- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Dream team

Dream team

Dwa światy przedstawione naprzemiennie. Pierwszy większy i fantastyczny (od tego zaczynamy), a drugi nie. Sytuacja trochę inna niż w Narnii i można czytać razem albo oddzielnie. Podobieństwa przypadkowe i niezamierzone, i zrobione wyłącznie w celu osiągnięcia pewnego efektu artystycznego.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Dream team

– Panie. Przynoszę jasność. – Jej długie, czarne włosy wdzięcznie opadały na smukłe ramiona, a mocno wydatna pierś, w większości przykryta delikatnym muślinem, poruszała się miarowo i szybko, wywołując u mnie fale gorąca.

Krok w tył. Niewielki podskok. I jeszcze wytworny ukłon, aż do samego pasa.

– Pani. – Zetknęliśmy się palcami i zaraz potem odskoczyliśmy, uważnie patrząc, żeby nie wpaść na piękne damy i mocno statecznych kawalerów.

Kręciło mi się w głowie, nie tylko od samego tańca. Moja partnerka pachniała kwiatami i świeżością i miała misternie upiętą fryzurę, niewielki kok i mały kapelusik, wszystko zgodnie z najnowszą modą. Podziwiałem tren jej krwisto-czerwonej sukni, obcisły, fiszbinowy gorset, myślałem o delikatnych koronkach w staniku i wyobrażałem sobie, ile czasu musiało zajmować zasznurowanie całości i podopinanie tych wszystkich szlufek, guzików i haftek.

Skok w bok. I znowu podskok.

A zaraz potem złapaliśmy się oburącz i zaczęliśmy wirować, patrząc się i śmiejąc. Cały świat zniknął i nie liczyło się nic więcej. Miałem ją przed sobą, niewinną i pełną kobiecości, a ona udawała, że jest dziś obojętna, ale na szczęście zdradzały ją oczy, wyraźnie pokazując, że bawi się naprawdę wybornie.

Ogólnie cały ten dzień był co najmniej zaskakujący. W największej sali balowej w całym królestwie, większej i wyższej niż sama katedra miejska, zgromadziło się ponad tysiąc ludzi i stworów, wszyscy zaproszeni przez króla Alergiusza II, syna Antypatusa i ojca Atawatusa Platusa Wielkiego. Orkiestra grała naprawdę głośno, jak na stadionie czy w pierwszym amfiteatrze królewskim, otulając nas całkiem muzyką, jak trele słowika czy śpiew ptaka złotowłosego, tego z nizin górnych, a ja z całej duszy i serca mocno pragnąłem, żeby to się nigdy nie skończyło.

I wtedy nagle pomiędzy drugim i trzecim walcem melodia nagle urwała się, jakby ucięta nożem, a tłum zaczął szumieć i rozstępować się, niczym morze przed pewnym starożytnym mędrcem, którego imienia, jak na złość, nie mogłem sobie przypomnieć.

– Panie! – W stronę tronu z miłościwie nam panującym zbliżał się posłaniec w mocno poszarpanym, brudnym ubraniu, które nie przystawało do powagi całej sytuacji i nosiło ślady długiej podróży. – Panie!

Strażnicy zagrodzili mu drogę, krzyżując halabardy, ale król nakazał ruchem ręki, żeby natychmiast odstąpili.

– Panie, ciemność ogarnęła całą akademię. – Nieszczęśnik uklęknął i skłonił głowę, najwyraźniej pogodzony ze swoim losem. – Ludzie zaczęli mówić od rzeczy i stronić od innych. I to się teraz zbliża w stronę stolicy.

– Odmieniec! Podburza ludzi! Na krzyż z nim! – krzyknął ktoś z tłumu, ale król spojrzał spokojnym, choć groźnym wzrokiem, i wydał tylko jeden krótki rozkaz, pokazując na kogoś po swojej prawej. – Pertraktować.

– Tak jest! – Do bocznego wyjścia na krótkich nóżkach ochoczo pobiegł jeden z licznych, tłuściutkich i okrągłych jak wieprzek sekretarzy.

– Wszystkie amazonki, rycerze i dostojni panowie! – Władca wstał, próbując poprawić zaczesaną w tył białą perukę, czarny, aksamitny surdut i kamizelkę z zielonego jedwabiu. – Musimy bronić królestwa! Nie będziemy atakować, tylko się bronić! Macie przygotować drogi, chałupy i wszystkie miejsca w całej okolicy!

Wśród tłumu podnosił się coraz większy szum. Zgromadzeni wyraźnie myśleli, że pierwszy po Bogu, jedyny władca całych ziem, najważniejszy pan na tych i innych włościach, od razu nakaże osiodłać konie, tak się jednak nie stało, bo on tylko sięgnął po swój miecz, wydobył go z pochwy i odczekał, aż dostojni goście wreszcie umilkną, i krzyknął z całych sił:

– Na potęgę mojego ojca! Mocy przybywaj! Uroczyście ślubuję bronić królestwa! I nakazuję zebrać się jutro na błoniach! A dzisiaj, jeżeli macie ochotę, siadajcie do stołu, przyjaciele moi mili!

I tyle go widzieliśmy. Alergiusz wyraźnie stracił zainteresowanie całą salą, otoczony przez liczną grupę klakierów i doradców, a w powietrzu czuć było siłę i moc, zupełnie jak przy kulkach mistrza Baltazara, który często miał swoje kaprysy i pokazywał sztuczki w trakcie burzy, powodując, że włosy wszystkim stawały dęba.

Nie do końca czułem, że przynależę do tego świata i miejsca, ale przynajmniej miałem pewność, co zrobić dalej. Odwróciłem się do swojej partnerki, wytwornie skłoniłem i podniosłem skromnie oczy, patrząc na jej mocno przypudrowany nosek i lśniące oblicze:

– Pani, muszę przeprosić i oddalić się.

– To zrozumiałe, monsieur.

– Mam nadzieję, że dokończymy kiedyś ten taniec. – Pocałowałem ją delikatnie w dłoń, a ona jednym sprytnym ruchem wyciągnęła skądś ogromny wachlarz, rozwinęła go i zaczęła nim ruszać, nic przy tym nie mówiąc.

Nie komentowałem szyku i stylu ani niewieścich zachowań. Jeszcze raz wytwornie skłoniłem się, a potem z sali balowej udałem wprost do wyjścia. Nie musiałem nawet czekać na karetę. Nie stać mnie było na taki zbytek i luksus i teraz musiałem szybko znaleźć się w gospodzie „Pod zgniłym leszczem”, gdzie urzędował Kulawek, wraz z moim wiernym sługą, Maćkiem z Bożej Łaski.

Gospoda była przy północnej wieży i stała tu odkąd sięgałem pamięcią. Prowadził ją don Diego, były kapitan Dziurawej Marzanny, według oficjalnej wersji ponoć przejętej przez kamratów ślepego Jacka, co pewnie oznaczało, że została przegrana w dwa kubki czy może w cztery karty.

Hiszpan miał do pomocy same szemrane towarzystwo, ale mnie to zupełnie nie obchodziło. Od dawna trzymałem się z daleka od kłopotów. Nie znosiłem hazardu, ale był jeszcze inny, znacznie ważniejszy powód. Należałem raczej do dolnego pułapu klasy średniej i nie wspierałem szemranej bandy miedzianego Joe wciskającego kredyty „sejf plus”, na warunkach najzupełniej losowych, ustalanych co tydzień przez wierzby na wschodnim gościńcu. Nie miałem kapitału na takie zabawy i zawsze bardzo mocno stałem na ziemi, a już na pewno od momentu, gdy przegrałem wszystko w bierki z pewnym kapitanem lokalnej drużyny bejsbolowej.

Otworzyłem drzwi gospody i wziąłem głęboki oddech, od razu niemal się krztusząc. W środku panowała raczej ciężka atmosfera, przedziwna mieszanka piwa, potu, męskiej i damskiej miłości, pieniędzy, perfum i różnych innych świństw, i to tak mocna, że powietrze niemal można było kroić nożem. Wkroczyłem tam, skinąłem głową lokalnemu wykidajło i zacząłem przeciskać przez tłum, mimowolnie zatrzymując przy największym stole do pokera, gdzie akurat trwała dosyć ożywiona dyskusja:

– A pamiętacie, co było ostatnio w Myszogardzie?

– A co miało być?

– Podobno kapitan straży przytulił kilka mieszków złota. Wysłał tylko tych, których nie znosił cech złotników. I dziwnym trafem wszyscy zginęli.

– No popatrz, co za przypadek. A wiadomo już, czy udało się ubić tego smoka?

– To nie wiesz?

– Co?

– Podrzucili mu osła, który okazał się kinder niespodzianką. Biedaczysko zeżarł go, ale rozerwało go od środka, bo osioł okazał się koniem jak mu minęła data ważności.

– No popatrz, jaka historia.

Przez chwilę miałem wrażenie, że mignęła mi sylwetka pewnej damy z wyższych sfer, która od zawsze miała żelazną babską logikę i była mądra, bezpośrednia i uczciwa aż do bólu. Nie za bardzo zwracałem na nic uwagi, przepuściłem tylko kilku podchmielonych młodzików, którzy kierowali się na pięterko naiwnie wierząc, że nie wyjdą stąd jak ich pan Bóg stworzył, i ruszyłem w stronę długich schodów, które kończyły się w znacznie lepszej części tego przybytku.

– Chamie! Łóżko gotowe? – Jak zawsze miałem efektowne wejście do pokoju.

Chciałem przyłapać sługę na zabawach ze sobą, osłami czy może chociaż dziewkami, ale poczciwy Maćko tylko uśmiechał się głupkowato, siedząc i jedząc coś przy stole. Mój wierny garbus wstał i pomógł mi się rozebrać. A potem ległem. Wystarczyło pięć gramów świetlika białego, żebym natychmiast zasnął.

 

***

 

– Nie mogę oddychać! Umieram!

– Tętno sto dwadzieścia!

– Nie reaguje!

– Duszę się!

– Źrenice w porządku! – Ktoś mi mocno świecił w oczy, a ja w jednej chwili poczułem wściekłość i zacząłem się rzucać. – Uspokójcie go! Zastrzyk!

Ostatnie, co zapamiętałem, była desperacka próba krzyku i wyrwania się z rąk moich prześladowców. Było coś jeszcze, ale skrywało się za grubą i ciężką kotarą z niepewności i bólu, niewyraźne i mocno zamglone. Oni ze mną walczyli, a ja czułem pismo nosem i nie chciałem wracać do tej rzeczywistości. Było mi zimno i czułem, że coś mnie boli tu i tam.

Nagle poczułem ukłucie.

Ciało zaprotestowało, bo zrobiono z nim coś bardzo niedobrego, i w końcu wygięło się i opadło. Ktoś mnie chwycił pod pachy i za nogi i zaczął przenosić, a potem położył na czymś płaskim i troskliwie przykrył. Próbowałem zaprotestować, ale żaden dźwięk nie mógł wydostać się z mojej krtani. Byłem coraz bardziej słaby. I naprawdę bardzo chciało mi się spać.

 

***

 

– Panie, pobudka.

Otworzyłem wpierw jedno oko, a potem drugie. Pierwsze, co uderzyło mój bardzo wrażliwy nos, była stęchlizna i niezbyt przyjemny zapach z dawno niemytej paszczy mojego giermka.

– Odsuń się, prostaku jeden. Bo cię całego do wanny wsadzę.

Maćko nic nie pyskował, tylko na wszelki wypadek szybko odskoczył i ochoczo podbiegł do krzesła, gdzie leżała cała moja zbroja.

– Która godzina?

– Bili na ósmą.

– O ty ofermo jedna, znów mnie nie obudziłeś.

Bolała mnie głowa, zupełnie jakbym w nocy walczył ze smokiem, jak nie gorzej, a on bez słowa podał mi kielich z miodem i aspiryną.

Wypiłem szlachetny trunek, powoli odrzuciłem koc, wstałem i zacząłem robić przysiady i poranne oblucje, a na koniec odziałem w wypierdziane portki i udałem na dół na śniadanie.

W sumie to miałem jeszcze czas. Król nic nie mówił o konkretnej godzinie, ale jak to w magicznej krainie, wszyscy bezbłędnie wiedzieli, kiedy zjawić się na błoniach.

Przy ubieraniu zbroi był jeszcze problem z klejnotami, ale w końcu udało się i mogłem wyjść z karczmy. Odruchowo spojrzałem w kierunku południowym, gdzie nawet stąd widać było mocno zachmurzone niebo. Droga na zamek przebiegała w ponurym milczeniu. Kulawek dreptał, Maćko za nami biegł, a ja patrzyłem na miasto, które wyraźnie zmieniło się w jedną noc, przechodząc w tryb wojenny.

Praktycznie na każdym rogu dało się zauważyć jakichś drabów, szukających okazji do sprzeczki, a pod zamkiem też było już całkiem tłoczno. Zaważyłem kilka osób, takich jak damy, chociażby smoczycę czy kobietę-zasadzkę. Otoczone były wianuszkiem adoratorów, więc tylko kiwnąłem im z daleka i skromnie stanąłem obok młodzieńca, któremu dobrze z oczu patrzyło.

– Kim ty jesteś? – zapytałem go uśmiechając się serdecznie.

– Goliat. I mam problemy z nogami.

– Nic cie widzę… – zacząłem zastanawiać się, czy nie robi mnie w konia.

– Bo tu ich nie ma. – Obrócił się i zamachnął mieczem. – Tu ich nigdy nie było, nie ma i nie będzie.

– Jesteś nowy?

– Nie. A ty?

– Oczywiście, że nie – oburzyłem się lekko.

– A ja widziałem kilku znajomych.

– Na przykład?

– Bibliotekarkę.

– Tak, chyba się spotkaliśmy. – Od razu przypomniałem sobie przemiłą panią w średnim wieku, z okularami na sznureczku, ogromną energią i jeszcze większym sercem.

– I tego znanego wojownika z dalekich krain.

– Nie bardzo rozumiem – zawiesiłem się.

– Skośne oczy. Ogromne serce i talent do latających gwiazdek, nunczako i innych podobnych rzeczy.

– Aaaa ten. Jak Sub-zero czy ten znany aktor, który dokonywał prawdziwych cudów.

– No właśnie.

– Ktoś jeszcze?

– Cała zgraja trolli.

– Pełno ich wszędzie – westchnąłem pamiętając, jak nieraz uprzykrzali mi życie. – A jest może misiek? Ten z wielkimi oczami i czarnym futerkiem?

– Słyszałem o nim, ale nie wiem, który to w ludzkiej postaci.

– Aha.

Naszą miłą pogawędkę przerwały fanfary. I zobaczyliśmy na murach króla, a obok niego mistrza Baltazara, który zaczął poruszać chorągiewkami, wyglądając niemal jak pracownicy kolei żelaznej, o ile oczywiście pominąć długą, powłóczystą, czarną szatę i wielką, spiczastą czapkę, prezentującą się niczym tiara przydziału, którą kiedyś widziałem w fotoplastikonie. Z fosy wytrysnęła woda, po chwili pojawił się na niej obraz, a właściwie mapa królestwa, a przed nią hostessy z długimi nogami i jeszcze dłuższymi kijami.

– Rycerze. W nocy nastąpiły rzeczy naprawdę straszne. – Głos króla był jakiś nienaturalnie donośny i głośny. – Macie przejść stumilowy las i odbić akademię z rąk wroga. Całą kampanią kierował będzie generał Grunewald, w którym pokładam całkowite zaufanie. Ja sam stanę na czele obrony stolicy. Powodzenia!

Nikt tego nie komentował, podziwiając elfki i dziewczyny, które wyginały się i prężyły, dokonując cudów zręczności i pokazując wszystko na mapie. Wszyscy wiedzieli, że król wielkim wojownikiem jest, ale nie ma większego sensu, żeby stał na czele całej armii, która ma znaleźć się skraju królestwa, odcięta od murów obronnych i innych udogodnień, tak potrzebnych przy walce magicznej.

Ruszyliśmy i po dwóch godzinach weszliśmy do lasu, w którym wszystko było większe. Panował tu półmrok, a drzewa wznosiły się na pięćdziesiąt wysokości dorosłego człowieka. Wśród chłopów krążyły opowieści o olbrzymach czy wilkach, które urzędowały w tej okolicy, ale ludzie mojego pokroju doskonale wiedzieli, że to tylko bajki dla niegrzecznych dzieci. Cały czas słychać było rżenie koni i skrzypienie wozów z prowiantem, szum rozmów i śmichy-chichy tych, którzy mówili o dziewkach albo jakichś innych mocno przyjemnych rzeczach.

Przejście puszczy zajęło nam trzy dni. W końcu znaleźliśmy się poza lasem, gdzie zobaczyliśmy w oddali zakrywającą wszystko szarą chmurę, z jakimiś kształtami, które się w niej kotłowały. Co chwilę widzieliśmy tam jakiś fragment ręki czy nogi czy innej części ciała, a kilka razy to mignęło tam nawet ogromne oko na końcu ruchomego metalowego ramienia, zerkające na nas jakby z niedowierzaniem.

Było tu przeraźliwie cicho i wyglądało to trochę jak w horrorach, ale generał idący na przodzie dał znać, żebyśmy się zatrzymali i rozbili obóz na skraju lasu. Dopiero teraz mogłem ogarnąć wzrokiem całość. Na oko było nas około trzystu żołnierzy obojga płci, a do tego dowództwo wyraźnie miało ciężki orzech do zgryzienia, bo co i rusz ktoś wchodził i wychodził z ich namiotu.

Powoli zapadał mrok i służba w końcu zaczęła pitrasić strawę. Wszyscy zaczęli się gromadzić wokół kilkunastu ognisk.

– To co my tu robimy, panowie? – rzuciłem do kilku mężczyzn, siadając przy najbliższym z nich. – Ktoś? Coś?

– Każdy ma swój odcinek. I wesprą nas czarodziejki. – Po dłuższej chwili ciszy odezwał się największy z nich.

– Jakoś ich ostatnio nie widziałem. – Zacząłem powątpiewać.

– Bo kobiałki zawsze się dobrze skrywają. – Zaśmiał się brodacz po mojej lewej.

– Głupiś. I mądryś zarazem. – Jego kompan puścił w obieg gorzałkę i otarł usta rękawem. – Wysłali je na rozpoznanie. Bo mają trzecie oko, szczególnie te, które już rodziły.

– Czyli my jesteśmy mięsem armatnim, a one idą na szpicy. Dziwny jest ten świat.

– Nie siej defetyzmu. Mamy jeszcze jego. – Jakiś młodzian pokazał coś na swojej dłoni. – To nasza tajna broń.

– Ale to tylko ślimak.

– Zobaczysz jeszcze. To ślimak zagłady.

– Dobra, czyli mamy czarodziejki i ślimaki. – Uśmiechnąłem się do chłopaka. – Coś jeszcze?

– Podobno pojawił się wilk złoty i cała zgraja jego przydupasów.

Zamyśliłem się. Znałem jegomościa i wiedziałem co nieco o jego drugim obliczu.

W powietrzu zaczął unosić się biały pył. Nie byłem na niego odporny i dosyć szybko chwiejnym krokiem ruszyłem do mojego namiotu i ległem.

 

***

 

Tym razem naprawdę dałem dupy. Doskonale wiedziałem, że nie powinienem budzić demonów przeszłości, tak się jednak nie stało.

Wszystko zaczęło się już wczesnym rankiem, w mocno gównianej pracy, gdzie nieszczęśnicy tacy jak ja, sami przyjezdni, znów potraktowali mnie jak głupiego Polaczka, i ciągnęło jak smród po pustych gaciach, aż do późnego wieczora, gdy o mało nie rozwaliłem całej siłowni.

A potem poszło już z górki. Przez weekend rozbijałem się w domu i na całym mieście. Piłem, oglądałem stare zdjęcia, płakałem i śmiałem jak głupi do sera, myśląc tylko o tym, czego już dawno nie było, i robiłem różne inne dziwne rzeczy, o których nie warto nawet wspominać.

Nałóg to jednak stara, złośliwa dziwka.

Sprawy toczyły się zgodnie ze znanym schematem i zakończyły totalnym zgonem. Miałem kaca, w przenośni i dosłownie. Zakopałem się w ciepłym łóżeczku, a na koniec, zmuszony nagłą potrzebą, pokornie powlokłem tam gdzie król chadza piechotą.

Po wszystkim zrobiłem sobie gorącą kąpiel.

I to był strzał w dziesiątkę. Leżałem w gównianej, obskurnej łazience, made in późny Gierek, i cieszyłem się, że po długich, męczących miesiącach nie mam już bólu w nodze. Otumaniona prochami głowa cały czas wietrzyła jakiś podstęp, ale mnie to zupełnie nie obchodziło. Czułem dobro i ciepło, zupełnie jak wieki temu, w domu rodzinnym, ze śniegiem za oknem i piątkowym seansem ze statkiem Enterprise.

I marzyłem, żeby ta suka jeszcze raz przyszła, chociaż na chwilę. A moje modły zostały wysłuchane. Eteryczna postać powoli zmaterializowała się na skraju wanny, popatrzyła na mnie pustym wzrokiem i zaczęła mówić pełnym wyrzutu tonem:

– To zabawne, wiesz? Zostawiam cię tylko na chwilę, a ty odwalasz takie numery, i to teraz, na samym końcu.

Milczałem.

– A czy ty wiesz, ile kosztuje przeciętny bilet do kina?

Ostentacyjnie mocno beknąłem, rozsiewając mocny smród chmielu, ale ona tylko dobrotliwie uśmiechnęła się.

– Ludzie kupują, oglądają i cały czas tylko marzą o tym, żeby znaleźć się w sytuacji jak z filmu, a jak to się dzieje, to nagle chowają głowę w piasek. To są właśnie prawdziwi ślepcy. Tak było dwa tysiące lat temu, tak jest i teraz. Od tamtego czasu zupełnie nic się nie zmieniło.

Nic nie mówiłem, patrząc na nią bezczelnie i dalej prowokując ją wzrokiem.

– Zabawnie robi się, jak zobaczysz, kto najlepiej poznał, że całe życie to jeden wielki matriks. Ironiczne, bo kiedyś tak mówili nieliczni uczniowie Platona, a teraz filozofami są całe tłumy, wszyscy ci, którzy wyciągają rękę po socjal czy siedzą w więzieniu. A wiesz dlaczego? – Kobieta zaśmiała się zupełnie jakby opowiedziała dobry dowcip. – Bo oni nie mają złudzeń, że kiedyś cokolwiek się zmieni. I doskonale wiedzą, że te wszystkie Trumpy, Tuski czy Nataniahu to tylko figuranci, pacynki, które nigdy nie oddadzą raz zdobytej władzy, a przynajmniej nie wtedy, gdy prawdziwi panowie nie będą mieli takiego kaprysu.

– Kim ty właściwie jesteś? – westchnąłem ciężko.

– Matką Polką czy jak tam sobie chcesz.

– To co teraz?

Nic odpowiedziała, tylko złapała mnie za rękę. Chciałem się wyrwać, ale uścisk był zdecydowany i twardy. Same zamykały mi się oczy i w końcu było mi bardzo dobrze. Chociaż to sprzeczne, marzyłem o spokoju, ale i nowych przygodach.

 

***

 

Ktoś mnie mocno szarpał za ramię. Zareagowałem gwałtownie, zrywając się od razu i instynktownie szukając miecza, a potem nagle przypomniałem sobie gdzie teraz jestem.

Wyszedłem przed namiot. Zewsząd dobiegały zwykłe odgłosy budzącego się obozu, śmiechy, nawoływania, śpiewy wędrownych grajków i wiele innych rzeczy. Spojrzałem też w stronę akademii, ale tam widać było tylko mgłę, snującą się wyraźnie dalej niż wczoraj, zupełnie jakby coś cofnęło się przed naszą potęgą albo celowo ustąpiło nam pola na walkę na śmierć i życie.

Wszyscy wokół niby byli spokojni, ale poniekąd gdzieś się spieszyli. Umyłem się i zjadłem strawę przygotowaną przez Maćko, słysząc potrójne, a potem podwójne fanfary, i akurat kończyłem dopinanie zbroi, gdy oficjalnie odtrąbiono na zbiórkę.

Nasze wojsko słynęło ze swojej dyscypliny. Każdy znał swoje miejsce i ustawiliśmy się dosyć szybko, tymczasem przed czoło szerokiej na sześćset łokci armii wysunął się sam generał, który zaczął przemawiać głosem wzmacnianym przez przenośne żaby-szczekaczki:

– Żołnierze! Mieszkańcy magicznej krainy! Nadeszła chwila odwiecznej walki dobra ze złem! Wiem, że jesteście przygotowani i dacie z siebie wszystko!

W mojej głowie niczym projekcja filmu pojawił się plan bitwy. Mieliśmy iść całą ławą, wpierw drobnica, a potem konni. Nie wyjaśniono roli czarowników, ale miałem to najzupełniej gdzieś.

Zaczęliśmy zbliżać się do szarości, z każdą sekundą czując coraz większy chłód. Widzieliśmy wyraźnie, że w środku kotłowało się coraz mniej.

Wszystko ucichło.

I nagle z chmury wyszły zastępy szkieletów z metalowymi tarczami i mieczami.

– Hurraaaaa! – Ruszyliśmy biegiem, ścierając się z nimi na ogromnym polu.

Ruch, cięcie, nawrót. I jeszcze raz.

Walczyłem w ciężkiej zbroi, wymachując na koniu mieczem na lewo i prawo, i wyglądało to zupełnie jak pod Rodanem. Zewsząd otaczał mnie ruch i szczęk oręża, kruszącego i rozbijającego kości. Kulawek dawał z siebie wszystko, miażdżąc bestie w kolejnych nawrotach, tych jednak było coraz więcej i więcej. Zaczęliśmy odczuwać powoli zmęczenie, ale sił dodawały nam harce naszego mistrza walk wschodu i to, co wyprawiały kobiety. Wszędzie latały jakieś kulki i gwiazdki, a kilka razy widziałem słup ognia z paszczy smoka, ale jakiś taki niemrawy, bo ten musiał chyba wziąć łapówkę na boku, miał ciężką noc ze swoją smoczycą czy może zapomniał papryczek chili.

I wtedy nagle coś eksplodowało.

Wszyscy upadli, a ja spadłem z konia, otoczony awaryjnym polem ochronnym, kupionym od jednego z handlarzy na ulicy Pokątnej na samej granicy królestwa. Na chwilę mnie zamroczyło, ale potem podniosłem się, ze zdziwieniem widząc, że szkielety również miały problem, podobnie jak my.

– Wstawajcie! Trzeba walczyć! Bronić się! Atakować! – Zacząłem szarpać wszystkich wokół, próbując ich dobudzić.

Patrzyli się głupkowato i w końcu podnosili, ale nic nie mówili.

– Tadam! – W powietrzu uniósł się dźwięk, który gdzieś jakby słyszałem, a z chmury wynurzyła się grupa ciemnoskórych młodzieńców, promieniujących jasną aurą.

Wszyscy wokół mnie jakby się obudzili. Powoli ruszyliśmy w stronę przybyszy szykiem bojowym, ale stanęliśmy jak wryci, bo nasze kobiety wyprzedziły nas i otoczyły ich ciasnym kółkiem, odgradzając i z zachwytem komentując ich męskość.

– Przynoszę wam dary. Te kamyczki wystarczy położyć na dłoni. – Jeden z nich wziął za rękę jedną z młodszych, bardziej podatnych elfek, i skała zaczęła wwiercać się w jej drobne ciałko, nie wywołując przy tym żadnej reakcji.

– To nie boli. I jest wspaniałe. – Dziewczyna przyłożyła dłoń niemal do serca i zobaczyłem, że kamień pęka na mniejsze, a ona podaje okruchy innym.

– Przestańcie! To nie jest tego warte! – Zacząłem krzyczeć, ale one też poddawane były tej samej przemianie.

Z przerażeniem patrzyłem, jak w jednej chwili przeobrażają się ich twarze, jak ucieka z nich cała radość, i wszystkie wyraźnie czują się samotne i marzą o tym, co dobre. I jeszcze zaczynają wciągać w to całe otoczenie, przenosząc swoją frustrację i smutek.

– Ty jesteś zły. – Jedna z kobiet odwróciła się i wysunęła w moją stronę palec, który zaczął zmieniać się w szpon wiedźmy, a w każdym razie takie miałem wrażenie.

– Tak jest. Za dużo gadasz i robisz – dorzuciła któraś z boku.

– I głowa mnie boli, jak ciebie słucham.

– I mnie. I mnie. – Dołączał do tego coraz liczniejszy chór głosów.

– Zignorować go.

– Wyrzucić. Wyrzucić. Wyrzucić.

– Bo tacy to tylko przynoszą zło.

– Problemy. Problemy. Problemy.

Oni wytykali mnie palcem, a ja stałem przerażony i sparaliżowany. I nagle stanęli na baczność jak jeden mąż, ci wszyscy zarażeni, mężczyźni, kobiety i inne stwory, kładąc rękę na swoim sercu. I widziałem, jak wyciągają stamtąd kawałki złotej nici, a te ulatywały i rozpadały się w powietrzu.

Nie mogłem na to więcej patrzeć.

Uciekłem, nie wiedząc, co zrobić, i zupełnie nie myśląc o koniu, słudze ani nikim i niczym. I właśnie znalazłem się sam w stumilowym lesie. Biegłem, aż w końcu się zmęczyłem. I wtedy usiadłem na ziemi na jednej z licznych polan.

– No i co tak się mażesz?

Głosik był dziecięcy. Patrzyłem teraz na chłopca, który miał przed ustami kółko, zupełnie jak Jimmy z Ed, Edd i Eddy. Malec był wielkości krasnala i dorastał mi ledwie do kolan, a obok niego stał garbus.

– Ty nie jesteś prawdziwy – rzuciłem do niego, a on tylko wzruszył ramionami i po chwili zamienił się w prawdziwego krasnoluda, takiego z toporem i rudą, gęstą brodą.

– A ty wyraźnie wolisz Tolkiena. – Spojrzał po sobie. – Tego prawdziwego, a nie jakieś marne podróbki.

Z wrażenia aż otworzyłem usta. Nie wiedziałem co powiedzieć, na co on tylko roześmiał się:

– Czas przywrócić właściwą kolej rzeczy.

– Ale tak we dwóch czy trzech?

– A co? Strach cię obleciał? Nie takie rzeczy się kiedyś robiło. – Puścił do mnie oczko.

– Byłem tam. – Garbus spojrzał na nas żałośnie.

– Gdzie byłeś?

– No tam. W stolicy. Czas teraz inaczej płynie. I dużo się dzieje.

– I co widziałeś?

– Trzymają w rękach takie małe śmieszne pudełka z kamyczkami. Nie reagują na nic. Zabrałem jednemu i od razu zrobił się agresywny.

– Gonił cię?

– I to jak, zupełnie jakby od tego zależało całe jego życie.

– A te pudełka? Nie zaraziłeś się?

– Nie, nie, przez rękawicę brałem. Wiem, co widziałem, i na mnie teraz nie liczcie.

I wtedy stał się prawdziwy cud. Polana zaroiła się od różnych zwierząt, które wyłaniały się zza drzew i patrzyły na nas pytająco.

– Dobro zawsze zwycięża. To jak? Idziemy? – Krasnolud spojrzał na nas, zarzucił topór na plecy i ruszył, głośno podgwizdując. – Hej ho! Hej ho! Na grzyby by się szło! Przy grzybiarkach by się stało, całe ciało się ruszało! Hej ho! hej ho! Na grzyby by się szło!

– Hej no! Poczekaj! – Ruszyłem za nim. – Jak mam cię zwać?

– Romeo. Bo całe życie szukam swojej Julii.

– Aha. Czyli wiódł ślepy kulawego – mruknąłem. – Tylko co my właściwie teraz zrobimy?

– Jak to co? Trzeba pójść do akademii i odwrócić to wszystko.

– I myślisz, że tak po prostu nas tam wpuszczą? Przecież to niedorzeczne.

– A widzisz tu kogoś? Rozejrzyj się tylko. – Nawet nie zauważyłem, jak znaleźliśmy się na polu niedawnej bitwy, teraz cichym i pustym.

– Może to jakaś zasadzka i magia? – Mimo wszystko nadal byłem sceptyczny.

– Może.

Weszliśmy w mgłę. Trzymaliśmy się razem i posuwaliśmy krok po kroku, uważnie nasłuchując odgłosów.

– Zobacz, strachy na lachy. To tylko maszyny do generowania dymu. – W końcu wyszliśmy z tej zupy, a on pokazał na ogromne konstrukcje, rozstawione wszędzie w zasięgu wzroku.

Przed nimi rozciągały się bezkresne łąki, a pośrodku, na niewielkim wzgórzu, stała słynna akademia. Byłem po raz pierwszy w tym miejscu. Słyszałem o nim, ale i tak przytłoczyła mnie wielkość całej konstrukcji. Zamek wyglądał podobnie jak twierdza w Malborku, ewentualnie jak miejscówka z „Harrego Portiera”.

– Musicie zacząć od głównej auli. – Przed nami w jednej chwili zmaterializowała się starsza pani w wiśniowym kapeluszu i kostiumie, siedząca przy marmurowym stoliczku z porcelanowa filiżanką i podstawką w dłoniach.

– A ty wyglądasz jak jakaś królowa. – Pokazałem na niewielką torebkę przy jej ramieniu, dopasowaną kolorem do reszty, i dwa niewielkie pieski, leżące obok stóp.

– Poniekąd, szanowny gentlemanie. Poniekąd. Powodzenia. – Kobieta uniosła filiżankę, a my zaczęliśmy zbliżać się do zamku.

Ogromne metalowe odrzwia były otwarte. Weszliśmy na dziedziniec i skierowaliśmy do głównego budynku, na wprost bramy wjazdowej, a tam do ogromnej sali, gdzie panował półmrok. Poczułem zapach wiekowego drewna, najwyraźniej unoszący się z drewnianych ławek, zrobionych ze szlachetnego materiału. I tu przeżyliśmy prawdziwy szok. Na katedrze stał profesor, a na swoich miejscach siedzieli studenci. Wszyscy zastygli w przeróżnych pozach, jednak sprawiali żywych, i świadczył o tym tylko ruch ich piersi.

Chodziliśmy i patrzyliśmy po sobie, ale poza nimi najwyraźniej nie było tu nic ciekawego. I wtedy nagle usłyszeliśmy hałas z korytarza. Gnom dał mi znak, że mam zacząć się skradać do wyjścia, a potem wyjrzeć, wzajemnie się osłaniając.

Na korytarzu dostrzegłem niskiego potworka z paskudnymi oczkami, małą czapeczką i długą, spiczastą brodą, ciągnącego worek z jakimiś kosztownościami. Robił niemiłosierny hałas. Skradaliśmy się w jego stronę, nagle jednak, najwyraźniej wiedziony szóstym zmysłem, gwałtownie obrócił się i zaczął cofać, uważnie nas obserwując.

– Bierz go, to goblin. Jak nam ucieknie, to szukaj wiatru w polu.

Stworek z ogromnym, zakrzywionym nosem w jednej chwili nabrał werwy i szybko próbował wczołgać się do kanału wentylacyjnego, ale przeszkadzała mu ogromna tusza.

– A to się napasł – mruknąłem, łapiąc go, stawiając do pionu i przypierając do muru. – Co tu robisz? I dlaczego uciekłeś?

Stworek nie odpowiadał, tymczasem dobiegł nas kolejny hałas, tym razem z budynku obok.

– Masz być cicho. – Gnom przykazał mu krępując łapy sznurkiem i spojrzał na mnie. – A my idziemy do wydziału fizyki. Trzymaj go przed sobą.

Ruszyliśmy. Pociągnąłem małego złośliwca, a ten skulił uszy i spojrzał na mnie, chyba szukając ratunku.

– To wydział fizyki. Idziemy tam. – Romeo najwyraźniej doskonale znał rozkład tego miejsca, bo po wejściu do środka od razu skierował się w lewo.

Znaleźliśmy się przy jakimś wejściu, a on zbliżył się do mnie i oznajmił szeptem:

– Tam jest ich pewnie więcej. Musimy złapać przywódcę. Ja pierwszy, ty za mną, osłaniasz.

Kiwnąłem głową, podczas gdy krasnolud stanął z drugiej strony i pokazał mi gestami, co i jak. Wkroczyliśmy do środka z głośnym wrzaskiem i stanęliśmy jak wryci, widząc dużą komnatę, chyba do spotkań, obecnie pustą, z tronem z mieczy i dziwną wieżą ze złomu z wielkim zielonym kryształem na szczycie i ogromną szpulką ze złotą nicią.

Na tronie siedział kolejny goblin, wyraźnie większy i bardziej pomarszczony niż nasz więzień.

– Nie bić! Nie bić! – Jego głos był skrzekliwy, zupełnie jakby mówiła to stara ropucha. – Podzielimy się!

– A ładnie to ludzi tak niewolić?

– Sami się dali wkręcić. – Jego uszy zabawnie drgały gdy to mówił.

– Ale wiedziałeś w co się pakują.

– Dałem im marzenia. To uczciwy deal.

– Nie można tak niszczyć ludzi. Zabierać im duszy.

– Sami sobie winni. – Wzruszył ramionami. – Wystarczyło tylko nie zaprzeczać.

– A to? Co to niby ma być? – Pokazałem na wieżę.

– Drukarka. Możemy zbudować co tylko chcemy. – Uśmiechnął się najwyraźniej dumny z tego wynalazku i zobaczyłem błysk w jego oku, ale zignorowałem je, czując dziwne uczucie.

– Czyli kradniecie ludziom pomysły. A potem sami je sprzedajecie. – Zacząłem podchodzić do wieży, ale z każdym kolejnym krokiem było mi coraz bardziej słabo.

 

***

 

Stałem w dosyć dużej, zniszczonej sali, która od razu kojarzyła się z jakimś dworkiem. I nagle zobaczyłem to samo miejsce w zupełnie innym świetle, z pobielanymi ścianami, drewnianymi oknami i klepką w jodełkę, żyrandolem i rozpalonym kominkiem, z którego przyjemne buchało ciepło. Do środka wpadało światło księżyca. Jedynym meblem był tu bujany fotel, na którym siedziała młoda kobieta, trzymająca w ręku małe zawiniątko. Jej wychudzona twarz zdradzała ślady straszliwego niedożywienia, a ja wiedziałem, że nie ma pokarmu dla dziecka ani co włożyć do garnka.

Zamarło mi serce i włosy stanęły dęba, gdy spojrzała na mnie i przyłożyła palec do ust, wyraźnie prosząc o ciszę. Smutne oczy wyrażały teraz prawdziwą rozpacz, a ona sama zaczęła śpiewać ledwo słyszalnym głosem:

– Lulajże Jezuniu, moja perełko… lulaj ulu-bioone me pieeeeścidełko…

Maleństwo już spało, gdy dało się słyszeć tłumiony odgłos kopyt i rżenie zbliżających się koni. Gdzieś z boku otworzyły się ze skrzypieniem drzwi. Ktoś zamknął je z ogromnym hukiem, a potem szybko wszedł do pokoju. Zobaczyłem mężczyznę w kożuchu, który zaczął energicznie otrzepywać się ze śniegu.

– Dobrze, że jesteś. – Kobieta mówiła przyciszonym głosem. – Marta jest w kuchni. Czeka z kolacją.

Mężczyzna nic nie odpowiedział, tylko podszedł do niej i pocałował ją w czoło. A mnie jakby piorun strzelił.

 

***

 

– Nieeeee! – Leżałem na podłodze i przez chwilę wymachiwałem rękami, najwyraźniej opędzając się od niewidzialnych wrogów.

Po chwili na szczęście wrócił mi rozsądek, a ja usiadłem patrząc na gnoma i goblinów.

– Musiałem upaść i rozbić kryształ. – Lekko oszołomiony wyartykułowałem to co nie wymagało wyjaśnienia.

– To chyba jasne. Oczywista oczywistość. – Krasnal uśmiechnął się złośliwie, a król goblinów i jego podwładny tylko się skulili.

– Jak myślisz, czy będą pisać o nas legendy?

– To przejdzie do historii. Na pewno.

– I będzie już dobrze?

– Nie. Ale znowu się zbierzemy. I damy odpór siłom zła.

– Ale teraz to wszystko?

– O tak.

Kątem oka zobaczyłem jakiś ruch. Za oknami pojawili się ludzie, krasnoludy i inne stworzenia, wyraźnie zajmujące się swoimi sprawami. W auli zrobiło się tłoczno, co ciekawe, słowa uznania dla całej sytuacji okazało tylko kilku staruszków. Patrzyłem na nich wszystkich, a oni wznieśli ręce do góry i zaczęli wiwatować.

A potem poszliśmy na piwo, cydr i świeży kwas chlebowy.

Tego dnia spałem naprawdę spokojnie.

 

***

 

Obudziłem się na łóżku szpitalnym. Wiedziałem, że czuję się o niebo lepiej, a do tego zobaczyłem starszego pana w lekarskim kitlu.

– Był pan na granicy świadomości. – Doktorek uśmiechnął się dobrotliwie. – Pogotowie wezwała sąsiadka z dołu.

– Dziękuję. – Popatrzyłem na niego z wdzięcznością, że nie mówi nic o podłużnych śladach na mojej ręce, a on zrobił znajomy gest, od którego zrobiło mi się gorąco, tym bardziej, że w głowie cały czas miałem słowa o stumilowym lesie.

I wtedy zza okna doszedł mnie jakby odgłos grzmotu, ale taki trochę bardziej rytmiczny. Doktor zrobił lekko zmieszaną minę, nic jednak nie mówił. Nie musiał.

– Ile? – Ciężko westchnąłem.

– Dwadzieścia kilometrów. Nasi chłopcy dzielnie się bronią, ale to tylko kwestia czasu. I może tak być, że w nocy nie będzie prądu.

– A władze?

– Szczury zawsze uciekają jako pierwsze – mruknął. – A wraz z nimi volksdeutsche i wszystkie dziunie.

– Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy. – Wziąłem głęboki oddech i zacisnąłem mimowolnie pięści i na wszelki wypadek szybko dodałem – Cytuję klasyka.

– Aha.

Od miesięcy nas ostrzegano, ale jako całość zachowywaliśmy się jak bezmyślna masa na Titanicu.

W tej chwili wiedziałem, jaka czeka mnie przyszłość i co muszę zrobić zaraz po wyjściu ze szpitala. Czułem, że takich jak ja, prawdziwych patriotów, jest znacznie więcej. I że znowu się zjednoczymy, współpracując razem i nie gapiąc się tylko w smartfony, które, niewłaściwie używane, zabrały nam duszę. A nasz kraj stanie się naprawdę wolny. Choćby nie wiem co się działo. W tym czy kolejnym wcieleniu.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

I znowu na mój dyżur przygotowane jest Twoje opowiadanie, Anonimie, i znowu dziękuję za oznaczenie wulgaryzmów, jednocześnie ubolewając, że brak oznaczenia erotyki, której ponownie jest tu masa…

 

Poza tym w nadmiarze występują powtórzenia, czyli usterki stylistyczne, np.:

I wtedy nagle pomiędzy drugim i trzecim walcem melodia nagle urwała się, jakby ucięta nożem, a tłum zaczął szumieć i rozstępować się, niczym morze przed pewnym starożytnym mędrcem, którego imienia, jak na złość, nie mogłem sobie przypomnieć.

– Odmieniec! Podburza ludzi! Na krzyż z nim! – krzyknął ktoś z tłumu, ale król spojrzał spokojnym, choć groźnym wzrokiem, i wydał tylko jeden krótki rozkaz, pokazując na kogoś po swojej prawej. – Pertraktować.

– Tak jest! – Do bocznego wyjścia na krótkich nóżkach ochoczo pobiegł jeden z licznych, tłuściutkich i okrągłych jak wieprzek sekretarzy.

Hiszpan miał do pomocy same szemrane towarzystwo, ale mnie to zupełnie nie obchodziło. Od dawna trzymałem się z daleka od kłopotów. Nie znosiłem hazardu, ale był jeszcze inny, znacznie ważniejszy powód. Należałem raczej do dolnego pułapu klasy średniej i nie wspierałem szemranej bandy miedzianego Joe wciskającego kredyty „sejf plus”, na warunkach najzupełniej losowych, ustalanych co tydzień przez wierzby na wschodnim gościńcu.

Ostatnie, co zapamiętałem, była desperacka próba krzyku i wyrwania się z rąk moich prześladowców. Było coś jeszcze, ale skrywało się za grubą i ciężką kotarą z niepewności i bólu, niewyraźne i mocno zamglone. Oni ze mną walczyli, a ja czułem pismo nosem i nie chciałem wracać do tej rzeczywistości. Było mi zimno i czułem, że coś mnie boli tu i tam.

 

Zdarzają się też usterki interpunkcyjne, np.:

Mocy przybywaj!

 

Są i usterki gramatyczne, np.:

Hiszpan miał do pomocy same szemrane towarzystwo, ale mnie to zupełnie nie obchodziło.

 

Występują także błędy składniowe i logiczne, np.:

Wkroczyłem tam, skinąłem głową lokalnemu wykidajło i zacząłem przeciskać przez tłum, mimowolnie zatrzymując przy największym stole do pokera, gdzie akurat trwała dosyć ożywiona dyskusja: – CO/KOGO „zaczął przeciskać przez tłum”?

Nie za bardzo zwracałem na nic uwagi, przepuściłem tylko kilku podchmielonych młodzików, którzy kierowali się na pięterko naiwnie wierząc, że nie wyjdą stąd jak ich pan Bóg stworzył, i ruszyłem w stronę długich schodów, które kończyły się w znacznie lepszej części tego przybytku. – ???

Ostatnie, co zapamiętałem, była desperacka próba krzyku i wyrwania się z rąk moich prześladowców.

 

Ogólnie nie porwało, wsadziłeś za dużo wymieszanych ze sobą szczegółów z rozmaitych filmów, książek i przypowieści; na tym kończę wypisywanie usterek, bo tekst jest do generalnej poprawy.

 

Pozdrawiam serdecznie i tradycyjnie życzę Ci powodzenia, Anonimie. :)

 

Witaj Anonimie!

Dyżurowanie czas zacząć, ale i tak bym przeczytał bo fantasy jest moim gatunkiem.

 

Zaważyłem kilka osób” → Zauważyłem?

 

Nie cie widzę” → Nic nie widzę?

 

Nic odpowiedziała, tylko złapała mnie…” → „Nie odpowiedziała, tylko złapała mnie…” ?

 

Więcej nie wychwyciłem albo bylo na tyle mniej irytujące, że pominąłem.

 

Szczerze? bruce, może nie porwało ale ja nieźle się bawiłem, na tyle że kliknę.

A dlaczego?

 

 

Bo fajny pomysł:) Połączyć groteskowe fantasy, popkulturę, satyrę społeczną, historię uzależnienia i motyw wojny. 

 

Niesamowita mieszanka, a że satyry społecznej w połączeniu z fantasy bardzo lubię w szczególności jak to robi Sapkowski czy Praczet – to łyknąłem :)

Dodatkowo rzuciłeś Anominie, chociaż mam wrażenie, że wiem z kim rozmawiam, kilka fajnych wątków z różnych z kiku fantasy i przeniosłeś swój komentarz na rzeczywistość. Dokładnie to co ja bardzo lubię w tymże gatunku.

Problemem jest to, że starałeś się zmieścić to to wszystko w tym tekście, co dla ludzi oczekujących konkretnych morałów podanych na tacy może się wydawać przytłaczające. 

No i wylewający się ironiczny humor – moje klimaty jako ponury komentarze do rzeczywistości. 

Siadło!. Podobało mi się i klikam :) I nawet wezmę pod uwagę pod opko miesiąca.

 

 

EDIT.

 

Po zastanowieniu zglaszam opko, do piórka. 

Nowa Fantastyka