- Opowiadanie: Jastek Telica - Wieczna wigilia

Wieczna wigilia

Pomysł wigilijny, ale nie chciało mi się go długo realizować. Układałem treść, ale pisanie odkładałem.

Aż przestałem odkładać i tak przed dwoma miesiącami zacząłem pisać po kawałeczku. Skończyłem, posprawdzałem.

Bawcie się.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Wieczna wigilia

Akurat nie to, że łeb trzaskał po przepiciu, po prostu atakował go nadmiar bodźców. Jakieś natrętne głosiki próbowały się przebić i uświadomić sprawy niezwykle ważne i z dawna oczekiwane.

– A niech was piekło pochłonie! – prychnął.

Przewrócił się na drugi bok, by przywołać urwany sen o słodkich grzechach, co jednak nic nie dało.

Więc usiadł.

Zamamrotał, podrapał tu i tam. Pazury lubo garbowały zgrubiałą skórę.

Splunął z rozkoszą czystym jadem.

Nabrał mocy, zatem wstał, przekrwione oczy gniewnie przetarł kułakami. Widział mało, ale i tego było dość, by niczemu nie przyglądać się uważnie. Z nawyku klął długo i siarczyście.

Nic to nie zmieniło przeklętej rzeczywistości.

Powlókł się do głównej sali.

Uchylił skrzypiącą furtkę, wydającą najbardziej umęczone dźwięki.

Czysty ból.

Nawet to go nie ucieszyło.

Najbardziej podejrzane towarzystwo zasiadło w kątku i knuło wyraźnie. Ale nie chciało mu się podsłuchiwać, to polazł do władcy rozpartego na tronie i kiwającego stopą w dziurawym bucie.

– A co łeb trzaska? – zaraz usłyszał.

– Więcej niż powinien – odpowiedział pytany. – A na pewno nie po przepiciu. Ale jakieś głosiki tak dokuczają, że tylko młotkiem się zaprawić.

– Znajdziesz kilka na podorędziu, ale skuteczniej miodkiem. To wszystko przez to, że On się jutro narodzi. Znaczy w nocy.

– Jaki On?

– Zapomniałeś, że dzisiaj wigilia? – zaśmiał się Lucyper.

– Na śmierć – zaburczał Belzebub i powziął mocne postanowienie, że zaprawi się w trupa.

 

***

 

– Ale łeb trzaska! – jęknął Belzebub i zaraz rozejrzał się za zsiadłym mlekiem.

Tyle, że piekło nie obfitowało w podobne napitki.

No i w zasadzie łeb wcale nie trzaskał, choć po wczorajszym chlańsku stanowczo powinien.

– Dziwne! – wymruczał.

Opuścił rwące kopytka z wyrka. Jakby ochwat, czy co?

Ale nic z tego, po prostu nerwy wysiadały.

Pojęczał nad złym losem, popuścił żaru z płuc, że ogień nosem poszedł, po czym zebrał się w sobie ostatecznie i ruszył do głównej sali. A tam zobaczył mniej więcej to samo co wczoraj, podejrzaną szajkę w kątku, łącznie z jakimś cudakiem, który miał skrzydła przytroczone do pleców, co najmniej dziwaczne, bo pióra na ramie. Belzebub splunął pogardliwie i dość dziarsko dotarł do tronu Lucypera. Ten jakby pozycji nie zmienił, rozparty dokładnie tak samo, co poprzednio.

– A co łeb trzaska? – usłyszał.

– Więcej niż… – zaczął Belzebub, po czym się zreflektował. – W zasadzie nie strasznie, biorąc pod uwagę wczorajszą popijawę.

– Jakoś specjalnie mocniej się nie zalałeś – zauważył Lucyper.

– Jak to nie, kiedy tak!

– Ty chyba z głową masz coś nie w porządku. Pewnie przez tę wigilię.

– Jaką znowu wigilię? Wczoraj była.

Władca piekieł pokiwał nogą w bucie i spojrzał wzgardliwie.

– Coś ci się uroiło albo przyśniło.

– Przysięgam na wszystkie świętości! – ryknął Belzebub.

– Na co? – zaśmiał się Lucyper. – Na co? – powtórzył.

