Zapraszam do zapoznania się z historią, która wydarzy się za kilkadziesiąt lat. Może jej przebieg będzie trochę inny, lecz nie podważa to mojej pewności, że Europa będzie ważna dla ludzi.
Zapraszam do zapoznania się z historią, która wydarzy się za kilkadziesiąt lat. Może jej przebieg będzie trochę inny, lecz nie podważa to mojej pewności, że Europa będzie ważna dla ludzi.
– To ruszamy! – refleksyjnie stwierdził zazwyczaj milczący kapitan Andy Borow.
Razem z Bliźniakiem AB12, przygotowywali się do lotu Transporterem EU172, startującego w kierunku Europy z bazy STUS (Stacja Transportowa Układu Słonecznego). Znajdowała się ona na północnym biegunie Księżyca Ziemi. Obsługiwała loty w ramach Układu Słonecznego. Najdalsze z nich sięgały księżyców Jowisza, a w przeciwnym kierunku planety Merkury. Od niedawna wznowiono też loty na Wenus. Niestety po wielkiej marsjańskiej katastrofie nic nie było już takie samo.
Andy był w nienajlepszej kondycji psychicznej. Armagedon, który miał miejsce na Marsie pozbawił go prawie wszystkich przyjaciół. A miało być zupełnie inaczej. Na Marsie powstawało coś wielkiego.
Ziemię w coraz mniejszym stopniu można było określić jako dobre miejsce dla rozwoju ludzkości. Z tego powodu życie na macierzystej planecie zamierało. Zasiedlenie Marsa jawiło się jako sposób na przezwyciężenie kryzysu naszej cywilizacji. Lecz tak się nie stało. A przynajmniej w tym stuleciu. Andy odczuwał to jako osobistą klęskę.
Dlatego przez pewien czas mogło się wydawać, że ten silny i waleczny człowiek nie jest już tym kim był jeszcze nie tak dawno. Stracił cel w życiu. Gdyby nie najbliższa mu istota może nigdy by się nie podniósł. Ludzie pozbawieni szerokiej wiedzy, mogli tego nie zrozumieć. Bil, bo o nim mowa, był humanoidem. Lecz niewiele miał wspólnego ze zwykłym Bliźniakiem użytkowym. Należał do ekskluzywnej, coraz rzadszej kasty urządzeń wykorzystujących autonomiczną sztuczną inteligencję.
Pozornie podobne do Bila humanoidy serii bliźniaczej XY od dawna były w powszechnym użyciu. Prawie każdy człowiek posiadał nawet kilka takich prointeligentnych maszyn. W zależności od potrzeb, wykorzystywano je do różnych prac oraz celów. Począwszy od eksploatacji złóż minerałów na Ziemi lub w innych miejscach Układu Słonecznego, w skrajnie nieprzychylnych warunkach fizyko-chemicznych. Bardzo efektywne okazywały się jako ochrona obiektów lub wsparcie wojska. Jeszcze inne zaprogramowane były do pełnienia funkcji towarzyszących i pielęgnacyjnych, w stosunku do ludzi zaawansowanych wiekowo, a do tego niedołężnych. Natomiast o wiele rzadziej opiekowały się małymi dziećmi. Twierdzono, że mogłoby to mieć zły wpływ na kształtującą się psychikę młodego człowieka. Sposób wykorzystania humanoidów zależał jedynie od zastosowanego oprogramowania oraz tworzywa, z jakiego zostały wykonane.
Lecz zupełnie inaczej miały się sprawy z Bliźniakami serii AB. Różnicę między humanoidami serii XY, a tymi AB, obrazowo można przyrównać do przepaści jaka dzieliłaby człowieka pierwotnego z najwybitniejszym z wybitnych intelektualistów. Do tego były one niezwykle wytrzymałe na wszelkie czynniki zewnętrzne. Natomiast sposób pozyskiwania energii niezbędnej do ich funkcjonowania czynił je praktycznie niezależne.
Paleta zastosowań Bliźniaków AB była wprost nieograniczona. Lecz nawet tak obrazowa prezentacja w dalszym ciągu nie w pełni opisywała istoty będące niedookreśloną formą na pograniczu programowalnych oraz zależnych humanoidów, a jednocześnie w pełni autonomicznych, mechatronicznych organizmów.
Niestety z uwagi na niezwykle wysokie koszty ich wytworzenia, a także wykorzystywane w tym procesie procedury na pograniczu prawa, było ich niewiele. Tym bardziej, że większość z nich na zawsze pozostała unieczynniona na Marsie. Andy swojemu Bliźniakowi nadał imię Bil i traktował go jak autentycznego i równorzędnego partnera. Takie duety tworzono na potrzeby najtrudniejszych misji eksploracyjnych. Pod względem fizycznym słabszym elementem tej pary był człowiek, lecz to on podejmował decyzje. Była to konsekwencja oczywistego faktu, że tylko człowiek potrafi myśleć abstrakcyjnie oraz marzyć. Po prostu ma coś, czego sztuczna inteligencja użytkowa nigdy nie posiądzie. Chodzi o wyobraźnię i autentyczne uczucia.
Niezwykłość takiego zespołu wynikała z faktu, że każdy z nich miał z drugim elementem binarnego tandemu nieustanny kontakt. To ich umysłowe zjednoczenie odbywało się na zasadzie interferencji fal mózgowych Andiego z OS (Ośrodek Istnienia) Bila. Dlatego nie musieli nawet ze sobą rozmawiać. Każdy z nich wiedział co myśli drugi. Taki rodzaj komunikacji między dwoma autonomicznymi osobnikami w wielu aspektach wydawał się niezwykle praktyczny, lecz zarazem nieomal irracjonalny. Trudno znaleźć analogię, aby unaocznić jak w praktyce mógł funkcjonować taki duet.
Dla uściślenia wiążących ich relacji podkreślano, że nadrzędność człowieka nie budziła tu wątpliwości. Gdyby kiedykolwiek nastąpił zanik fal mózgowych OS Bliźniaka ulegało automatycznej dezintegracji. Humanoid przeszedłby w stan unieczynnienia. Odwrotna sytuacja, czyli dezintegracja Bliźniaka, chociaż mało prawdopodobna, nie powodowała konsekwencji dla człowieka. Pozostałby sam.
Głęboka integracja w ramach duetu była fascynująca, lecz przede wszystkim zapewniała nieograniczone możliwości percepcyjno-analityczne.
Bil rejestrował, analizował, przetwarzał dane z bliskiego i dalekiego otoczenia. Odbierał wszelkie sygnały, w tym w trybie pod i nadprzestrzennym, znał wszystkie języki, itd. Uzyskiwane przez Bila informacje w tym samym momencie były znane Andiemu. Jeżeli stopień złożoności lub inne względy mogły przysporzyć Andiemu trudność w ich percepcji, Bil w trybie just in time, przekładał wszystko na zrozumiałe treści.
Decydentem zawsze i w każdej sprawie był człowiek. Jedynie w sytuacji nagłego i drastycznego zagrożenia, Bil mógł reagować samoistnie, bez konieczności uzyskiwania werbalnej akceptacji. Wynikało to z zasady, że wszelkie działania zawsze podporządkowane były ochronie człowieka.
Bliźniak AB mógł przeobrazić się w absolutnie szczelną osłonę, niezniszczalny kombinezon, coś w rodzaju kokonu ochronnego dla Andiego. Niestety na Marsie w wielu przypadkach to nie zadziałało. Gwałtowna kompresja płaszcza planety, która trwała mgnienie zniszczyła prawie wszystko. Przetrwanie tej katastrofy było cudem. Im się udało.
W tej chwili Andy nie myślał już o Marsie. To co tam się wydarzyło nie zaprzątało jego umysłu. Całą swoją wewnętrzną energię ukierunkował na nowe przedsięwzięcie. Jeżeli Bil odczuwałby ludzkie uczucia, to byłby zadowolony, że jego partner, a właściwie dowódca, znowu jest sobą.
A sprawa była ważna nie tylko dla nich dwóch. Misja Europa prawdopodobnie była ostatnią nadzieją dla ludzkości, która pospiesznie szukała rozwiązania trudnej sytuacji w jakiej się znalazła. I to w głównej mierze na skutek własnych, wieloletnich nierozsądnych działań.
Gdy obaj znaleźli się w EU172 kapitan Andy Borow uzyskał bezpośrednie połączenie z dowództwem misji.
– Witam kapitanie – z telebimu odezwał się dojrzały mężczyzna o przyjemnym i przenikliwym spojrzeniu.
– Czekamy tu na pana, znaczy na was obu
– Melduję się panie komandorze – krótko, po wojskowemu odpowiedział kapitan.
– Dobrze, że znowu jest pan z nami Andy – ciepło i jakoś tak nieoficjalnie, stwierdził zadowolony komandor Eryk Zass.
– Zawsze byłem.
– Wiem i wszystko rozumiem. Ale zostawmy to co było. Przejdźmy do meritum.
Czas nagli.
– Panie komandorze zamieniam się w słuch.
– Kapitanie mam dobre wiadomości. W końcu udało się nam dotrzeć do ciekłej substancji, znajdującej się pod lądolodem. Chociaż nie wszystko poszło tak jak zakładaliśmy. Ale o szczegółach dowie się pan na miejscu.
– Tego się spodziewałem. A o trudnościach coś już wiem. Bil odebrał skierowane do niego zaszyfrowane komunikaty. Ze szczegółami zapoznam się po przybyciu na miejsce.
– To czekamy – komandor zakończył transmisję.
Andy wiedział od Bila, że do Oceanu Europy dowiercono się w okolicach bieguna północnego. Grubość lądolodu w tym miejscu to około 1,5 tys. metrów, podczas gdy im bliżej równika rosła ona nieomal do 2,5 tys. metrów. Okazało się, że nie była to jedyna i główna przeszkoda. W trakcie prac związanych z drążeniem lądolodu, przekonano się, że sforsowanie skorupy to niesłychanie trudne przedsięwzięcie. Wszystko za sprawą nieznanego, niewytłumaczalnego zjawiska.
Otóż, gdy szyb osiągał głębokość około tysiąca metrów, nagle na odcinku kilkuset metrów następowało jego zaciśnięcie i regeneracja. Wielokrotnie ponawiane próby nie dawały oczekiwanego efektu. Zawsze kończyły się podobnie. Drążenie szybu powiodło się jedynie w rejonie bieguna północnego. Tam regeneracja lądolodu była znacznie ograniczona, a nawet niedostrzegalna. Nie podjęto próby sforsowania lądolodu w okolicach bieguna południowego. W nieodległej przeszłości doszło tam do zderzenia z niewielką asteroidą. Chociaż nie było całkiem pewne, co dokładnie zaszło. Lecz na skutek tego zdarzenia ogromne połacie w tamtym rejonie wykazywały dziwną niestabilność oraz niebezpiecznie podwyższony poziom szkodliwego promieniowania. Dlatego od pewnego czasu ludzie powstrzymywali się od jakiejkolwiek obecności w okolicach bieguna południowego.
Zjawisko regeneracji lądolodu musiało mieć swoją przyczynę. Oficjalnie ten temat nie miał logicznego wytłumaczenia. Krążyły jedynie różne spekulacje. Istotną wskazówką mogła być zmienność składu próbek wydobywanych sukcesywnie wraz z rosnącą głębokością szybów. W miarę posuwania się w dół, substancje budujące ten swego rodzaju pancerz, przypominały, a właściwie były żywą tkanką.
Wydrążenie połączenia z ciekłym Oceanem prawdopodobnie nie powiodłoby się nawet na biegunie północnym, gdyby nie skorzystano z wyrafinowanej i niezwykle agresywnej technologii. Dopiero zastosowanie UNM (UltraNeutronowy Miotacz) pozwoliło na osiągnięcie przynajmniej cząstkowego sukcesu. Uderzenie w lądolód skondensowaną wiązką energii emitowanej z urządzenia, skutkowało gwałtownym odparowywaniem materii, co dało oczekiwany efekt. Lecz wyłącznie na biegunie. W innych rejonach zaciskanie i regeneracja płaszcza była bardziej efektywna pomimo zastosowania tak destrukcyjnej technologii.
Wraz ze wzrostem głębokości szybu w lądolodzie, podnosiła się również temperatura. Ocean pod pancerzem Europy, w rejonie odwiertu miał około 276K., podczas gdy na powierzchni temperatura osiągała wartość, zależnie od miejsca pomiaru, pomiędzy 50 a 150K. A co do samego Oceanu. Tworząca go ciecz, to koloidalna zawiesina zawierająca całą Tablicę Mendelejewa. Dominował w niej tlen, wodór i siarka. Były to bardzo pozytywne informacje. Dawały realną możliwość podjęcia penetracji jego głębin.
Bil był wyposażony w MO (Multisystemowe Ogniwo). Ten kluczowy podzespół, rozwiązywał wiele problemów. Zachodziła w nim transformacja substancji pozyskiwanych z otoczenia, w tym wypadku z Oceanu Europy, na niezbędną dla nich energię. Dzięki MO nie było również problemu z niezbędną dla Andiego mieszanką gazów do oddychania, a także substancjami odżywczymi.
W trakcie eksploracji Oceanu Andy i Bil stawali się, w pewnym sensie, jednym organizmem. Bliźniak pełnił tu rolę powłoki ochronnej, napędu, nawigatora, żywiciela, a także członka załogi. Przyrównywanie przebiegu misji do eksploracji głębin przy wykorzystaniu batyskafu daleko odbiegało od rzeczywistości.
Sprawność działania Andiego i Bila była skutkiem ich dużego zgrania. Każdy miał jasno określone role. Bliźniak odpowiadał za wszystko co związane było z techniczną stroną eksploracji Oceanu, a także za monitorowanie otoczenia i analizę uzyskiwanych informacji oraz każdy aspekt funkcjonowania organizmu Andiego. Bliźniak zapewniał człowiekowi wszystko, co było niezbędne do życia i działania. W tej sytuacji badania mogły być prowadzone w sposób ciągły, praktycznie bez ograniczeń czasowych. A takie przedsięwzięcie penetracyjne w odniesieniu do ogromnego Oceanu wymagało nieograniczonego czasu. Natomiast kapitan Andy Borow kierował misją i decydował o wszystkim.
Pierwotnie zakładano, że stworzony zostanie system łączności zapewniający bieżący kontakt z powierzchnią, czyli dowództwem misji. Jednocześnie miał on działać również w drugą stronę. Niestety z powodu wydrążenia tylko jednego szybu, łączącego powierzchnię Europy z bezkresnym Oceanem, pod lądolodem znalazło się pojedyncze, superczułe urządzenie nadawczo-odbiorcze.
W założeniach miało ich być kilkanaście i to równomiernie rozłożonych. Przy zastosowaniu wymuszonego rozwiązania z góry zaakceptowano brak ciągłości w zakresie łączności. Ale nie było czasu, ani też sposobu by zmienić taką sytuację. Czas trwania misji kurczył się w sposób nieubłagany. Należało działać.
Tak naprawdę Andy zawsze wolał sam podejmować decyzję, bez konieczności ciągłego dogadywania się i konsultowania z dowództwem. Pod tym względem kapitan Borow był nawet zadowolony, z kulawego systemu łączności. Dlatego nie oponował, gdy zapadła decyzja o rozpoczęciu misji.
W takich to okolicznościach, wystartowała bezpośrednia eksploracja Oceanu pod lądolodem Europy. Chociaż wszyscy wtajemniczeni wiedzieli, że tak naprawdę lądolód zupełnie nie przypominał lądu, a tym bardziej lodu. Andy został o tym fakcie zdawkowo poinformowany przez dowództwo, lecz raczej w formie pytania niż odpowiedzi. Bo nikt jej nie znał. Dopiero działania kapitana Borow miały wszystko zweryfikować.
– Ależ tu przeraźliwie smutno! Nie wiadomo co kryje ta niesamowita i nieprzenikniona czerń – półgłosem prawdopodobnie do siebie powiedział kapitan, po zagłębieniu się w Oceanie.
Kolejną sprawą, a zarazem zagadką, były widoczne w świetle reflektorów dziwne formacje, podobne do unoszących się roślin, strzępów półprzezroczystych błon lub falujących, lekkich materiałów. W zależności od kąta padania światła reflektorów przybierały one kolor szarobury lub szaro niebieski, lecz w obu przypadkach z rdzawą domieszką.
W miarę posuwania się Andiego i Bila kolory unoszących się miękkich struktur zmieniały się, chociaż ciągle dominowała szarość. Po przeprowadzeniu ich spektroskopowej oraz biochemicznej analizy, Bil stwierdził, że struktury te, bogate w różne związki chemiczne, nie są jednorodne, a zarazem nie przejawiają cech organizmów żywych. Bil nie mógł wykluczyć, że były one pozostałością po organizmach ożywionych. Lecz najważniejszą w tym momencie informacją był fakt, że nie stanowiły zagrożenia.
Andy przebywający w inteligentnym, szczelnym kokonie, miał całkowicie komfortowe warunki. Wszystkie jego parametry życiowe, a nawet wszelkie odczucia, były nieustannie monitorowane przez Bila. Gdy przykładowo kapitan poczuł swędzenie lub nawet drobny, mięśniowy dyskomfort, automatycznie odpowiednie systemy podejmowały działania usuwające niepożądane uczucie. Braki wszelkich substancji odżywczych Bil uzupełniał na bieżąco.
Ludzie, którzy pozostali po drugiej stronie lądolodu tylko przez krótki czas mogli obserwować posuwający się w głąb czeluści zespół Andiego i Bila. Widoczny był oddalający się w otchłani coraz mniejszy punkt świetlny. Po pewnym czasie zniknął i pozostała jedynie czarna, złowroga czeluść.
Łączność Andiego z dowództwem, szybko została przerwana. Już po około
35 godzinach i 25 minutach nie było możliwości porozumiewania się. Elektroniczną obserwację punktu, jakim w Oceanie stali się dla dowództwa Andy i Bil. Mogła być prowadzona przez cały czas. Dla uczestników ekspedycji nie zmieniało to niczego. Byli zdani tylko na siebie.
Andy nie zastanawiał się nad tym. Miał zadanie do wykonania. Po wstępnym rozpoznaniu i przyzwyczajeniu się do zupełnie nieznanego środowiska, misja w miarę szybko przesuwała się w kierunku dna Oceanu, z jednoczesnym stopniowym zbliżaniem się do strefy równikowej Europy.
Podwodny tandem sukcesywnie posuwał się stałym ruchem opadającym oraz do przodu. Bil, który tylko w sobie wiadomy sposób utrzymywał obrany kurs, bo w tej nieprzebranej czeluści nie było żadnych punktów odniesienia, nie sygnalizował zagrożeń. Andy na bieżąco zapoznawał się i analizował wykonywane przez Bila wizualizacje ukształtowania dna Oceanu oraz wewnętrznego obrysu lądolodu.
Dno wydawało się wyglądać nieomal typowo jak dla wszelkich wielkich zbiorników wodnych, podobnie jak na Ziemi. Mocno zróżnicowane głębokości wynikały z dużego pofałdowania terenu. Głębokość Oceanu wahała się od 4 do 8,5 tys. metrów. Najgłębiej było w pasie równikowym. Bil nieustannie wykonywał bieżące analizy fizykochemiczne otaczającej ich cieczy oraz innych parametrów związanych z postępem misji.
Najbardziej intrygujący okazał się kształt lądolodu od, w pewnym sensie, wewnętrznej strony. Andy był pewien, że ten aspekt należało zbadać szczególnie dokładnie. Grubość lądolodu nie była jednolita na całej jego powierzchni. Sukcesywnie zwiększała się od bieguna północnego w kierunku równika. Z dużą pewnością można było przypuszczać, że od strony bieguna południowego sytuacja była identyczna.
Skład chemiczny cieczy wypełniającej Ocean wykazywał wielką złożoność, a w miarę posuwania się misji, pojawiały się coraz liczniejsze, chociaż ciągle śladowe ilości związków organicznych. Temperatura wolno, lecz sukcesywnie rosła. Andy nie obawiał się negatywnego oddziaływania cieczy. Bil zapewniał mu ochronę i wszystko, co niezbędne. W momentach czuwania był maksymalnie skoncentrowany, lecz od czasu do czasu pozwalał sobie również, na chwile głębokiego snu. Bliźniak nie musiał odpoczywać.
Gdy po około 158 godzinach duet dotarł w okolice dna Oceanu, Andy nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył.
– Jak tu pięknie! – wyrwało mu się.
Nie spodziewał się takich widoków. Zaskoczyła go roztaczająca się intensywna poświata. Im bliżej dna widoczność stawała się coraz lepsza. Używane przez nich skroboledowe reflektory oświetlały wiele, lecz to nie one zapewniały tak niezwykły efekt wizualny.
Andy widział wyraźnie rozpościerającą się pofałdowaną płaszczyznę. Po wielogodzinnej obserwacji czerni otchłani pokonywanych głębin, teraz mógł delektować się barwnymi obrazami otoczenia. Dominowały brązy i żółcie w odcieniu rdzawym, a także kolorystyka niebiesko-sina oraz wszelkie odcienie tych barw. Lecz najbardziej niezwykłe były niezliczone kominy hydrotermalne, którymi usiane było dno Oceanu.
Kapitan pamiętał podobne widoki z materiałów archiwalnych dotyczących Ziemi.
W odległej przeszłości tego typu formy geotermalne występowały w kilku miejscach na dnie ziemskich oceanów. Mówiło się, że kominy tryskają czystą, żywą energią z wnętrza planety. W tym wypadku, energia pochodziła z wnętrza Europy. To zjawisko potwierdzało wcześniejsze hipotezy. Wnętrze Europy, podobnie jak naszej Ziemi, jest niejednorodne i niezwykle złożone. Upraszczając zagadnienie, wypełnia je aktywna, płynna lawa, a co ważniejsze Europa posiada własne jądro. W konsekwencji czego grawitacyjne interakcje z macierzystą planetą oraz innymi księżycami Jowisza w pewnym sensie ładują akumulatory Europy.
Geotermalne pola ziemskich oceanów przykryto szczelnymi czaszami, w których odbywała się produkcja, jak mówiono, najczystszej energii. Niestety zbyt agresywna eksploracja tych miejsc, spowodowała całkowitą ich dewastację.
Bil przedstawił kapitanowi kompleksowe analizy niezwykłych miejsc i zjawisk. Temperatura na wysokości kilkudziesięciu metrów nad kominami sięgała 290K, a na wylotach każdego z nich wynosiła dokładnie 369,3K. Z kominów unosiły się słupy gorącej cieczy, niezwykle bogatej w złożone związki chemiczne. Dno pokrywały fantazyjne różnokolorowe, wielokształtne, statyczne formacje. Jak wynikało z analizy Bila, były one organizmami ożywionymi.
Bliźniak zaznaczył, że te ożywione formy wymagają pogłębionej i wieloaspektowej analizy, ponieważ ich fizjologia odbiega od znanych mu organizmów. Lecz bez wątpienia, to one zapewniały obserwowany przez Andiego wspaniały efekt luminescencyjny.
Kapitan pomyślał, że to wszystko co zaobserwowali na dnie Oceanu stanowi bardzo dobrą informację. Ewentualne zagospodarowanie tych źródeł energii i surowców stworzy realną możliwość na skolonizowanie Europy. Skoro życie już kiedyś dawno tu się zagnieździło, to na pewno była to kapitalna przesłanka i pozytywna prognoza dla ludzkości.
Andy nie wiedział, w jaki sposób można będzie stworzyć tu warunki do życia dla ludzi, lecz on nie był od tego. Potem pomyślał, że skoro są tam bakterie, a nawet ich swego rodzaju złożone zespoły, to mogą, a może nawet powinny pojawić się, bardziej złożone formy życia. Zastanowił się, czy nie była to z jego strony przesadzona ocena. Lecz właściwie, czego mogło tu brakować, dla funkcjonowania bardziej złożonych organizmów.
W trakcie dalszej eksploracji odnotował również, że zagęszczenie kominów było zróżnicowane. Im bliżej równika, tym ich ilość zwiększała się. Zmianie ulegały również odcienie i intensywność barw i luminescencji wokół hydrotermalnych obiektów.
Gdy Bil upewnił się, że są na szerokości równikowej Andy postanowił sprawdzić wyższe partie Oceanu. Ruszyli w górę, w kierunku płaszcza. Z pomiarów głębokości wynikało, że znajdowali się około 7,5 tys. metrów od poziomu zero. Pomyślał, że ma nad sobą około 4 do 5 tys. metrów do pokonania. Lecz po około 2,5 tys. metrów środowisko stawało się jakby coraz gęściejsze, a do tego mniej przejrzyste. W światłach reflektorów widoczne były liczne falujące sznurki lub rurki opuszczające się swobodnie w dół. Były one miękkie, a pojedynczo nie stawiały żadnego oporu. Można było je swobodnie urywać lub przecinać, a wtedy opadały w dół. Niestety rosnąca ilość tych niby sznurków w miarę posuwania się w górę stawała się coraz większym problemem.
Wykonana przez Bila analiza składu niby rurek wskazywała, że była to obumarła tkanka żywa. Coś w rodzaju ludzkich włosów lub paznokci, o rurkowatym kształcie. W ogromnej większości z nich we wnętrzu znajdowała się zassana z Oceanu ciecz, zaciągnięta na różnych jego głębokościach. Zawartość transportowana była w górę.
Nieliczne z rurek nie były wypełnione cieczą. W ich wnętrzu znajdowało się coś zbliżonego do włókna transmisyjnego. Lecz była to jedynie wstępna ocena. Andy przypomniał sobie, że podobne rurki, a może właśnie te otulone włókna transmisyjne, prawie dotykały kominów na dnie Oceanu. Wtedy nie zwrócili na to uwagi.
W miarę poruszania się w górę ilość rurek wzrastała proporcjonalnie do malejącej głębokości, a dokładniej zmniejszającej się odległości od dolnej powierzchni lądolodu.
W pewnym momencie wykonywane przez Bila analizy wykazały pojawienie się dziwnej, a do tego toksycznej zawiesiny. Pomiary jednoznacznie wskazywały, że w miarę posuwania się w górę stężenie zawiesiny rosło. Proporcjonalność wzrostu zagrożenia wraz ze zmniejszającą się głębokością, a jednocześnie zbliżaniem się do górnego płaszcza, nie mogła być przypadkowa. Gdy pokonali kolejnych 1,5 tys. metrów Bil alarmował, że poziom toksyczności Oceanu stanowił dla nich realne zagrożenie. Coś najwidoczniej broniło się przed nimi.
Z analiz Bliźniaka wynikało, że w pewnym sensie atakującą ich substancję, tworzyły toksyczne związki organiczne. Można było ją porównać do broni chemicznej. Z obserwacji Bila wynikało, że żrąca substancja wydostawała się z pewnej części zwisających rurek. Chociaż wcześniej z dużą pewnością jedynie zasysały one ciecz z Oceanu. Pobrali próbki tajemniczej, żrącej substancji do badań i wycofali się w bezpieczniejsze rejony.
Błyskawicznie obniżyli swoją wysokość względem lądolodu, a potem zaczęli poruszać się w kierunku bieguna północnego. Ponowna łączność z bazą na powierzchni została nawiązana dopiero po kilkudziesięciu godzinach, gdy ich odległość od szybu na biegunie północnym była w granicach czterdziestu godzin.
-Tu kapitan Andy Borow. Czy już mnie słyszycie? – zapytał.
– Cieszymy się, że cię słyszymy. – powiedział dowódca Misji Europa.
– Przez cały czas widzieliśmy, że się poruszacie. Z przebiegu pokonanej przez was trasy można sądzić, że byliście w stanie spenetrować sporo miejsc – dokończył komandor.
– Potwierdzam. Myślę, że równie jak ja będziecie zaskoczeni wynikami tych obserwacji – odpowiedział kapitan.
– Właśnie rozpoczęła się wysyłka zarejestrowanych wizualnych materiałów oraz wyniki przeprowadzonych wieloaspektowych analiz.
– Potwierdzam. Odbieramy.
– Dotrzemy do was za około 40 godzin. Wtedy porozmawiamy o szczegółach.
– Zrozumiałem. Czekamy na was. – zakończył komandor.
Rozważając wszystkie za i przeciw kapitan Borow wywnioskował, że zewnętrzny pancerz Europy to konglomerat organizmów żywych, które w górnych warstwach oraz w kierunku biegunów obumierały. Nasuwała mu się analogia do żyjących kiedyś na Ziemi gadów, które co do zasady, pod podobną osłoną ukrywały swoje miękkie tkanki. Andy nie wykluczał, że równie dobrze mógł to być jeden mega organizm, którego centralne oraz dolne rejony były najbardziej witalne. W miarę posuwania się w górę i na boki po prostu obumierał, tworząc szkielet zewnętrzny, a martwa, skamieniała tkanka stanowiła jego tarczę ochronną. Równie dobrze mogło być zupełnie inaczej, lecz na podstawie zgromadzonych, niestety szczątkowych informacji nie można było być pewnym, co do trafności postawionej hipotezy.
Bil uzupełnił dywagacje kapitana wizualizacją proporcji między obszarami Europy, które chociażby w minimalnym stopniu mogli zlustrować, a tymi, które były poza ich zasięgiem. Rozumiejąc intencje Bliźniaka, Andy pomyślał, że rzeczywiście z daleko idącymi wnioskami należy się wstrzymać.
Andy przekazał wszystkie zgromadzone informacje oraz dane bezpośrednio najwyższemu dowództwu. To, czego się dowiedział w wyniku bezpośredniej eksploracji Oceanu wymagało precyzyjnej weryfikacji. Decyzje odnośnie ewentualnych dalszych działań w odniesieniu do prawdopodobnie pozaziemskiej formy ożywionej powinna podjąć społeczność międzynarodowa. Lecz dalej ta sprawa będzie procedowana przez dowództwo. Andy znał Komandora Zassa, dlatego był spokojny, że ten zrobi co powinien.
Według kapitana Borow Ocean Europy, zbiornik żywej cieczy o bogatym składzie chemicznym, mógłby być dobrym miejscem do zasiedlenia przez ludzi. Stworzone tam Bazy– Polis byłyby czymś zupełnie odmiennym od miejsc zamieszkiwanych przez ludzi do tej pory. Była pewna analogia do Marsa, jednakże tam powstało miejsce do życia dla ludzi, pod powierzchnią gruntu. Tu była to ciecz o składzie chemicznym zbliżonym do ziemskiej wody, ochraniana prawdopodobnie przez półżywy pancerz.
Wiele lat wcześniej na Ziemi żyły zwierzęta, które chroniły się pancerzami, ale była to ochrona indywidualna. Ten pancerz sam w sobie był tworem żywym. Chociaż czy był to świadomy byt? Pomimo pewnych przesłanek, nie było wiadomo. Andy wykonał pierwszy poznawczy krok i to na niewielką skalę. Czy cała Europa tak wyglądała? Zapewne z czasem ludzie to precyzyjniej wyjaśnią.
Niespodziewanie w pamięci Andiego zamajaczyło pewne wspomnienie. Podobną sytuację lub dokładniej obiekt, gdzieś już widział lub o nim słyszał.
– No tak– półgłosem powiedział do siebie. Dotyczyło to mega organizmu o nazwie Solaris.
To była jedynie fantastyka naukowa. Taka tam uprawiana przez ludzi archaiczna forma rozrywki. Ni to literatura, ni to zabawa we wróżby i snucie fantazyjnych opowieści o nieznanej przyszłości. Rozmawiali o tym na wstępnych szkoleniach pilotów pojazdów kosmicznych. Któryś z instruktorów przytoczył ten wydawałoby się mało prawdopodobny przykład, obrazujący tezę, że gdzieś w innych galaktykach, życie może przybierać przeróżne formy. Mało tego mogą one być inteligentne, chociaż w zasadzie bezkontaktowe.
Tamten mega organizm o nazwie Solaris był raczej nieprzychylny albo przynajmniej obojętny na jakiekolwiek próby nawiązania kontaktu z ludźmi. Z resztą już wiele z tego nie pamiętał. Bo kiedy to było? Na początku jego drogi.
Nie wiadomo, dlaczego kapitan poczuł dziwną obawę, co odnotował Bil. Ten potwierdził, że na tym etapie trudno cokolwiek przesądzać.
Czy jego odkrycie posłuży wyłącznie dobrej sprawie? Może być tak, że ludzkość w ten sposób rozwiąże przynajmniej część swoich problemów. Lecz jest też obawa, że ponownie zrobi to kosztem innych.
A potem rozważał.
Czy jest szansa, aby endemiczne życie na Europie było w stanie koegzystować
z ludźmi? A tym bardziej odwrotnie?
Na tak postawione pytanie kapitan Borow po chwili sam sobie odpowiedział. A może zrobił to Bil? Nie ma to znaczenia.
Szanse na zgodną koegzystencję były minimalne. Gdyby mega organizm na Europie był w jakikolwiek sposób inteligentny, a tym bardziej cokolwiek wiedział o ludziach, to ich cywilizację oceniłby negatywnie. Może nawet zacząłby się jej bać? Wcześniejsze poczynania ludzi na Ziemi, a także w innych zaanektowanych miejscach w kosmosie, nikogo nie mogły nastrajać optymistycznie. Jeżeli przybysze z Ziemi wcześniej zniszczyli własną Planetę, to niechybnie, gdy tylko się gdzieś zadomowią, zrobią to samo z każdym innym miejscem we wszechświecie.
Należało również liczyć się z ewentualnością, że Pan Europa, bo tak Andy nazwał mega organizm Europy, potrafi się przeciwstawić i będzie bronić swego świata. A to ludziom na pewno się nie spodoba.
Mam nadzieję, że ten utwór spełni kryteria obowiązujące w portalu. Obawiam się, że w 100% nie udało mi się ustrzec błędów. Za co z góry przepraszam i proszę o przychylną korektę.
Pozdrawiam
Witaj. :)
Sugestie oraz wątpliwości odnośnie strony językowej (do przemyślenia):
Do generalnej poprawy jest cała interpunkcja, tu tylko nieliczne przykłady:
Od niedawna wznowiono też loty na Wenus, lecz po wielkiej marsjańskiej katastrofie, nic nie było już takie samo.
Andy był w nienajlepszej kondycji psychicznej. Armagedon, który miał miejsce na Marsie pozbawił go prawie wszystkich przyjaciół.
A miało być zupełnie inaczej, Na Marsie powstawało coś wielkiego.
Dlatego przez pewien czas mogło się wydawać, że ten silny i waleczny człowiek, nie jest już tym, kim był jeszcze nie tak dawno.
Do tego były one niezwykle wytrzymałe na wszelkie czynniki zewnętrzne, a jednocześnie posiadały nieomal nieograniczone możliwości, co do czasu funkcjonowania.
Zbyt gwałtowna kompresja płaszcza planety, podczas kilku sekund zniszczyła wszystko. Przetrwanie tej katastrofy, było cudem.
To co tam się wydarzyło zostawił poza sobą.
– Witam kapitanie.
– Melduję się panie komandorze – krótko, po wojskowemu odpowiedział kapitan.
– Dobrze, że znowu jest pan z nami Andy – ciepło i jakoś tak nieoficjalnie, stwierdził zadowolony komandor Eryk Zass.
– Panie komandorze zamieniam się w słuch.
– Kapitanie mam dobre wiadomości.
Ale nie było czasu, ani też sposobu by zmienić taką sytuacje.
Lecz właściwie, czego mogło tu brakować, dla funkcjonowania bardziej złożonych organizmów. – czy to nie zdanie pytające?
Część zdań ma niepoprawną składnię, np.:
Grubość lądolodu sukcesywnie zwiększała się, prowadząc pomiar od bieguna północnego w kierunku równika. – czy to owa grubość prowadziła pomiar?
W miarę poruszania się w górę ilość rurek wzrastała proporcjonalnie do malejącej głębokości, a dokładniej zmniejszającej się odległości do dolnej powierzchni lądolodu. – czy tu nie miało być „od”?
Zdarzają się powtórzenia, czyi usterki stylistyczne, np.:
A miało być zupełnie inaczej, Na Marsie powstawało coś wielkiego. Od dziesiątek lat Ziemia nie była już dobrym miejscem do rozwoju ludzkości. (…)
Był to humanoid. Przez ludzi nie posiadających dostatecznej wiedzy postrzegany jak zwykły użytkowy Bliźniak, lecz prawda była inna. (…)
Niestety z uwagi na niezwykle wysokie koszty ich wytworzenia, a także wykorzystywane w tym procesie procedury na pograniczu prawa, było ich niewiele. Tym bardziej, że spora ich część na zawsze pozostała unieczynniona na Marsie. (…)
Trudno byłoby znaleźć analogię, aby zrozumieć jak w praktyce mógł funkcjonować taki duet.
Nadrzędna pozycja człowieka w tym duecie była jednoznaczna. (…)
To co tam się wydarzyło zostawił poza sobą. Całą swoją wewnętrzną energię ukierunkował na nowe przedsięwzięcie. Jeżeli Bil odczuwałby ludzkie uczucia, to byłby zadowolony, że jego partner, a właściwie dowódca, znowu jest sobą. (…)
Drążenie szybu powiodło się jedynie w rejonie bieguna północnego, gdzie regeneracja lądolodu była znacznie ograniczona, a nawet niedostrzegalna. Nie było możliwości, aby sprawdzić, jak wyglądałoby drążenie w okolicach bieguna południowego. (…)
Dopiero zastosowanie UNM (UltraNeutronowy Miotacz) dało oczekiwane rezultaty. Wykorzystanie tego urządzenia skutkowało gwałtownym, punktowym odparowywaniem materii. To dało oczekiwany efekt. (…)
W założeniach miało ich być kilkanaście i to równomiernie rozłożonych. To też było jasne, że mogą pojawić się problemy z łącznością. Ale nie było czasu, ani też sposobu by zmienić taką sytuacje. (…)
Nie wiadomo co kryje ta niesamowita i nieprzenikniona czerń –nie wiadomo, dlaczego półgłosem stwierdził kapitan po zagłębieniu się w Oceanie.(…)
Im byli bliżej dna tym widoczność stawała się coraz lepsza. Używane przez nich skroboledowe reflektory oświetlały wiele, lecz to nie one zapewniały tak dobrą widoczność. (…)
W trakcie dalszej eksploracji odnotował również, że zagęszczenie kominów na dnie było zróżnicowane. Im bliżej równika, tym ich ilość zwiększała się. Zmianie ulegały również odcienie i intensywność barw i luminescencji wokół kominów.
Występują także ortografy, np.:
Przez ludzi nie posiadających dostatecznej wiedzy postrzegany jak zwykły użytkowy Bliźniak, lecz prawda była inna.
Odbierał wszelkie sygnały, w tym w trybie pod i nad przestrzennym, znał wszystkie języki, itd.
Tym nie mniej każdy z nich miał jasno określone role.
W założeniach miało ich być kilkanaście i to równomiernie rozłożonych. To też było jasne, że mogą pojawić się problemy z łącznością. Ale nie było czasu, ani też sposobu by zmienić taką sytuacje.
Tym nie mniej Bil nie mógł wykluczyć, że były one pozostałością po organizmach ożywionych. – błąd ortograficzny powtórzony
W tym fragmencie rozjechały się wersy:
Pozornie podobne do Bila humanoidy serii bliźniaczej XY od dawna były
w powszechnym użyciu. Prawie każdy człowiek posiadał nawet kilka takich prointeligentnych maszyn.
Tu podobnie:
Jeszcze inne zaprogramowane były do pełnienia funkcji towarzyszących i pielęgnacyjnych, w stosunku do ludzi zaawansowanych wiekowo,
a do tego niedołężnych. Natomiast o wiele rzadziej opiekowały się małymi dziećmi.
Tutaj też rozjechały się wersy (podobnych miejsc jest niestety więcej):
Decydentem zawsze i w każdej sprawie był człowiek. Jedynie w sytuacji nagłego
i drastycznego zagrożenia, Bil mógł reagować samoistnie, bez konieczności uzyskiwania werbalnej akceptacji.
Czy te (i inne) aliteracje są celowe?:
Gdyby tak się zdarzyło, człowiek po prostu pozostałby sam.
Zbyt gwałtowna kompresja płaszcza planety, podczas kilku sekund zniszczyła wszystko.
Drążenie szybu powiodło się jedynie w rejonie bieguna północnego, gdzie regeneracja lądolodu była znacznie ograniczona, a nawet niedostrzegalna. Nie było możliwości, aby sprawdzić, jak wyglądałoby drążenie w okolicach bieguna południowego.
Natomiast elektroniczną obserwację przesuwającego się w oceanie mikro punktu, dowództwo prowadziło praktycznie przez cały czas.
Proporcjonalność wzrostu zagrożenia do zmniejszającej się głębokości, a jednocześnie zbliżania się do górnego płaszcza, nie mogła być przypadkowa. Po pokonaniu w pionie kolejnych 1,5 tys. metrów Bil alarmował, że poziom toksyczności Oceanu stanowił dla nich realne zagrożenie.
W opowiadaniu, nie wiadomo, czemu, powtarzasz często te same informacje co kilka zdań, np.:
Dopiero zastosowanie UNM (UltraNeutronowy Miotacz) dało oczekiwane rezultaty. Wykorzystanie tego urządzenia skutkowało gwałtownym, punktowym odparowywaniem materii. To dało oczekiwany efekt. (…)
W trakcie eksploracji Oceanu Andy i Bil stawali się, w pewnym sensie, jednym organizmem. Bliźniak pełnił tu rolę powłoki ochronnej, napędu, nawigatora, żywiciela, a także członka załogi. Przyrównywanie przebiegu misji do eksploracji głębin przy wykorzystaniu batyskafu daleko odbiegało od rzeczywistości. W tym przypadku obaj uczestnicy tworzyli jeden zespół, a w pewnym sensie jeden organizm.
Po wstępnym rozpoznaniu i przyzwyczajeniu się do zupełnie nieznanego środowiska, misja w miarę szybko przesuwała się w kierunku dna Oceanu, z jednoczesnym stopniowym zbliżaniem się do strefy równikowej Europy. Podwodny tandem sukcesywnie posuwał się stałym ruchem opadającym oraz do przodu.
Kwestia pojęcia własnego, wprowadzonego do tekstu:
Określenie „kapitan (Andy Borow)” pada 20 razy. Niestety, lecz raz podajesz pierwszy człon małą, a raz – wielką literą, co z miejsca tworzy niepotrzebnie aż 20 błędów ortograficznych i rzeczowych, ponieważ Czytelnicy nie wiedzą, jak w końcu chciałeś nazywać tego bohatera, np.:
– To ruszamy! – refleksyjnie stwierdził zazwyczaj milczący kapitan Andy Borow.
Natomiast Kapitan Andy Borow kierował misją i decydował o wszystkim.
Inne takie pojęcie – „O/ocean” – raz piszesz je małą, a raz wielką literą, nikt nie wie, jak zamierzałeś je pisać i mamy dodatkowo 28 błędów rzeczowych oraz ortograficznych, np.:
Natomiast elektroniczną obserwację przesuwającego się w oceanie mikro punktu, dowództwo prowadziło praktycznie przez cały czas.
W trakcie eksploracji Oceanu Andy i Bil stawali się, w pewnym sensie, jednym organizmem.
Wprowadzając nową nazwę własną musimy zawsze dbać o jej należyte i poprawne zapisywanie w całym tekście.
Występują literówki, np.:
Ale nie było czasu, ani też sposobu by zmienić taką sytuacje.
Pojawiają się również błędy w zapisie dialogowym, np.:
– Ależ tu przeraźliwie smutno! Nie wiadomo co kryje ta niesamowita i nieprzenikniona czerń –nie wiadomo, dlaczego półgłosem stwierdził kapitan po zagłębieniu się w Oceanie. Nie był to komunikat do dowództwa, a tym bardziej informacja do Bila. Wszyscy to widzieli. (…)
-Tu kapitan Andy Borow. Czy już mnie słyszycie? – zapytał.
– Cieszymy się, że cię słyszymy. – powiedział dowódca Misji Europa. (…)
– Zrozumiałem. Czekamy na was. – zakończył komandor. (…)
– No tak– półgłosem powiedział do siebie. Bo coś sobie przypomniał.
Błędów jest tak dużo, że nie jestem w stanie przebrnąć przez całe opowiadanie, niestety.
PONOWNIE PROSZĘ UPRZEJMIE O STARANNE POPRAWIENIE WCZEŚNIEJSZYCH OPOWIADAŃ I DOPIERO ZAMIESZCZANIE KOLEJNYCH, PONIEWAŻ NA RAZIE TEKSTY MNOŻĄ SIĘ, A BŁĘDÓW JEST W NICH CORAZ WIĘCEJ.
Kolejnych opowiadań Twojego autorstwa już nie będę czytać, lecz ponownie zacznę – za zgodą Loży i na Jej polecenie – zamieszczać tylko linki do Poradników Portalu. Błędy popełniamy wszyscy, lecz trzeba się uczyć je poprawiać i wyciągać z komentarzy odpowiednie wnioski, a nie czekać na poprawki Czytelników, pozostawiając poprzednie opowiadania niepoprawione lub – o, zgrozo! – je usuwać.
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia w doskonaleniu warsztatu. :)
Pecunia non olet
Dziękuję Ci Bruce za uwagi. Uwzględnię je oczywiści.
pozdrawiam
I ja dziękuję, Jerzy Trzciński, natomiast uwzględnienie uwag zależy tylko od Ciebie; Ty sam pracujesz na swój warsztat i na swoje dalsze pisanie – zawarte w tym tekście błędy mógłbyś z łatwością sam wychwycić wcześniej, a linki do Poradników podawałam Ci już (podobnie – inni Komentatorzy) wielokrotnie. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet
Cześć!
Bardzo realistyczny scenariusz próby kolonizacji tego księżyca. Szacunek za tak wnikliwy “risercz”.
Pomysł na obcy organizm też ciekawy. W stylu “Solaris”, ale oryginalny.
Mankament to jak dla mnie bardzo “encyklopedyczna” narracja. Ok – fakty naukowe i wynalazki są kluczowe w porządnym sf, ale może jakoś dałoby się tę potrzebną wiedzę przemycić w innej formie? Dialog? Scenka jakaś?
Andy może mógłby nieco bardziej być żywym człowiekiem, a nie “protokolantem”. Przykładowo zamiast:
Andy był w nienajlepszej kondycji psychicznej. Armagedon, który miał miejsce na Marsie pozbawił go prawie wszystkich przyjaciół. A miało być zupełnie inaczej, Na Marsie powstawało coś wielkiego. (…) Niestety na Marsie w wielu przypadkach to nie zadziałało. Zbyt gwałtowna kompresja płaszcza planety, podczas kilku sekund zniszczyła wszystko. Przetrwanie tej katastrofy, było cudem. Im się udało.
np. coś takiego:
Obrazy z Marsa wracały, kiedy zamykał oczy przed zaśnięciem: on z Bilem w łaziku na rutynowym rekonesansie i potężny słup pyłu górujący nad bliższym niż ziemski horyzontem, gdy kompresja płaszcza planety zgniotła bazę na Arcadia Planitia w kilka sekund.
Pozdrawiam!
Po wprowadzeniu zmian, które były oczywiście bardzo dobre, logiczne, a nawet niezbędne mam nadzieję, że tekst jest lepszy. Oczywiście Bruce jest nieoceniona. Dziękuję jeszcze raz.
Grzesiek W. Dziękuję za uwagi. Teraz dzięki Bruce tekst ma mniej mankamentów. Może moje podejście jest nie najlepsze, bo zbyt encyklopedyczne. Ale tak mi się to układa, a właściwie w taki sposób prowadzą mnie moi bohaterowie.
Pozdrawiam
I ja dziękuję, pozdrawiam, powodzenia. :)
Pecunia non olet