Po sprawie Alny przez kilka dni w karczmie Pod Suchym Dębem mówiło się ciszej.
Nie cały czas. Karczma nie była miejscem, które potrafiło milczeć długo. Kufle dalej stukały o stoły, konie parskały w stajni, deszcz dalej znajdował dziury w dachu, a Barek dalej udawał, że piwo nie jest rozcieńczane.
Ale coś zostało.
Ludzie patrzyli na stud
nie inaczej. Na córki inaczej. Na ojców też.
A kiedy ktoś mówił, że dziewczyna „uciekła", nikt już nie śmiał się z tego tak łatwo.
Lerr siedział przy końcu lady, tam gdzie od kilku wieczorów zajmował to samo miejsce.
Przed nim stał kufel, którego jeszcze nie tknął, i mała świeca, ustawiona bliżej niż zwykle. W jej świetle leżał na blacie kawałek starego rzemienia, dwa metalowe haczyki i grudka szarego popiołu zawinięta w płótno. Resztki sprawy, której nikt już nie nazywał ucieczką.
Barek spojrzał na to znad czyszczonego kufla. Odłożył szmatę, oparł ciężkie, czerwone od zmywania garów przedramiona o blat i spojrzał na Lerra tak, jak patrzy się na kogoś, kto dobrowolnie szuka guza.
– Zostawisz to kiedyś?
Lerr przesunął grudkę popiołu końcem noża.
– Co?
– Sprawy.
– Sprawy zostawiają ludzi częściej niż ludzie sprawy.
– Brzmi jak coś, co powiedziałby Morn.
Z kąta przy palenisku stary bywalec uniósł głowę, jakby ktoś szturchnął go kijem.
– Nie obrażaj mnie, Bareku. Ja mówię mądrzej, tylko niewyraźnie.
Sella parsknęła, przechodząc obok z tacą.
– Mówisz głównie mokro.
– Bo język trzeba smarować.
– Ty go topisz.
Morn podniósł kufel w jej stronę, uznając to najwyraźniej za toast.
Tavik siedział przy drzwiach do stajni i udawał, że reperuje pasek od uprzęży. Robił to źle, ale z takim skupieniem, że tylko człowiek całkiem pozbawiony serca mógłby mu przerwać.
Sella nie była pozbawiona serca.
– Tavik – rzuciła. – Jeśli jeszcze raz przewleczesz to przez tę samą dziurę, koń sam cię kopnie z litości.
Chłopak spojrzał na pasek.
– Wiem, co robię.
– To przestań.
Barek oparł się o ladę. Był zmęczony. Ostatnie dni postarzyły go bardziej niż cała zima. U niego zmęczenie nie objawiało się ciszą, tylko krótszym oddechem i tym, że rzadziej żartował jako pierwszy.
– Ludzie będą przychodzić – powiedział cicho, bardziej do Lerra niż do reszty.
Lerr nie podniósł wzroku.
– Ludzie zawsze przychodzą do karczm.
– Nie po piwo.
– Po piwo najuczciwiej.
– Wiesz, o czym mówię.
Lerr założył okulary, przyjrzał się haczykowi i dopiero potem odpowiedział:
– Wiem. Dlatego udaję, że nie.
Barek chciał coś powiedzieć, ale wtedy drzwi otworzyły się gwałtownie.
Do środka wpadł wiatr, smród gnijącej rzęsy wodnej i mężczyzna, który wyglądał, jakby przez ostatnie godziny kłócił się z bagnem i przegrał. W dusznej izbie, dotąd pachnącej kwaśnym piwem i dymem z torfu, nagle zrobiło się chłodno.
Był niski, szeroki w ramionach, cały w błocie od kolan po pas. Włosy miał tłuste, zmierzwione od potu, twarz poszarzałą, a oczy takie, jakie mają ludzie, którzy biegną długo, zanim pozwolą sobie zrozumieć, przed czym.
Sella pierwsza postawiła tacę na stole.
Barek odłożył kufel.
Lerr nie poruszył się wcale.
Mężczyzna rozejrzał się po izbie. Jego spojrzenie minęło ludzi przy stołach, zatrzymało się na Bareku, potem na Lerrze i wróciło do Bareka. Jakby uznał, że łatwiej prosić człowieka, który wyglądał na mniej ostrą krawędź.
– Ty jesteś Barek? – zapytał.
– Zależy, kto pyta.
– Rost. Od grobli.
Morn przy palenisku chrząknął.
– Grobla nie ma ludzi. Grobla ma błoto, kamień i długi.
Rost nawet na niego nie spojrzał.
– Powiedzieli, że mam przyjść tutaj.
– Kto powiedział? – zapytał Barek.
– Ludzie.
– Ludzie mówią też, że nie rozcieńczam piwa.
Lerr w końcu podniósł wzrok.
Rost trzymał czapkę w obu dłoniach. Ugniatał ją tak mocno, że brudna woda kapała na podłogę.
– Zabrał go – powiedział.
Karczma przycichła.
Nie całkiem. Nigdy całkiem. Ale rozmowy nagle straciły język.
Barek zmrużył oczy.
– Kto?
Rost przełknął ślinę.
– Wilk.
Morn zaczął się śmiać.
Nie głośno. Sucho, krótko, jak człowiek, który usłyszał dowcip opowiadany od czterdziestu lat.
– Kłoczysko spod grobli – mruknął Morn, a jego głos na sekundę stracił pijacką chrypę.
– No proszę. Stary skurwiel wrócił. Dziadowie gadali, że to nie ma kości, tylko ścięgna i złość, a rodzi się z mułu, kiedy ziemia zbyt długo pije krew.
Sella spojrzała na niego ostro.
– Morn. Znowu pijesz na pusty żołądek i bajdurzysz.
– Co? Ja go znam. Mój stary widział, jak to potrafi biec po wodzie i nie rwać rzęsy.
Rost odwrócił się ku niemu gwałtownie.
– To nie bajka.
– Nigdy nie mówiłem, że bajki kłamią. Mówiłem tylko, że ludzie wierzą w nie z lenistwa.
Lerr zdjął okulary i schował je do futerału.
– Kogo zabrał?
Rost spojrzał na niego nieufnie.
– A ty kto?
– Ktoś, kto jeszcze nie wie, czy mówisz o wilku, człowieku czy strachu.
– Lerr – powiedział Barek. – Mów.
Rost potarł twarz dłońmi. Zostawił na policzkach smugi błota. Lerr przyjrzał się tym smugom. Błoto z grobli było czarne, tłuste, wymieszane z rzecznym piaskiem. Zupełnie inne niż ruda glina, którą rolnicy mieli na butach wokół karczmy.
– Pasterz. Imieniem Joren. Pilnował owiec przy grobli. Wczoraj wieczorem nie wrócił. Rano znaleźliśmy krew, wełnę, ślady… wielkie ślady. Jak wilk, ale większy. Dużo większy.
Przy jednym ze stołów ktoś splunął przez ramię.
– Mówiłem – burknął jakiś woźnica. – Mokradła są przeklęte.
Sella przewróciła oczami.
– Wszystko jest przeklęte, jak człowiek nie wie, kto to zrobił.
Lerr wstał powoli.
Nie dlatego, że już zdecydował. Tylko dlatego, że stojąc lepiej widział Rosta.
– Ciało?
Rost zawahał się.
– Nie ma.
– Czyli wilk go zabrał?
– Tak mówią.
– Ja pytam, co widziałeś.
Mężczyzna otworzył usta, zamknął je, potem spojrzał na Bareka.
Barek skinął głową.
– Odpowiadaj jemu. To męczące, ale pomaga.
Rost odetchnął ciężko.
– Widziałem krew. Na kamieniach przy przepuście. I ślady w błocie. Prowadziły w trzciny.
– Poszliście za nimi?
– Do połowy.
– Czemu nie dalej?
Rost spuścił wzrok.
– Bo nikt nie chciał.
– Ty też nie?
– Ja najbardziej nie.
Lerr patrzył na niego długo.
– Kto zgłosił sprawę straży?
– Mira. Siostra Jorena.
– Straż była?
Rost skinął głową.
– Dwóch z posterunku w Wysokim Brodzie. Popatrzyli, powiedzieli, że zwierzę. Żeby nie chodzić po zmroku. Żeby zebrać owce bliżej domów.
– I zamknęli sprawę?
– Wpisali, że atak wilka.
Lerr dotknął rękojeści starego strażniczego noża. Przesunął kciukiem po wytartym rogowej oprawie rękojeści, jakby sprawdzał, czy stal pamięta jeszcze czasy, gdy raporty pisało się dla prawdy, a nie dla świętego spokoju.
Barek to zauważył.
Sella też.
Tavik przestał udawać, że naprawia uprząż.
– Bez ciała – powiedział Lerr.
– Była krew.
– Krew nie podpisuje raportów.
Rost zacisnął mokrą czapkę.
– Mira mówiła, że tak będzie. Że nie będą szukać. Że jak nie ma ciała, to im łatwiej. Ale ja widziałem ślady. To był wilk.
Morn wychylił się znad kufla.
– Wilki zabierają owce, chłopcze. Ludzi biorą tylko wtedy, gdy ludzie najpierw zrobią z siebie owce.
Rost odwrócił się ku niemu z gniewem.
– Ty się śmiejesz?
– Nie. Śmiałem się wcześniej. Teraz ostrzegam.
– Przed czym?
Morn zamyślił się, jakby pytanie było za trudne albo kufel za pusty.
– Przed wilkiem, który nie zostawia sierści.
Lerr spojrzał na niego.
Morn zauważył to i uśmiechnął się dziurawo.
– A czasem zostawia koła.
Barek westchnął.
– Znowu zaczynasz.
– Ja nigdy nie kończę. To moja przewaga.
Lerr wrócił wzrokiem do Rosta.
– Morn powiedział „przepust".
– Ja powiedziałem przepust – poprawił Rost.
– Powiedziałeś też, że krew była przy nim. Stara grobla ma przejście pod spodem?
Rost zesztywniał.
Zbyt szybko.
– Miała – powiedział po chwili. – Dawno temu. Zawalony.
– Dawno?
– Przed moim ojcem.
Morn chrząknął.
– Przed jego ojcem było tam sucho. Przed jego dziadem jeździły tam wozy. A przed moim pierwszym zębem ludzie jeszcze umieli kłamać z wdziękiem.
Barek spojrzał na starca.
– Ty naprawdę znasz tę groblę?
– Znałem ludzi, którzy mówili, że ją znają. To prawie to samo, tylko mniej błota w butach.
Lerr podszedł do Rosta.
– Dlaczego przyszedłeś do Bareka?
Rost zacisnął usta.
– Mira kazała.
– Dlaczego nie przyszła sama?
– Pilnuje matki. I owiec. I tego, żeby ludzie nie gadali, że Joren był głupi, bo został po zmroku.
– Był?
Rost spojrzał na niego niepewnie.
– Co?
– Głupi.
– Nie. Ostrożny. Za ostrożny czasem. Nie pił, nie grał, nie chodził do kobiet, nie kradł z cudzych zagród. Jeśli mówił, że wróci przed zmrokiem, wracał przed zmrokiem.
– A wczoraj?
– Nie wrócił.
Lerr skinął głową.
To nie była jeszcze sprawa.
Ale zaczynała mieć kształt.
– Kto ostatni widział go żywego?
– Mira. I chłopak od owiec. Mały Len. Ale on mówi tylko, że Joren wyszedł na groblę, bo coś płoszyło stado.
– Co?
– Wilk.
– Widział?
– Słyszał.
– Co słyszał?
Rost zawahał się.
– Wycie.
Przy stołach kilku ludzi poruszyło się niespokojnie.
Lerr spojrzał w stronę drzwi, jakby przez moment słuchał deszczu.
– Wilki wyją różnie – powiedział.
– To nie był zwykły wilk.
– Skąd wiesz?
Rost nie odpowiedział.
Sella podeszła do niego z kubkiem gorącego naparu.
– Siadaj, zanim zalejesz nam podłogę do końca.
– Nie mam czym zapłacić.
– To nie było pytanie.
Rost usiadł ostrożnie przy stole najbliżej lady. Dłonie mu drżały. Nie od zimna, przynajmniej nie tylko.
Tavik przysunął się bliżej.
– Jak duże były ślady?
Sella od razu odwróciła głowę.
– A ty gdzie?
– Ja tylko pytam.
– Właśnie tego się boję.
Rost spojrzał na chłopaka.
– Jak moja dłoń. Większe.
Tavik aż otworzył usta.
– Wilk nie ma takich łap.
– Ten ma – powiedział Rost.
Lerr spojrzał na Tavika.
– Skąd wiesz?
Chłopak zamarł, jakby nagle pożałował, że istnieje.
– No… widziałem ślady psów, wilków też, czasem przy lesie. Konie się płoszą, jak są blisko. Ale jak łapa jest za duża, to zwierzę inaczej stawia ciężar. Głębiej z przodu. I pazury…
Urwał.
Lerr czekał.
Tavik przełknął ślinę.
– Pazury nie idą równo. Nie jak w rysunku. – Tavik aż pociągnął mocniej za rzemień, tak że szorstka skóra oparzyła mu palce, ale nawet tego nie poczuł. – Zwierzę rwie grunt, a tu… tu było jakoś za czysto.
Na twarzy Lerra nie pojawił się uśmiech, ale Barek znał go dostatecznie długo, by zauważyć coś bliskiego aprobacie.
– Zapamiętaj to – powiedział Lerr.
Tavik wyprostował się odrobinę.
Sella westchnęła tak, jakby właśnie ktoś podsycił w chłopaku najgorszą możliwą ambicję.
– Nie – powiedziała. – Nie zapamiętuj. Zapomnij. Najlepiej od razu.
Morn uniósł palec.
– Chłopak już przepadł. Jak raz zobaczysz ślad, potem widzisz ślady nawet w zupie.
Lerr wrócił do lady i zapiął płaszcz.
Barek spojrzał na niego.
– Idziesz?
– Nie.
– Kłamiesz.
– Sprawdzam, czy nadal umiesz słuchać.
Barek sięgnął po swój płaszcz.
– Idę z tobą.
– Oczywiście.
– Nawet nie będziesz protestował?
– Przy mokradłach ktoś musi mówić za dużo, żeby ludzie myśleli, że to ja jestem spokojny.
Barek mruknął coś pod nosem, ale narzucił płaszcz na ramiona.
Tavik wstał natychmiast.
– Ja też.
– Nie – powiedzieli jednocześnie Lerr, Barek i Sella.
Chłopak spojrzał na każdego po kolei.
– Ale ja znam konie. I ślady.
– Znasz też stajnię – powiedziała Sella. – Zostań przy tym, co przeżyłeś.
Tavik zacisnął szczękę.
– Nie jestem dzieckiem.
Lerr podszedł do niego i zatrzymał się blisko. Nie groźnie. Wystarczająco.
– Właśnie dlatego zostajesz.
– To nie ma sensu.
– Ma. Dziecku kazałbym zostać, bo się boi. Tobie każę zostać, bo chcesz udowodnić, że się nie boisz.
Tavik nie znalazł odpowiedzi.
To zdarzało mu się rzadko i zawsze go bolało.
Sella wyglądała, jakby chciała przyznać Lerrowi rację, ale bardzo jej to przeszkadzało.
Rost dopił napar z trudem.
– Jeśli pójdziecie teraz, dojdziecie przed nocą.
– A jeśli nie? – zapytał Barek.
Rost spojrzał na niego.
– To usłyszycie wycie.
Morn zaśmiał się cicho do swojego kufla.
– Albo koła. Ludzie myślą, że to Kłoczysko wyje na bagnach, a Kłoczysko, jeśli już wyjdzie z mułu, to milczy. Poluje w ciszy. Wycie jest dla tych, którzy chcą, żeby pasterze siedzieli w domach, kiedy nocą idzie transport.
Lerr odwrócił się do niego, a blask świecy odbił się w jego okularach blado i chłodno.
– Co wiesz?
Stary pijak spojrzał na niego mętnymi oczami. Przez moment wyglądał naprawdę staro. Nie zabawnie. Nie teatralnie. Tylko jak człowiek, w którym zostało już więcej pamięci niż życia.
– Wiem, że grobla nie trzyma tajemnic. Ona je tylko przykrywa. Kamieniem, błotem, trawą. A potem przychodzi deszcz i wszystko znowu wychodzi na wierzch.
– Morn.
– Nie patrz tak na mnie, chłopcze. Jeszcze ci się zmarszczki pogłębią.
– Wozy.
Morn odwrócił kufel w dłoniach.
– Dawno temu jeździły tamtędy nocą. Nie główną drogą. Pod groblą, kiedy woda była niska. Czarne od smoły, żeby drewno nie gniło. Ciche, jeśli człowiek przekupił właściwego kowala i miał dobre osie.
W karczmie zapadła cisza. Gęsty dym z paleniska, gryzący w oczy i pachnący torfem, nagle wydał się nie do zniesienia. Nikt nie poruszył kuflem. Nawet woźnica przy oknie przestał przeżuwać stary chleb.
Barek powoli spojrzał na Lerra.
– Czarne wozy?
Morn uśmiechnął się bez radości.
– Nie mówiłem, że te Czarne Wozy. Mówiłem, że czarne wozy. Różnica ma znaczenie tylko dla tych, którzy chcą przeżyć przesłuchanie.
Lerr dotknął rękojeści noża.
– Kiedy?
– Kiedy ty miałeś mniej brody, a Barek więcej zębów.
– To dawno – mruknęła Sella.
Barek spojrzał na nią.
– Komu kibicujesz?
– Prawdzie. Dzisiaj jest zabawniejsza.
Lerr podszedł do drzwi.
Deszcz uderzył w próg, jakby czekał na niego cały wieczór.
Rost wstał zbyt szybko.
– Idę z wami.
– Nie – powiedział Lerr.
– To moja grobla.
– Tym bardziej.
– Mira mnie zabije, jeśli wrócę bez odpowiedzi.
– Jeśli pójdziesz z nami i zaczniesz się bać w złym momencie, nie wrócisz z żadną.
Rost zamilkł.
Barek położył mu ciężką dłoń na ramieniu.
– Zostań. Zjedz. Ogrzej się. Jak będziemy potrzebować, przyślemy po ciebie.
– A jeśli to naprawdę wilk?
Lerr zatrzymał się w progu.
Nie odwrócił się od razu.
– Wilk nie zamyka sprawy za straż.
Wyszedł pierwszy.
Barek ruszył za nim, poprawiając płaszcz. Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze i spojrzał na Sellę.
– Pilnuj karczmy.
– Zawsze to robię.
– I Tavika.
– To trudniejsze.
– Słyszę – burknął Tavik.
Sella spojrzała na niego słodko.
– Wiem.
Morn podniósł kufel w stronę wychodzących.
– Jak spotkacie wilka, spytajcie, kto mu podkuwał łapy.
Lerr spojrzał przez ramię.
– A jeśli odpowie?
Morn wyszczerzył resztki zębów.
– To uciekajcie. Gadające wilki zawsze pracują dla kogoś ważniejszego.
Lerr spojrzał na starca uważnie, jakby próbował przejrzeć mgłę w jego oczach, ale Morn znowu schował się za swoim kuflem.
Drzwi zamknęły się za Lerrem i Barekiem.
W karczmie przez chwilę nikt nie mówił.
Potem Rost usiadł ciężko, jakby dopiero teraz nogi przypomniały sobie, że mogą odmówić dalszej służby.
Sella postawiła przed nim miskę gulaszu.
– Jedz.
– Nie mam czym…
– Jeszcze raz to powiesz, a doliczę za słuchanie.
Tavik wrócił do uprzęży, ale nie patrzył już na pasek.
Patrzył na drzwi.
Morn zauważył to od razu.
– Nie idź za nimi, chłopcze.
– Nie idę.
– Kłamiesz jak młody pies. Głośno, zanim jeszcze szczeknie.
Tavik zacisnął palce na rzemieniu.
– Lerr powiedział, żebym został.
– I dlatego pójdziesz. Bo młodość to choroba, która każe człowiekowi myśleć, że zakaz jest mapą.
Sella odwróciła się powoli.
– Tavik.
Chłopak natychmiast spuścił wzrok.
– No co?
– Jak wyjdziesz za nimi, nie powiem Barekowi.
Tavik spojrzał na nią z nadzieją.
Sella pochyliła się nad stołem.
– Sama cię zabiję.
Morn zachichotał.
– Widzisz? Rodzina.
Za oknami deszcz gęstniał.
A gdzieś daleko, za mokradłami, za czarnymi wierzbami i starą groblą, coś zawyło.
Cicho.
Za cicho, by nazwać to dowodem.
Wystarczająco, by wszyscy w karczmie udali, że tego nie słyszeli.
Deszcz nie przestał padać ani na chwilę.
Nie był już tak gwałtowny jak przy wyjściu z karczmy Pod Suchym Dębem, ale za to stał się bardziej dokuczliwy. Siadł na świecie nisko, gęsto, prawie poziomo. Wchodził pod kaptur, wciskał się w rękawy, spływał po karku i robił z każdego kroku małą walkę z błotem.
Barek szedł pierwszy przez jakiś czas, bo znał drogę lepiej. Potem zwolnił i pozwolił Lerrowi iść obok.
– Wierzysz w tego wilka? – zapytał.
Lerr poprawił płaszcz na ramieniu.
– Nie widziałem śladów.
– Nie pytam, czy wierzysz śladom. Pytam, czy wierzysz w wilka.
– Wierzę w głodne zwierzęta.
– A w wielkie, przeklęte wilki spod grobli?
– Wierzę, że ludzie lubią dawać strachowi zęby.
Barek prychnął.
– Czyli nie.
– Czyli jeszcze nie.
Szli w milczeniu.
Droga prowadząca ku mokradłom była stara i źle utrzymana. Kiedyś musiała mieć znaczenie – świadczyły o tym resztki kamieni ułożonych pod warstwą błota, niski nasyp i gnijące słupy po dawnych znakach drogowych. Teraz wyglądała jak coś, co wieś pamiętała, ale urząd już nie.
Po obu stronach rosły niskie, krzywe wierzby. Ich gałęzie zwisały nad rowami pełnymi ciemnej wody. Trzciny szeleściły ciężko, choć wiatr był słaby. W błocie od czasu do czasu pękały bąble powietrza, jakby ziemia pod spodem oddychała przez zęby. Lerr poczuł, jak wilgoć wchodzi mu w lewy bark, budząc stary ból. Przełożył ciężar ciała na prawą stronę, ale nie zwolnił kroku. Ziemia pod ich stopami robiła się coraz bardziej miękka, zasysając buty ze słyszalnym, mlaskającym oporem.
– Nie lubię tego miejsca – powiedział Barek.
– Z powodu wilka?
– Z powodu błota.
– Uczciwszy powód.
Barek spojrzał na niego spod kaptura.
– Byłeś tu kiedyś?
– Dawno.
– W służbie?
Lerr nie odpowiedział od razu.
– Przy sprawie.
– Jakiej?
– Źle zamkniętej.
Barek chciał dopytać, ale znał ten ton. Lerr nie powiedziałby więcej, nawet gdyby deszcz zaczął zadawać pytania razem z nim.
Przed nimi droga uniosła się lekko. Z mgły i deszczu wyłoniła się grobla.
Była dłuższa, niż Barek zapamiętał. Kamienny grzbiet ciągnął się przez mokradła jak stary, częściowo zatopiony kręgosłup. Po jednej stronie leżała czarna woda, nieruchoma i gładka mimo deszczu. Po drugiej trzciny i niskie krzaki rosły tak gęsto, że nie było widać, gdzie kończy się ziemia, a zaczyna bagno.
Na środku grobli stało kilku ludzi.
Nie podeszli od razu.
Czekali.
Tak czekają ludzie, którzy bardzo chcą, żeby ktoś inny przejął od nich strach, ale nie chcą wyglądać, jakby prosili.
Najbliżej stała kobieta w ciemnej chuście, mokrej od deszczu. Miała może trzydzieści lat, może mniej, może więcej – bieda i brak snu robiły z twarzą to samo, co mróz z jabłkiem.Skórę wokół oczu miała ciemną, prawie fioletową od bezsenności, a dłonie, którymi kurczowo ściskała rąbek chusty, były czerwone, popękane od lodowatej wody i pracy przy lnie. Obok niej trzymał się mały chłopak z twarzą ukrytą w kołnierzu zbyt dużej kurtki.
Dalej stało dwóch chłopów z widłami i stary mężczyzna z latarnią.
Kobieta pierwsza ruszyła w ich stronę.
– Barek?
Barek zdjął kaptur mimo deszczu.
– Mira?
Skinęła głową.
– Rost doszedł?
– Doszedł.
Jej oczy przesunęły się na Lerra.
– To on?
– To Lerr.
Nie dodał nic więcej. Nie musiał.
Mira patrzyła na niego przez chwilę tak, jak patrzy się na narzędzie, którego przeznaczenia nie jest się pewnym.
– Straż już była – powiedziała.
– Słyszałem – odparł Lerr.
– Powiedzieli, że wilk.
– A ty?
Zacisnęła usta.
– Ja chcę wiedzieć, gdzie jest mój brat.
To była dobra odpowiedź.
Nie "kto zawinił".
Nie "zabijcie bestię".
Nie "pomścijcie go".
Gdzie jest mój brat.
Lerr skinął głową.
– Pokaż miejsce.
Mira odwróciła się i ruszyła w stronę niższego fragmentu grobli.
Chłopak, który stał obok niej, nie ruszył.
Lerr spojrzał na niego.
– To Len?
Mały skinął głową tak słabo, że prawie nie było tego widać.
– Słyszałeś wycie?
Twarz chłopca pobladła.
Mira odwróciła się gwałtownie.
– Nie teraz.
– Teraz – powiedział Lerr spokojnie. – Zanim ktoś opowie mu, co powinien pamiętać.
Kobieta chciała zaprotestować, ale Barek położył jej dłoń na ramieniu.
– On nie pyta, żeby go straszyć.
Spojrzała na Bareka.
– A po co?
– Bo potem będzie za późno.
Chłopiec przełknął ślinę.
– Słyszałem.
Lerr przykucnął przed nim, choć błoto natychmiast wciągnęło mu brzeg płaszcza.
– Skąd?
Len wskazał ręką na trzciny po lewej stronie grobli.
– Stamtąd.
– Daleko?
– Nie wiem.
– Było głośne?
Chłopiec zawahał się.
– Dziwne.
– Dziwne jak?
Len zacisnął ręce na kurtce.
– Jakby ktoś udawał.
Z tyłu, między chłopami z widłami, rozległ się szybki, lękliwy szept. Ktoś wymówił imię, które Morn rzucił w karczmie: Kłoczysko. Stary Wit uniósł latarnię, jakby blask tłuszczu mógł odgonić cień padający z bagniska.
Mira zamknęła oczy.
Barek odwrócił głowę w stronę trzcin.
Lerr przez chwilę patrzył tylko na chłopca.
– Powiedziałeś to straży?
Len skinął głową.
– I co?
– Pan strażnik powiedział, że dzieci słyszą różne rzeczy.
Lerr wstał.
Na jego twarzy nie zmieniło się nic, ale Barek zobaczył, jak palce prawej dłoni dotknęły rękojeści starego noża.
– Pokaż ślady – powiedział.
Mira poprowadziła ich niżej, do miejsca, gdzie grobla przechodziła w błotnisty zjazd ku trzcinom. Tam ziemia była rozkopana, rozdeptana i poorana śladami wielu stóp. Ktoś próbował zabezpieczyć miejsce, ale zrobił to mniej więcej tak, jak człowiek próbuje uratować tonącego, siadając mu na głowie.
Lerr zatrzymał się na krawędzi.
– Kto tu chodził?
Jeden z chłopów chrząknął.
– My. Straż. Rost. Mira. Ludzie.
– Wszyscy?
– No… każdy chciał zobaczyć.
– Oczywiście.
Barek usłyszał w tym jedno słowo więcej, niż zostało wypowiedziane: idioci.
Lerr zdjął okulary z rzemyka i założył je na nos. Potem przykucnął, uważając na lewą rękę. Deszcz spływał po szkłach, więc co chwilę musiał je przecierać kciukiem.
Na błocie rzeczywiście były ślady.
Duże.
Za duże.
Przypominały wilcze tropy, ale tak, jak rysunek wilka przypomina wilka komuś, kto widział zwierzę tylko zimą, z daleka i po kilku kubkach grzanego piwa. Odciski były głębokie, wyraźne, szeroko rozstawione. Pazury ostre. Poduszki łap ciężkie.
Barek pochylił się.
– No?
– Co "no"?
– Wygląda jak wilk.
– Wygląda jak ktoś, kto chciał, żeby wyglądało jak wilk.
Jeden z chłopów parsknął.
– Mądrzy z miasta zawsze tak gadają. Jak wilk zostawia ślad, to znaczy, że wilk szedł.
Lerr nawet na niego nie spojrzał.
– Wilk nie stawia łap co trzy stopy jak pijany dekarz po linie.
Chłop zamilkł.
Barek przyjrzał się śladom uważniej.
– Za równo?
– Za powtarzalnie.
Lerr wbił ostrze noża najpierw w jeden ślad, potem w drugi, mierząc głębokość kciukiem na stali. Wskazał końcem noża dwa odciski.
– Ten i ten są prawie takie same. Ta sama głębokość. Ten sam kąt pazurów. Ten sam błąd przy lewej krawędzi.
Mira zmarszczyła brwi.
– Błąd?
– Prawdziwa łapa nie ma wyszczerbienia, które powtarza się co kilka kroków.
Barek przykucnął ciężko obok niego.
– Forma?
– Albo podbita deska. Albo kawał skóry naciągnięty na drewnianą ramę. Coś, czym można odcisnąć ślad.
– Po co?
Lerr spojrzał w trzciny.
– Żebyś zapytał o wilka, nie o człowieka.
Mira pobladła.
– Czyli Jorena zabił człowiek?
– Jeszcze nie wiem.
– Ale myślisz, że tak.
Lerr wstał.
– Myślę, że wilk miał pomoc.
Chłopi zaczęli szeptać między sobą. Jeden splunął w błoto, drugi przeżegnał się znakiem, którego Lerr nie znał albo nie chciał znać. Dla nich Kłoczysko miało swoje prawa – brało owcę, czasem człowieka, ale nie potrzebowało ułożeń, wozów ani planu. Śmiertelny strach, który znali z opowieści, nagle zyskał twarz kogoś, kto potrafił pisać i liczyć. A to było gorsze od każdej bestii.
Barek przeszedł kilka kroków wzdłuż grobli.
– Tu jest krew.
Na kamieniu, częściowo spłukana przez deszcz, została ciemna smuga. Nie dużo. Mniej, niż ludzie lubili sobie wyobrażać po słowie "rozszarpany". Obok leżał kawałek wełny, kilka źdźbeł trawy i coś wbite w szczelinę między kamieniami.
Lerr wyjął z sakwy cienki metalowy haczyk i podważył to ostrożnie.
Mały drzazgowy fragment drewna.
Czarny.
Nie od błota.
Od smoły.
Podał go Barekowi.
– Z grobli?
Barek powąchał.
– Koło?
– Może.
– Albo wóz.
Mira zrobiła krok bliżej.
– Jaki wóz?
Nikt jej nie odpowiedział.
Jeszcze.
Lerr przeszedł wzdłuż śladów. Zatrzymał się przy miejscu, gdzie wielkie wilcze tropy skręcały w trzciny.
Tam, kilka cali obok, zobaczył coś drobniejszego.
Odcisk buta.
Prawie zatarty.
Ktoś nadepnął na własny ślad wilczą formą, ale nie dość dokładnie. W błocie został fragment obcasa.
Lerr wskazał go Barekowi.
– Widzisz?
Barek kucnął.
– Człowiek.
– Człowiek.
– Jeden?
– Tu jeden.
Barek rozejrzał się po okolicy.
– A Joren?
Mira zacisnęła dłonie.
Lerr przeszedł od plamy krwi do krawędzi trzcin. Ziemia była tam mocniej rozorana. Nie jak po walce. Bardziej jak po ciągnięciu czegoś ciężkiego.
Albo kogoś.
– Tu go zabrali – powiedział.
Mira zasłoniła usta dłonią.
– Żywego?
Lerr nie odpowiedział od razu.
To była jedna z tych chwil, kiedy prawda była jeszcze zbyt miękka. Można ją było uformować ostrożnie albo złamać komuś o twarz.
– Nie wiem – powiedział w końcu.
Kobieta skinęła głową.
Lepiej zniosła "nie wiem" niż wielu ludzi znosiło kłamstwa dawane z litości.
Barek spojrzał w trzciny.
– Idziemy?
Lerr przez chwilę słuchał deszczu.
Potem zapytał:
– Gdzie jest przepust?
Rost miał rację. Grobla miała przejście pod spodem.
Nie było go widać od razu. Z głównego traktu wyglądało jak ciemna wyrwa między kamieniami, prawie całkiem zasłonięta trzciną, mchem i zalegającymi gałęziami. Ktoś, kto nie wiedział, czego szukać, przeszedłby obok i uznał to za miejsce, gdzie woda kiedyś podmyła mur.
Ale Lerr wiedział już, czego szuka.
Nie wilka.
Przejścia.
Stary mężczyzna z latarnią, którego Mira nazwała Witem, zaprowadził ich do niższego zejścia. Narzekał przez całą drogę, że to bez sensu, że przepust jest zawalony, że za jego ojca już nikt tamtędy nie chodził, a za dziada to może, ale dziad miał zwyczaj kłamać nawet przy śmierci.
Kiedy odsunęli trzciny, Lerr zobaczył kamienny łuk.
Niski.
Ciemny.
I zdecydowanie nie zawalony.
Barek zaklął cicho.
– Ktoś to czyścił.
Na bokach przejścia widać było świeże rysy. Usunięto korzenie, połamano stare gałęzie, wybrano część mułu. Niezgrabnie, ale skutecznie. Tak, żeby nocą mógł przejść człowiek. Może koń. Może niski, lekki wóz, jeśli ktoś znał drogę i nie bał się utknąć po osie.
Lerr przesunął dłonią po kamieniu.
Smoła.
Cienka warstwa przy krawędzi.
Barek spojrzał na niego.
– Morn.
– Morn mówi dużo rzeczy.
– Tym razem powiedział właściwą.
– Zdarza mu się. Przypadkiem albo złośliwie.
Wit z latarnią zaczął się cofać.
– Ja nic nie wiem.
Lerr odwrócił głowę.
– Jeszcze o nic nie pytałem.
– Właśnie dlatego.
Barek zastąpił starcowi drogę.
– Kto czyścił przepust?
– Nie wiem.
– Wit.
– Nie wiem, Bareku.
– Kłamiesz tak, jakbyś chciał, żebym się zmęczył.
Stary człowiek przełknął ślinę.
– Nocami coś jeździło.
Mira odwróciła się gwałtownie.
– Wiedziałeś?
– Słyszałem.
– I nie powiedziałeś?
Wit uniósł drżące dłonie.
– Komu? Straży? Straż przyjeżdża za dnia, patrzy na błoto i mówi, że staremu w głowie chlupie. A ci, co jeżdżą nocą, wracają nocą.
Lerr patrzył na niego bez gniewu.
– Jak długo?
– Od wiosny.
– Jak często?
– Raz na tydzień. Czasem dwa. Zależy od wody.
– Wóz?
– Czasem.
– Czarne?
Wit zamknął usta.
To wystarczyło.
Barek wypuścił powietrze przez nos.
– Czarne Wozy?
– Ja tego nie powiedziałem.
– Ale pomyślałeś.
– Myślenie jeszcze nie jest karalne.
Lerr spojrzał w ciemny przepust.
– Zależy, kto pisze raport.
Z wnętrza przejścia dochodził zapach stojącej wody, gnijących liści i czegoś jeszcze. Nie krwi. Nie świeżej śmierci. Raczej mokrego drewna, końskiego potu i starej smoły. Duchota uwięziona pod kamiennym sklepieniem grobli była tak gęsta, że Lerr poczuł posmak dziegciu na języku.
Lerr zrobił krok do środka.
Barek złapał go za ramię.
– Teraz?
– Nie.
– To czemu wchodzisz?
– Żeby sprawdzić, czy ktoś chce, żebym nie wszedł.
Barek spojrzał na trzciny.
– A chce?
Lerr nie zdążył odpowiedzieć.
Coś pękło po drugiej stronie przepustu.
Nie głośno. Sucho. Jak gałąź pod butem.
Barek natychmiast odwrócił się w tamtą stronę.
Mira cofnęła się do Lena, choć chłopiec stał daleko za nimi. Wit uniósł latarnię tak wysoko, że płomień zatańczył nerwowo za szkłem.
Lerr nie sięgnął po miecz.
Zamiast tego zgasił dłonią latarnię Wita. Przykrył szklany daszek dłonią owiniętą brzegiem grubego płaszcza, dusząc płomień w ułamku sekundy. Smród palonego tłuszczu natychmiast wymieszał się z oparami bagniska.
– Ej! – syknął stary.
– Ciszej.
Przez chwilę było tylko słychać deszcz.
Potem drugi trzask.
Dalej.
Ktoś się oddalał.
Barek ruszył pierwszy, ciężko, ale zaskakująco szybko jak na człowieka jego postury. Lerr za nim, nie przez środek błota, tylko po kamieniach przy boku grobli, gdzie grunt dawał więcej pewności.
Nie zobaczyli twarzy.
Tylko cień między trzcinami, ciemny płaszcz, kaptur, ruch człowieka, który znał drogę przez mokradła lepiej niż ktokolwiek uczciwy powinien.
– Stój! – ryknął Barek.
Cień nie stanął.
Wręcz przeciwnie.
Pobiegł.
Barek zaklął i ruszył za nim.
Lerr nie przyspieszył od razu.
Patrzył.
Uciekinier nie biegł jak przestraszony świadek. Nie potykał się, nie rozglądał chaotycznie, nie szukał drogi.
Znał ją.
Przy trzeciej wierzbie skręcił w lewo.
Przy miejscu, gdzie trzciny były najgęstsze, przeskoczył wąski rów, którego z drogi prawie nie było widać.
Lerr skręcił wcześniej.
Barek pobiegł prosto za nim i wpadł po kostki w wodę.
– Kurwa!
– W lewo – powiedział Lerr spokojnie. Nawet nie odwrócił głowy. Jego wzrok był przybity do trzcin przed nimi, śledząc każde drgnienie łodyg.
– Teraz mówisz?!
Uciekinier obejrzał się na moment.
Błąd.
Lerr zobaczył błysk metalu przy jego pasie i coś ciemnego na rękawie.
Znak?
Nie zdążył rozpoznać.
Mężczyzna zniknął między wierzbami.
Barek wydostał się z rowu, mokry prawie do kolan i wściekły.
– Dogonimy go?
– Nie.
– Czemu?
– Bo on wie, gdzie nie biec.
Barek splunął w wodę.
– Czyli wracamy?
Lerr przykucnął przy miejscu, gdzie uciekinier odbił się z błota przed skokiem.
Był tam odcisk buta.
I drugi ślad.
Mały fragment wbity w mokrą ziemię.
Lerr wyjął go ostrożnie.
Czarna drzazga drewna.
Tym razem z przyczepionym kawałkiem czerwonej nici.
– Nie wracamy – powiedział.
Barek spojrzał na drzazgę.
– Co to?
– Coś, co odpadło komuś, kto nie powinien tu być.
– Dużo nam to mówi.
– Wystarczająco, żeby ktoś zaczął uciekać.
Kiedy wrócili do grobli, Mira stała nieruchomo przy przepuście.
– To nie był wilk – powiedziała.
Nie brzmiało to jak pytanie.
Lerr schował drzazgę do płóciennego woreczka.
– Nie.
Kobieta zamknęła oczy.
Przez chwilę wyglądała tak, jakby ulga i strach walczyły w niej o to samo miejsce.
– Czy mój brat żyje?
Barek spojrzał na Lerra.
Lerr popatrzył na przepust, na krew przy kamieniach, na sztuczne wilcze ślady, na mokradła, które potrafiły przykryć wszystko, jeśli dało im się wystarczająco dużo deszczu.
– Nie wiem – powiedział.
Mira skinęła głową.
– Ale będziesz szukał?
Lerr dotknął rękojeści starego noża.
– Teraz już tak.
Nad mokradłami zapadł wieczór.
Nie nagle. Nie jak kurtyna. Raczej jak brudna woda podnosząca się powoli wokół kostek.
W trzciny wrócił szept. Wierzby pochylały się nad groblą. Ciemność zebrała się najpierw w przepuście, potem pod krzakami, potem w oczach ludzi, którzy zrozumieli, że przez wiele tygodni bali się nie tego, co trzeba. Na czarnej wodzie rzęsa wodna zaczęła się powoli zamykać, jakby bagno zaciągało nad sobą gruby, zielony całun. Żadna ryba nie spławiła się przy brzegu. Nawet komary ucichły, choć wieczór był parny i duszny.
Barek stanął obok Lerra.
– Nocą tu wrócą.
– Tak.
– My też?
– Tak.
– Bez Tavika.
Lerr spojrzał na niego.
– To powiedz to jemu, nie mnie.
Barek skrzywił się.
– Myślisz, że pójdzie za nami?
– Myślę, że już szuka powodu.
Z daleka, od strony drogi, dobiegł cichy odgłos końskich kopyt.
Nie zbliżały się.
Oddalały.
Barek odwrócił się gwałtownie.
– Słyszałeś?
Lerr patrzył w ciemniejące mokradła.
– Tak.
– Wóz?
– Nie. Jeden koń.
– Nasz?
Lerr nie odpowiedział od razu.
Deszcz spływał mu po twarzy i brodzie. Piwno-złote oczy w słabym świetle wyglądały prawie czarno.
– Jeszcze nie wiem – powiedział.
Ale wiedział jedno.
Ktoś przy grobli nie tylko straszył ludzi wilkiem.
Ktoś pilnował, żeby nikt nie zaczął liczyć kół.
Nie wrócili od razu do karczmy Pod Suchym Dębem.
Lerr nie lubił zostawiać świeżych śladów na później. Później oznaczało deszcz, ludzi, plotki i cudze buty. Wszystko, co mogło zniszczyć prawdę, zanim zdążyła nabrać kształtu.
Stali więc jeszcze przy grobli, pod ciemniejącym niebem, podczas gdy Mira odprowadziła Lena bliżej domów, a stary Wit udawał, że trzyma latarnię tylko dlatego, że ktoś musiał ją trzymać, nie dlatego, że bał się odejść sam.
Barek wyciskał wodę z rękawa.
– Jeśli powiesz, że mamy wejść do tego przepustu teraz, to cię tam sam wepchnę.
Lerr spojrzał na ciemny łuk pod groblą.
– Nie teraz.
– Czyli jednak czasem mówisz rozsądnie.
– Nocą.
Barek przestał wyciskać rękaw.
– To nie było rozsądne.
– Nie miało być.
Mira wróciła bez chłopca. Twarz miała bladą i twardą. Była jedną z tych osób, które płaczą dopiero wtedy, gdy wszystko już zrobiono, a wcześniej nie mają na to czasu.
– Kto mógł zrobić takie ślady? – zapytał Lerr.
Kobieta przez chwilę milczała.
Barek spojrzał na nią uważniej.
– Mira.
– Olt – powiedziała w końcu.
Wit mruknął coś pod nosem.
Lerr odwrócił głowę.
– Nazwisko?
– Nikt go nie używa – odpowiedziała Mira. – Mówią na niego Łata.
– Dlaczego?
– Bo wszystko łata. Sieci, sidła, buty, kłamstwa.
Barek skrzywił się.
– Kłusownik?
– Kłusownik, handlarz skórami, czasem przewodnik po bagnach, jeśli komuś nie przeszkadza, że wróci biedniejszy. Mieszka za starą suszarnią, na suchym wzniesieniu.
– Suchym? – zapytał Lerr.
Mira prawie się uśmiechnęła, ale nie do końca.
– W porównaniu z resztą tego gówna.
Wit splunął w błoto.
– Olt zawsze był szkodnikiem.
– Szkodnik to nie morderca – powiedział Lerr.
– Czasem wystarczy dać szkodnikowi nóż.
Barek spojrzał na starego.
– Widziałeś go przy grobli?
Wit zawahał się.
Lerr zauważył to.
– Widziałeś czy słyszałeś, że ktoś go widział?
– Widziałem – powiedział stary niechętnie. – Dwa dni temu. Niósł coś pod płachtą.
– Co?
– Nie wiem.
– Duże?
– Długie.
– Ciężkie?
– Nie wiem.
Lerr popatrzył na niego spokojnie.
Wit zaklął cicho.
– Nie szedł jak z ciężkim. Zadowolony?
– Nigdy.
Barek westchnął.
– Idziemy do Olta.
– Ty zostajesz z Mirą – powiedział Lerr.
– Nie.
– Tak.
– Zaczynasz mnie drażnić.
– Dopiero teraz?
Barek zrobił krok bliżej.
– Lerr.
Lerr spojrzał na niego spokojnie.
– Ktoś uciekł z grobli. Ktoś wie, że tu byliśmy. Jeśli Mira miała rację i Joren nie jest tylko martwy, ale zabrany, to ten ktoś może wrócić. Albo wysłać kogoś, kto sprawdzi, co powiedzieli świadkowie.
Barek zacisnął szczękę.
– Czyli mam pilnować ludzi.
– Znasz ich. Posłuchają cię prędzej niż mnie.
– To nie jest pochwała.
– Nie miała być.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. W końcu Barek splunął w bok.
– Jeśli cię zabije jakiś kłusownik z jedną nogą i półtora zęba, będę się śmiał nad grobem. – Barek splunął w stronę trzcin, po czym uderzył Lerra otwartą dłonią w ramię, aż stary płaszcz mlaskał od wilgoci. Było w tym uderzeniu tyle ciężaru, ile w obietnicy, że w razie czego karczmarz rozniesie to bagno do gołej ziemi.
– Poproś Morna, żeby napisał pieśń.
– Morn zapomni, o kim śpiewa.
– Tym lepiej dla pieśni.
Lerr ruszył sam.
Ścieżka do starej suszarni nie była właściwie ścieżką. Była miejscem, gdzie błoto pamiętało, że ludzie czasem próbują przez nie przechodzić. Prowadziła przez trzciny, między niskimi wierzbami, obok czarnej wody, w której niebo odbijało się tak ciemno, jakby ktoś wylał atrament do świata.
Lerr szedł wolno.
Nie dlatego, że się bał.
Dlatego, że bagno bardzo lubiło ludzi, którzy się spieszyli.
Po kilkudziesięciu krokach znalazł pierwszy znak, że ktoś chodził tędy często: przycięte gałęzie, ale nie świeżo; kamienie wrzucone w najgłębsze miejsca; kawałek deski przykryty trzciną, położony tam, gdzie ziemia wyglądała na pewną, a nie była.
Olt Łata znał swoje bagno.
Albo ktoś znał je za niego.
Suszarnia stała na niewielkim wzniesieniu, które rzeczywiście było suchsze od reszty okolicy. Nie suche. Po prostu mniej mokre. Budynek dawno stracił drzwi, połowę dachu i jakiekolwiek prawo do dumy. Obok stała mała chata sklecona z desek, skór i tego, co inni wyrzucili jako bezużyteczne.
Z komina szedł dym.
Lerr zatrzymał się przed progiem.
– Olt.
W środku coś stuknęło.
Potem cisza.
– Jeśli uciekasz tylnym wyjściem, powiedz. Będzie mniej chodzenia.
Odpowiedziało mu krótkie, chrapliwe parsknięcie.
– Nie mam tylnego wyjścia.
– Każdy człowiek na bagnie ma tylne wyjście.
– To nie jestem człowiek.
– To by wiele tłumaczyło.
Drzwi uchyliły się powoli.
Olt Łata był chudy, krzywy i nieprzyjemny w sposób, który wymagał praktyki. Miał jedno oko lekko przymknięte, jakby stale celował do kogoś z niewidzialnej kuszy. To drugie, otwarte, było mętne, żółtawe, z pękniętą żyłką w kąciku. Brodę nosił rzadką, posklejaną dymem i tłuszczem. Na ramionach miał płaszcz ze zszytych skór, każda inna, każda źle wyprawiona. Gdy mówił, z jego chałupy buchał zaduch palonych piór i starego, jełczałego tłuszczu.
Pachniał sidłami, mokrym psem i starym mięsem.
– Nie kupuję – powiedział.
– Nie sprzedaję.
– To gorzej.
Lerr pokazał mu czarną drzazgę ze śladem czerwonej nici.
Olt spojrzał tylko raz.
Za krótko.
– Nie moje.
– Jeszcze nie pytałem.
– Ale miałeś.
– Oszczędzasz nam czas.
Kłusownik splunął przez szparę między deskami.
– Czego chcesz?
– Wilka.
Olt zaśmiał się cicho.
– To idź do lasu.
– Szukam tego spod grobli.
Śmiech urwał się szybko.
Na tyle szybko, że Lerr wiedział już, iż trafił w coś twardszego niż żart.
– Bajki dla dzieci – powiedział Olt.
– I dla strażników.
– Strażnicy to dzieci z pałkami.
Lerr wszedł do środka bez zaproszenia.
Chata była ciasna, ciemna i pełna rzeczy, które mogły zranić człowieka przypadkiem albo z premedytacją. Wisiały tam sidła, zesztywniałe od soli i tłuszczu skóry, haczyki, druty, stare buty, naszyjniki z zębów drapieżników, wysuszone łapy kretów i narzędzia do pracy, której lepiej nie oglądać przy jedzeniu. Wszystko to pokrywała gruba warstwa lepkiej sadzy.
Przy ścianie stał stół.
Na stole leżało coś przykryte płachtą.
Olt przesunął się nieznacznie.
Nie dużo.
Wystarczyło.
Lerr nie spojrzał od razu na płachtę. Najpierw spojrzał na Olta.
– Ile ci zapłacili?
– Za co?
– Za ślady.
Olt uśmiechnął się krzywo.
– Ty jesteś ten od Bareka? Ten, co znalazł dziewczynę w studni?
Lerr milczał.
– Mówią, że patrzysz na człowieka i widzisz, co jadł trzy dni temu.
– W twoim przypadku wolałbym nie.
Kłusownik parsknął.
– Nie wiem nic o śladach.
Lerr podszedł do stołu.
Olt ruszył.
Szybko.
W dłoni pojawił się nóż, krótki i zakrzywiony, bardziej do skórowania niż walki, ale ostrze nie dbało, do czego je stworzono. Lerr cofnął się pół kroku, nie więcej. Olt ciął po skosie, na brzuch. Dobry ruch. Brudny, szybki, bez ostrzeżenia.
Lerr zbił cios przedramieniem owiniętym płaszczem, poczuł szarpnięcie materiału i ból w lewej ręce, który przeszedł aż do barku. Zęby mu zazgrzytały, gdy stary uraz odezwał się rwanym ogniem. Nie próbował siłować się z kłusownikiem. Kopnął go w kolano. Ciężki strażniczy but uderzył prosto w rzepkę z suchym chrupnięciem.
Olt syknął, zachwiał się, ale nie upadł.
Był krzywy, nie słaby.
Drugi cios poszedł niżej. Lerr odsunął biodro, chwycił nadgarstek Olta prawą dłonią i wbił mu łokieć w twarz. Kłusownik zatoczył się na stół. Płachta zsunęła się na podłogę.
Pod spodem leżały dwie drewniane formy.
Wilcze łapy.
Duże.
Zbyt duże.
Wycięte z twardego drewna, obciągnięte skórą, z metalowymi pazurami przybitymi tak starannie, że z daleka mogły oszukać każdego, kto bardziej bał się legendy, niż patrzył na błoto.
Olt spojrzał na nie.
Potem na Lerra.
– To nie moje.
Lerr kopnął nóż spod jego stopy.
– Naprawdę chcesz tak zacząć?
Kłusownik otarł krew z nosa.
– Nie zabiłem Jorena.
– Tego też jeszcze nie powiedziałem.
Olt usiadł ciężko na stołku. Przez chwilę oddychał przez usta, patrząc na formy jak na dwa martwe zwierzęta, które nagle zaczęły śmierdzieć mocniej.
– Nie zabiłem go – powtórzył ciszej.
Lerr podniósł jedną formę. Była ciężka, ale nie za ciężka. Od spodu miała uchwyty ze skóry. Można było przywiązać ją do buta albo trzymać w dłoni i odciskać trop punkt po punkcie.
– Kto zapłacił?
Olt roześmiał się bez przekonania.
– A jak nie powiem?
– Wtedy uznam, że jesteś głupszy, niż wyglądasz. A wyglądasz odważnie.
Kłusownik splunął krwią.
– Nie wiesz, kto tu płaci.
– Wiem, kto się boi.
– Każdy się boi.
– Nie. Każdy mówi, że się boi wilka. Ty boisz się człowieka.
Za oknem wiatr poruszył skórami wiszącymi na belce. Przez chwilę wyglądały, jakby chata oddychała martwymi zwierzętami.
Olt potarł twarz.
– Przyszedł do mnie człowiek.
– Imię.
– Nie podał.
– Wygląd.
– Kaptur, płaszcz, rękawice. Jak pół świata w deszczu.
Lerr milczał.
Olt zaklął.
– Miał czerwony sznurek przy rękawie. Taki znak. Nie wiem, czy ozdoba, czy coś dla swoich. Dał mi srebro i powiedział, żebym zrobił wilcze ślady przy grobli przez trzy noce. Tak, żeby ludzie gadali. Tak, żeby owce trzymali z dala. – Olt przełknął ślinę, a jego zdrowe oko uciekło w stronę ciemnego kąta. – Kazał wyciąć wilka, choć sam dobrze wie, że wilki nie polują w mułach. Chciał, żeby chłopi myśleli o bestii. Prawdziwego Kłoczyska nikt z nich na oczy nie widział, ale imię wystarczy, żeby ze strachu srali pod siebie w chałupach.
– Dlaczego się zgodziłeś?
– Bo dał srebro.
– I?
– I powiedział, że jeśli nie ja, to znajdzie kogoś innego. A potem spytał, czy moja chata dobrze się pali.
– Znał cię.
– Wszyscy znają Olta Łatę, kiedy trzeba obwinić kogoś brudniejszego od siebie.
Lerr odłożył formę na stół.
– Wiedziałeś o przepuście?
Olt spojrzał w bok.
– Wiedziałeś.
– Każdy, kto zna bagno, wie.
– Nie każdy.
– Każdy, kto żyje z tego, że inni nie wiedzą.
To była uczciwa odpowiedź.
Brzydka, ale uczciwa.
– Widziałeś wozy?
Olt milczał.
Lerr sięgnął po stary strażniczy nóż i położył go płasko na stole. Nie groźnie. Nie ostrzem do przodu. Po prostu między nimi.
– Nie jestem strażą.
– To ma mnie uspokoić?
– Ma ci przypomnieć, że nie muszę pisać raportu.
Olt patrzył na nóż.
– Raz widziałem – powiedział w końcu. – Nocą. Lekki wóz. Niski. Koła owinięte skórą, żeby mniej stukały. Czarny od smoły. Dwóch ludzi z przodu. Jeden z tyłu.
– Towar?
– Skrzynie.
– Ludzie?
Olt zawahał się.
– Nie wiem.
Lerr czekał.
– Coś stukało w jednej skrzyni – powiedział kłusownik. – Nie jak garnek. Nie jak butelki. Bardziej jak pięść o drewno.
Cisza w chacie zgęstniała.
– Joren to widział? – zapytał Lerr.
– Może. Ten głupi pasterz chodził dalej, niż powinien. Zawsze sprawdzał, czego nie trzeba.
– Kiedy ostatni raz go widziałeś?
– Wczoraj przed zmrokiem. Przy trzcinach. Krzyczałem, żeby szedł do domu.
– Dlaczego?
– Bo widziałem czerwony sznurek.
Lerr pochylił głowę.
– Tego człowieka?
– Nie. Tylko znak na gałęzi. Przy przejściu. Jakby ktoś dał znać, że droga wolna.
– I nie ostrzegłeś Jorena?
Olt spojrzał na niego z nagłą złością.
– Ostrzegłem. Powiedziałem, żeby szedł do domu.
– Nie powiedziałeś dlaczego.
– Gdybym powiedział, poszedłby sprawdzić.
Lerr przez chwilę patrzył na kłusownika.
To nie brzmiało dobrze.
Ale brzmiało prawdziwie.
– Pójdziesz ze mną do grobli.
Olt zbladł.
– Nie.
– Tak.
– Oni mnie zabiją.
– Możliwe.
– To kiepska zachęta.
– Ale jeśli zostaniesz tutaj, wrócą po formy. I po ciebie.
Kłusownik spojrzał na drewniane łapy.
Dopiero teraz naprawdę zrozumiał, że nie trzyma dowodu na kogoś innego.
Trzyma powód własnej śmierci.
– Co chcesz zrobić? – zapytał.
Lerr schował nóż.
– Poczekać na wilka.
Kiedy wrócili do grobli, Barek od razu zauważył krew na twarzy Olta.
– Widzę, że rozmowa była krótka.
Olt pokazał mu zęby.
– Twój przyjaciel ma ciężkie łokcie.
– To nie przyjaciel. To utrapienie z nożem.
– Wzruszające.
Mira stała przy przepuście. Gdy zobaczyła Olta, twarz jej stwardniała.
– To on?
– Robił ślady – powiedział Lerr.
Barek spojrzał na niego ostro.
– I?
– Nie zabił Jorena.
– Wiesz?
– Jeszcze nie.
Olt splunął w błoto.
– Dzięki za zaufanie.
Lerr podał Barekowi jedną z drewnianych form.
Karczmarz obejrzał ją i twarz mu pociemniała.
– Ludzie bali się tego.
– Ludzie rzadko boją się rzeczy prawdziwych – mruknął Olt. – Prawdziwe rzeczy są zwykle mniejsze i mają imiona.
Barek chwycił go za kołnierz.
– Jeśli coś ukrywasz…
– Ukrywam wszystko, co pozwala mi żyć.
– Bareku – powiedział Lerr.
Karczmarz puścił kłusownika, ale zrobił to niechętnie. Olt aż zatoczył się na kamienie przepustu, łapiąc chrapliwie oddech. Wtedy od strony drogi dobiegł krzyk.
Krótki.
I urwany tak nagle, jakby ktoś przeciął strunę.
Chłopi przy grobli odwrócili się jednocześnie.
Mira pobiegła pierwsza.
Lerr za nią.
Barek zaklął i ruszył ciężkim krokiem, ciągnąc Olta za sobą, jakby obawiał się, że kłusownik rozpłynie się w błocie.
Przy zakręcie drogi, tam gdzie ścieżka schodziła ku pierwszym zabudowaniom, stał koń.
Bez jeźdźca.
Siodło miał przekrzywione, wodze zwisały nisko, a na boku zwierzęcia widniała długa, płytka rana. Nie śmiertelna. Wystarczająca, by koń wpadł w panikę.
Lerr podszedł powoli, mówiąc cicho pod nosem, bez sensu i bez słów, które miały znaczenie dla ludzi. Wyciągnął otwartą dłoń, pozwalając zwierzęciu poczuć zapach stajni i tytoniu, który na nim wisiał. Koń parskał, cofał się o pół kroku, bijąc kopytem w błoto, ale pozwolił się złapać.
Barek spojrzał na siodło.
– Znasz go?
Mira pobladła.
– To koń Rosta.
Lerr zacisnął palce na wodzach.
Przy popręgu wisiał kawałek czerwonego sznurka.
Taki sam jak ten, który znaleźli przy drzazdze.
Barek spojrzał w stronę karczmy Pod Suchym Dębem, choć nie było jej stąd widać.
– Rost został z Sellą.
– I z Tavikiem – powiedział Lerr.
Nie musiał dodawać nic więcej.
Deszcz nagle wydał się zimniejszy.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
Koń Rosta stał na drodze, mokry, rozdygotany i zbyt cichy jak na zwierzę, które niedawno musiało uciekać w panice. Rana na boku była płytka, ale czysta. Nie od pazurów. Nie od zębów.
Od noża.
Lerr przesunął palcami po przeciętej sierści, potem obejrzał krew na opuszkach.
– Ktoś chciał, żeby biegł – powiedział.
Barek spojrzał na czerwony sznurek przy popręgu.
– I żebyśmy go znaleźli.
– Tak.
– To pułapka?
– Albo wiadomość.
Olt Łata cofnął się o krok.
– Ja nie mam z tym nic wspólnego.
Barek odwrócił się ku niemu.
– Jeszcze nie pytałem.
– Twoja twarz pyta.
Mira stała blada, z dłonią przy ustach. Deszcz spływał po jej chuście, ale zdawała się tego nie czuć.
– Rost był w karczmie – powiedziała. – Z Sellą. Z chłopakiem.
Barek ruszył natychmiast.
Lerr złapał go za ramię.
– Nie biegnij prosto.
– Jeśli coś się stało w mojej karczmie…
– Właśnie dlatego nie biegnij prosto.
Barek wyrwał rękę, ale nie ruszył dalej. Przez kilka oddechów walczył sam ze sobą.
Lerr mówił cicho:
– Ktoś wiedział, że Rost przyszedł do Pod Suchym Dębem. Ktoś wiedział, że my pójdziemy za nim do grobli. Ktoś miał czas wziąć jego konia, zranić go i puścić tutaj. To nie jest panika. To porządek.
– Nie mam cierpliwości do porządku.
– To ją znajdź.
Barek spojrzał na niego z gniewem, ale tym razem nie odpowiedział. Poprawił płaszcz, zacisnął pięści i ruszył drogą szybkim, ciężkim krokiem.
Lerr podał wodze Mirze.
– Zabierz konia do ludzi. Nie puszczaj nikogo samego.
– A ty?
– Sprawdzę, kto chciał, żebym patrzył w złą stronę.
Olt parsknął nerwowo.
– Brzmi jak świetny moment, żebym wrócił do siebie.
Lerr spojrzał na niego.
– Idziesz z nami.
– Nie jestem twoim psem.
– Pies byłby bardziej przydatny, ale mamy ciebie.
Olt otworzył usta, zamknął je i zaklął pod nosem.
Poszli.
Droga powrotna do karczmy Pod Suchym Dębem wydawała się dłuższa niż wcześniej. Deszcz tłumił dźwięki, ale nie do końca. Z mokradeł dochodziło chlupotanie wody, skrzypienie trzcin, czasem coś podobnego do szeptu. W ciemności wszystko mogło być człowiekiem, zwierzęciem albo tylko gałęzią poruszoną wiatrem.
Lerr nie patrzył na drzewa.
Patrzył na błoto.
Koło odcisnęło się płytko przy poboczu.
Nie wóz.
Zbyt wąsko.
Mały dwukołowy zaprzęg albo lekka platforma, może używana do przewożenia worków. Ślad był świeży. Częściowo zmyty, ale nie stary. Jechał od strony karczmy, potem skręcał ku starej drodze za pastwiskiem.
Nie ku grobli.
– Barek – powiedział Lerr.
Karczmarz zatrzymał się, choć z trudem.
– Co?
Lerr rozsunął butem zwały mokrych liści na poboczu i wskazał odsłonięty grunt. Barek pochylił się tak nisko, że rąbek jego mokrego kaptura dotknął ziemi. Spojrzał.
– Ktoś jechał.
– Od Pod Suchym Dębem.
– Do mokradeł?
– Nie. Na starą drogę.
Olt pochylił się niechętnie.
– Tam jest suchy jar.
– Co?
– Stara glinianka. Kiedyś brali stamtąd glinę do pieców. Teraz dziura, krzaki i zardzewiałe narzędzia. Dobre miejsce, żeby zgubić głupiego człowieka.
Barek spojrzał w stronę karczmy, potem w stronę śladów.
– Sella.
– Jeśli chcieli wejść do karczmy, nie zostawialiby konia jako znaku – powiedział Lerr. – Chcieli, żebyśmy wrócili. Albo żeby ktoś wyszedł.
Nie musiał mówić imienia.
Tavik wisiał między nimi jak mokry sznur.
Barek zaklął tak cicho, że prawie spokojnie.
– Zabiję go.
– Kogo?
– Tavika, jeśli żyje.
– Najpierw sprawdźmy, czy będziesz miał okazję.
Ruszyli za śladami.
Stara droga była ledwie widoczna. W dzień można było uznać ją za pas rzadszych krzaków. Nocą wyglądała jak ciemniejszy korytarz między ciemnymi drzewami. Koła prowadziły w dół, ku miejscu, gdzie ziemia zaczynała pachnieć mokrą gliną.
Po kilkuset krokach Lerr uniósł dłoń.
Wszyscy stanęli.
Przed nimi, za zasłoną krzaków, migotało słabe światło.
Nie ognisko.
Latarnia przykryta dłonią albo płótnem.
Barek pochylił się do Lerra.
– Ilu?
Lerr słuchał.
Deszcz przeszkadzał. Błoto mlaskało pod stopami. Gdzieś z lewej strony woda kapała z liści do starego dołu.
– Trzech – powiedział.
Olt spojrzał na niego jak na wariata.
– Słyszysz trzech przez ten deszcz?
– Dwóch mówi. Jeden chodzi.
– Może jeden mówi sam do siebie.
– To wtedy mamy dwóch i szaleńca. Lepiej?
Barek położył dłoń na ciężkim kiju, który wziął od jednego z ludzi przy grobli. W dusznej dziurze glinianki zapach surowej, rozkopanej ziemi mieszał się z oparami spalonego łoju z ich latarni. Karczmarz zacisnąć palce na drewnie tak mocno, że aż zatrzeszczało.
Lerr spojrzał na niego ostrzegawczo.
– Nie pierwszy.
– A kiedy?
– Kiedy przestaną mówić.
– To ma sens?
– Dla nich nie.
Przesunęli się bliżej.
Glinianka była zapadniętym placem ziemi otoczonym mokrymi skarpami. Pośrodku stała niska platforma na dwóch kołach. Obok niej dwóch mężczyzn w ciemnych płaszczach kłóciło się półgłosem. Jeden trzymał latarnię. Drugi miał kuszę.
Trzeci stał przy krzywym słupie.
Przy słupie klęczał Tavik.
Ręce miał związane przed sobą, usta przewiązane kawałkiem brudnej szmaty. Twarz bledszą niż zwykle, ale oczy przytomne. Zbyt przytomne. Chłopak już zdążył zauważyć Lerra w ciemności.
I, na szczęście, nie zrobił nic głupiego.
Jeszcze.
Obok Tavika leżał Rost. Żył. Lerr widział ruch klatki piersiowej. Miał rozcięty łuk brwiowy i ręce związane z tyłu.
Mężczyzna z kuszą mówił:
– Trzeba było go zabić przy stajni.
– I zostawić ciało pod karczmą? – warknął drugi. – Myślisz, że kto by za to odpowiadał?
– Teraz odpowiemy za chłopaka.
– Chłopak sam poszedł.
Barek napiął się.
Lerr uniósł dłoń.
Jeszcze nie.
Trzeci człowiek, ten przy słupie, miał na rękawie czerwony sznurek. Nie ozdobny. Zawiązany ciasno, nisko przy nadgarstku.
Znak.
Nie dla świata.
Dla swoich.
– Mały widział konia – powiedział człowiek z latarnią. – Widział mnie. To wystarczy.
– Żarny powiedział: żadnych ciał przy drodze.
– Żarny nie jest tu mokry po kolana.
Lerr zapamiętał imię.
Żarny.
Barek też je usłyszał. Lerr zobaczył to po jego dłoni, która zacisnęła się mocniej na kiju.
Olt nachylił się do Lerra.
– To ludzie od sznurka – wyszeptał.
– Domyśliłem się.
– Ten z kuszą ma dobry kąt.
– Wiem.
– Ten z latarnią kuleje.
– Wiem.
– Ten trzeci jest najgorszy.
Lerr spojrzał na niego po raz pierwszy z czymś bliskim uznania.
– Dlaczego?
– Bo jeszcze nic nie powiedział.
Trzeci mężczyzna podszedł do Tavika i przykucnął przed nim.
– Spokojnie, mały. Nie trzeba było iść za koniem.
Tavik odpowiedział czymś przez szmatę. Brzmiało obraźliwie.
Mężczyzna uśmiechnął się.
– Odważny. Tacy najgorzej toną.
Barek ruszył.
Lerr chwycił go za płaszcz, ale tym razem za późno.
Karczmarz wyszedł z ciemności jak zawalająca się ściana.
Pierwszy zauważył go człowiek z latarnią. Uniósł rękę, ale Barek był już przy nim. Kij uderzył w nadgarstek z takim trzaskiem, że latarnia wypadła i rozbiła się w błocie. Roztrzaskane szkło mignęło w ciemności, a płonący olej zasyczał, nie gasnąc od razu, tylko rozlewając krótkie, brudne, migotliwe światło na ziemi. Cienie wszystkich obecnych nagle wydłużyły się i skoczyły na ściany jaru jak żywe.
Kusznik odwrócił się.
Lerr rzucił nożem.
Nie starym strażniczym. Mniejszym, roboczym, z cholewy.
Ostrze nie trafiło w człowieka. Trafiło w kuszę, między cięciwę a łoże, wystarczająco krzywo, żeby strzał poszedł w bok.
Bełt świsnął nad ramieniem Bareka i zniknął w nocy.
Kusznik zaklął.
Lerr był już blisko.
Nie dobył miecza. W takim błocie, w takim ścisku, z Tavikiem przy słupie, za dużo mogło pójść źle. Zamiast tego wpadł w przeciwnika barkiem, prawą ręką chwycił pas kusznika, lewą tylko dociążył ruch, mimo bólu. W lewym barku znowu coś chrupnęło, ostro, parząco, ale Lerr zignorował to, czując na twarzy gorący oddech tamtego. Obaj uderzyli w bok platformy. Drewno wozu jęknęło.
Kusznik próbował sięgnąć po nóż.
Lerr uderzył go czołem w nos.
Raz.
Krótko.
Brzydko.
Człowiek osunął się na kolano.
Trzeci mężczyzna nie rzucił się do walki. Cofnął się, wyciągając krótki, zakrzywiony nóż. Oczy miał spokojne. Za spokojne.
Olt wyskoczył z krzaków z dzikim wrzaskiem, który pewnie miał przestraszyć przeciwnika, a przestraszył głównie jego samego.
Człowiek z czerwonym sznurkiem odwrócił się odruchowo.
To wystarczyło.
Barek, po obaleniu pierwszego, rzucił się bokiem i uderzył go ramieniem. Obaj wpadli w błoto. Nóż przejechał po rękawie Bareka, rozcinając materiał i skórę pod spodem.
Barek syknął.
Potem uderzył pięścią.
Nie pięknie.
Skutecznie.
Raz w żebra. Drugi raz w ucho. Trzeci raz już nie musiał, bo Lerr przyłożył ostrze starego strażniczego noża do gardła leżącego.
– Dość.
Mężczyzna znieruchomiał.
Olt stał nad kusznikiem z kijem trzymanym odwrotnie i miną człowieka, który właśnie odkrył, że przeżył własną odwagę.
– Ja go pilnuję – powiedział szybko.
Kusznik jęknął.
– Leż – dodał Olt i kopnął go w bok bardziej dla pewności niż potrzeby.
Barek zerwał szmatę z ust Tavika.
– Ty mały idioto.
Tavik zakaszlał.
– Widziałem, jak wyprowadzali konia.
– Więc postanowiłeś dać się porwać?
– Chciałem zobaczyć, dokąd.
– I zobaczyłeś?
Chłopak spojrzał na związane ręce.
– Trochę.
Barek zamknął oczy, jakby modlił się o cierpliwość, choć nie wyglądał na człowieka, który często modlił się o cokolwiek.
Lerr nie patrzył na Tavika.
Patrzył na człowieka z czerwonym sznurkiem.
– Żarny – powiedział.
Mężczyzna pod nożem uśmiechnął się lekko, mimo krwi na wardze.
– Nie.
– Nie jesteś Żarnym?
– Nie jestem głupi.
– To się jeszcze okaże.
– Żarny nie pilnuje szczeniaków w gliniance.
– Co pilnuje?
Uśmiech zniknął.
Lerr przycisnął ostrze odrobinę mocniej.
– Rost żyje. Chłopak żyje. Dwóch twoich ludzi leży. Jesteś w błocie, a Barek ma zły wieczór. To dobry moment, żeby powiedzieć coś przydatnego.
Barek, rozwiązując Tavika, mruknął:
– Bardzo zły.
Mężczyzna spojrzał na niego, potem na Lerra.
– Nie wiecie, w co wchodzicie.
Lerr westchnął cicho.
– Każdy człowiek złapany z nożem przy cudzym gardle mówi to samo. Różnią się tylko buty.
– Czarne Wozy nie są bandą z lasu.
– To zauważyłem.
– Jeśli dziś komuś przeszkodzicie, jutro ktoś inny pojedzie inną drogą.
– Możliwe.
– Jeśli oddacie chłopaka i Rosta, może nikt nie wróci pod karczmę.
Barek zamarł.
W tym była groźba.
Nie krzykliwa. Nie rzucona w gniewie.
Czysta.
Lerr przesunął wzrok na Bareka, potem z powrotem na leżącego.
– Powiedz jeszcze raz "pod karczmę".
Mężczyzna milczał.
– Nie?
Lerr chwycił czerwony sznurek na jego rękawie i przeciął go jednym ruchem.
Twarz mężczyzny zmieniła się natychmiast.
Nie ze strachu przed bólem.
Ze strachu przed czymś znacznie gorszym.
Olt zauważył to i cofnął się o krok. Błoto zasyczało pod jego butem.
– O – mruknął. – Tego bym nie robił. Czerwony len farbują w stolicy, w izbie spisów. Ludzie mówią, że te sznurki są moczone w czymś dziwnym, żeby nikt obcy ich nie podrobił. Kto je nosi, ma przejazd wolny przez bagniska. Kto sznurek straci…
Lerr trzymał przecięty sznurek między palcami.
– Teraz powiesz mi, co znaczy.
Mężczyzna zacisnął zęby.
Lerr spojrzał na Olta.
– Co znaczy?
Kłusownik przełknął ślinę.
– Że jest pod cudzą ręką.
– Czyją?
– Nie wiem.
Lerr milczał.
– Naprawdę nie wiem – dodał Olt szybko. – Takie sznurki dostają ludzie, którzy robią przejazd. Nie wszyscy. Tylko ci, którzy mają być rozpoznani nocą. Jak ktoś straci sznurek…
– Co?
Olt spojrzał na leżącego.
– To znaczy, że albo zdradził, albo dał się złapać. Dla nich prawie to samo.
Mężczyzna zbladł.
Lerr schował sznurek do sakwy.
– Dobrze.
– Dobrze? – syknął jeniec. – Właśnie podpisałeś mi wyrok.
– Nie. Sam go nosiłeś na rękawie.
Tavik, już rozwiązany, siedział przy słupie i próbował nie trząść się z zimna. Sella by powiedziała, że z głupoty. Barek pewnie też, tylko głośniej.
Lerr podszedł do niego.
– Możesz iść?
Chłopak skinął głową.
– Tak.
– Możesz mówić?
– Tak.
– To nie mów.
Tavik zamknął usta.
Barek wziął Rosta pod ramię i spróbował go posadzić. Mężczyzna jęknął, ale otworzył oczy.
– Karczma? – wychrypiał.
– Cała – powiedział Barek. – Na razie.
Rost spojrzał na Tavika.
– Chłopak poszedł za nimi.
– Wszyscy już to wiemy – burknął Barek. – Będziemy go za to nienawidzić po drodze.
Lerr przyklęknął przy platformie.
Leżały na niej trzy skrzynie.
Dwie puste.
Jedna zamknięta.
Nie była duża. Wzmocniona żelazem, bez znaków kupieckich. Przy zamku wisiał kawałek czerwonego wosku, ale pieczęć została zdrapana nożem.
– Co jest w środku? – zapytał Lerr.
Jeniec odwrócił twarz.
Barek podszedł bliżej.
– Odpowiedz.
– Nie wiem.
– Znowu?
– My tylko mieliśmy ją przenieść.
– Dokąd?
– Pod groblę. Przed północą.
Lerr spojrzał na niebo, choć przez deszcz nie było widać gwiazd.
– Ile czasu?
Olt odpowiedział pierwszy:
– Mało.
Lerr wyjął z sakwy cienki wytrych.
Barek spojrzał na niego.
– Myślałem, że nie lubisz otwierać cudzych rzeczy.
– Lubię, kiedy kłamią o zawartości.
Zamek był dobry.
Nie bardzo dobry.
Wystarczająco, żeby zatrzymać ciekawskich, nie człowieka, który w młodości zbyt często musiał wchodzić do pomieszczeń bez zaproszenia.
Po chwili coś kliknęło.
Lerr musiał szarpnąć mocniej, bo wilgoć zdążyła już napompować drewno krawędzi. Uniósł wieko. Z wnętrza buchnął zaduch starej wełny, stęchłego siana i naftaliny.
W środku nie było złota.
Nie było broni.
Nie było zakazanych alchemikaliów.
Był mały, skórzany worek.
Kilka zwiniętych listów.
I dziecięcy but.
Stary, ubłocony, z pękniętą sprzączką.
Tavik wstał powoli.
– Co to jest?
Lerr nie odpowiedział.
Rozwinął pierwszy list.
Papier był wilgotny, ale pismo czytelne. Krótkie linie. Imiona. Daty. Miejsca. Kwoty.
Niektóre imiona były przekreślone.
Przy kilku widniał znak: dwa czarne koła i krótka kreska między nimi.
Barek pochylił się nad skrzynią.
– To lista?
– Tak.
– Czego?
Lerr spojrzał na but.
Potem na człowieka z czerwonym sznurkiem.
– Ludzi, których nikt nie miał szukać.
Przez moment deszcz zagłuszył wszystko.
A potem, gdzieś daleko, od strony grobli, rozległ się dźwięk kół.
Cichy.
Tłumiony.
Ale prawdziwy.
Olt zbielał.
– Jadą.
Lerr zamknął skrzynię i wsunął listy pod płaszcz.
– Ilu?
Kłusownik nasłuchiwał przez chwilę.
– Nie wiem. Wóz. Może dwa.
Barek chwycił kij mocniej.
– Walczymy?
Lerr spojrzał na Rosta, potem na Tavika i skrzynię.
– Nie z nimi. Nie tutaj.
– Uciekamy?
Lerr nabrał garść gęstego, tłustego błota i cisnął je prosto na dopalający się olej z latarni. Zgasła natychmiast, zostawiając po sobie tylko gryzący, siarkowy dym.
W ciemności jego głos zabrzmiał spokojnie.
– Zabieramy listy. I tych, którzy jeszcze mogą mówić.
Barek nie wyglądał na zachwyconego.
Ale tym razem nie zaprotestował.
Znał Lerra wystarczająco długo, by wiedzieć, że jeśli ten mówił "nie tutaj", to nie znaczyło "nie". Znaczyło tylko, że ktoś inny wybrał złe miejsce.
Rost stanął na nogach z pomocą Bareka. Chwiał się, krew ciekła mu z rozbitego łuku brwiowego, ale szedł. Tavik też wstał, choć próbował udawać, że nie drżą mu kolana.
Słabo mu to wychodziło.
– Dasz radę? – zapytał Barek.
– Tak.
– To nie było pytanie dla twojej dumy. To było pytanie dla nóg.
Tavik przełknął ślinę.
– Dam.
Lerr podał mu mały nóż.
Chłopak spojrzał na ostrze, potem na niego.
– Mam walczyć?
– Masz przeciąć więzy, jeśli ktoś z nas nie będzie mógł.
– A jeśli…
– Jeśli będziesz próbował być bohaterem, sam cię zwiążę.
Tavik zamknął usta.
Barek mruknął:
– Wreszcie coś rozsądnego.
Dźwięk kół był coraz wyraźniejszy.
Nie zwykły turkot wozu na drodze. Bardziej głuchy szmer, tłumiony, jakby ktoś owinął osie i obręcze czymś miękkim. Ktoś bardzo nie chciał, żeby było go słychać.
I właśnie dlatego było go słychać.
Cisza robi z takich rzeczy zdradę.
Lerr wskazał ręką starą skarpę przy gliniance.
– Tam.
Olt skrzywił się.
– Tam ziemia puszcza.
– Wiem.
– Jak wiesz, to po co tam?
Lerr spojrzał na niego.
– Bo oni też powinni się dowiedzieć.
Kłusownik przez chwilę patrzył na niego, po czym parsknął nerwowo.
– Nie jesteś lepszy od nas. Tylko czyściej mówisz.
– Rzadko.
Weszli pod skarpę. Była wysoka na dwóch ludzi, podmyta deszczem, porośnięta korzeniami i trawą. Nad nią biegła stara droga, ta sama, którą musiał nadjechać wóz. Z dołu widać było tylko jej krawędź i poruszające się ciemne plamy między drzewami.
Lerr kazał Rostowi usiąść pod wystającym korzeniem. Tavikowi wskazał miejsce za zwalonym pniem. Oltowi podał drewnianą formę wilczej łapy.
Kłusownik zamrugał.
– Co mam z tym zrobić?
– To, za co ci zapłacili.
– Teraz?
– Teraz za darmo.
Olt spojrzał na formę, potem na drogę, potem na Lerra.
– Chcesz ich przestraszyć wilkiem?
– Nie. Chcę, żeby spojrzeli w złą stronę.
Barek uśmiechnął się krótko.
– Widzisz? Brzydki plan. Wiedziałem, że jakiś masz.
Lerr wyjął listy spod płaszcza i wsunął je głębiej, pod kaftan. Potem poprawił stary strażniczy nóż przy pasie.
– Bareku.
– Co?
– Kiedy wóz stanie, bierzesz konie.
– Konie?
– Ludzie zeskoczą sami.
– A jeśli nie?
– Wtedy pomożesz.
Barek skinął głową.
Wóz był już blisko.
Najpierw pojawiła się latarnia. Osłonięta z trzech stron czarną blachą, dawała tylko wąski pasek światła na drogę. Potem końskie łby. Dwa konie, ciemne, niskie, mocne. Za nimi niski wóz, smołowany, z kołami owiniętymi paskami skóry.
Czarny.
Nie dlatego, że ktoś lubił kolor.
Dlatego, że smoła chroniła drewno przed wodą.
Na koźle siedziało dwóch ludzi. Jeden trzymał lejce, drugi kuszę. Z tyłu wozu stał trzeci, oparty o burtę, z kapturem naciągniętym nisko.
Przy jego nadgarstku wisiał czerwony sznurek.
Olt zaczął pracować.
Nieporadnie, z początku za szybko, potem wolniej. Odciskał wilcze ślady w błocie kawałek od drogi. Jedno odbicie. Drugie. Trzecie. Potem wziął w usta mały, kościany gwizdek zawieszony na rzemyku pod szyją. Kość była pożółkła, porowata, pokryta prymitywnymi nacięciami, które przypominały rybią łuskę – pamiątka po dawnych mieszkańcach moczarów.
Lerr spojrzał na niego.
Olt wzruszył ramionami.
– Wilki nie wyją tak, jak ludzie myślą, że wyją. Ludzie płacą za to, co znają z bajek.
I zagwizdał.
Dźwięk był niski, przeciągły, nieprzyjemny. Nie brzmiał jak prawdziwe zwierzę. Brzmiał jak coś, co w ciemności wystarczyło nazwać wilkiem, żeby nikt nie chciał sprawdzać.
Konie szarpnęły łbami.
Woźnica zaklął.
– Trzymaj je!
Człowiek z kuszą uniósł broń w stronę trzcin.
– Słyszałeś?
– Zamknij się i patrz!
Wóz zwolnił.
Nie zatrzymał się od razu.
Wtedy Lerr podniósł kamień i rzucił go w zbocze po drugiej stronie drogi. Kamień uderzył w mokrą glinę, zsunął trochę ziemi i traw. Niewiele.
Ale w ciemności niewiele wystarczyło.
Kusznik odwrócił się w tamtą stronę.
Barek ruszył.
Wypadł spod skarpy nisko i szybko, jak na człowieka tej postury prawie niemożliwie cicho. Dopadł pierwszego konia, chwycił wodze i szarpnął w bok. Zwierzęta stanęły dęba, wóz skręcił, jedno koło wjechało na miękką krawędź glinianki.
Ziemia puściła.
Nie cała.
Tyle, ile trzeba.
Wóz przechylił się gwałtownie. Człowiek z kuszą stracił równowagę i wypalił w noc. Bełt przeleciał gdzieś nad trzcinami.
Lerr był już przy nim.
Chwycił kuszę za łoże, pchnął w dół i uderzył mężczyznę kolanem w brzuch. Kusznik zgiął się, ale złapał Lerra za płaszcz. Przez moment obaj walczyli o równowagę na śliskiej krawędzi drogi.
Lewa ręka Lerra zaprotestowała ostrym bólem.
Przez jeden krótki oddech prawie puściła.
Kusznik to poczuł.
Uśmiechnął się, odsłaniając popsute, czarne zęby.
Błąd.
Lerr nie szarpnął mocniej. Wykorzystał pęd przeciwnika, pozwolił przeciwnikowi pociągnąć się do siebie i uderzył czołem w jego nos. Chrzęst pękającej chrząstki zalał im usta smakiem ciepłej krwi.
Mężczyzna puścił.
Lerr poprawił rękojeścią noża w skroń.
Kusznik osunął się w błoto.
Barek tymczasem próbował utrzymać konie. Woźnica zeskoczył z kozła i wyciągnął krótki toporek. Nie dobiegł daleko. Barek puścił jedne wodze, przyjął cios na kij i kopnął go w kolano. Toporek wypadł z ręki, a Barek uderzył kijem w bok głowy.
Człowiek zwalił się w muł bez jednego dźwięku, ciężko i bezwładnie.
– To za karczmę – mruknął Barek.
Trzeci mężczyzna, ten z czerwonym sznurkiem, nie próbował walczyć.
Uciekł.
Skoczył z tyłu wozu prosto w trzciny.
Olt zobaczył to pierwszy.
– Tam!
Lerr ruszył za nim.
Wbiegli między mokre łodygi. Trzciny uderzały po twarzy, woda chlupała pod butami, ziemia raz była twarda, raz znikała pod stopą. Uciekinier znał drogę, ale spieszył się. To odbierało mu przewagę.
Lerr nie biegł za nim prosto.
Patrzył, gdzie trzciny poruszały się sekundę wcześniej.
Gdzie woda robiła się mętna.
Gdzie człowiek wybrał suchszy punkt, choć w ciemności powinien go nie widzieć.
Po kilkunastu krokach teren opadł.
Uciekinier przeskoczył nad rowem.
Lerr nie skoczył.
Zatrzymał się i rzucił nożem.
Tym razem nie w broń.
W płaszcz.
Ciężkie, szerokie ostrze przebiło mokry materiał i przyszpiliło go do spróchniałego pnia po drugiej stronie rowuz głuchym, mięsistym stuknięciem. Sukno pękło, uciekinier szarpnął się, a spróchniałe drewno sypnęło wełnistą zgnilizną.
Tyle wystarczyło.
Barek, który nadbiegł ciężej, głośniej i z większą złością, dopadł go od boku. Obaj runęli w trzciny. Rozległo się stłumione uderzenie, potem drugie, potem kaszel.
Kiedy Lerr przeszedł przez rów po wąskim korzeniu, Barek siedział na uciekinierze i trzymał go za kark.
– Żyje – powiedział.
– Pytałem?
– Jeszcze nie. Ale masz tę minę.
Lerr uklęknął przy mężczyźnie.
Ten był młodszy, niż wydawał się w cieniu. Może trzydzieści lat. Twarz miał wąską, oczy rozbiegane, usta pełne błota.
Przy nadgarstku czerwony sznurek.
Lerr przeciął go.
Mężczyzna zesztywniał.
– Nie rób tego.
– Już zrobiłem.
– Oni mnie zabiją.
– Stajesz się drugim człowiekiem dzisiaj, który mówi mi to samo.
– Bo to prawda.
– Prawda zwykle nie potrzebuje takiego tłumu.
Barek ścisnął mu kark mocniej.
– Gdzie jest Joren?
Mężczyzna milczał.
Barek pochylił się.
– Zapytałem raz. To moja dobra strona.
– W wozie – wydusił jeniec.
Lerr wstał natychmiast.
Wrócili biegiem.
Przy wozie Olt stał z kijem nad dwoma obezwładnionymi ludźmi i wyglądał, jakby bardzo chciał, żeby ktoś zauważył jego bohaterstwo, ale nie na tyle, żeby powierzono mu kolejne.
Tavik klęczał przy tylnej burcie.
– Lerr!
Barek puścił jeńca w błoto i dopadł do wozu.
Pod ciemną płachtą leżał człowiek.
Związany.
Zakneblowany.
Żywy.
Joren był młody, choć teraz trudno było to rozpoznać. Twarz miał posiniaczoną, jedno oko spuchnięte, ubranie mokre i ubłocone. Na ramieniu widniało cięcie, głębokie, ale opatrzone byle jak. Owijali to sukno bez dbałości – zależało im tylko na tym, by chłopak nie skonał przed dotarciem na miejsce.
W dusznej przestrzeni wozu, spod mokrej płachty, buchał odór starej krwi, potu i strachu.
Barek przeciął więzy.
Joren zaczerpnął powietrza tak gwałtownie, jakby ktoś wyciągnął go spod wody.
– Mira – wychrypiał.
– Żyje – powiedział Lerr.
– Len?
– Też.
Joren zamknął oczy.
Tavik patrzył na niego blady jak popiół.
– Oni naprawdę mieli go wywieźć.
– Tak – powiedział Lerr.
– Ale po co? Przecież wszyscy myśleli, że zabił go wilk.
Lerr spojrzał na listy ukryte pod płaszczem.
– Właśnie po to.
Tavik nie zrozumiał od razu.
Barek zrozumiał szybciej.
– Człowiek wpisany jako martwy nie będzie szukany.
Lerr skinął głową.
– A jeśli kiedyś ktoś go zobaczy, to będzie tylko plotka.
Olt splunął w błoto.
– Mówiłem. Prawdziwe rzeczy są mniejsze i mają imiona.
Joren próbował się podnieść, ale jęknął i opadł z powrotem.
– Skrzynie – wyszeptał.
Lerr pochylił się.
– Jakie skrzynie?
– Pod groblą. Dwie noce temu. Ludzie w środku. Słyszałem. Chciałem sprawdzić. Potem…
Urwał.
Nie musiał kończyć.
Lerr spojrzał na ujętych ludzi.
– Ilu?
Mężczyzna bez sznurka zaczął się śmiać nerwowo.
– Myślicie, że to coś zmieni? Jeden wóz? Jeden pasterz? Jedna lista?
Barek ruszył ku niemu, ale Lerr zatrzymał go wzrokiem.
Nie dlatego, że jeniec nie zasługiwał.
Dlatego, że czasem człowiek zasługujący na cios właśnie na niego czeka.
– Nie – powiedział Lerr. – Jedna lista nie zmieni wszystkiego.
Jeniec uśmiechnął się przez krew.
Lerr dodał:
– Ale zmieni to, kto dziś będzie spał.
Uśmiech zniknął.
Zabrali Jorena, Rosta, Tavika, listy i jednego jeńca. Dwóch pozostałych związali przy wozie. Olt narzekał, że to głupota, bo jeśli ich ludzie wrócą, znajdą ich przed strażą.
– Właśnie – powiedział Lerr.
– Ty chcesz, żeby ich znaleźli?
– Chcę, żeby wiedzieli, że ktoś ich zostawił przy życiu.
Olt spojrzał na niego z niepokojem.
– To wiadomość?
– Tak.
– Dla kogo?
Lerr nie odpowiedział.
Barek westchnął.
– Nie lubię, kiedy robisz się taki.
– Jaki?
– Cichy w zły sposób.
Wracali do grobli długo.
Joren szedł oparty na Bareku. Rost kuśtykał przy Olcie, który udawał, że nie pomaga mu iść. Tavik niósł latarnię, choć ręka drżała mu tak mocno, że światło tańczyło po błocie.
Kiedy dotarli do pierwszych domów, Mira wybiegła im naprzeciw.
Zatrzymała się nagle.
Jakby bała się podejść bliżej, bo obraz mógł się rozpaść.
Joren podniósł głowę.
– Mira.
Wtedy dopiero ruszyła.
Nie krzyczała. Nie płakała od razu. Po prostu objęła brata tak mocno, że Barek musiał odsunąć się, żeby ich nie przewrócić.
Len wybiegł zza niej i zatrzymał się obok, z twarzą wykrzywioną między strachem a ulgą.
– Mówiłem, że wycie było dziwne – powiedział cicho.
Lerr spojrzał na niego.
– Mówiłeś.
Chłopiec wyprostował się trochę.
Nie dużo.
Wystarczająco.
Straż przyjechała dopiero nad ranem.
Nie była to ta sama para, która wpisała "atak wilka". Tym razem przyjechało czterech ludzi z Wysokiego Brodu, zaspanych, mokrych i źle nastawionych do świata. Najstarszy z nich próbował przejąć sprawę tonem, jakim przejmuje się worek zboża, którego nikt nie chce nosić. Wyciągnął zza pasa pomięty, wilgotny pergamin, splunął na palec i zaczął bezmyślnie szukać czystego miejsca na dopisanie raportu.
Lerr dał mu jednego z jeńców.
Nie dał mu listów.
– Gdzie dowody? – zapytał strażnik.
– W bezpieczniejszym miejscu.
Strażnik spojrzał na niego z oburzeniem.
– To sprawa straży.
Lerr popatrzył na niego spokojnie.
– Wczoraj też była.
Barek chrząknął, żeby ukryć uśmiech.
Strażnik poczerwieniał, ale nie odpowiedział. Może dlatego, że Joren siedział żywy pod ścianą domu Miry. Może dlatego, że drewniane wilcze formy leżały obok, brudne i oczywiste. Może dlatego, że nawet głupi raport wygląda źle, kiedy ofiara siedzi naprzeciwko i oddycha.
Olt Łata próbował zniknąć trzy razy.
Za trzecim Lerr powiedział tylko:
– Olt.
Kłusownik zatrzymał się w pół kroku.
– Co?
– Zostań.
– Żeby mnie zamknęli?
– Żebyś powiedział, kto ci zapłacił.
– Nie znam imienia.
– Znasz głos. Wzrost. Sposób chodzenia. Strach.
Olt prychnął.
– Strach?
– Ludzie inaczej straszą, kiedy sami się boją.
Kłusownik spojrzał na niego krzywo.
– Ty naprawdę jesteś męczący.
– Mówili mi.
Gdy sprawa przy grobli została już nazwana inaczej – nie wilkiem, nie klątwą, nie nieszczęściem – Lerr wrócił z Barekiem i Tavikiem do karczmy Pod Suchym Dębem.
Deszcz wreszcie osłabł.
Karczma pachniała dymem, piwem i mokrymi ludźmi. Czyli domem, przynajmniej dla tych, którzy nie mieli lepszego.
Sella czekała przy drzwiach.
Nie rzuciła się na Tavika. Nie przytuliła go. Nie powiedziała, że się martwiła.
Uderzyła go otwartą dłonią w tył głowy.
– Ał!
– To za pójście za nimi.
– Oni mnie porwali!
– Najpierw sam poszedłeś.
– Bo widziałem konia!
– To następnym razem powiedz komuś, kto ma więcej rozumu niż koń.
Tavik spojrzał na Lerra, jakby szukał wsparcia.
Lerr zdjął mokry płaszcz.
– Ma rację.
Chłopak wyglądał na zdradzonego przez cały świat.
Barek minął ich i poszedł prosto za ladę. Wyjął butelkę z półki, tej wyższej, z której zwykle nic nie zdejmował przy świadkach.
Butelka była zakurzona, z pękniętym woskiem na korku. Nalał płynu, który pachniał palonym dębem i dzikimi ziołami, rzadkim towarem, trzymanym na gorsze czasy.
Sella uniosła brew.
– Czyli źle było?
– Było mokro – powiedział Barek.
– To widzę.
– I głupio.
– To też.
Morn siedział przy palenisku, jakby przez cały czas nie ruszył się z miejsca. Może nie ruszył.
Kiedy Lerr usiadł przy końcu lady, stary pijak otworzył jedno oko.
– I co? Wilk miał koła?
Lerr położył na ladzie czerwony sznurek.
Morn spojrzał na niego długo.
Tym razem się nie uśmiechnął.
– Stare kolory – mruknął, a jego wzrok na moment przestał być mętny. Przez ułamek sekundy patrzył na czerwony len, jakby widział w nim krew przelaną dawno temu na kamieniach wielkich miast.
Lerr odwrócił głowę.
– Znasz je?
– Znam dużo rzeczy, których wolałbym nie znać. aki len tkają tylko tam, gdzie wieże dotykają chmur, a królewscy skrybowie piszą imiona królów złotym atramentem. Układ ma korzenie głębiej, niż wasze bagnisko.
– Morn.
Stary westchnął.
– Nie dziś. Dziś chłopak żyje, pasterz żyje, a Barek wyjął dobrą gorzałkę. Jak powiem za dużo, jeszcze popsuję wieczór.
Barek nalał cztery małe kubki.
– Już popsuty.
– Widzisz? – Morn wziął swój kubek. – Mądry karczmarz.
Tavik usiadł ostrożnie przy stole, wciąż mokry, wciąż blady, ale już z tym niebezpiecznym błyskiem w oczach człowieka, który przeżył coś strasznego i jeszcze nie wie, że to nie czyni go dorosłym.
Lerr zauważył ten błysk.
– Tavik.
Chłopak wyprostował się.
– Tak?
– Dzisiaj miałeś szczęście.
– Wiem.
– Nie. Myślisz, że wiesz. To co innego.
Tavik spuścił wzrok.
Lerr mówił spokojnie:
– Odwaga nie polega na tym, że idziesz za śladem sam.
– A na czym?
– Na tym, że wracasz po kogoś, kto może cię powstrzymać.
Tavik milczał.
Sella, stojąca obok, nie powiedziała nic. Ale jej twarz złagodniała odrobinę. Tylko odrobinę.
Barek postawił przed Lerrem kubek.
– Co z listami?
Lerr dotknął miejsca pod kaftanem, gdzie nadal je trzymał.
– Nie pójdą do pierwszego strażnika z mokrym piórem.
– Do kogo?
– Jeszcze nie wiem.
Barek spojrzał na niego uważnie.
– To już nie jest sprawa o wilka.
– Nigdy nie była.
Morn uniósł kubek.
– Za wilki, które mają tyle przyzwoitości, że chodzą na czterech łapach.
Nikt nie powtórzył toastu.
Ale wszyscy wypili.
Za oknem świt powoli brudził niebo. Mokradła milczały, grobla stała tam, gdzie stała od lat, a gdzieś w błocie zostały ślady wielkich wilczych łap, które nigdy nie należały do wilka.
Lerr siedział przy końcu lady.
Patrzył na wejście jakby przenikał drzwi wzrokiem.
Przed nim leżał czerwony sznurek, ciemny od deszczu i błota.
Barek spojrzał na niego.
– Myślisz, że wrócą?
Lerr schował sznurek do sakwy.
– Nie.
Barek zmarszczył brwi.
– Nie?
– Teraz przyślą kogoś, kto zapyta grzeczniej.
Morn zachichotał cicho przy palenisku.
– Grzeczni są najgorsi.
Lerr nie odpowiedział.
Dotknął rękojeści starego strażniczego noża, czując pod palcami chłód rogowego oplotu.
Tym razem nie dlatego, że ktoś kłamał.
Dlatego, że wreszcie ktoś miał przyjść powiedzieć prawdę za cenę, której jeszcze nie znał.