

Wstrzy­mu­ję od­dech, mając na­dzie­ję, że to coś nie znaj­dzie mojej do­kład­nej po­zy­cji. Tym­cza­sem oba czar­ne od­nó­ża wy­su­wa­ją się z wy­ło­mów na pra­wie dwa metry. Pa­trzę jesz­cze na miej­sce, gdzie wcze­śniej była moja prawa noga. Nie mam po­ję­cia, jak to moż­li­we, ale znaj­du­ją się tam odłam­ki po­tłu­czo­ne­go szkła. Szlag by to! Pew­nie to ten syf chrup­nął pod moją stopą. Gdyby nie jakiś pijak, który po­sta­no­wił aku­rat tutaj ci­snąć bu­tel­kę po swoim bro­wa­rze… 

Rzu­cam okiem na pla­cyk. I do­strze­gam coś, co może stać się moim wy­ba­wie­niem.

Parę me­trów od ścia­ny, na któ­rej pra­wie że wiszę, leży hałda nie­bie­skich wor­ków, tro­chę gruzu i ja­kieś meble. Tak, ry­zy­kow­ne jak dia­bli. Ale czy zo­sta­ło mi inne wyj­ście? Widzę, jak splo­ty wy­sta­ją­ce po mojej lewej i pra­wej stro­nie wy­gi­na­ją się, jakby zaraz miały wbić mnie w bu­dy­nek. In­stynkt od­po­wie­dział za mnie. "Skacz!".

Od­bi­cie. Ko­śla­we salto. Świst. Huk za moimi ple­ca­mi. Ude­rze­nie. Ból w krzy­żu.

Chwi­lę mi zaj­mu­je, zanim udaje mi się prze­zwy­cię­żyć mro­wie­nie po­ni­żej pasa i dźwi­gnąć się na nogi. Zdaję sobie spra­wę, że pod jed­nym z wor­ków, na któ­rym wy­lą­do­wa­łem, jest spora szafa. To pew­nie przez nią tak mnie za­bo­la­ło, po­mi­mo in­nych śmie­ci. Cóż, nie był to stóg siana, a i tak star­czy­ło, by się nie zabić. A to już coś, nie? No i nie jest ze mną o wiele go­rzej, niż było na gzym­sie. Wła­śnie! Od­wra­cam głowę. Czar­ne zwoje znik­nę­ły. Je­dy­nie dwie dziu­ry i dziw­ne, dłu­gie wy­żło­bie­nie mię­dzy nimi świad­czą o byłej obec­no­ści dziw­ne­go po­mio­tu. 

Pró­bu­ję zejść ze ster­ty śmie­ci naj­ci­szej, jak po­tra­fię. Oczy­wi­ście, nie wy­cho­dzi to do końca tak, jak­bym chciał. Pew­nie nawet gdy­bym był wy­po­czę­ty, cały i bez żad­nych uszko­dzeń na ciele, miał­bym spore pro­ble­my, by nie na­ro­bić żad­ne­go ha­ła­su. Ale przy­naj­mniej jakoś udało mi się zejść. Wy­cią­gam z kie­sze­ni ban­daż i ob­wią­zu­ję nim dziu­rę w ra­mie­niu. Zła­ma­niem zajmę się póź­niej. Je­dy­ne o czym teraz myślę to do­trzeć do furt­ki i czmych­nąć do sa­mo­cho­du ze swoją ob­sta­wą. I wtedy się za­trzy­mu­ję. Chwi­la… Prze­cież kilku z nich, miało pil­no­wać mo­je­go spo­tka­nia z Kła­szo­wem. Dla­cze­go ich nie było, kiedy wy­pa­dłem z po­miesz­cze­nia, gdzie pro­wa­dzi­li­śmy roz­mo­wę? Się­gam po krót­ko­fa­lów­kę w dru­giej kie­sze­ni. Szlag! Pew­nie wy­pa­dła pod­czas uciecz­ki. Chwy­tam te­le­fon i dzwo­nię do szefa mojej ochro­ny.

– Pocz­ta gło­so­wa. Zo­staw wia­do­mość po sy­gna­le…

Anu­lu­ję i dzwo­nię jesz­cze raz.

– Pocz­ta gło­so­wa. Zo­staw wia­do­mość…

I jesz­cze raz.

– Pocz­ta gło­so­wa. Zos…

Nie…

– Pocz­ta głos…

Nie, nie nie!

Bez­rad­nie ci­skam te­le­fon przed sie­bie. Wprost pod uno­szą­cą się nad zie­mią, oto­czo­ną mrocz­nym ca­łu­nem zjawę.

Przez chwi­lę krew tę­że­je mi w ży­łach ze stra­chu. Nie je­stem w sta­nie nawet my­śleć. Mogę tylko bez­myśl­nie pa­trzeć na le­wi­tu­ją­cy kształt, od­gra­dza­ją­cy mnie od zba­wien­nej furt­ki. Od­po­wie­dzial­ny za śmierć Kła­szo­wa i naj­praw­do­po­dob­niej rów­nież moich ochro­nia­rzy. Po­tra­fią­cy się po­ja­wiać, gdzie chce, nisz­czyć ce­gla­ne ścia­ny i rzu­cać ludź­mi jak szma­cia­ny­mi lal­ka­mi. Zło­żo­ny z nie­wia­do­mo czego, ci­ska­ją­cy lo­do­wa­ty­mi kli­na­mi i miaż­dżą­cy, co tylko się na­wi­nie siłą swej woli. W do­dat­ku wy­czu­wa­ją­cy swe ofia­ry przez grube ścia­ny i dzie­siąt­ki me­trów dy­stan­su. Jak mam do kurwy nędzy przed czymś takim uciec?!

Spod mrocz­ne­go ca­łu­nu do­by­wa się me­ta­licz­ny, na­ra­sta­ją­cy wizg. Znowu in­stynkt od­po­wie­dział na moje nieme py­ta­nie. "Nie­waż­ne jak, ważne by uciec!"

Od­wra­cam się i rzu­cam w drugą stro­nę. Pro­sto na nie­wy­so­ki murek, za któ­rym, o ile do­brze pa­mię­tam, jest wąska ulicz­ka. Wy­bi­jam się i chwy­tam jego szczy­tu zdro­wą ręką. Nie­mi­ło­sier­nie po­wo­li pod­cią­gam się do kra­wę­dzi, prze­cho­dzę nad nią i ze­ska­ku­ję po dru­giej stro­nie. To, co widzę nie za­słu­gu­je nawet na miano alej­ki, a bar­dziej wą­skie­go na parę me­trów za­uł­ka. Po mojej lewej koń­czy się on ślepą ulicz­ką, na któ­rej schro­nie­nie urzą­dzi­ło sobie kilku chra­pią­cych żuli. Po pra­wej ścież­ka pro­wa­dzi kilka me­trów pro­sto, po czym skrę­ca w lewo.

Huk. Pa­trzę za sie­bie. W murze za mną po­ja­wia się dziu­ra, a w niej czar­ne od­nó­że. Nie cze­kam ani chwi­li dłu­żej. Zry­wam się do biegu i rzu­cam się w prawo. Sły­szę jesz­cze za sobą od­gło­sy kru­szo­nych ce­gieł i za­sko­czo­ne okrzy­ki bez­dom­nych. Świst. "W bok!" Jeden ze zwo­jów zo­sta­wia głę­bo­ką rysę na as­fal­cie w miej­scu, gdzie bie­głem se­kun­dę temu. Na szczę­ście już je­stem za ro­giem i pędzę dalej, nie pa­trząc co dzie­je się za mną. Wtem po­ty­kam się i upa­dam na twarz. Za­sko­czo­ny sia­dam i spo­glą­dam na swe nogi. Jedna ster­czy pod dziw­nym kątem. Su­kin­syn mnie jed­nak tra­fił i zła­mał nogę! A ad­re­na­li­na stłu­mi­ła ból. Wsta­ję nie­mra­wo i znów pró­bu­ję przy­spie­szyć. Mar­nie mi to wy­cho­dzi. Bez­wład w zra­nio­nej koń­czy­nie spra­wia, że mogę co naj­wy­żej truch­tać. I wtedy zdaję sobie spra­wę z bez­ce­lo­wo­ści swych sta­rań.

Nie tylko bio­rąc pod uwagę, przed czym ucie­kam. Ale też, a może i przede wszyst­kim, bio­rąc pod uwagę to, że za­ułek, w który przed chwi­lą skrę­ci­łem, koń­czy się ścia­ną ja­kie­goś bu­dyn­ku. Nie ma opcji, abym ze zła­ma­ną ręką, nad­wy­rę­żo­nym nad­garst­kiem i bez­wład­ną nogą zdo­łał się po niej wspiąć. A po bo­kach żad­nych drzwi, któ­ry­mi mógł­bym zwiać. No i uciecz­kę szlag tra­fił…

Taaa… I tak mnie nie do­sta­niesz, po­mio­cie. Nie zmiaż­dżysz mnie swo­imi od­nó­ża­mi! Ja już wtedy będę da­le­ko stąd.

Się­gam spraw­ną ręką do ukry­tej kie­szon­ki pod koł­nie­rzem gar­ni­tu­ru i wyj­mu­ję ta­blet­kę w ma­to­wo­czer­wo­nym ko­lo­rze. Che­mik gwa­ran­to­wał bez­bo­le­sne i pręd­kie dzia­ła­nie. Cóż, nad­szedł czas, by się prze­ko­nać.

Szyb­ko prze­ły­kam, aby nie dać sobie czasu na zmia­nę zda­nia. Przy­da­ła­by się szklan­ka wody, albo cze­goś moc­niej­sze­go… ale chuj z tym. Jakoś sobie po­ra­dzę. 

Od­wra­cam się spo­koj­nie, opie­ram o mur i wsłu­chu­ję się w od­le­głe dźwię­ki mia­sta. A mia­łem co do niego takie plany. Kwit­ną­cy han­del świe­żut­kim or­ga­na­mi, prze­myt broni na wschód, urząd mia­sta w gar­ści dzię­ki na­szym “usłu­gom fi­nan­so­wym”… Tylko ten pie­przo­ny Kra­sow­ski stał mi na dro­dze. Je­dy­ny, który nie chciał współ­pra­co­wać. Nawet nie chcę my­śleć o tym, co sta­nie się z So­ju­szem po moim odej­ściu. Z resz­tą, to już nie mój pro­blem.

Kilka me­trów przede mną ciem­ność gęst­nie­je, staje się wręcz na­ma­cal­na. Niech to szlag! Zo­sta­ły mi ja­kieś dwie mi­nu­ty. W tym cza­sie pew­nie już będę małym punk­ci­kiem skom­pre­so­wa­ne­go mięsa i kości. Muszę jakoś za­grać na zwło­kę. Ale jak? Chwi­la…

Spraw­dzam prawą kie­szeń. Od­dy­cham z ulgą. Wy­cią­gam z niej kon­tro­ler, któ­rym uru­cho­mi­łem gra­na­ty na pię­trze i wy­sta­wiam go do for­mu­ją­cej się przede mną zjawy. Zu­peł­nie jakby to był krzyż, a ja – jak­bym był eg­zor­cy­stą.

– Stój!!! – wrzesz­czę, dając krok do przo­du. Splo­ty, wy­peł­za­ją­ce z drga­ją­ce­go mroku nie­ru­cho­mie­ją. – Jeden fał­szy­wy ruch, a zro­bię ci takie świa­tło pana na­sze­go naj­wyż­sze­go jak na tam­tym pię­trze! Chyba nie chcesz mieć po­wtór­ki z roz­ryw­ki, co?

Naj­wy­raź­niej ta isto­ta ro­zu­mie ludz­ką mowę, bo nie kwapi się po­dej­mo­wać żad­nych, agre­syw­nych dzia­łań. Uśmie­cham się trium­fu­ją­co, dla spo­tę­go­wa­nia efek­tu.

– No pro­szę. A już my­śla­łem, że je­steś czymś w ro­dza­ju boga. Albo innym, wyż­szo­si­ło­wym ścier­wem. A tu nie dość, że masz sła­bo­ści, to jesz­cze naj­wy­raź­niej je­steś żywą isto­tą z in­stynk­tem sa­mo­za­cho­waw­czym. Nawet jeśli po­tra­fisz roz­ry­wać bu­dyn­ki, te­le­por­to­wać się i miaż­dżyć ma­te­rię. Czym ty w ogóle je­steś? Jakiś sza­lo­ny na­uko­wiec wy­cią­gnął cię z in­ne­go wy­mia­ru, czy co?… – mrużę oczy, przy­glą­da­jąc się czar­ne­mu kłę­bo­wi­sku, mrocz­ne­mu ca­łu­no­wi i he­ba­no­wym splo­tom. – Chwi­la. Wy­glą­dasz, jak­byś był nie­ślub­nym dziec­kiem dwóch ta­kich… Cho­le­ra, za­po­mnia­łem jak się na­zy­wa­ją. Znasz ich może? Ach! Prze­pra­szam naj­moc­niej. Prze­cież taka kupa gówna jak ty pew­nie wo­la­ła­by nie mówić, kim byli jego ro­dzi­ce. Chyba jed­nak ten po­mysł z sza­lo­nym na­ukow­cem nie był taki zły. Ej, a może cho­ciaż go znasz. Mu­sia­łeś po­znać typa pod­czas wy­peł­za­nia ze swego świa­ta. Jak on w ogóle wy­glą­da? Ten świat, w sen­sie. No, po­wiesz coś wresz­cie? – sam nie wiem jak udaje mi się za­cho­wać taki rezon w ob­li­czu nad­cho­dzą­cej śmier­ci. A może jest to spo­wo­do­wa­ne wła­śnie tym, że nie mam nic do stra­ce­nia?

Pod­czas gdy ja się pro­du­ku­ję, po­twor­ność chowa w swym ob­ło­ku smo­li­ste zwoje. Ma­te­ria two­rzą­ca “głowę” prze­sta­je się kłę­bić. Za­miast tego… drga, jak wpra­wio­na w ruch stru­na. Rów­no­cze­śnie po­wie­trze za­czy­na wy­peł­niać me­ta­licz­ny, na­ra­sta­ją­cy wizg.

– Hej! Prze­stań, albo cię usma­żę!!! – po­miot nic sobie nie robi z mego ostrze­że­nia. No to pięk­nie. Fiut przej­rzał mój blef. Niech ta tru­ci­zna się po­spie­szy z łaski swo­jej!

Przez kilka chwil stoję z bez­u­ży­tecz­nym urzą­dze­niem w stę­ża­łej ze stra­chu i nie­po­ko­ju ręce, przy akom­pa­nia­men­cie świ­dru­ją­ce­go uszy, zy­sku­ją­ce­go na de­cy­be­lach dźwię­ku. Wtem, kiedy już za­mie­rzam za­tkać sobie uszy, wizg się urywa. Chwi­la ciszy.

A potem od stro­ny “głowy”… do­by­wa­ją po­je­dyn­cze gwiz­dy. Z po­cząt­ku nie mam po­ję­cia, o co cho­dzi. Do­pie­ro po wsłu­cha­niu się do­cie­ra do mnie, że to są słowa. Dziw­ne, nie­na­tu­ral­ne i wy­do­by­wa­ne z trud­no­ścią, ale jed­nak zro­zu­mia­łe.

– K… i… m… je… st… Kra… sow… ski.

Kim jest Kra­sow­ski…

– To… to jeden z głów­nych przed­sta­wi­cie­li tu­tej­sze­go pół­świat­ka! – I tak je­stem mar­twy, już czuję jak bez­wład ogar­nia moje mię­śnie. Czemu by nie wy­ko­rzy­stać tego py­ta­nia, by jesz­cze tro­chę zy­skać na cza­sie? – Ma mo­no­pol na prze­myt broni. Do tego or­ga­ni­zu­je nie­le­gal­ne wy­ści­gi, dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów na pół­noc od mia­sta. Tam jest jedna z jego baz wy­pa­do­wych i praw­do­po­dob­nie głów­na sta­cja prze­my­tu. Pró­bo­wa­łem go wcią­gnąć do So­ju­szu, ale typ jest strasz­nie upar­ty i nie chce się z nikim dzie­lić swym in­te­re­sem. W tym celu za­pła­ci­łem kilku zbi­rom, aby go…

– Dzię… kuję… prze­pra… szam za… moją… bru­tal­ność… czas mnie… gonił…

– …Co?

Kłę­bo­wi­sko ma­te­rii ota­cza się ciem­no­ścią. Pa­trzę tępo, jak wi­ru­ją­cy całun prze­sła­nia kształt we­wnątrz, ni­czym bu­rzo­wa chmu­ra. Obłok za­czy­na się po­wo­li kur­czyć. Naj­pierw do roz­mia­rów czło­wie­ka, na­stęp­nie du­że­go psa, szkol­ne­go ple­ca­ka, lamp­ki noc­nej, smart­fo­na, piłki gol­fo­wej, aż wresz­cie… znika.

Aż sia­dam z wra­że­nia i opie­ram się o mur. Dłuż­szą chwi­lę zaj­mu­je mi, zanim udaje mi się pojąć, co się wła­śnie stało. Nie mam już siły wal­czyć z bez­wła­dem, ogar­nia­ją­cym ko­lej­ne czę­ści mo­je­go ciała. 

Przez całą wiecz­ność, trwa­ją­cą pięt­na­ście se­kund, pół leżąc, pół sie­dząc, w ła­god­nym świe­tle księ­ży­ca oświe­tla­ją­cym wąski za­ułek, w oto­cze­niu przy­tłu­mio­nych dźwię­ków mia­sta i zbli­ża­ją­cych się syren po­li­cyj­nych, z ban­da­żem na pra­wej ło­pat­ce, w za­py­lo­nym gar­ni­tu­rze, char­cząc, po­wta­rzam ni­czym man­trę jedno, je­dy­ne słowo:

– Kurwa… kurwa… kurwa…

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Gratuluję debiutu i to parę tygodni po rejestracji, w dodatku – debiutu pobetowego, co zdarza się tutaj niezwykle rzadko. :)

Zachęcam do zajrzenia w dział Publicystyka, gdzie bardzo pomocne PORADNIKI ułatwiają zdecydowanie nam wszystkim pisanie opowiadań. :)

Dziękuję za oznaczenie wulgaryzmów.

 

Kwestie techniczne i sugestie oraz wątpliwości (zawsze tylko do przemyślenia):

Podnoszę ją, wyciągam z niej akta zabójców i pobieżnie je przeglądam – na końcu brak kropki lub części zdania?

Skurwiel nie chciał współpracować, to dostał to (przecinek?) na co zasłużył.

– Nikt nie robił problemów? – unoszę wzrok znad papierów. Aleksiej bierze solidnego bucha. – błędny zapis dialogu?

– Boris próbował się do mnie dobrać. Sknera sobie wymyślił, że należy mu się większa stawka. Ale cóż… – rozkłada ręce. – Nie docenił twoich chłopaków. Udało mu się zranić trzech, po czym został obalony i… „przekonałem” go do przyjęcia twojej oferty… – myśli przez chwilę, powoli wypuszczając dym ze swych mięsistych nozdrzy. – W sumie, czemu nie wyślesz jednego nich, by zabił Krasowskiego? – i tu?

– Jednego z chłopaków? – nie wiem czy słowa mafiozy są na serio czy nie. Ale i tak mnie rozbawił. – Oni to spece w ochronie, a nie skręcaniu karków… – po chwili dodaję. – Nie uszkodziłeś Borisa, prawda? – i tutaj też?

Ach ten Aleksiej… całe szczęście, że nie traktuje tak każdego (przecinek?) kto mu się nawinie.

– Za tobą Aleks!!! – przecinek przy Wołaczu?

Z „rąk” czegoś TAKIEGO. Jeszcze raz próbuję dosięgnąć czegoś, co przebiło moje prawe ramię. Jest zimne jak lód. I zbyt mocno siedzi w drzwiach (przecinek?) by dało się to wyciągnąć z mojego barku. – powtórzenia?

Coś zimnego mnie chwyta. Rzuca mnie. – i tu?

Pewnie to ona zamortyzowała mój upadek. I tylko dzięki niej moje kości są całe. – i tutaj?

Cóż, wygląda na to, że granaty oślepiające są całkiem skuteczne przeciw temu upiorowi. Szkoda tylko, że odpaliłem wszystkie ładunki na tym piętrze. I że jedyne wyjście z tego mieszkania wiedzie prosto na korytarz z tym sukinsynem. – i tu też?

Rzuca mnie. – a nie: „mną”?

W momencie, gdy zjawa przeciąga mnie przez próg mieszkania, zamykam oczy, chowam głowę pod ramieniem, zasłaniając przy okazji uszy i z wciskam przycisk z cyfrą dwa. – albo zbędna litera, abo brak części zdania?

Co nie zmienia faktu, że mały placyk (przecinek?) otwarty jedynie od strony ulicy, otoczony stalowym ogrodzeniem, znajduje się jakieś sześć metrów pode mną.

Nie powiem, kolana mi drżą na ten widok. Tym bardziej, że w tej chwili tylko jedna ręka może pewnie trzymać się framugi okna. Gdyby nie to, może udałoby mi się bezpiecznie zejść na dół i uciec furtką. Teraz jednak jedyne, co mogę zrobić, to dostać się do okna obok, parę metrów dalej. A muszę się śpieszyć. Ten pomiot pewnie niedługo się otrząśnie. Idzie wielce opornie. A i tak dziwię się, jakim cudem nadgarstek, niemal zgruchotany wcześniej przez to coś, pewnie chwyta każdy kolejny występ i płaskorzeźbę. Wprawdzie nie jestem na co dzień estetą i normalnie uznałbym te ozdoby za zbyteczne upiększenie. Teraz jednak z całego serca dziękuję w myślach architektowi tego bloku za naciągnięcie sponsora budowy na dodatkowe wydatki. A może to nie był pomysł architekta, a sponsora? – znowu powtórzenia (czyli błędy stylistyczne) zaimków; reszty już nie wypisuję, ale ilość powtórzeń warto zredukować

 

Ale (przecinek lub myślnik?) czy zostało mi inne wyjście?

Jedyne (przecinek?) o czym teraz myślę (i tutaj?) to dotrzeć do furtki i czmychnąć do samochodu ze swoją obstawą.

Przecież kilku z nich, miało pilnować mojego spotkania z Kłaszowem. – zbędny przecinek?

Złożony z niewiadomo czego, ciskający lodowatymi klinami i miażdżący, co tylko się nawinie siłą swej woli. – ortograficzny?

Jak mam do kurwy nędzy przed czymś takim uciec?! – przecinki przy przekleństwie?

"Nieważne jak, ważne (przecinek albo myślnik?) by uciec!"

To, co widzę (przecinek?) nie zasługuje nawet na miano alejki, a bardziej wąskiego na parę metrów zaułka.

Na szczęście już jestem za rogiem i pędzę dalej, nie patrząc (i tu?) co dzieje się za mną.

Nawet nie chcę myśleć o tym, co stanie się z Sojuszem po moim odejściu. Z resztą, to już nie mój problem. – w tym kontekście – kolejny ortograficzny błąd?

Sploty, wypełzające z drgającego mroku (przecinek?) nieruchomieją.

– No proszę. A już myślałem, że jesteś czymś w rodzaju boga. Albo innym, wyższosiłowym ścierwem. A tu nie dość, że masz słabości, to jeszcze najwyraźniej jesteś żywą istotą z instynktem samozachowawczym. Nawet jeśli potrafisz rozrywać budynki, teleportować się i miażdżyć materię. Czym ty w ogóle jesteś? Jakiś szalony naukowiec wyciągnął cię z innego wymiaru, czy co?… – mrużę oczy, przyglądając się czarnemu kłębowisku, mrocznemu całunowi i hebanowym splotom. – ponownie błędny zapis dialogu? – a zatem dialogi do generalnej poprawy, ja już reszty przykładów nie wypisuję

Cholera, zapomniałem (przecinek?) jak się nazywają. – a zatem i interpunkcja do poprawy, ja już reszty rzeczy nie wypisuję

Przecież taka kupa gówna jak ty pewnie wolałaby nie mówić, kim byli jego rodzice. – mam wątpliwość, czy „kupa” nie powinna potem skutkować zaimkiem „jej”, a nie – „jego” (?)

 

Zakończenie szokujące, podobnie zresztą, jak wszystkie opisywane sceny (szczególnie – pościgu). Pomysł na pewno zasługuje na klik. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka