Syreni żer
Morze Mittyllydzkie, czerwiec 846 roku po założeniu Mittyllopolis
Istniał tylko rytm bębnów.
– Wiosłuj!
Uderzenie bębna. Mięśnie napinały się.
– Wiosłuj!
Uderzenie bębna. Mięśnie rozluźniały się.
– Wiosłuj!
Serce biło rytmem bębnów.
Mięśnie paliły żywym ogniem. To nie miało znaczenia. On był bez znaczenia. Na ławach galery nie było już ludzi.
– Wiosłuj!
Był tylko statek. była tylko ława. Usłyszał długi gwizd. Dobiegał z wyższego poziomu.
– Wiosła stop!
Nie było uderzeń. Był oddech.
Mokre drewno pachniało zgnilizną. Solą. Wodorostami. Głowa opadła na trzon wiosła. Była tylko ława i taka sama skorupa jak on, obok. Wycieńczone ciało. Twarz bez wyrazu. I łańcuch – ciężki metal wrósł w skórę. Sól piekła.
Bębniarz zmienił rytm, bił szybko prawą ręką.
– Prawą stroną! Dziesięć stopni! Na bakburcie! – krzyczał ktoś komendę.
– To nic… – szeptało widmo. – Ciało płonie bardziej. Ciało krzyczy. One też krzyczały, one też płonęły…
Krill już nie słuchał. Nauczył się ignorować podszepty. Wystarczyło czymś zająć myśli.
Statek to ciało.
Wiosła to kości.
On jest tylko mięśniem.
Prawe rzędy zanurzyły wiosła. Skorupa obok niego już nie wydawała żadnego dźwięku. Poczuł świst przecinający skórę.
– Dalej!
I jeszcze jeden świst. Skorupa obok nie ruszyła się.
– A niech go. Za burtę z nim jak dopłyniemy! – krzyknął głos. Głos nadzorcy. Głos statku.
Bębniarz zwolnił rytm, znów prawa i lewa ręka miarowo uderzały w poszycie bębna.
Lewa strona poruszyła się ponownie.
– To nic nie da – szeptało widmo – Nie mogę odejść.
Istniał tylko rytm bębnów. To puls. Bat przeciął powietrze. Plecy przed nim zaczerwieniły się. Twarz Krilla była mokra od kropel krwi. Nie czuł żelaza, tylko sól i morze. Nie ma już krwi. Jest tylko sól. I rytm.
Nadzorca szedł między rzędami.
Wiosło zrobiło się cięższe, bo skorupa obok blokowała ruch. Bębny ustały.
– Cała stop!
Bezwładny korpus leżał teraz na nim. Jeden już wolny od żelaznych kajdan. Od bólu. Aides go osądzi.
– Ty! – Nadzorca stanął nad nim. Pasiaste spodnie. Szara koszula zżółknięta od potu. Krótki, potrójnie pleciony bat zakończony metalową kulą. Podniósł brodę Krilla, bo ciało nie chciało wykonać ruchu. – Gdy dobijemy, zabierzesz zwłoki. Wyrzucisz je za burtę.
Głowa Krilla opadła.
Mięsień przestał pracować.
Statek potrzebował następnego.
Między rzędami pojawił się marynarz z wodą. Nie była świeża, miała posmak goryczy i rozkładu. Może przesiąkła wonią piekła galerników. Inni nieszczęsnicy ożywiali się tylko, gdy słyszeli dźwięk chlustającej wody z beczki.
Nosiwoda nie dbał, czy ją wypiją, czy nie. Tylko od jego dobrego lub złego humoru zależało, ile jej nalał. Jeśli rozlał choć kroplę, przykuci do ław pili z kałuż zmieszanych z brudem podłogi. O ile zesztywniałe ciała jeszcze potrafiły się wygiąć.
*
Szum wody i płytkie oddechy z innych ław były jedynymi dźwiękami, jakie słyszał, aż ocuciło go skrzypienie desek nad nim. Tygodnie, może nawet miesiące minęły, odkąd widział słońce. Ktoś przeszedł ciężkim krokiem, po poziomie ładowni.
Nadzorca stał w oddali, obok dwóch marynarzy uzbrojonych w kordy. Jeden z niewolników rozkuł mu kajdany na nogach.
Krill zachwiał się. Bat na plecach natychmiast go wyprostował. Jęknął. Zarzucił zwłoki na ramię. Ugiął kolana pod ciężarem. Bicz świsnął tuż przed nim.
– Do roboty – nakazał nadzorca.
Każdy krok sprawiał trudność. Przykurczone plecy paliły żywym ogniem. Coraz bardziej zazdrościł temu, którego niósł.
Przynajmniej zobaczy inny świat, choćby na ułamek sekundy, zanim sam trafi przed oblicze Trójcy. Bose i brudne stopy szurały mozolnie do przodu. Wyrzucenie zwłok oznaczało wyjście na najwyższy pokład i przejście przez ładownię, pełną żywego towaru i kontrabandy.
Poczuł zaduch, opary rumu, soli morskiej i soku z kiszonej kapusty. Beczki, skrzynie, ręce trzymające się klatek. Wioślarze nie mówili. Niewolnicy uwięzieni w klatkach szeptali, ale na widok Krilla wynoszącego martwe ciało ucichli. Za chwilę ktoś z nich zajmie puste miejsce przy wiośle.
Zajęty zachowaniem sił na targanie martwego, nie zajmował umysłu dalszymi obserwacjami. Nadzorca znów zamachnął się biczem. Załoga ryknęła śmiechem.
Widmo drwiło – podtrzymywało niesione zwłoki zarzucone na ramię. Ale nie miało to wpływu na ciężar, który Krill musiał nieść. Narzucił sobie myśli
Jest tylko rytm kroków, jeden po drugim. Jeden za drugim…
Nie ma śmiechu, nie ma nic.
Jest tylko marsz trupa i drugiego trupa.
Stanął przed wejściem na górny pokład. Odwrócił się i chwycił trupa pod ramiona. Stopień po stopniu wciągał wychudzony worek mięśni.
Bicz śmigał tuż przed jego nosem. Nadzorca miał dziś dobry humor, a załoga ubaw. Dwóch uzbrojonych marynarzy czujnie go obserwowało.
*
Nie wierzył już innym zmysłom. Wierzył w ból. A teraz nadzieja wróciła jak choroba. Zapomniał, jak wyglądają gwiazdy. Powietrze pachniało morzem. Pokład – zbutwiałym drewnem. Uderzył go brak znajomego fetoru fekaliów i brudnych ciał.
Widział pochodnie rozpalone na górnym pokładzie. Kręciło się wielu ludzi, jak na nocną wachtę, bo oprócz towarów i niewolników przewozili kogoś. Przy kajucie kapitańskiej stało dwóch najemników. Ciężkozbrojnych.
Podtrzymywał truchło pod ramieniem, szedł krok za krokiem do burty. Na górze jeden z marynarzy miał przygotowaną kuszę. Napinał ją niespiesznie, nie odrywając wzroku od wychodzących z ładowni.
Widmo przybrało jego obecną formę. Zarośniętego, zgarbionego. Trupa. Siedziało na belce i przeskoczyło na drugą stronę jakby nigdy nic. Wystarczy jeden krok…
Krill popatrzył na marynarza z kuszą. Ten na niego. Poprawił chwyt na gotowej już do wystrzału broni. Nie on pierwszy, nie on ostatni.
Spojrzał znów na widmo uczepione jedną ręką liny. Wychylało się nad wodę.
– Nie – powiedział Krill. – Nie.
– Co tam mamroczesz? – odezwał się nadzorca, który stanął za nim. – Wyrzucisz ciało jak ci kazałem. Pokład jest dla ludzi. Twoje miejsce jest na dole!
Krill zrobił co nakazano. Wrzucił ciało do wody. Woda chlapnęła, gdy ciało uderzyło o taflę. Nie zatonie od razu. Jeszcze przez chwilę będzie płynął obok galery.
– Co to było? – rozległo się pytanie zadane delikatnym głosem. Zupełnie nie pasującym do miejsca.
– To galernik. Martwy i zbędny na statku. Nic dla twoich oczu. Wracaj do kajuty, moja droga – odpowiedział jej ubrany w togę mężczyzna.
– Duszno mi i kręci mi się w głowie. Mogę na chwilę postać tu? Jest mi wtedy lepiej.
– Tylko na chwilę… – odpowiedział dziewczynie.
Potem odwrócił się do najemników.
– Nie spuszczać jej z oka.
Kiwnęli głowami.
Statkiem bujało miarowo. Pasażer złapał się drzwi i pobladł. Schował się do środka.
Dziewczyna, ubrana podobnie w togę i sandały, stała na środku pokładu z twarzą zwróconą ku morzu.
Gdy Krill schodził pod pokład, odwróciła głowę.
Patrzyła na niego tak, jakby pierwszy raz zobaczyła człowieka wśród galerników.
*
Marynarz zatrzasnął kajdany na jego nogach.
Mięsień był na swoim miejscu. Dłonie wróciły na wiosło.
Nie minęła jeszcze noc, a rozległ się róg alarmowy. Załoga na górze krzyczała. Deski krzyczały. Nadzorca zsunął się po poręczy, w samej tylko koszuli i przepasce na biodra. Chwilę później zdyszany bębniarz wbiegł za nim. Potknął się i bęben uderzył o podłogę.
Galernicy poderwali się niemal jednocześnie.
– No dalej, śmiecie ludzkie, do wioseł! Komu zdechnąć niespieszno!
Strzelił batem nad ich głowami. Wybijacz rytmu zajął pozycję, ułożył prawidłowo instrument.
– Kto to? – dygotał.
– Piraci z Kel Agash!
Pobladł.
– Mieliśmy pakt…
– Nie na handel płyną!
Bat smagnął kilka pleców na raz.
– Wiosłujcie, ścierwa!
Istniał tylko rytm bębnów.
Serce biło w ich rytm.
Teraz serce nie nadążało.
*
Dwa sygnały, za chwilę już trzy.
Wstrząsnęło całym statkiem. Morze wdarło się do środka. Za chwilę krzyki i brzęk metalu bijącego o metal. Wybijający rytm przewrócił się. Przy pasie przypięty rzemykiem, zadźwięczał pęk kluczy Instynkt nie umiera, zawsze działa. Martwe i puste oczy wioślarzy nie odzyskały rozumu. Tylko iskry zapłonęły i to wystarczyło. Najbliższy bębniarza galernik złapał za pasek, ale łańcuchy były krótkie. Zabrakło dosłownie pół paznokcia. Bębniarz wstał i otrząsnął się. Nogi uginały się pod nim.
Nadzorca zamachnął się biczem i przewrócił jednego z piratów. Pierwszy z napastników, który przedarł się na najniższy poziom, spadł po schodach. Oberwał metalowym ciężkim końcem bicza. Rozłupana czaszka wbiła się w schody, a martwe palce wypuściły kord.
– Rusz się bambaryło jedna! – zawołał do bębniarza – Bo rybom i krabom będziesz rytm żeru wybijał!
Bębniarz chciał biec, ale znowu zatrzęsło statkiem. Tym razem przewrócił się między ławami. Galernicy nie puścili go, trzymali za pas, spodnie. Szarpał się i wyskoczył spomiędzy ław z gołymi pośladkami. Nadzorca galerników podniósł kord, ruszył na górę. Z całą pewnością nie zamierzał poddać się bez walki.
Klucze trafiły we właściwy zamek.
Galernik idzie na dno ze statkiem, ale wolny galernik, może odejść po swojemu.
Przez dziury dostawało się coraz więcej wody, sięgała już kostek. Ławy przed Krillem były już wolne. Zesztywniałe palce ledwo złapały klucz, omal nie zniknął pod wodą. Drżącymi palcami wybrał klucz.
Nie pasował.
Następny.
Trzask.
Kościste i brudne palce chwyciły go za nadgarstek. Pozwoli zabrać sobie klucze. Wokół była ciemność, szum wdzierającej się słonej wody. I wzbierające oddechy ludzi, w których obudził dawno uśpiony instynkt przetrwania. Na górze stal uderzała o stal.
I znowu widmo przybrało jego postać. Szło spokojnie po schodach na górę.
Ktoś go szturchnął, ktoś inny go pchnął. Strach nakazał dwudziestu wycieńczonym skazańcom biec w górę. Pobiegł za resztą. Nie biegł pierwszy. To uratowało go przed dźgnięciem nożem lub kordem. Napastnicy wdzierali się na pokład.
Krill przesunął się wzdłuż ścian, chował za skrzyniami.
Dwóch marynarzy utorowało mu drogę, kiedy przeszli w śmiertelne zapasy i chwycili się za gardła. Nie zwrócili na niego uwagi.
Tuż za nim inny galernik krzyczał desperacko i pobiegł prosto na schody. Galernik spojrzał w górę. Nóż trafił go między oczy. Jeszcze inny rzucił się przez bulaj prosto do wody. Niemal udało mu się, ale zaklinował się i po chwili nogi przestały wierzgać i opadły bezsilnie.
Reszta galerników, podobnie jak Krill, szukała schronienia i drogi ucieczki na powierzchnię – na górny pokład jak najdalej od łańcuchów.
Krill chwycił bosak i kawał sieci. Drewno było lekkie, niemal przyjemne w dotyku. Jeden z marynarzy zobaczył go i rzucił na niego. Chciał użyć bosaka, ale ten zaklinował się hakiem w belkach. Użył sieci, rzucając na oślep. Spowolnił napastnika. Tylko na chwilę. Szarpnął drzewcem siłą wynikającą wyłącznie z desperacji. Hak wyrwał się z desek i przebił bok napastnika.
Abordażysty.
Członka załogi.
To już nie miało dla Krilla znaczenia.
Łapał oddech łapczywie, krótko, zbierało mu się na wymioty. Nie pił i nie jadł porządnie od tygodni.
Niósł go wir walki.
Jak szczur wypatrywał drogi ucieczki.
Jedyna prowadziła na górę.
Po schodach na górny pokład dwóch walczących członków załogi cofało się pod naporem czterech korsarzy.
Ktoś podniósł ławę. Inni chwycili ją odruchowo. Wbiegli nią w tłum walczących.
I znów zobaczył widmo oparte spokojnie o ścianę, pokazywało mu palcem kierunek schodów.
Nagle schody rozbłysły pomarańczowym światłem.
Coś płonęło na górze.
Ruszył i potknął się.
To zwłoki bębniarza – leżały wypiętymi pośladkami do góry, a spod brzucha wylewały mu się jelita.
Statek przechylił się jeszcze mocniej niż przy pierwszym zderzeniu. Ładunek, beczki, skrzynie i ludzie osunęli się po deskach.
Truchło wybijającego rytm pojechało wraz z nimi pod same schody.
Krill nie myślał wcale.
Po trupie na górę.
Aby dalej od łańcuchów na dole.
*
Na górnym pokładzie nie było już miejsca wolnego od walki. Krill usłyszał znajomy świst nad głową. Nadzorca wciąż stał na nogach. Koszula dawno przestała być szara. Nasiąkła krwią i miała kolor ciemnego brązu. Potrójnie pleciony bicz tańczył wokół niego jak żywe stworzenie. Raz po raz smagał piratów, zmuszając ich do cofnięcia się o krok.
Z góry, po linach abordażowych, schodziła kolejna fala napastników. Niektórzy trzymali noże lub kordy w zębach, inni zjeżdżali jedną ręką, już szukając stopami pokładu.
Nad nimi świstały bełty kusz.
Przy drzwiach kajuty kapitańskiej dwóch najemników wciąż utrzymywało pozycję. Byli poranieni, jeden chwiał się na nogach, ale nadal bronili dostępu do wejścia.
Ogień pełzł po olinowaniu, jak żywe stworzenie zmierzał do głównego masztu. Zajęło się płótno żagla. Pomarańczowy blask rozdarł noc.
Krill rozglądał się za kryjówką, ale na próżno.
Z kurczowo zaciśniętymi palcami na drzewcu bosaka przemknął ku burcie. Dostrzegł nietkniętą beczkę przy tylnej ścianie kajuty. Była spięta grubą liną.
To była jego szansa.
Do beczki.
Trzymać się beczki.
Beczki nie toną.
Aby dalej od łańcuchów.
Odwrócił bosak i użył szpikulca jak noża. Ostrożnie, szarpiąc jak najmniej, zaczął przecinać linę.
Wtedy ktoś wylądował za nim. Szybko, sprawnie kolejny pirat z długim nożem gotowym do śmiertelnego pchnięcia.
Najemnicy polegli, korsarze wdarli się do kajuty.
W chaosie i pożodze Krill usłyszał przenikliwy pisk. Okno kajuty otworzyło się z hukiem. W tym samym momencie coś uderzyło pirata. Zachwiał się i runął na deski. Broń wypadła mu z dłoni.
Instynkt był szybszy od myśli.
Krill chwycił nóż i uderzył. Ostrze weszło w kark. Pirat wierzgał jeszcze na deskach, ale Krill już na niego nie patrzył. Przez otwarte okno dziewczyna równie desperacko jak on szukała ratunku. Kurczowo chwytała framugę, linę, wszystko, czego mogły dosięgnąć jej dłonie.
Byle dalej od napastników. Zapiszczała mocniej, kiedy ktoś wpychał ją do środka. Spojrzała na niego zapłakanymi oczami. Za jej plecami ktoś szarpał ją i wciągał do środka. Ogień coraz bardziej rozświetlał pomarańczowym blaskiem mrok.
– Nie!
Czemu krzyczał, sam nie wiedział.
Bosak przeleciał tuż nad głową dziewczynki i uderzył w kogoś ukrytego w mroku.
Chwyt zelżał. Dziewczyna wyrwała się z uścisku. Po chwili wisiała już na zewnętrznej stronie kadłuba, uczepiona framugi.
Krill odciął linę trzymającą beczkę. Przechył pokładu sprawił, że beczka już turlała się do burty, a rozpędzona przetoczyła się przez barierkę i runęła w ciemność z pluskiem, rzucił się za nią.
Pociągnął ją za sobą.
Skoczyli.
Sól i zimno uderzyły w pierś niczym młot. Woda zamknęła się nad ich głowami.
Zniknęły krzyki, ogień i światło.
*
Szum i woda.
Chłód.
Czy jeszcze żył?
Czy tak wygląda śmierć galerników?
– Obudź się!
Głos dochodził jak przez grubą warstwę wody.
Szarpnięcie.
Czyżby rekin dobierał się już do mięsa?
– Proszę! Obudź się!
Kolejne szarpnięcie. Ten sam piskliwy głos. Krill zakaszlał gwałtownie. Słona woda wylała mu się z ust i nosa. Nie pamiętał, jak nie utonął. Nie pamiętał nawet samego skoku.
– Bogowie! Żyjesz!
Głos dziewczyny drżał.
– Płynął do nas…
Krill otworzył oczy. Pierwsze, co zobaczył, to beczkę. Drugie – przerażenie na twarzy nieznajomej. Dopiero potem odwrócił głowę i spojrzał tam, dokąd wskazywała. Jej intuicja słusznie podpowiadała, że jest się czego bać.
Łódź nie była duża. Dwóch ludzi siedziało przy wiosłach. Dwóch następnych stało na dziobie. Rozglądali się po wodzie. Bosakami przyciągali dryfujące przedmioty. Czasem wbijali je w fale.
Hieny morskie. Dobijali tonących i rabowali wszystko, co wypłynęło na powierzchnię. Nadzieja była luksusem, na który od dawna nie mógł sobie pozwolić.
Westchnął gorzko.
– Nie uciekłem daleko…
Wypatrzyli ich.
Jeden z ludzi wyprostował się nagle i wskazał ich bosakiem. Wioślarze pochylili się nad ławami. Wiosła szybciej rozcięły czarną taflę morza. Łódź ruszyła prosto ku nim.
– Schowaj się pod beczką – wypluł wodę.
– Pomogą nam?
– Nie licz na to. Szybko! Może jeszcze cię nie dostrzegli. Nie wychylaj się.
Zanurkowała bez słowa. Łódź była coraz bliżej.
– Nie każ dziewczynie nurkować. Jeszcze się utopi – odezwało się widmo.
Krill je zignorował.
Młoda kobieta wsunęła się za jego plecy. Jedną ręką trzymała linę przy beczce. Drugą uczepiła się jego ramienia.
Czuł, jak jej drobne ciało wypycha go ku powierzchni.
– Skoro taki koniec sobie wybrałeś…
Widmo zanurkowało pod wodę i zniknęło. Jeden z ludzi na łodzi wysunął bosak przed siebie. Mierzył nim w Krilla, jak rybak w wielką rybę.
– Ten jeszcze dycha!
– Nie wygląda na marynarza…
– Galernik. Na pewno galernik – odkrzyknął jeden z wioślarzy.
– Widziałem jeszcze kogoś!
– Dobij go i płyńmy szukać frachtu z wraku. Ostatnie, czego potrzebuję, to wystawiać się syrenom.
– Cicho. Kto dziś widział syrenę?
– Nie igraj z morzem. Tutaj prawa ustanowili starzy bogowie.
Krill przestał czuć ciało dziewczynki za plecami.
Może już tonęła.
Wolał wierzyć, że zanurkowała głębiej.
Człowiek na łodzi wyprostował się. Uniósł bosak wysoko. Przygotował się do śmiertelnego pchnięcia. I wtedy obok Krilla wynurzył się czubek długich, jasnych włosów. Chuda dłoń zacisnęła się na jego gardle.
– On jest nasz! Łapy precz! – powiedziała syczącym głosem.
– Wiedziałem! Mówiłem wam!
– Cicho, przecież nie ma ogona i jest sama! Sprytna dziewka… Dobrze waszą dwójkę rozpoznałem. Widzieliście dużo… Za dużo. – Wymierzył bosak w dziewczynkę.
I coś uderzyło w łódź od spodu. Raz. Potem drugi. Woda wokół kadłuba zaczęła bulgotać. Człowiek z bosakiem zachwiał się.
– Co do…
Nie dokończył. Kilka łuskowatych ramion wynurzyło się jednocześnie z ciemności morskiej toni. Chwyciły go za nogi. Zniknął pod powierzchnią tak szybko, jakby morze samo go połknęło.
– Morskie demony! Mów… – nie skończył stary wioślarz, bo właśnie syreny wciągnęły go z wiosłem pod wodę. Drugi trzymający bosak panicznie, dziurawił wodę na lewo i prawo. Wielki ogon w końcu wytrącił mu bosak. Natychmiast pochwyciły go łuskowate ręce i wciągnęły pod wodę.
Ostatni zaczął w panice szarpać dwa wiosła, bo został już tylko on. Piana morska momentalnie zrobiła się różowa i zaraz potem czerwona.
Krill odwrócił głowę do wynurzonej obok istoty – przypominała dziewczynkę. Tylko przypominała.
Dłoń pokrywały łuski. Paznokcie były długie i ostre. Oczy nie miały białek. Były całkowicie czarne. A kiedy się uśmiechnęła, zobaczył rzędy cienkich, szpiczastych kłów.
– Uratowałeś mnie. Siostry przypłynęły pomóc. I najeść się.
Krill zaśmiał się ochryple.
– Takie moje parszywe szczęście. Nie utonę w łańcuchach. Nie pożrą mnie rekiny, tylko syreny…
Istota przechyliła głowę.
– Nie. Ty dostaniesz szansę. Dzięki tobie ja dostałam swoją. Mogłam wrócić do sióstr.
Kadłub przechylił się gwałtownie. Rozległ się krzyk. Potem drugi. Łódź przewróciła się do góry dnem. Ostatnia morska hiena podzieliła los swoich towarzyszy.
Krill patrzył bez słowa.
Morze uspokoiło się równie szybko, jak wybuchło.
– Do brzegu mam daleko…
Zaśmiał się znowu. Coraz trudniej było mu odróżnić rzeczywistość od obłędu. Może to kolejna sztuczka widma? Może już tonął. Może wszystko było snem umierającego galernika.
– Zaczekaj. – Zanurzyła się. Nie usłyszał głosu. Poczuł go. Jakby ktoś wypowiedział słowa wprost w jego głowie.
Woda znowu zabulgotała. Łódź została jeszcze raz wywrócona i unosiła się na powierzchni. Łuskowe ręce wyłowiły też wiosła.
– Płyń. Miej słońce po lewej stronie. Wkrótce zobaczysz ląd.
Nie zdążył otworzyć ust. I jeszcze raz bezpośrednio w jego umyśle usłyszał…
– Żegnaj.
To były ostatnie słowa, jakie usłyszał.
Syrena zniknęła pod powierzchnią. Morze znów było tylko morzem.
Krill został sam.
Sam z beczką, z wiosłami, z życiem, którego nie powinien już mieć.
Wciągnął beczkę pod siebie. Chwycił za wiosła. Drewno było ciężkie, ale nie tak ciężkie jak galernicze.
Spojrzał na słońce.
Potem zaczął wiosłować.
– Wiosłuj.
Nie było bębnów.
– Wiosłuj.
Nie było bata.
– Wiosłuj.
Nie było nadzorcy.
Tym razem rytm był jego własny.