– A niech cię diabli! – warknął oponent. – Naigrawasz się ze mnie.

Naczelny diabeł skinął na Nergala.

– Co mamy dzisiaj? – spytał.

– W żłobie pan życia się narodzi – zapiał zawezwany.

Pozostali tymczasem patrzyli na Belzebuba z niezwykłym wprost zaciekawieniem i jak na skończonego durnia, a ten poczuł, że gorąc rozpala go od wewnątrz, a taki, co może skończyć się tylko wulkanicznym wybuchem.

– A czemu ty tradycję masz w pogardzie i w butach łazisz, jak przyzwoitemu diabłu nie należy? – warknął.

– By zabrudzone kopytka nie rwały, flejo! – odburknął Lucyper.

– Jakiś cudaczny, ludzki zwyczaj – ocenił Belzebub, po czym machnął ręką. – Idę się zalać w trupa – dodał.

I pomaszerował z mocnym postanowieniem dotrzymania słowa.

 

***

 

Pierwszą myślą po przebudzeniu z bardzo dziwnego snu, w którym bynajmniej nie pozostawał właściwą sobie kanalią, a jakąś szczęśliwą istotą, piejącą słodkie piosnki, była taka, że łeb za bardzo nie napieprza. A powinien po wczorajszym zalewaniu ryja. No i coś tam szumiało, trochę natrętnie, ale bez przesady.

– O kurwa! – jęknął. – Tylko nie to.

Ale zjadliwe przeczucie jak najbardziej podpowiadało, że właśnie to.

Zerwał się na równe nogi, waląc z całej siły kopytkami w podłogę, że dziury porobił i pobiegł do głównej sali.

Jednego spojrzenia na towarzystwo w kątku uświadomiło, że rzeczy mają się dokładnie tak jak poprzednio. Dureń w skrzydłach kręcił się wśród podziwu zebranych wokół czartów, przynajmniej wśród tych, którzy wyraźnie nie knuli, pozostali, zawzięci w zaknuciu pokazywali sobie coś w ukryciu, miny mając bardzo przejęte.

– O kurwa! – znowu warknął Belzebub i popędził do Lucypera.

– A co łeb trzaska? – ten od razu się odezwał. – Czemu zaś tak pędzisz jakby ktoś ci pieprzu pod ogon nasypał?

– Wcale nie trzaska, kurwa, a przynajmniej nie nadzwyczajnie. I tylko mi nie mów, że dzisiaj wigilia!

Władca piekieł rozparł się w tronie i spojrzał z wyższością, machając tym obrzydliwym butem, w których skrywał kopytko.

– A co ma być?

Belzebub spotniał.

– O kurwa!

Lucyper wzruszył ramionami.

– Powtarzasz się – zauważył.

– Bo to już trzeci raz. Wczoraj wmawiałeś mi, że to jakieś sny, ale żadne sny. Istny horror!

– Oszalałeś!

– Przyznaj się, to twoja sprawka, że dni mi się powtarzają!

Lucyper zasapał, wziął się pod boki, pięścią uderzył w tors i szatańsko zaśmiał w głos.

– Gdybym miał takie moce, na pewno zużyłbym je na coś pożyteczniejszego niż dokuczanie nieudacznemu porucznikowi. Cały świat bym przemienił wedle własnego widzimisię. Nie jednemu bym dopiekł, wierz mi! – wysyczał Lucyper, mrużąc ogniste oczy.

Belzebub parsknął, splunął ognistą siarką i w łeb palnął kułakiem.

– Prawda! – przyznał. – Czyli to twoje zwyczajowe gierki. Namówiłeś tych wszystkich powsinogów, by mi dopiec, nawet tamtym złamanym ciulom, którzy skrzydła sobie przyprawiają!

Władca piekieł wytrzeszczył oczy.

– O kurwa! – sapnął. – Naprawdę ci odbiło!

– Czyli to nie ty?

– Mógłbym oczywiście, ale za wiele zachodu wobec spodziewanych pożytków.

Umęczony czart uwierzył.

– Ale za jakie winy mnie to spotyka? – poskarżył się. – Budzę się, a tu dzień po dniu ta pierdolona wigilia, kiedy On ma się narodzić. Jakby nie dość łeb mi pękał.

– A jakie to ma znaczenie?

– To mój łeb!

– Nie w tym rzecz – wycedził Lucyper. – Czemu aż tak ci zależy, że to wigilia?

– Bo On się rodzi, nie pojmujesz?!

Władca piekieł wzruszył ramionami.

– W zasadzie, to On rodzi się w każdej chwili.

– Chyba tylko raz w roku.

– Nie, każdy obrzęd przemienienia to jego narodziny. Msze po kościołach na okrągło. Głupku, On rodzi się stale.

– O kurwa! – zajęczał Belzebub. – O kurwa! – powtórzył. – Koniecznie muszę się napić!

Ale przewrotne doświadczenie podpowiadało, że to bynajmniej nie pomoże na niejutrzejsze niejutro.

 

***

 

Zaraz po tym jak usłyszał te przeklęte głosiki, postanowił, że nie wstaje. Wyrko wygodne, można leżeć cały dzień.

Do nocy.

Ale głosiki nie tyle, że brzmiały w rogatym łbie, co chodziły po kościach. Przerażający marsz szczęścia i nadziei.

Tego nie da się wytrzymać. Każdy rzetelny diabeł zwariuje.

Wstał, mamrocząc najohydniejsze przekleństwa, które niosły ulgę każdemu czartowi. Ze złością kopnął wyrko, aż się złamało w połowie.

Fajnie!

Ale nie będzie na czym spać – pomyślał, po czym zaraz lepki strach oblał, że bynajmniej nie, bo jutro i tak obudzi się na niezniszczalnym sprzęcie. Nie istniał sposób, by cokolwiek unicestwić ostatecznie.

Czysta groza!

W oczach ćmiło.

I płuca rwały ogniem.

Pluł czystym jadem.

A jednak poszedł.

Po drodze musiał sobie przypominać, że cierpi katusze, choć wcale strasznie mu nie było. Nawet mało natrętnie. Jednakowoż, kiedy zobaczył tamtych w kątku, na czele z błaznem pyszniącym się skrzydłami na ramkach, to szlag trafił go z miejsca.

– A co, łeb trzaska? – z satysfakcją zauważył Lucyper.

– Wcale nie trzaska! – wrzasnął Belzebub. – I wiem, że dziś wigilia!

Władca piekieł wzruszył ramionami.

– A niby co innego ma być?

– Wszystko! A ciebie nic nie obchodzi, że piekło nam marnieje?

– Niby co masz na myśli?

– Choćby tamtych! – wściekły Belzebub wskazał towarzystwo w kątku.

Lucyper posapał.

– Czym tak nagle zawinili ci biedni głuptacy?

– A tobie nie? Jebani przebierańcy!

Władca piekieł się skrzywił.

– Po co zaraz te krzyki? I czemu przebierańcy?

– Skrzydła sobie przyprawiają!

– Też mi cudo. Jak zechcę to własne rozwinę. Ty też możesz.

– Ale normalne, nietoperzowe! – zapienił się Belzebub. – Nie jakieś tam orle na ramce.

– A o to ci chodzi. Ten Rokita tak z pół roku temu zaczął je robić, ale to partacz, więc wyszły byle jakie.

– Wcale nie byle jakie, dzisiaj lepiej im się przyjrzałem. Wyglądają niezgorzej.

– A kiedyś widział je wcześniej, gdy ja dopiero dzisiaj? – dziwnie słodkim głosem zagadnął władca piekieł.

– Mniejsza! – burknął pytany. – Nie pojmuję czemu na to przystajesz. Te skrzydła wcale nie nawiązują do naszych.

– Ani anielskich, o co innego w tym chodzi.

– Uświadomisz głupiego o co?

– Jak nie wiesz, to wyśledź, od tego twego gadania tylko głowa mnie trzaska. Grunt, że wiem skąd je wziął.

– Skąd?

– Swoje, robione na wzór husarskich, spartaczył, więc cudze ukradł, wprost z muzeum. Natury nie odmienisz.

– Zuch!

– To mu pogratuluj i jego kompanom też, bo to jednakie towarzystwo. Zawsze tak skombinuje, że wyjdzie na swoje. I idź sobie tam, gdzie cię nie ma, boś bardziej upierdliwy niż kamyk w bucie.

Belzebub całkiem ochoczo spełnił polecenia, postanowił przy tym, że komuś dokuczy, bo inaczej się udusi.

 

***

 

Wrócił trzęsąc bardziej upierdliwy niż roztrzęsiona galareta. Lucyper popatrzył z tak wyraźnym niesmakiem, że przestał machać nogą w bucie.

– Trzęsiesz się jak galareta – zauważył kwaśno.

– Bo mnie zemdliło! – zamamrotał Belzebub.

– A co ci się nie spodobało?

– Wywrotowa robota. Wiesz, co oni mają, wiesz?

Władca piekieł poprawił się w tronie i znowu zaczął uprawiać te harce w butach, co jego porucznika doprowadzało do szału.

– A czy to mnie cokolwiek obchodzi? – zamruczał.

– Opłatek! – wypalił podkomendny.

Władca piekieł trochę posapał.

– Ot, wielkie mi co! – prychnął.

– Pozwalasz na to?

Lucyper wzruszył ramionami.

– Ot, Polacy, głuptacy, nie ma się czym przejmować. Oni jakby tacy pobratani z obyczajami.

– Jakimi znowu obyczajami?

– Wigilijnymi – objaśnił Szatan.

Belzebub się zatrząsnął co najmniej jak roztopiona galareta.

– Ale ty rozumiesz, że to opłatek?! Skąd oni go wzięli?

– A takie podejrzenia cię trapią – zaśmiał się władca piekielny. – Nie przejmuj się, brachu. Żaden nie polazł, by plebana całować po łapach.

– To skąd mają?

Lucyper pokręcił głową.

– Tradycyjnie, ukradli. A jak ci wadzi frazeologia, to zakombinowali – odpowiedział.

– Dobre choć to, ale wiesz co mają zamiar z nim zrobić?

– Napluć albo podeptać raciczkami? – z jakąś dziwną niechęcią zapytał naczelny diabeł.

– Nie! – wrzasnął Belzebub. – Dzielić.

– No tak – pomyślał Lucyper. – Ich tradycja. Sam widzisz, że Polacy.

– Żadni Polacy! – wrzasnął jeszcze głośniej oburzony diabeł. – Uczciwy pomiot szatański.

– Ale w Polsce osiadły, gdzie nabrał tamtejszych obyczajów i ich przestrzega – odrzekł Lucyper. – Na swój sposób oczywiście.

– Więc nie zakażesz?

Władca piekieł powzdychał.

Podumał nad podkomendnym.

Westchnął ciężko.

No, durak.

– Polacy to warchoły – objaśnił. – Ni łuta poszanowania zwierzchności.

– Nie wierzę własnym uszom! Tolerujesz ich anarchizm i wcale nie zamierzasz tego ukracać.

– Specjalnie mnie to nie wadzi, a rozruchów dla spokojności wolę unikać. Ty chyba nie rozumiesz, jacy są ci Polacy.

– A ty rozumiesz?

– Jasne – lekko odparł Lucyper.

– Objaśnij!

– Proszę. Polak to ktoś taki, kto nie cierpi własnej ojczyzny, kiedy jest na nią skazany. Ale, kiedy zły los rzuci go na poniewierkę, to dręczony tęsknotą za nią płacze.

 

***

 

Poranne, pełne nadziei głosiki powitał ze szczerą radością.

Podskoczył i zamiótł ogonem.

– Zapamiętacie do sądnego dnia, porąbani Polacy! – zakrzyknął i zachichotał wprost szatańsko.

Wczoraj opracował obiecujący plan, tylko realizacja mogła okazać się trudna. Nie miał wielkiej nadziei znaleźć cokolwiek w szafkach. Ale oczywiście, że do nich zajrzał.

Ziały rozczarowującymi pustkami.

Wszakże się nie zniechęcał. Nie wolno ustawać w wysiłkach. Cóż z tego, kiedy po kątkach znajdował same pajęczyny i jakieś rozbite szkło.

Westchnął, po czym zaraz palnął się w łeb i skoczył do skrzyni. Na wierzchu nic, ale zaczął grzebać.

Znalazł i wrzasnął.

– Po was, Polacy!

Tańczył z zapieczętowanym dzbankiem. Miodkiem, dwój coś tam niaki.

Skarb!

Bo co Polacy lubią?

Żłopać!

A najbardziej?

Wiadomo, że tradycyjne napitki.

Piał wprost ze szczęścia, wiedząc, że łatwo oszwabi wywrotowców.

 

***

 

Po drodze zgarnął jeszcze pęto kiełbasy i od razu ruszył do polskiego zakątka.

Zobaczyli go od razu.

Popatrzyli podejrzliwie.

Jeden z drugim zastukali obcasami o podłogę. Wszyscy nosili buty.

I się spięli.

Udał przyjaźń.

– Ja w gości – oznajmił. – I nie z pustymi rękoma – zaraz dodał.

Na widok dzbanka sinonosy Koffel się oblizał, ale w mgnieniu oka cofnął z odrazą. Zaś na widok kiełbachy zadrżeli wszyscy co do jednego.

– A to co?! – warknął Boruta i sięgnął do boku po szabelkę.

– Bluźnierca! – dodał Rokita i wyrwał buzdygan zza pasa.

Pozostali złapali za kordy i czekany.

Belzebub nie rozumiał przyczyny niechęci.

– Wkupne – wystękał.

– Dzisiaj?! – z oburzeniem zawarczeli Polacy. – Ty nie wiesz, łajdaku, że do Pasterki nie wolno?

Stali wrogim okręgiem i dyszeli gniewnie jak przed mordem.

Aż stężał.

– Koledzy, no co wy? – wystękał. – Przecież my diabły?

– I gadaj tu z takim. My obyczaje godnie szanujem – prychnął Boruta i z wściekłością trzasnął podkutym obcasem, aż iskry poszły.

– Pewnie nasłany na prześpiegi, by nas poróżnić – ocenił Rozwót, wyciągając sznurek z pętelką.

– Ani chybi szwab! – podsumował Smętek.

– Wcale! – prychnął Belzebub. – Władca Much kananejski.

– Jaki? Karamejski?

– Założę się, że jakaś szwabska przeróbka. No, poszedł won, ale już!

Dość groźnie wyglądali. Belzebub zębami zazgrzytał, bo źle poszło. W każdym razie jutro mógł to sobie wszystko odrobić. Wzruszył ramionami i polazł do Lucypera, by z podobnym sobie hyclem zalać pałę.

 

***

 

Pełne nadziei głosiki nie drażniły wcale, choć brzmiały dokładnie tak samo jak poprzednio, a może nawet z jakąś głębszą nutą.

Pląsały po pogubionej duszy.

Nie klął.

Dziwne.

Przywykł.

Jednakże nie chciał podnosić się z wyra. Doskwierała wczorajsza porażka, choć w istocie nie była wczorajsza, wcale nie zaistniała. Dziś wszystko zaczynało się na nowo.

Z nadzieją i radosnym oczekiwaniem.

Ale sił brakowało, jak zawsze po klęsce.

Wszakże długo nie wyleżał, rutyna zrobiła swoje.

– Dam ja tym Polakom! – obiecał, co prawda bez typowej zajadłości.

Trzeba by buty włożyć. Tam nikt kopytkiem nie stukał. Tylko skąd, skoro podobnych dziwactw nigdy nie praktykował? Do szewca iść?

Zaśmiał się w głos!

A jakże! Obieca na jutro, a jutra nie ma! Lecz nawet nie w tym rzecz, a w tym, że gdyby było jutro, to jutro obieca na kolejne jutro. Diabły są świetne w składaniu obietnic, a nie w ich dopełnianiu. Po jednych niedotrzymanych przyrzeczeniach rzetelny czart zaraz złoży kolejne i tak bez końca, a dureń, jak chce, to niech wierzy.

Co prawda Polacy buty nosili.

– Pewnie ukradli – westchnął.

Mus do nich iść, ale nieobuty zrazi towarzystwo.

Trudno!

Reszty przygotowań, rzecz jasna, nie zaniedbał. Spryt mu dopisywał nad podziw, a rzutkości nie dałoby się niczego odmówić. Aż dziw, bo kiedyś łatwo odstępował. Z lenistwa, przede wszystkim.

– Zapłaczecie, Polacy! – mruczał, kiedy sobie przypominał, że jest rzetelnym diabłem, radosnym, jak zalezie robaczkowi za skórę.

Butelczyna i kiełbacha zawiodły. Ale pora była dla nich nieodpowiednia. Sam pomysł w istocie powinien wypalić.

Tyle, że później

Uzbrojony w sprzęt do rozbicia polskiej twierdzy ruszył do głównej sali i od razu skierował się do wywrotowego zakątka.

Spojrzeli z ukosa.

Wyraźna rezerwa.

Ale już do niej przywykł.

– Mam tu coś – rzekł konspiracyjnie, pokazując dzbanek i kiełbachę. – Ale to dopiero po Pasterce.

– No, jasne, że dopiero wtedy – zamruczeli konfidencyjnie. – A czemu ty bez butów?

– A wy czemu w nich?

– Tylko hołota goło chodzi. Po butach od razu poznasz pana od chudopachołka!

– Słusznie, zamówiłem dawno temu.

– I co na jutro obiecane? – zaśmiali się. – Lepiej zwyczajnie ukradnij z magazynu jak każdy z nas.

Polacy byli przyjaźni, prostoduszni i naiwni, no i lubili przechwałki.

– Ja to kiedyś nasrałem w krzakach obok bożątka, a śmierdziało, że nawet mnie w nosie wierciło – chwalił się Purtek. – Przechodzili wtedy w pobliżu wędrowcy i miast sławić świątka, pędzili na złamanie karku ze łzami w oczach od wstrzymywanego oddechu. Fajnie było, dopóki deszcz nie lunął z bezchmurnego nieba, a piorun tak pieprznął o kilka kroków, żem zemdlał na pół godziny z gębą we własnych odchodach.

– A ja, a ja – zawołał śpiewnie Osmółka – świętej panience stópki pomalowałem, a takim ścierwem podstępnym, że ktokolwiek je całował, to pypciów dostawał. I żeby tylko na języku, ale i w uszach, i w nosie, a specjalnie pod pachami. Zabawy było co niemiara, ale wicher nagły zawiał i zwaliłem się na łeb na szyję i potoczyłem po pochyłym stoku wprost do zimnej rzeki, wtedy nurt mnie od razu porwał i wir okrutny wciągnął w głębinę, a tak miotał na wszystkie strony, żem wody wypił z pół wiadra. Rzygałem później przez całą nockę i robaków dostałem, co nie tylko zadkiem, ale nosem i uszami mi wyłaziły.

Kiwali łbami Polacy, bo okrutne przygody się trafiają, kiedy nieopatrznie zadrzeć ze świątkami przydrożnymi. To znani mocarze, choć niby poukrywani.

Belzebub zrozumiał, że przyszła pora na niego.

– Zaś posłuchajcie jakem ja pewnego razu Jezuskowi łeb urwał i nasikał do środka…

Nie dane mu było kontynuować.

– Co zrobiłeś? – pijak Koffel zachłysnął się popijanym podpiwkiem, w którym mierność alkoholowa mogła dorównywać tylko podłemu smakowi.

– Jezuskowi łeb urwałeś?! – warknął Rokita.

– I nalałeś do środka?! – obruszył się Iskrzycki, parskając prawdziwymi płomieniami.

– To niegodne! – burknął Boruta. – Jakieś szwabskie i prostackie. Dowcipny figiel, a jakże. Grunt humor i inteligencja, a nie żadne durne bezeceństwa!

– Przecieżeśmy diabły – zdumiał się gość.

– Ale nie szwabskie!

– Żaden z nas tu zebranych ani szwabski, tudzież polski, czy kananejski! – prychnął Belzebub. – Ramię w ramię ze mną stałeś w czelnym hufcu, jakżeśmy szturm anielski odpierali, gdy żadnych narodów nie było na świecie.

Boruta pomacał się po szabli przy boku.

– Wcale nie pamiętam, ja tam odwiecznie polski czart! – parsknął.

– I ja, i ja! – podało ze wszystkich stron.

– No to, wyrodku szwabski, won stąd! – warknął Rogaliński.

A reszta się podniosła, zahukała, za szable i czekany chwyciła, a z takim ogniem w ślepiach, że od razu widać po co.

I Belzebub zrozumiał, że lepiej by szybko spieprzał na koniec świata, gdzie żadnych narodów nigdy nie znano.

 

***

 

Wstał bardzo szybko, nucąc do wtóru chórowi radosnych głosików.

– No, źle ja sobie wczoraj z tymi Polakami poczynałem – uznał. – Trzeba przebieglej. Znaczy subtelniej.

Zastanowił się.

– I nie łgać o bożątkach! – postanowił.

O to wszakże było najtrudniej. Łgarstwo to prawdziwa czarcia natura.

Spieszyło mu się bardzo jak do serdecznych druhów, nie na tyle jednak, by magazynu po drodze poniechać. Bardzo zręcznie buty ukradł. Nie wolno uchodzić za hołysza. A później pobiegł raźno, a tak obcasami walił, jakby szedł do tańca.

– Ładne skrzydła – pochwalił, przechodząc obok uskrzydlonego diabła.

Ten pięścią uderzył w pierś. Zadzwoniło.

– A co to?

– Ryngraf – odparł dumnie Rokita. Po czym popatrzył podejrzliwie spode łba.

– Fajnie brzmi – ocenił Belzebub i poszedł dalej.

Boruta stanął przy podwładnym.

– Czyś ty zdurniał?! – prychnął.

– On nie skapował – lekko odparł Rokita. – I w butach chodzi jak my.

– Kto go wie, podejrzany gość. Czemu on tak nagle nam przyjazny?

Zaś Belzebub łaził od jednego Polaka do drugiego i dla każdego znajdował kilka życzliwych słów. A diabły życzliwe były, wreszcie zasiadły do stołu, przykrytego białą materią.

– Zajumałem – westchnął Smętek. – Prześcieradło nie obrus, ale chyba nikt nie zauważy, jak myślisz? – z niejakim lękiem zwrócił się do Belzebuba.

– Ja nie zauważyłem – odparł pocieszająco pytany.

A później Boruta dał znak. Prędko ustawiono potrawy, diabłom oczy zabłysły, Belzebubowi ślinka pociekła i prawie wyrwał się do frykasów, tylko, że przypomniał sobie w porę, że Polacy szczególnie uważają na gospodarza.

Naczelny polski jednakże nie chwytał za potrawy, znowu dał znak.

Rokita obszedł wokoło, a każdy z obecnych brał opłatek.

Belzebub ślinę przełknął z wrażenia, a zaraz później zaschło mu w gardle.

– To życzyć sobie! – nakazał Boruta.

I czarty życzyły: by rogi rosły, kopytka nie gniły, ogon nie zdrewniał, a hultajstwa się udawały i ogólnie na pohybel szwabom, kacapom i podłym obcym oczajduszom.

A później zaczęło się wielkie żarcie, lecz Belzebub po spróbowaniu karpia w galarecie wykrzywił mordę.

– Cuchnie mułem – zauważył.

– Brak przyzwyczajenia – odparł Smętek. – W istocie rozkosz w gębie.

– Tradycja! – dodał z zachwytem Koffel.

Ale trunków nie podano, przynajmniej od razu. Lecz ledwie wśród ludków skończono Pasterkę, zaczęły lać się jak rzeka, a wtedy Belzebub raz płakał, a raz śmiał do rozpuku, dopóki, rzecz jasna, nie odpłynął w rozkoszny pijacki niebyt.

 

***

 

Głosiki się rozśpiewały.

– Dobrze było – westchnął uradowany czart, raźno wyskakując z wyra.

Oczywiście głowa nie bolała nadto, choć po wczorajszym chlańsku powinna ze łba odlatać.

Tyle, że w istocie nigdy nie było wczorajszej popijawy, bo wczoraj nie istniało.

Ze skrzyni wyciągnął dzbanek miodu i popędził, nie myśląc wcale o kiełbasie, bo żarcia na polskim stole nigdy nie braknie.

– Jestem, kamraci! – zakrzyknął z dala.

Zdziwili się.

Więc przypomniał sobie, że rzecz jasna oni o niczym nie pamiętają, dlatego wszczął typową procedurę, pędząc wśród stukotu obcasów, tu chwaląc skrzydła, a tam wzdychając do wiekowych tradycji, chwalebnie pielęgnowanych przez mądrych, a przez głupich zapomnianych. Znał już dobrze Polaków, to prędko zyskał zaufanie nawet tych najbardziej nieufnych. A tak wciągnął się w te wszystkie pogaduszki, że czas zleciał nie wiadomo kiedy, aż Boruta zarządził wieczerzę. Belzebub dzielnie uczestniczył w przygotowaniach, poprawiał obrus, znaczy prześcieradło podkładał sianko pod nakrycie stołu, stawiał potrawy.

– No to zajmować miejsca! – grubym głosem tającym wzruszenie zarządził Boruta.

Później rozniesiono opłatki, a Belzebub jakoś z trudem ślinę przełykał, po czym przechodził od jednego do drugiego czarta i życzył z całego serca, a to by rogi rosły, by szwabskiego psubrata na nie nadziać, a to, by kopytka nie gniły przez co obmierzłych kacapów nie sposób tratować, a to, by ogon ohydnie nie wyłysiał, bo wtedy jak lać po szczurzym ryju paskudnego przybłędę. I wzruszał się nad wszystkim coraz bardziej diabeł kananejski, aż mu łzy z oczu ciurkiem płynęły.

Usiedli za stołem.

– Ach, karpik w galarecie! – westchnął Smętek.

– Trochę mułem zajeżdża, ale palce lizać – odrzekł Belzebub, któremu dzisiaj denna rybka bardzo wchodziła.

– A co to za karpik, jakby wcale mułem nie zajeżdżał? – ze śmiechem zakrzyknął kompan.

I jedli, i żartowali, i jakoś dobrze im było we własnym gronie, a później mruczeli w czasie Pasterki, a kiedy ludziska zaśpiewali o tym jak śliczna panna syna kołysała, to sami się kołysali i buczeli z przejęcia.

A po wszystkim płakały te diabły polskie, zaś Belzebub wraz z nimi, nic z tej całej Polski nie rozumiejąc, lecz tęskniąc za nią bezmiernie.

Koniec

Komentarze

Czyli nawet w piekle są świętości :). Bardzo miło się czytało, choć od Wigilii (i do Wigilii) całe pół roku :). Pozdrawiam!

Tak, dzisiaj to należałoby przedstawić tradycyjne zabawy sobótkowe, kiedy diabły zaczynają bać się wody, bo Jan Chrzciciel właśnie poświęcił.

Pozdrawiam.

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Szczególne opisanie Wigilii w piekle. Dobrze się czytało, choć początek wydał mi się nadto przegadany, być może przez powtórzenia przeżyć Belzebuba.

 

– A co łeb trza­ska? – zaraz usły­szał. → – A co, łeb trza­ska? – Zaraz usły­szał.

 

Wię­cej niż po­wi­nien – od­po­wie­dział py­ta­ny. → Bardziej/ Mocniej niż po­wi­nien – od­po­wie­dział py­ta­ny.

 

– Za­po­mnia­łeś, że dzi­siaj wi­gi­lia?  – Za­po­mnia­łeś, że dzi­siaj Wi­gi­lia?

Za SJP PWN: Wigilia «dzień poprzedzający święta Bożego Narodzenia»

 

roz­par­ty do­kład­nie tak samo, co po­przed­nio. → …roz­par­ty do­kład­nie tak samo, jak po­przed­nio.

 

Jednego spojrzenia na towarzystwo w kątku uświadomiło… → Jednego spojrzenia na towarzystwo w kątku wystarczyło… Lub: Jedno spojrzenie na towarzystwo w kątku uświadomiło

 

Wró­cił trzę­sąc bar­dziej upier­dli­wy niż roz­trzę­sio­na ga­la­re­ta. → Co trząsł?

 

– Ty nie wiesz, łajdaku, że do Pasterki nie wolno? – Ty nie wiesz, łajdaku, że do pasterki nie wolno?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka