- Opowiadanie: NomadFromNowhere - Świeca

Świeca

Czołem!

Po wyjątkowo nieudanym debiucie i kubełku zimnej, ale niezwykle merytorycznej wody wylanej przez @Bruce, chyba odrobiłem w końcu lekcję. Ponad trzydzieści godzin ostrej harówki, zarwana noc (magia hiperfokusu i ADHD – jedyny plus, choć rachunek potem boli) i mozolna praca nad tekstem uświadomiły mi jedno: sam dobry pomysł nie obroni się, jeśli utonie w morzu potknięć i chochlików.

Na szczęście tutejsze poradniki to złoto – nie sposób ich przecenić. Choć przeraziło mnie, że redakcja zajęła mi prawie tyle samo czasu, co przelanie całej tej historii na papier. Szkolna polonistka pękłaby z dumy (albo z zazdrości), bo jeden konstruktywny komentarz i portalowe teksty poradnikowe zrobiły dla mojego warsztatu więcej niż lata szkolnej mordęgi.

Oddaję opowiadanie w Wasze ręce z o wiele czystszym sumieniem. Jeśli traficie na jakieś pozostałe, ukryte niczym partyzanci w krzakach chochliki – dajcie znać w komentarzach, mój muszkiet już na nie czeka. Zapraszam do lektury!

PS: To mój oficjalny pierwszy raz (falstartu sprzed paru dni udajemy, że nie było) i wiem, że przede mną jeszcze długa droga, zanim zadowolę choćby najbardziej wyrozumiały głaz. Ale od czegoś trzeba zacząć! A mam już dość pisania tylko i wyłącznie scenariuszy do gier RPG.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Świeca

Mrok nadszedł od wschodu nagle, jak śmierć zadana we śnie. Brama wioski Stara Kamienna zamknęła się za nimi z trzaskiem. Strażnicy nawet nie próbowali ukrywać strachu, zwłaszcza gdy wędrowcom towarzyszył ogromny mastif, sięgający im prawie do ramion. Dwóch pobladłych mężczyzn obserwowało zakapturzone sylwetki i bestię, jakby patrzyli na mroczny omen. Wędrowiec, wysoki, skryty pod płaszczem wytkanym kruczymi piórami, nawet nie odwrócił głowy. Jasnowłosy młodzieniec u jego boku poczuł jednak to, czego ludzie w tej wiosce nie potrafili nazwać. Powietrze drżało. Nie od zimna. Jakby coś przesuwało się tuż obok. Zbyt blisko, by to zignorować.

– Czujesz to? – wyszeptał chłopak.

Mężczyzna w kapturze spojrzał na niego kątem oka. Nie zatrzymał się. 

– Czuję. I ignoruję – odparł twardo. – Ty też powinieneś.

Nie skomentował. Mastif warczący u jego boku wbił łapy w ziemię i zjeżył sierść. Z mroku między domami przemknęła jakaś smuga, a może cień, który poruszył się, pomimo pochodni zawieszonych na ścianach budynku. Drgnął mimowolnie. 

– Mistrzu?

– Powiedziałem. Nie poświęcaj temu swojej uwagi – syknął głosem cichym, lecz ostrym jak stal. – Im dłużej się przyglądasz, tym bardziej cię widać. Najpierw się rozejrzyjmy, zdobądźmy informacje, niech nic nie karmi się naszą obecnością. I pamiętaj – żadnych podróży do Myślosnu. Nawet w medytacji. Ta wioska nie jest bezpieczna.

Uczeń przełknął ślinę i posłusznie skierował wzrok na drogę. Ale jego palce drżały. Wokół była tylko cisza, rwana trzaskiem zatrzaskiwanych okien. Mieszkańcy barykadowali się w popłochu, jakby samo spojrzenie na obcych mogło ich skazić. Rygiel po ryglu brzmiał niczym wyrok.

– Chyba nie cieszą się z naszych odwiedzin… – mruknął młodzieniec, próbując wymusić lekki ton, ale wyszła z tego raczej nerwowa próba humoru.

– Ludzie boją się nienazwanego – odparł chłodnym, kamiennym głosem jego mistrz. – I tego, co jest w nich samych – urwał na moment, spuszczając wzrok. – Strach zna cię od urodzenia. I wykorzysta każdą twoją słabość.

Chłopak skrzywił się, słuchając kolejnej tyrady.

– Ale to nie nas powinni się lękać. Przecież jesteśmy tu, by im pomóc.

– Jesteśmy tu, by zaszyć Rozdarcie w Zasłonie, które z całą pewnością jest obecne w tej wiosce – urwał jego wypowiedź, posyłając mu lodowate spojrzenie. – Poprawa żywota tych ludzi nie jest naszym celem. Łaska innych tak często zmienia się w gniew. A tak rzadko gniew zmienia się w łaskę.

Wnet silny i lodowaty podmuch wiatru przeciął ulicę i wtedy, bardzo cicho, coś zaszumiało chłopakowi przy uchu. Jak odległy dziewczęcy szept. Odwrócił gwałtownie głowę. Nikogo jednak nie spostrzegł.

– Słyszałeś to?

– Nic, co powinniśmy teraz badać – odparł krótko wpatrzony w dal, jakby widział na horyzoncie coś, czego nie widział jego uczeń. Po chwili dodał: – Idziemy wpierw do gospody. Już po zmierzchu, a przed dalszą drogą muszę się przygotować.

Jego uczeń prychnął pod nosem.

– Jasne, przygotować… inaczej mówiąc skonać przy gorzałce.

– Nie piję dla przyjemności. Jeszcze za mało widziałeś, aby móc spojrzeć poza czubek własnego nosa.

– Nie dla przyjemności? A dlaczego? – docisnął dalej. – O ile pamiętam, po ostatniej „przygotowawczej” flaszce mówiłeś do własnego odbicia „pani”, a potem się z nim pokłóciłeś.

Mężczyzna zatrzymał się gwałtownie. Odwrócił głowę bardzo powoli.

– Jeśli już musisz być bezczelny, to przynajmniej rób to cicho. Albo choć trochę subtelniej. Poza tym byłem wtedy… w transie. Nie zrozumiesz, młokosie.

Młodzieniec uśmiechnął się półgębkiem. Nie wycofał się. Nigdy się nie wycofywał.

– Gdybyś chciał, żebym milczał, wybrałbyś sobie ucznia bez języka.

– Wystarczyłby mi taki bez twojego charakteru – mruknął. Ale pod nosem pojawił się cień czegoś, co mogłoby przypominać odwzajemniony uśmiech.

Gdy zbliżali się do serca wioski, mastif nagle zatrzymał się jak wryty, zawarczał krótko, głęboko, a jego oczy skierowały się ku ciemnej szczelinie między drewnianymi domami. W szczelinie przez ułamek sekundy błysnęła niewyraźna sylwetka młodej dziewczyny. Młodzieniec poczuł, jak coś ścisnęło go w piersi – przenikliwy mróz. Jakby ta istota nosiła w sobie zamarznięte morze bólu i smutku. 

– Mistrzu! – niemalże krzyknął, ale gdy spojrzał ponownie, już nic tam nie było. Nic, co dałoby się zobaczyć ludzkim wzrokiem.

– Też to poczułem… – mężczyzna zamyślił się na moment. – Idźmy dalej.

Nie czekając na odpowiedź, ruszył w głąb wioski. Chłopak podrapał za uchem mastifa, uspokajając wiernego towarzysza i spojrzał ostatni raz w miejsce, w którym wyczuł dziewczynę. Nic, tylko ciemność i cisza tak gęsta, że słyszał wyłącznie własne, za szybkie tętno. Westchnął głęboko i ruszył za mistrzem w kierunku gospody „Pod Złotym Kruszcem”.

***

Drzwi gospody otworzyły się ze skrzypliwym, żałosnym jękiem, wpuszczając do środka pasmo bladego księżycowego światła. Sala była w połowie pełna, ale nie było tu mowy o zwykłym nastroju po ciężkim dniu. Górnicy, rolnicy i paru kupców nie tyle topili trudy w słodkim piwie, ile rozpaczliwie próbowali zapić obłęd. Wszyscy jak jeden mąż mieli podkrążone, przekrwione oczy i szare z wycieńczenia twarze. Ciszę rozcinał tylko nerwowy, głuchy stuk kości i trzask drewna w kominku, przy którym siedział miejscowy kapłan. Trzymał gorzałkę prosto przy ustach, a jego dłonie drżały tak mocno, że szkło stukało o zęby, gdy w szaleńczym tempie wypluwał z siebie żarliwe modlitwy, tak jakby każda sekunda zwłoki mogła sprowadzić tu koniec świata. Nawet córka gospodarza, młoda blondynka, straciła gdzieś swoją naturalną energiczność; rozlewając trunek, poruszała się między stołami mechanicznie, potykając się o własne nogi ze zmęczenia. Kiedy do środka wszedł ogromny mastif i dwóch wędrowców, rozmowy zamarły, jak ucięte nożem. Powietrze w ułamku sekundy zgęstniało od mieszaniny pierwotnego strachu i chorobliwej, desperackiej nadziei. Rosły, poznaczony bliznami wykidajło podszedł do nich ostrożnie. Trzymał rękę na maczudze przy pasie, ale jego palce kurczowo zaciskały się na drewnie, a na czole lśniły krople potu. Próbował blokować przejście, ale jego wzrok, przepełniony panicznym lękiem, uciekał od potężnych łap psa, do czarnych piór na płaszczu Kruczycienia.

– Zwierzęta zostają na zewnątrz – wymamrotał ochroniarz. Brak kilku zębów sprawił, że brzmiało to bardziej jak ostrzeżenie niż pouczenie. Próbował wyglądać groźnie, choć jego oczy nieustannie błądziły wokół potężnego kłębu mastifa.

– Słyszałeś, Smoła? – zakpił młodszy z dwójki przybyszów i spojrzał na zwierzę. – Przyszliśmy pomóc tym ludziom z ich problemem, a tu nawet smakołyku ci nie dadzą? I jeszcze wypychają na zewnątrz, abyś przemarzł… Co ty na to? Zjemy go w ramach zaliczki?

Smoła zawarczał nisko i głęboko.

– Że… co?! – Ochroniarz cofnął się, mocniej chwytając maczugę.

Starszy towarzysz młodzieńca wysunął się naprzód i zsunął kaptur. Był wysoki i smukły. Ziemiste włosy, poprzetykane zbyt wczesną siwizną, układały się w fale, spływając na skórzany płaszcz ozdobiony czarnymi piórami dużego ptaka. Pod lewym okiem zarośniętej twarzy, miał wytatuowany niebieski półksiężyc i gwiazdę. Jego bladoszare spojrzenie przypominało oczy gada – zimne, zmęczone, drapieżne.

– Oczywiście, chłopak raczył żartować. Proszę wybaczyć mu jego być może aż nazbyt głupawe poczucie humoru. Zwą mnie Kruczycień, a ten młotek, to mój uczeń Nikolai. – Zatrzymał się na chwilę, posyłając karcące spojrzenie chłopakowi, po czym mówił dalej:

– Jesteśmy Scalonymi z ramienia Zakonu Opadłej Gwiazdy. Przybyliśmy do waszej wioski w sprawie problemów, które podobno was nękają. 

W izbie rozległo się niespokojne poruszenie. Dla prostych ludzi Scaleni – a raczej Nosiciele, jak pluto za ich plecami – byli chodzącymi koszmarami. Pospólstwo nie widziało różnicy między nimi a potępieńcami, w których biesiły się demony. Ot, jedni i drudzy nosili w sobie plugastwo zza granicy rzeczywistości. Tyle że Scaleni wciąż rządzili własnym ciałem, pętając bestie wewnątrz siebie i wysysając z nich moc. Cenę za to płacili potworną, ale dla chłopów liczby były proste: potwór na smyczy Zakonu był jedynym potworem, który mógł ich obronić. 

– Plugawe Naczynia! – wrzasnął ktoś z tyłu sali. Inny rolnik splunął głośno i soczyście, oznajmiając tym samym swój wątpliwy szacunek do gości. Za chwilę jednak odpowiedział kolejny głos:

– Zawrzyj pysk, Tomas! Chcesz tu inkwizycji z Żarlicy!? Może w końcu ktoś się zajmie tym plugawym czarnoksięstwem! Toż to fachury są! Przecie lepiej od nas znają się na takich marach, nie? Niech mnie… ile to już trwa? W końcu Domorad się doigrał.

Kruczycień zapamiętał to imię, wiedząc, że będzie musiał potem o niego zapytać. Póki co jednak, kontynuował swój dialog z ochroniarzem.

– Wybacz jeszcze raz, dobry człowieku – powiedział Kruczycień głosem jednostajnym, niemal pozbawionym emocji. – Ręczę za psa. Jeśli nic nam nie zagrozi, nic nikomu się nie stanie. Ustąp, proszę, chcemy tylko odpocząć.

Ochroniarz milczał, ale odsunął się, gdy przeszli obok. Karczmarz – wąsaty, łysiejący i wyraźnie spięty, wskazał im stolik w rogu sali, pod imponującym, wypchanym łbem dzika.

– Zapraszam, szanownych wędrowców. Zaraz każę przynieść jadła i napitku. Witamy w Starej Kamiennej – ukłonił się niezręcznie i szybko udał się na zaplecze.

Wkrótce do ich stołu podeszła młoda blondynka z wodą dla psa i dwoma dzbanami piwa.

– Co podać do jadła? – zapytała niepewnie. – Mamy rosół z resztek, kaszę z gulaszem, świeży chleb i soczewicę ze skwarkami.

– Rosół, gulasz i pajdę chleba – odparł Kruczycień. – Dla chłopaka również. I jakieś resztki prosiaka czy innego mięsiwa dla psa. W drodze zgłodniał nie mniej niż my.

Dziewczyna uśmiechnęła się niepewnie, wodząc wzrokiem po masywnym zwierzęciu. Następnie jej spojrzenie spoczęło z powrotem na wędrowcach, z nieukrywaną mieszaniną lęku i fascynacji.

– Oczywiście mamy czym zapłacić, dobra kobieto – dodał Kruczycień, spostrzegając jej zmieszanie i wskazał ręką na sakiewkę.

– Zaraz przyniosę – odparła speszona i oddaliła się szybkim krokiem w stronę kuchni.

Kiedy zniknęła za drzwiami, gwar w gospodzie powrócił, lecz był stłumiony, nerwowy, jakby mówiono półgłosem o sprawach, które nie powinny tu paść. Mimo to Kruczycień i Nikolai słyszeli strzępy rozmów. Głównie niezbyt pochlebne wzmianki o nich samych, ale równie często pojawiało się już wcześniej zasłyszane przez nich imię niejakiego Domorada. I bynajmniej nie mówiono o nim z szacunkiem. Mastif położył łeb na łapach, mierząc wszystkich czarnymi ślepiami, jakby oceniał, który ze zgromadzonych wymaga odstraszenia. Niechciane, wrogie i zlęknione spojrzenia łypały na nich z każdego zakamarka gospody.

– Ładnie tu macie – odezwał się Nikolai z ironią, patrząc na wiszące przy belkach suszone zioła i na stare malowidło przedstawiające św. Laetera, patrona altruizmu i przebaczenia. – Tak wesoło i serdecznie. Pełno wokół ludzi kipiących życzliwością wobec gości. Pewnie św. Laeter patrzy na waszą wioskę przychylnym okiem… Chociaż patrząc na wasze gęby, chyba właśnie mrugnął.

Kruczycień zmierzył ucznia spojrzeniem, ale nic nie powiedział, obserwując w milczeniu, jak potoczy się dalej sytuacja. Górnicy przy najbliższym stole wymienili się niepewnym wzrokiem. W końcu jeden z nich: młody, piegowaty o krótkim, nierównym zaroście, zebrał w sobie odwagę.

– A co wam do tego, co? Demona ukatrupić przyjechaliśta? Tacyście twardzi? – zapytał z szyderczą nutą. – To najpierwej szukajta u Domorada. – Splunął, lecz w jego oczach, zamiast czystej niechęci, Kruczycień dostrzegł coś innego. Panikę.

– Demona? – odparł zaciekawiony Kruczycień, nie odrywając wzroku od kufla. – W Żarlicy wspominano nam tylko o dziwnych zjawiskach nawiedzających wioskę. Z informacji, które posiadam, to ten cały Domorad jest waszym wójtem, zgadza się?

Piegowaty chłopak zamilkł i spuścił wzrok, jakby zdał sobie sprawę, że powiedział za dużo. Jednak barczysty górnik siedzący obok niego podszedł do ich stołu, gwałtownie uderzając w niego dłońmi, aż chlusnęło piwo z ich kufli, wprost na łeb Smoły. Mastif fuknął obrzydliwie, roznosząc wokół ostry zapach mokrej sierści i kwaśnego alkoholu, ale nie uniósł się z podłogi. Jedynie jego warknięcie stało się o ton niższe. Ręce górnika drżały, a cienie pod jego oczami były tak głębokie, że wyglądał jak upiór.

– Wy… naprawdę przyśliśta pomóc? – wycharczał, ignorując warknięcie Smoły. – Prawda to? Bo jeśli to jeno bajdy, to was sami zatłuczemy. Dwa miesiące… Dwa miesiące nie spaliśmy jak ludzie! Rozumiesz to, Nosicielu? Dzieci mi wyją po nocach, matka oszalała i patrzy w sufit! Jeśli nie wy, to przyjdzie tu Zakon i wypali nas do gołej ziemi, ażeby zaraza się nie rozniosła!

– Markus, stul gębę, nie mów mu o… – zaczął piegowaty chłopak, ale Markus warknął, uderzając pięścią w stół.

– A komu mam mówić?! Domoradowi? Ten czort od dwóch roków jeno chleje i wyje! To z jego domu przylazło to okropieństwo! – zmarszczył brwi i wziął głeboki oddech, zaś jego wzrok powrócił do wędrowców. – Odkąd Tersa spadła ze schodów, a Ivra zachorowała, nie ma u nas przespanej nocy. Nic, tylko koszmary. Zdychamy tu, Nosicielu. Zdychamy za dnia i w nocy. Zróbcie coś z tym, albo nas pozabijajcie, bo już sił nie ma…

W izbie zapadła cisza tak głęboka, że nawet Smoła uniósł łeb.

– Domorad to wójt nasz. Prawdę rzekłeś odziany w czerń – kontynuował powoli cedząc słowa. – To całe diabelstwo zaczęło się, no… – zastanowił się chwilę – …będzie dwie jesienie temu. Jakiś obłęd dotknął wójta, jakby kto go zmienił w czorta! Jeno pił, awanturował się, zamykał w domu, albo wyjeżdżał na całe tygodnie. – Głos mu zachrypł. Przepłukał gardło piwem i ciągnął dalej opowieść:

– Gdzieś na początku tego lata, życie utraciła jego małżonka Tersa, a jego córa zachorowała. Niektórzy jednak twierdzą, że dziewczę dawno już martwe jest. Biedna Ivra…

– Martwa? – powtórzył żywo Nikolai.

– A no, martwa. Bo kto widział, żeby człek od przeszło dwóch miesiąców nie wychodził z izby i żył? – prychnął. – Domorad nie dopuszcza do niej nikogo, a w jego domostwie ciemno, głucho. Ani jej głosiku, ani płaczu, ani krzyku. Nic.

– Może pielęgnuje ją w ciszy. Jak porządny ojciec. Może się zmienił po śmierci żony?

Na to część sali parsknęła śmiechem, część skrzywiła się jak po kwaśnym mleku. 

– Domorad od dawna o nic nie dba – syknął piegowaty górnik. – Dawniej człek był z niego zacny, a i owszem. Wójt jak się patrzy. Ale od dwóch roków jeno chleje jak krowa z jeziora w jakim szaleństwie. Nieraz darł się na własną żonę tak, że psy po wsi skomliły.

– Ja widziołem, jak swą Tersę prał. Aż sina była. Gołymi ręcoma normalnie, w biały dzień – wtrącił siedzący obok przedmówcy, zniszczony pracą i alkoholem mężczyzna.

Piegowaty górnik pokiwał głową potwierdzając słowa kolegi i kontynuował:

– A teraz… to już żywe nieszczęście z niego. Po śmierci Tersy prawie nie wychodzi z domu. Gdyby nie jego sługa Aldus, to nie wiem, kto by trzymał lejce tej wioski.

– Mawiamy między sobą – dodał barczysty górnik Markus – że Domorad zatopi nas w gorzałce razem ze sobą, jeśli czego nie zrobimy w porę. Mówi się też, że to Domorad zabił Tersę. Nie wyprawił pochówku jak należy. Żadnej stypy, żadnego szacunku do zmarłej żony.

Nagle kapłan, który siedział blisko kominka, wstał od stołu i zataczając się od gorzałki, którą popijał, począł niemalże krzyczeć na ludzi w izbie: 

– Głupie i ślepe barany! Przecie głosiłem wam już wcześniej, że wójta naszego opętało nasienie złego! – Zatrzymał się na chwilę, a w jego oczach płonął żywy ogień. – Prawdziwy demon z królestwa piekieł pociąga za sznurki Domorada! A ten jego synalek… Od kiedy tylko pamiętam, złowrogi cień nad nim krążył! Zawsze wiedziałem, że to czarcia rodzina! Tego dzieciaka trzeba jak najszybciej oczyścić w ogniu Opadłej Gwiazdy…

Nie zdążył dokończyć. Podskoczył do niego Gavin, wioskowy zielarz, i zatkał mu usta brudną dłonią.

– Zamknij ten pijacki pysk, przecież to ludzie Żarlicy! Chcesz, żeby zjechali tu ze świętym ogniem i puścili całą wioskę z dymem?! Dyrdymały jeno pleciesz, pijaczyno, przez które wszyscy spłoniemy! – zganił go i posadził z powrotem na miejsce, mówiąc dalej. – Poza tym byłem w domu wójta tydzień temu zanieść mu maść z rumianku na odparzenia dla Ivry. Nie ma tam żadnych demonów. Dziewczyna jest naprawdę chora. Śni niekończącym się snem… ale żyje. Ja myślę, że coś innego podgryza naszą wioskę, a Domorad i jego szaleństwo są tylko przejawem czegoś znacznie gorszego.

Kruczycień drgnął ledwo zauważalnie. Synalek?, pomyślał, zerkając na ucznia, ale Nikolai wciąż trawił słowa o śniącej dziewczynie. Nikt inny w izbie nie podchwycił tematu chłopca, jakby syn wójta był sekretem, o którym głośno mówią tylko szaleńcy. Stary kapłan splunął bez szacunku w odpowiedzi na słowa zielarza i wrócił do gorzałki obrażony i ośmieszony. Kruczycień uniósł wzrok. Karczmarz i jego córka nadchodzili pospiesznie z dymiącymi talerzami, jakby chcieli wepchnąć jedzenie w usta wędrowców i zdusić temat, zanim izba zapłonie gniewem.

– Nie słuchajcie ich, mości przybysze. Ludzie są zmęczeni – powiedział wąsaty karczmarz z wymuszonym uśmiechem. – Ostatnio wszyscy chodzą jacyś rozdrażnieni. Jakby coś im w głowach mieszało. Kłótnie, bójki, nawet rodzeni bracia spierają się o byle co.

– I jeszcze te koszmary! – wtrąciła blondynka, stawiając tackę z jadłem.

Rosół z resztek, jak opisała go wcześniej córka karczmarza, pachniał przypalonym gnatem i starą kapustą. Gulasz zaś przypominał rozwodnioną kaszę z bardzo skąpą ilością mięsa, jakby samo nie wiedziało co tam właściwie robi. Natomiast pajda chleba faktycznie była świeża.

– Wszystkim nam we wsi zasnąć jest trudno – mówiła dalej, nie zwracając zbytnio uwagi na obrzydzenie, którego Nikolai nawet nie próbował ukryć patrząc na talerz – a jak już się zaśnie, to koszmary nas duszą. Krzyki w nocy słychać po całej okolicy…

– Złe sny? – zapytał Kruczycień.

Dziewczyna skinęła głową.

– Ta, jedne gorsze od drugich. Wszyscy mówią to samo. Budzimy się przerażeni i wyczerpani. Niektórzy jednak budzą się… inni – dodała ciszej. – Jakby dalej śnili. Tylko siedzą, patrzą i wyją jak jakie zwierzę. Ludzie boją się, że po przebudzeniu, nie będą już tym, kim wcześniej. Źle się dzieje w Starej Kamiennej…

Kiedy padły te słowa, część gości odruchowo splunęła pod nogi. Kapłan pomodlił się nerwowo. Nikolai odchrząknął.

– A ty, karczmarzu? – Kruczycień przeniósł wzrok na niego. – Wydajesz się rozsądnym człowiekiem. Co wy o tym wszystkim myślicie? 

Karczmarz przełknął ślinę.

– Prawdę mówiąc, to każdy z nas patrzy na dom Domorada. Bo wszystko zaczęło się od jego dziwactw. Kiedy umarła Tersa, znaczy się żona wójta, a jego córka zachorowała, koszmary stały się silniejsze. Wolałbym nie wytykać nikogo palcem, i bez tego skaczemy sobie do gardeł. Może wy, Scaleni, co wskóracie?

Nikolai spojrzał uważnie na mistrza, ale Kruczycień nie zdradził emocji. Tylko bladoszare oczy błysnęły chłodnym światłem.

– Jutro porozmawiamy z waszym wójtem – oznajmił spokojnie – a teraz wróćmy do napitku i jadła. Przed nami długa noc.

– Długa Noc? – powtórzył niepewnie karczmarz.

Kruczycień pochylił się nad kuflem.

– Trzeba odpowiednio wypocząć. Poza tym… Nigdy nie wiemy, jak daleko zabiorą nas nasze sny.

Karczmarz nie odpowiedział. Jakby bał się przyznać, że tej nocy wcale nie zamierza spać.

***

Kiedy karczma powoli ucichła, a ostatni goście ruszyli chwiejnym krokiem ku domostwom, gospodarz zaprowadził ich na piętro. Drewniane schody trzeszczały głośno, jakby protestowały przeciwko każdemu ciężkiemu krokowi Smoły. Wąski korytarz prowadził do niedużego pokoju: dwa łóżka, wcześniej przygotowana misa z wodą, świeca na stoliku i okno wychodzące na las, skąd unosiła się nisko zawieszona mgła.

– Jeśli czegoś… Jeśli czegoś będzie trzeba – zaczął gospodarz, wyraźnie spięty. – Jestem na dole.

– Wystarczy, że nikt nie będzie nam przeszkadzał – odparł Kruczycień. – Resztą zajmiemy się sami.

Karczmarz skinął głową i zniknął za drzwiami, zostawiając ich samych w półmroku. Smoła od razu ułożył się przy drzwiach, a Nikolai ciężko opadł na własne posłanie i potarł czoło.

– Myślisz, że ten cały demon o którym gadali to jakiś duch? Jeden z przybyszy Nasirri? A może to tylko jakaś… zbiorowa histeria?

Kruczycień zdjął płaszcz, zawiesił go na kołku wbitym w ścianę i zdmuchnął świecę, zostawiając tylko mdłe światło księżyca.

– Z całą pewnością coś jest na rzeczy. Wyczuwam rozdarcie w zasłonie. Ty też to wyczułeś, jak weszliśmy do wioski. Zdziwiłbym się jakby żaden obcy byt nie prześlizgnął się przez nią – zamyślił się na chwilę. – To nie są jednak istoty, które lubią ukrywać się zbyt długo – ciągnął dalej do ucznia. – Ponieważ pragną doświadczać świata materialnego za wszelką cenę. Rozdarta osnowa rzeczywistości prędzej czy później zaczyna przenikać do materii. Stąd te koszmary u mieszkańców. Spodziewaj się dziś intensywnych podróży sennych. Tylko pamiętaj co ci mówiłem o Myślośnie – nie dziś, chłopcze.

Nikolai westchnął cicho, zdjął lnianą koszulę i skórzaną kamizelkę, po czym położył się na twardym posłaniu. Przez krótką chwilę cisza zdawała się zwyczajna, niemal kojąca. Słyszał ciężki, nierówny oddech Kruczycienia i cichy brzdęk glinianego kubka, którym jego mistrz popijał gorzałkę, samemu układając swe nerwy do snu. Pod drzwiami chrapał Smoła, głęboko i miarowo. Chłopak pozwolił sobie odpłynąć i osunął się w znajomy półsen – stan, który uwielbiał najbardziej. Tam, gdzie myśli miękły, a granice rozumu stawały się podatne na wolę, potrafił kształtować nadchodzące sny jak glinę, naginać ich bieg, zmieniać barwy i sens. Czasami – zbyt często, jak twierdził mistrz – uchylał też zasłonę prowadzącą głębiej. Do trzeciej warstwy istnienia. Do Myślosnu. A ten tętnił życiem nie mniej prawdziwym niż to, które Nikolai znał z jawy. Zamieszkiwały go byty narodzone z ludzkich emocji, duchy idei i natury, a także istoty dużo starsze i potężniejsze nawet niż sam czas. Nikolai kochał Myślosen. Jego bezkres. Jego wolność. Nawet jego grozę. Dziś jednak nie zamierzał przekraczać tej granicy. Choć często działał wbrew radom Kruczycienia, potrafił rozpoznać moment, gdy ostrzeżenie było czymś więcej, niż tylko mentorskim marudzeniem. W tej wiosce mistrz mówił zbyt poważnie. Nikolai pozwolił więc, aby sen zabrał go łagodnie. I wtedy coś się zmieniło. Powietrze zgęstniało. Pojawiło się przytłaczające poczucie nierealności. Jakby świat zawiązał się w ciasny supeł pośrodku pomieszczenia i zaczął powoli, boleśnie się zaciskać. Nikolai wyszeptał lękliwie:

– Mistrzu?

Nikt mu jednak nie odpowiedział. Nikolai poczuł w piersi narastający, lodowaty ciężar. Nie mógł poruszyć żadną częścią ciała, a lęk taranował jego zmysły, odbierając mu oddech. Wtedy to naparło na izbę. Nie jako coś widzialnego. Odczuł to raczej jako obecność – nagłą i przytłaczającą – która zsunęła się z sufitu i pochyliła nad nim. Ciężka i chorobliwie ciekawa. Powietrze przeszył zapach zgnilizny i zbutwiałej ziemi. Zacisnął powieki ze strachu, lecz nie miało to znaczenia, bo obraz pojawił się pod nimi. Najpierw czarne pole, bez horyzontu i bez końca. Potem szczeliny światła, jakby ktoś drapał powierzchnię rzeczywistości od drugiej strony. Coś próbowało przedrzeć się do jego snów. Z pęknięć zaczęły wyłaniać się kształty: długie, ostre, pajęcze odnóża. Za chwilę z jednego z rozdarć wyjrzała biała, porcelanowa maska, zawieszona na humanoidalnej twarzy. W mgnieniu oka znalazła się przy nim. Chwyciła go w pajęczy uścisk, oplatając wszystkimi ośmioma odnóżami. Nikolai próbował się bronić, sięgając po techniki medytacyjne, których nauczył go mistrz, lecz pajęczy koszmar za nic nie chciał go puścić. Nikolai był przerażony i wyczerpany; z każdą chwilą tracił wolę dalszej walki. Zachował jednak na tyle trzeźwych zmysłów, by spróbować wypowiedzieć zaklęcie i wyczuć intencje tej istoty. Oprócz szaleńczego głodu i żądży mordu, wyczuł coś jeszcze. Czysty strach. Ta istota chciała się go pozbyć. I to jak najszybciej. Na całym ciele Nikolaia pojawiło się znajome, silne mrowienie, zapowiedź przejścia przez granicę Myślosnu. Za chwilę znajdzie się na terytorium tej istoty. Tam nie będzie już bezpieczny. Wiedział to. Nie miał sił nawet wyrwać się z jej objęć, a co dopiero walczyć. Czuł, że jego opór nie ma znaczenia, że równie dobrze, może się poddać. Lecz stało się. Przekroczyli zasłonę. Znów uderzył go zapach zbutwiałej ziemi i gnicia, a wokół rozciągał się jedynie nieprzenikniony mrok. Czyżby? W oddali jednak majaczyło nieśmiałe światło, które zdawało się rosnąć i wzniecać z każdym lękliwym oddechem Nikolaia. Z ciemności wyłoniła się dziewczyna, a w swych kruchych dłoniach trzymała świecę. Ta sama, którą widział gdy wkraczał do wioski. Włosy jak popiół unosiły się w bezwietrzu. Oczy miała szeroko otwarte, pełne smutku i bólu. Pajęcza istota zatrzymała się i wnet wypuściła Nikolaia ze swych objęć, po czym rzuciła się ku dziewczynie. A ta nawet się nie broniła. Odłożyła niemal całkowicie wypaloną świecę, rozłożyła ramiona i czekała na coś, co zdawała się znać aż nazbyt dobrze. Przybysz chwycił ją w pajęcze szpony, przykrył całym cielskiem, a z otworu w masce wysunął się długi, oślizgły jęzor, który bezwstydnie sunął po jej twarzy. Ciało dziewczyny zaczęło się wić i wykręcać, jakby próbowało wyrazić ból, którego nie było już w stanie unieść. Jej usta poruszyły się bezgłośnie. Nikolai drgnął, bo usłyszał jej głos w swojej głowie.

– Uciekaj! Zbudź się!

I wtedy nagle, jakiś inny, złowrogi byt pojawił się w Myślośnie. Biła od niego niepowstrzymana wściekłość i żar pasji. Wyglądał jak pełna furii, płonąca żywym ogniem i wysoka jak stajnia masa, odziana w zbroję utkaną z czerwonych płomieni. W miejscu tego co można by nazwać twarzą, chłopak dostrzegł zniekształcone kobiece rysy. Istota zawyła nieludzko pełnym bólu krzykiem i uderzyła ogromną pięścią o ziemie, wyzwalając przy tym pożerającą falę zabójczego ognia, a następnie rzuciła się w kierunku Pajęczej istoty i dziewczyny. Nikolai nagle zorientował się, że stoi na samym środku płonącej wioski, wsród spalonych i udręczonych ciał jej mieszkańców. On sam również płonął. Skóra na dłoniach topiła się i zwisała jak namokły pergamin. Krzyczał, a cierpienie jakiego doznawał zajęło już każdy skrawek jego jestestwa. Wydawało się nie mieć granic i rosnąć z każdym oddechem. Robił wszystko by wyrwać się z wizji. Upadł na kolana, dłonie zacisnął na skroniach. Przypominał sobie wszystkie techniki, których uczył go Kruczycień.

– Zbudź się! Zbudź się, idioto! – wykrzyczał z całych sił, choć z gardła wydobyły się tylko cichutkie jęki. To jednak wystarczyło, aby bardzo słabo – ale jednak – przebiły się do sfery materii.

 

Smoła zerwał się, szczeknął ostrzegawczo i warknął w pusty kąt pokoju, jakby widział to wszystko. Kruczycień już dawno przebudzony, sięgnął błyskawicznie pod koszulę chłopaka. Zwrócił uwagę na kryształ Scalenia, który rozjarzył się bladoniebieskim światłem na jego klatce piersiowej, zbyt słabym, by oświetlić pokój, choć wystarczającym, by móc przyciągnąć do siebie istoty zza zasłony.

– Sithartha! – wykrzyczał zaklęcie wybudzające i przywracajace do zmysłów, a kamień na piersi chłopaka rozjarzył się jeszcze jaśniej.

– Oddychaj, Nikolai! – syknął. – Nic nie może się przedostać a tobie nic nie może się stać. Jeszcze nie!

Jeszcze nie. Te słowa dawały chłopakowi nadzieję i jednocześnie ją odbierały. Ale były na tyle silne, że pozwoliły mu wyrwać się z koszmaru Myślosnu. Nikolai otworzył oczy i zerwał się nagle, ciężko łapiąc oddech za oddechem. Jego ciało kiwało się to w jedną, to w drugą stronę, jakby próbowało znaleźć swój balans po koszmarze, którego doświadczyło. Już spotykał za granicą Myślosnu różne istoty, niekoniecznie były to tylko te dobre w swej naturze. Tutaj jednak poznał coś, na co nie był jeszcze gotowy. Nie wyobrażał sobie konfrontacji z tak potężną istotą, zwłaszcza w jej własnej domenie. A jego mistrz po to właśnie tu zawędrował. A on wraz z nim.

– Mistrzu… ja…

Kruczycień zamknął dłoń na krysztale. Światło powoli dogasało. Spojrzał groźnie na ucznia i podniósł głos:

– Niech cie szlag, Nikolai! Mówiłem abyś nie wchodził do Myślosnu! Coś ty sobie myślał. Zawsze musisz być mądrzejszy ode mnie?

Nikolai zbladł i przełknął ślinę, jakby wciąż czuł na języku smak zbutwiałej ziemi i zgnilizny. Kruczycień przez chwilę milczał, próbując się uspokoić. W półmroku izby jego twarz zdawała się wykuta z kamienia, nieruchoma i skupiona. Wyglądał jakoby wciąż nasłuchiwał czegoś, co dopiero miało nadejść. Smoła nie przestawał warczeć; sierść na jego karku stała nastroszona, a ślepia wbite miał w miejsce pod oknem, gdzie przed chwilą pulsowała firanka. Kruczycień napełnił gliniany kubek gorzałką i podał chłopakowi do roztrzęsionych dłoni.

– Opisz mi wszystko – powiedział w końcu niskim głosem. – Ale bez domysłów…

Nikolai zawahał się. Chciał odpowiedzieć, ale gdy tylko otworzył usta, dopadł go suchy, spazmatyczny kaszel. Wciąż czuł w gardle dym z płonącej wioski, choć pokój pachniał tylko wilgocią i starym drewnem. Uniósł dłoń – była cała, blada w świetle księżyca, ale palce drżały tak mocno, że musiał zacisnąć je w pięść, by mistrz nie zauważył słabości.

– Ja nie chciałem tam wchodzić… – wycharczał, a jego głos brzmiał pusto, jakby został z niego wyciśnięty. – Przysięgam! To on… On mnie wciągnął! Wszystko, czego mnie uczyłeś, mistrzu… cała ta obrona… to było gówno warte. Przełamał mnie w sekundę.

– Opisz mi tę istotę. – Kruczycień zmarszczył brwi zaniepokojony.

– Przybrał pajęczą formę utkaną z… cienia? Z ludzką głową, na której nosił białą maskę, taką jak noszą w teatrze. Mistrzu, ja wyczułem jego… głód – zaczął ostrożnie. – ale nie taki zwykły. To nie było pragnienie ciała. Raczej… brak czegoś. Pustka, która chciała się wypełnić mną. Albo nią… – przełknął ślinę. – Ta dziewczyna ze świecą… odwróciła jego uwagę i poświęciła się dla mnie, mówiąc abym uciekał. Wtedy wypuścił mnie ze swego uścisku, jakbym nic już dla niego nie znaczył i rzucił się na nią. On próbował… ją posiąść. Czułem, że ona nie jest po raz pierwszy jego ofiarą. Czułem, że zna to miejsce. I cierpi…

– Dziewczyna ze świecą?

– Tak. Ta sama dziewczyna ze świecą, którą widziałem wcześniej pomiędzy chatami. Jestem przekonany, że to właśnie ją widziałem wtedy przed karczmą.

– Czy próbowałeś wyczuć… 

– Intencje tej istoty? – przerwał mu uczeń, patrząc oburzony – Zrobiłem wszystko, by przetrwać, wiesz mi. Oprócz czystej żądzy mordu skierowanego we mnie i niezaspokojonego pragnienia, wyczułem od niego coś jeszcze – strach. Czułem, jakby się gdzieś bardzo śpieszył, że pragnie się mnie jak najszybciej pozbyć.

– Strach mówisz… – Kruczycień zamyślił się chwilę gładząc dłonią po bujnym zaroście – Co było dalej?

– Ogień – odpowiedział Nikolai bez wahania. – I gniew tak wielki, że aż poczułem mdłości. Niemalże strzelał iskrami. Wraz z żalem i wyczuwalną… stratą?

– Kolejny duch? – Kruczycień uniósł brwi. – Jak on wyglądał?

– Przypominał mi ogromną wojowniczkę ubraną w zbroję z płomieni. Wyczułem w niej żeński pierwiastek, także zakładam kobiecą naturę ducha.

Zamilkł na chwilę zastanawiając się nad własnymi słowami, a następnie popił gorzałki z kubka.

– Gdy tylko się pojawiła, rzuciła się na pajęczego potwora, wyzwalając przy tym burzę płomieni, w których poczęła płonąć wioska i jej mieszkańcy. A ja razem z nimi… Resztę już znasz.

Zapadła cisza. Kruczycień powoli wstał i podszedł do okna. Rozsunął firankę. Las za szybą był nieruchomy, spowity mrokiem i nienazwanym lękiem.

– Miałeś dużo szczęścia, Nikolai – powiedział w końcu. – Myślę, że ten pająk to jednak Nasirri, i dobrze wie, że zawędrowaliśmy do wioski. Ciebie zaś uznał za najsłabsze ogniwo z naszej dwójki. Spróbował pozbyć się jednego z nas, zanim w ogóle dojdzie do realnego starcia. Może myślał, że wtedy i ja bym odpuścił? – zastanowił się chwilę – Z kolei tej drugiej istoty, nie potrafię jeszcze nazwać – powiedział w końcu. – I to mi się nie podoba. Przybysze Nasirri, czy duchy, rzadko kiedy wkraczają nawzajem do swych domen. Ten niespokojny, ognisty duch, wydaje się być nieobliczalny, albo… zdesperowany.

– Mistrzu… – odważył się chłopak. – Czy to mogą być Nasirri wyższe?

Kruczycień nie odpowiedział od razu. W końcu wstał, podszedł do okna i uchylił je delikatnie.

– Jeśli by to były Nasirri wyższe, to twoja głowa już by pękła, chłopcze – odparł cicho. – I nie obyłoby się bez Świętej Inkwizycji Opadłej Gwiazdy.

Kruczycień podrapał nerwowo zarośnięty podbródek i wrócił z powrotem na swoje łóżko. Patrząc w sufit milczał przez parę chwil, a następnie ostrożnie dodał:

– Z całą pewnością są to potężni przeciwnicy. Lecz jest coś, co mnie niepokoi bardziej, mój uczniu. Coś, czego nie powinno być tutaj. Nie w takiej wiosce. – Odwrócił się powoli w kierunku Nikolaia i spojrzał mu w oczy. – Rozdarcie w zasłonie, które wyczuliśmy przy wejściu do wioski, jest zbyt stare, a jednocześnie zbyt świeże. Jakby ktoś… otworzył starą ranę.

Nikolai drgnął. – Mówisz o jakimś rytuale? Ktoś szperał przy zasłonie?

– Na to wygląda. To, że w samej wiosce istnieje animozja jeszcze nic nie znaczy. Tu musiał zadziałać ktoś, kto potrafił przeprowadzić rytuał Rozdarcia. I najpewniej zrobił to celowo.

Nikolai milczał wpatrzony w gasnący kryształ na swoim torsie.

– Myślisz, że wójt faktycznie jest źródłem tych manifestacji?

– Źródło nie zawsze jest tam, gdzie widać pęknięcie – odpowiedział mistrz. – Osnowa myślosnu czasem pęka tam, gdzie materiał jest najsłabszy. A słabość Domorada może być głębsza, niż podejrzewamy. Jestem pewien, że jutro dowiemy się więcej.

Smoła zaszczekał krótko, ostrzegawczo. Kruczycień pochylił się i położył dłoń na pysku mastifa.

– Cicho, stary druhu. To jeszcze nie przyszło po nas. Jeszcze nie.

Nikolai przełknął ślinę.

– Mistrzu? Co zrobimy jutro?

Kruczycień otworzył oczy, a w ich głębi coś błysnęło, coś między fascynacją, a zmęczoną determinacją.

– Jutro – odparł. – wejdziemy do domu Domorada. I zobaczymy co ukrywa wójt Starej Kamiennej.

Chłopak pokiwał głową, ale czuł, że to jeszcze nie koniec rozmowy. A może tylko bał się już ją zakończyć, gdyż lękał się powrotu do ciszy?

– A jeśli to coś, znów spróbuje zabrać mnie we śnie?

Kruczycień skinął głową powoli, jakby właśnie tego pytania oczekiwał.

– Wtedy – powiedział cicho – nie uciekaj. Ucieczka w śnie jest zaproszeniem. Byt staje się silniejszy, a ty słabszy i złapie cię prędzej w swe sidła. Jeśli przyjdzie – patrz. Prosto w twarz. Bez strachu. Obserwuj. Ucz się. A ja… będę blisko.

Nikolai uniósł głowę.

– W moich snach? Niby jak?

Kruczycień uśmiechnął się lekko, bez wesołości.

– Mam swoje sposoby.

– Szkoda, że nie użyłeś ich wcześniej, mistrzu… – odpowiedział nieco bezczelnie uśmiechając się wąsko pod nosem.

– Wróg jest podstępny i silny – zaczął lekko poirytowany ale szybko zaczął się tonować. – Nie martw się, dwa razy nie nabiorę się na tę samą sztuczkę. Poza tym… przecież żyjesz. Czy jednak się mylę i gadam do trupa?

– No już dobrze, dobrze. Zrozumiałem twój wykład. – odparł lekko zawstydzony Nikolai i podrapał mastifa za uchem.

– Spocznij już mój uczniu, mamy jutro wiele do zrobienia.

Noc ucichła dopiero po długim czasie. Mgła opadła, Smoła się uspokoił, a pulsowanie w powietrzu osłabło, choć nie zniknęło całkowicie, jakby coś jeszcze nie chciało odpuścić. Kruczycień długo nie zasnął. Siedział w półmroku, wsłuchując się w oddech wioski, w jej drżenie, w jej ukryty niepokój. Czuł, że coś odległego przygląda mu się, lecz nie poświęcał temu większej uwagi. Zbyt wiele takich spojrzeń znał już z przeszłości i potrafił stworzyć barierę mentalną wobec bytów, które próbowały go obserwować zza zasłony. Jak co noc, jego myśli zaczęły gęstnieć. Powracały obrazy, do których nigdy nie chciał wracać, a jednak wracał do nich noc po nocy, jakoby jego piekielna kara zaczęła się już za życia. Nasirri, które nosił w sobie i z których czerpał siłę, karmiły się tym ciężarem: lękiem, żalem, poczuciem winy. Dlatego Kruczycień nauczył się odpychać emocje, tłumić je, nie dawać im pożywki. Nauczył się to robić być może aż za dobrze. To właśnie czyniło go człowiekiem szorstkim, lecz opanowanym, cały czas trzymającym w ryzach coś, co tylko czekało na moment słabości. Spojrzał na śpiącego Nikolaia. Wyszeptał krótkie zaklęcie i położył dłoń na jego czole. Chłopak spał niespokojnie, co jakiś czas zaciskając nerwowo palce na kocu. Lecz tej nocy nic już po niego nie przyszło. Tuż przed świtem Kruczycień odezwał się cicho, przekonany, że Nikolai nie słyszy:

– Dwa potężne byty walczące ze sobą, dziewczyna ze świecą i mroczna zapowiedź pożogi. – westchnął ciężko. – Być może to zbyt wiele na barki mojego ucznia – Położył dłoń na karku mastifa śpiącego przy łóżku. – Nie jestem pewien, czy to dobry czas na inicjację – zawahał się. – Niech Zakon sobie naciska… Jeśli to plugastwo spróbuje cię złamać, sam je wypalę, choćby to miał być mój ostatni dzień. – Po chwili dodał jeszcze ciszej – Idę po was. Pajączku. Płomieniu. Kimkolwiek jesteście. Choćby tylko dlatego, że tknęliście mojego ucznia.

Za oknem wiatr warknął krótko. Jakby ktoś – albo coś – odpowiedziało mu z ciemności.

***

Stara Kamienna o poranku wyglądała gorzej niż nocą. Szare, ciężkie niebo spoglądało na wioskę jak brudna i niewyżęta porządnie szmata, sącząc swe nieczystości prosto na głowy ludzi. A ludzie poruszali się w deszczu powoli, zgarbieni, jakby nie spali od wielu dni. Twarze mieli szare, oczy zaczerwienione i podkrążone. Jakaś kobieta przy studni upuściła wiadro w nienaturalnym przestrachu, gdy tylko zobaczyła dwójkę dziwnie wyglądających podróżnych z ogromnym psem. Dalej dwóch mężczyzn sprzeczało się głośno o coś błahego: o deskę, o granicę ogródka, o to czyj jest ten kret co rozkopał ziemię, lecz w ich głosach było zbyt wiele jadu, jak na taką drobnostkę.

– Cała wioska jest pęknięta – mruknął Nikolai. – Nie tylko zasłona.

– Zasłona pęka tam, gdzie pękają ludzie – odparł szorstko Kruczycień.

Im dalej szli, tym jednak ciszej się robiło. Dom Domorada stał na uboczu, nieco wyżej, jakby oddzielony od reszty wioski niewidzialną granicą. Płot był przekrzywiony, brama wisiała na jednym zawiasie, a ogród zarósł chwastami. Na huśtawce, która skrzypiała jednostajnie, siedział drobny chłopak. Miał może dwanaście lat. Chudy, zbyt drobny jak na swój wiek. Patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem, kołysząc się miarowo, od czasu do czasu wykonując dziwne gesty rękoma. Z daleka wyglądało to na próbę rzucania jakichś zaklęć. Jego pobielałe usta otwierały się, wypowiadając niezrozumiałe słowa, ale bezgłośnie, jakby świat zagłuszał jego istnienie.

– Coś jest nie tak z tym dzieckiem… – wyszeptał zaintrygowany Nikolai.

Chłopiec dalej nie reagował, kołysał się tylko raz do przodu, raz do tyłu, kompletnie ignorując nowoprzybyłych. Smoła zatrzymał się i opuścił łeb, wąchając powietrze. Nie warczał. Sprawiał wrażenie zaciekawionego.

– Chodźmy dalej – wtrącił Kruczycień. – Wpierw porozmawiajmy z Domoradem. Poza tym, wątpię, abyśmy się czegoś dowiedzieli od tego chłopca. Widywałem już takie dzieci wcześniej. One nie śnią naszym snem. To trudne życie.

Wnet drzwi domu otworzyły się, a z nich wyszedł mężczyzna, starszy, szczupły, o twarzy pooranej zmarszczkami, z siwymi włosami zaczesanymi do tyłu. Ubrany był schludnie, choć skromnie. W jego ruchach było napięcie, jak u kogoś, kto od dawna śpi z jednym okiem otwartym. W ręku trzymał kuszę z naładowanym bełtem.

– Czego tu chcecie? – zapytał ostrożnie, stając między nimi a dzieckiem.

– Szukamy wójta Domorada – odparł Kruczycień odwracając się w jego stronę. – A ty musisz być Aldus.

Sługa zmrużył oczy.

– A wy…?

Kruczycień odsłonił fragment kaptura na tyle, by niebieski półksiężyc pod okiem był dobrze widoczny.

– Jesteśmy Scalonymi z ramienia Świętej Inkwizycji Opadłej Gwiazdy. Zwą mnie Kruczycień, a to mój uczeń Nikolai. Chcielibyśmy porozmawiać z szanownym Domoradem. Wioska wydaje się nas potrzebować. Czyż nie?

Aldus zamarł. Spojrzał na chłopca na huśtawce, potem na drzwi domu, jakby rozważał ucieczkę lub zamknięcie ich przed nimi. W końcu jednak skinął głową.

– Wójt… nie lubi niespodzianek – powiedział cicho. – Ale wejdźcie. Porozmawiacie z nim. Tylko… bez gwałtownych ruchów. Wiem, jak z tego strzelać.

Nikolai zerknął jeszcze raz na chłopaka. Kołysał się dalej, w tym samym rytmie, wpatrzony w coś, czego nikt inny nie mógł zobaczyć. Weszli do środka. Dom Domorada był chłodny nawet mimo wiosennego poranka. Kamienne ściany tłumiły dźwięki wsi, jakby świat zewnętrzny kończył się na progu. W holu pachniało wilgocią i czymś kwaśnym. Nikolai ściągnął kaptur i nagle zamarł, a kryształ na jego piersi zapulsował lodowatym dreszczem. Na schodach stała dziewczyna. Ta sama, blada, w prostej sukni – jak w jego śnie. Trzymała zapaloną świecę, której dym unosił się ku sufitowi, rozwiewając się w powietrzu. Przeszła tuż obok Aldusa. Sługa nawet nie drgnął, nie odsunął ramienia, przechodząc przez jej popielatą sylwetkę, jakby była jedynie smugą cienia. Dziewczyna spojrzała prosto w oczy Nikolaia, bez mrugnięcia, po czym zniknęła na piętrze.

– Mistrzu – wykrztusił chłopak, chwytając rękojeść sztyletu.

– Cicho. Nie skupiaj na niej uwagi – syknął Kruczycień, choć jego własne, gadzie oczy rozszerzyły się nieznacznie. – Ślepiec jej nie widzi. Ale my tak. Esencja wycieka z pokoju na górze.

Aldus odwrócił się, patrząc na nich z ukosa, z dłonią wciąż na kuszy.

– Na górze jest pokój córki wójta – wyjaśnił podejrzliwie, nie rozumiejąc ich nagłego przestoju. – Ivra… od dawna stamtąd nie wychodzi. Jest chora i nie wolno jej przeszkadzać. Idziecie, czy mam was siłą gonić?

Nie spojrzał im w oczy i ruszył dalej. Poprowadził ich do izby, która kiedyś musiała być salonem. Teraz była zaniedbana. Stół nosił ślady dawnych uczt, ale obecnie stały na nim tylko puste naczynia i dzban z resztką czegoś mętnego. Przy kominku siedział Domorad. Był potężnie zbudowany – szerokie barki, grube ramiona, ale cała ta siła zdawała się pusta, wypalona od środka. Twarz miał pooraną zmarszczkami, oczy zaczerwienione, a spojrzenie ciężkie jak kamień. Broda nie była golona od wielu dni. Pachniał alkoholem i rozpaczą.

– To wy… – powiedział w końcu. Głos miał niski, zachrypnięty, jak gdyby od dawna nieużywany. – Scaleni. Wiedziałem, że w końcu ktoś z zakonu się tu zjawi.

Spojrzał na nich spod ciężkich powiek. Nie było w tym ulgi. Ani nadziei. Tylko zmęczenie tak głębokie, jakby niosło się przez lata.

– Faktycznie, nie wyglądasz na zaskoczonego, wójcie – odezwał się Kruczycień spokojnie, patrząc mu głęboko w oczy. – A jednak… coś tu gnije w tej wiosce. I to nie od wczoraj. Opowiesz nam, co cię dręczy?

Domorad parsknął cicho. Krótko. Podniósł butelkę, spojrzał na nią, jakby sprawdzał, czy jeszcze coś w niej zostało.

– Gnije… – powtórzył. – Wszyscy tu teraz tacy mądrzy. – Upił łyk. Zakrztusił się.

– Co tu się wydarzyło, Domoradzie? – ciągnął Kruczycień. – I dlaczego mam wrażenie, że jesteś w to zamieszany po same uszy?

Domorad ponownie parsknął, tym razem głośniej i bardziej teatralnie. Spojrzał na nich, a w jego przekrwionych ślepiach nie było lęku przed biczem zakonu. Było tam coś innego – chora, egoistyczna duma człowieka, który od lat czekał na sędziego, przed którym będzie mógł wyrecytować swoją obronę.

– Prawdy chcecie? – machnął drżącą ręką. – Wszyscy chcą prawdy. Do czasu, aż ją kto znajdzie. Wtedy najchętniej zapomnieć by szło, że się ją w ogóle poznało.

Zapadła cisza. Domorad nie mówił dalej, a Kruczycień nie ponaglał.

– Myślą, że to ja – odezwał się w końcu wójt, patrząc w podłogę. – Że wszystko przeze mnie – uśmiechnął się krzywo. – Moja żona. Moja córka. I te koszmary pożerające ich sny. Odchrząknął, jakby coś utkwiło mu w gardle. – Nie wiedzą z czym się mierzyłem… i dalej mierzę – mruknął. – I dobrze. Albo i źle… Sam już nie wiem. Może lepiej by było gdyby wszyscy wiedzieli?

– O czym wiedzieli? – zapytał Kruczycień.

Domorad długo nie odpowiadał. W końcu uniósł dwa palce.

– Dwa lata. – zacisnął mocno oba palce drugą dłonią. – Dwa lata próbowałem… – urwał. – Nie – poprawił się. – Dwa lata udawałem, że da się to zatrzymać – westchnął ciężko. – Modlitwy. Posty. Egzorcyzmy w złotych świątyniach pełnych przepychu – wzruszył ramionami. – Wydałem na to wszystko cały majątek – Spojrzał na butelkę – Została tylko ona.

Zamilkł. Dłonie zaczęły mu drżeć. Zamknął oczy. Gdy znów je otworzył, mówił ciszej, jakby każde słowo go bolało:

– Usłyszałem go po raz pierwszy tamtego zasranego dnia. Dałem się namówić na udział w rytuale. Jak się później okazało – diabelskim. Hrabia Lonter De’Virstad był moim wierzycielem. Obiecał zapomnieć o długu, jeśli zgodzę się na przeprowadzenie go w mojej wiosce. Według hrabiego ta wioska była szczególnie miła Bogom… Cokolwiek miał na myśli. Nazwał to „rytuałem cielesnych rozkoszy”. Głupi byłem. Albo zdesperowany. Co za różnica. – parsknął krótko, bez humoru. – Wtedy jeszcze myślałem, że nic gorszego nie może mnie spotkać. – Głos mu się podniósł w dzikiej emocji. – Wiosce groziła zapaść. Uratowałem ich! Poświęciłem się, rozumiecie!? Zgodziłem się na ten rytuał, żeby zmazać długi nas wszystkich. Zresztą… zapaść i tak w końcu przyszła. – Zgiął się lekko, jakby nagle zrobiło mu się duszno. – Podczas rytuału wypełzło to coś. Pozwoliłem, żeby zajrzało we mnie. Tylko na chwilę. Tak mówiło. Obiecało mi tak wiele… lecz oszukało mnie. A potem…

Wójt uniósł wzrok na Nikolaia przez ułamek sekundy. Tyle wytrzymał, patrząc w twarz drugiemu człowiekowi, wiedząc, do czego za chwilę się przyzna.

– A potem… – głos mu zadrżał. – Potem tylko patrzyłem. Pamiętam wszystko. Każdą krzywdę, którą wyrządził moimi dłońmi. Pamiętam każdą martwą twarz. Rozumiecie? Widziałem i czułem na skórze wszystko. Wszystko! Nawet gdy… – Słowa urwały się w pół zdania, jakby ich wypowiedzenie paliło go w usta. – Nie chcę… – wyszeptał. 

Zalęgła niespokojna cisza. Kruczycień przerwał ją pierwszy.

– Jak się nazywał? – zapytał cicho.

Domorad drgnął, jakby go uderzono.

– On… – przełknął ślinę. – Analesh.

Imię zawisło w powietrzu, ciężkie i obce.

– On wracał – ciągnął dalej Domorad. – co jakiś czas. Lecz nieustępliwie, raz po raz. Nie dlatego, że chciałem – pokręcił głową. – Po prostu nie potrafiłem powiedzieć „nie” – zamilkł na długo. – Tersa… – powiedział w końcu. – Miała mnie już dość. Próbowała mnie zabić. – Głos miał pusty. – Zaczaiła się na mnie w sieni. Z nożem do mięsiwa. Udało jej się zranić mnie w bark – wskazał lewe ramię. – Ale zdążyłem się odwrócić. Popchnąłem ją, żeby się oswobodzić. Zbyt mocno… – Zamknął oczy. – To nie była moja siła. Uderzyła głową w ścianę z taką mocą… Tersa zmarła na miejscu. A ja… pękłem.

Kruczycień lekko zmrużył swoje gadzie oczy.

– To mnie złamało. I właśnie wtedy po raz ostatni mną zawładnął – zadrżał. – Ivra weszła do sięni. Krzyczała. Chciała uciec. Demon był szybszy. Zaciągnął ją do jej pokoju i… – Głos mu się rozsypał. – Święty Laeterze! On zrobił to… mojej córeczce…

Zgiął się, jakby dostał cios w brzuch. Trząsł się, zaciskając jeszcze mocniej powieki. Nikt się nie poruszył. Nawet powietrze zdawało się cofnąć.

– I wtedy… wyszedł ze mnie. Poczułem to. Jakby coś wyrwało się z mojego wnętrza i weszło w nią. W moją Ivrę.

Kruczycień nie poruszył się ani o włos, ale jego spojrzenie stwardniało.

– Od tamtej pory jestem wolny – ciągnął Domorad, wskazując drżącą dłonią schody, gdzie paliła się pojedyncza świeca. – A ona… jest jak ten płomień. Jeszcze się trzyma. Ale w końcu zgaśnie. – Przełknął ślinę. – Leży tylko w łóżku. Nie reaguje. Karmię ją na siłę. Myję co wieczór. I patrzę, jak znika mi dzień po dniu. – spojrzał na swoje dłonie. – Gdy odzyskałem siebie chciałem… chciałem się zabić. – jego głos był martwy. – Janus mnie powstrzymał. Mój syn. Dziecko, które ledwo patrzy na ten świat… a wtedy wydawało mi się, że on widzi więcej, niż ja przez całe swoje życie… – podniósł wzrok. – Jeśli przyszliście mnie osądzić, zróbcie to. Jeśli zabić – nie będę się bronił. Ale jeśli istnieje choć cień szansy, że Ivra wróci… – Głos mu pękł. – Błagam.

Kruczycień spojrzał na Nikolaia.

– To nie jest zwykłe nawiedzenie – zwrócił się do ucznia pełen niepokoju. – To wojna o duszę. I nie wiem, czy ją wygramy.

Nikolai myślał tylko o jednym. O dziewczynie ze świecą, która czekała na górze. Czuł, jak obrzydzenie, gniew i smutek mieszają się ze sobą, narastając w nim po opowieści Domorada. W końcu nie wytrzymał i wystrzelił rozemocjonowany:

– Jak… Jak one mogły z tobą wytrzymać tyle czasu!? Już lepiej jakbyś się zabił w momencie gdy pierwszy raz je skrzywdziłeś!

Wójt spojrzał na chłopaka wzrokiem pełnym rezygnacji.

– Na początku próbowały to wszystko zrozumieć. Potem zaczęły się mnie bać. Następnie nienawidzić. Aż stało się to, co się stało. Próbowałem się zabić wiele razy, gdy mieszkał we mnie ten diabeł… Lecz mi na to nie pozwalał. Co gorsza, między innymi właśnie wtedy opętywał moje ciało. Właśnie wtedy, gdy moja wola była najsłabsza.

Przykra i kwaśna atmosfera zawisła w powietrzu. Nikolai wydawał się nie dowierzać temu, co słyszy. Nie potrafił w sobie znaleźć choć krzty litości dla Domorada. Kruczycień tymczasem milczał, wodząc gadzim wzrokiem po twarzy wójta. Widział setki skruszonych grzeszników, ale Domorad nie był jednym z nich. Wójt nie mówił tego z żalu; on recytował swój testament, starannie dobierając słowa tak, by zrzucić całą odpowiedzialność na demona. Prezentował się jako bezbronne naczynie, choć w jego głosie pobrzmiewała nuta kłamstwa, której chłopak, zaślepiony gniewem, jeszcze nie potrafił wyłapać.

– A co z hrabią De’Virstad? – przerwał ciszę Kruczycień, chłodno ignorując emocjonalny wybuch ucznia.

– Ja… zabiłem go. Wraz z resztą. A raczej… on.

– Tak po prostu przyznajesz się do tego wszystkiego? Nie boisz się konsekwencji, wójcie?

– Mnie już wszystko jedno. Powiedziałem całą prawdę, bo i tak moje dni są policzone, a tym samym dni mego syna i córki. Ten motłoch w końcu przyjdzie po swoje. Wiem, że tak się stanie. Wioska i tak już prawie upadła.

– Skoro już wspominasz o córce, to chcielibyśmy zobaczyć Ivrę. Musimy zbadać… jej aurę. Czy możemy?

Na dźwięk imienia swej córki Domorad zmarszczył gniewnie brwi.

– No chyba że masz coś przeciwko, wójcie? – Kruczycień odwzajemnił spojrzenie z nawiązką.

– Nie – odparł oschle. – Idźcie i róbcie swoje. Ale nie puszczę was samych. Tylko w mojej obecności. Pasuje?

– Pasuje – stwierdził krótko Kruczycień.

I udali się na pierwsze piętro wprost do pokoju Ivry. Schody skrzypiały przy każdym kroku, jakby dom protestował przeciwko temu, że ktoś ma czelność iść na górę. Kruczycień szedł tuż za wójtem i Aldusem, za nimi zaś Nikolai, a obok Smoła, tuż przy jego nodze. Masywny mastif poruszał się jednak cicho, niemal bezszelestnie, co przy jego rozmiarach było niepokojące. W połowie schodów Nikolai zwolnił.

– Dlaczego nie wezwiesz strażników, skoro tak bardzo boisz się wieśniaków? Albo nie poprosisz pana tych ziem, aby pomógł ci w narastającym buncie? – zapytał bez odwracania się. Nikolai nie chciał i nie potrafił patrzeć na tego człowieka.

Domorad zatrzymał się. Przez chwilę wyglądał, jakby rozważał, czy w ogóle odpowiedzieć.

– Wezwałem – powiedział w końcu – jeszcze na samym początku. Jeszcze zanim wszystko się rozeszło po wiosce. Tuż po śmierci mojej Tersy. – Parsknął gorzko. – Odwrócili się ode mnie. Mówili, że nie będą bronić potwora, że mam zwrócić im sny albo… spotka mnie boska kara. Niewdzięcznicy. Gdybym jednak poprosił pana tych ziem o pomoc, a ten jakimś cudem by się tu zjawił, to najpewniej spłonąłbym na stosie, ku chwale Świętego Zakonu Opadłej Gwiazdy.

Kruczycień przysłuchiwał się rozmowie i skinął głową, jakby właśnie tego się spodziewał.

– I nikt nie chciał cię wysłuchać? – naciskał dalej chłopak.

– Nikt. Wszelkie zło wyrządzone przez tego demona zostało uznane bezsprzecznie za moją winę. Nie uwierzyli w moje kłamstwa o śmierci Tersy. Stałem się ofiarą całopalną dla nich wszystkich. Ale czy moja śmierć przyniesie im spokój? Na wszystkich Bogów! Oby tak! Jeśli już w ten sposób ma się to skończyć.

– Został ci tylko on? – zapytał, rzucając krótkie spojrzenie w stronę Aldusa.

– Tylko Aldus – potwierdził ponuro Domorad. – I to chyba bardziej z litości niż z obowiązku.

Aldus spuścił wzrok. Reszta drogi upłynęła w ciszy. Na końcu korytarza paliła się świeca. Stała na niskim stoliku przed uchylonymi drzwiami, jej płomień drżał, jakby reagował na ich obecność. Nikolai poczuł ukłucie w żołądku na samą myśl, że za chwilę przekroczy próg drzwi, za którymi była ona. Kruczycień pchnął drzwi. Pokój był czysty. Zbyt czysty. Łóżko starannie zaścielone, na parapecie stały doniczki z kwiatami, na krześle równo złożona suknia. W powietrzu unosił się zapach wody i ziół, jakby ktoś próbował przykryć nim coś znacznie gorszego. Ivra leżała na łóżku. Nikolai od razu wiedział, że to ona. Może szesnaście, siedemnaście lat, jak on. Piękna, nawet teraz, a może właśnie dlatego, że teraz było w tym pięknie coś złamanego. Popielate włosy rozłożone na poduszce, twarz blada, niemal przezroczysta. Błękitne oczy otwarte, ale puste, wpatrzone w sufit, tylko od czasu do czasu pojawiały się na niej pojedyncze mrugnięcia. Jej ciało było zadbane – czyste, umyte, ubrane w prostą koszulę nocną. Ale na wychudzonych ramionach i szyi widać było sine ślady. Drobne ranki. Ślady po paznokciach, jakby sama w chwilach świadomości próbowała się rozdrapać, wyrwać z własnej skóry. Domorad podszedł o krok, po czym się zatrzymał. Nie dotknął jej.

– Czasem… – zaczął, ale głos mu się załamał. – Czasem ona krzyczy. Bez dźwięku. Jakby śniła najgorszy koszmar.

Kruczycień skinął głową. Jego twarz była skupiona, chłodna.

– To nie sen. Ona jest głębiej – powiedział i odwrócił się do Nikolaia. – Czas wejść mój uczniu. To twój pierwszy raz, kiedy przekraczasz zasłonę nie śniąc, bądź medytując. Wszystko będzie będzie bardziej realne niż myślisz. Ale przygotowywałem cię do tego od lat. Zobaczmy, ile warte było to całe moje gadanie i pukanie cię w ten pusty łeb. Jeśli chcesz dalej towarzyszyć mi w moich podróżach, musisz przez to przejść. Nie ma innej drogi.

Nikolai przełknął ślinę. Serce biło mu szybciej, ale ręce miał zaskakująco spokojne. Coś w nim już wiedziało, że to jest moment, którego nie da się ominąć. Kruczycień położył dłoń na piersi Ivry. Delikatnie, niemal z szacunkiem.

– Skup się – powiedział cicho. – Nie szukaj złego ducha. Szukaj jej.

Nikolai zrobił to samo. Jego dłoń była chłodna w dotyku, a skóra dziewczyny zbyt cienka, zbyt krucha. W tej samej chwili Smoła usiadł obok łóżka, wydając się rozumieć, co się dzieje. Jego masywna sylwetka napięła się, a oczy utkwił przed siebie.

– Smoła będzie nas pilnować – dodał Kruczycień. – Przez jakiś czas nas tu nie będzie… przynajmniej w pewnym sensie. Nie radzę dobierać się do naszych tobołków w tym czasie, jeśli nie chcecie stracić ramienia, czy dwóch.

Nikolai zamknął oczy. Świat zadrżał. Najpierw poczuł ciężar i mrowienie całego ciała, jakby zapadał się w gęstą lodowatą wodę. Następnie ciszę. Absolutną. Myślosen jednak nie otworzył się nagle. Nie było żadnej granicy, progu ani uderzenia, takiego, jakie odczuwał przekraczając barierę we śnie. Świat dookoła po prostu… zgnił. Pokój, w którym stali jeszcze przed chwilą, rozpadał się przed nimi. Nie było już śladu po wójcie i Aldusie, a ściany pociemniały i spuchły, jakby nasiąkły wilgocią przez dziesiątki lat. Tynk odłaził płatami, odsłaniając kamień pokryty czarną pleśnią. Z sufitu zwisały strzępy pajęczyn, ciężkie od czegoś lepkiego. Podłoga była miękka pod stopami, wydawało mu się, że stoi na gnijącej ziemi, nie na deskach. Jednak to zapach uderzył pierwszy – słodkawo-mdły, duszący. Zgnilizna, pot, stare kadzidło i coś jeszcze… Coś metalicznego. Nikolai otworzył oczy i odruchowo cofnął się o krok. Łóżko Ivry wciąż tam było, ale puste, i już zdecydowanie nie tak czyste, jak je zapamiętał. Prześcieradła przypominały brudne bandaże, a na nich pełzały robaki, blade i grube, wgryzające się w tkaninę jak w ciało. Na ścianie, tuż nad wezgłowiem, ktoś wydrapał paznokciami niezrozumiałe symbole, które pulsowały powoli, jakby oddychały.

– Jesteśmy po drugiej stronie – powiedział cicho Kruczycień.

Jego głos brzmiał inaczej. Głębiej. Jakby Myślosen dodawał mu ciężaru. Nikolai podszedł do okna. Szyba była pęknięta, ale przez szczeliny sączyło się blade światło. Od razu ją zobaczył. Dziewczyna ze świecą, szła przez podwórze, dokładnie tak samo jak wcześniej – spokojnie, bez pośpiechu, niczym upiorna zjawa. Jej suknia ciągnęła się po ziemi, ale nie brudziła się. Płomień wypalonej mocno świecy nie migotał mimo wiatru, który poruszał wszystkim innym.

– Ona tam jest – wyszeptał.

Kruczycień był już przy nim.

– Świetnie, mój uczniu. – Zawiesił na niej wzrok. – To jej ślad. Prawdziwa esencja jej ducha… A może jednak przynęta Analesha? Tak czy inaczej, zobaczmy, gdzie nas zaprowadzi.

Nie było sensu się wahać. Drzwi pokoju rozpadły się przy dotknięciu. Drewno rozsypało się w proch, spod którego wypełzły stonogi, włochate pająki i czarne chrząszcze. Nikolai wzdrygnął się z obrzydzenia i ostrożnie przeszedł dalej, omijając robactwo.

– Nie przykuwaj tak uwagi do tego, co widzisz – pouczył go mistrz, widząc reakcję chłopaka omijającego stonogi i resztę robactwa. – W Myślośnie, gdy poświęcasz czemuś uwagę, to wzmacniasz to swoim potencjałem twórczym. Niech to, co zobaczysz, będzie takim jakim chce być. Nie próbuj na to wpływać. Miej kontrolę tylko nad sobą. W razie czego pamiętaj o medytacji i technikach oddechu, aby powrócić do równowagi.

– Tak, mistrzu – odparł Nikolai, przełykając nerwowo ślinę.

Korytarz na piętrze był dłuższy niż powinien. Zbyt długi. Drzwi do innych pokoi stały otwarte, ale w środku nie było nic – tylko ciemność, która zdawała się obserwować ich w milczeniu. Zbiegli po schodach. Dom w Myślosnie był martwy i przypominał ciało, które jeszcze nie zrozumiało, że powinno przestać się poruszać. Ściany pulsowały. Z belek kapała czarna ciecz. Lecz na zewnątrz było jeszcze gorzej. Stara Kamienna była karykaturą samej siebie. Domy pochylały się ku sobie jak spiskujące staruchy. Ulice skręcały pod nienaturalnymi kątami. Studnia na środku placu była zasypana kośćmi zamiast kamieni. Nad całą wioską wisiało niebo w kolorze brudnej perły, nieruchome i ociężałe. Ludzie… jeśli można było ich tak nazwać, stali nieruchomo przy domach, zastygli w pół gestu i z ustami rozwartymi w niemych krzykach. Ich oczodoły były puste, ale gdy bohaterowie przechodzili obok, głowy powoli obracały się za nimi. Dziewczyna ze świecą szła dalej. Nie oglądała się za siebie. Podążali za nią aż na sam koniec wioski, do momentu, w którym ziemia zaczęła opadać. Zabudowania ustąpiły miejsca popękanym kamiennym płytom porośniętym martwym mchem. Wreszcie dziewczyna zatrzymała się przed czymś, co wyglądało na kaplicę. Nie było jednak żadnych wrót, którymi można by się do niej dostać. Jedyne wejście prowadziło w dół. Schody wykute w skale były wilgotne, śliskie, oświetlone jedynie bladym światłem świecy. Nad nimi wisiał symbol starego bóstwa opiekuńczego, wypaczony i złamany, jakby ktoś próbował go zbezcześcić, ale nie do końca potrafił. Dziewczyna była już na dole. Płomień świecy na moment rozbłysnął jaśniej, a potem zniknął w ciemności. Nikolai poczuł zimno w żołądku.

– On tam jest – powiedział cicho. – Analesh. Poznaję ten głód. Potęga duchowa, jaka od niego bije, przytłacza mnie, mistrzu…

Kruczycień skinął głową i położył mu dłoń na ramieniu.

– Też go wyczuwam. Pamiętaj jedno, Nikolai. Myślosen kłamie, ale nie bez powodu i nie do końca. Każde kłamstwo mówi coś o prawdzie. Może Analesh wcale nie jest taki silny? Może tylko udaje potężnego, bo się nas boi?

Spojrzeli przed siebie w ciemność. Z dalszego korytarza kaplicy dobiegał cichy, miarowy dźwięk. Jak oddech. Jak szept, który dopiero czekał, aż ktoś znajdzie się wystarczająco blisko, by go usłyszeć.

***

Korytarz prowadzący w głąb wydawał się starszy niż sama kaplica. Kamień miał inny ciężar, inną wilgoć – jakby pamiętał czasy sprzed modlitw, sprzed śpiewów i świętych imion. Światło świecy Ivry, kroczącej przed nimi, sunęło po ścianach, wydłużając cienie w sposób nienaturalny; nie podążały za płomieniem, raczej przed nim uciekały, jakby przeczuwały, dokąd zmierzają. Im niżej schodzili, tym wyraźniej Nikolai czuł, że powietrze gęstnieje. Nie było tu chłodu piwnic ani stęchlizny krypt. Pachniało czymś słodkim i metalicznym zarazem – jak kadzidło zmieszane z krwią, które wyczuł w pokoju Ivry. Na ścianach widniały symbole starego bóstwa opiekuńczego: pęknięte, zdrapane, coś ewidentnie chciało wymazać jego imię z tego miejsca. Ivra ciągle szła kawałek przed nimi, wciąż nie oglądając się za siebie. Jej kroki były lekkie, niemal bezdźwięczne. Korytarz skończył się nagle, otwierając na wielką, okrągłą komnatę. Sufit ginął w cieniu. Kamienna posadzka była popękana, jakby coś próbowało wydostać się spod niej siłą. Pośrodku stało niskie, szerokie łoże z czarnego kamienia – mroczna karykatura ołtarza. W zagłębieniach run wciąż tkwiły resztki zaschniętej krwi. A za nim – pęknięta Zasłona. Wyglądała jak rozdarta tkanka świata: pulsowała powoli, nierówno, jak rana, która nie chce się zabliźnić. Ivra zatrzymała się dokładnie tuż przed nią. Światło jej świecy wydawało się przygasać.

– No proszę.

Głos pojawił się wcześniej niż jego właściciel. Nikolai odruchowo uniósł dłoń do znaku ochronnego, ale Kruczycień zatrzymał go w pół ruchu. Analesh stał oparty o kamienny filar, niemalże stapiając się z nim. Jego sylwetka była ludzka – zbyt ludzka. Wręcz idealna i nazbyt gładka. Twarz nie miała ani jednej własnej cechy, tak, jakby ktoś ułożył ją z tysiąca cudzych masek. Bystre, głębokie, czarne oczy zdawały się być jednak martwe.

– Spodziewałem się, że po mojej nocnej wizycie – zawiesił na moment głos – stracicie ochotę na dalsze węszenie. – Uśmiechnął się lekko, zbyt niewinnie, aby można było go podejrzewać o choć krztę łagodności. – Ale wy, ludzie… zawsze musicie zajrzeć głębiej. Nawet jeśli potem tego żałujecie.

Jego głos dalej był ciepły. Zbyt bliski. Jak szept wypowiedziany od środka. I zanim się spostrzegli stał już obok Ivry. Jedną dłoń trzymał na jej ramieniu, drugą zaś na jej nadgarstku – delikatnie, jakby prowadził dziecko przez próg.

– Odstąp od niej – nakazał twardo Kruczycień.

Analesh nawet na niego nie spojrzał.

– Wciąż tylko rozkazujesz – westchnął – tak jak wtedy. – Dopiero teraz uniósł wzrok. – I wciąż wierzysz, że twoje słowa coś znaczą. Ilu poszło za nimi w ziemię, Kruczycieniu?

Cisza. Lecz w głowie Kruczycienia wspomnienia dawnych towarzyszy wyły jak szalone.

– Pamiętasz ich imiona? Czy już tylko twarze? – Przeniósł spojrzenie na Nikolaia. – A ty… – zmrużył oczy. – Ty jeszcze pachniesz nadzieją. To miłe, lecz krótkotrwałe. – Uśmiechnął się. – Lęk i wątpliwości. Zawsze przychodzą razem.

– Nie przyszliśmy tu słuchać twoich gier – warknął Nikolai. – Wiemy, co uczyniłeś Domoradowi.

Analesh przechylił głowę. – Uczyniłem? – Powtórzył to słowo powoli, jakby je smakował. – Ludzie ubóstwiają oskarżać. Chcą mieć prostą winę i prostą karę – spojrzał na Ivrę – a świat… nigdy nie był prosty. I być w swej istocie nie może. – Odwrócił wzrok, jakby rozmowa z Nikolaiem przestała go interesować. – Powiedz mi – ciągnął lekko – jeśli ktoś tonie, a ty podajesz mu rękę, to czy jesteś winny temu, że wcześniej wpadł do wody? Nawet gdy potem pragniesz nagrody za swoją pomoc?

– Jeśli go tam wepchnąłeś. – syknął Nikolai.

Uśmiech Analesha zbladł. – Och nie. Domorad urodził się w rzece. Zimnej i brudnej. – Zrobił krok w ich kierunku, a powietrze jeszcze bardziej zgęstniało.

– Wystarczy – powiedział Kruczycień – mącisz mu w głowie.

– Jeszcze nie skończyłem. – Analesh uniósł świecę Ivry. Knot był czarny, jakby spalony od środka. – Niech wie, komu chce ją oddać.

Płomień zadrżał.

– Zawarliśmy układ… – powiedział cicho. – Tak to nazywacie? Tak, układ, prosty i uczciwy. Jego dług u hrabiego miał zniknąć, a sakiewka się wypełnić, a ja… Ja chciałem tylko jednego. – Uniósł brew. – Jednego ciała. Bez twarzy, bez imienia. – Spojrzał na Ivrę. – Do czasu, aż mi je odda, zamieszkać miałem w nim. W jego myślach. W jego pragnieniach.

Znów zalęgła złowroga cisza.

– Zgodził się szybciej, niż zdążyłem dokończyć zdanie. – Uśmiechnął się krzywo. – A Hrabia? – wzruszył ramionami. – Zarżnąłem go wraz z resztą jego świty. Bezużyteczni byli już w chwili, gdy opadło z nich zwierzęce pożądanie. Za to w sakiewce De’Virstada… – westchnął z udawaną nostalgią – …były szmaragdy, perły wielkości paznokci i diamenty. – spojrzał na Iv­rę. – Umowa została dotrzymana. Jego dług już nie obowiązywał, zaś dzięki klejnotom mógł zainwestować w co tylko chciał. Ja wywiązałem się ze swojej części. – Jego głos stwardniał. – A potem przyszła kolej na niego…

Przycisnął dziewczynę bliżej siebie, otulając ją swym ramieniem.

– Los chciał, że wybrałem jego córkę. Wybrałem Ivrę – powiedział to tak, jakby mówił o pogodzie. – a on… nie potrafił jej oddać. Wyobrażacie sobie? Człowiek, który sprzedałby absolutnie wszystko pod słońcem, by się ratować, nagle odkrył granicę. – Analesh uśmiechnął się cienko. – Walczył. Słabo, choć zaskakująco długo. Jednak coraz bardziej bezsensownie. Gdy Ivra pękła od środka i osłabła, pojawiły się idealne warunki. Pochylił się nad nią nieznacznie i pocałował w czoło.

– W końcu wziąłem to, co mi się należało.

Płomień świecy w dłoniach dziewczyny zadrżał po raz kolejny.

– Walka ze mną przyniosła Domoradowi tylko cierpienie. – Jemu. Jej. Całej tej żałosnej wiosce. A mimo to… – spojrzał na knot – …świeca Ivry wciąż się pali. Ledwo. Ale się tli. – uniósł jej dłoń. – Cóż za silne dziewczę – dodał cicho. – Każdej nocy. Każdego ranka. Kiedy ciało chce się poddać. Kiedy umysł rozpada się na kawałki… Ona – cedził słowa z upiorną, nabożną wręcz celebracją – wciąż jednak trwa i jeszcze nie zgasła. – Spojrzał na Kruczycienia. – Domorad nie pragnie Ivry. Nigdy jej nie pragnął. Zachłannie pożąda odpuszczenia win. Jeno ucieczki przed samym sobą – jego ciemne oczy rozbłysły. – A ja? Ja pragnę jej dla siebie. Nie kłamię w tej kwestii. – Uśmiechnął się patrząc głodnym wzrokiem na dziewczynę. – Zaopiekuję się nią. Na swój sposób. Na zawsze.

– Zaopiekujesz się!? – wybuchnął Nikolai. – Po tym, co jej zrobiłeś?!

Analesh spojrzał na niego uważnie. Zbyt długo, jakby patrzył na kogoś, kogo warto zapamiętać, albo kogoś, kogo przyjdzie jeszcze kiedyś złamać.

– A co dokładnie zrobiłem? – zapytał łagodnie

– Skrzywdziłeś ją – głos Nikolaia zadrżał, ale się nie cofnął. – Manipulowałeś ciałem i wolą Domorada.

– Manipulowałem… – powtórzył Analesh, jakby smakował to słowo. Potem zaśmiał się krótko, sucho. – Tak wam powiedział? To wygodna wersja. Bardzo ludzka. – Pochylił głowę, świdrując wzrokiem kamienną podłogę kaplicy. – Ja zamieszkać mogłem tylko w tym, co już w nim było. W jego pragnieniach i żądzach. Lęku i gniewie. Ale przede wszystkim w pustce, którą w sobie nosił. W tych cichych impulsach, których ludzie się wstydzą, więc udają, że nie istnieją. – Uniósł palec. – To, że Domorad nie poznał samego siebie, gdy maska pękła, nie czyni mnie winnym. Czyż nie? – zbliżył się o kolejny krok w ich stronę. – Można powiedzieć, że jedynie patrzyłem i czekałem, aż sam do mnie wróci. A wracał. Wielokrotnie – nachylił się ku Nikolaiowi. – Wiesz, dlaczego to robił?

Nieznośna cisza nieomal rozerwała komnatę.

– Bo cierpienie było jedyną rzeczą, która pozwalała mu czuć, że jeszcze żyje. Domorad nigdy nie był szczęśliwy. Ani przedtem. Ani potem. Nigdy nie umiał mi się przeciwstawić, a ja dawałem mu nauczkę, jedną po drugiej, bo odmawiał mi mojej części umowy. Ale on zawsze był uparty. – Uśmiechnął się bez radości.

Kruczycień milczał. Ale jego obecność zgęstniała, jakby sama przestrzeń komnaty zaczęła się kurczyć.

– Pragnę poznać, czym jest miłość. Nie uciekam od tego słowa. Uznałem, że pokocham Ivrę. – Powiedział nagle Analesh, odwracając wzrok ku dziewczynie stojącej nieruchomo, z oczami wbitymi w pustkę. – Pokocham ją na swój sposób.

– To nie jest miłość! – warknął Nikolai.

– Oczywiście, że nie, nie według waszych definicji – Analesh wzruszył ramionami – i niech tak zostanie. Wasze słowa i uznanie nie są mi potrzebne. – Pochylił się bliżej Ivry, jakby mówił tylko do niej. – Jeśli mi ją oddacie – ciągnął spokojnie – odejdziecie stąd żywi. Pozwolę wam domknąć zasłonę, bo wcale nie chcę przebywać w planie materialnym. Wioska przestanie śnić koszmary. Krzyki ustaną. Gniew się wypali. – Uśmiechnął się lekko. – A ona… będzie miała w końcu spokój. Przy mnie.

– Pokochasz ją?! – zakpił Nikolai. – Jesteś obrzydliwym popaprańcem!

Analesh nawet się nie obraził. Wyglądał raczej na rozczarowanego. Jakby spodziewał się lepszego argumentu.

– A ten ognisty duch? – wtrącił Kruczycień cicho. – Ten, który ją strzeże. Wiemy, że jest w wiosce, i że na ciebie poluje. – Uniósł spojrzenie. – To nie jest dla ciebie problem?

– Chwilowa… niedogodność. – odparł Analesh bez wahania. – Gdy knot w świecy Ivry wypali się do końca – skinął ku płomieniowi – nie będę musiał się już niczym przejmować.

Kruczycień zmrużył oczy.

– Czym jest ten ognisty duch? – zapytał. – Czego od ciebie chce? Dlaczego pragnie odebrać ci dziewczynę?

 

Analesh uśmiechnął się po raz pierwszy w sposób, który nie był już całkiem ludzki. I wtedy posadzka wybuchła z ogromnym hukiem. Z dołu uderzył żar tak gwałtowny, że Nikolai poczuł, jak powietrze parzy mu płuca. Kamień pękł z trzaskiem, a z rozdarcia wystrzeliła postać z ognia i gniewu. Kobieca sylwetka, ogromna, płonąca, niestabilna. Jej twarz była krzykiem.

– ZOSTAW JĄ! – ryknęła.

Rzuciła się na Analesha z furią, jakiej Nikolai nigdy wcześniej nie widział. Ogień uderzył w jego cielesną powłokę, rozrywając idealną ludzką formę na krwawe strzępy światła. Ivra została szarpnięciem wyrwana z jego objęć i przyciągnięta do piersi płonącej zjawy. Rozproszona esencja demona syknęła wściekle, po czym zbiła się w gęsty, czarny kłąb i zaczęła błyskawicznie pęcznieć. W ułamku sekundy uformowała się w wielokształtną, potworną sylwetkę pająka, z którego obłego cielska wyrosła nieludzko gładka, biała maska z porcelany.

– MOJE DZIECKO! – wrzeszczał duch ognia. – MOJE!

Uderzyła pięścią w posadzkę, wyzwalając wielką falę płomieni. Kamień nie wytrzymał, a zasłona Myślosnu rozdarła się jeszcze szerzej. Przez komnatę przetoczyły się obrazy – Wściekłe twarze wieśniaków, pochodnie, krzyki, gniew. Światy zaczęły się nakładać, jeden na drugi.

– Trzymaj się! – krzyknął do swego ucznia Kruczycień.

Podłoga zapadła się pod nimi. Nikolai poczuł, jak traci grunt pod nogami, a świat gwałtownie zmienia kierunek. Kamień, ogień i cień zlały się w jedno. Ostatnim, co zobaczył, była Ivra, w szczególności jej twarz dziwnie spokojna, niemal pogodzona, jakby wiedziała, że to jeszcze nie koniec, że jest nadzieja. Wydawała się widzieć coś, co im umykało. Potem spadali. Nie w dół. W głąb. Ciemność nie miała dna ani kierunku. Nie było bólu, nie było wiatru, nie było uczucia prędkości. Nikolai nie czuł, by jego ciało się poruszało, raczej jakby odklejało się od samego siebie, warstwa po warstwie. Każda kolejna chwila odrywała go od myśli, od imienia, od wspomnień. Obrazy rozciągały się i pękały, traciły sens. Głos Kruczycienia zniknął pierwszy. Potem dźwięk własnego oddechu. Zostało tylko wrażenie trwania w czymś, co nie było snem, ale też nie jawą. Spadał, lecz nie wiedział dokąd.

***

Poczuł grunt. Twardy. Chłodny. Szorstki jak nieociosany kamień. Nikolai wciągnął gwałtownie powietrze i usiadł, czując, jak powraca ciężar ciała i puls w skroniach. Nie miał pojęcia, ile minęło czasu. Rozejrzał się. Ściany wznosiły się wysoko, zbudowane z kamienia, który nie znał dłuta ani młota. Nie były równe. Każda miała inny kąt, inną fakturę, inną pamięć. Jedne były gładkie jak wypolerowana kość, zimne i martwe, inne zaś porowate, wilgotne, niby rosły powoli, żywiąc się czymś niewidzialnym. Miejscami kamień wyglądał tak, jakby ktoś próbował go formować myślą i porzucił w połowie. Światło nie miało źródła. Było po prostu obecne. Szare. Rozproszone. Pozbawione cieni, a mimo to przytłaczające. Powietrze drżało lekko, jak napięta struna. Każdy oddech zdawał się tu obcy, nieproszony.

– Mistrzu? – zawołał rozpaczliwie.

Jego głos odbił się dziwnie, nieludzko. Echo wróciło z opóźnieniem, jakby przestrzeń wokół potrzebowała chwili, by zdecydować, czy wolno jej go powtórzyć.

– Tu jestem.

Mistrz stał kilka kroków dalej za jedną ze ścian. Wyglądał na nietkniętego, ale coś było nie tak. Jego aura była napięta, poszarpana, jakby ktoś przejechał po niej tępym ostrzem. Nie krwawiła, ale zdawała się pamiętać cios.

– To… nie kaplica – powiedział Nikolai.

– Nie. – Kruczycień spojrzał w górę, gdzie nie było sufitu ani nieba, tylko nieskończona, szara wysokość. – To raczej jej echo. Albo to, co Myślosen stworzył z jej rany – zawiesił głos. – Labirynt.

Ruszyli. Korytarze rozchodziły się pod niemożliwymi kątami, łamały geometrię i intuicję. Czasem zakręcały w sposób, który nie miał sensu, prowadząc ich w dół, by po kilku krokach znaleźć się wyżej niż wcześniej. Innym razem ściany zbliżały się do siebie, jakby próbowały podsłuchać ich myśli. Zdarzało się, że wracali do miejsca, które Nikolai był pewien, że już widział. Ale nie było takie samo. Kamień miał inny odcień, a rysy na nim układały się inaczej. Czasem ściany były bliżej, niemal dotykały ramion. Innym razem oddalały się, pozostawiając pustkę, która stresowała młodzieńca bardziej niż ciasnota. Czas płynął nierówno. Chwile rozciągały się w nieskończoność, po czym nagle znikały, sprawiając wrażenie, że ktoś je nagle wyrwał. Nikolai nie potrafił określić, ile już idą. Minuty? Godziny? Myślosen nie znał takich pojęć.

– Ten labirynt chce, żebyśmy się zgubili – powiedział cicho.

– Nie tylko – odparł Kruczycień. – Chce, żebyśmy zaczęli wątpić, czy w ogóle istnieje wyjście.

Zatrzymał się na moment, kładąc dłoń na ścianie. Kamień pod palcami wydawał się ciepły, aż nazbyt, jakby dotykała go niedawno ludzka ręka. W jednym z bocznych korytarzy Nikolai dostrzegł coś, co nie pasowało do reszty. Kamień tam był jaśniejszy. Nie świecił, ale również biło od niego to ciepło, które sprawiało jeszcze większe wrażenie dotkniętego człowieczym ciałem. Na jego powierzchni widniał drobny rysunek – nie były to runy ani symbole, raczej bezładne linie. Przypominał dziecięce bazgroły.

– To nie jest dzieło Myślosnu – mruknął Nikolai. – Zbyt niedoskonałe.

– Albo zbyt ludzkie – dodał Kruczycień.

Im dalej szli, tym częściej trafiali na takie drobiazgi. Odciski stóp, które znikały po kilku krokach. Kamienie ułożone w małe, nierówne stosiki, sprawiające wrażenie pozostawionych przez kogoś śladów. W jednym miejscu ściana była porysowana na wysokości ramienia, a w innym, na wysokości głowy dziecka. Powietrze zaczęło się zmieniać. Nie gęstniało ani nie rzedło, raczej uspokajało się. Drżenie, które wcześniej było niemal wszechobecne, teraz pojawiało się falami. Wydawało im się, że labirynt oddychał… i próbował dopasować się do czyjegoś rytmu. Minęli zakręt i wtedy zobaczyli to obaj. Na ścianie, między dwoma pęknięciami kamienia, ktoś narysował coś palcem. Prosty kształt. Nierówny. Krzywy. Nie był to symbol. Nie był to znak magiczny. Był to dom. Cztery linie. Trójkątny dach. Jedno okno. Bez drzwi. Nikolai poczuł, jak coś ściska go w gardle.

– To też nie Myślosen – powiedział cicho, wskazując na dziecięcy rysunek – prawda?

Kruczycień nie odpowiedział od razu. Podszedł bliżej ściany i dotknął rysunku opuszkami palców. Kamień znowuż był ciepły.

– Ktoś tu był – powiedział w końcu. – I wciąż jest. Ale nie jak my. – Zatrzymał wzrok na Nikolaiu. – To miejsce reaguje na nasz umysł. Na intencję. Na sposób myślenia. Lecz nie reaguje na tego kogoś, wręcz pozwala mu istnieć tu takim, jakim chce być.

– Więc kto nim może być?

Kruczycień spojrzał w głąb korytarza, gdzie światło zdawało się lekko zagęszczać.

– Ktoś, kto nie boi się Myślosnu – odparł. – Albo ktoś, kto nigdy nie nauczył się go bać.

Zatrzymali się na skrzyżowaniu trzech korytarzy. Na środku posadzki leżał kamyk. Zwykły. Gładki. Nie pasował – tak samo jak poprzednie kamyki. Nikolai schylił się, podniósł go w dłoń i wtedy światło, dotąd szare, przytłumione i wszechobecne, zaczęło się skupiać w jednym punkcie przed nimi. Najpierw było ledwie dostrzegalnym migotaniem. Potem zaczęło oblekać się w kształt. Miało postać ludzką, chłopięcą, i było utworzone z samych promieni czystego światła, które jednak nie oślepiało. Kontury były nieostre, jakby Myślosen wciąż decydował, czy pozwolić mu istnieć w tej formie. Świetlista postać miała szeroko otwarte oczy, ale nie patrzyła nimi w zwykły sposób. Raczej rejestrowała otoczenie w niepojętym skupieniu.

– Janus… – wyszeptał Nikolai, zanim zdążył się powstrzymać i zrozumieć, co właściwie widzi.

Świetlista postać skinęła głową. Powoli. Precyzyjnie.

– Tu jest ciszej. Łatwiej mówić. – Jego głos nie rozchodził się echem. Nie potrzebował przestrzeni. Brzmiał jak zwyczajny głos dwunastoletniego dziecka.

Kruczycień zmrużył oczy, ale nie sięgnął po magię. Po raz pierwszy od wejścia do Myślosnu nie czuł zagrożenia.

– Ty nie jesteś projekcją – stwierdził – ani cieniem.

– Jestem sobą – odparł Janus – tutaj zawsze byłem sobą bardziej.

Rozejrzał się po labiryncie, jakby widział go od środka.

– Nie boję się go. Nie chcę go zmieniać. Po prostu… chodzę sobie. Lubię ten labirynt. Znam go na pamięć.

Nikolai przełknął ślinę.

– Mistrzu, jak to możliwe, że to dziecko zachowuje świadomość w Myślośnie, nie będąc jednym z nas?

– Dzieci takie jak on są z natury oddzielone od świata. Może w zamian są bardziej wyczulone na warstwy Myślosnu? Choć pierwszy raz widzę kogoś, kto tak swobodnie porusza się po nim nie będąc Scalonym bądź potężnym i przy tym równie nieroztropnym Magusem.

– Ty nam pomogłeś tu dotrzeć? – Nikolai podszedł do świetlistej postaci.

Janus skinął głową.

– Od dawna zostawiałem ślady. Nie wiedziałem jeszcze po co, ale wiedziałem, że ktoś miał nimi pójść.

Zapadła chwila ciszy.

– Janus… powiedz nam – Kruczycień spojrzał na niego poważnie – jak ty to widzisz? Co tak naprawdę się wydarzyło? Na pewno widziałeś wiele cierpienia w swojej rodzinie, chłopcze.

Janus nie odpowiedział od razu. Światło jego sylwetki zafalowało lekko, jakby porządkował myśli.

– Tata… – zaczął powoli. – Tata zrobił rzeczy złe. I rzeczy, których nie chciał. Ale to pająk jest najgorszy! – odparł łamliwym głosem. – Pająk zawsze czeka. Wiecznie głodny. Szuka zgniłych ran w ludziach. On je znajduje, a potem wgryza się w nie. Tatę też ugryzł.

Nikolai poczuł, jak coś w nim się napina.

– Ale Domorad pozwolił mu się opętać. Przynajmniej tak mówił Analesh.

– Tak – przyznał Janus – bo bał się. Zawsze się bał. Siebie. I swoich ran. A teraz zostało mu tylko jedno i drugie… – Janus podniósł nieco głowę i zapałał złością. – Ale to Pająk wybrał! Pająk chciał! Pająk wiedział, co robił, gdy go oszukał.

Światło wokół chłopca przygasło na moment.

– A Mama… – dodał ciszej.

Kruczycień poczuł, jak labirynt reaguje na to słowo. Kamień pod stopami drgnął.

– Mama nie odeszła. Została tutaj, bo Ivra jest smutna, bo pająk ją krzywdzi.

– Duch ognia… – mruknął Nikolai.

– Duch gniewu – poprawił go chłopiec. – Jej płomienie to szata. W środku jest tylko wściekłość… i krzywda, przez którą odrzuca wieczne światło. Mama nie powinna być już częścią tego świata. Ale pragnie chronić tylko moją siostrzyczkę. Mama zrobi wszystko, by ją zatrzymać przy sobie. Nawet jeśli to znaczy spalić wszystko inne. Mama nie rozumie, że to oznacza również spalić moją siostrzyczkę.

– A jeśli uratujemy Ivrę? – zapytał Nikolai. – Jeśli pozbawimy Analesha władzy nad nią?

Janus pokręcił głową. Powoli i ze smutkiem.

– Wtedy pozostanie tylko mama. Cała w płomieniach. Niepowstrzymana – zawahał się.

– Ivra nie wytrzyma tego długo. Płomienie ją wypalą, umrze, a mama w dalszym gniewie rozpęta piekło w całej naszej wiosce. Nie chcę tego.

Cisza, która zapadła, była jeszczę cięższa niż wcześniej.

– Są inne drzwi – powiedział w końcu Janus. – Ale niedobre. Tylko… najmniej okrutne.

Nikolai poczuł zimno w żołądku.

– Jeśli rana świata zostanie zaszyta, pająk straci swą władzę nad siostrzyczką. Nie będzie mógł już jej zabrać ze sobą. To z tatą miał umowę. Jeden i drugi wypełnił już jej warunki. Ale to nie koniec. – zatrzymał się na moment patrząc prosto w oczy Nikolaia. Łkającym głosikiem dodał: Moja siostrzyczka musi…

– Umrzeć… – dokończył za niego Nikolai. 

– Tak. Gdy siostrzyczka odejdzie już z tego świata… mama odejdzie z nią. Nie będzie już musiała nikogo chronić, a jej gniew straci swą moc. Ale… płomień mojej siostry dogasa i powoli zmienia się w popiół. Jeśli nie zdążycie zaleczyć rany świata przed zgaśnięciem świecy…

– Co jeśli nie zdążymy? – Nikolai zapytał cicho, niepewnie, jakby wcale nie chciał poznać odpowiedzi.

Światło Janusa zadrżało.

– Jeśli płomień jej świecy wypali się, Ivra zostanie w Myślośnie. Na bardzo długo. Z nim…

Nikolai zacisnął dłonie.

– Ona tego nie chce.

– Wiem – odparł Janus – chce tylko, żeby przestało już boleć.

Podniósł wzrok. Jego oczy, jeśli można je było tak nazwać, na powrót stały się jasne i spokojne. Ale pojawiło się w nich coś jeszcze – iskra nadziei. 

– Chcę, żeby mama odeszła w pokoju. Żeby Ivra odeszła w pokoju. A pająk… – zawahał się. – …żeby już nigdy, przenigdy nikogo nie skrzywdził.

Kruczycień spojrzał na swojego ucznia.

– Słyszałeś.

Nikolai skinął głową w przygnębieniu. Serce biło mu szybko, a w głowie galopowały myśli o Ivrze. Nie chciał zaakceptować faktu, że jedyną nagrodą za ból i trud jaki niosła przez lata będzie śmierć. Nie mógł się z tym pogodzić. I tak naprawdę nie chciał.

– Najpierw zasłona… – Kruczycień, zauważywszy emocje chłopaka, ciągnął dalej stanowczo. – … potem jej esencja w Myślośnie. Trzeba ją odnaleźć za wszelką cenę. Liczę na ciebie, mój uczniu. Dziewczyna już wcześniej ci się pokazywała, musi was łączyć jakaś niezrozumiała nić. Być może w innych wcieleniach byliście sobie bliscy, a może to po prostu podobny wiek?

– Tak mistrzu… – odparł pustym głosem Nikolai, próbując odpędzić myśl, że po tym, co Ivra dla niego zrobiła w jego śnie, będzie musiał jej odpłacić śmiercią.

Janus uśmiechnął się po raz pierwszy. Delikatnie. Jak ktoś, kto nie wierzy w szczęśliwe zakończenia, ale docenia wysiłek.

– Pokażę wam drogę do waszych ciał.

Jego świetlista postać zadrżała, jakby świat, w którym stał, przestał być stabilny.

– Ale nie mamy wiele czasu. Musicie się spieszyć. – uniósł wzrok, jakby spoglądał poza labirynt, poza kamień i światło. – Mama i pająk teraz walczą. On jest zajęty bitwą, a gniew matki skupiony jest na nim. To dobry czas, aby zaleczyć ranę świata tam, gdzie boli go najbardziej.

Nagle światło wokół niego przygasło. Odwrócił się niespokojnie, wyraźnie przestraszony.

– Coś złego się stało – dodał ciszej – czuję to. Rana świata płacze głośniej…

– Zasłona. – odparł zasępiony Kruczycień. – Gdy Tersa zaatakowała, jej wybuch poszerzył rozdarcie.

Janus spojrzał na nich uważnie zastanawiając się nad słowami.

– Ludzie z wioski są źli na nas. Ich lęk i wściekłość nie są już tylko ich własne. Są jak mama walcząca z pająkiem. Pełni ślepego gniewu. Jej uczucia są teraz jak ich uczucia. Pragną kary i krwi, choć nie rozumieją dlaczego. Oni… – zawahał się na moment. – … oni nas skrzywdzą. Mojego ojca. Mnie. Aldusa. I Ivrę. Was też.

Kruczycień spochmurniał i po chwili namysłu rzekł: 

– Musimy ich powstrzymać. Jeśli krew się poleje w świecie jawy, zasłona rozedrze się jeszcze bardziej. A wtedy nie będzie już czego zszywać. Za to będziemy mieć dwa demony szalejące po wiosce. I diabły wiedzą co jeszcze.

Janus zrobił krok w bok. Korytarz labiryntu rozsunął się, jakby kamień ustępował przed jego wolą.

– Chodźcie. Szybko. Póki jeszcze jest czas

Światło od niego bijące zaczęło się rozciągać, wskazując korytarz, który przed chwilą nie istniał. Labirynt ustępował. Nie dlatego, że musiał. Dlatego, że został poproszony.

***

Powrót do ciał nie był łagodny. Nikolai wciągnął powietrze gwałtownie, jak topielec wyrwany z rzeki w ostatniej chwili. Świat wdarł się w niego brutalnie: hałasem, ciężarem ciała i piekącym bólem mięśni. Nogi miał zdrętwiałe, obce, jakby nie należały już do niego. Zapach potu, wosku i starego drewna uderzył w nozdrza ostrzej niż jakiekolwiek mikstury, które kazał mu wąchać jego mistrz. I ostrzej niż kwiaty na oknie w pokoju Ivry. Zanim zdążył się poruszyć, usłyszał głuche warczenie. Smoła. Mastif stał przed nimi niczym posąg wykuty z czerni. Grzbiet miał napięty, łapy szeroko rozstawione, a oczy jarzyły się złowieszczym bursztynem. Nie odrywał wzroku od okna. Każdy jego mięsień mówił jedno – coś nadchodzi.

– Wreszcie… – wychrypiał Aldus.

Stał przy oknie uchylonym tylko na tyle, by móc wyglądać na zewnątrz. Twarz miał pobladłą, a dłonie drżały, gdy zaciskał palce na leciwej kuszy, jakby jej stare drewno mogło go jeszcze przed czymś ochronić. Była już noc.

– Idą – powiedział. – Połowa wsi się zebrała. Pochodnie. Widły. siekiery…

Nikolai zmusił ciało do posłuszeństwa, wykonując kilka prostych ruchów, by choć trochę rozruszać zdrętwiałe członki. Każdy gest bolał. Na łóżku Domorad siedział nieruchomo, trzymając Ivrę za rękę obiema dłońmi – kurczowo i desperacko – jakby tylko ten jeden gest utrzymywał ją jeszcze przy życiu. Dziewczyna oddychała płytko. Jej twarz była nienaturalnie spokojna. Zbyt spokojna, jak na kogoś, w kim toczyła się wojna o duszę. Po drugiej stronie łóżka, pod ścianą, siedział Janus. Obracał w palcach małe, kolorowe kamyczki, zupełnie odcięty od rzeczywistości, jakby to, co działo się wokół, w ogóle go nie dotyczyło. Kruczycień był blady, lecz opanowany. Gdy tylko odzyskał pion, podszedł do okna, wyjrzał na zewnątrz, a potem omiótł wzrokiem wszystkich zebranych – Domorada, Aldusa, Ivrę i Nikolaia. W jego oczach błysnęło zrozumienie, jakby w jednej chwili przejrzał całą tę ponurą sieć zależności. Smoła zawarczał głośniej.

– To gniew Tersy – powiedział Kruczycień cicho. – Jej nienawiść do ciebie, Domoradzie, odbija się w nich jak księżyc w tafli jeziora. – zawiesił głos spuszczając w końcu wzrok. – Trudno będzie przemówić im do rozumu – spojrzał na swego ucznia. – Słyszałeś, co powiedział Janus i wiesz, co trzeba zrobić.

Nikolai skinął głową.

– Zasłona – kontynuował – U źródła. W kaplicy. – Kruczycień nie zawahał się ani przez ułamek sekundy i dodał. – Wierzę, że rozumiesz sytuację. Ty tam pójdziesz.

Domorad drgnął gwałtownie. – Gniew Tersy!? Słowa Janusa!? On nigdy nic nie powiedział! – wykrzyczał desperacko. – O czym wy mówicie?!

– Nie ma czasu na wyjaśnienia – przerwał mu oschle Kruczycień. – Twoja żona nie potrafiła odejść z tego świata. Nie odnalazła spokoju po śmierci, a jej esencja zmieniła się w czystą, nienasyconą zemstę. Stała się gniewnym duchem. Teraz rozpaczliwie pragnie chronić Ivrę przed Analeshem, a jednocześnie łaknie… twojej krwi. Nie rozumie, że w ten sposób doprowadzi nie tylko do zguby dziewczyny, ale i śmierci nas wszystkich.

Wójt patrzył na niego, mrużąc oczy z niedowierzania, bólu i wstydu. Chciał się schować przed zimnym wzrokiem Kruczycienia, lecz Scalony na to nie pozwalał. Domorad puścił w końcu rękę Ivry, uniósł się ciężko, by po sekundzie osunąć się bezsilnie po ścianie. Patrzył pusto w podłogę. Kruczycień posłał mu ostatnie spojrzenie – tym razem pełne gorzkiego pożałowania – po czym zwrócił się już wyłącznie do Nikolaia:

– Jeśli Zasłona się nie domknie, wieś spłonie. Wszyscy. Zupełnie tak, jak w twoim dzisiejszym śnie.

Słowa opadły ciężko i brutalnie.

– To jedyna droga. Jesteś przyszłym Scalonym – ciągnął mistrz. – Jeszcze niepełnym, ale to musi wystarczyć. Jesteś niezwykle wrażliwy na splot Myślosnu, Nikolai. Czasami widzisz więcej niż ja. Nauczyłem cię podstaw magii. Wiesz, jak prowadzić nić. Jak zszywać to, co za wszelką cenę chce pozostać rodartę.

Nikolai poczuł, jak ciężar tej odpowiedzialności gniecie go w piersi. To nie była kolejna lekcja. Ani bezpieczna próba.

– A ty? – zapytał, nie potrafiąc już ukryć lęku, który wkradł się w jego głos.

Kruczycień uśmiechnął się krótko. Bez śladu radości.

– Ja zaś… zajmę się tłumem. Po wszystkim dołączę do ciebie. – Zawahał się na ułamek sekundy, jakby sam próbował uwierzyć we własne słowa. – Gdybym jednak nie zdążył… musisz sam odnaleźć esencję Ivry i uczynić to, co konieczne.

Aldus odwrócił się od okna.

– Są już pod płotem! Chcą krwi – rzucił stłumionym głosem. – Twojej, Domorada, każdego z nas… Szaleńcy…

– Wiem – odparł spokojnie Kruczycień. – Ale jej nie dostaną. – Podszedł do drzwi i spojrzał na Aldusa. – Gdzie jest stara, zniszczona kaplica? Nie widziałem jej, gdy wchodziliśmy do osady. Musimy ją namierzyć. Skoro zostawiła ślad w Myślośnie, jej odbicie musi tkwić również tutaj.

– Kaplica? – Aldus zmarszczył czoło. – Mamy tylko kościółek świętego Laetera. Ale… są jeszcze stare ruiny przy młynie. Dzieciaki czasem tam biegają, choć starsi zabraniają. Nic tam nie ma, jeno zawalone zejście w dół i wielka, czarna jaskinia. O to wam chodzi?

– Tak. To musi być to – wyszeptał Kruczycień.

Scalony uniósł prawą dłoń. Nagle powietrze wokół jego palców zafalowało, a cień zaczął gęstnieć, zwijając się wokół niewidzialnej osi. Po chwili mistrz trzymał już ciężki, hebanowy kij, okuty na końcach zdobionym żeliwem. Gdy zacisnął na nim obie dłonie, drewno jakby ożyło, a wyryte w nim runy rozbłysły przygaszonym, granatowym światłem.

– Nikolai, wyjdziesz tyłem, przez ogród. Ta kaplica w świecie materialnym to tylko gruz, nie będzie przypominać tej z Myślosnu. Ale jej fundamenty skrywają tę samą prawdę. Podziemia wciąż tam są. Przypomnij sobie, jak prowadziła nas Ivra. W razie kłopotów kieruj się na młyn.

Smoła spojrzał na chłopaka, po czym cofnął się o krok, jakby czekał na komendę.

– Idź – nakazał Kruczycień. – I nie oglądaj się za siebie. Czas nie jest naszym sprzymierzeńcem. Smoła idzie z tobą, dopilnuje twojego ciała, kiedy znowu wejdziesz w Myślosen. W innych okolicznościach bardziej przydałby się tutaj… – kącik ust maga uniósł się minimalnie – …ale nie chcemy dziś nikogo pozbawiać kończyn. Ani życia.

Nikolai nie odpowiedział. Spojrzał na potężnego psa, skinął głową i pchnął tylne drzwi. Wyszedł wprost w noc, która pachniała dymem i cudzym gniewem. Na wzgórzu, spomiędzy drzew, wyłaniały się już pierwsze pomarańczowe łuny pochodni. W oddali majaczyła bryła starego młyna. Rozdarta Zasłona czekała, tylko, że on gdzieś głęboko w trzewiach czuł, że wcale nie chce tam iść.

***

Kruczycień zagrodził im drogę, zanim zdołali wtargnąć do obejścia. Wyszedł na błotnisty trakt i zatrzymał się dokładnie tam, gdzie kończył się głęboki cień zabudowań, a zaczynał ruchomy, rozedrgany krąg światła ich pochodni. Tłum zwolnił. Było ich kilkudziesięciu. Mężczyźni i kobiety. Twarze wieśniaków – niektóre znajome – wykrzywiały nienaturalny, dziki gniew. Oczy błyszczały nienawistnie, odbijając tańczący płomień pochodni. Widły, cepy i siekiery trzymali zbyt pewnie jak na ludzi, którzy przyszli tu tylko „porozmawiać”. Kruczycień uniósł dłonie. Puste.

– Zatrzymajcie się – powiedział spokojnie.

Jego głos nie był głośny, a jednak dotarł do wszystkich. Przeciął pomruk tłumu, trzask palącej się smoły i ich ciężkie, rwane oddechy.

– Nie przyszliście tu po sprawiedliwość… – Zrobił krótką przerwę. – … Przyszliście, bo zły duch mąci wam w głowach i sercach.

Szmer przebiegł przez zgromadzonych jak podmuch wiatru po suchych liściach.

– Jedynym czartem tutaj jest Domorad i jego przeklęta krew! – zakrzyknął gniewnie rosły Markus, którego Kruczycień pamiętał z wczorajszej rozmowy w karczmie. 

– Wszyscy cierpimy przez nich! – zawtórował ktoś z tyłu.

– Ivra jest ofiarą – próbował tłumaczyć. – Tak samo jak wasze dzieci, które budzą się nocą z krzykiem. Tak samo jak wy sami… pogrążeni w gniewie, który nie jest w pełni wasz.

Zrobił krok naprzód. Pochodnie zadrżały, a pierwszy szereg cofnął się przed nim o ułamek kroku.

– To, co czujecie, zostało w was sztucznie rozpalone. – Jego wzrok przesuwał się po wściekłych twarzach. – Duch utkany z żalu podsyca ten ogień! Karmi się nim! Potrzebuje waszej nienawiści, waszych rąk i waszej krwi! – Uniósł dłoń wyżej. – Nie dajcie mu jej.

– Kłamiesz! – wrzasnęła kobieta z widłami. – On trzyma z nimi! Przecie sam czarta w sobie karmi!

– Jestem z tymi, którzy chcą dożyć jutra – odpowiedział najspokojniej, jak potrafił. – A jutra nie będzie, jeśli dziś przelejecie krew.

Dotknął palcami świecących run wyrytych na hebanowym drągu. Światło, które zapłonęło, było blade, lecz głęboko niepokojące – ledwie widoczne, jak żywy żar ukryty pod warstwą popiołu.

– Cofnijcie się. – Głos Kruczycienia stwardniał, tracąc resztki łagodności. – Wracajcie do domów. Zamknijcie drzwi. Niech to, co tu się dzieje, zostanie między tymi, którzy naprawdę są za to odpowiedzialni. Przysięgam, że tej nocy zaśniecie spokojnie. Bez koszmarów i lęku w piersiach.

Przez uderzenie serca to działało. Ktoś opuścił uniesiony cep. Ktoś spuścił wzrok. Jedna z pochodni zadrżała i niemal zgasła, jakby przytłoczona autorytetem Scalonego. Kilka osób drgnęło, zamierzając się wycofać. Lecz nagle powietrze wokół nich pękło bezdźwięcznie – huk nadszedł z zupełnie innej warstwy świata. Przez wieś przetoczyła się fala gorąca: ciężka, lepka od rdzawych, chorych emocji. Kruczycień poczuł ją pierwszy. Gniew. Rozpacz. Żal tak gęsty, że przybierał fizyczną postać wściekle krwistej, dusznej mgły. Ziemia pod stopami drgnęła. Gdzieś w oddali rozległ się krzyk – wysoki, rozdzierający, nie do końca ludzki. Oczy wieśniaków natychmiast zaszły mgłą. Zaiskrzyły nienaturalnym blaskiem.

– ONA KRWAWI – odpowiedziało kilka gardeł naraz, mówiąc przerażająco równym, zsynchronizowanym tonem. – ONA PŁONIE.

Kruczycień cofnął się o pół kroku.

– Zasłona… – wyszeptał. – Pękła jeszcze bardziej. Szlag… – Zacisnął zęby, a jego własne runy zafalowały gwałtownie. – Obyś zdążył Nikolai.

Tłum ruszył. Szli miarowym, ciężkim marszem, połączeni w jedno ciało, sterowani jedną wolą.

– Stać! – huknął Kruczycień.

Uderzył drągiem w ziemię. Krąg światła eksplodował wokół niego, rozbijając pierwszy szereg niczym morska fala uderzająca o skały. Dwóch mężczyzn upadło ciężko na błoto, jęknęli, ale podnieśli się natychmiast. Ich ciała poruszały się sztywno, jakby ból fizyczny stracił dla nich jakiekolwiek znaczenie.

– Cofnijcie się, póki jeszcze jesteście sobą! – krzyknął, obracając kostur w dłoniach.

Odpowiedziało mu tylko zgodne, gardłowe warczenie. Jedna z kobiet rzuciła się naprzód, mierząc widłami prosto w jego pierś. Kruczycień poruszał się szybciej, niż ludzkie oko było w stanie zarejestrować. Hebanowy drąg przeciął powietrze, precyzyjnie wytrącił broń z jej rąk i uderzył w splot słoneczny. Kobieta runęła na ziemię – żywa, choć całkowicie nieprzytomna. Tłum jednak napierał z każdej strony. Kruczycień walczył nie jak bezwzględny wojownik, lecz jak strażnik odmawiający samej śmierci dostępu do tej nocy. Każdy cios był odepchnięciem. Każde rzucone naprędce zaklęcie – barierą, nigdy ostrzem. Mimo to gniew Tersy przybierał na sile, a powietrze wokół nich stawało się coraz gorętsze. Ludzie nie krzyczeli z własnego bólu. Krzyczeli jej głosem.

– ODEBRAŁ MI JĄ!

– TERAZ JA JĄ OCHRONIĘ!

Nagle Kruczycień poczuł, jak obca, paląca siła próbuje wślizgnąć się do jego własnego umysłu. Przed oczami stanęły mu niszczycielskie obrazy: szalejący ogień i kobieta o płonących ślepiach. Jej potworny żal, jej miłość do dziecka i pragnienie sprawiedliwości – wszystko to wypaczone w czystą nienawiść. Zaraz potem poczuł impuls. Czysty, pierwotny i dobrze mu znany. To były Nasirri, które więził w sobie – mroczne potęgi, które tylko czekały na ten jeden moment słabości, by wreszcie dojść do głosu. Namawiały go, by zabił wszystkich, którzy stoją mu na drodze. W jego sercu zakiełkowała nagła, jadowita pogarda. Tępa, niewdzięczna hołota. Po co ich bronić? Dlaczego nie pozwolić im spłonąć? Obce myśli stawały się coraz silniejsze, niemal nie do odróżnienia od jego własnych. Obca wściekłość Tersy stała się dla uwięzionych w nim bytów idealną pożywką. Kryształy – bo miał ich na piersi aż trzy – zapulsowały nagle ostrą, złowrogą purpurą. W ułamku sekundy, zanim obca wola ostatecznie zacisnęła pętlę wokół jego świadomości, uderzył w jedyną rzecz, jaka jeszcze była w pełni jego: we własne ciało. Zacisnął zęby i z lodowatą determinacją ugryzł się w język. Ostry, paraliżujący ból eksplodował pod czaszką, niczym błyskawica rozrywając gęstniejącą pajęczynę podszeptów. Gęsta, metaliczna krew natychmiast napłynęła mu do ust, przywracając brutalną trzeźwość. To było prymitywne, ale skuteczne. Kruczycień był jednak Scalonym od dawna. Wiedział, czym są te szepty. I wiedział, jak potworną cenę zapłaci, jeśli ulegnie im choćby na sekundę.

– Kuszące… – wyszeptał przez zaciśnięte gardło – …lecz nie dziś.

Trzepnął kosturem o podłoże, uwalniając zgromadzoną energię. Fala czystej, kinetycznej mocy rozlała się wokół niego szerokim kręgiem, powalając wieśniaków i odrzucając ich na kilka metrów w tył, jakby byli tylko suchymi liśćmi porwanymi przez nagłą wichurę. Kruczycień z trudem łapał oddech, a runy na jego hebanowej broni dymiły siwym, gryzącym dymem. Wiedział jedno – to nie była walka, którą mógł wygrać siłą. To była gra na zwłokę. Walka o to, kto utrzyma szafot rzeczywistości o jedną minutę dłużej.

***

Nikolai od razu poczuł, że ta noc jest inna. Powietrze drżało ledwie dostrzegalnie, niczym powieka zmęczona bezsennością. Z oddali dochodził łoskot: głuchy, rytmiczny, jakby coś potwornego uderzało o ziemię. I krzyki – pojedyncze, rwane, szybko połykane przez mrok. Gdzieś ujadały psy, wyczuwając coś, czego nie potrafiły nazwać. Smoła biegł tuż za nim, bezszelestnie, z nisko opuszczonym łbem, skrajnie czujny. Co jakiś czas z jego piersi wydobywało się ciche warknięcie. Idź. Nie oglądaj się. Słowa mistrza rezonowały w jego umyśle mocniej niż jakikolwiek rozkaz, który otrzymał od niego w przeszłości. I tak też uczynił – nie oglądał się za siebie. Wciąż jednak czuł Kruczycienia gdzieś za plecami, ale nie fizycznie, lecz jako przygniatający ciężar odpowiedzialności spoczywający na jego ramionach. Rozumiał, jak wielkim zaufaniem obdarzył go mistrz. A bywa, że to właśnie zaufanie staje się silniejszą motywacją niż strach. Już dawno zostawił w tyle ogrody Domorada i pędził teraz ile sił w nogach wąską ścieżką między płotami domostw. Wioska wyglądała, jakby zapadła się w sobie: okna były pozamykane na głucho, zabite deskami, zasłonięte szmatami i obwieszone ikonami – w zasadzie wszystkim, co mogło odgrodzić mieszkańców od nocy. Ciemność była niemal absolutna, jeśli nie liczyć majaczącego daleko na wzgórzu, nieregularnego blasku pochodni. Tam kłębił się tłum i tam również był jego mistrz. Tu jednak panowała grobowa cisza. Z każdym krokiem Nikolai czuł, jak coś w nim się napina. Nie czysty strach – przynajmniej jeszcze nie – raczej świadomość, że idzie w miejsce, z którego nie da się już wrócić takim samym. Ręce mu drżały. Uspokajał się jak tylko mógł oddychając głęboko i miarowo. Mimo to lęk przybierał na sile. Niedaleko strumienia przepływającego przez wioskę zauważył niski, podupadły młyn, a w jego sąsiedztwie zarysy starych, zapomnianych zabudowań. Ruiny kaplicy wyłoniły się z mroku niespodziewanie, jakby noc celowo ukrywała je aż do ostatniej chwili. Kamienne mury były zapadnięte, dach dawno runął. Zostały tylko fragmenty ścian i zbutwiały znak religijny, przechylony pod dziwnym kątem, jakby nie chciał już dłużej patrzeć na to miejsce. Kamień, czarny od wilgoci i dawnej sadzy, porastał mech o nienaturalnie ciemnym, niemal zgniłym odcieniu. Smoła nagle zatrzymał się i zawarczał głęboko.

– Wiem – szepnął Nikolai. – Ja też to czuję.

Rozdarta Zasłona była blisko. Dopadł go mdły, metaliczny fetor, który pojawił się nie wiadomo skąd. Mimo że zrujnowana kaplica niczym nie przypominała tej, którą widział w Myślośnie, to pewne geometryczne linie były na tyle spójne, że chłopak zyskał absolutną pewność co do miejsca, w którym się znalazł. Zszedł do wnętrza ruin po zapadniętych schodach. Kamień pod stopami był mokry i śliski, jakby żywił się chłodem podziemi. Im niżej schodził, tym bardziej dźwięki z powierzchni traciły sens. Krzyki tłumu stały się odległym, pozbawionym słów echem. Podziemia kaplicy były większe, niż zapamiętał z Myślosnu. W głowie natychmiast pojawiły się sączące wątpliwości: Czy oby na pewno dotrę na czas? A co, jeśli się zgubię? Myślosen ciągle się zmienia… Jak odnajdę prawdziwe źródło Rozdarcia? Ściany były popękane, miejscami dziwnie nadtopione, jakby ktoś próbował tu kiedyś użyć potężnego ognia przeciw czemuś, co ognia się nie bało. Na posadzce widać było resztki dawnych znaków rytualnych: startych, zniekształconych, w pewnych miejscach odwróconych wspak. Ktoś majstrował przy nich bez zrozumienia. Tak właśnie powstają przekleństwa. Wyczuwał też, że niegdyś dokonano tu straszliwego mordu. I to nie jednego. To było to miejsce, gdzie doszło do rytuału rozpoczętego przez hrabię De’Virstad – i krwawo zakończonego przez Domorada. Miejsce, gdzie wszystko się rozpoczęło. Nikolai poczuł ostry ból w skroniach. Zasłona reagowała na jego obecność. Smoła zjeżył się, a po chwili zaczął cicho, żałośnie skomleć – zupełnie nie w swoim stylu.

– Spokojnie – powiedział chłopak bardziej do siebie. – Jeszcze nie. Jesteśmy czymś więcej niż tylko strachem i bólem.

W pewnym momencie jego oczom ukazał się malutki, kolorowy kamyk. Dokładnie taki sam, jak jeden z tych, które wcześniej widział w labiryncie. Uklęknął i położył dłoń na pomazanym farbą odłamku. Był ciepły. Dokładnie tak jak wtedy.

– Janus? Byłeś tu? – powiedział cicho. – Wskazujesz mi źródło rozdarcia?

Przymknął oczy i sięgnął w głąb, tam gdzie natura Scalonego spotykała się z trzecią warstwą rzeczywistości. Niektórzy nazywali to prawdziwym światem. Jedno było dla niego pewne, Zasłona krwawiła. Czuł ją coraz wyraźniej: drżała, falowała, rozpaczliwie próbowała się domknąć i nie mogła, niczym głęboka rana, którą ktoś nieustannie rozrywał palcami. Pomyślał o Ivrze. O jej spokojnej twarzy i nadziei w oczach tuż przed ich upadkiem w głąb labiryntu. O tym, co powiedział Janus. O tej jedynej ścieżce, której z całego serca nie chciał obierać. A którą musiał przejść. Oddech mu zadrżał.

– Przepraszam. – wyszeptał, nie wiedząc, czy mówi do niej, czy do siebie.

Smoła usiadł przy wejściu do komnaty, jak cichy strażnik. Jego obecność była kotwicą dla świadomości Nikolaia, po której będzie mógł wrócić z powrotem, gdy wszystko się uda. Jeśli się uda – dodał gorzko w myślach, a następnie zwrócił się do ogara, tuląc go mocno.

– Wiem, co mam zrobić. Pilnuj mnie, Smoła. Jeszcze się spotkamy. Obiecuję – wyszeptał, dobrze wiedząc, że okłamuje samego siebie. Ale to kłamstwo było mu teraz potrzebne i sądząc po tym, jak pies nagle się uspokoił – jemu również.

Nikolai wyprostował się, wyciągnął dłonie i zaczął przypominać sobie zaklęcie przygotowujące astralną nić. Nie wiedział jeszcze, czy zdoła zszyć Zasłonę. Ale wiedział, że musi spróbować. Uklęknął na zimnym kamieniu, zamknął oczy i sięgnął głębiej w siebie, wspomagając się magią i kamieniem Janusa niczym nadnaturalnym kierunkowskazem. Świat jawy nie wyparował nagle. Po prostu… odsunął się, jak źle dopasowana, zrzucona skóra, i przybrał nową. Oddech najpierw mu się rwał, lecz za chwilę uspokoił na tyle, by chłopak odważył się otworzyć oczy. Strach nie zniknął dlatego, że Nikolai był odważny, a raczej dlatego, że nauczył się oddychać tuż obok niego. Tak go nauczał Kruczycień: Nie wypieraj emocji. Daj im miejsce, ale nie pozwól im prowadzić. Rozejrzał się i… znów to poczuł. Ten obrzydliwy, metaliczny fetor zgnilizny. Jego oczom ukazała się ta sama komnata, w której jeszcze niedawno stał na przeciwko Analesha wraz ze swoim mistrzem. Zasłona pulsowała tuż obok ołtarza w kształcie łoża, jak gdyby była ukryta bezpośrednio pod podszewką świata. Była cienka, naciągnięta do granic możliwości i wyraźnie przeciążona. Uderzała ciężko, chaotycznie, niczym chore serce, będąc jedynym źródłem blasku w tym spaczonym miejscu. A światło sączące się z niej miało jadowity, zielonkawo-zgniły odcień; niosło ze sobą odór, który ranił nozdrza i przełyk Nikolaia. Jednak w komnacie coś się zmieniło od jego ostatniej wizyty. Tam, gdzie jeszcze niedawno ziała głęboka rozpadlina – w którą runął wraz z mistrzem – teraz rozciągało się coś, co przypominało miękkie, sprężyste i ulepione z surowej, mięsnej tkanki podłoże. Myślosen sam zagoił wyrwę, tworząc powierzchnię, którą uznał za najbardziej odpowiednią dla tego miejsca. Gdy Nikolai zbliżał się do rozprutej osnowy rzeczywistości, ta stawała się w jego oczach coraz większa, pęczniejąc i rozwarstwiając się na dziesiątki mniejszych powłok. Jej brzegi były poszarpane, sine; sączyła się z nich ciemna, lepka substancja, która parowała w powietrzu niczym gorąca ropa. Każdy puls Zasłony rozchodził się falą, deformując przestrzeń dookoła, jakby Myślosen nie był w stanie i nie chciał jej już dłużej utrzymać. Nikolai poczuł, jak coś próbuje wpełznąć mu do głowy. Obrazy, sugestie i myśli, które nie były jego: Zostaw to. To nie twoja walka. I tak się spóźniłeś. Pomagasz komuś, kto zgwałcił własną córkę – były to słowa-pułapki zastawione wcześniej przez Analesha. Zacisnął mocno spocone dłonie.

– Nie – powiedział na głos. Jego barwa zabrzmiała tu zupełnie inaczej, głębiej, jakby należała do kogoś znacznie starszego.

Jeszcze nie, dodał w myślach słowa, których tak często używał jego mistrz. 

W końcu dotknął Zasłony. Czuł ją pod swoimi palcami – jej gorączkowe ciepło, jej ból i skondensowaną rozpacz. To wszystko było w niej uwięzione i sklejone w jedną, chorobliwą całość. Widział pęknięcia – miejsca, gdzie nić świata została wyrwana zbyt gwałtowną, bezlitosną siłą. Widział ślady Analesha. Jego dotyk był wszędzie: gładki, precyzyjny, okrutnie cierpliwy. Poczuł coś jeszcze – ogień. Obecność Tersy była najświeższym śladem, lecz przypominała rozżarzony gwóźdź wbity w sam środek tej rany. Czuł jej gniew, jej żal, jej desperacką miłość, która nie potrafiła już być niczym innym, jak tylko zniszczeniem.

– Rozumiem – wyszeptał Nikolai, a łzy napłynęły mu do oczu, choć nie spostrzegł momentu, w którym zaczęły płynąć – Tak mi przykro…

Astralna nić zalśniła żywym srebrem w jego dłoniach. Zaczął zaszywać ranę świata. Magia wokół jego palców wykonywała precyzyjną, chirurgiczną wręcz operację na rozdarciu, do momentu, aż Zasłona zadrżała gwałtownie. Gdzieś w jej wnętrzu coś poruszyło się ciężko. Jakieś złowieszcze, nieskończenie czujne spojrzenie skierowało się prosto w jego stronę. Poczuł Analesha. I Tersę. Wyczuli go. Nikolai wiedział, że nie ma wiele czasu. Ponaglił drżące dłonie i desperacko kontynuował splatanie nici. Każdy ruch ręką był osobną decyzją. Aktem czystej woli. A każde pociągnięcie niosło ból – nie fizyczny, lecz głębszy, duchowy, jakby za każdym razem musiał oderwać kawałek własnej esencji i wpleść go w ranę świata.

– Zostań – powiedział do Zasłony. – Jeszcze chwilę wytrzymaj.

Zasłona odpowiedziała potężnym spazmem. Była o krok od wybuchu. Nikolai wstrzymał oddech.

***

Błoto było rozdeptane, jakby przebiegło przez nie stado bydła. Kruczycień stał pośrodku drogi, ciężko oddychając. Dłonie drżały mu jeszcze od wysiłku, a runy na drągu dogasały powoli, jak węgle przykryte popiołem. Wokół niego leżeli ludzie – dwa tuziny, może więcej, porozrzucanych bez ładu, z twarzami w błocie. Oddychali. Wszyscy. Niektórzy jęczeli cicho, inni byli zupełnie nieruchomi i niemi. Żyli. To było najważniejsze. Pochodnie dogasały, powbijane w ziemię jak płonące kości. Gniew, który jeszcze chwilę temu wrzał w powietrzu, opadł, ale nie zniknął, raczej cofnął się i chwilowo zmalał, jak fala przed kolejnym uderzeniem. Kruczycień oparł się ciężko na drągu. I właśnie wtedy to poczuł tę subtelną zmianę napięcia, którą tylko Scaleni potrafili określić i nazwać. Zrozumiał, że ktoś właśnie pociągnął za nić rozciągniętą przez całą wieś. Przez całą rozgwieżdżoną noc. Przez oba światy. Zasłona zaczęła się domykać. Serce Kruczycienia zabiło mocniej.

– Nikolai… – wyszeptał w półuśmiechu, czując dumę z własnego ucznia – tak trzymaj, młotku!

Poczuł go natychmiast oraz jego astralną nić, prowadzoną być może zbyt powolnie, nierówno, boleśnie, ale skutecznie. Jego uczeń zaszywał Zasłonę. A skoro tak, to czas przestał być sprzymierzeńcem. Kruczycień wyprostował się gwałtownie. Rozejrzał się po nieprzytomnych wieśniakach, po ciemnych domach, po niebie, które zdawało się zbyt niskie.

– Nie zdążysz – powiedział cicho – zaraz to wyczują. I za chwilę tam będą.

Uniósł drąg i uderzył nim w ziemię raz jeszcze. Runy zapłonęły nagle, tym razem ostrym, zimnym światłem, a ciemnofioletowa aura wokół niego rozbłysła potężnie. Kruczycień zaczął mówić półgłosem, szybko i starannie dobierając słowa, jakby układał pułapkę z sylab. Zaklęcie spętania. Powietrze zgęstniało. Cienie pochodni wygięły się nienaturalnie, jakby coś pociągnęło je ku środkowi fioletowego kręgu. Kruczycień zacisnął dłonie kończąc inkantancje.

– Przybądź, Terso.

Nie wezwał jej imienia głośno. Nie musiał. Odpowiedź jednak przyszła za szybko i zbyt gwałtownie. Krąg cienia eksplodował, a powietrze pękło jak przegrzana blacha. Z ziemi wyrwał się żar, który zaczął przybierać coraz bardziej materialną formę. Na początku to był tylko gęsty dym, zawinięty w popiół i coś, co przypominało spalone włosy – kobiece włosy – by za chwilę, już w pełni się materializując, przywdziać postać kobiety ubranej w zbroję z płomieni. Górowała niemal dwukrotnie nad Kruczycieniem, z jej oczodołów błyskały jęzory ognia, a w nienaturalnie długich szponach trzymała ogniste, ząbkowane ostrze. 

– CO!? – Duch ognia wyglądał na mocno zdezorientowanego. – COŚ TY UCZYNIŁ!? – krzyk przeszedł przez wieś jak fala uderzeniowa. – IVRA!

Wieśniacy zdawali się powoli wracać do swoich zmysłów. Gdy nagle zdali sobie sprawę z tego co się właściwie stało, część z nich zaczęła krzyczeć w obłędzie, inni padali omdlali na ziemię, a jeszcze inni – tych było zdecydowanie mniej – stali i wpatrywali się w makabryczny obraz ducha gniewu. Kruczycień cofnął się o pół kroku, ale nie opuścił drągu.

– Ivra wciąż żyje – powiedział stanowczo. – Ale jeśli tego nie przerwiemy, zginie. Razem z Zasłoną. A tym samym stanie się na wieki własnością Analesha.

Tersa zawyła. Dźwięk był tak przejmujący, że kilku leżących wieśniaków poruszyło się niespokojnie pomimo stanu katatonii.

– KŁAMIESZ – wysyczała. – SAME KŁAMSTWA! ON ODEBRAŁ MI JĄ! A JA! BĘDĘ JĄ CHRONIĆ!

Rzuciła się ku niemu jak burza. Kruczycień zareagował instynktownie. Drąg uderzył w ziemię, a między nimi zapłonęła bariera – cienka, drgająca, ledwie utrzymująca kształt. Tersa uderzyła w nią z furią swego ostrza, a światło rozbłysło jak pękające szkło.

– Ty nic nie chronisz! Ty już tylko niszczysz! Nie widzisz tego! – krzyczał w desperacji, próbując słowami przekonać ducha gniewu, doskonale jednak wiedząc, jak karkołomny był to wysiłek. – Wypalasz Zasłonę, Terso! – mimo wszystko próbował dalej. – Jedyną tarczę jaka ją jeszcze chroni przed Analeshem!

– ANALESHOUNANALAR! – wrzasnęła. – CZUJĘ GO. CZUJĘ, JAK SIĘ OD NIEJ ZBLIŻA! NIE POZWOLĘ CI MNIE WIĘZIĆ!

Kruczycień zbladł. Ale nie dlatego, że właśnie poznał pełne imię Nasirri – on doskonale ją rozumiał. W pewien sposób robił właśnie to samo dla Nikolaia, którego chciał chronić za wszelką cenę.

– Nie puszczę cię do Zasłony. – powiedział bardzo powoli cedząc każde słowo. – Przykro mi, ale musi zostać wreszcie domknięta. Mój uczeń tam jest. Sam. I nie pozwolę, aby przepadł w twoich płomieniach…

Tersa zawahała się, lecz nie na długo.

– Nie – wyszeptała nagle, a jej głos na moment przestał być wrzaskiem. Stał się niski, chrapliwy, nieludzko spokojny. – Nie zatrzymasz matki.

Bariera zaklęcia spętania zadrżała. Tersa nie uderzyła w nią frontalnie. Zamiast tego rozpłynęła się, jakby jej ciało na chwilę przestało być jednym kształtem. Ogień, popiół i dym rozlały się po ziemi, wsunęły pod runy, wpełzły w szczeliny bariery jak żywe. Kruczycień poczuł to natychmiast.

– Nie pozwolę ci… – wyrwało mu się, gdy zaklęcie zaczęło tracić spójność.

Tersa przeszła jednak przez barierę. W mgnieniu oka jej dłoń – jeśli można było to tak nazwać – uformowała się tuż przy jego piersi, próbując wyszarpnąć mu serce, najpewniej razem z resztą korpusu. Niemniej jednak Kruczycień zdołał uskoczyć w ostatnim możliwym momencie, lecz piekielny żar i tak przeszył go jak rozpalona do białości błyskawica z płomieni. Upadł na jedno kolano, drąg wbił się w ziemię, rozpryskując błoto. Duch ognia uwolnił się z jego bariery, ale czar materializujący jego istotę, dalej był w mocy, uniemożliwiając mu powrót do Myślosnu. Spalone na wiór ciało Tersy, szarpało się tak, jakby coś próbowało je rozerwać od środka. Wokół niej powietrze falowało wściekłym pomarańczem, trawa czerniała, a pochodnie gasły jedna po drugiej, jakby wstydziły się własnego ognia.

– ON IDZIE – wyszeptała. – SUNIE DO RANY ŚWIATA JAK GŁODNY ROBAK – ucichła, by za chwilę niemal powalić Kruczycienia swym krzykiem. – A TY MNIE TU TRZYMASZ!?

Kruczycień wstał chwiejnie. Krew ciekła mu z nosa, gęsta i ciemna w świetle trawiących Tersę płomieni. 

– Trzymam cię – powiedział przez zaciśnięte zęby – bo jeśli pójdziesz, to mój uczeń zginie. A wtedy już nikt nie uratuje Ivry.

Tersa zawyła z nienawiści i rzuciła się na niego ponownie. Tym razem nie było bariery. Kruczycień obrócił drąg, runy zapłonęły oślepiającym światłem, a powietrze między nimi eksplodowało falą czystej siły. Tersa została odrzucona o kilka kroków, jej postać rozpadła się i złożyła na nowo, bardziej niestabilna, jeszcze bardziej wściekła.

– WALCZYSZ ZE MNĄ?! – syknęła. – JA JESTEM MATKĄ!

I wtedy uderzyła naprawdę. Jej gniew przestał być chaotyczny. Stał się precyzyjny. Każdy atak był jak instynkt. Działa szybko, bez wahania i bez myśli o sobie. Jak zwierzę broniące młodego. Kruczycień ledwo nadążał z obroną. Odbijał wściekłe ciosy swym drągiem starając się trzymać Tersę na dystans. musiał kupić uczniowi jak najwięcej czasu. Wykonał unik przed nadlatującym, ognistym pociskiem wystrzelonym z jej ust, a następnie znów się cofnął pilnując odległości od jej ostrza i szponów. Jednak tym razem szczęście go opuściło, potknął się o ciało jednego z wieśniaków, a wtedy nadleciał kolejny płomienny grot. Nie zdążył uniknąć ognia. Poczuł, jak pocisk rozcina mu ramię, paląc je przy tym dotkliwie. Ból był realny. I blizna, która zostanie również będzie.

– Terso! – krzyknął. – Jeśli nie domkniemy zasłony, a knot w świecy Ivry się wypali, jej ciało umrze. Wtedy jej esencja trafi do dominium Analesha. Tam już nigdy nie odnajdziesz swojej córki. Zostaniesz tu sama i staniesz się tylko ślepym gniewem. Bólem, którego nigdy nie zaleczysz. Odstąp. Przyjmij swoją tragiczną śmierć i to co się stało. Obronimy twą córkę. Przysięgam ci na wszystko co jest mi drogie!

Na moment jej ruchy zwolniły, a nagle coś błysnęło. Zasłona zadrżała ponownie. Kruczycień poczuł to jak skurcz w żołądku.

– Nikolai… – wyszeptał.

Tersa odwróciła głowę w stronę Myślosnu. Jej oczy zapłonęły jaśniej.

– ZA PÓŹNO! – Wyła niemalże płaczliwie. – ON JUŻ TAM JEST!

Kruczycień wiedział jedno. Jeśli teraz ją puści – ona na pewno szybciej dotrze do rozdarcia zasłony gdzie znajdował się jego uczeń. Myślosen stał się dla niej naturalnym domem. Jeśli będzie ją dalej wiązać – może ją złamać… albo zginąć próbując. Ale przynajmniej da szansę Nikolaiowi. Zacisnął dłonie na drągu.

– Wybacz mi – powiedział cicho.

Kruczycień zacieśnił zaklęcie resztą swych sił. Runy zapłonęły bielą tak jasną, że noc cofnęła się o krok. Tersa zawyła, jej postać zaczęła się rwać, rozciągać, jakby ktoś próbował rozszarpać ją na dwa światy jednocześnie.

– NIE ZATRZYMASZ MNIE – krzyczała. – MATKA ZAWSZE ZNAJDZIE DROGĘ.

Kruczycień poczuł, jak kolana uginają mu się pod ciężarem mocy, którą trzymał na uwięzi.

– Obyś się myliła – wyszeptał.

***

Zasłona pulsowała szaleńczo jak kokon tuż przed pęknięciem. Każde pociągnięcie nici bolało Nikolaia bardziej niż poprzednie. Osnowa Myślosnu drżała, szarpała się, rozciągała pod jego dłońmi, jakby przerażona. Wydawała się wyczuwać coś, co nadchodziło z morderczym pędem. Czas w umyśle młodzieńca zaczął się kurczyć i rwać, nie pozwalając mu czuć nic więcej ponad „tu i teraz”. Przez chwilę się nad tym zastanawiał, ale szybko porzucił te myśli, gdyż wyczuł to, czego się obawiał najbardziej – pędzącego w jego kierunku Analesha. Nasirri był jeszcze daleko, ale poruszał się szybko w jego stronę. Zdecydowanie zbyt szybko. Jego nadciągająca obecność zdawała się Nikolaiowi chłodnym cieniem sunącym po krawędziach Myślosnu. Precyzyjny. Skupiony. Wiecznie głodny.

– Muszę się pośpieszyć… zanim nie będzie już komu zaszyć Rozdarcia – pomyślał gorzko, gotując się w coraz silniejszym niepokoju.

– Nikolai – głos przyszedł zza niego. Zamarł. Nić świata zadrżała w jego dłoniach, ale jej nie puścił. Oddychał płytko, jakby najmniejszy ruch mógł wszystko zerwać.

– Nie odwracaj się – powiedział głos łagodnie. – Zaszywaj ile tylko masz sił w palcach. Pająk zaraz tu będzie.

– Janus? – wyszeptał, poczuwszy nagły przypływ sił.

– Jestem – odparł duch spokojnie. – Ale nie jestem tu sam.

Nikolai wyczuł ją od razu, zanim się odezwała. Jakby zawsze znał jej zapach.

– Dziękuję – powiedziała Ivra, kładąc swoją dłoń na jego ramieniu.

Jej głos nie należał już do umęczonego ciała, które pamiętał z jawy. Nie drżał. Nie był złamany. Był nieskazitelnie czysty. Jakby pogodzony ze sobą.

– Nie wiem, czy robię to dobrze – wyszeptał Nikolai. – Zasłona się broni. A Analesh jest blisko.

– Wiem – odpowiedziała. – Czuję go.

Jej dłoń ścisnęła mocniej jego ramię.

– Dlatego musisz mnie wysłuchać. Teraz.

Nić splotu drgnęła gwałtownie.

– Ivra… – zaczął.

– Jestem zmęczona – przerwała mu cicho. – Tym ciałem. Duchem. Tą niekończącą się walką o mnie, w której nigdy nie miałam głosu.

Zasłona zabiła mocniej.

– Nie uda ci się jej zamknąć… – mówiła dalej – nie posiadasz takiej mocy. Spaczenie Zasłony jest zbyt duże. Ale jeśli zrobimy to razem?

Zadrżał.

– Co proponujesz? – zapytał, choć czuł, że już znał odpowiedź.

Ivra gładziła go lekko i łagodnie po karku jak ukochanego. Następnie stanęła przed nim. Nie była już dziewczyną z krwi i kości. Była zarysem. Światłem o kształcie wspomnienia. Jej oczy lśniły zgodą i spokojem.

– Pozwól mi odejść – wyszeptała mu do ucha niemal błagalnym tonem. – Ale nie do światła. Pozwól mi zostać z tobą. Pomogę ci. Chcę doświadczyć jeszcze tego świata… twymi oczami. Nie wiem dlaczego, lecz pragnę być przy tobie. Pragnę tego od kiedy tylko wyczułam cię w wiosce. Może właśnie po to się urodziłam i cierpiałam? Aby być razem z tobą? By zrobić coś, co uratuje nas wszystkich. 

Nikolaiowi zdawało się, że na moment wszystko ucichło.

– Jesteś Naczyniem, a ja chcę być twoją zawartością, twym pierwszym duchem – wyszeptała. – Twoją kotwicą. Twoją siłą i tarczą. Jeśli mnie przyjmiesz… domkniemy Zasłonę. Razem.

Poczuł, jak coś w nim pęka.

– To znaczy… – głos mu się załamał.

– Że moje ciało umrze – dokończyła łagodnie. – Lecz moja dusza będzie bezpieczna. Poza jego zasięgiem. Poza gniewem mojej matki.

Zasłona zadrżała gwałtownie. Myślosen zafalował.

– On nadchodzi – powiedział Janus. – Masz chwilę. Nie więcej.

Nikolai spojrzał na nić splotu w swoich dłoniach. Na ranę, która krwawiła sączącą się ropą. I na dziewczynę, która już wybrała.

– Jeśli to zrobię… – wyszeptał –… nie ma odwrotu.

Ivra uśmiechnęła się słabo.

– Dla mnie od dawna go już nie było.

I wtedy Myślosen pociemniał. Z daleka nadszedł chłód i ciemność tak doskonała, że gasiła wszystko po drodze. Przestrzeń przed nimi zaczęła się prostować, jakby ktoś porządkował ją samą swoją obecnością.

– Jakie wzruszające – odezwał się głos Analesha. – Cóż za dramat. Zawiodłaś mnie, moja miła. Taka zdrada?

Cień padł na Zasłonę. Analesh w postaci wielkiego pająka utkanego z cieni zbliżał się do nich powoli i pozornie niedbale, niczym łowca, który wiedział, że złapał swoją ofiarę. Upiorna porcelanowa maska wpatrywała się w nich, a z miejsca, w którym miała oczy wyziewały czarne opary gęstego dymu.

– Zdecyduj się, Scalony – Nasirri pośpieszył chłopaka. – Zanim to ja zdecyduję za ciebie.

Nikolai zamknął oczy. I skinął głową, lecz nie z przekonania, a z brutalnej konieczności. W tej samej chwili Splot Myślosnu zadrżał gwałtownie, jakby już wiedział jaka będzie decyzja. Analesh uśmiechnął się szerzej.

– Och… – mruknął. – Więc jednak. Jakież to ludzkie. Nie różnisz się niczym od Domorada. Poświęcisz ją, aby przetrwać. Nie pozwolę ci. Nie zdążysz! Ona jest moja!

Ruszył błyskawicznie w ich stronę, a przestrzeń skracała się przed nim niczym szyta na jego miarę. Jego obecność wysysała ciepło z powietrza, a Myślosen wokół zaczynał się prostować, wygładzać, podporządkowywać jego ruchom.

– Za późno – wyszeptała Ivra. – Już nigdy więcej mnie nie dotkniesz.

Uniósła dłoń do twarzy Nikolaia, po raz ostatni gładząc jego policzek. Gest był prosty. Cichy. Był pożegnaniem z ostatnimi cząstkami człowieczeństwa, które chciała spędzić na dotyku ciała, którym się nie brzydziła. Ostatnimi tchnieniami jakie kiedykolwiek będzie czuła jako tylko i wyłącznie Ivra. Jej cielesna powłoka poczęła zanikać, ale zdobyła się jeszcze na potężną emanację swej ostatniej woli. Nagle powietrze przed nimi zamarzło w masę grubą, półprzezroczystą i ciężką jak sam lodowiec. Analesh zatrzymał się gwałtownie, jakby nie wierząc w to, co widzi. Jego odnóża szaleńczo drapały lodową ścianę, uderzając raz za razem z coraz większą siłą i gniewem. Na porcelanowo gładkiej powierzchni, zaczęły się już pojawiać czarne pęknięcia.

– Ivra… – powiedział z czymś na kształt rozczarowania. – Naprawdę myślisz, że możesz się przede mną schować?

– Nie – odpowiedziała spokojnie. – Ale mogę kupić mu czas.

Odwróciła się do Nikolaia. Była blisko. Tak blisko, że poczuł jej zapach i dotyk na skórze.

– Od teraz będziemy razem. – powiedziała łagodnie, ale stanowczo.

Położyła dłoń na jego piersi, tam, gdzie pod skórą pulsował Kamień Scalenia – dotąd martwy, zimny, który był bardziej symbolem niż narzędziem.

– Przyjmij mnie – wyszeptała.

Nikolai zamknął oczy na krótki moment, jakby dalej walczył z decyzją Ivry. Gdy uniósł powieki, łzy już wypełniały jego oczy po same brzegii. 

– Przyjmuję – powiedział w końcu.

Wtedy Ivra rozpłynęła się. Nie wybuchła. Nie krzyczała też z bólu w agonii. Rozsypała się na tysiące drobnych, świetlistych drobin – jak popiół, który zapomniał, że był ogniem. Strumień jej esencji popłynął ku niemu, wnikając w Kamień Scalenia umiejscowiony na jego piersi, tuż nad sercem. Ból był natychmiastowy. Nie fizyczny – egzystencjalny. Jakby ktoś wcisnął mu do piersi obce serce i kazał oddychać jego rytmem. Jakby wspomnienia, emocje, lęki i zmęczenie Ivry przeszły przez niego jednym gwałtownym ruchem. Krzyknął z szoku i mentalnego bólu, a jego kamień zapłonął nowym, potężnym światłem. Nikolai stał się prawdziwym Scalonym. Lód przed nim i Janusem zaczął pękać. Analesh uderzył w barierę całą swoją wolą.

– ZNAJDĘ CIĘ! – ryknął w gniewie, którego Nasirri nie czuł od eonów. – W KAŻDYM ŚWIECIE! I W KAŻDYM ŚNIE! ODDASZ MI JĄ!

Nikolai odwrócił się plecami do demona. Całą swoją uwagę skierował na Zasłonę. Już nie był sam. Czuł Ivrę jakby byli jedną pełnią. Jej siła nie była gniewem jak u jej matki. Była zimną rezygnacją, która przestała być słabością. Nić splotu wreszcie odpowiedziała. Prowadził ją szybciej. Pewniej. Każde pociągnięcie było ciężkie, ale już go nie łamało.

– NIE WAŻ SIĘ! – krzyknął Analesh, gdy lód eksplodował w tysiące odłamków.

Był o krok. Zasłona domykała się. Myślosen zawył. Nikolai wyciągnął dłonie i wykonał ostatni ruch wieńczący jego decyzję. Zasłona została uleczona i zasklepiła się z głuchym, mokrym dźwiękiem. Świat wokół zatrząsł się, po czym zaczął się prostować, uspokajając i przybierając nową twarz, zrzucając starą niczym zużyty, niechciany już płaszcz. Twarz utkaną z lodu. 

Pogrążony w furii Analesh został odrzucony wstecz.

– TO NIE JEST KONIEC! – wrzeszczał, cofając się w głąb otchłani, która wsysała go bezlitośnie. – NIKOLAI! ZAPAMIĘTAJ MNIE!

Portal pochłonął całkowicie Analesha z powrotem do jego domeny. Cisza spadła nagle. Nikolai osunął się na kolana. Oddech miał ciężki, lecz kamień na jego piersi pulsował spokojnie. Czuł żal. Czuł stratę. Ale czuł też… jej obecność.

– Jestem – powiedziała Ivra w jego wnętrzu. – I już się nie boję.

Janus uklęknął obok niego.

– Już po wszystkim – powiedział. – Zrobiłeś to.

Nikolai nie odpowiedział. Patrzył uważnie w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą sączyła się rana świata. Już jej tam nie widział, nawet najmniejszego śladu. Wydawać by się mogło, że nigdy jej tam nie było. Lecz Nikolai dobrze wiedział, że w jego pamięci widok chorej i zgniłej od mroku Analesha Zasłony, pozostanie z nim do końca jego dni.

***

Ostatni błysk zaklęcia Kruczycienia prysł, a raczej eksplodował. Tersa wyrwała się ze spętania z rykiem, który przeszedł przez wieś jak uderzenie młota w dzwon. Ziemia rozwarła się pod jej stopami, a z rozdarcia wystrzeliła fala ognia – szeroka, dzika i niekontrolowana. Kruczycień zdążył tylko unieść drąg.

– Szlag, nie… Jeszcze nie – motywował się w duchu, próbując ustać na zwiotczałych z wycieńczenia nogach.

Bariera magii, którą wzniósł resztkami swej woli, zapłonęła przed nim jak półprzezroczysta tarcza, a fala ognia rozlała się na boki. Kilku wieśniaków, jeszcze przed chwilą nieprzytomnych, zostało pochłoniętych przez żar. Drewno pochodni zajęło się natychmiast. Słoma. Odzież. Skóra. Zapach palonego mięsa uderzył w nozdrza Kruczycienia tak mocno, że na moment stracił oddech. Ogień cofnął się równie gwałtownie, jak uderzył. Na drodze w mgnieniu oka zostały czarne, zwęglone kształty. Nieruchome. Bez śladu życia. Kruczycień zachwiał się.

– Nie… nie tak… – wyszeptał, nie mogąc uwierzyć w tę makabrę.

Kolejny raz popłynęła mu krew z nosa, lecz tym razem strumieniem. Spływała po brodzie, kapiąc w wydeptane błoto. Tersa stała pośrodku zniszczenia. Była większa niż wcześniej. Mniej ludzka – bardziej przypominała bryłę żelaza. Jej płomień nie falował już chaotycznie – ustabilizował się, stał się gęsty, ciężki, jakby gniew znalazł w końcu kierunek.

– ZAMKNIĘTA – wychrypiała Tersa. – CZUJĘ TO.

Kruczycień wyprostował się z wysiłkiem, opierając ciężar ciała na drągu.

– Terso… – zaczął.

– ONA NIE ŻYJE.

Słowa spadły jak kamienie.

– RANA ŚWIATA JEST ULECZONA. A MOJE DZIECKO ZNIKNĘŁO!

Jej płomień zapulsował. Drąg zderzył się z jej ciosem z hukiem, który rozniósł się po wiosce jak potężny grzmot. Magia Kruczycienia znów wybuchła wokół niego półkolistą barierą, ale płomień Tersy przegryzał się przez nią jak przez pergamin, przypalając boleśnie jego ciało. Runy na drągu gasły i zapalały się na nowo, pękając wzdłuż krawędzi od zadawanych ciosów.

– Terso! – krzyknął, cofając się o krok. – Posłuchaj mnie!

– DOŚĆ SŁÓW – wrzasnęła. – DOŚĆ WASZYCH ZAKLĘĆ. ODEBRAŁEŚ MI DZIECKO!

Jej uderzenie rzuciło go w bok. Upadł na kolano, a błoto i popiół wbiły się w szaty. Drąg zadrżał w jego dłoniach, runy zapłonęły ostatnim, desperackim światłem.

– Nie odebraliśmy jej – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Chroniliśmy ją tak, jak mogliśmy. Jest w końcu wolna od Analesha. Dołącz do niej i odejdźcie razem w świetlisty korytarz.

Ogień odpowiedział mu śmiechem. Tersa uniósła ręce, a powietrze wokół zaczęło się skręcać, gęstnieć. Żar był taki, że kilku stojących dalej wieśniaków cofnęło się instynktownie, zasłaniając twarze. I właśnie w tym momencie, gdy świat miał utonąć w ogniu, powietrze przeszył czysty, chłodny dźwięk:

– Mamo.

Głos pojawił się znikąd, był cichy, lecz wystarczający. Ogień Tersy zadrżał, a ona sama znieruchomiała.

– Ivra? – głos już nie krzyczał, a po raz pierwszy zabrzmiał jak ludzki.

Między nimi, tuż nad ziemią, pojawiło się blade, zimne światło – delikatne, chłodne, jak blask księżyca. Niedaleko pod jednym z drzew stał Nikolai, wraz z wiernym mastifem u boku. Uczeń kiwnął mistrzowi porozumiewawczo.

– Już po wszystkim, mamusiu – powiedział duch łagodnie. – Rana świata już nie choruje.

Tersa cofnęła się o krok.

– Nie… – jej płomień zadrżał. – Jeszcze mogę cię chronić… Mogę…

– Już nie musisz – przerwała jej Ivra. – Analesh nie ma do mnie dostępu. A teraz mam nowego obrońcę.

– Córeczko… Tak mi żal.

– Wiem, mamo. Ale jestem już zmęczona. Tą walką. Tym bólem. – Uśmiechnęła się słabo. – Kocham cię. Zawsze będę kochała. Ale teraz… pozwól mi w końcu odejść. Abyś i ty mogła zaznać spokoju, na który zasłużyłaś jak nikt inny.

Tersa drżała. Jej postać zaczęła się kruszyć, płomień przygasał, zmieniał barwę z gniewnej czerwieni w przytłumiony pomarańcz.

– Spotkamy się jeszcze kiedyś – dodała Ivra. – Wiem o tym.

Zapadła cisza. Tersa wydała z siebie długi, łamiący się dźwięk – coś pomiędzy szlochem a westchnieniem ulgi. Ogień osunął się ku ziemi, jakby nagle zabrakło mu powodu, by płonąć.

– Wybacz, córeczko… – wyszeptała. – Nie umiałam inaczej.

Jej forma rozpadła się powoli, bez eksplozji i bez wcześniejszego gniewu. Żar po prostu zgasł, pozostawiając po sobie tylko ciepło w ziemi i zapach spalonego piasku. Światło Ivry również przygasło, by po chwili rozpłynąć się całkowicie. Kruczycień opuścił drąg. Oddychał ciężko. Dopiero teraz usłyszał pospieszne kroki. Janus nadbiegł pierwszy. Był zdyszany, roztrzęsiony, oczy miał szeroko otwarte, rozbiegane, ale radosne. Tuż za nim Domorad i Aldus. Janus sprawiał wrażenie kogoś dojrzalszego i bardziej obecnego niż wcześniej. Zatrzymał się obok ojca i chwycił go za rękaw jak miał w zwyczaju.

– Janus… – Domorad, który pojawił się przed chwilą był blady jak kreda. Spojrzał na pustą drogę, na ślady walki, na zwęglone i wykręcone w agonii ciała. – Do czego ja doprowadziłem…

Kruczycień spojrzał na niego długo spod brwi.

– Koniec końców… do prawdy – odpowiedział mu łamiącym się z wyczerpania głosem. – I jej ceny.

W oddali, w półmroku, stali wieśniacy. Nie krzyczeli. Nie ruszali się. Patrzyli na siebie nawzajem, na widły w dłoniach, na pochodnie, które dogasały. W ich oczach nie było już gniewu. Tylko wstyd. I strach przed tym, co mogli byli zrobić. Noc zaczęła się cofać przed nieśmiałym, lecz utęsknionym od wieków wschodem słońca. Dookoła trwała cisza. Nikt nie mówił. Wszyscy patrzyli na zwęglone ciała. Na drąg w dłoniach Kruczycienia. Nikolai przypatrywał się wszystkiemu z oddali, z Kamieniem Scalenia bijącym w piersi nowym rytmem, którego dopiero się uczył. Ivra była z nim. Czuł ją tak, jak czuje każdy ze swoich palców. Wioska została ocalona, ale już nigdy nie będzie niewinna. Ale czy kiedykolwiek była? Pierwsze promienie słońca wyjrzały zza chmur otulając swym ciepłem każdego bez wyjątku. Nikolai podszedł do reszty i pomógł wstać z ziemi swojemu mistrzowi. W tym samym momencie wielkie, ciężkie cielsko Smoły runęło prosto na nich. Mastif, nie rozumiejąc powagi sytuacji, a jedynie ciesząc się, że koszmar minął, oblizał całą twarz Kruczycienia gorącym, wilgotnym jęzorem, powalając starego mistrza z powrotem w błoto.

– Coś mocno cię słońce złapało tej jesiennej nocy, mistrzu. A ja zawsze myślałem, że jednak wolisz mrok. – spojrzał mu w oczy i mimo, że dalej nie potrafił powściągnąć języka, to musiał przyznać przed samym sobą, że nigdy tak się nie cieszył z widoku twarzy Kruczycienia.

– Heh – Kruczycień zaśmiał się gorzko. – Bardzo śmieszne, młotku. Gdybyś władał swą mocą tak jak swym jęzorem, to szybciej zamknąłbyś zasłonę i może poszłoby nam sprawniej.

– Bohater zawsze pojawia się w ostatniej chwili, czyż nie? – dokończył uśmiechając się i siląc się na żart, ale wcale nie było mu teraz do śmiechu.

Po chwili milczenia Kruczycień odezwał się:

– A tak już całkiem poważnie, co się tam wydarzyło?

Nikolai spoglądał w dal wydając się być nieobecny 

– Ta zasłona była… chora. Bardzo chora – powiedział w końcu. – Nie tylko rozdarta. Ropiała zgnilizną Analesha, a ja nigdy nie byłbym w stanie jej zamknąć gdyby nie Ivra.

Kruczycień słuchał w milczeniu, stojąc obok, oparty na drągu. Jego twarz była blada, zmęczona, ale uważna.

– Zdecydowała, że zamieszka w moim kamieniu. Pomogła mi domknąć zasłonę w ostatnim momencie – ciągnął Nikolai. – Zrobiła to kosztem siebie… To jej należą się pochwały.

Młodzieniec dalej wpatrywał się przed siebie nieobecnym wzrokiem.

– Analesh próbował mnie oderwać od nici – dodał po chwili. – Ale nie zdołał, tylko dzięki jej poświęceniu Kiedy zaszyłem zasłonę portal wciągnął Nasirriego z powrotem do jego więziennej domeny, daleko poza granice Myślosnu.

Kruczycień skinął głową zastanawiając się nad słowami ucznia.

– Pycha kosztuje najwięcej – mruknął Kruczycień. – Pozwolił sobie na luksus przemówień, a czas w Myślośnie to waluta, której kursu demony wciąż nie potrafią pojąć. – Spojrzał na Nikolaia uważniej. Dłużej. – Nie jesteś już uczniem – dodał bez cienia ironi. – Najpierw przyjął cię Kamień Scalenia. A teraz duch sam wybrał ciebie jako swe naczynie.

Nikolai odruchowo położył dłoń na piersi.

– Ona… jest spokojna – powiedział cicho. – Nie ciąży. Nie naciska. Jakby… czuwała.

– To rzadkość. Jeśli nie animozja… – odparł Kruczycień. – Większość Naczyń nosi w sobie duchy, które ich nienawidzą i tolerują tylko dlatego, że mogą przez nich działać i doświadczać planu materialnego. Ale czekają tylko na słabość. Na potknięcie. Na moment, gdy pęknie wola. – Spojrzał w stronę wioski po czym mówił dalej. – Ty nosisz ducha, który sam cię wybrał. To dar. I brzemię. Nie zmarnuj go.

Nie było w jego słowach dumy, która miałaby na celu połechtanie ego Nikolaia. Była odpowiedzialność, a jego uczeń zrozumiał to doskonale. Wieśniacy nie podchodzili do nich. Stali w oddali, zebrani w małych grupkach, patrząc raz na zwęgloną ziemię, raz na Kruczycienia i Nikolaia, jakby bali się, że każde słowo może znów coś obudzić. W końcu zaczęli się rozchodzić. Bez pożegnań. Bez pytań. Drzwi domów zamykały się jedne po drugich, tak, jakby cała wieś chciała zapomnieć, że kiedykolwiek wyszła z nich, z widłami i pochodniami. Ale przede wszystkim cała wieś pragnęła snu. Prawdziwego i bez koszmarów Analesha. Domorad jednak stał nieruchomo, z twarzą zwróconą ku miejscu, gdzie wcześniej płonął ogień. Janus trzymał go za fragment płaszcza wpatrując się pusto w ziemię, a obok stał leciwy Aldus – dalej z kuszą w dłoniach – który od tego co widział postarzał się ładnych parę lat dodając nowe pasemka siwizny na przerzedonych włosach. Wójt spojrzał na Kruczycienia i Nikolaia, parę razy próbował coś powiedzieć, ale za każdym razem przerywał, jakby słowa nie były w stanie opisać tego co czuje.

– Wiedziałem – powiedział w końcu. – Gdzieś w środku… wiedziałem, że to się tak skończy.

Głos mu się załamał, ale nie zapłakał.

– A jednak… – wziął głęboki oddech – … to dobrze, że to już koniec.

Wójt stał przez chwilę w milczeniu, jakby zbierał się na odwagę. W końcu spojrzał na Nikolaia. Nie na Kruczycienia. Właśnie na niego.

– Powiedz mi… – zaczął cicho. – Jak ona się trzyma? Jak się czuje? Czy jej ból… ustał?

Nikolai zesztywniał. To pytanie było miękkie. Troskliwe. I właśnie dlatego zabolało.

– Dobrze – odparł krótko.

Domorad skinął głową, jakby ta odpowiedź przyniosła mu ulgę.

– To… to dobrze. – Przełknął ślinę. – Czy ona… Czy w końcu odczuwa spokój?

Nikolai zacisnął szczękę.

Teraz? – pomyślał. Teraz chcesz być ojcem?

– Jest martwa – odparł chłodno. – To zwykle pomaga w osiągnięciu spokoju.

Domorad drgnął, jakby dostał policzek. Aldus poruszył się niespokojnie, ale nic nie powiedział. Janus wpatrywał się w ziemię.

– Wiem – wyszeptał Domorad. – Wiem, że nie mam prawa pytać. Ale… ona była wszystkim, co mi zostało.

Nikolai parsknął cicho.

– A wcześniej czym była?

Domorad uniósł na niego wzrok. Nie było w nim gniewu. Tylko zmęczenie i coś, co przypominało wstyd.

– Byłem słaby – powiedział. – Bałem się. O majątek. O wioskę. O siebie. Potem o nią. Próbowałem walczyć. Mimo to on zawsze wygrywał. Ja… często wyjeżdżałem, byle tylko jej nie krzywdzić – zawahał się. – Gdybym tylko mógł zmienić to co się stało. Gdybym tylko mógł nie widzieć tego co widziałem, i nie czuć tego, co czułem tak długo…

Nikolai poczuł, jak wzbiera w nim żółć. On wciąż myśli tylko o własnym cierpieniu – przemknęło mu przez głowę. Gniew i obrzydzenie już miały eksplodować mu z gardła, gdy nagle poczuł w piersi coś jeszcze. Cichy, uporczywy, chłodny nacisk. To nie były jego emocje. To była Ivra. I jej niema prośba o odpuszczenie.

– Ona nie potrzebuje twoich wyjaśnień – powiedział ostro, nie mogąc się pogodzić z emocjami Ivry w sobie. – Poza tym i tak jej nie usłyszysz, a nawet gdyby… – urwał.

Domorad zrobił krok bliżej. Ostrożnie. Jakby bał się, że każdy gwałtowniejszy ruch coś zniszczy.

– A ty? – zapytał. – Ty ją słyszysz?

To pytanie nie było puste, tym razem było szczere. On naprawdę chciał wiedzieć i to było najbardziej bolesne. Nikolai zamarł.

– Czasami słyszę – przyznał po chwili. – Ale nie mówi tego, co ty chciałbyś usłyszeć.

– A co mówi?

Nikolai spojrzał Domoradowi prosto w oczy. I po raz pierwszy nie było w tym spojrzeniu tylko wrogości.

– Żebyś pchał swój głaz dalej, że martwi nie mogą wybaczać, bo wybaczenia są dla żywych. I… że dalej masz dla kogo żyć – dokończył, mimowolnie rzucając spojrzenie na Janusa.

Domorad zamknął oczy. Długo ich nie otwierał.

– Rozumiem… A więc tak, to wszystko się kończy. Zawsze była mądrzejsza ode mnie – wyszeptał. – Nawet teraz.

Nikolai poczuł, jak coś w nim mięknie wbrew niemu samemu. Jakby Ivra znów położyła dłoń na jego ramieniu. Lekko i bez niepotrzebnych słów. Domorad spojrzał na Kruczycienia i skinął głową. Sięgnął do sakiewki. Wyjął duży szmaragd. Trzymał go chwilę w dłoni, po czym przekazał go mu.

– To wasza zapłata – powiedział. – Ale nie za odkupienie moich win. Na to mnie nie stać – spojrzał na syna. – Znikniemy stąd. Ja, Janus i Aldus. Dla tej wioski i tak jesteśmy już tylko popiołem po pożarze.

Kruczycień przyjął klejnot bez słowa. Domorad spojrzał jeszcze raz na Nikolaia.

– Jeśli… jeśli kiedykolwiek – zawahał się – jeśli kiedykolwiek zapyta o mnie…

Nikolai odpowiedział od razu. Twardo. Ale uczciwie.

– Wątpię… Ale jeśli tak będzie, to powiem jej… że żałujesz

Domorad skinął głową. To mu wystarczyło.

Spojrzał na Janusa, który stał obok Aldusa i obracał w palcach mały, kolorowy kamyk. Chłopczyk podszedł do Nikolaia i bez słowa wcisnął mu go w dłoń. Na powierzchni kamyka widniały nierówne, wyryte paznokciem spiralne linie i kreski, coś pomiędzy magicznym symbolem, a dziecięcym rysunkiem.

– To pożegnanie – wytłumaczył Domorad cicho. – Na jego sposób.

***

Odeszli, zanim jesienne słońce wzeszło na dobre. Nie dlatego, że się spieszyli. Po prostu nie było już powodu, by zostać. Zrobili zapasy u zlęknionego karczmarza w gospodzie pod Złotym Kruszcem i ruszyli na północ do Żarlicy, miasta, gdzie swoją siedzibę miał ich zakon. Droga była mokra od rosy. Kroki Kruczycienia były równe i wyważone, jak zawsze. Nikolai szedł obok, odrobinę z tyłu, tuż przy Smole, który węszył nisko przy ziemi, czujny, ale spokojny. Nie rozmawiali. Milczenie nie było niezręczne, a konieczne. Tak jak bandaż, którego nie zdejmuje się zbyt wcześnie. Za nimi wieś powinna o tej porze budzić się do życia, ale oni nie oglądali się. Nie było czego i kogo żegnać. Zostawili tam strach, popiół i ludzi, którzy będą musieli nauczyć się żyć z tym, co zrobili – i z tym, czego nie zdołali uczynić, gdy jeszcze był czas. Kamień Scalenia na piersi Nikolaia był cięższy niż wcześniej, ale nie ciążył mu nadto. Raczej przypominał. Czasem czuł obecność Ivry, tak jak odczuwa się chłód w cieniu, nawet wtedy, gdy słońce praży niemiłosiernie. Nie domagała się uwagi. Po prostu była. I to wystarczało. Droga wiła się łagodnie między polami, jeszcze wilgotnymi po nocy. Las majaczył przed nimi ciemną ścianą zieleni. Kruczycień zwolnił pierwszy. Zatrzymał się przy kamieniu granicznym, tak starym, że nikt już nie pamiętał, co właściwie wyznaczał. Oparł o niego drąg i spojrzał na Nikolaia.

– Będzie o tym myślał do końca życia – powiedział nagle.

Nikolai nie zapytał, o kim mówi. Wiedział.

– Każdy moment – ciągnął dalej mistrz – kiedy nie powiedział „nie” Analeshowi, każde wspomnienie imienia żony czy córki, będzie jak cichy sztylet wbijany raz za razem, w to samo bolesne miejsce. I wątpię, aby kiedykolwiek odnalazł ukojenie.

Nikolai dalej milczał, gdyż uczucia, jakie się pojawiały, gdy tylko pomyślał o Domoradzie, nie były już tak oczywiste i jednoznaczne jak wcześniej. Spuścił wzrok, drapiąc Smołę po wielkim łbie, a ten przekrzywił go jakby się przysłuchiwał rozmowie.

– Tak wiele zrozumiałem mistrzu… a jednocześnie nie wiem, co o tym myśleć. Może to ślad Ivry we mnie, ale nie potrafię go już nienawidzić. Nie tak jak wcześniej.

Kruczycień słuchał go z przejęciem i zrozumieniem.

– Wiem, że był słaby, tchórzliwy, martwił się tylko o swoje uczucia. – Nikolai dotknął palcami kamienia na piersi. – A jednak nie mogę się oprzeć myśli, że na sam koniec, mimo wszystko dostał swoje rozgrzeszenie. I to ona mu je dała – sposępniał jeszcze bardziej i spojrzał prosto na mistrza. – Oddał wolę Analeshowi, bo obiecał mu ratunek od cierpienia. Każdy z tych wieśniaków zrobiłby to samo… Czy to jeszcze wina? Jeśli nie masz już siły wybierać? Jeśli każdy twój dzień jest piekłem?

Kruczycień nie odpowiedział od razu. Zdjął rękawicę, jakby chciał poczuć orzeźwiający chłód na zmęczonej dłoni.

– To jedno z tych pytań, na które lepiej nie odpowiadać – powiedział w końcu. – Bo jeśli odpowiesz „nie”, to znaczy, że każdego można z winy wytłumaczyć, nieważne jak wielka by ona nie była. A jeśli odpowiesz „tak”… – urwał. – …to znaczy, że nie ma granicy, poniżej której człowiek przestaje odpowiadać za siebie. A wina zawsze leży po jego stronie. I nieistotne jak bardzo zmanipulowany i zdesperowany by był.

Nikolai zmarszczył brwi.

– Domorad nie był Analeshem. – Głos lekko mu zadrżał. – To nie Domorad krzywdził ludzi. Nie on żywił się ich snami. Nie on rozrywał Zasłonę i tkał ją pod siebie zarażając ją zgnilizną. Nie on…

– A jednak – przerwał mu spokojnie Kruczycień – to on otworzył mu drzwi do samego siebie. Analesh zamieszkał tam, gdzie już mógł zamieszkać… Tu Analesh miał rację.

Znowu zapadła cisza. Ptak zerwał się z krzaków. Gdzieś daleko szczeknął pies.

– Wiesz, co jest najczęstsze? – podjął Kruczycień. – Ludzie tak zmęczeni swym życiem, że gotowi są oddać wszystko, byle ktoś obiecał im ulgę.

– Nawet jeśli ceną jest ból, czy życie innych?

– Bywa i tak, że cena nie gra żadnej roli.

Nikolai przełknął ślinę.

– A Ivra? – zapytał. – Ona zapłaciła za to wszystko najwięcej. A nie zrobiła nic by na to zasłużyć. W końcu i tak mu wybaczyła. A ja nie potrafiłem mu tego powiedzieć. I tak naprawdę wcale nie chciałem.

Kruczycień spojrzał przed siebie, na drogę ginącą w porannej mgle.

– Świat nie jest księgą rachunkową – powiedział. – Nie bilansuje strat. Nie rozlicza win. Po prostu… idzie dalej.

Ruszył pierwszy. Nikolai stał jeszcze chwilę. Czuł przytłaczający ciężar w sercu.

– Myślisz, że Domorad zasłużył na karę Zakonu? – zapytał niepewnie. – Czy nie powinniśmy zabrać go ze sobą do Żarlicy na sąd?

Kruczycień nie obejrzał się.

– Być może, ale nie uważam, aby jakakolwiek sprawiedliwość, zdołała naprawić to co się stało. Myślę, że kara jaką ponosi boli go bardziej, niż cokolwiek. I żadni rzeźnicy z Zakonu nie zbliżyliby się nawet o cal ze wszystkimi swoimi torturami, czy stosami. Nikt nie jest w stanie nas tak bardzo skrzywdzić, jak tylko my sami.

Zatrzymał się nagle, odwrócił na pięcie, a następnie, niemalże z czcią, położył dłoń na ramieniu ucznia.

– Zaszyłeś Zasłonę, młotku. A Analesh wrócił do otchłani. Zaś wściekły duch Tersy odnalazł ukojenie. Nie ma już zagrożenia, więc nie ma już kogo sądzić.

Nikolai przetrawiał słowa mistrza w milczeniu. Szczerze wątpił, by wysocy hierarchowie zaakceptowali tak osobliwy pogląd na sprawiedliwość, ale Kruczycień nigdy nie dawał się prowadzić na zakonnym sznurku. Nikolai od dawna czuł, że stary mistrz nienawidzi tych ludzi tak samo, jak funkcji, którą przyszło mu pełnić. Roli, której sam sobie nie wybrał.

Zupełnie jak Ivra. Zupełnie jak ja. Ta myśl spadła na niego jak grom. Nagle poczuł, że pod pancerzem szorstkości jego mentora, kryje się dokładnie ten sam rodzaj samotności, który on sam nosił pod skórą.

– Przeszedłeś inicjację, Nikolai – Kruczycień przerwał jego rozmyślania, zaciskając dłoń na ramieniu chłopaka. – Gratuluję. Mało kto wychodzi cało ze starcia z dwoma potężnymi bytami. Zwłaszcza gdy jednym z nich jest Nasirri.

Mistrz parsknął cicho, a w kąciku jego ust zadrgał cień rozbawienia.

– Przez moment byłem pewien, że zginiesz. Nie uprzedzałem cię, bo spanikowany młokos ma tendencję do plątania rąk przy tkaniu zaklęć. A bardzo nie chciałem tam umierać przez twój trzęsący się tyłek.

Nikolai uniósł brwi, czując, jak irytacja miesza się w nim z dziką, skrywaną głęboko satysfakcją.

– No wiecie co, mistrzu? – prychnął, krzywiąc się prześmiewczo. – Twoja wiara w moje rzemiosło jest doprawdy poruszająca. Aż żałuję, że pospieszyłem się z tym ratunkiem. Mogłem pozwolić ci dusić się w tym błocie jeszcze przez parę minut. Z czystej miłości do nauki.

Cień uśmiechu na twarzy Kruczycienia zniknął tak szybko, jak się pojawił. Stary mag poprawił pasy plecaka, skontrolował zapasy na drogę i bez słowa ruszył naprzód. Nikolai rzucił Smole kawałek suszonego mięsa, mocno poklepał go po karku i po kilku krokach zrównał się z mistrzem. Szli ramię w ramię. Droga przed nimi była długa, ale milczenie przestało ciążyć. Ustąpiło miejsca surowej pewności, że najgłębsze sekrety niesie się łatwiej, gdy nie jest się samemu. Nawet na samym końcu drogi, gdy knot świecy dopala się w mroku. Kamień Scalenia pod koszulą chłopaka pozostawał chłodny. Nie oferował ukojenia ani rozgrzeszenia. Był bezlitosnym przypomnieniem, że raz podjęte decyzje wiążą człowieka na zawsze, a krew z otwartej rany w sercu, nigdy tak na prawdę nie zasycha.

Koniec

Komentarze

Nomadzie, walnąłeś kloca na STO CZTERDZIEŚCI TYSIĘCY ZNAKÓW, co tak daje 40+ stron tekstu.

 

Nie oczekuj, że ktoś przeczyta to tak od tak.

 

feat. Ja w debiucie walnąłem 120k i przeczytała to jedna osoba. I jedna wspaniała dyżurna regulatorzy, do połowy.

 

Ja niestety nie wiem czy się wyrobię. Nie mniej pod wrażeniem jestem twojej produktywności sam niby mam ADHD, choć jednak nie mam aż tak dużo RAM-u w głowie, by obsłużyć tyle wątków na raz :] w 30 godzin, no jestem pod wrażeniem.

 

Dodam, że tego typu opka nie wliczają się w zakres dyżurnych.

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Rozumiem, że to rozbudowana wersja pierwszego opka, które było znacznie krótsze. Rzuciłam wtedy na nie okiem, ale miało tak dużo naleciałości AI, że nie chciało mi się całości czytać. Mogę jedynie powiedzieć, że podziwiam, iż w 30h jesteś w stanie poprawić tekst i rozbudować go do prawie 150k zzs. 

Those who don't believe in magic will never find it

@melendur88 – Hej, Melendurze. Ten kloc, to mikropowieść (moja ulubiona forma słowa pisanego) w moim autorskim lore. Nie zakładałem w ogóle, że to jakiś problem przy debiucie. Szczerze to długość tekstu wynika również z tego, że za cholerę nie potrafię napisać czegoś z sensem w krótszej formie (pomijając poezje, czy teksty piosenek do mojego bandu, ale to inna para kaloszy). Jednakże, mam już fundamenty pod nowe opowiadanie, krótsze o co najmniej połowe. Także jestem świadom, że mam problem i już działam w tym zakresie. Jeśli nikt nie przeczyta to trudno. I tak się cieszę, że podniosłem swojego skilla i pokonałem wewnętrzny opór, jak i lęk przed oceną (więc może i lepiej, że nikt nie spojrzy :D). Co do ADHD to z pewnością rozumiesz, ile się płaci za ten wyskok produktywności. Dodam, że mam urlop i mogłem sobie pozwolić na brak snu. Trzydzieści godzin to szybko? Jakbym poprawiał to jeszczę choć dodatkowe dwie godziny, to chyba bym oszalał. Dla mnie było w sam raz. Niemniej dziękuje za uznanie :) Choć skrywa się gdzieś w cieniu mej świadomości myśl jadowita, że chyba ze mnie szydzisz. Oczywiście biorę poprawkę na to, że to być może tylko moja dysmorfia emocjonalna. Dziękuje za komentarz.

 

@OldGuard – Podziw doprawdy miły, choć zupełnie niezasłużony. Gdybym potrafił w trzydzieści godzin napisać i rozbudować tekst do 150 tysięcy znaków, sam natychmiast zgłosiłbym się do testu Turinga.

W przedmowie pisałem jednak wyłącznie o drobiazgowej, acz mozolnej redakcji gotowego już materiału(tekst się nie wydłużył magicznie). Rozumiem, że w internecie łatwo o pobieżne czytanie, ale zapewniam, że za tymi poprawkami stoi wyłącznie uparta, ludzka biologia, litry kawy, zaryta noc, a nie algorytmy. Dodam jeszcze, o zgrozo, że uwinął bym się jeszcze szybciej, gdyby nie te wredne znajdź/zamień w Wordzie, i ich złośliwa natura. Niemniej dziękuję za ponowne odwiedziny i czujność. Pozdrawiam!

Witaj ponownie. :_

 

Proszę, nie przeceniaj mojej roli, sama popełniam mnóstwo błędów i nadal mozolnie się uczę, pracując nad własnym „warsztatem”. :)

I nie bądź także zbyt surowy dla siebie – każdy ma usterki w swoich tekstach, taki lajf. :) Nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. :)

 

Przebiegłam teraz oczami Twój tekst na szybko i widzę, że dialogi są jeszcze do poprawy, np. tu:

– Ż-że co?! – ochroniarz cofnął się, mocniej chwytając maczugę. (…)

– Intencję tej istoty? – Przerwał mu uczeń patrząc jakby oburzony – Zrobiłem wszystko, by przetrwać, wiesz mi. Oprócz czystej żądzy mordu skierowanego we mnie i niezaspokojonego pragnienia, wyczułem od niego coś jeszcze – strach. Czułem, jakby się gdzieś bardzo śpieszył, że pragnie się mnie jak najszybciej pozbyć. (…)

– Kolejny duch? – Kruczycień uniósł brwi – Jak on wyglądał? (…)

– Miałeś dużo szczęścia, Nikolai. – powiedział w końcu. – Myślę, że ten pająk to jednak Nasirri, i dobrze wie, że zawędrowaliśmy do wioski. (…)

Nikolai drgnął. – Mówisz o jakimś rytuale? Ktoś szperał przy zasłonie? (…)

– Tak, mistrzu. – odparł Nikolai, przełykając nerwowo ślinę.

 

 

Nie jestem też nadal pewna tej odmiany imienia bohatera – jeżeli jest: “Kryczycień”, czy powinno być: “Kryczycieńca”??? Przemyśl to raz jeszcze. :) 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Dzięki za komentarz @bruce!

 

Faktycznie – brak kropek, błędna wielkość liter, zgubiony gdzieś myślnik… Na szczęście im dalej w tekst, tym mniej takich baboli (a przynajmniej mam taką nadzieję :D). Biorę już muszkiet ze ściany i urządzam kolejne polowanie na chochliki.

 

Co do imienia Kruczycień – ciągle zachodzę w głowę, jak poprawnie je odmieniać. Przez pośpiech i niedopatrzenie przy korekcie w tekście raz używam formy Kruczycienia, a raz Kruczyczeńca… Najwyższa pora zdecydować się na jedną wersję! Jeśli założymy (co w fantasy wydaje się naturalne), że to przydomek powstały ze złożenia słów kruczy + cień, to członem bazowym jest cień. A rzeczownik cień odmienia się w dopełniaczu jako cienia (nie ma cienia, szukam cienia). Głowiąc się nad tym, podjąłem ostateczną decyzję, aby odmieniać to imię tak: Kruczycień – Kruczycienia – Kruczycieniowi – Kruczycieniem.

Technikalia to naprawdę pogromca uśmiechów dzieci i dobrej zabawy :)

 

Kiedy dokonujesz poprawek, lepiej nie dopisywać nowych akapitów, bo to tylko utrudni Ci pracę. :)

Pousuwaj wolne wiersze między akapitami, bo niepotrzebnie wprowadzają w błąd. Dawaj je tylko tam, gdzie rozdzielasz miejsce lub czas akcji, a nie – wszędzie. 

I ja dziękuję, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka