- Opowiadanie: jfrydr - Jeszcze chwilę, chwileczkę...

Jeszcze chwilę, chwileczkę...

To opowiadanie, które pierwotnie zostało napisane na konkurs “Ze śmiercią im do twarzy”. Ostatecznie jednak zdecydowałem się zamieścić je poza konkursem. Zapraszam do lektury. Będę wdzięczy za poświęcony czas i feedback.

 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Ambush, Finkla, marzan, beeeecki

Oceny

Jeszcze chwilę, chwileczkę...

Huk. Krótki ból i ten dziwny trzask, jakby solidna, drewniana podpora załamała się pod ciężarem starej winorośli. 

Jeszcze przed chwilą czuł znajomy ścisk w żołądku, słyszał ryk silnika i szum powietrza opływającego kask. Lecz teraz wszystko ucichło. Nagle. Jakby ktoś zgasił światło.

 

***

Powieki były zbyt ciężkie, by zdołał je unieść. Oddychał, lecz jakoś inaczej, jakby obca siła wtłaczała w jego płuca powietrze. I ta twarda rura uciskała go w gardło.

– Co… kolejny dawca? – usłyszał niski głos, który wybrzmiał zaciekawieniem.

– Eeee, ten pewnie na razie przeżyje – odparła kobieta niewyraźnie, przeżuwając kanapkę. – Choć i tak nie obejdzie się bez tracheostomii.

– A rdzeń cały?

– Yyy, nie… – odparła niewyraźnie kobieta, jakby właśnie przeżuwała drugie śniadanie.

– No i po co go operowaliście? – prychnął mężczyzna. – Lepiej byłoby mu umrzeć.

Serce zabiło mocniej, a oddech zechciał przyspieszyć. Ale ta przeklęta rura… Jak ją wyciągnąć? Jak? Skoro ręka nawet nie drgnęła, by ruszyć w stronę ust.

– Oho, ktoś nam się próbuje obudzić… – szepnęła kobieta, jakby do siebie, przełączając coś na aparaturze.

Zasnął.

 

***

Biały sufit szpitalnej sali znał już niemal na pamięć. Mały, czarny pająk po raz czwarty tego dnia próbował zbudować sieć w narożniku pomieszczenia. Lecz i tym razem powiew powietrza z uchylonego okna zniweczył jego pracę.

Gdyby mógł spojrzeć za okno, zobaczyć chociaż, jaka jest pogoda… Lecz jego głowa obracała się w ciągu dnia jedynie podczas czynności pielęgniarskich, kiedy to młode kobiety przychodziły zmienić mu pampersa i umyć z nieczystości. Wtedy leżał na boku. Wtedy mógł nawet zobaczyć plecy leżącego obok pacjenta.

Tego dnia była jednak niedziela. Być może, jak co tydzień, odwiedzi go żona. Może przyjdą dzieci. Ale tylko być może. W końcu w któryś weekend maja mieli wyjechać w góry. Może to teraz? A może to już było…

Z korytarza dobiegały coraz głośniejsze odgłosy narastającej kłótni.

– Ale czego pani ode mnie oczekuje?! – Doktor uniósł głos.

– Może spróbujcie zrobić kolejny zabieg! Błagam, niech mu pan da jeszcze szansę…

– Jestem lekarzem, nie cudotwórcą! Nie potrafię cofnąć czasu! – warknął mężczyzna, a trzask drzwi dyżurki zakończył rozmowę.

Po kilku chwilach na tle sufitu pojawiła się znajoma twarz.

– Władziu… Synku… – szepnęła, a jej łzy kapały na niedawno przebraną pościel.

– Cześć, mamo. – Odruchowo spróbował się przywitać, ale żaden dźwięk nie opuścił jego ust.

Kobieta wpatrywała się w jego oczy, czule gładząc bezwładną dłoń. Godzina za godziną. A później zasnął i szara biel szpitalnego sufitu odeszła na krótką chwilę w zapomnienie.

 

***

Obudził się, czując, jakby w jego wnętrzu coś się gotowało. Każdy wymuszony przez aparaturę oddech chrypiał szorstko, a po czole spływały mu zimne krople potu. Świat wokół wirował.

– Od kiedy ma spadki saturacji? – Głos wchodzącej szybkim krokiem lekarki był rzeczowy. – Dlaczego wcześniej mnie nie obudziłyście?

– Od trzech godzin – odparła cicho pielęgniarka, spoglądając niepewnie na koleżankę, z którą tej nocy dyżurowała.

– Trzy godziny? – warknęła groźnie specjalistka, przykładając stetoskop do jego piersi. – Nic dziwnego, że jest siny. Ma zapalenie płuc.

Kobieta zapisała coś na karcie i podała ją pielęgniarkom. Rzuciła okiem w stronę sąsiedniego łóżka, na którym nie było już nikogo. Zostały tylko brudna poduszka, zmięta pościel i odpięte przewody aparatury. Później chwyciła długą, cienką rurkę i wepchnęła głęboko przez otwór w szyi Władka. Zacharczało, a później przyszło kilka spazmów kaszlu, ale duszność trochę zelżała.

Władek spojrzał w zmartwione oczy kobiety. Za jej plecami stały pielęgniarki. Ale w kącie sali był ktoś jeszcze. Ktoś, kto czekał cierpliwie. Ktoś, kto miał dla niego całą noc. Czuł to, choć nie potrafił odwrócić głowy.

 

***

Znów się przebudził. Wciąż było ciemno. I choć personel dosypiał ostatnie godziny dyżuru, Władek jasno czuł, że nie jest na sali sam. Odwrócił głowę, lecz przez przymknięte drzwi wpadało zbyt mało światła, by dostrzec coś więcej niż tylko kontury postaci.

Czuł się zdecydowanie lepiej. Widać, antybiotyk zaordynowany przez lekarkę był strzałem w dziesiątkę. Spuścił nogi poza krawędź łóżka i usiadł. Zmrużył oczy i jeszcze raz spojrzał w róg sali.

– Po jaką cholerę masz kaptur na głowie? – wypalił, wreszcie widząc ubraną na czarno postać.

– Jeszcze nie dotarło? – zapytała cicho Śmierć.

– Co takiego? – Uniósł brwi, rozglądając się wokół.

Dopiero teraz zauważył, że sąsiednie łóżko jest puste, a na jego własnym leży…

– Hmmm… – Zamyślił się na chwilę. – Aaaa!

Odskoczył jak oparzony. Aparat wciąż tłoczył powietrze przez rurkę w jego szyi.

Niby klatka piersiowa się unosiła, ale coś było nie tak. Dopiero teraz usłyszał wyjącą alarmami aparaturę.

Do sali wbiegła pielęgniarka, a w drzwiach korytarza stanęła druga.

– Obudź doktorkę! – krzyknęła ta bliżej. – Prędko!

Władek wpatrywał się w swoje sine usta. Jednostajny pisk monitora wwiercał się w uszy.

Zaspana lekarka wbiegła do sali, przecierając naprędce oczy. Bez wahania przypadła do jego ciała i zaczęła uciskać klatkę piersiową.

– Szybko, adrenalina! – uniosła głos. – I przygotujcie defibrylator!

Władek poczuł ciepły dotyk obejmującego go ramienia. Czarny rękaw połyskiwał srebrną poświatą.

– Chodźmy – szepnęła mu Śmierć do ucha. – Nie musisz już na to patrzeć.

Powolnym krokiem ruszyli w stronę wyjścia. Jeszcze przez chwilę było słychać nerwowe krzyki lekarki. Jeszcze dźwięk tłuczonej ampułki adrenaliny, która wypadła z drżących rąk pielęgniarki. A później wszystko ucichło.

 

***

Jesienny deszcz lał się strugami z atramentowego nieba. Trumna była ciężka, dębowa, lecz nikt z niosących ją przyjaciół nie narzekał.

Agnieszka szła pierwsza, tuląc w ramionach dwuletnią Hanię. Zosia trzymała się blisko. Ona już rozumiała. Wiedziała, że to ostatnia podróż jej ojca. Płakała. Zresztą… kto nie płakał? Chyba tylko jej babcia. Ona wylała już wszystkie łzy wcześniej, a teraz jej twarz była obojętna. Jakby nie dostrzegała tego, co się wokół niej dzieje.

Smutna pieśń niosła się główną ulicą wioski, a długi orszak wydawał się nie mieć końca.

Wreszcie stanęli nad wykopanym grobem. Ksiądz mówił długo, lecz nikt nie słuchał jego słów. Ludzie kiwali jedynie głowami, a w myślach wspominali ojca, męża, syna, przyjaciela… Każdy żegnał go na swój sposób.

Władek stał blisko Agnieszki, nie mogąc zrozumieć, dlaczego ją stracił. Próbował tulić córeczki, lecz one nie reagowały. I jeszcze mama. W jej oczy nie potrafił spojrzeć. Tyle razy prosiła, by sprzedał motor. Tyle razy…

Na krótką chwilę pomiędzy chmurami przebiło się słońce. Było słabe, bo jesienne, ale nie umknęło uwadze Zosi.

– Do widzenia, tato… – szepnęła dziewczynka, pociągając nosem.

Gdy trumna zanurzała się w głęboki wykop, powietrze rozdarł głośny ryk silników dziesiątek motocykli. Mimo rzęsistego deszczu przyjaciela należało pożegnać tak, jak żył.

– Dlaczego, Boże? Dlaczego?! – wykrzyczał Władek z żalem.

Niebo odpowiedziało trzaskiem i głuchym grzmotem. Deszcz lunął mocniej niż dotychczas, a porywisty wiatr wyłamywał parasole. Ludzie zaczęli w pośpiechu opuszczać cmentarz. Po chwili zostały tylko Agnieszka z dziećmi i matka zmarłego.

– Wstąpisz do nas na chwilę, mamo? – zapytała przez łzy kobieta, rzucając ostatnie spojrzenie na złożone przy grobie wieńce.

– Ja tu jeszcze chwilę zostanę… jeszcze chwilę… z Władziem…

 

***

Było już całkiem ciemno, gdy matka zmarłego wróciła do domu. Władek został na cmentarzu sam, wpatrując się w dół, w którym złożono jego trumnę. Czuł, że to miejsce jest teraz jego. Jakoś dziwnie bliskie. Jakoś dziwnie swoje.

– Nikomu nie przychodzi to łatwo – rzekła Śmierć, której Władek znów nie zauważył pośród mroku nocy.

– Ale dlaczego tak szybko?

– Szybko? – zdziwiła się postać w czerni. – Zdążyłeś być przyjacielem, mężem, ojcem… Wielu, którzy są już na tamtym świecie, nie może tego o sobie powiedzieć.

– Hmmm – zamyślił się Władek, wpatrując się w twarz niknącą w cieniu kaptura. – Jak tam jest?

– Sam się przekonaj… Już czas.

Naraz świat, który go otaczał, zaczął wirować i tracić swą zwartą postać, rozmywając się pośród przestrzeni i czasu. Dzień zlewał się z nocą, a czasy przeszłe z tym, co miało dopiero nastąpić. Władek czuł, jak powoli zacierają się granice tego, czym jeszcze przed chwilą był.

– Ale czy kiedyś jeszcze ich zobaczę?

Śmierć nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się tylko w cieniu kaptura.

 

***

Agnieszka leżała na łóżku z podkurczonymi nogami. Poduszka pod jej głową była mokra od łez. Za oknem słońce świeciło jasno.

Sobota. Wiedziała, że musi już wstać. Tyle rzeczy miała do załatwienia, a jeszcze jutro rocznica.

Ale jeszcze przez chwilę potrzebowała pogrążyć się we śnie. Jeszcze przez chwilę poczuć obecność męża. Sam zapach koszuli, której od sześciu lat nie miała odwagi wyprać, zwiniętej i przyciśniętej do twarzy, nie wystarczał.

– Mamo, mogę iść do Kasi? – Hania wbiegła do sypialni, nieuważnie strącając z komody model szybowca, który dawno temu złożył jej ojciec.

Była już ubrana i nawet zdążyła zjeść płatki kukurydziane na śniadanie.

– Możesz… – odparła matka, a dziewczynka pobiegła jak strzała w stronę drzwi.

Znów chwila ciszy. Agnieszka zamknęła mokre oczy. Odpłynęła.

– Mamo… – Zosia pochyliła się nad nią. – Już pierwsza… Miałyśmy jechać po kwiaty.

– Zaraz wstanę, kochanie… – odparła ze smutkiem i pogładziła dłoń córki. – Za chwileczkę…

Władek leżał obok żony, ściskając jej dłoń i gładząc policzek.

– Przepraszam, skarbie, że zostawiłem cię samą z tym wszystkim – powiedział.

Nie zareagowała. Ale powoli wstała z łóżka, ubrała się i zeszła do kuchni.

Zosia siedziała w fotelu. Na widok mamy schowała za plecy zdjęcie ojca i otarła łzy.

Agnieszka udała, że nie zauważyła. Odkręciła wodę w kranie i długo wpatrywała się w uderzający o dno zlewu strumień.

– Przynieś mi mleko z piwnicy, proszę – zwróciła się do córki.

Zosia zerwała się natychmiast, a na fotelu pozostała oprawiona w drewnianą ramkę fotografia. Agnieszka uśmiechnęła się na widok rozpromienionego Władka, siedzącego na swoim motocyklu. Wyglądał na szczęśliwego.

– Gdybyś wiedział, jak bardzo mi ciebie brakuje… – szepnęła.

– Wiem, kochana… Wiem… – odparł, obejmując ją ciepło.

Lecz ona poczuła tylko słaby podmuch wiatru, który poruszył materiał jej sukienki.

 

***

Nadchodził kolejny zimowy wieczór. Sąsiadka wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Mama Władka starła okruchy ze stołu i usiadła, jak co dzień, przed zdjęciem syna. Przeżegnała się i rozpoczęła modlitwę.

Łzy popłynęły obficie po jej pomarszczonych policzkach, jakby po dobrze znanych już sobie ścieżkach.

– Boże, zabierz mnie wreszcie do Władzia – wyszeptała, odpinając od piersi bursztynową broszkę, którą przed laty otrzymała od syna.

– Proszę, nie mów tak – zaprotestował Władek, klękając przy niej.

Kobieta spojrzała na płomień świecy, który zafalował mimo braku wiatru.

– Synku… Jesteś tu?

– Tak, mamo, jestem. Zawsze… – odparł, kładąc rękę na jej dłoni.

Zadrżała, jakby poczuła dziwny chłód. Po chwili uśmiechnęła się lekko i przycisnęła broszkę do ust.

– Dziękuję…

 

***

Był mróz. Wcześnie jak na listopad. Cmentarz jednak był pięknie rozświetlony blaskiem tysięcy zniczy. W końcu dwa dni temu były Zaduszki.

Wiatr wył pośród wąskich, wybrukowanych uliczek. Agnieszka, jak co niedziela, stała z córkami przed grobem. Dygotały z zimna. Powolnym krokiem zbliżała się do nich mama Władka.

Dziewczyny poprawiły przewrócone przez wiatr kwiaty. Każda z nich szeptała pod nosem znane tylko sobie słowa modlitwy, a Władek siedział przed nimi, ciesząc się, że znów go odwiedziły.

– Tato, zdałam kolokwium z patomorfologii… – powiedziała w myślach Zosia. – Wiem, że byłbyś ze mnie dumny. Nie myśl, że zapomniałam, jak patrzyłeś na mnie, gdy dostałam pierwszą piątkę z czytania. To było tak dawno… Brakuje mi ciebie…

Ojciec objął córkę serdecznie. Delikatnie uszczypnął ją w policzek.

– Każdego dnia pękam z dumy, widząc, jak sobie radzisz, kochanie – odparł, choć wiedział, że ona go nie usłyszy. Ale uśmiechnęła się. Sama nie rozumiała, dlaczego.

– Tato, zakochałam się – rzekła Hania, jakby wstydziła się własnej myśli. Ale jemu mogła powiedzieć wszystko. – To coś prawdziwego… jak między tobą a mamą. Przynajmniej z tego, co ona mówi. Proszę, jeśli możesz, spraw, by zawsze chciał być tylko przy mnie.

Nie odpowiedział, ale uśmiechnął się szczerze, jakby rozumiał jej szczęście. Przeniósł wzrok na smutną twarz ukochanej żony.

– Władek… ach… – zaczęła, ale urwała, odwracając się na pięcie.

Podeszwy jej butów smętnie zaszurały o bruk, a on odprowadził ją spojrzeniem. Pewnego dnia porozmawiają więcej.

– Idźcie z mamą, zaraz do was przyjdę – rzekła cicho starsza kobieta.

– Dobrze, babciu – odparły dziewczęta, ruszając w stronę bramy cmentarza.

Kobieta usiadła na zimnej płycie nagrobka, czule gładząc ją dłonią. Jeszcze tylko zdjęła z ramion czarną, żałobną chustę i strzepnęła nią liście nawiane spod lasu.

– Synku… Dlaczego? Czym zasłużyłam na to, że ciebie przy nas nie ma? – wyszeptała, przesuwając paciorki różańca pomiędzy palcami. Jej łzy kapały na granit. Jedna za drugą.

– Mamo… to już piętnaście lat. Tu jest mi naprawdę dobrze – rzekł, siadając blisko niej. Spojrzał na wyblakłe już zdjęcie przytwierdzone do nagrobka. – Kiedyś zrozumiesz… A dziś spójrz tylko… ze śmiercią też mi do twarzy…

Koniec

Komentarze

Nawet jakbyś nie napisał w swoim bio to by się łatwo można było domyśleć po tym opowiadaniu, że jesteś lekarzem. Medyczny research to każdy z Google może i zrobi, ale ten spokój, oswojenie ze śmiercią to już zupełnie inna sprawa. Jak dla mnie przejmujący do szpiku kości tekst. Masz unikalną umiejętność przekuwania pewnie trudnych doświadczeń zawodowych w poruszającą literaturę. Pozdrawiam i “gwiazdkuję”.

@Grzesiek_W 

Bardzo dziękuję za poświęcenie czasu i opinię.

Pierwsze sceny celowo przerysowałem w kwestii spowszednienia w oczach anestezjologa i chirurga stanów, które dla zwykłego człowieka, będącego po drugiej stronie, są wręcz końcem świata. Późniejsze sceny odnoszą się głównie do cierpienia z którym spotykają się ci , którzy pozostali na tym świecie. To często boli nawet bardziej niż śmierć. 

 

Medyczny research to każdy z Google może i zrobi, ale ten spokój, oswojenie ze śmiercią to już zupełnie inna sprawa.

Faktycznie staram się rzetelnie oddać medyczny aspekt. Bardzo się cieszę, że to doceniasz. 

Dziękuję i pozdrawiam

I ta twarda rura uciskała go w gardle.

Uciskała raczej w co, a nie gdzie.

 

– Ale czego pani ode mnie oczekuje?! – doktor uniósł głos.

 

O formatowaniu dialogów przeczytasz sobie tu: https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Doktor z dużej. 

 

– Cześć, mamo – odruchowo spróbował się przywitać, ale żaden dźwięk nie wydostał się z jego ust.

Tu też dialog do poprawy. Kropka po mamo, odruchowo z dużej. 

 

Bardzo rzewne, ale czyta się przyjemnie. Szkoda, że nie w ramach konkursu. 

 

 

teksty generowane komentuję z AI

Nostalgiczne i nastrojowe. 

W tekście jest sporo pogody… ducha :) Prowadzi czytelnika przez cały proces przejścia w zaświaty i zamiany w ducha z wdziękiem. Jest sporo wzruszeń, miłe, rodzinne scenki – a jednocześnie uniknąłeś patosu. Czyli łezka się kręci, ale nie jest wyciskana z odbiorcy.

Na razie nie robiłem łapanki językowej, ale zwróciłbym uwagę na imiesłowy. Większość jest użyta poprawie, ale błysnęły mi takie, które nie wydają się wyrażać jednoczesności, a przynajmniej wyobrażenie sobie, że jedna czynność towarzyszyła drugiej wymaga pewnej ekwilibrystyki. Jest też trochę powtórzeń. Wcale nie przeszkadzało mi to w odbiorze, tekst czyta się gładko, a niedoskonałości zauważałem przy okazji, a nie wywalałem się na nich.

Przykłady:

zaczął wyłamywać parasole. Ludzie zaczęli w pośpiechu

szepnęła Śmierć do jego ucha

Anglicyzm składniowy(death whispered in his ear)– lepiej: szepnęła mu Śmierć do ucha

 

odruchowo spróbował się przywitać, ale żaden dźwięk nie wydostał się z jego ust.

Siękoza (na szczęście na to się nie umiera XD) . Wydostał się można zmienić na wyszedł – żaden dźwięk nie wyszedł mu z ust. Może być też “opuścił”, ale wtedy trzeba niestety mieć tę angielskawą składnię “nie opuścił jego ust”, ponieważ sam czasownik jest wieloznaczny.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Tu też dialog do poprawy. Kropka po mamo, odruchowo z dużej. 

 

Można dyskutować. Przywitać (słownie) to czynność gębowa. Przywitać (w ogóle) – do interpretacji. Więc to chyba ciężki przypadek.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

@Ambush

Bardzo dziękuję za przeczytanie mojego opowiadania. Miało iść na konkurs, ale stwierdziłem, że chyba zbyt długo przed śmiercią się zaczyna, dlatego na konkurs postanowiłem napisać coś innego. To natomiast dokończyłem i chciałem się nim podzielić.

Dziękuję za sugestie poprawek – Oczywiście zastosowałem się do nich.

Pozdrawiam

 

@marzan

Bardzo dziękuje za poświęcenie czasu i przeczytanie. Cieszę się, że odnalazłeś pogodę ducha w tym opowiadaniu. Chciałem ukazać to, że nam ludziom przywykłym do praw tego świata, trudno jest pogodzić się ze śmiercią, a ona sama jest straszniejsza dla tych, którzy pozostają przy życiu niż dla samego umierającego. Więc tak na prawdę miało być smutną historią, która pokrzepi serca osób, tęskniących za kimś, kto już umarł.

Dziękuję za sugestie poprawek – zastosowałem się do nich.

Dziękuję jeszcze raz i pozdrawiam.

IMO, nadawałoby się na konkurs. Ale skoro już poszło przed czasem i pod nickiem…

Pomysł nienowy, ale czytało się w miarę przyjemnie. Acz tekst raczej smętny. Tak, to żywi bardzo przeżywają czyjąś śmierć. Zmarli jakoś się nie skarżą…

Babska logika rządzi!

@Finkla

Dziękuję, że zajrzałaś i przeczytałaś. Na konkurs wybrałem coś innego – może mniej smętnego, ale zobaczymy, jak zostanie odebrane ;) 

Tak, to żywi bardzo przeżywają czyjąś śmierć. Zmarli jakoś się nie skarżą…

Bardziej myślę o tym, ile tego cierpienia jest w samej śmierci, a ile w bólu po utracie kogoś, który czasem zostaje przez wiele wiele lat… Ten tekst powstał, bo musiałem to z siebie wylać.

No, tak – żywych przez cały czas boli brak zmarłego. O to mi chodziło.

Jeśli próbujesz wyrzucić z siebie taki ból, to współczuję.

Babska logika rządzi!

@Finkla

Mówię o bólu, który widzę u ludzi, z którymi pracuję. Własny ból dużo ciężej jest wyrzucić z siebie. Trudniej ubrać właściwie w słowa. 

Czołem!

– Yyy, nie… – Pokręciła głową kobieta, przeżuwając kolejny kęs drugiego śniadania.

To mnie wybiło z rytmu niewiedzy i bezradności głównego bohatera. Nic nie widzi, jedynie słyszy, skąd u licha wie, że ona przeżuwa drugie śniadanie?

 

Dość dużo masz czasownika “czuć”, ale nie wiem nawet czy da się to inaczej wyrazić.

 

Tekst jest na pewno bardzo solidny. Nie wiem, czy chciałeś pójść bardziej w stronę emocjonalności, co sugeruję niektóre sceny, czy w stronę oswajania śmierci, bo to sugerują inne. Zapewne w sumie obie kwestie. Pod kątem literackim jest to ciekawy zabieg, bo nie odczułem przesytu żadnego z powyższych, a zwłaszcza jeśli chodzi o emocjonalność, dość łatwo go odczuwam.

 

A pod kątem ludzkim, to dziękuję, że podzieliłeś się trudnym tekstem, jak mniemam osobistym. O ile straty doświadczamy wszyscy, o tyle rozumiem, że z przyczyn zawodowych obserwujesz tego więcej. Tym większy walor opowiadania.

 

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

@beeeecki

Dzięki, że przeczytałeś. Dzięki za feedback ;)

 

To mnie wybiło z rytmu niewiedzy i bezradności głównego bohatera. Nic nie widzi, jedynie słyszy, skąd u licha wie, że ona przeżuwa drugie śniadanie?

Wybiło cię ta jedna linijka, czy cały aspekt tego, że narrator mówi więcej niż główny bohater może doświadczyć?

Może coś takiego byłoby lepsze? Co sądzisz?

 

– Yyy, nie… – odparła niewyraźnie kobieta, jakby właśnie przeżuwała drugie śniadanie.

 

 

Podczas pisania tekstu chciałem przede wszystkim ukazać emocjonalny aspekt różnego podejścia do śmierci umierającego, jego żony, matki, dziecka, które go nie poznało i dziecka, z którym zdążył się zżyć.

Tak, zdecydowanie to "jakby" zmienia mój obraz tego zdania. A ukazanie aspekty emocjonalnego, ciekawe i udane w mojej ocenie ;)

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

@beeeecki 

Dzięki za docenienie. 

zapis w opowiadaniu zmieniłem.

pozdrawiam. ;)

Nowa Fantastyka