Harfiarz, przez Horologiona* zwany Tkaczem, zaległ w bezruchu, wsłuchany w brzmienie strun. Tam, gdzie krzyżowała się ich niezliczona ilość – na pępicy. Ramiona rozłożone na pajęczynie wyczuwały najdrobniejsze drżenie cięciw, a wtedy długie palce chwytały strunę. Przez wibracje Tkacz czuł, kiedy została napięta, czy wymaga dostrojenia i ile zostało czasu do zerwania włókien.
W Poza Czasie struny nie wisiały biernie – unosiły się w bezkresie, falowały, zbliżały do siebie i zderzały. W chwili kontaktu czasem w pustkę strzelała świetlista drobinka, wskrzeszona przez tarcie cięciw. Iskierki dryfowały między włóknami pajęczyny, rozświetlając pustkę srebrnym blaskiem, przyciągane do włosów porastających odwłok Harfiarza. Gdy drobinki przylegały do szczecinek, wtedy Tkacz strzykał nićmi w Poza Czas – dokładnie tyloma, ile było potrzebnych do skręcenia strun dla każdej iskierki osiadłej na odwłoku.
Horologion na czarnych skrzydłach przemierzał krańce Poza Czasu, gdzie sprawdzał mocowania, dostrajał lub przepinał struny. Oczodoły Instrumentarzysty były puste, ale doskonale wyczuwał zmiany w plątaninie. Odnajdywał nici i sprawdzał ich jakość, nim splótł włókna w cięciwę. Gotową strunę, starzec o dziecięcej twarzy, przytwierdzał i nastrajał, by rozbrzmiewała wraz z innymi w pustce. Czasem odnajdywał drobinki, które zagubione między nitkami pajęczyny, nigdy nie dotarły do Tkacza. Zbierał je i umieszczał w słoju – wszystko musiało mieć własne miejsce we właściwym czasie.
Ramiona Tkacza nieustannie zmieniały pozycję, wyczuwając nowe drgania. Z odwłoka strzykały nici, ale tułów i trupi łeb Harfiarza były nieporuszone niczym niezależne byty. Stężała twarz przedstawiała oblicze pogrążone w głębokim śnie.
Horologiona to nie zwiodło. Wiedział, że Tkacz tworzy, a więc wkrótce będzie musiał przygotować nową harfę.
*
Jezus budził się i zasypiał wraz z dźwiękiem silników, które wprawiały w ruch olbrzymie łopaty wiatraków filtrujących powietrze. Śpiwór zajmował wolną przestrzeń między rurami chłodniczymi a kondensatorami. Poranny bezdech i fala kaszlu rozbudziły technika. Przypominały o obowiązku oddania nasienia.
Wygrzebał się ze śpiwora i wyszedł z wnęki. Jak zawsze na Jezusa czekała miska owsianki ze sporą dawką proteinowego proszku, butelka wody, karton syntetycznego mleka i chleb – dzienny przydział racji. Obok leżały świeżo uprane: bielizna i kombinezon.
Jezus nigdy nie odkrył, kto i kiedy dostarcza żywność oraz dba o czystość. Jeszcze dziesięć lat temu takie myśli zaprzątały mu głowę, gdy po szesnastogodzinnej służbie leżał wpatrzony w izolację rur, wsłuchany w dźwięki rozbrzmiewające w sektorze 422 – zwanym płucami. Tylko przez kogo? O tym też już nie myślał.
Czasem jeszcze wspominał ojca Józefa. To on nauczył Jezusa wszystkiego, co było konieczne do obsługi filtrów. Wspominał długie godziny rozmów. Chwile, gdy wątpił, a Józef powtarzał:
– Jesteś technikiem na statku planetarnym. To od ciebie zależą losy milionów. Nie możesz sobie pozwolić na zwątpienie. Musisz być nieomylny, precyzyjny i silny, gdy mnie zabraknie.
Jezus znalazł Józefa przy magazynie energii – zadławił się krwią. Musiał długo konać w męczarniach, gdy organizm próbował oczyścić przeżarte wyziewami z filtrów płuca. W huku wirników, świszczeniu łopat i warczeniu silników Jezus nie mógł usłyszeć konającego ojca.
Spojrzał na puste miejsce nad rurami – buty i skafander ułożone na starannie złożonym śpiworze. Za niedługo sam będzie ojcem. I zajmie wnękę Józefa.
Zakaszlał.
Na dłoni zostały plamy krwi. Tylko czy starczy mu czasu, by przekazać wszystko to, czego sam się nauczył?
*
Statek planetarny Bellona* został wprowadzony na orbitę Kalos*. W tym czasie Najwyższa Rada powoli zajmowała miejsca.
Mijali kolumny usadowione na plintach. Słupy o głębokich żłobieniach pięły się ku sklepieniu. Echinusy otaczały symetryczne zwoje przypominające zakręcone baranie rogi. Abakus przylegał do sklepienia pomalowanego na podobieństwo nocnego nieba, po którym frunęły rzeźbione chmary białych nietoperzy otaczających planety galaktyki Aeternitas*.
Pięciu członków rady w długich togach, o przypudrowanych twarzach, usiadło przy półokrągłym stole o blacie z zielonego marmuru. Każde stanowisko posiadało komunikator, ołówek, kilka kartek papieru i szklankę wody.
Członkowie zgromadzenia spoglądali na stylizowane peruki sąsiadów, ułożone zgodnie z obowiązującą modą i z zachowaniem powagi piastowanych urzędów. Ktoś chrząknął, inny napił się wody lub sprawdził ostrość grafitu. Czekali, aż Bellona osiągnie prędkość orbitalną i będą mogli uzyskać połączenie z przedstawicielem Kalos.
W sali pociemniało.
Członków rady oświetlały tylko lampki zamontowane przy mikrofonach. Pomarańczowe światełka rozjaśniały białe twarze od dołu, nadając im wygląd topielców.
Czerwone kotary rozsunęły się, odsłaniając ogromny ekran. Przedstawiciel Kalos stał z zadartą głową, wpatrzony w obiektyw. Ubrany w niebieski garnitur ozdobiony czerwonymi falbankami przypominał człowieka, którego wyrwano z przyjęcia. Pomieszczenie, w którym miał bronić rodzimej planety, było puste, ze ścianami i podłogą pomalowanymi na biało – by podkreślić czyste intencje wasala.
Członkowie rady patrzyli na Kalończyka jak dzieci przez denko słoika na złapanego w pułapkę owada. Nikt nie miał wątpliwości, kto jest sędzią, a kto oskarżonym, choć spotkanie szumnie nazwano negocjacjami.
– Witam wielmożną Radę Bellony – zaczął z trudem Kalończyk. – Nazywam się Hektor i mam zaszczyt reprezentować lud…
– Wiemy, jak się nazywasz – przerwał członek rady o pociągłej twarzy, zajmujący miejsce po lewej stronie.
– I jaką wyznaczono ci rolę – dodał bawiący się ołówkiem sąsiad o kocich oczach.
– Nasi agenci informują nas na bieżąco o wszystkim, co dzieje się na planecie – odezwała się kobieta po prawej, w peruce uformowanej na kształt ptasich skrzydeł.
– Więc prosimy o darowanie sobie kurtuazyjnych wstępów! – wtrącił grubas siedzący na prawym skraju.
– Zatem możemy przejść do meritum – podsumował starzec zajmujący miejsce pośrodku turkusowego blatu.
– Oczywiście. Otrzymaliśmy depeszę zmieniającą warunki koegzystencji. – Kalończyk z odchyloną głową mówił z trudem do wysoko zawieszonego obiektywu. – Wprowadziliśmy niezbędne reformy mające na celu poprawę gospodarki rolnej.
– To czemu nie widać efektów tej poprawy? – Mężczyzna o pociągłej twarzy uśmiechał się, choć oczy nie zdradzały rozbawienia.
– Ba! Otrzymaliśmy transport żywności mniejszy o dziesięć procent w stosunku do poprzednich! – Grubas otwartą dłonią walnął w białą kartkę papieru.
– To nie do przyjęcia. – Kocie oczy zwęziły się.
Kobieta w ptasiej peruce pokręciła głową. Starzec milczał, wpatrzony w Kalończyka.
– Reforma spowodowała zamieszki. Potrzebujemy czasu, by mieszkańcy…
– Nie mieliście czasu, gdy nasza flota przybyła do Aeternitas – przerwał szczupły.
– Gdy my walczyliśmy za waszą wolność, wy mieliście tylko jedno zadanie – ciągnęła kobieta.
– Przygotować się na wypełnienie warunków umowy – niemal wysyczał ten o kocich oczach.
– Inne planety wypełniają zobowiązania! – Grubas rozłożył ręce, jakby nic nie mógł na to poradzić.
Starzec zmarszczył upudrowane czoło.
– Proszę zrozumieć. Jesteśmy artystami. Nasz lud nie przywykł do pracy na roli. – Grdyka Kalończyka wędrowała wzdłuż naciągniętej szyi.
– Nie oczekiwaliśmy od was surowców.
– Warunki były jasno sprecyzowane.
– Dopasowane do waszych rzekomych możliwości!
– Wymówki nas nie interesują.
Starzec zabębnił palcami o blat.
– Potrzebujemy dwóch lat. O nic więcej nie proszę. W tym czasie zdołamy… – Kalończyk zagryzł zęby, gdy mu znowu przerwano.
– Po układzie Aeternitas krążą trzydzieści dwa statki planetarne.
– Gdy odpowiedzieliśmy na wasze wezwanie, było ich trzydzieści pięć.
– Miliony zginęły za waszą wolność!
– W ciągu następnych lat mają umrzeć kolejne, bo nie możecie wypełnić warunków umowy?
Starzec uniósł dłoń, wszyscy umilkli:
– Potrzebujemy planety.
– Żyznej.
– Zdolnej wykarmić miliony.
– Mieliście szansę dostarczyć żywność!
– Teraz sami odbierzemy należną nam zapłatę.
– Co to oznacza dla nas? – wykrztusił Kalończyk.
– Macie miesiąc na ewakuację. – Uśmiech zniknął ze szczupłej twarzy.
– Po trzydziestu dniach rozpoczniemy oczyszczanie planety. – Kocie oczy błysnęły w mroku.
– Biologiczne skażenie unicestwi tych, którzy zostaną. – Ptasie skrzydła rzucały złowieszczy cień.
– Zajmiemy planetę po wygaśnięciu ostatniego ogniska skażenia! – Grubas krzyknął triumfalnie.
– Nie zdążymy przygotować tak skomplikowanej ewakuacji, nie w tak krótkim czasie.
Starzec pochylił się nad blatem:
– Zatem proszę nie tracić czasu i przekazać obywatelom postanowienia rady. Negocjacje uważam za zamknięte.
*
Horologion szybował między strunami, wsłuchany w ich brzmienie. Szukał anomalii. Był pewien, że nastąpi, bo Tkacz tworzył. Trzeba było tylko znaleźć odpowiednie miejsce.
Horologion zawrócił gwałtownie. Przeleciał między ciasno skupionymi cięciwami, ignorując mniejsze drżenia. Usiadł na jednej z przecinających się nici pajęczyny falującej w Poza Czasie i zawisł. Czuł brzmienie niesione przez pustkę. Znalazł skupisko – miliardy strun drżących w jednym nieprzerwanym rytmie.
*
Jezus zwolnił blokady. Chwycił rączkę i pociągnął pojemnik z rdzeniem. Turbina zwolniła obroty. Miał kilka minut do zatrzymania łopat wiatraków. Ogniwo było na wyczerpaniu. Odstawił pojemnik i podniósł nowy rdzeń. Z platformy zauważył postać w bieli stojącą pod silnikami.
W ciągu piętnastu lat spędzonych w samotności nieraz miewał halucynacje, słyszał głosy szepczące przez warkot maszyn. Na silniku 5B-VL zapaliła się czerwona lampka informująca o spadku obrotów. Podniósł rdzeń i wsunął go do kanału. Zabezpieczył właz i wziął głęboki wdech. Płuca zareagowały natychmiast. Zdusił falę kaszlu. Odwrócił się pomału – postać nie zniknęła. Podniósł zużyty rdzeń i ruszył pomostem do drabinki. Zszedł ostrożnie, by nie upuścić pojemnika. Ponownie spojrzał.
Głowę i twarz kobiety zasłaniał habit. Biały aksamit odsłaniał ramiona i lekko szpiczaste piersi o dużych brodawkach. Materiał w talii przytrzymywał cienki skórzany pasek, pod którym habit zwisał między bosymi stopami. Wentylatory pod zakratowaną podłogą wydmuchiwały powietrze – biały materiał falował, odsłaniał biodra, brzuch, wzgórek i czarne włosy łonowe.
– Czy ty tu jesteś? – zapytał.
Kobieta podeszła. W lewej ręce trzymała szklany pojemnik.
– Jak się nazywasz? – spróbował.
Złapała dłoń Jezusa i przystawiła ją do piersi. Westchnienie przerwała fala kaszlu.
Kobieta nie odrywała piwnych oczu od twarzy technika.
– Ja… nigdy nie widziałem nikogo innego prócz mojego ojca – wyszeptał.
Kierowała jego dłonią – palce dotykały sutka, ściskały pierś.
Silna erekcja zamroczyła Jezusa. Zamknął oczy. Kobieta puściła dłoń technika, złapała suwak i rozpięła skafander. Uklękła i wyciągnęła penisa. Objęła go palcami – delikatnie, ale pewnie.
– Proszę – jęknął. – Czy mogę zobaczyć twoją twarz.
Energiczne ruchy zwolniły. Patrzyła na niego. Piwne oczy zaszkliły się.
– Czy odsłonisz twarz? – poprosił.
Ruchy przyspieszyły. Jęki i westchnienia przerywał rwący kaszel.
– Proszę!
Poczuł, jak przystawiła szkło do fallusa.
Ejakulował.
Orgazm sprawił silne zawroty głowy. Odstawił rdzeń, gdy ugięły się pod nim nogi.
Zrobił kilka kroków w tył. Oprzytomniał gdy wpadł na drabinkę, spojrzał na pomieszczenie – kobiety już nie było.
– Nie odchodź! – zawołał.
*
Harfiarz otworzył oczy wypełnione czarnymi źrenicami. Podniósł masywne ciało i ruszył po strunach. Ramiona bezbłędnie odnajdywały kolejne cięciwy, po których przemieszczał się w Poza Czasie.
Tam, gdzie struny się rozchodziły, dominowała pustka. Tkacz, balansując na trzech nitkach pajęczyny, dotarł do mosiężnej klamki zawieszonej w ciemnej przestrzeni. Jedno z ramion chwyciło ją i pociągnęło. Z uchylonego fragmentu Poza Czasu trysnęło pomarańczowe światło. Harfiarz wsunął do przejścia przednie odnóża, następnie łeb, głowotułów, a na końcu odwłok. Któreś z ramion zatrzasnęło za nim przejście.
*
Rada Bellony obserwowała na ekranie promy opuszczające orbitę Kalos.
– Czy ktoś wie, gdzie zmierzają? – zapytał ten o kocich oczach.
– A kogo to interesuje! – żachnął się grubas.
– Część przyjmie Misericordiae* – odpowiedziała kobieta w peruce ułożonej na podobieństwo ptasich skrzydeł.
– Ostatni raport mówi, że zdołali ewakuować dwa procent populacji – mężczyzna o pociągłej twarzy oświadczył z uśmiechem.
Posłaniec wszedł bezszelestnie do sali i położył przed przewodniczącym depeszę.
Cztery upudrowane twarze zwróciły się w stronę starca. Drżące dłonie podniosły kopertę i pomału wyciągnęły perfumowaną kartkę.
– To z Kalos.
– Bezczelni do końca!
– Za to eleganccy.
– Zdesperowani i tragizujący, jak na artystów przystało.
Starzec odchrząknął. Zapadła cisza.
– Proszą o dwa tygodnie. Nie zdążyli przygotować zapasów do wszystkich promów – powiedział przewodniczący i odłożył depeszę. – Co sądzicie?
– Skandaliczne.
– Łamią kolejną umowę.
– To nasze zapasy!
– My też już nie mamy czasu.
– Zatem jesteśmy zgodni – podsumował starzec.
Wcisnął przycisk na komunikatorze.
– Rozpoczynać.
*
Jezus nie mógł zapomnieć piwnych oczu.
Nie był przekonany, czy śnił, a może halucynował. Tylko jasnobrązowe tęczówki wydawały się prawdziwe. Widział w nich zakłopotanie, współczucie, ale też determinację. To były jedyne oczy, w które patrzył poza oczami Józefa. Oddałby wszystko, by móc jeszcze raz je zobaczyć. Poczuć obecność drugiej osoby.
Wyszedł z wnęk – owsianka, woda, mleko, chleb leżały jak zawsze w tym samym miejscu. Z jedną różnicą. Na kombinezonie ktoś zostawił wiadomość. Kartka papieru była tak nierealna jak kobieta w białym habicie. Bał się, że gdy spróbuje jej dotknąć, to zniknie.
Kucnął i przeczytał:
– Płeć żeńska. Płód rozwija się prawidłowo. Brak wad. Imię.
Patrzył na wykropkowaną przestrzeń pod tekstem.
– Imię? – wyszeptał.
*
Harfiarz zwinął się w kulkę. Ramiona i odwłok zlały się z tułowiem. Ciało zamienione w jednolitą masę wystrzeliło w górę. Smukła sylwetka nabrała kształtów – pojawiły się ręce, nogi. Z ramion wyrosła głowa o twarzy młodego, przystojnego mężczyzny. Tkacz, wystrojony w czarny surdut, z czerwoną różą w klapie i białą koszulą z fularem między kołnierzykami, ruszył tunelem oświetlonym światłem pochodni.
*
Bellona zajęła pozycję bojową. Z błękitnozielonej planety Kalos do ostatniej chwili wysyłano kolejne promy.
*
Jezus nie potrafił się skupić. Mylił kolejność wykonywanych zadań. Zapominał o dopełnieniu procedur. Długopis, który leżał przy kartce, teraz nieznośnie ciążył w kieszeni skafandra.
– Imię, imię – powtarzał. – Imię. Jakie będzie miała imię?
*
Harfiarz wyszedł na piaszczystą arenę.
Koloseum było wypełnione niemal w całości, oprócz jednego miejsca. Tkacz stanął na środku, ukłonił się i trwał tak w ciszy do chwili, gdy usłyszał łopot skrzydeł. Horologion sfrunął na arenę. W rękach trzymał harfę.
Tkacz wyprostował się.
Instrumentarzysta ustawił cokół na piasku. Oparł instrument na nóżkach i skierował ku Harfiarzowi. Tkacz zajął pozycję. Ułożył pudło rezonansowe na prawym ramieniu, podeszwy butów oparł o pedały wbudowane w cokół. Horologion przejechał dłonią po pionowej kolumnie aż do falowanej szyjki instrumentu. Chwycił za kołki do strojenia. Harfiarz przeciągnął palcami po strunach. Instrumentarzysta sprawnie wyłapywał brzmienie, odnajdywał odpowiednie kołki i nastrajał kolejno każdą z miliardów strun.
*
Bellona osiągnęła stan pełnej gotowości bojowej.
Grodzie zamontowane w przedniej części kadłuba rozsunęły się, otwierając luki torpedowe. W stronę Kalos wystrzeliła purpurowa wiązka naprowadzająca. Na mostku dowodzenia wskazówki zegarów stanęły – zakończono odliczanie. Torpedy z głowicami biologicznymi zostały uzbrojone.
*
Struny rozbrzmiewały pod palcami Harfiarza. Melodia wypełniła koloseum i płynęła w Poza Czas. Horologion zajął ostatnie wolne miejsce wśród tysięcy zwłok podziwiających grę Harfiarza.
Muzyka dusz – wieczna, nieskończona symfonia grozy, bólu i rozpaczy. Znana w każdym zakątku wszechświata, nucona przez niezliczone istoty.
Instrumentarzysta nie usłyszał żadnego fałszywego dźwięku. Harfa była dostrojona idealnie w czasie i przestrzeni, a każda ze strun pękała w chwili, którą zaplanował.
Harfiarz grał.
Cięciwy zrywały się, a Kalos umierała wśród torsji i krwawych wymiocin. Utwór kończył dźwięk ostatniej struny, która jeszcze była naciągnięta między szyjką harfy a pudłem rezonansowym.
*
Akuszerka otworzyła właz do sektora 422. Szła boso po zakratowanej podłodze. Wśród ryku silników i łopat wiatraków nie usłyszała technika. Zobaczyła, jak leży przy zbiorniku wyrównawczym.
Podbiegła.
Jezus dławił się krwią, ciałem wstrząsały drgawki. Patrzył jej w oczy.
– Imię – powiedziała. – Jakie wybrałeś imię?
Nie słyszał.
Odsłoniła twarz i przystawiła usta do umazanego smarem ucha.
– Jak chcesz, byśmy ją nazwali? – powtórzyła.
Podtrzymywała głowę Jezusa, kciukiem gładziła skroń.
Uśmiechał się, odsłaniając ciemne od krwi zęby.
– Proszę, podaj jej imię – spróbowała raz jeszcze.
Wyciągnął rękę i podwinął rękaw.
Na wewnętrznej stronie przedramienia atrament zmieszał się z krwią, gdy Jezus rył długopisem w skórze imię:
Fidesa*.
*Horologion – czasosłowa księga liturgiczna lub czas (Horo) i zbieranie/liczenie (Logion) z greckiego.
*Bellona – bogini wojny lub wojna z łaciny.
*Kalos – piękno z greckiego.
*Aeternitas – wieczność, nieskończoność z łaciny.
*Misericordia – miłosierdzie z łaciny.
*Fides – wiara, wierność z łaciny.
Witaj, Anonimie!
Czytało się dobrze, choć wymagało skupienia by powiązać scenki. Trudno mówić za innych, ale mam wrażenie, że próg wejścia w rzeczywistość jest wysoki, więc mogą się pojawić pytania “ale o co chodzi?”.
Ja starałem się wyłączyć sprawdzacza literówek i składni, wtedy pomogło (za drugim czytaniem) – kiedy wczułem się w nastrój, pozwoliłem treści zagościć w myślach, a samym myślom trochę błądzić po odniesieniach kulturowych, znaczenie scenek stało się w miarę jasne. Brawo za ambicje i pomysł.
Dobre budowanie świata, poznajemy go zarówno oczami technika, sprowadzonego de facto do roli więźnia, jak i w dialogu z posłańcem z Kalos. Dwa punkty widzenia, dwie różne metody opisania, podobała mi się taka ekspozycja.
Dialogi na wiele osób zawsze są trudne, ale ten brzmiał w miarę dobrze. Gdyby posłaniec miał w wypowiedziach jakąś formę grzecznościową na początku, łatwiej byłoby go wyróżnić, bo przecież pozostałe głosy to w gruncie rzeczy jedno i nie ma tam znaczenia, kto mówi.
Koncepcja harfiarza też ciekawa.
Zalatywało Jim-em, ale na razie zbyt mało poszlak, nie będę zgadywał.
Polecam jeszcze raz przeczesać tekst, trafiają się babolki takie jak ten:
Tam, gdzie krzyżowały się ich niezliczona ilość – na pępicy.
Odmiana?
Mimo drobiazgów napisane naprawdę porządnym językiem.
Polecam dodać oznaczenie 18+ ze względu na scenkę pobierania nasienia – w sumie jest tag erotyka, ale nie zaszkodzi.
Mam wątpliwość logiczną, czy nasienie techników miało wartość, skoro pracowali w takich warunkach.
Pozdrawiam!
Dzięki za komentarz. Literówka poprawiona. Co do nasienia – było pobierane od osób o tych samych genach z jakiegoś powodu, ale masz racje może wpływać.
Pozdrawiam.
Witaj, Anonimie. :)
Dziękuję za oznaczenie erotyki. :)
Sugestie oraz wątpliwości co do strony językowej (zawsze – tylko do przemyślenia)
Gotową strunę, starzec o dziecięcej twarzy, przytwierdzał i nastrajał, by rozbrzmiewała wraz z innymi w pustce. – mam spore wątpliwości co do dwóch pierwszych przecinków
Czasem odnajdywał drobinki, które (albo tu też przecinek, albo kolejny usunąć?) zagubione między nitkami pajęczyny, nigdy nie dotarły do Tkacza.
Jeszcze dziesięć lat temu takie myśli zaprzątały mu głowę, gdy po szesnastogodzinnej służbie leżał wpatrzony w izolację rur, wsłuchany w dźwięki rozbrzmiewające w sektorze 422 – zwanym płucami. Tylko przez kogo? – nie rozumiem pytania z drugiego zdania – do czego/kogo się odnosi? – CO „tylko przez kogo”?
Ubrany w niebieski garnitur ozdobiony czerwonymi falbankami przypominał człowieka, którego wyrwano z przyjęcia. Pomieszczenie, w którym miał bronić rodzimej planety, było puste, ze ścianami i podłogą pomalowanymi na biało – by podkreślić czyste intencje wasala. – powtórzenie?
Rada Bellony obserwowała na ekranie promy opuszczające orbitę Kalos.
– Czy ktoś wie, gdzie zmierzają? – zapytał ten o kocich oczach. – w tym kontekście: dokąd?
Posłaniec wszedł bezszelestnie do sali i położył przed przewodniczącym depeszę. – czy ta (i inne, np.: Nie zdążyli przygotować zapasów do wszystkich promów – powiedział przewodniczący i odłożył depeszę; Harfiarz przeciągnął palcami po strunach; ) aliteracja jest celowa?
Mieszkaniec „Kalos” to tutaj „Kalończyk” (choć „Rodos”, to „Rodyjczyk”) – nieco dziwnie mi to brzmi, ale AI podaje, że tak jest w „Uniwersum Pokemon”. :)
Czytam wymogi konkursowe oraz wyjaśnienia Szanownego Jury – „akcja ma się dziać po śmierci”. A zatem – jak rozumiem – powinnam przyjąć, że opisywane tutaj przez Ciebie zdarzenia odbywają się po zakończeniu życia. Czyjego? – na razie nie wiem. :)
Postać Harfiarza oczywiście przywiodła mi na myśl pająka. :) Wątek z nim przypadł mi do gustu chyba najbardziej. :)
Powiązałeś go pod koniec z okrutnym losem mieszkańców niszczonej planety. Dialog, prośby jej wysłannika oraz opisy zdarzeń każą nam współczuć, lecz podczas rozmowy z radą pada ważne stwierdzenie: „– Miliony zginęły za waszą wolność!”. Aż trzy planety przepadły z powodu niedotrzymania warunków umowy przez Kalos. Czy zatem Kalończykom trzeba współczuć, czy też raczej powinno się ich potępić? Czy owa rada jest prawdomówną i ma rację, zsyłając zgubę na „niepokornych”?
Sprawa z Jezusem jest jeszcze bardziej zagmatwana. Jako osoba wierząca, dość specyficznie odbieram opis tego, co kazano mu robić. Bo, jak rozumiem, imię tego bohatera oraz imię jego ojca zostało wybrane nieprzypadkowo i ma nawiązywać do Osób Świętych i wręcz nieskazitelnych w Kościele Katolickim. Dodatkowo publikujesz tekst w Dniu Ojca, pewnie też nieprzypadkowo. Tym bardziej zatem bulwersuje to, co o nich piszesz – przecież ani Jezus, ani Józef nie byli de facto ojcami (edit – a nie, sorry, doczytałam teraz, Józef przed Maryją był w związku z inną kobieta i miał z nią dzieci, a potem został wdowcem). W dodatku – Jezus dopytywany jest o imię swojej właśnie poczętej córki, lecz mowy nie ma o innym/starszym jego dziecku: jak ono ma na imię, jakiej jest płci, gdzie się znajduje; pada tylko krótka wzmianka na samym początku:
„Spojrzał na puste miejsce nad rurami – buty i skafander ułożone na starannie złożonym śpiworze. Za niedługo sam będzie ojcem. I zajmie wnękę Józefa”.
I, rzecz dla mnie także zastanawiająca, czemu Jezus ciągle kaszle i pluje krwią? A w końcu umiera, jak rozumiem, na chorobę, na którą zmarł także Józef? Co do Biblii, nie podaje ona okoliczności ani daty śmierci Ojca Jezusa. Skąd zatem tutaj takie zdarzenia?
Odniesienia do mitologii greckiej oraz nazewnictwa łacińskiego także dają do myślenia – czemu akurat do nich?
Przyznam szczerze, Szanowny Anonimie, że mam bardzo mocno mieszane odczucia po lekturze Twojego opowiadania. :) Niestety, z przykrością muszę napisać, że nie zrozumiałam go w pełni.
Tekst jest ogromnie trudny, tajemniczy i zawiły; zawiera sporo bolesnych fragmentów i opisuje mnóstwo przykrych, smutnych oraz niejednoznacznych zdarzeń.
Życzę Ci oczywiście powodzenia w Konkursie i dalszym pisaniu, pozdrawiam serdecznie. :)
Przeczytawszy, jurorski ślad zostawiam.
Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.
Fryderyk II Wielki

beeeecki
Dziękuję
bruce
Ma być strasznie! Może być śmiesznie! I musi się dziać po spotkaniu z kostuchą (lub ostatecznie w trakcie)!
Ja też czytam i widzę, że jest ok.
Zobaczymy czy aliteracja i przecinki kogoś jeszcze zainteresują. Dzięki za wyłapanie.
Gdzie, bo cel jest nieokreślony.
Bardzo dosłownie odbierasz Jezusa, a niepotrzebnie.
Muszę pominąć resztę pytań by nie tłumaczyć fabuły.
Pozdrawiam!
Bardzo dosłownie odbierasz Jezusa, a niepotrzebnie.
Cóż, tak mi nakazuje przyzwyczajenie. :) Jezus, Syn Józefa, to Jezus, Syn Józefa – dla mnie nie ma innej opcji. :)
Muszę pominąć resztę pytań by nie tłumaczyć fabuły.
Ależ oczywiście – to moje własne pytania retoryczne, zastanawiające, dające mi samej do myślenia. :) Po prostu nasuwały mi się przy lekturze. :) W żadnym wypadku nie chciałabym, abyś je wyjaśniał, Anonimie. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Dziękuję.