- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. Vicus. 0022. Dzień dwudziesty drugi.

Cuiavia. Vicus. 0022. Dzień dwudziesty drugi.

Oceny

Cuiavia. Vicus. 0022. Dzień dwudziesty drugi.

Świt przyniósł chłód. Wilgoć rzeki i zimne kamyki pod stopami sprawiły, że na dobre się rozbudzili. Skręcili ku rzece, gdzie wczoraj zastawili więcierz.

Agnieszka przykucnęła, zasłaniając usta dłonią. Ktoś wywlókł pułapkę na błotnisty brzeg. W środku, wciśnięty w muł, tkwił dorodny leszcz. Srebrzyste łuski łapały poranne słońce, a z rozdeptanego brzucha sączyły się do rzeki wąskie strużki krwi.

Robert zatrzymał się w pół kroku. Szczęka mu stężała, a żyła na skroni zaczęła pulsować. Palce same zacisnęły się w pięści.

– Co za dzicz… – urwała. Głos jej się łamał, a do oczu nabiegły łzy.

Przełykali mdłą brukiew, wpatrując się w misę. W myślach wciąż widzieli zmarnowanego leszcza.

Niedługo potem zjawili się Stanimir i Leszek.

– Wczoraj Gniewko skosił dużo trawy – powiedział Robert. – Dzisiaj ma dzień dla siebie.

Chłopcy z radosnym krzykiem pobiegli w stronę ugoru.

Stanimir przestępował z nogi na nogę, masując kark.

– Mysłodarze… bo…. Ledwoś wczoraj przejechał przez sioło, a już odwiedziło mnie trzech gospodarzy. Chcą takich samych taczek.

– I co w tym złego? – Uniósł brwi.

– No właśnie nie wiem… Co im powiedzieć? Co zrobić? – Cieśla rozłożył bezradnie ręce.

– To proste: zrób je – odparł. – Ale za dobrą cenę.

– Dobrą, to znaczy konkretnie? – Cieśla zmarszczył czoło. – Ile mi dadzą za kilka desek i pół dnia roboty?

– Zażądaj worka ziarna.

– Worek ziarna! – Cieśla aż cofnął się o krok. – Przecież to majątek! Za kilka desek?

Robert położył mu dłoń na ramieniu.

– Wczoraj mówiłeś, że łuk to króliki w polewce, a nie zwykłe drewno. Nie kupczysz deskami, Stanimirze. Sprzedajesz im czas i zdrowie. Dajesz jednemu chłopu siłę całej rodziny.

– To prawda… – przyznał cieśla, drapiąc się po głowie. – Wszyscy widzieli, z jaką łatwością przeciągnąłeś całą górę trawy.

– No właśnie. Zastanów się. Ile worków ziarna przerzucisz w pojedynkę, szybko i bez zadyszki? Ile snopów zżętego zboża można zwieźć do stodoły, zanim złapie ciebie deszcz?

Cieśla zamrugał. Wpatrywał się w Roberta, a jego usta poruszały się bezgłośnie. Powoli rozluźnił zaciśnięte na karku palce.

– Sprzedaję… czas… – wyszeptał. – Nigdy… nigdy tak nie patrzyłem na swoją robotę.

Potrząsnął gwałtownie głową. – Ale… Mysłodarze, to twój zamysł. Część zapłaty należy się tobie.

– Nie – uciął krótko. – I tak spędzasz u mnie mnóstwo czasu, zaniedbując własne gospodarstwo. Zapłata należy się w całości tobie.

– Sprzedaję czas. – Kręcił głową z niedowierzaniem.

– A powiedz, Stanimirze, co tam u Milusi? – włączyła się Agnieszka.

Cieśla od razu się rozpromienił.

– Dziewanno… nie wiem, co za czary siedzą w twojej polewce, ale… Sama o świcie wstała z barłogu i od razu zawołała o strawę.

Agnieszka wypuściła powietrze, którego nawet nie zauważyła, że wstrzymywała.

– Dobra zrobiła ją wedle twojej rady. Z krwią. Zjadła wszystko, do dna! Nie pamiętam, kiedy dała radę tyle naraz w siebie wcisnąć. Wracają jej kolory – kontynuował podekscytowany. – Oczy jej też dziwnie odżyły, patrzą jaśniej, żywiej. – Nie leży już bezwładnie. Sama wstała, żeby usiąść na progu i złapać trochę słońca.

– To bardzo dobra nowina. – Klasnęła w dłonie. – Jej ciało nabiera sił. Karmcie ją tym każdego dnia, a niedługo pobiegnie z Leszkiem przez całą wieś.

Mężczyźni bez zwłoki zabrali się za robotę, Agnieszka poszła do Dobrej. Twarz matki straciła swój zwykły, ściągnięty grymas. Ramiona jej opadły. Otarła policzek wierzchem dłoni, ale po chwili pojawiła się kolejna łza. Rzuciła się Agnieszce na szyję, ściskając ją tak mocno, aż zabrakło tchu.

– Dziewanno – wyszeptała, a jej głos drżał. – Bogowie mi ciebie zesłali.

Przed chatą siedziała dziewczynka. Z ciekawością śledziła wzrokiem każdy ruch. Agnieszka przykucnęła obok i ujęła jej drobną dłoń. Delikatnie odchyliła dolną powiekę dziewczynki – błona śluzowa, wczoraj jeszcze blada, dziś już lekko różowa. Dotknęła policzków. Jeszcze wczoraj były zimne i blade, dziś muskał je delikatny rumieniec.

– Widzisz? – szepnęła Dobra. – Siły jej wracają.

Agnieszka uśmiechnęła się do małej.

– Silna z ciebie dziewczynka, Milenko.

– Powiedz mi, a kto wcześniej próbował ją leczyć? – Zwróciła się do matki.

– Ściągnęłam szeptuchę z sąsiedniego sioła, ale jej zamowy nic nie dały. Potem Jagoda zioła warzyła.

– Zielarka? Gdzie ona mieszka? – dopytywała Agnieszka.

– W puszczy.

– Gdzie dokładnie? Muszę z nią pogadać.

Dobra gwałtownie poderwała głowę.

– Sama? Po co ci do niej?

– Ciekawią mnie jej zioła. Może mogłybyśmy się od siebie czegoś nauczyć. Wskaż mi, proszę, drogę.

– Ależ nikt tam nie chodzi! – Dobra niemal krzyknęła. Odruchowo obejrzała się przez ramię. – Jej chata stoi nad uroczyskiem, przeklętym miejscem. Ludzie prawią, że tam nawet zwierzęta boją się zapuszczać! Tam łatwo drogę pobłądzić, ścieżki same się plączą.

Chwyciła ją za ramię.

– Ona sama przychodzi do wsi, kiedy chce. Nikt nieproszony jej nie nachodzi. Mówią, że rzuca uroki na każdego, kto jej mąci spokój.

– Nie idź tam. – Potrząsnęła głową. – Nie idź.

Agnieszka zrobiła krok naprzód i delikatnie ujęła dłonie Dobrej w swoje. Spojrzała jej prosto w oczy.

– Muszę z nią porozmawiać. Poradzę sobie. Wskaż mi tylko kierunek.

Zapadła cisza. Dobra patrzyła na twarz Agnieszki, szukając w niej choćby cienia wahania. Dobra wypuściła powietrze z drżącym westchnieniem. Ramiona jej opadły. Wyciągnęła palec i wskazała odległy skraj lasu.

– Nie znam drogi, bom tam nigdy nie była… ale słyszałam ludzkie gadanie. Musisz iść w tamtą stronę, aż dojdziesz do miejsca, gdzie leży stary złamany grab. Tam trzeba wejść w las i trzymać się strumyka, co płynie w górę, w głąb puszczy. Ponoć za trzecim zakolem trafisz na ścieżkę… Ale czy to prawda i dokąd ona prowadzi, tego już nie wiem.

Milusia wstała, przeszła wolno całe obejście. Podeszła do płotu, oparła się o niego dysząc. Zerwała kwiaty rosnące między sztachetami. Uniosła naręcze do nosa. Przymknęła oczy i wciągnęła ich zapach. Wróciła do kobiet i zdyszana podała bukiet Agnieszce. Zamarły. Agnieszka przytuliła dziewczynkę i wpięła sobie część kwiatów we włosy, a resztę we włosy Dobrej. Dziewczynka się zaśmiała.

Widok przykuł uwagę sąsiadów. Sąsiadka z przeciwka upuściła naczynie, dwóch chłopów zamarło w pół słowa.

Podeszła do nich stara Jarucha.

– To twoja Milena…? – zapytała z niedowierzaniem. – Na bogów, myślałam, że już ją Nyja do siebie woła.

Dobra objęła córkę ramieniem i mocno przycisnęła ją do siebie.

– Dziewanna ją ocaliła! – zawołała i wskazała Agnieszkę.

Sąsiedzi odprowadzili wzrokiem przybyszkę, która właśnie znikała za chatami.

– Jakimże sposobem? – Borzym postąpił krok w przód. – Jakieś zamowy? Jakoweś hojne dary bogom składała?

– Żadne zamowy! – Dobra potrząsnęła głową. Kazała dawać wątróbkę, pokrzywy warzyć i krwi kurzęcej do strawy dolewać. Mówiła, że w Milusi krew słaba i wzmocnić ją cza.

Chłopi patrzyli po sobie, marszcząc brwi. Borzym otworzył usta, lecz zaraz je zamknął. Sąsiedzi spojrzeli po sobie. Ktoś splunął przez ramię, by odegnać urok.

* * *

Gwar wsi cichł za plecami. Rzadkie, polne drzewa ustąpiły miejsca gęstwinie. Nad wsią słońce świeciło jasno. Tutaj przez korony przebijały się jedynie pojedyncze, drżące słupy światła. Powietrze stało się chłodne i ciężkie, przesycone wilgotnym zapachem próchna, grzybni i mokrych liści.

Początkowo szła pewnie. Dobra wskazała kierunek. Wystarczyło trzymać się skraju lasu, aż trafi na charakterystyczny punkt.

Co jakiś czas odwracała się, by zapamiętać drogę powrotną: tu rośnie trójca brzóz, splecionych korzeniami, tam leży ten omszały głaz, przypominający śpiącego niedźwiedzia. Minęła jeden powalony spróchniały grab. Potem drugi, rozszczepiony w połowie, suchy. Czy to ten? A może tamten dalej?

Kłopoty zaczęły się, gdy skraj lasu przeszedł w nieprzebytą gęstwinę. Drzewa tworzyły jednorodną, szarozieloną ścianę. Wszystkie brzozy zlewały się w jedno, a każdy głaz przypominał ten sam, ominięty już kształt. Obróciła się w miejscu. Jeszcze przed chwilą była pewna, że słyszała strumień. Teraz między pniami dostrzegała tylko kolejne pnie.

Zatrzymała się. Oddech przyspieszył. Odgłosy puszczy dzwoniły w uszach, zagłuszając jej urywane oddechy. Czuła na sobie spojrzenia setek niewidzialnych oczu czających się w gęstwinie. Rozglądała się gwałtownie na boki. Każdy trzask gałązki pod stopą brzmiał jak krzyk.

Gdzie jest cholerny strumyk?

Dobra mówiła, że płynie „pod górę”. Co to w ogóle znaczyło? Czy to miało sens, czy tylko tak mówiono? Stała mała i zagubiona, wszystko, co wiedziała o kierunkach, przestało działać.

Przez chwilę stała sparaliżowana. Chciała zawrócić. Pragnęła zawrócić i biec, aż zobaczy osadę.

Nie, nie mogła teraz przerwać. Myśl o zielarce zatrzymała ją w miejscu. Ona była gdzieś tam. W tym lesie.

 

Wzięła głęboki, drżący oddech i zmusiła się do spokoju. Logicznie. Krok po kroku. Zamiast szukać wielkiego, złamanego drzewa, postanowiła nasłuchiwać. Woda. Musiała znaleźć jakikolwiek ruczaj.

Ruszyła w kierunku, gdzie podszycie leśne było rzadsze i bardziej wilgotne. Szła powoli, ostrożnie stawiając stopy i rozgarniając paprocie. Gdy już niemal traciła nadzieję, usłyszała cichy szmer wody.

Podeszła bliżej. Pomiędzy starymi olchami płynął niewielki strumień. Spojrzała na delikatny spad terenu. Logika mówiła jej, że strumień powinien płynąć w dół zbocza. Ten jednak leniwie pełzł – pod górę, w głąb puszczy.

Uklękła, wrzuciła do wody suchy patyk. Popłynął w stronę lasu. Przecierała oczy, upewniając się, że to nie miraż. Wzdrygnęła się. Szła wzdłuż strumienia płynącego w górę. Towarzyszył jej cichy szum wody. Minęła pierwsze zakole, potem drugie, niemal identyczne. Trzecie zakole miało kryć ścieżkę, ale które z nich okazało się tym właściwym? Czy liczyło się to małe kilkadziesiąt kroków temu? Czy może tylko te duże, wyraźne łuki? Las powtarzał te same kształty w nieskończoność. Trzymała się strumyka. Był nicią prowadzącą z powrotem z leśnego labiryntu.

Im głębiej wchodziła, tym bardziej puszcza stawała się pierwotna. Minęła gigantyczne mrowisko, pełne życia niezliczonych małych istnień. Gdzieś wysoko w koronach drzew odezwał się dzięcioł, a metodyczne stukanie brzmiało jak tykanie zegara. Wszystko mówiło jej, że jest intruzem.

Doszła do kolejnego, identycznego z poprzednim zakola, serce na chwilę w niej zamarło. Chciała już iść dalej, gdy jej wzrok wychwycił coś innego. Od brzegu strumienia, w głąb lasu, trawa leżała ugniecona w sposób wykluczający przypadek. Ślad nie był traktem, raczej ledwie widoczną ścieżyną, wydeptaną przez kogoś regularnie wracającego do wody. Zielarka czy zwierzyna?

Z wahaniem opuściła bezpieczny brzeg strumienia i postawiła stopę na ścieżce. Ta niemal natychmiast zniknęła jej z oczu, wchłonięta przez leśne poszycie. Wypatrywała kolejnego złamanego liścia paproci, przydeptanej kępki mchu. Szła powoli, słysząc własne, mocno bijące serce.

Ścieżka poprowadziła ją obok niewielkiego leśnego stawu. Woda lśniła czernią i bezruchem, gładka niczym lustro. Przypominał oko puszczy wpatrzone prosto w niebo. Kilkadziesiąt kroków dalej drzewa nagle się rozstąpiły.

Wyszła na niewielką, skąpaną w słońcu polanę. Na niej stała chata.

Nie przypominała żadnego ludzkiego domostwa, jakie kiedykolwiek widziała. Wyglądała na wyrosłą prosto z polany. Brakowało jej prostych ścian czy kątów. Niska, pękata, wrośnięta w ziemię. Jej szkielet tworzyły grube, powyginane konary. Ściany były plecionką cieńszych gałęzi, witek i korzeni, uszczelnioną mchem i gliną. Całość przypominała raczej ogromne gniazdo leśnego stwora niż dom.

Dach zlewał się ze ścianami, opadał w runo. Wyrastały z niego kępy kwiatów i paproci, imitując naturalny pagórek.

W ścianach dostrzegła kilka nieregularnych otworów zasłoniętych napiętym pęcherzem. Wejście zasłaniała ciężka, ciemna skóra.

Przed chatą na kozłach wisiały pęczki suszących się w słońcu ziół. Rozsiewały wokół intensywny zapach. Obok stał równo ułożony stos chrustu, a kawałek dalej rozciągał się niewielki ogródek, w którym rosły dziwne, nieznane rośliny. Miejsce emanowało spokojem, który kontrastował z grozą otaczającej puszczy.

* * *

W tym samym czasie, gdy stawiała pierwsze kroki na skąpanej w słońcu polanie, Robert ugniatał bosymi stopami zimną, lepką glinę. Czepiała się skóry, wsysała stopy z głośnym mlaśnięciem przy każdym kroku, pachniała mułem i mokrą słomą. Stawiał kolejne kroki w glinie. Mlaszczący rytm powtarzał się bez końca.

– Zobacz, ile trzciny dzisiaj nawiozłem, a ile jeszcze kilka dni temu mogłem nanieść ręcznie – powiedział Stanimir, zrzucając urobek przy wiacie. Masz rację, sprzedaję czas.

– Mysłodarze. Pójdę pogadać z tamtymi gospodarzami. Czas im cenę podać – powiedział z pewnością w głosie.

 

– A ja, dzięki temu, że tak nam sprawnie poszło, pójdę zemleć trochę ziarna na mąkę.

– Mielić ziarno? – Stanimir spojrzał na niego zdumiony. – Przecież to robota dla bab!

– Wiem – odparł, wzruszając ramionami. – Ale żarna są ciężkie, a Agnieszka ma delikatniejsze ręce. Skoro ja mam siłę, to czemu mam jej nie pomóc?

Ich rozmowę przerwał radosny okrzyk.

– Ojcze! Ojcze! Zobacz! – Leszek biegł z ptakiem w dłoni.

Chłopcy wbiegli między nich z twarzami czerwonymi z podniecenia.

– Kuropatwa! – wydyszał Leszek, zatrzymując się tuż przed ojcem. – Gniewko pokazał mi, jak strzelać z procy! I trafiłem, ojcze! Sam trafiłem!

Stanimir przykucnął i dotknął ptaka. Twarz, poorana zmarszczkami rozjaśniła się w uśmiechu.

– Na bogów… – szepnął, patrząc z dumą to na syna, to na Gniewka. – Dobra robota, chłopcy. Wyśmienita.

Robert położył Gniewkowi dłoń na ramieniu. Chłopiec drgnął, ale nie cofnął się. Stał wyprostowany i patrzył na niego z uniesioną głową.

– Gratuluję, Gniewko. I tobie też, Leszku. To wasza pierwsza, wspólna zdobycz.

– Przyjdźcie jutro do nas na obiad. Z Dobrą i całą rodziną. Uczcimy to, chłopcy opowiedzą nam o tym, jak upolowali ptaka.

Uśmiech zniknął z twarzy cieśli. Mężczyzna spuścił wzrok, nerwowo skubiąc drzazgę na dłoni, aż ta wbiła mu się w skórę.

– Mysłodarze… dziękuję ci, ale… – Głos mu się urwał.

Robert spojrzał na wbity w ziemię wzrok cieśli. – Posłuchaj – powiedział spokojnie, kładąc mu rękę na ramieniu. – Niech każdy przyniesie, co ma. Wy dacie, co możecie ze swojej miski, my damy, co możemy z naszej. A kuropatwę – tu spojrzał na chłopców – podzielimy między wszystkich, to będzie nasze wspólne święto.

Cieśla podniósł wzrok. Powoli skinął głową.

– Dobrze, Mysłodarze. Przyjdziemy. Z radością.

Odwrócił się i zawołał Leszka. Robert patrzył za nimi, a potem jego wzrok spoczął na Gniewku, który wciąż ostrożnie trzymał kuropatwę. Chłopiec nieśmiało podał mu ptaka. Robert wziął go do ręki. Był jeszcze ciepły.

* * *

Zatrzymała się na skraju polany. Ciężka zasłona poruszyła się. Przez rozcięcie skóry wyszła kobieta. Pełna sił, o mocnej budowie i twarzy pooranej nie wiekiem, lecz słońcem i wiatrem. Długie, siwiejące włosy opadały na plecy grubym warkoczem. Jej bystre oczy spoczęły na Agnieszce. Kąciki jej ust uniosły się, jakby zobaczyła kogoś, kogo się spodziewała.

– Wreszcie – powiedziała ciepłym, dźwięcznym głosem. – Już myślałam, że nigdy nie odnajdziesz drogi.

Agnieszka zamarła. Otworzyła usta, lecz zabrakło jej słów. Zanim zdążyła odpowiedzieć, zza pleców Jagody wyłoniły się trzy dziewczyny. Uśmiechały się przyjaźnie.

– Długo ci zeszło – rzuciła jedna z nich z rozbawieniem. – Już zaczynałyśmy wątpić.

Podeszła bliżej, nie spuszczając z przybyszki przenikliwego spojrzenia.

– Las ma wiele uszu, a wiatr niesie wieści szybciej niż najszybszy biegacz. Słyszałam o nowych przybyszach.

Widząc jej oszołomienie, roześmiała się głośno.

– Powiedz mi więc, Dziewanno, co cię w końcu do mnie sprowadziło? Szukasz pomocy, czy może… przynosisz ją ze sobą?

W końcu odzyskała głos.

– Ja… Ja też znam się trochę na ziołach – wyjąkała. – Pomyślałam, że mogłybyśmy wymienić się wiedzą.

Kobiety spojrzały po sobie. Wybuchnęły śmiechem.

– Wiedzą! Słyszycie? – zawołała do córek. – Wiedziałam! Wiedziałam, że nie przychodzisz tu z pustymi rękami!

Białowłosa dziewczyna podbiegła i chwyciła Agnieszkę za rękę, ciągnąc ją w stronę chaty.

– Musisz wejść! Matka od dawna mówiła, że pojawi się ktoś, kto rozumie zioła. Jestem Dziwa, a to Mokosz i Rusała, a nasza matka to Jagoda. Chodź, opowiesz nam wszystko!

Jagoda objęła ją pewnie ramieniem.

– Nie stój tak w progu, Dziewanno. Dzień jest krótki.

Dała się poprowadzić do chaty, a jej umysł wirował od pytań. Jeszcze chwilę temu nasłuchiwała każdego trzasku gałęzi. Teraz nie potrafiła oderwać wzroku od Jagody i jej córek.

Wnętrze chaty uderzyło ją zapachem ziół i dymu. W centralnym punkcie izby palił się niewielki ogień w kamiennym kręgu, a dym uciekał przez otwór w dachu. Wszędzie, pod sufitem, na ścianach, w glinianych garnkach i plecionych koszach, piętrzyły się rośliny – korzenie, liście, kwiaty i pędy. Nie miała pojęcia, jak ktokolwiek mógł się w tym odnaleźć.

– Napij się. – Jagoda podsunęła jej kubek z parującym płynem i wskazała miejsce przy ogniu na skórach. – Wywar z lipy uspokaja serce po długiej drodze.

Upiła łyk. Słodki, miodowy smak rozlał się w ustach. Usiadła, a cztery kobiety otoczyły ją w luźnym kręgu, ich twarze w migotliwym świetle ognia wydawały się trudniejsze do odczytania

– A więc zwą cię Dziewanna – zaczęła spokojnie Jagoda, jakby kontynuowała dawno przerwaną rozmowę. – Twoja mowa jest niby nasza, a jednak inna. Opowiedz nam, skąd przybywasz.

Wpatrywały się w nią z ciekawością.

– Z daleka – zaczęła ostrożnie. – Podróżowaliśmy z kupcami, ale oni zostali napadnięci przez zbójów i uciekaliśmy w nieznane aż dotarliśmy tutaj.

– Z tym twoim dziwakiem – przytaknęła Jagoda. – Dobry on dla ciebie?

– Zwą go Mysłodar. Tak, jest dobry – odparła szczerze. – Dba o mnie i o Gniewka.

– Potrafi cię obronić, gdy przyjdzie co do czego? – wtrąciła Mokosz.

– A was kto broni? – odparła szybko.

Zaczęły się tajemniczo uśmiechać. – Nas nikt nie skrzywdzi, nas czary bronią i strach przed nimi… ale ty się nie przestraszyłaś!

Uśmiechnęła się lekko. – Bo my zamiast się bać nieznanego próbujemy to zrozumieć.

– Razem mamy szansę przetrwać – wyszeptała, czując, że to najprawdziwsze zdanie, jakie do tej pory wypowiedziała.

– A jakie macie plany? Co zamierzacie? Zostaniecie? – dopytywała Jagoda.

– Nie wiemy. Na razie próbujemy zrozumieć ten świat. Zbudować chatę. Przetrwać do kolejnej wiosny – wyszeptała patrząc w ogień.

– To dobry plan. Najlepszy. Przetrwać do kolejnej wiosny. To jest plan nas wszystkich.

Upiła łyk. Odstawiła kubek. Podeszła do pęków ziół wiszących pod dachem. Delikatnie muskała palcami zasuszone liście i kwiatostany. Niektóre rozpoznawała bez trudu – dziurawiec, szałwia, mięta. Inne były zagadką.

Tanacetum vulgare – mruknęła pod nosem, wskazując na pęk żółtych, guzikowatych kwiatów.

– My to wrotyczem zwiemy – odparła z uśmiechem Jagoda. – Dobry na wszystko, co nieproszone w brzuchu siedzi.

– Na robaki! – zawołała natychmiast rudowłosa Mokosz, zrywając się na równe nogi. – Na glisty najlepiej utrzeć kwiat z miodem i podać na głodnego rano! Ale nie za dużo, bo…

– …bo brzuchem ruszy tak, że przez trzy dni giezła nie opuścisz! – dokończyła za nią Dziwa, przewracając oczami. – I nie z miodem, głuptasie! Z kwaśnym mlekiem! Miód karmi robaki, a kwas je osłabia. Matka zawsze prawi, że sekret nie w zielu, a w tym, co do niego dodasz!

– A maść z jego liści na pchły i wszy najlepsza! – wtrąciła cicho Rusała. – Tylko trzeba je ucierać z niedźwiedzim sadłem, nie ze smalcem, bo smalec za szybko jełczeje.

Słuchała. Mówiły o nim jak o zwykłym warzywie, znając na pamięć dawki, przeciwwskazania i interakcje.

Podeszła do stosu wielkich, zwiędniętych liści, leżących w kącie. – Petasites hybridus – powiedziała głośno, a w jej głosie pojawiła się nuta niepokoju. – Jagodo, przecież to trucizna. Wyniszcza wątrobę.

– Wszystko zabić może i uleczyć. Jeno miara rozstrzyga – odparła spokojnie Jagoda.

Agnieszka drgnęła. Dosis facit venenum. Wpatrywała się w zielarkę z szeroko otwartymi oczami. Profesor farmakognozji dokładnie tymi słowami zaczynała każdy wykład o toksykologii.

– Z korzenia robimy wywar na trzęsawkę i bóle głowy – odezwała się Dziwa.

– Ale nie tak od razu – wtrąciła Rusała. – Trzeba go parę razy przegotować.

Mokosz kiwnęła głową.

– Wodę zawsze wylewamy.

– A potem jesion – dodała Rusała ciszej. – Matka mówi, że wtedy dopiero „puszcza”.

Agnieszka usiadła z powrotem przy ogniu. Czuła się jak uczennica w pierwszym dniu szkoły. Jej cała laboratoryjna, sterylna wiedza wydawała się płaska i jednowymiarowa w porównaniu z tym żywym, kipiącym od szczegółów, przekazywanym z pokolenia na pokolenie doświadczeniem. Potrafiły dawkować z dokładnością do jednego kwiatu.

Siedziała patrząc, jak Mokosz starannie uciera w kamiennym moździerzu wysuszone, jaskrawożółte kwiaty.

– Dziurawiec – rozpoznała Agnieszka. – Na rany i na smutek, prawda?

– Najlepszy – przytaknęła Jagoda. – Wywar z niego goi oparzenia i rozjaśnia myśli, gdy komuś ciemno na duszy. Ale to kapryśne ziele. Czasem napar zyskuje moc słońca w południe, a czasem słabnie niczym blask miesiąca w nowiu. Nigdy nie wiemy, jaki wyjdzie.

Mokosz przerwała pracę i spojrzała na matkę.

– Może za krótko gotujemy? Albo ogień za słaby czynimy?

– Albo za mocno bucha – mruknęła Dziwa, dosypując do ognia garść chrustu.

– Nie gotujcie go – wyjaśniła, biorąc do ręki wysuszony kwiat.

Wszystkie spojrzały na nią ze zdumieniem.

– Nie gotować? – powtórzyła Mokosz głośno. – Ale jak inaczej wyciągnąć z niego moc? Woda musi wrzeć, żeby ziele oddało to, co w nim dobre.

Podeszła bliżej, wzięła do ręki jeden z wysuszonych kwiatów.

– Wyciągacie z niego tylko to, co rozpuszcza gorąca woda. A co z resztą? Co z tą żywicą, którą czuć na palcach po roztarciu?

– Tłustego woda nie rusza – przyznała Jagoda, wpatrując się w Agnieszkę z rosnącym zainteresowaniem.

– Od wody lepszy olej albo smalec.

Dziwa aż klasnęła w uda i przerwała jej głośnym parsknięciem.

– Olej? Z siemienia? – Wybałuszyła oczy. – On kaszę krasi, głód leczy, a nie smutek! Po co marnować omastę?

– Woda żywicy nie ruszy, a tłuszcz tak – odparła spokojnie Agnieszka.

– Ale tłuszcz od razu skwierczy i śmierdzi! – fuknęła Mokosz. – Jeśli ziele dostanie takiego żaru, ogień pożre całą moc. Zostanie tylko czarny swąd. Zmarnujemy olej i zioło.

– Podgrzejcie tylko tyle, by nie skwierczał. Zakryjcie i postawcie przy palenisku.

Mokosz przestała ucierać. Jagoda spojrzała na dziewczęta, a potem z powrotem na Agnieszkę. Na jej twarzy wyrosła pełna powaga.

– Dobrze, Dziewanno. Spróbujemy twojego sposobu.

– Trzymajcie garnek dwa dni przy ognisku, a potem odstawcie w chłód. Moc zyska po pół miesiącu.

– Dość już tego gadania. – Jagoda wstała. – Noc zapada chyżo. Odprowadzicie Dziewannę. Ale nie steczką nad ruczajem, bo przed nocą do sioła nie wróci. Pokażcie jej przejście przez jar, będzie w chacie, nim mrok zapadnie.

Córki zerwały się podekscytowane.

– Matka prawi, że z chłopami ino kłopot i do sioła zabrania bez potrzeby zachodzić – zaczęła Dziwa.

– Że całe to miłowanie to najgorsza choroba… – dodała Rusała.

– Można powiedzieć, że tak – odparła Agnieszka z udawaną powagą. – Czasem serce wali jak oszalałe, a czasem na chwilę zamiera. Zwłaszcza gdy on stoi blisko.

– Gorączka! – szepnęła Dziwa, pstrykając palcami. Podskoczyła i dotknęła czoła Agnieszki wierzchem dłoni. – Jesteś ciepła!

– O tak – przytaknęła, mrugając powoli. – Wystarczy, że mnie dotknie, a od razu cała płonę.

– Stosujesz napar z głogu na serce? Okłady z łopianu na zbicie gorączki? – zapytała Mokosz.

– Odkryłam lepsze lekarstwo. – Uśmiechnęła się krótko, jakby ważyła odpowiedź.

– Jakie?! – zapytały chórem, otaczając ją ciasnym kręgiem.

– Bliskość – wyszeptała konspiracyjnie. – Trzeba trzymać się blisko niego.

– Lekarstwem jest choroba? – zamyśliła się Dziwa, drapiąc palcem w brodę.

– I co…? Będziesz chora do końca życia? – dopytała Mokosz.

– Oby – odpowiedziała cicho. – Kiedy dwoje ludzi zarazi się nią od siebie nawzajem. Wtedy ta choroba nie osłabia. Daje im siłę, którą nawet bogowie muszą uszanować.

– Słuchajcie! Co ja wam będę tyle opowiadać? Przyjdźcie do nas kiedyś.

– My nie możemy. Czasami wychodzimy komuś lekarstwo zanieść. Ale szybko musimy wracać by nie gniewać matki.

– Odwiedź nas znowu, Dziewanno – poprosiła cicho Rusała.

Wracała, nucąc cicho pod nosem szumi, szumi woda i młoda szumi krew. Podskakiwała na kępach traw. Nagle zamarła. Na środku wsi tłoczyły się kobiety, ich podniesione głosy niosły się w wieczornym powietrzu. Jeszcze nie rozumiała słów.

Dobra stała skulona, otoczona przez kobiety. Wokół zbierali się inni.

– Co robisz, babo?! – krzyczała Ludola. – Jakie uroki ciskasz!

Dobra skuliła się jeszcze bardziej.

– Ale… jej się polepszyło…

– Polepszyło?! – drwiła Ludola. – Czekaj, aż wyrosną jej kły! Czekaj, aż w nocy zacznie twoją krew spijać!

– Obca nie leczy! Rzuca uroki!

Ludola zrobiła krok do przodu, inne zacieśniły krąg.

– Znajda sprowadza plugastwo na sioło! – kontynuowała, coraz głośniej. – Idź do świętego gaju błagać bogów o przebaczenie!

– Wypędzić je! Zanim mała w strzygę się przemieni! – wrzasnęła kolejna.

Roztrzęsiona Dobra osunęła się na kolana.

– Ratunku dla niej szukałam. Nikt nadziei nie dał, tylko ona.

– Strzygę pod strzechą hodujesz – krzyczał tłum.

– Jak ona komu krzywdę ma zrobić kiej ona ledwo chodzi. – płakała Dobra. – Przestanę! Bogów uproszę o przebaczenie.

Agnieszka rozepchnęła tłum, łokciem odpychając Ludolę, chwyciła Dobrą pod pachy, podrywając ją z piachu. Mężczyźni cofnęli się, zaskoczeni jej agresywną reakcją. Otoczyła ramieniem i wyprowadziła z potrzasku. Prowadziła roztrzęsioną do chaty. Słyszała za sobą szepty: wiedźma, uroczna baba, szkodnica, jędza, guślica. Słyszała splunięcia.

– Ja… ja muszę przestać – wyszeptała drżącym głosem. – Ukorzę się przed nimi. Nie mogę inaczej. Wygnają nas… albo co gorsza…

– Słyszałam – przerwała jej. – Musisz chronić swoją rodzinę. Rozumiem to.

Dobra spojrzała z wdzięcznością, ale i z rozpaczą. – Ale co z nią? Ona zaczęła wracać…

Agnieszka przysunęła się bliżej. Zniżyła glos do szeptu, chłodnego i precyzyjnego.

– Zużyj tę krew, którą już masz, a każdą kolejną bitą kurę wykrwaw w obejściu na ich oczach. Pokaż im, że to zwykłe gospodarstwo, że nic się nie kryje. Niech strach sam z nich zejdzie.

Wbiła spojrzenie w Dobrą z niezwykłą intensywnością.

– Ale pamiętaj, co mówiłam. A wątroby i serca nie wyrzucaj. Ugotuj je i podaj Milusi. Nikt nie musi wiedzieć, co ona je.

– To nie są czary. To lekarstwo. Najlepsze, jakie możesz jej dać. Zrób to dla swojej córki, a da ci jeszcze wiele radości w życiu.

Koniec

Komentarze

Wilgoć rzeki i zimne kamyki pod stopami wyrwały ich ze snu.

 

Intencja jest zrozumiała, ale oni nie lunatykują, tylko muszą się rozbudzić – czyli “sprawiły, że na dobre się rozbudzili”

 

Agnieszka przykucnęła, zasłaniając usta dłonią

Jeśli intencją było pokazanie, że Agnieszka przykucnęła, (jednocześnie) zasłaniając usta dłonią – imiesłów jest na miejscu.

 

głos jej się załamał, a oczy wypełniły się łzami.

a do oczu nabiegły łzy – unikamy drugiego “się”

Przełykali mdłą brukiew, wpatrując się w misy, wciąż widząc zmarnowanego leszcza.

Warrior GIFs | Tenor

Nadchodzą imiesłowy!

 

W drugim członie jest dobrze, ale imiesłów w ostatnim członie źle brzmi w zestawieniu z wcześniejszym. Można np: lecz w myślach wciąż widzieli zmarnowanego leszcza

 

– To prawda… – przyznał cieśla, drapiąc się po głowie.

Czyli mówił i jednocześnie się drapał?

 

Agnieszka uśmiechnęła się szeroko z ulgą.

To podwójne określenie nie brzmi dobrze

 

Mówią, że rzuca uroki na każdego, kto mąci jej spokój.

Jeśli na końcu da się szyk “kto jej mąci spokój” można uzyskać bardziej “swojskie” brzmienie

 

Dziewczynka zaśmiała się.

Z kolei tutaj warto przestawić “się” przed czasownik – obecnie składnia jest trochę “wschodnia”, choć nadal poprawna – ale przecież warto dbać o styl :)

 

Zatrzymała się, kręcąc głową na boki.

Brzmi jakby owo kręcenie było hamulcem ;)

 

Zrobiła się mała i zagubiona w świecie

Raczej poczuła się mała i zagubiona.

 

Jeszcze wrócę!

 

 

 

 

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Cześć!

Dokładnie tu widać zderzenie poglądów na medycynę.:)

Jednak z tekstu wynika, że to uzdrowienie działo się z dnia na dzień. Trochę nierealistyczne jest takie szybkie uzdrowienie anemii. Jak rozumiem wszelką magię tu wyłączamy :)

Nawet dziś, kiedy są preparaty żelaza w kroplówce wprost do krwi trzeba kilka dni, żeby aż tak osłabiona pacjentka znacznie lepiej się poczuła. Hemoglobina w morfologii wzrośnie dopiero po 7-10 dniach. Organizm potrzebuje czasu, żeby wyprodukować nowe krwinki. Bez magii tego się nie ominie.

Wersja bliższa temu, co robi Agnieszka, czyli doustne suplementy z apteki potrzebują ok. miesiąca, żeby poprawić wyniki morfologii i potem dopiero mógłby być ten delikatny rumieniec.

Żeby mogła z pomocą matki przejść kilka kroków i siedzieć na progu musi mieć pewien poziom napięcia mięśni, organizm musi przyswoić tę krew, “poczuć” żelazo i wyłączyć “tryb awaryjny” – ok. 4-5 dni.

Rozumiem, że w fabule potrzebujesz jednak, żeby “coś” się zdarzyło w ciągu doby. Bardziej realistyczne byłoby coś takiego: “Podniosła głowę powoli, wciąż słaba, ale w oczach nie miała już tamtego pustego spojrzenia bliskiej śmierci”.

Nie jestem lekarzem – to research z internetu robiony przy innej okazji, więc nie jest poradą lekarską ;)

Pozdrawiam!

Grzesiek_W

masz rację. ja również zrobiłem resercz i wyszło z niego, że szybka uderzeniowa dawka żelaza z krwi i wątroby potrafi zdziałać szybko cuda, zwłaszcza u dzieci. opisałem drobne zmiany kolorów i wzrost witalności, ale by wykluczyć uwagi o czary i narracjonizm dodałem do opisu, że dziewczynka jeszcze szybko się męczy.

 

dzieki.

Raczej poczuła się mała i zagubiona.

Podobno to niezalecane tell i powinno sie zastępować przez show.

Nadchodzą imiesłowy!

ciągle używam ich na czuja…

 

Jeszcze wrócę!

poza uwagami technicznymi liczę również na ocenę historii.

dzięki

Nowa Fantastyka