- Opowiadanie: NomadFromNowhere - Świeca

Świeca

Dopisek: Dobra, teraz już w pełni rozumiem, na co się porwałem, pisząc tak długi tekst w całkowicie własnym świecie. Przetrawiłem większość uwag (o zgrozo, niesamowicie sensownych!), zastosowałem się do większości i z czystym sumieniem ogłaszam, że na ten moment basta! – nie mam już serca do dalszego dłubania w tym molochu. Mimo to jestem cholernie dumny z całościowego brzmienia tej mikropowieści. Fabuła i bohaterowie dają radę, całość trzyma spójność od początku do końca, a szarość moralna robi robotę. Zdaję sobie sprawę, że w zestawieniu z niektórymi komentarzami moje samozadowolenie może wyglądać podejrzanie i nie być wiarygodną oceną jakości produktu... :) Ale jeśli komuś wybitnie nudzi się w życiu i ma w sobie coś z masochisty – zapraszam do lektury! Tym razem bez żadnych obietnic. No nic, wracam do krótszych form. Wielkie dzięki dla wszystkich, którzy zostawili tu konstruktywny feedback!

 

Czołem!

Po wyjątkowo nieudanym debiucie i kubełku zimnej, ale niezwykle merytorycznej wody wylanej przez @Bruce, chyba odrobiłem w końcu lekcję. Ponad trzydzieści godzin ostrej harówki, zarwana noc (magia hiperfokusu i ADHD – jedyny plus, choć rachunek potem boli) i mozolna praca nad tekstem uświadomiły mi jedno: sam dobry pomysł nie obroni się, jeśli utonie w morzu potknięć i chochlików.

Na szczęście tutejsze poradniki to złoto – nie sposób ich przecenić. Choć przeraża mnie, że redakcja tekstu zajmuje tyle czasu. Korekta już trwa dłużej, niż przelanie całej tej historii na papier...I końca nie widać. Szkolna polonistka pękłaby z dumy (albo z zazdrości), bo jeden konstruktywny komentarz i portalowe teksty poradnikowe zrobiły dla mojego warsztatu więcej niż lata szkolnej mordęgi.

Oddaję opowiadanie w Wasze ręce z o wiele czystszym sumieniem. Jeśli traficie na jakieś pozostałe, ukryte niczym partyzanci w krzakach chochliki – dajcie znać w komentarzach, mój muszkiet już na nie czeka. Zapraszam do lektury!

PS: To mój oficjalny pierwszy raz (falstartu sprzed paru dni udajemy, że nie było) i wiem, że przede mną jeszcze długa droga, zanim zadowolę choćby najbardziej wyrozumiały głaz. Ale od czegoś trzeba zacząć! A mam już dość pisania tylko i wyłącznie scenariuszy do gier RPG.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Świeca

Mrok nadszedł od wschodu nagle, jak śmierć zadana we śnie. Brama wioski Stara Kamienna zamknęła się z trzaskiem. Strażnicy nawet nie próbowali ukrywać strachu, zwłaszcza gdy przybyszom towarzyszył ogromny mastif, sięgający prawie do ramion. Dwóch pobladłych strażników obserwowało zakapturzone sylwetki i bestię, jakby patrzyli na mroczny omen. Wędrowiec, wysoki, skryty pod płaszczem wytkanym kruczymi piórami, nawet nie odwrócił głowy. Jasnowłosy młodzieniec u jego boku poczuł jednak to, czego ludzie w tej wiosce nie potrafili nazwać. Powietrze drżało. Nie od zimna. Jak gdyby coś przesuwało się tuż obok. Zbyt blisko, by to zignorować.

– Czujesz to? – wyszeptał chłopak.

– Czuję. I ignoruję – odparł twardo. – Ty też powinieneś.

Mężczyzna w kapturze spojrzał na niego kątem oka i nie zatrzymując się, ruszył dalej. 

Chłopak nie skomentował. Mastif warczący u jego boku wbił łapy w ziemię i zjeżył sierść. Z mroku między domami przemknęła jakaś smuga, a może cień, który poruszył się, pomimo pochodni zawieszonych na ścianach budynku. Drgnął mimowolnie. 

– Mistrzu?

– Powiedziałem. Nie poświęcaj temu swojej uwagi – syknął głosem cichym, lecz twardym jak stal. – Im dłużej się przyglądasz, tym bardziej cię widać. Najpierw zdobądźmy informacje, niech nic nie karmi się naszą obecnością. I pamiętaj, żadnych podróży do Myślosnu. Nawet w medytacji. Ta wioska nie jest bezpieczna.

Uczeń przełknął ślinę i posłusznie skierował wzrok na drogę. Ale jego palce drżały. Wokół była tylko cisza, rwana chrobotem zatrzaskiwanych okien. Mieszkańcy barykadowali się w popłochu, jakby samo spojrzenie na obcych mogło ich skazić. Rygiel po ryglu brzmiał niczym wyrok.

– Chyba nie cieszą się z naszych odwiedzin… – mruknął młodzieniec, próbując wymusić lekki ton, ale wyszła z tego raczej nerwowa próba humoru.

– Ludzie boją się nienazwanego – odparł chłodnym, kamiennym głosem mężczyzna w kruczym płaszczu. – I tego, co jest w nich samych – urwał na moment, spuszczając wzrok. – Strach zna cię od urodzenia. I wykorzysta każdą twoją słabość.

Chłopak skrzywił się, słuchając kolejnej tyrady.

– Ale to nie nas powinni się lękać. Przecież jesteśmy tu, by im pomóc…

– Jesteśmy tu, by zaszyć Rozdarcie w Zasłonie, które z całą pewnością jest obecne w tej wiosce – uciął, posyłając mu lodowate spojrzenie. – Poprawa żywota tych ludzi nie jest naszym celem. Łaska innych tak często zmienia się w gniew. A tak rzadko gniew zmienia się w łaskę.

Wnet silny i lodowaty podmuch wiatru przeciął ulicę i wtedy, bardzo cicho, coś zaszumiało chłopakowi przy uchu. Jak odległy dziewczęcy szept. Odwrócił gwałtownie głowę. Nikogo jednak nie spostrzegł.

– Słyszałeś to?

– Nic, co powinniśmy teraz badać – odparł krótko, wpatrzony w dal, jakby widział na horyzoncie coś, czego nie widział jego uczeń. Po chwili jednak dodał: – Idziemy wpierw do gospody. Już po zmierzchu, a przed dalszą drogą muszę się przygotować.

Uczeń prychnął pod nosem.

– Jasne, przygotować… Inaczej mówiąc: skonać przy gorzałce.

– Nie piję dla przyjemności. Jeszcze za mało widziałeś, aby móc spojrzeć poza czubek własnego nosa.

– Nie dla przyjemności? A dlaczego? – dopytywał dalej. – O ile pamiętam, po ostatniej „przygotowawczej” flaszce mówiłeś do własnego odbicia „pani”, a potem się z nim pokłóciłeś.

Mężczyzna zatrzymał się gwałtownie. Odwrócił głowę bardzo powoli.

– Jeśli już musisz być bezczelny, to przynajmniej rób to cicho. Albo choć trochę subtelniej. Poza tym byłem wtedy… w transie. Nie zrozumiesz, młokosie.

Młodzieniec uśmiechnął się półgębkiem. Nie wycofał się. Nigdy się nie wycofywał.

– Gdybyś chciał, żebym milczał, wybrałbyś sobie ucznia bez języka.

– Wystarczyłby mi taki bez twojego charakteru – mruknął. Ale pod nosem pojawił się cień czegoś, co mogłoby przypominać odwzajemniony uśmiech.

Gdy zbliżali się do serca wioski, mastif nagle zatrzymał się jak wryty, zawarczał krótko, głęboko, a jego oczy skierowały się ku ciemnej szczelinie między drewnianymi domami. W szczelinie przez ułamek sekundy błysnęła niewyraźna sylwetka dziewczyny. Młodzieniec poczuł, jak w piersi ściska go przenikliwy mróz – jakby ta istota była samym zamarzniętym morzem bólu i smutku.

– Mistrzu! – niemalże krzyknął, ale gdy spojrzał ponownie, już nic tam nie było. Nic, co dałoby się zobaczyć ludzkim wzrokiem.

– Też to poczułem… – Mężczyzna zamyślił się na moment. – Idźmy dalej.

Nie czekając na odpowiedź, ruszył w głąb wioski. Chłopak podrapał mastifa za uchem, uspokajając wiernego towarzysza i spojrzał ostatni raz w miejsce, w którym wyczuł dziewczynę. Ciemność i cisza były tak gęste, że słyszał wyłącznie własne, za szybkie tętno. Westchnął głęboko i ruszył za mistrzem w kierunku gospody „Pod Złotym Kruszcem”.

***

Drzwi gospody otworzyły się za skrzypliwym jękiem, wpuszczając do środka pasmo bladego, księżycowego światła. Izba była w połowie pełna, ale nie czuło się zwykłej atmosfery po ciężkim dniu. Górnicy, chłopi i paru kupców nie tyle topili trudy w słodkim piwie, ile rozpaczliwie próbowali zapić obłęd. Wszyscy jak jeden mąż mieli podkrążone, przekrwione oczy i szare z wycieńczenia twarze. Ciszę rozcinał tylko nerwowy, głuchy stuk kości i trzask drewna w kominku, przy którym siedział miejscowy kapłan. Trzymał gorzałkę przy ustach, a dłonie drżały mu tak mocno, że szkło stukało o zęby, gdy w szaleńczym tempie wypluwał żarliwe modlitwy, tak jakby każda sekunda zwłoki mogła sprowadzić tu koniec świata. Nawet córka gospodarza, młoda, jasnowłosa dziewka, straciła gdzieś swój naturalny wigor; rozlewając trunek, poruszała się między stołami mechanicznie, potykając się ze zmęczenia o własne nogi. Kiedy do środka wszedł ogromny mastif i dwóch wędrowców, rozmowy zamarły, jak ucięte ostrzem. Powietrze w ułamku sekundy zgęstniało od mieszaniny pierwotnego strachu i chorobliwej, desperackiej nadziei. Rosły, poznaczony bliznami chłop, który robił tu za ochroniarza, podszedł do nich ostrożnie. Jego palce kurczowo zaciskały się na maczudze zawieszonej przy pasie, a na czole lśniły krople potu. Próbował blokować przejście, choć jego wzrok niespokojnie wodził po potężnych łapach psa, a następnie czarnych piórach na płaszczu jednego z przybyszów.

– Zwierzęta zostają na zewnątrz – wymamrotał ochroniarz. Brak kilku zębów sprawił, że brzmiało to bardziej jak ostrzeżenie niż pouczenie. Próbował wyglądać groźnie, choć jego oczy nieustannie błądziły wokół potężnego kłębu mastifa.

– Słyszałeś, Smoła? – zakpił młodszy z dwójki przybyszów i spojrzał na zwierzę. – Przyszliśmy pomóc tym ludziom z ich problemem, a tu nawet smakołyku ci nie dadzą? I jeszcze wypychają na zewnątrz, abyś przemarzł… Co ty na to? Zjemy go w ramach zaliczki?

Smoła zawarczał nisko i głęboko.

– Że… co?! – Ochroniarz cofnął się, mocniej chwytając maczugę.

Starszy towarzysz młodzieńca wysunął się naprzód i zsunął kaptur. Był wysoki i smukły. Ziemiste włosy, poprzetykane zbyt wczesną siwizną, układały się w fale, spływając na skórzany płaszcz ozdobiony czarnymi piórami dużego ptaka. Pod lewym okiem na zarośniętej twarzy miał wytatuowany niebieski półksiężyc. Jego bladoszare spojrzenie przypominało oczy gada – zimne, zmęczone, drapieżne.

– Oczywiście, chłopak raczył żartować. Proszę wybaczyć mu jego być może aż nazbyt głupawe poczucie humoru. Zwą mnie Kruczycień, a ten młotek to mój uczeń Nikolai.

Zatrzymał się na chwilę, posyłając karcące spojrzenie chłopakowi, po czym mówił dalej:

– Jesteśmy Scalonymi z ramienia Zakonu Opadłej Gwiazdy. Przybyliśmy do waszej wioski w sprawie problemów, które podobno was nękają. 

W izbie rozległo się niespokojne poruszenie. Dla prostych ludzi Scaleni – a raczej Nosiciele, jak pluto za ich plecami – byli chodzącymi koszmarami. Pospólstwo nie widziało różnicy między nimi a potępieńcami, w których biesiły się demony. Ot, jedni i drudzy nosili w sobie plugastwo zza granicy rzeczywistości. Tyle że Scaleni wciąż rządzili własnym ciałem, pętając bestie wewnątrz siebie i wysysając z nich moc. Cenę za to płacili potworną, ale dla chłopów rachunek był prosty: potwór na smyczy Zakonu był jedynym potworem, który mógł ich obronić. 

– Plugawe Naczynia! – wrzasnął ktoś z tyłu sali. Inny rolnik splunął głośno i soczyście, oznajmiając tym samym swój wątpliwy szacunek do gości. Za chwilę jednak odpowiedział kolejny głos:

– Zawrzyj pysk, Tomas! Chcesz tu inkwizycji z Żarlicy!? Może w końcu ktoś się zajmie tym plugawym czarnoksięstwem! Toż to znawcy rzemiosła są! Przecie lepiej od nas znają się na takich marach, nie? Niech mnie… ile to już trwa? W końcu Domorad się doigrał.

Kruczycień zapamiętał to imię, wiedząc, że będzie musiał potem o nie zapytać. Póki co jednak kontynuował dialog z ochroniarzem.

– Wybacz jeszcze raz, dobry człowieku – powiedział Kruczycień głosem jednostajnym, niemal pozbawionym emocji. – Ręczę za psa. Jeśli nic nam nie zagrozi, nic nikomu się nie stanie. Ustąp, proszę, chcemy tylko odpocząć.

Ochroniarz milczał, ale odsunął się, gdy przeszli obok. Karczmarz, wąsaty, łysiejący i wyraźnie spięty, wskazał im miejsce w rogu sali, pod imponującym, wypchanym łbem dzika.

– Zapraszam szanownych wędrowców. Zaraz każę przynieść jadła i napitku. Witamy w Starej Kamiennej. – Ukłonił się niezręcznie i szybko udał się na zaplecze.

Wkrótce do ich stołu podeszła złotowłosa dziewka z wodą dla psa i dwoma dzbanami piwa.

– Jakie jadło podać? – zapytała niepewnie. – Mamy rosół z resztek, kaszę z gulaszem, świeży chleb i soczewicę ze skwarkami.

– Rosół, gulasz i pajdę chleba – odparł Kruczycień. – Dla chłopaka również. I jakieś resztki prosiaka czy innego mięsiwa dla psa. W drodze zgłodniał nie mniej niż my.

Dziewczyna uśmiechnęła się niepewnie, wodząc wzrokiem po masywnym zwierzęciu, po czym jej spojrzenie, pełne nieukrywanej mieszaniny lęku i fascynacji, spoczęło znów na wędrowcach.

– Oczywiście mamy czym zapłacić, dobra kobieto – dodał Kruczycień, dostrzegając jej zmieszanie, i wskazał ręką sakiewkę.

– Zaraz przyniosę – odparła speszona i oddaliła się szybko do kuchni.

Kiedy zniknęła za drzwiami, gwar w gospodzie powrócił, lecz był stłumiony, nerwowy, jakby mówiono półgłosem o sprawach, których nie powinno się tu poruszać. Mimo to Kruczycień i Nikolai słyszeli strzępy rozmów. Głównie niezbyt pochlebne wzmianki o nich samych, ale równie często pojawiało się już wcześniej zasłyszane imię niejakiego Domorada. I bynajmniej nie mówiono o nim z szacunkiem. Mastif położył łeb na łapach, mierząc wszystkich czarnymi ślepiami, jakby oceniał, który ze zgromadzonych wymaga odstraszenia. Niechciane, wrogie i zlęknione spojrzenia łypały na nich z każdego zakamarka gospody.

– Ładnie tu macie – odezwał się Nikolai z ironią, omiatając wzrokiem wiszące przy belkach suszone zioła i na stare malowidło przedstawiające świętego Laetera, patrona altruizmu i przebaczenia. – Tak wesoło i serdecznie. Pełno wokół ludzi kipiących życzliwością wobec gości. Pewnie święty Laeter patrzy na waszą wioskę przychylnym okiem… Chociaż patrząc na wasze gęby, chyba właśnie mrugnął.

Kruczycień zmierzył ucznia spojrzeniem, ale nic nie powiedział, obserwując w milczeniu, jak potoczy się dalej sytuacja. Górnicy przy najbliższym stole wymienili niepewne spojrzenia. W końcu jeden z nich – młody, piegowaty o krótkim, nierównym zaroście – zebrał w sobie odwagę.

– A co wam do tego, co? Demona ukatrupić przyjechaliśta? Tacyście twardzi? – zapytał z szyderczą nutą. – To najpierwej szukajta u Domorada.

Splunął, lecz w jego oczach zamiast czystej niechęci, Kruczycień dostrzegł coś innego. Panikę.

– Demona? – odparł zaciekawiony Kruczycień, nie odrywając wzroku od kufla. – W Żarlicy wspominano nam tylko o dziwnych zjawiskach nawiedzających wioskę. Z informacji, które posiadam wynika, że ten cały Domorad jest waszym wójtem, zgadza się?

Piegowaty chłopak zamilkł i spuścił wzrok, jakby zdał sobie sprawę, że powiedział za dużo. Jednak barczysty górnik siedzący obok niego podszedł gwałtownie do ich stołu i uderzył pięścią w blat. Kufle podskoczyły, a piana chlusnęła na podłogę, prosto na grzbiet leżącego psa.Mastif fuknął obrzydliwie, roznosząc wokół ostry zapach mokrej sierści i kwaśnego alkoholu, ale nie uniósł się z podłogi. Jedynie jego warknięcie stało się o ton niższe. Ręce górnika drżały, a cienie pod oczami były tak głębokie, że wyglądał jak upiór.

– Wy… naprawdę przyśliśta pomóc? – wycharczał, ignorując warknięcie Smoły. – Prawda to? Bo jeśli to jeno bajdy, to was sami zatłuczemy. Dwa miesiące… Dwa miesiące nie spaliśmy jak ludzie! Rozumiesz to, Nosicielu? Dzieci mi wyją po nocach, matka oszalała i patrzy w sufit! Jeśli nie wy, to przyjdzie tu Zakon i wypali nas do gołej ziemi, ażeby zaraza się nie rozniosła!

– Markus, stul gębę, nie mów mu o… – zaczął piegowaty chłopak, ale barczysty górnik warknął, kolejny raz uderzając pięścią w stół.

– A komu mam godoć, Domoradowi? Ten czort od dwóch roków jeno chleje i wyje! To z jego domu przylazło to okropieństwo! – Zmarszczył brwi i wziął głęboki oddech, zaś wzrok powrócił do wędrowców. – Odkąd Tersa spadła ze schodów, a Ivra zachorowała, nie ma u nas przespanej nocy. Nic, tylko koszmary. Zdychamy tu, Nosicielu. Zdychamy za dnia i w nocy. Zróbcie coś z tym, albo nas pozabijajcie, bo już sił nie ma…

W izbie zapadła cisza tak głęboka, że nawet Smoła uniósł łeb.

– Domorad to wójt nasz. Prawdęś rzekł, odziany w czerń – kontynuował powoli cedząc słowa. – To całe diabelstwo zaczęło się, no… – Zastanowił się chwilę – …będzie dwie jesienie temu. Jakiś obłęd dotknął wójta, jakby kto go zmienił w czorta! Jeno pił, awanturował się, zamykał w domu, albo wyjeżdżał na całe tygodnie.

Głos mu zachrypł. Przepłukał gardło piwem i wytarł usta w rękaw.

– Gdzieś na początku tego lata, życie utraciła jego małżonka Tersa, a córa zachorowała. Niektórzy jednak twierdzą, że dziewczę dawno już martwe jest. Biedna Ivra…

– Martwa? – powtórzył żywo Nikolai.

– A no, martwa. Bo kto widział, żeby człek od przeszło dwóch miesiąców nie wychodził z izby i żył? – prychnął. – Domorad nie dopuszcza do niej nikogo, a w jego domostwie ciemno, głucho. Ani jej głosiku, ani płaczu, ani krzyku. Nic.

– Może pielęgnuje ją w ciszy. Jak porządny ojciec. Może się zmienił po śmierci żony?

Na to część sali parsknęła śmiechem, część skrzywiła się jak po kwaśnym mleku. 

– Domorad od dawna o nic nie dba – syknął piegowaty górnik. – Dawniej człek był z niego zacny, a i owszem. Wójt jak się patrzy. Ale od dwóch roków jeno chleje jak krowa z jeziora w jakimś szaleństwie. Nieraz darł się na własną żonę tak, że psy po wsi skomliły.

– Ja widziołem, jak swą Tersę prał. Aż sina była. Gołymi ręcoma normalnie, w biały dzień – wtrącił zniszczony pracą i alkoholem mężczyzna siedzący obok przedmówcy

Piegowaty górnik pokiwał głową, potwierdzając słowa kolegi i kontynuował:

– A teraz… to już żywe nieszczęście z niego. Po śmierci Tersy prawie nie wychodzi z domu. Gdyby nie jego sługa Aldus, to nie wiem, kto by trzymał lejce tej wioski.

– Mawiamy między sobą – dodał Markus – że Domorad zatopi nas w gorzałce razem ze sobą, jeśli czegoś nie zrobimy w porę. Mówi się też, że to Domorad zabił Tersę. Nie wyprawił pochówku jak należy. Żadnej stypy, ni szacunku dla zmarłej żony.

Nagle kapłan, który siedział blisko kominka, wstał od stołu, zataczając się od wypitej gorzałki. Zaczął niemalże krzyczeć na ludzi w izbie: 

– Głupie i ślepe barany! Przecie głosiłem wam już wcześniej, że wójta naszego opętało nasienie złego! – Zatrzymał się na chwilę, a w jego oczach płonął żywy ogień. – Prawdziwy demon z królestwa piekieł pociąga za sznurki Domorada! A ten jego synalek… Od kiedy tylko pamiętam, złowrogi cień nad nim krążył! Zawsze wiedziałem, że to czarcia rodzina! Tego dzieciaka trzeba jak najszybciej oczyścić w ogniu Opadłej Gwiazdy…

Nie zdążył dokończyć. Podskoczył do niego Gavin, wioskowy zielarz, i zatkał mu usta brudną dłonią.

– Zamknij ten pijacki pysk, przecież to ludzie Żarlicy! Chcesz, żeby zjechali tu ze świętym ogniem i puścili całą wioskę z dymem?! Dyrdymały jeno pleciesz, pijaczyno, przez które wszyscy spłoniemy!

Zielarz zganił go szorstko, po czym posadził z powrotem na ławę i zwrócił się bezpośrednio do wędrowców:

– Poza tym byłem w domu wójta tydzień temu zanieść mu maść rumiankową na odparzenia dla Ivry. Nie ma tam żadnych demonów. Dziewczyna jest naprawdę chora. Śni niekończącym się snem… ale żyje. Ja myślę, że coś innego podgryza naszą wioskę, a Domorad i jego szaleństwo są tylko przejawem czegoś znacznie gorszego.

Kruczycień drgnął ledwo zauważalnie. Synalek? – pomyślał, zerkając na ucznia, ale Nikolai wciąż trawił słowa o śniącej dziewczynie. Nikt inny w izbie nie podchwycił tematu chłopca, jakby syn wójta był sekretem, o którym głośno mówią tylko szaleńcy. Stary kapłan splunął ostentacyjnie w odpowiedzi na słowa zielarza i wrócił do gorzałki, obrażony i ośmieszony. Kruczycień uniósł wzrok. Karczmarz i jego córka nadchodzili pospiesznie niosąc miski z parującym jadłem, jakby chcieli wepchnąć jedzenie w usta wędrowców i zdusić temat, zanim izba zapłonie gniewem.

– Nie słuchajcie ich, mości przybysze. Ludzie są zmęczeni – powiedział wąsaty karczmarz z wymuszonym uśmiechem. – Ostatnio wszyscy chodzą jacyś rozdrażnieni. Jakby coś im w głowach mieszało. Kłótnie, bójki, nawet rodzeni bracia spierają się o byle co.

– I jeszcze te koszmary! – wtrąciła dziewka, stawiając misy na stół.

Rosół z resztek, jak opisała go wcześniej córka karczmarza, pachniał przypalonym gnatem i starą kapustą. Gulasz zaś przypominał rozwodnioną kaszę ze skąpą ilością mięsa, jakby pojedyncze skrawki same się dziwiły, co tam właściwie robią. Natomiast pajda chleba faktycznie była świeża.

– Wszystkim nam we wsi zasnąć jest trudno – mówiła dalej, nie zwracając zbytnio uwagi na obrzydzenie, którego Nikolai nawet nie próbował ukryć patrząc na jedzenie – a jak już się zaśnie, to koszmary nas duszą. Krzyki w nocy słychać po całej okolicy…

– Złe sny? – zapytał Kruczycień.

Dziewczyna skinęła głową.

– Ta, jedne gorsze od drugich. Wszyscy mówią to samo. Budzimy się przerażeni i wyczerpani. Niektórzy jednak budzą się… inni – dodała ciszej – jakby dalej śnili. Tylko siedzą, patrzą i wyją jak jakieś zwierzęta. Ludzie boją się, że po przebudzeniu nie będą już tym, kim wcześniej. Źle się dzieje w Starej Kamiennej…

Kiedy padły te słowa, część gości odruchowo splunęła pod nogi. Kapłan pomodlił się nerwowo. Nikolai odchrząknął.

– A ty, karczmarzu? – Kruczycień przeniósł wzrok na niego. – Wydajesz się być rozsądnym człowiekiem. Co wy o tym wszystkim myślicie? 

Karczmarz przełknął ślinę.

– Prawdę mówiąc, to każdy z nas patrzy na dom Domorada. Bo wszystko zaczęło się od jego dziwactw. Kiedy umarła Tersa, znaczy się żona wójta, a jego córka zachorowała, koszmary stały się silniejsze. Wolałbym nie wytykać nikogo palcem, i bez tego skaczemy sobie do gardeł. Może wy, Scaleni, co wskóracie?

Nikolai spojrzeniami badał mistrza, ale Kruczycień nie zdradzał emocji. Tylko bladoszare oczy błysnęły chłodnym światłem.

– Jutro porozmawiamy z waszym wójtem. – oznajmił spokojnie. – A teraz wróćmy do napitku i jadła. Przed nami długa noc.

– Długa noc? – powtórzył niepewnie karczmarz.

Kruczycień pochylił się nad kuflem.

– Trzeba odpowiednio wypocząć. Poza tym… Nigdy nie wiemy, jak daleko zabiorą nas nasze sny.

Karczmarz nie odpowiedział. Jakby bał się przyznać, że tej nocy wcale nie zamierza spać.

***

Kiedy karczma powoli ucichła, a ostatni goście ruszyli chwiejnym krokiem ku domostwom, gospodarz zaprowadził ich na piętro. Drewniane schody trzeszczały głośno, jakby protestowały przeciwko każdemu ciężkiemu krokowi Smoły. Wąski korytarz prowadził do niedużej izdebki: dwa łóżka, wcześniej przygotowana misa z wodą, świeca na stoliku i okno wychodzące na las, znad którego unosiła się nisko zawieszona mgła

– Jeśli czegoś… Jeśli czegoś będzie trzeba – zaczął gospodarz, wyraźnie spięty. – Jestem na dole.

– Wystarczy, że nikt nie będzie nam przeszkadzał – odparł Kruczycień. – Resztą zajmiemy się sami.

Karczmarz skinął głową i zniknął za drzwiami, zostawiając ich samych w półmroku. Smoła od razu ułożył się przy drzwiach, a Nikolai ciężko opadł na własne posłanie i potarł czoło.

– Myślisz, że ten cały demon, o którym gadali, to jakiś duch? Jeden z przybyszy Nasirri? A może to tylko jakaś… zbiorowa histeria?

Kruczycień zdjął płaszcz, zawiesił go na kołku wbitym w ścianę i zdmuchnął świecę, zostawiając tylko mdłe światło księżyca.

– Z całą pewnością coś jest na rzeczy. Wyczuwam rozdarcie w zasłonie. Ty też to wyczułeś, jak weszliśmy do wioski. Zdziwiłbym się, gdyby żaden obcy byt nie prześlizgnął się przez nią.

Kruczycień zamyślił się na chwilę, po czym dodał spokojnym, głębokim głosem:

– To nie są jednak istoty, które lubią ukrywać się zbyt długo. Pragną doświadczać świata materialnego za wszelką cenę. Rozdarta osnowa rzeczywistości prędzej czy później zaczyna przenikać do materii. Stąd te koszmary u mieszkańców. Spodziewaj się dziś intensywnych podróży sennych. Tylko pamiętaj, co ci mówiłem o Myślośnie – nie dziś, chłopcze.

Nikolai westchnął cicho, zdjął lnianą koszulę oraz skórzaną kamizelkę, po czym położył się na twardym posłaniu. Przez krótką chwilę cisza zdawała się zwyczajna, niemal kojąca. Słyszał ciężki, nierówny oddech Kruczycienia i cichy brzdęk glinianego kubka. Jego mistrz popijał gorzałkę, sam próbując ukołysać nerwy do snu. Pod drzwiami chrapał Smoła, głęboko i miarowo. Chłopak pozwolił sobie odpłynąć i osunął się w znajomy półsen – stan, który uwielbiał najbardziej. Tam, gdzie myśli miękły, a granice rozumu stawały się podatne na wolę, potrafił kształtować nadchodzące sny jak glinę, naginać ich bieg, zmieniać barwy i sens. Czasami – zbyt często, jak twierdził mistrz – uchylał też zasłonę prowadzącą głębiej. Do trzeciej warstwy istnienia. Do Myślosnu. A ten tętnił życiem nie mniej prawdziwym niż to, które Nikolai znał z jawy. Zamieszkiwały go byty narodzone z ludzkich emocji, duchy idei i natury, a także istoty dużo starsze i potężniejsze niż sam czas. Nikolai kochał Myślosen. Jego bezkres. Jego wolność. Nawet jego grozę. Dziś jednak nie zamierzał przekraczać tej granicy. Choć często działał wbrew radom Kruczycienia, potrafił rozpoznać moment, gdy ostrzeżenie było czymś więcej niż tylko mentorskim marudzeniem. W tej wiosce mistrz mówił zbyt poważnie. Nikolai pozwolił więc, aby sen zabrał go łagodnie. I wtedy coś się zmieniło. Powietrze zgęstniało. Pojawiło się przytłaczające poczucie nierealności. Jakby świat zawiązał się w ciasny supeł pośrodku pomieszczenia i począł powoli, boleśnie zaciskać. Nikolai wyszeptał lękliwie:

– Mistrzu?

Nikt mu jednak nie odpowiedział. Nikolai poczuł w piersi narastający, lodowaty ciężar. Nie potrafił poruszyć żadną częścią ciała, a lęk taranował zmysły, odbierając oddech. Wtedy to naparło na izbę. Lecz nie jako coś widzialnego; odczuł to raczej jako obecność, nagłą i przytłaczającą, która zsunęła się z sufitu i pochyliła tuż nad nim. Ciężka i chorobliwie ciekawa.

Powietrze przeszył zapach zgnilizny i zbutwiałej ziemi. Zacisnął powieki ze strachu, lecz nie miało to znaczenia, bo wizja i tak narodziła się pod nimi. Najpierw czarne pole, bez horyzontu i bez kresu. Potem szczeliny światła, jakby ktoś drapał powierzchnię rzeczywistości od drugiej strony. Coś bezczelnie próbowało przedrzeć się do jego snów. Z pęknięć zaczęły wyłaniać się kształty: długie, ostre, pajęcze odnóża. Za chwilę z jednego z rozdarć wyjrzała biała, porcelanowa maska, osadzona na humanoidalnej twarzy. W mgnieniu oka znalazła się przy nim. Chwyciła go w bezlitosny uścisk, oplatając wszystkimi kończynami. Nikolai próbował się bronić, sięgając po techniki medytacyjne, których nauczył go mistrz, lecz potworna mara za nic nie chciała puścić. Nikolai był przerażony i wyczerpany, a z każdą chwilą tracił wolę dalszej walki. Zachował jednak na tyle trzeźwe zmysły, by spróbować wypowiedzieć zaklęcie i wyczuć intencje tej istoty.

Oprócz szaleńczego głodu i żądzy mordu wyczuł coś jeszcze. Czysty strach. Ta istota chciała się go pozbyć – i to jak najszybciej. Na całym ciele Nikolaia pojawiło się znajome, silne mrowienie, zapowiedź przejścia przez granicę Myślosnu. Za chwilę znajdzie się na terytorium tej istoty, a tam nie będzie już bezpieczny. Wiedział o tym. Nie miał sił, by wyrwać się z jej objęć, a co dopiero walczyć. Czuł, że jego opór nie ma znaczenia, że równie dobrze może się poddać.

Lecz stało się. Przekroczyli zasłonę. Znów uderzył go zapach zbutwiałej ziemi i gnicia, a wokół rozciągał się jedynie nieprzenikniony mrok. Czyżby? W oddali majaczyło nieśmiałe światło, które zdawało się rosnąć i potężnieć z każdym lękliwym oddechem Nikolaia. Z ciemności wyłoniła się dziewczyna z dogasającą świecą w kruchych dłoniach – ta sama, którą dostrzegł w szczelinie między domami. Jej popielate włosy unosiły się w bezwietrzu, a szeroko otwarte oczy przepełniał ból. Pajęcza istota zamarła. Wypuściła Nikolaia z objęć i runęła w stronę nowej ofiary. Zjawa nawet nie próbowała się bronić. Odłożyła niemal całkowicie wypaloną świecę, rozłożyła ramiona i czekała na coś, co zdawała się znać aż nazbyt dobrze. Potwór chwycił ją w szponiaste odnóża, przykrył całym cielskiem, a z otworu w masce wysunął się długi, oślizgły jęzor, który bezwstydnie sunął po bladej skórze. Kruche ciało zaczęło się wić i wykręcać w ślepym proteście przeciwko niewyobrażalnemu bólowi. Usta bladej zjawy poruszyły się bezgłośnie, ale Nikolai usłyszał ten głos bezpośrednio w swojej głowie.

Uciekaj! Zbudź się!

W tym samym momencie mrok Myślosnu pękł, a przestrzeń zalała fala nienawiści i niszczycielskiego żaru. Z ciemności wyrosła potężna sylwetka odziana w zbroję utkaną z szkarłatnych płomieni. Tam, gdzie powinna znajdować się twarz, chłopak dostrzegł zniekształcone, kobiece rysy. Istota zawyła nieludzko, pełnym bólu krzykiem, po czym uderzyła ogromną pięścią w ziemię. Wyzwolona w ten sposób fala zabójczego ognia pomknęła przed siebie, a rozżarzona istota rzuciła się wprost na pajęczą bestię i dziewczynę.

Nikolai nagle zorientował się, że stoi na samym środku płonącej wioski, wśród spalonych i udręczonych ciał jej mieszkańców. On sam również płonął. Skóra na dłoniach topiła się i zwisała jak namokły pergamin. Krzyczał, a cierpienie, jakiego doznawał, zajęło już każdy skrawek jego jestestwa. Wydawało się nie mieć granic i rosnąć z każdym oddechem. Robił wszystko, by wyrwać się z wizji. Upadł na kolana, dłonie zacisnął na skroniach. Gorączkowo przywoływał w pamięci techniki, których uczył go Kruczycień.

– Zbudź się! Zbudź się, idioto! – wykrzyczał z całych sił, choć z gardła wydobyły się tylko cichutkie jęki. To jednak wystarczyło, aby dźwięk – skrajnie słaby, ale realny – przebił się wreszcie do sfery materii.

***

Smoła zerwał się, szczeknął ostrzegawczo i warknął w pusty kąt pokoju, jakby widział to wszystko. Kruczycień, który już dawno czuwał, sięgnął błyskawicznie pod koszulę chłopaka. Jego wzrok przykuł kryształ Scalenia. Kamień rozjarzył się bladoniebieskim światłem na piersi Nikolaia. Blask był zbyt słaby, by rozświetlić pokój, choć wystarczający, by przyciągnąć do siebie istoty zza zasłony.

– Sithartha! – wykrzyczał zaklęcie wybudzające, a kamień na klatce piersiowej chłopaka błysnął jeszcze jaśniej, przywracając mu zmysły.

– Oddychaj, Nikolai! – syknął mentor. – Nic nie może się przedostać, a tobie nic nie może się stać. Jeszcze nie!

Jeszcze nie. Te słowa dawały chłopakowi nadzieję i jednocześnie ją odbierały. Były jednak na tyle silne, że pozwoliły mu ostatecznie zerwać zasłonę koszmarnego Myślosnu. Nikolai otworzył oczy i zerwał się gwałtownie, z trudem łapiąc oddech. Jego ciało kołysało się bezwładnie, jakby rozpaczliwie próbowało odnaleźć równowagę po horrorze, którego właśnie doświadczył. Już wcześniej spotykał za granicą jawy różne istoty i wiedział, że rzadko bywają dobre z natury. Tutaj jednak dotknął czegoś, na co nie był gotowy. Nie potrafił sobie wyobrazić konfrontacji z taką potęgą, zwłaszcza w jej własnej domenie – a przecież jego mistrz po to właśnie tu zawędrował. A on wraz z nim.

– Mistrzu… ja…

Kruczycień zamknął dłoń na krysztale, tłumiąc jego dogasające światło, po czym spojrzał groźnie na ucznia.

– Niech cię szlag, Nikolai! Mówiłem, abyś nie wchodził do Myślosnu! Coś ty sobie myślał? Zawsze musisz być mądrzejszy?

Nikolai zbladł i przełknął ślinę, jakby wciąż czuł na języku smak zbutwiałej ziemi i zgnilizny. Kruczycień przez chwilę milczał, próbując opanować oddech. W półmroku izby jego twarz zdawała się wykuta z kamienia; wyglądał, jakby nasłuchiwał czegoś, co dopiero miało nadejść. Napełnił gliniany kubek gorzałką i wcisnął go w roztrzęsione dłonie chłopaka.

– Opisz mi wszystko – powiedział w końcu niskim głosem. – Ale bez domysłów…

Nikolai zawahał się. Chciał odpowiedzieć, ale gdy tylko otworzył usta, dopadł go suchy, spazmatyczny kaszel. Wciąż czuł w gardle dym z płonącej wioski, choć izba pachniała tylko wilgocią i starym drewnem. Uniósł dłoń – była cała, blada w świetle księżyca, ale palce drżały tak mocno, że musiał zacisnąć je w pięść, by mistrz nie dostrzegł tej słabości.

– Ja nie chciałem tam wchodzić… – wycharczał, a jego głos brzmiał pusto. – Przysięgam! To on… On mnie wciągnął! Wszystko, czego mnie uczyłeś, mistrzu… cała ta obrona… to było gówno warte. Przełamał mnie w sekundę.

– Opisz mi tę bestię. – Kruczycień zmarszczył brwi, wyraźnie zaniepokojony.

– Przybrał pajęczą formę utkaną z cienia, z ludzką głową, na której nosił białą maskę, taką z teatru. Mistrzu, ja wyczułem jego głód – zaczął ostrożnie – ale nie zwykłe pragnienie ciała. Raczej… brak czegoś. Pustkę, która chciała się wypełnić mną. Albo nią… – przełknął ślinę. – Ta dziewczyna ze świecą odwróciła jego uwagę i poświęciła się, mówiąc, abym uciekał. Wtedy wypuścił mnie ze swego uścisku, jakbym przestał się liczyć, i rzucił się na nową ofiarę. On próbował… ją posiąść. Czułem, że tamta zjawa nie po raz pierwszy cierpi w tym miejscu. Ona znała ten mrok.

– Dziewczyna ze świecą?

– Tak. Ta sama, którą widziałem wcześniej pomiędzy chatami. Jestem przekonany, że to ją dostrzegłem przed karczmą.

– Czy próbowałeś wyczuć…

– Intencje? – przerwał mu uczeń, patrząc na niego z oburzeniem. – Zrobiłem wszystko, by przetrwać, wierz mi! Oprócz czystej żądzy mordu i niezaspokojonego pragnienia, wyczułem od niego coś jeszcze: strach. On się gdzieś potwornie spieszył, jakby pragnął pozbyć się mnie przed czasem.

– Strach, mówisz… – Kruczycień zamyślił się na chwilę, gładząc dłonią bujny zarost. – Co było dalej?

– Ogień – odpowiedział Nikolai bez wahania. – I gniew tak wielki, że aż poczułem mdłości. Ale była w tym też żałość… potworna strata.

– Kolejny duch? – Kruczycień uniósł brwi. – Jak wyglądał?

– Przypominał ogromną wojowniczkę w zbroi z płomieni. Wyczułem w tym bycie żeński pierwiastek. Gdy tylko się pojawiła, rzuciła się na pajęczą poczwarę, wyzwalając burzę ognia. W ułamku sekundy zaczęła płonąć cała wioska. A ja razem z nią… Resztę już znasz.

Zapadła cisza. Kruczycień powoli wstał i podszedł do okna.

– Miałeś dużo szczęścia, Nikolai – odezwał się w końcu. – Myślę, że ten pająk to jednak Nasirri i dobrze wie, że zawędrowaliśmy do wioski. Ciebie uznał za słabsze ogniwo. Spróbował wyeliminować jednego z nas, zanim w ogóle dojdzie do realnego starcia. Może liczył na to, że wtedy i ja odpuszczę?

Zawiesił głos, po czym dodał ponuro:

– Z kolei tej drugiej istoty nie potrafię jeszcze nazwać. I to mi się nie podoba. Przybysze Nasirri czy inne duchy rzadko kiedy wkraczają nawzajem do swoich domen. Ten ognisty byt wydaje się nieobliczalny albo… potwornie zdesperowany.

– Mistrzu… – odważył się chłopak. – Czy to mogą być Nasirri wyższe?

Kruczycień nie odpowiedział od razu. Wciąż stał przy oknie; w końcu pchnął je delikatnie, wpuszczając do izby nocny chłód.

– Gdyby to były Nasirri wyższe, twoja głowa już by pękła, chłopcze – odparł cicho. – A ich obecność ściągnęłaby tu Świętą Inkwizycję Opadłej Gwiazdy. – Podrapał nerwowo zarośnięty podbródek, odszedł od okna i opadł na swoje łóżko. Patrząc w sufit, milczał przez parę chwil, aż w końcu dodał: – Z całą pewnością są to potężni przeciwnicy. Lecz jest coś, co mnie niepokoi bardziej, mój uczniu. Coś, czego nie powinno być tutaj. Nie w takiej mieścinie. – Odwrócił się powoli w kierunku Nikolaia i spojrzał mu prosto w oczy. – Rozdarcie w zasłonie, które wyczuliśmy przy wejściu, jest zbyt stare, a jednocześnie zbyt świeże. Jakby ktoś… otworzył dawną ranę.

Nikolai drgnął.

– Mówisz o jakimś rytuale? Ktoś szperał przy zasłonie?

– Na to wygląda. To, że w samej wiosce panują waśnie i rzekome koszmary, jeszcze nic nie znaczy. Tu musiał zadziałać ktoś, kto potrafił przeprowadzić rytuał Rozdarcia. I najpewniej zrobił to celowo.

Nikolai milczał, wpatrzony v gasnący kryształ na swoim torsie.

– Myślisz, że wójt faktycznie jest źródłem tych manifestacji?

– Źródło nie zawsze znajduje się tam, gdzie widać pęknięcie – odpowiedział mistrz. – Osnowa Myślosnu czasem pęka w miejscu, gdzie materiał jest najsłabszy. A słabość Domorada może być głębsza, niż podejrzewamy. Jestem pewien, że jutro dowiemy się więcej.

Smoła zaszczekał krótko, ostrzegawczo. Kruczycień pochylił się i położył dłoń na pysku mastifa.

– Cicho, stary druhu. To jeszcze nie przyszło po nas. Jeszcze nie.

Nikolai przełknął ślinę.

– Mistrzu? Co zrobimy jutro?

Kruczycień otworzył oczy, a w ich głębi błysnęło coś między fascynacją a zmęczoną determinacją.

– Jutro wejdziemy do domu Domorada. I zobaczymy, co ukrywa wójt Starej Kamiennej.

Chłopak pokiwał głową, ale czuł, że to jeszcze nie koniec rozmowy. A może po prostu obawiał się jej zakończenia, lękając się powrotu do ciszy?

– A jeśli to coś znów spróbuje zabrać mnie we śnie?

Kruczycień skinął głową powoli, jakby właśnie tego pytania oczekiwał.

– Wtedy nie uciekaj. Ucieczka we śnie jest zaproszeniem. Byt staje się silniejszy, a ty słabszy, i prędzej złapie cię w swe sidła. Jeśli przyjdzie, patrz. Prosto w twarz. Bez strachu. Obserwuj. Ucz się. A ja… będę blisko.

Nikolai uniósł głowę.

– W moich snach? Niby jak?

Kruczycień uśmiechnął się lekko, bez wesołości.

– Mam swoje sposoby.

– Szkoda, że nie użyłeś ich wcześniej, mistrzu… – odpowiedział nieco bezczelnie chłopak, uśmiechając się półgębkiem.

– Wróg jest podstępny i silny – mruknął mentor, lekko poirytowany, ale szybko spuścił z tonu. – Nie martw się, dwa razy nie nabiorę się na tę samą sztuczkę. Poza tym… przecież żyjesz. Czy jednak się mylę i gadam do trupa?

– No już dobrze, dobrze, zrozumiałem twój wykład – odparł lekko zawstydzony Nikolai i podrapał mastifa za uchem.

– Spocznij już, mój uczniu. Mamy jutro wiele do zrobienia.

Noc ucichła dopiero po długim czasie. Mgła opadła, Smoła się uspokoił, a pulsowanie w powietrzu osłabło, choć nie zniknęło całkowicie, jakby koszmar nie chciał odpuścić.

Kruczycień długo nie zasnął. Siedział w półmroku, wsłuchując się w oddech wioski, w jej drżenie, w jej ukryty niepokój. Czuł, że coś odległego mu się przygląda, lecz nie poświęcał temu większej uwagi. Zbyt wiele takich spojrzeń znał z przeszłości; potrafił stworzyć barierę mentalną wobec bytów, które próbowały go podglądać. Jak zawsze o tej porze, jego myśli zaczęły gęstnieć. Nawiedzały go obrazy, do których nigdy nie chciał wracać, a które prześladowały go bezlitośnie, gdy tylko gasła świeca. Nasirri, które nosił w sobie i z których czerpał siłę, karmiły się tym ciężarem: lękiem, żalem, poczuciem winy. Dlatego nauczył się odpychać emocje, tłumić je, nie dawać im pożywki. Nauczył się to robić być może aż za dobrze. To właśnie czyniło go człowiekiem szorstkim, choć opanowanym – cały czas trzymającym w ryzach coś, co tylko czekało na moment słabości.

Spojrzał na śpiącego Nikolaia. Wyszeptał krótkie zaklęcie i położył dłoń na jego czole. Chłopak spał niespokojnie, co jakiś czas zaciskając nerwowo palce na kocu, lecz tej nocy nic już po niego nie przyszło.

Tuż przed świtem Kruczycień odezwał się cicho, przekonany, że Nikolai go nie słyszy:

– Dwa potężne byty walczące ze sobą, dziewczyna ze świecą i mroczna zapowiedź pożogi… – westchnął ciężko. – Być może to zbyt wiele na barki mojego ucznia. – Położył dłoń na karku mastifa śpiącego przy łóżku. – Nie jestem pewien, czy to dobry czas na inicjację. Niech Zakon sobie naciska… Jeśli to plugastwo spróbuje cię złamać, sam je wypalę, choćby to miał być mój ostatni dzień. – Po chwili dodał jeszcze ciszej: – Idę po was. Pajączku. Płomieniu. Kimkolwiek jesteście. Choćby tylko dlatego, że tknęliście mojego ucznia.

Za oknem wiatr warknął krótko. Jakby coś – albo coś – odpowiedziało mu z ciemności.

***

Stara Kamienna o poranku wyglądała gorzej niż nocą. Szare, ciężkie niebo spoglądało na wioskę jak brudna i niewyżęta porządnie szmata, sącząc swe nieczystości prosto na głowy ludzi. A ludzie poruszali się w deszczu powoli, zgarbieni, jakby nie spali od wielu dni. Twarze mieli trupie, oczy zaczerwienione i podkrążone. Jakaś kobieta przy studni upuściła wiadro w nienaturalnym przestrachu, gdy tylko zobaczyła dwójkę dziwnie wyglądających podróżnych z ogromnym psem. Dalej dwóch mężczyzn sprzeczało się głośno o coś błahego: o deskę, o granicę ogródka, o to, czyj jest ten kret, co rozkopał ziemię, lecz w ich głosach było zbyt wiele jadu jak na taką drobnostkę.

– Cała wioska jest pęknięta – mruknął Nikolai. – Nie tylko zasłona.

– Zasłona pęka tam, gdzie pękają ludzie – odparł szorstko Kruczycień.

Im dalej szli, tym jednak ciszej się robiło. Dom Domorada stał na uboczu, nieco wyżej, jakby oddzielony od reszty wioski niewidzialną granicą.

Płot był przekrzywiony, brama wisiała na jednym zawiasie, a ogród zarósł chwastami. Na huśtawce, która skrzypiała jednostajnie, siedział drobny chłopak. Miał może dwanaście lat. Chudy, zbyt drobny jak na swój wiek. Patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem, kołysząc się miarowo, od czasu do czasu wykonując dziwne gesty. Z daleka wyglądało to na próbę rzucania jakichś zaklęć. Pobielałe usta otwierały się, wypowiadając niezrozumiałe słowa, ale bezgłośnie, jakby świat zagłuszał jego istnienie.

– Coś jest nie tak z tym dzieckiem… – wyszeptał zaintrygowany Nikolai.

Chłopiec dalej nie reagował, kołysał się tylko raz do przodu, raz do tyłu, kompletnie ignorując nowo przybyłych. Smoła zatrzymał się i opuścił łeb, wąchając powietrze. Nie warczał. Sprawiał wrażenie zaciekawionego.

– Chodźmy dalej – wtrącił Kruczycień. – Wpierw porozmawiajmy z Domoradem. Poza tym wątpię, abyśmy się czegoś dowiedzieli od tego malca. Widywałem już mu podobnych. One nie śnią naszym snem. Ich los bywa trudny. To ciężkie brzemię.

W tym momencie drzwi domu otworzyły się, a z nich wyszedł mężczyzna – starszy, szczupły, o twarzy pooranej zmarszczkami, z siwymi włosami zaczesanymi do tyłu. Ubrany był schludnie, choć skromnie. W jego ruchach czaiło się napięcie, jak u kogoś, kto od dawna śpi z jednym okiem otwartym. W ręku trzymał naładowaną kuszę.

– Czego tu chcecie? – zapytał ostrożnie, stając między nimi a dzieckiem.

– Szukamy wójta Domorada – odparł Kruczycień, odwracając się w jego stronę. – A ty musisz być Aldus.

Sługa zmrużył oczy.

– A wy…?

Kruczycień uchylił kaptur na tyle, by niebieski półksiężyc pod okiem był dobrze widoczny. – Jesteśmy Scalonymi z ramienia Świętej Inkwizycji Opadłej Gwiazdy. Zwą mnie Kruczycień, a to mój uczeń Nikolai. Chcielibyśmy porozmawiać z szanownym Domoradem. Wioska wydaje się nas potrzebować. Czyż nie?

Aldus zamarł. Spojrzał na chłopca na huśtawce, potem na drzwi domu, jakby rozważał ucieczkę lub zamknięcie ich przed nimi. W końcu jednak skinął głową.

– Wójt… nie lubi niespodzianek – powiedział cicho. – Ale wejdźcie. Porozmawiacie z nim. Tylko… bez gwałtownych ruchów. Wiem, jak z tego strzelać.

Nikolai zerknął jeszcze raz na chłopaka. Kołysał się dalej, w tym samym rytmie, wpatrzony w coś, czego nikt inny nie mógł zobaczyć.

Weszli do środka. Wewnątrz panował nieprzyjemny chłód, mało naturalny jak na wiosenny poranek. Kamienne ściany tłumiły dźwięki wsi, jakby świat zewnętrzny kończył się na progu. W sieni pachniało wilgocią i czymś kwaśnym. Nikolai ściągnął kaptur i nagle zamarł, a kryształ na jego piersi zapulsował lodowatym dreszczem.

Na schodach stała dziewczyna. Ta sama, blada, w prostej sukni, zupełnie jak w jego śnie. Trzymała zapaloną świecę, której dym unosił się ku sufitowi, rozwiewając się w powietrzu. Przeszła tuż obok Aldusa. Sługa nawet nie drgnął, nie odsunął ramienia, gdy przeniknęła przez niego niczym smuga cienia. Dziewczyna spojrzała prosto w oczy Nikolaia, bez mrugnięcia, po czym zniknęła na piętrze.

– Mistrzu… – wykrztusił chłopak, chwytając za rękojeść sztyletu.

– Cicho. Nie skupiaj na niej uwagi – syknął Kruczycień, choć jego gadzie oczy rozszerzyły się nieznacznie. – Ślepiec jej nie widzi. Ale my tak. Esencja wycieka z pokoju na górze.

Aldus odwrócił się, patrząc na nich z ukosa z dłonią wciąż opartą na kuszy.

– Na górze jest pokój córki wójta – wyjaśnił podejrzliwie, nie rozumiejąc ich nagłego wahania. – Ivra… od dawna stamtąd nie wychodzi. Jest chora i nie wolno jej przeszkadzać. Idziecie, czy mam was siłą gonić?

Nie czekając na odpowiedź, ruszył dalej. Poprowadził ich do izby, która kiedyś musiała być miejscem, w którym niegdyś przyjmowano gości. Teraz była potwornie zaniedbana. Stół nosił ślady dawnych uczt, ale teraz stały na nim tylko puste naczynia i gliniany dzban z resztką czegoś mętnego.

Przy kominku siedział Domorad. Był potężnie zbudowany, miał szerokie barki i grube ramiona, ale cała ta siła zdawała się pusta, wypalona od środka. Twarz miał pooraną zmarszczkami, oczy zaczerwienione, a spojrzenie ciężkie jak kamień. Broda nie była golona od wielu dni. Pachniał alkoholem i rozpaczą.

– To wy… – powiedział w końcu. Głos miał niski, zachrypnięty, jakby od dawna odwykł od ludzkiej mowy. – Scaleni. Wiedziałem, że w końcu ktoś z zakonu się tu zjawi.

Spojrzał na nich spod ciężkich powiek. Nie było w tym ulgi. Ani nadziei. Tylko zmęczenie tak głębokie, jakby niosło się przez lata.

– Faktycznie, nie wyglądasz na zaskoczonego, wójcie – odezwał się Kruczycień spokojnie, patrząc mu głęboko w oczy. – A jednak… coś tu gnije w tej wiosce. I to nie od wczoraj. Opowiesz nam, co cię dręczy?

Domorad parsknął cicho. Krótko. Podniósł butelkę, spojrzał na nią, jakby sprawdzał, czy zostało coś na dnie

– Gnije… – powtórzył. – Wszyscy tu teraz tacy mądrzy. – Upił łyk. Zakrztusił się.

– Co tu się wydarzyło, Domoradzie? – ciągnął Kruczycień. – I dlaczego mam wrażenie, że jesteś w to zamieszany po same uszy?

Wójt zaśmiał się ponuro, tym razem głośniej i bardziej teatralnie. Spojrzał na nich, a w jego przekrwionych ślepiach nie było lęku przed biczem zakonu. Było tam coś innego – chora, egoistyczna duma człowieka, który od lat czekał na sędziego, przed którym będzie mógł wyrecytować swoją obronę.

– Prawdy chcecie? – Machnął drżącą ręką. – Wszyscy chcą prawdy. Do czasu, aż ją kto znajdzie. Wtedy człowiek najchętniej zapomniałby, że w ogóle ją poznał.

Zapadła cisza. Domorad nie mówił dalej, a Kruczycień nie ponaglał.

– Myślą, że to ja – odezwał się w końcu wójt, patrząc w podłogę. – Że wszystko przeze mnie. – Uśmiechnął się krzywo. – Moja żona. Moja córka. I te koszmary pożerające ich sny – odchrząknął, jakby coś utkwiło mu w gardle. – Nie wiedzą, z czym się mierzyłem… i dalej mierzę – mruknął. – I dobrze. Albo i źle… Sam już nie wiem. Może lepiej by było, gdyby wszyscy wiedzieli?

– O czym wiedzieli? – zapytał Kruczycień.

Domorad długo nie odpowiadał. W końcu uniósł dwa palce.

– Dwa lata. – Zacisnął mocno oba palce drugą dłonią. – Dwa lata próbowałem… – Urwał. – Nie. – Poprawił się. – Dwa lata udawałem, że da się to zatrzymać. – Westchnął ciężko. – Modlitwy. Posty. Egzorcyzmy w złotych świątyniach pełnych przepychu. – Wzruszył ramionami. – Wydałem na to wszystko cały majątek. – Spojrzał na butelkę. – Została tylko ona.

Zamilkł. Dłonie zaczęły mu drżeć. Zamknął oczy. Gdy znów je otworzył, mówił ciszej, jakby każde słowo go bolało:

– Usłyszałem go po raz pierwszy tamtego zasranego dnia. Dałem się namówić na udział w rytuale. Jak się później okazało – diabelskim. Hrabia Lonter De’Virstad był moim wierzycielem. Obiecał zapomnieć o długu, jeśli zgodzę się na przeprowadzenie go w mojej wiosce. Według hrabiego ta wioska była szczególnie miła bogom… Cokolwiek miał na myśli. Nazwał to „rytuałem cielesnych rozkoszy”. Głupi byłem. Albo zdesperowany. Co za różnica – parsknął krótko, bez humoru. – Wtedy jeszcze myślałem, że nic gorszego nie może mnie spotkać – głos wezbrał dziką emocją. – Wiosce groził upadek. Uratowałem ich! Poświęciłem się, rozumiecie?! Zgodziłem się na ten rytuał, żeby zmazać długi nas wszystkich. Zresztą… ruina i tak w końcu przyszła – zgiął się lekko, jakby nagle zabrakło mu tchu. – Podczas rytuału wypełzło to coś. Pozwoliłem, żeby zajrzało we mnie. Tylko na chwilę – tak mówiło. Obiecało wiele… lecz skłamało. A potem… – głos zadrżał.

Wójt uniósł wzrok na Nikolaia. Wytrzymał ledwie ułamek sekundy. Tyle zdołał patrzeć w twarz drugiemu człowiekowi, wiedząc, do czego za chwilę się przyzna.

– Potem tylko patrzyłem. Pamiętam wszystko. Każdą krzywdę, którą wyrządził moimi dłońmi. Pamiętam każdą martwą twarz. Rozumiecie? Widziałem i czułem na skórze wszystko. Wszystko! Nawet gdy… – Słowa urwały się w pół zdania, jakby parzyły w usta. – Nie chcę… – wyszeptał. Zaległa niespokojna cisza. Kruczycień przerwał ją pierwszy.

– Jak się nazywał? – zapytał cicho.

Domorad drgnął, jakby go uderzono.

– On… – przełknął ślinę. – Analesh.

Imię zawisło w powietrzu, ciężkie i obce.

– On wracał – ciągnął dalej Domorad. – Co jakiś czas. Lecz nieustępliwie, raz po raz. Nie dlatego, że chciałem – pokręcił głową. – Po prostu nie potrafiłem powiedzieć „nie”. – Zamilkł na długo. – Tersa… – powiedział w końcu. – Miała mnie już dość. Próbowała mnie zabić – głos miał pusty. – Zaczaiła się w sieni. Z nożem do mięsiwa. Rozcięła mi bark… Ale zdążyłem się odwrócić. Popchnąłem ją, żeby się oswobodzić. Zbyt mocno… – zamknął oczy. – To nie była moja siła. Uderzyła głową w ścianę z taką mocą… Zmarła na miejscu. A ja… straciłem już resztki siebie, które mi pozostały.

Kruczycień lekko zmrużył gadzie oczy.

– To mnie złamało. I właśnie wtedy po raz ostatni mną zawładnął – zadrżał. – Ivra weszła do sieni. Krzyczała. Chciała uciec. Demon był szybszy. Zaciągnął ją do pokoju i… – głos się rozsypał. – Święty Laeterze! On zrobił to… mojej córeczce… a ja wszystko czułem!

Zgiął się, jakby dostał cios w brzuch. Trząsł się, zaciskając jeszcze mocniej powieki. Nikt się nie poruszył. Nawet powietrze zdawało się zastygnąć.

– I wtedy… wyszedł ze mnie. Poczułem to. Jakby coś wyrwało się z wnętrza i weszło w nią. W moją Ivrę…

Kruczycień nie poruszył się ani o włos, ale jego spojrzenie stwardniało.

– Od tamtej pory jestem wolny – ciągnął Domorad, wskazując drżącą dłonią schody, gdzie paliła się pojedyncza świeca. – A ona… jest jak ten płomień. Jeszcze się trzyma. Ale w końcu zgaśnie – przełknął z trudem ślinę. – Leży tylko w łóżku. Nie reaguje. Karmię ją na siłę. Myję co wieczór. I patrzę, jak znika mi dzień po dniu – spojrzał na dłonie. – Gdy odzyskałem siebie, chciałem… chciałem się zabić – jego głos stał się martwy. – Janus mnie powstrzymał. Mój syn. Dziecko, które ledwo patrzy na ten świat… a wtedy wydawało mi się, że on widzi więcej niż ja przez całe życie… – Uniósł wzrok. – Jeśli przyszliście mnie osądzić, zróbcie to. Jeśli zabić – nie będę się bronił. Ale jeśli istnieje choć cień szansy, że Ivra wróci… – głos mu pękł. – Błagam.

Kruczycień spojrzał na Nikolaia.

– To nie jest zwykłe nawiedzenie – zwrócił się do ucznia, pełen niepokoju. – To wojna o duszę. I nie wiem, czy ją wygramy.

Nikolai myślał tylko o jednym – o dziewczynie ze świecą, która czekała na górze. Obrzydzenie, gniew i smutek mieszały się w nim, narastając po opowieści Domorada. W końcu nie wytrzymał.

– Jak… Jak one mogły z tobą wytrzymać tyle czasu?! – wybuchnął wzburzony. – Już lepiej, jakbyś się zabił w momencie, gdy pierwszy raz je skrzywdziłeś!

Wójt spojrzał na chłopaka wzrokiem pełnym rezygnacji.

– Na początku próbowały to wszystko zrozumieć. Potem zaczęły się mnie bać. Następnie nienawidzić. Aż stało się to, co się stało. Próbowałem się zabić wiele razy, gdy mieszkał we mnie ten diabeł… Lecz nie pozwalał na to. Co gorsza, właśnie wtedy opętywał ciało. Właśnie wtedy, gdy wola była najsłabsza.

Ciężka, duszna atmosfera zawisła w powietrzu. Nikolai nie dowierzał temu, co słyszy. Nie potrafił znaleźć choć krzty litości dla Domorada. Kruczycień tymczasem milczał, wodząc wzrokiem po twarzy wójta. Widział setki skruszonych grzeszników, ale Domorad do nich nie należał. Wójt nie mówił z żalu; recytował testament, starannie dobierając słowa tak, by zrzucić całą odpowiedzialność na demona. Prezentował się jako bezbronne naczynie, choć w głosie pobrzmiewała nuta fałszu, której chłopak, zaślepiony gniewem, jeszcze nie potrafił wyłapać.

– A co z hrabią De’Virstad? – przerwał ciszę Kruczycień, chłodno ignorując emocjonalny wybuch ucznia.

– Ja… zabiłem go. Wraz z resztą. A raczej… on.

– Tak po prostu przyznajesz się do tego wszystkiego? Nie boisz się konsekwencji, wójcie?

– Mnie już wszystko jedno. Powiedziałem całą prawdę, bo moje dni są policzone, a tym samym dni syna i córki. Ten motłoch w końcu przyjdzie po swoje. Wiem to. Wioska i tak już prawie upadła.

– Skoro już wspominasz o córce, chcielibyśmy zobaczyć Ivrę. Musimy zbadać… jej aurę. Możemy?

Na dźwięk imienia córki Domorad zmarszczył gniewnie brwi.

– Chyba że masz coś przeciwko, wójcie? – Kruczycień odwzajemnił spojrzenie z nawiązką.

– Nie – odparł oschle. – Idźcie i róbcie swoje. Ale nie puszczę was samych. Tylko w mojej obecności. Zgoda?

– Zgoda – stwierdził krótko Kruczycień. Ruszyli na pierwsze piętro, wprost do pokoju Ivry.

 ***

Schody skrzypiały przy każdym kroku, jakby dom protestował, że ktoś ma czelność wchodzić na górę. Kruczycień szedł tuż za wójtem i Aldusem, a pochód zamykał Nikolai ze Smołą przy nodze. Masywny mastif poruszał się cicho, niemal bezszelestnie, co przy tych rozmiarach budziło niepokój. W połowie stopni Nikolai zwolnił.

– Dlaczego nie wezwiesz strażników, skoro tak bardzo boisz się wieśniaków? Albo nie poprosisz pana tych ziem, by pomógł stłumić bunt? – zapytał, nie podnosząc wzroku.

Chłopak nie potrafił patrzeć na wójta. Domorad zatrzymał się. Przez chwilę wyglądał, jakby się wahał, czy w ogóle odpowiedzieć.

– Wezwałem – powiedział w końcu. – Jeszcze na samym początku, zanim wszystko rozeszło się po wiosce. Tuż po śmierci Tersy – parsknął gorzko. – Odwrócili się. Mówili, że nie będą bronić potwora, że mam zwrócić im sny albo… spotka mnie boska kara. Niewdzięcznicy. Gdybym jednak poprosił o pomoc pana tych ziem, a ten jakimś cudem by się tu zjawił, najpewniej spłonąłbym na stosie ku chwale Świętego Zakonu Opadłej Gwiazdy.

Kruczycień skinął głową, jakby właśnie tego się spodziewał.

– I nikt nie chciał cię wysłuchać? – naciskał chłopak.

– Nikt. Wszelkie zło wyrządzone przez demona uznano za moją winę. Nie uwierzyli w kłamstwa o śmierci Tersy. Stałem się dla nich ofiarą całopalną. Ale czy moja śmierć przyniesie im spokój? Na wszystkich bogów, oby tak! Jeśli w ten sposób ma się to skończyć.

– Został ci tylko on? – zapytał Nikolai, rzucając krótkie spojrzenie w stronę Aldusa.

– Tylko Aldus – potwierdził ponuro Domorad. – I to chyba bardziej z litości niż z obowiązku.

Aldus spuścił wzrok. Reszta drogi upłynęła w ciszy. Na końcu korytarza paliła się świeca. Stała na niskim stoliku przed uchylonymi drzwiami, a płomień drżał, jakby reagował na ich obecność. Nikolai poczuł ukłucie w żołądku na samą myśl, że za chwilę przekroczy próg pokoju, w którym leżała dziewczyna. Kruczycień pchnął drzwi. Pokój był czysty. Aż nadto czysty. Łóżko starannie zaścielone, przy oknie stały doniczki z kwiatami, na krześle zaś równo złożona suknia. W powietrzu unosił się zapach mydlin i ziół, jakby ktoś próbował przykryć nim coś znacznie gorszego. Ivra leżała na łóżku. Nikolai od razu wiedział, że to ona. Mogła mieć szesnaście, siedemnaście lat – tyle co on. Piękna nawet teraz, a może właśnie dlatego, że w tym obliczu było coś złamanego. Popielate włosy rozłożone na poduszce, twarz blada, niemal przezroczysta. Błękitne oczy, otwarte i puste, wpatrywały się w sufit, tylko od czasu do czasu przerywane pojedynczym mrugnięciem. Ciało było zadbane, czyste, umyte, ubrane w prostą koszulę nocną. Ale na wychudzonych ramionach i szyi widać było sine ślady. Ślady paznokci, jakby w chwilach świadomości próbowała się rozdrapać, wyrwać z własnej skóry. Domorad podszedł o krok, po czym się zatrzymał. Nie dotknął jej.

– Czasem… – zaczął, ale głos się załamał. – Czasem krzyczy. Bez dźwięku. Jakby śniła najgorszy koszmar.

Kruczycień skinął głową. Twarz miał skupioną, chłodną.

– To nie sen. Ona jest głębiej – powiedział, odwracając się do Nikolaia. – Czas wejść, uczniu. Pierwszy raz przekraczasz zasłonę, nie śniąc ani nie medytując. Wszystko będzie realniejsze, niż myślisz. Ale przygotowywałem cię do tego od lat. Zobaczmy, ile warte było całe to gadanie i pukanie w pusty łeb. Jeśli chcesz dalej towarzyszyć mi w podróżach, musisz przez to przejść. Nie ma innej drogi.

Nikolai przełknął ślinę. Serce biło szybciej, ale dłonie miał zaskakująco spokojne. Coś w nim wiedziało, że to moment, którego nie da się ominąć. Kruczycień położył dłoń na piersi Ivry. Delikatnie, niemal z szacunkiem.

– Skup się – powiedział cicho. – Nie szukaj złego ducha. Szukaj jej.

Nikolai zrobił to samo. Skóra dziewczyny była chłodna w dotyku, zbyt cienka, zbyt krucha. W tej samej chwili Smoła usiadł obok łóżka, jakby doskonale rozumiał, co się dzieje. Masywna sylwetka psa napięła się, a oczy utkwił przed siebie.

– Smoła będzie nas pilnować – dodał Kruczycień. – Przez jakiś czas nas tu nie będzie… przynajmniej w pewnym sensie. Nie radzę dobierać się do tobołków, jeśli nie chcecie stracić ramienia czy dwóch. Nikolai zamknął oczy. Świat zadrżał. Najpierw poczuł ciężar i mrowienie, jakby zapadał się w gęstą, lodowatą wodę. Następnie ciszę. Absolutną.

Myślosen nie otworzył się jednak nagle. Nie było żadnej granicy, progu ani szarpnięcia, jakie Nikolai znał z przekraczania barier we śnie. Świat dookoła po prostu… zgnił. Pokój, w którym stali jeszcze przed chwilą, rozpadał się na ich oczach. Po wójcie i Aldusie nie było już śladu, a ściany pociemniały i spuchły, jakby nasiąkały wilgocią przez dziesięciolecia. Tynk odłaził płatami, odsłaniając kamień pokryty czarną pleśnią. Z sufitu zwisały strzępy pajęczyn, ciężkie od czegoś lepkiego. Podłoga ustępowała miękko pod stopami, jakby była gnijącą ziemią, a nie deskami.

Jednak to zapach uderzył pierwszy. Zgnilizna, pot, stare kadzidło i coś jeszcze… coś metalicznego. Nikolai otworzył oczy i odruchowo cofnął się o krok. Łóżko Ivry wciąż tam stało. Było puste i zdecydowanie już nie tak czyste, jak zapamiętał. Prześcieradła przypominały brudne bandaże. Pełzały po nich blade, grube robaki, wgryzające się w tkaninę jak w żywe ciało. Na ścianie, tuż nad wezgłowiem, ktoś wydrapał paznokciami niezrozumiałe symbole. Pulsowały powoli, zgniłozielonym światłem.

– Jesteśmy po drugiej stronie – powiedział cicho mistrz.

Głos brzmiał inaczej. Głębiej, jakby Myślosen dodawał mu ciężaru. Nikolai podszedł do okna. Szyba była pęknięta, ale przez szczeliny sączyło się blade światło. Od razu ją dostrzegł. Dziewczyna ze świecą szła przez podwórze, dokładnie tak samo jak wcześniej; spokojnie, bez pośpiechu, niczym upiorna zjawa. Suknia ciągnęła się po ziemi, ale pozostawała czysta. Płomień mocno wypalonej świecy nie migotał mimo wiatru, który szarpał wszystkim wokół.

– Ona tam jest – wyszeptał.

Stary mentor był już przy nim.

– Świetnie, uczniu. – Zawiesił na niej wzrok. – To jej ślad. Prawdziwa esencja ducha… A może jednak przynęta Analesha? Tak czy inaczej, zobaczmy, gdzie nas zaprowadzi.

Nie było sensu się wahać. Drzwi pokoju rozpadły się przy dotknięciu. Drewno rozsypało się w proch, a ze szczelin wypełzły stonogi, włochate pająki i czarne chrząszcze. Nikolai wzdrygnął się z obrzydzenia i przeszedł dalej, ostrożnie omijając robactwo.

– Nie skupiaj uwagi na tym, co widzisz – pouczył go mistrz, zauważając wahanie chłopaka. – W Myślośnie, gdy poświęcasz czemuś uwagę, wzmacniasz to własnym potencjałem twórczym. Niech to, co widzisz, będzie takie, jakie chce być. Nie próbuj na to wpływać. Kontroluj tylko siebie. W razie czego pamiętaj o medytacji i oddechu, by odzyskać równowagę.

– Tak, mistrzu – odparł Nikolai, przełykając nerwowo ślinę.

Korytarz na piętrze okazał się dłuższy, niż powinien. Drzwi do innych pokoi stały otworem, ale w środku ziała tylko pustka, ciemność, która zdawała się ich obserwować.

Zbiegli po schodach. Dom w Myślośnie był martwy; przypominał ciało, które jeszcze nie zrozumiało, że powinno przestać się poruszać. Ściany pulsowały zgniłym blaskiem, a z belek kapała czarna ciecz. Na zewnątrz jednak było tylko gorzej. Stara Kamienna stała się karykaturą samej siebie. Domy pochylały się ku sobie jak spiskujące staruchy. Ulice skręcały pod nienaturalnymi kątami. Cembrowinę studni na środku placu wzniesiono z kości, nie z kamienia. Nad całą wioską wisiało niebo w kolorze brudnej perły. Mieszkańcy… jeśli wciąż można ich było tak nazwać, stali w bezruchu przy domach, zastygli w pół gestu, z ustami rozwartymi w niemych krzykach. Oczodoły mieli puste, ale gdy wędrowcy przechodzili obok, głowy powoli obracały się w ich stronę.

Dziewczyna ze świecą szła dalej, nie oglądając się za siebie. Podążali za nią na sam skraj wioski, gdzie zabudowania ustąpiły miejsca popękanym kamiennym płytom porośniętym martwym mchem. Wreszcie zatrzymała się przed czymś, co przypominało kaplicę. Nie było jednak żadnych wrót, którymi dałoby się wejść do środka. Jedyne wejście prowadziło w dół.

Wykute w skale schody były wilgotne i śliskie, oświetlone jedynie bladym blaskiem świecy. Nad nimi wisiał symbol starego bóstwa opiekuńczego – wypaczony i złamany, jakby ktoś próbował go zbezcześcić, lecz nie dokończył dzieła.

Dziewczyna zeszła na sam dół. Płomień świecy rozbłysnął na moment jaśniej, po czym zniknął w mroku. Nikolai poczuł lodowaty skurcz w żołądku.

– On tam jest – powiedział cicho. – Analesh. Poznaję ten głód. Przytłacza mnie potęga, która od niego bije, mistrzu…

Kruczycień skinął głową i położył dłoń na ramieniu chłopaka.

– Też go wyczuwam. Pamiętaj, Nikolai. Myślosen kłamie, ale nie bez powodu i nie do końca. Każde kłamstwo mówi coś o prawdzie. Może Analesh wcale nie jest taki silny? Może tylko udaje potężnego, bo się nas boi?

Spojrzeli w ciemność. Z głębi korytarza dobiegał cichy, miarowy dźwięk. Jak szept, który czekał na kogoś, kto podejdzie wystarczająco blisko, by go usłyszeć.

***

Korytarz prowadzący w głąb wydawał się starszy niż sama kaplica. Kamień zdawał się pamiętać czasy sprzed modlitw, śpiewów i świętych imion. Światło świecy Ivry sunęło po ścianach, nienaturalnie wydłużając cienie; te nie podążały za płomieniem, lecz uciekały przed nim, jakby przeczuwały cel wędrówki. Im niżej schodzili, tym wyraźniej Nikolai czuł, jak powietrze gęstnieje. Nie było tu chłodu piwnic ani stęchlizny krypt. Pachniało czymś zarazem słodkim i metalicznym, jak kadzidło zmieszane z krwią, które chłopak wyczuł wcześniej w pokoju dziewczyny. Ivra szła nieco z przodu, wciąż się nie oglądając. Stąpała lekko, niemal bezdźwięcznie.

Korytarz skończył się nagle, otwierając na wielką, okrągłą komnatę. Sufit ginął w cieniu. Kamienna posadzka była popękana, jakby coś próbowało wyrwać się spod niej siłą. Pośrodku stało niskie, szerokie łoże z czarnego kamienia, jakoby mroczna karykatura ołtarza. W zagłębieniach run wciąż tkwiły resztki zaschniętej krwi. A tuż za nim – pęknięta Zasłona Myślosnu. Wyglądała jak rozdarta tkanka świata: pulsowała powoli, nierówno, niczym rana, która nie chce się zabliźnić. Ivra zatrzymała się tuż przed nią. Płomień świecy zaczął przygasać.

– No proszę.

Głos rozległ się, zanim pojawił się mówca. Nikolai odruchowo uniósł dłoń do znaku ochronnego, ale Kruczycień zatrzymał go w pół ruchu. Analesh stał oparty o kamienny filar, niemal stapiając się z monolitem. Sylwetka była ludzka – zbyt ludzka. Wręcz idealna i nazbyt gładka. Twarz nie miała własnych rysów, jakby ułożono ją z tysiąca cudzych masek. Bystre, głębokie, czarne oczy pozostawały jednak martwe.

– Spodziewałem się, że po mojej nocnej wizycie… – zawiesił na moment głos – …stracicie ochotę na dalsze węszenie.

Uśmiechnął się lekko, zbyt niewinnie, by można było dopatrzyć się w nim choćby krzty łagodności.

– Ale wy, ludzie… zawsze musicie zajrzeć głębiej. Nawet jeśli potem tego żałujecie.

Głos wciąż był ciepły. Zbyt bliski, niczym szept rozbrzmiewający od środka. Nim się spostrzegli, stał już obok Ivry. Jedną dłoń oparł na jej ramieniu, drugą ujął delikatnie za nadgarstek, jakby prowadził dziecko przez próg.

– Odstąp od niej – nakazał twardo Kruczycień.

Analesh nawet na niego nie spojrzał.

– Wciąż tylko rozkazujesz – westchnął. Dopiero teraz uniósł wzrok. – I wciąż wierzysz, że twoje słowa coś znaczą. Ilu poszło za nimi w ziemię, Kruczycieniu?

Cisza. W głowie mistrza wspomnienia dawnych towarzyszy wyły jednak jak szalone.

– Pamiętasz ich imiona? Czy już tylko twarze? – Przeniósł spojrzenie na Nikolaia. – A ty… – Zmrużył oczy. – Ty jeszcze pachniesz nadzieją. To miłe, lecz krótkotrwałe. – Uśmiechnął się. – Lęk i wątpliwości. Zawsze przychodzą razem.

– Nie przyszliśmy tu słuchać twoich gier – warknął Nikolai. – Wiemy, co uczyniłeś Domoradowi.

Analesh przechylił głowę.

– Uczyniłem? – powtórzył powoli, jakby smakował każdą głoskę. – Ludzie uwielbiają rzucać oskarżenia. Łakną prostej winy i prostej kary – spojrzał na Ivrę – a świat… świat nigdy nie był prosty. I w swojej istocie być taki nie może.

Odwrócił wzrok, jakby rozmowa z Nikolaiem nagle go znudziła.

– Powiedz mi – ciągnął lekkim tonem – jeśli ktoś tonie, a ty podajesz mu rękę, to czy odpowiadasz za to, że wpadł do wody? Nawet jeśli w zamian żądasz zapłaty za ratunek?

– Jeśli sam go tam wepchnąłeś – syknął Nikolai.

Uśmiech Analesha zbladł.

– Och, nie. Domorad urodził się w rzece. Zimnej i brudnej.

Zrobił krok w ich stronę, a powietrze zgęstniało jeszcze bardziej.

– Wystarczy – przerwał mu Kruczycień. – Mącisz mu w głowie.

– Jeszcze nie skończyłem. – Analesh uniósł świecę Ivry. Knot był czarny, jakby wypalony od środka. – Niech chłopak wie, kogo tamten zamierzał mi oddać.

Płomień zadrżał.

– Zawarliśmy układ… – podjął cicho. – Tak to nazywacie, prawda? Układ, jasny i sprawiedliwy. Jego dług u hrabiego miał zniknąć, a sakiewka się wypełnić. Ja natomiast… ja chciałem tylko jednego. – Uniósł brew. – Jednego ciała. Bez twarzy, bez imienia. – Spojrzał na Ivrę. – Do czasu, aż mi je dostarczy, miałem zamieszkać w nim – w jego myślach, w jego pragnieniach. Zgodził się szybciej, niż zdążyłem dokończyć zdanie. – Uśmiechnął się krzywo. – Co do hrabiego? – Wzruszył ramionami. – Zarżnąłem go razem z całą świtą. Stali się bezużyteczni, gdy tylko opadło z nich zwierzęce pożądanie. Za to w sakiewce De’Virstada… – westchnął z udawaną nostalgią – …były szmaragdy, diamenty i perły wielkości paznokci. – Spojrzał na Ivrę. – Umowy dotrzymałem. Dług przestał istnieć, a dzięki klejnotom mógł zdobyć wszystko, czego zapragnął. Wywiązałem się ze swojej części. – Głos demona stwardniał. – A potem przyszła kolej na niego…

Przycisnął dziewczynę mocniej, otaczając ją ramieniem.

– Los chciał, że wybrałem jego córkę. Wybrałem Ivrę, a on… on nie potrafił jej oddać. Wyobrażacie sobie? Człowiek, który dla ratowania własnej skóry sprzedałby absolutnie wszystko pod słońcem, nagle odkrył granicę. – Analesh uśmiechnął się cienko. – Walczył. Słabo, choć zaskakująco długo i zupełnie bezsensownie. Gdy Ivra pękła od środka i opadła z sił, nadeszła idealna chwila.

Pochylił się nad nią nieznacznie i pocałował ją w czoło.

– W końcu wziąłem to, co mi się należało.

Płomień świecy w dłoniach dziewczyny zadrżał po raz kolejny.

– Walka ze mną przyniosła Domoradowi tylko cierpienie. Jemu. Jej. Całej tej żałosnej wiosce. A mimo to… – Spojrzał na knot. – …świeca Ivry wciąż się pali. Ledwo, lecz wciąż się tli. – Uniósł dłoń dziewczyny. – Cóż za silne stworzenie – dodał cicho. – Każdej nocy. Każdego ranka. Kiedy ciało chce się poddać, a umysł rozpada się na kawałki… Ona… – Cedził słowa z upiorną, nabożną wręcz celebracją. – …wciąż trwa. Jeszcze nie zgasła. – Przeniósł wzrok na Kruczycienia. – Domorad nie pragnie Ivry. Nigdy jej nie pragnął. On pożąda zachłannie odpuszczenia win. Jeno ucieczki przed samym sobą.

Hebanowe oczy demona rozbłysły.

– A ja? Ja pragnę jej dla siebie. Tu nie kłamię. – Uśmiechnął się, omiatając dziewczynę głodnym spojrzeniem. – Zaopiekuję się nią. Na swój sposób. Na zawsze.

– Zaopiekujesz się?! – wybuchnął Nikolai. – Po tym, co jej zrobiłeś?!

Analesh zmierzył go uważnym spojrzeniem. Zatrzymał wzrok zbyt długo, jakby przyglądał się komuś, kogo warto zapamiętać. Albo komuś, kogo przyjdzie mu kiedyś złamać.

 A co dokładnie zrobiłem? – zapytał łagodnie.

– Skrzywdziłeś ją. – Głos Nikolaia zadrżał, ale się nie cofnął. – Manipulowałeś ciałem i wolą Domorada.

– Manipulowałem… – powtórzył Analesh, przeciągając sylaby z wyraźnym rozbawieniem. Potem zaśmiał się krótko, sucho. – Tak wam powiedział? To wygodna wersja. Bardzo ludzka. – Pochylił głowę, świdrując wzrokiem kamienną posadzkę. – Mogłem zamieszkać tylko w tym, co już w nim było. W pragnieniach, żądzach, lęku i gniewie. Ale przede wszystkim w pustce, którą w sobie nosił. W cichych impulsach, których ludzie się wstydzą i udają, że nie istnieją. – Uniósł palec. – To, że Domorad nie poznał samego siebie, gdy maska pękła, nie czyni mnie winnym. Czyż nie?

Analesh zbliżył się o kolejny krok.

– Można powiedzieć, że jedynie patrzyłem i czekałem, aż sam do mnie wróci. A wracał. Wielokrotnie. – Demon wciąż nie odwracał wzroku od chłopaka. – Wiesz, dlaczego to robił?

Nieznośna cisza niemal rozsadzała komnatę.

– Bo cierpienie było jedynym, co pozwalało mu czuć, że jeszcze żyje. Domorad nigdy nie był szczęśliwy. Ani przedtem, ani potem. Nigdy nie potrafił stawić mi oporu, więc dawałem mu lekcję za lekcją, gdy tylko wzbraniał się przed dopełnieniem umowy. Ale zawsze był uparty. – Uśmiechnął się bez radości.

Kruczycień milczał, lecz wzrok mistrza stawał się coraz bardziej drapieżny.

– Pragnę poznać, czym jest miłość. Nie uciekam od samego słowa. Uznałem, że pokocham Ivrę…

Analesh przeniósł spojrzenie na dziewczynę. Stała nieruchomo, wpatrzona w pustkę.

– Pokocham ją na swój sposób.

– To nie jest miłość! – warknął Nikolai.

– Oczywiście, że nie. Przynajmniej nie według waszych definicji. – Demon wzruszył ramionami. – I niech tak zostanie. Nie potrzebuję waszych słów ani uznania.

Pochylił się nad dziewczyną, jakby mówił tylko do niej.

– Jeśli mi ją oddacie… – ciągnął spokojnie. – …odejdziecie stąd żywi. Pozwolę wam domknąć Zasłonę, bo wcale nie pragnę przebywać w planie materialnym. Wioska przestanie śnić koszmary. Krzyki ustaną. Gniew się wypali. – Uśmiechnął się lekko. – A ona… zazna w końcu spokoju. Przy mnie.

– Pokochasz ją?! – zakpił Nikolai. – Jesteś obrzydliwym potworem!

Analesh nawet się nie żachnął. Wyglądał raczej na rozczarowanego, jakby spodziewał się lepszego argumentu.

– A ten ognisty duch? – wtrącił cicho Kruczycień. – Ten, który jej strzeże. Wiemy, że krąży po wiosce i na ciebie poluje. – Uniósł wzrok. – To dla ciebie żaden problem?

– Chwilowa… przeszkoda – odparł Analesh bez wahania. – Gdy knot w świecy Ivry wypali się do końca… – skinął głową ku płomieniowi. – …nie będę musiał się już niczym przejmować.

Kruczycień nie dawał za wygraną. Zmierzył demona ostrym spojrzeniem i naciskał dalej: – Czym jest ten ognisty duch? Czego od ciebie chce? Dlaczego pragnie odebrać ci dziewczynę?

Analesh uśmiechnął się po raz pierwszy – tym razem zupełnie nieludzko. Otworzył usta, by odpowiedzieć, i wtedy posadzka eksplodowała. Z dołu buchnął żar tak gwałtowny, że Nikolaiowi niemal parzyło płuca. Kamień pękł z trzaskiem, a z rozdarcia wystrzeliła istota utkana z ognia i gniewu. Kobieca sylwetka była ogromna, płonąca, rozedrgana, a twarz zdawała się czystym krzykiem.

– ZOSTAW JĄ! – ryknęła.

Nie czekając ani chwili, rzuciła się na Analesha z furią, jakiej Nikolai dotąd nie widział. Ogień uderzył w cielesną powłokę demona, rozrywając idealną ludzką formę na krwawe strzępy światła. Płomienna zjawa jednym szarpnięciem wyrwała Ivrę z uścisku i przyciągnęła do piersi. Rozproszona esencja Analesha syknęła wściekle, po czym zbiła się w gęsty, czarny kłąb i zaczęła błyskawicznie pęcznieć. W ułamku sekundy przeistoczyła się w potworne, wielokształtne cielsko pająka, z którego wyrosła nieludzko gładka, porcelanowa maska.

– MOJE DZIECKO! – wrzeszczał duch ognia. – MOJE!

Uderzyła pięścią w posadzkę, uwalniając potężną falę płomieni. Kamień nie wytrzymał, a Zasłona Myślosnu rozdarła się jeszcze szerzej. Przez komnatę przetoczyły się wyrwane z chaosu obrazy – wściekłe twarze wieśniaków, blask pochodni, krzyki, czysty gniew. Światy zaczęły nakładać się na siebie.

– Trzymaj się! – krzyknął do ucznia Kruczycień.

Podłoga zapadła się pod nimi. Nikolai stracił grunt pod nogami, a wszelka logika gwałtownie zmieniła kierunek. Kamień, ogień i cień zlały się w jedno. Ostatnim, co dostrzegł, była twarz Ivry – dziwnie spokojna, niemal pogodzona. Jakby wiedziała, że to jeszcze nie koniec, że wciąż tli się nadzieja. Zdawała się widzieć coś, co im umykało.

Potem zaczęło się spadanie. Nie w dół, lecz w głąb. Ciemność nie miała dna ani kierunku. Nie czuli wiatru ani pędu. Ciało Nikolaia wcale się nie poruszało, ono raczej odklejało się od samego siebie, warstwa po warstwie. Każda kolejna chwila wyżerała myśli, pamięć o własnym imieniu, wspomnienia. Wizje rozciągały się i pękały, tracąc jakikolwiek sens. Głos Kruczycienia zniknął jako pierwszy. Zaraz po nim ucichł dźwięk jego własnego oddechu. Zostało tylko zawieszenie w czymś, co nie było ani snem, ani jawą.

Spadał, lecz nie wiedział dokąd.

***

Nikolai poczuł grunt. Twardy, chłodny i szorstki jak nieociosany kamień. Gwałtownie wciągnął powietrze i usiadł. Wraz z oddechem powrócił ciężar astralnego ciała. Nie miał pojęcia, ile minęło czasu. Rozejrzał się. Ściany wznosiły się wysoko, ciosane z kamienia, który nie znał dłuta ani młota. Ściany nie były równe – każda wznosiła się pod innym kątem, o innej fakturze, innej pamięci. Jedne, gładkie jak wypolerowana kość, tchnęły martwym zimnem; inne – porowate i wilgotne – zdawały się rosnąć, żywiąc się czymś niewidzialnym. Miejscami głaz wyglądał tak, jakby ktoś spróbował uformować go samą myślą i porzucił w połowie. Światło nie miało źródła, po prostu trwało wokół. Szare, rozproszone, pozbawione cieni, a mimo to przytłaczające. Powietrze drżało niczym napięta struna. Każdy oddech zdawał się tu obcy, nieproszony.

– Mistrzu? – zawołał rozpaczliwie.

Głos odbił się nieludzko. Echo wróciło z opóźnieniem, jakby przestrzeń potrzebowała chwili na decyzję, czy w ogóle wolno jej ten dźwięk powtórzyć.

– Tu jestem.

Kruczycień stał kilka kroków dalej, za załomem ściany. Wyglądał na nietkniętego, ale coś budziło głęboki niepokój. Aura mistrza była napięta, poszarpana, jak po uderzeniu tępym ostrzem. Nie krwawiła, lecz wciąż pamiętała cios.

– To… nie kaplica – wyszeptał Nikolai.

– Nie.

Kruczycień spojrzał w górę, gdzie zamiast sufitu czy nieba ziała nieskończona, szara przestrzeń.

– To raczej jej echo. Albo to, co Myślosen stworzył z jej rany. – Zawiesił głos. – Labirynt.

Ruszyli. Korytarze rozchodziły się pod niemożliwymi kątami, łamiąc geometrię i intuicję. Zakręcały bez sensu, prowadząc w dół, by po kilku krokach wyrzucić wędrowców wyżej, niż znajdowali się wcześniej. Innym razem ściany zacieśniały się, jakby próbowały podsłuchać ich myśli. Zdarzało się, że wracali do punktu, który Nikolai, wydając się pewnym, zdążył już minąć. Miejsce nie było jednak takie samo. Kamień zyskał inny odcień, a rysy na skale układały się inaczej. Raz ściany przysuwały się tak blisko, że niemal dotykały ramion; kiedy indziej cofały się gwałtownie, pozostawiając pustkę, która dręczyła chłopaka bardziej niż ciasnota. Czas płynął nierówno. Chwile rozciągały się w nieskończoność, po czym znikały, jakby ktoś wyrywał je z istnienia. Nikolai nie potrafił określić, jak długo idą. Lecz Myślosen nie znał takich pojęć jak czas.

– Ten labirynt chce, żebyśmy się zgubili – powiedział cicho.

– Nie tylko – odparł Kruczycień, a po długiej chwili dodał. – Chce, żebyśmy zaczęli wątpić, czy w ogóle istnieje wyjście.

Kruczycień zatrzymał się na moment, kładąc dłoń na ścianie. Pod palcami była nienaturalnie ciepła, jakby przed chwilą dotykała jej ludzka dłoń. W jednym z bocznych korytarzy chłopak wypatrzył niewielki odłamek skały. Podszedł bliżej i uniósł go. Od rozgrzanego głazu biło wyraźne ciepło, a na gładkiej powierzchni, widniał drobny rysunek. Nie były to runy ani magiczne symbole, lecz bezładne linie przypominające dziecięce bazgroły.

– To nie jest dzieło Myślosnu – mruknął Nikolai. – Zbyt niedoskonałe.

– Albo zbyt ludzkie – dodał Kruczycień.

Im dalej szli, tym częściej trafiali na podobne ślady. Kamienie ułożone w małe, nierówne stosiki znaczyły drogę. W jednym miejscu ścianę pokrywały rysy na wysokości ramienia, czy głowy dziecka. Powietrze gęstniało. Drżenie, dotąd wszechobecne, teraz nadchodziło falami. Labirynt oddychał… próbując dopasować się do czyjegoś rytmu.

Za kolejnym zakrętem zamarli obaj. Na ścianie, między dwoma głębokimi pęknięciami, ktoś narysował prosty kształt. Nierówny, koślawy. Żaden symbol ani znak mocy. To był dom. Cztery linie, trójkątny dach i jedno okno. Bez drzwi. Nikolaiowi coś zacisnęło gardło, dławiąc oddech.

– To… to nie Myślosen – wyszeptał chłopak, wskazując na koślawe kreski. – Prawda?

Kruczycień nie odpowiedział od razu. Podszedł bliżej i dotknął rysunku opuszkami palców. Kamień promieniował żywym ciepłem.

– Ktoś tu był – stwierdził w końcu. – I wciąż jest. Ale nie tak jak my. – Przeniósł wzrok na Nikolaia. – To miejsce reaguje na ludzki umysł. Na intencje. Na sposób myślenia. Lecz na tę istotę nie wpływa; pozwala jej istnieć dokładnie tak, jak chce.

– Więc kto to może być?

Kruczycień spojrzał w głąb korytarza, gdzie szare światło zaczynało gęstnieć.

– Ktoś, kto nie boi się Myślosnu – odparł. – Albo ktoś, kto nigdy nie nauczył się go bać.

Zatrzymali się na skrzyżowaniu trzech dróg. Na środku posadzki leżał kolejny kamyk, równie obcy jak poprzednie. Nikolai schylił się i uniósł odłamek. W tej samej chwili rozproszony, przytłumiony blask zbił się w jeden punkt przed nimi. Początkowo ledwie dostrzegalne migotanie błyskawicznie przybrało wyraźny kształt. Niewielka, chłopięca sylwetka promieniowała czystym, jaskrawym, choć nieoślepiającym światłem. Rozmyte kontury drżały, jakby Myślosen wciąż wahał się, czy pozwolić tej formie ostatecznie zaistnieć. Szeroko otwarte oczy nie patrzyły jednak w zwykły sposób; wydawały się z niepojętym, nieludzkim wręcz skupieniem chłonąć otoczenie.

– Janus… – wyszeptał Nikolai, zanim zdołał powstrzymać słowa lub w pełni pojąć, na co patrzy.

Widziadło skinęło głową.

– Tu jest ciszej. Łatwiej mówić.

Głos nie rozchodził się echem, jakby zupełnie nie potrzebował przestrzeni. Brzmiał zwyczajnie, jak u dwunastoletniego dziecka. Kruczycień zmrużył oczy, lecz nie sięgnął po magię. Po raz pierwszy od wejścia do Myślosnu miejsce nie tchnęło zagrożeniem.

– Nie jesteś projekcją – stwierdził. – Ani cieniem.

– Jestem sobą – odparł Janus. – Tutaj zawsze byłem sobą bardziej.

Omiótł wzrokiem korytarze, jakby prześwietlał kamień na wylot.

– Nie czuję lęku. Nie chcę niczego zmieniać. Po prostu… chodzę sobie. Lubię ten labirynt. Znam tu każdy załom na pamięć.

Nikolai przełknął ślinę.

– Mistrzu, jak to możliwe, że to dziecko zachowuje świadomość w Myślośnie, nie będąc jednym z nas?

– Takie dzieci są z natury odcięte od świata – odpowiedział Kruczycień. – Może w zamian stają się czulsze na kolejne warstwy Myślosnu? Choć pierwszy raz widzę kogoś, kto tak swobodnie przemierza te odmęty, nie będąc Scalonym ani potężnym, a zarazem nieroztropnym Magusem.

– To ty pomogłeś nam tu dotrzeć? – Nikolai podszedł o krok bliżej.

Janus skinął głową.

– Od dawna zostawiałem ślady. Tak sobie. Bez Powodu. Ale wiedziałem, że ktoś musi nimi pójść.

Zapadła głęboka cisza.

– Janus… opowiedz nam. – Kruczycień spojrzał na niego poważnie. – Jak ty to widzisz? Co tak naprawdę się wydarzyło? Musiałeś patrzeć na wiele cierpienia w swoim domu, chłopcze.

Janus nie odpowiedział od razu. Światło jego sylwetki zafalowało, gubiąc gładki rytm, jakby porządkował myśli.

– Tata… – zaczął powoli. – Tata zrobił rzeczy złe. I rzeczy, których wcale nie chciał. Ale to Pająk jest najgorszy! – Głos dziecka załamał się, tracąc wcześniejszy spokój. – Pająk zawsze czeka. Wiecznie głodny. Szuka w ludziach zgniłych ran. Znajduje je, a potem się wgryza. Tatę też ugryzł.

W Nikolaiu napięła się każda struna.

– Ale Domorad pozwolił, by Pająk go opętał. Przynajmniej tak twierdził…

– Tak – przyznał Janus. – Bo się bał. Zawsze się bał. Siebie i swoich ran. Teraz został tylko z jednym i drugim…

Chłopiec uniósł głowę. Świetliste kontury stężały, wyostrzyły się i rozbłysły nienaturalną jaskrawością.

– Ale to Pająk wybrał! Pająk chciał! Pająk wiedział, co robi, gdy go mamił!

Blask wokół dziecka przygasł, gwałtownie wyzuty z sił.

– A Mama… – dodał ciszej.

Na to jedno słowo labirynt zareagował natychmiast. Kamień pod ich stopami drgnął głęboko.

– Mama nie odeszła. Została tutaj, bo Ivra cierpi, kiedy Pająk wyrządza jej krzywdę.

– Duch ognia… – mruknął Nikolai.

– Duch gniewu – poprawił chłopiec. – Jej płomienie to suknia. W środku jest tylko wściekłość… przez którą odrzuca wieczne światło. Ona nie należy już do tego świata, ale pragnie chronić moją siostrzyczkę. Zrobi wszystko, by zatrzymać ją przy sobie – nawet jeśli to znaczy obrócić w popiół całą resztę. Mama nie rozumie, że spali również ją.

– A jeśli ocalimy Ivrę? – zapytał Nikolai. – Jeśli pokonamy Analesha i odbierzemy mu władzę nad dziewczyną?

Janus pokręcił głową. Powoli, z głębokim smutkiem.

– Wtedy zostanie tylko mama. Płonąca. Niepowstrzymana. Ivra tego nie zniesie. Żar ją unicestwi, a oszalała z bólu mama rozpęta prawdziwe piekło. Nie chcę tego.

Cisza, która zapadła, ciążyła mocniej niż dotąd.

– Są inne drzwi – odezwał się w końcu Janus. – Ale złe. Choć… najmniej okrutne.

Nikolaia przeszył lodowaty dreszcz.

– Jeśli rana świata zostanie zasklepiona, Pająk straci władzę nad moją siostrą. Nie zdoła zabrać jej w otchłań. Pakt wiązał go z tatą, a obaj spełnili już warunki umowy. Ale to nie koniec…

Urwał na moment, patrząc Nikolaiowi prosto w oczy. Dodał łkającym, dziecięcym głosem:

– Iverka musi…

– Umrzeć – dokończył Nikolai.

– Tak. Pająk zatruł jej ciało. Czeka tylko na jej ostatnie tchnienie. Nie da się jej pomóc. Nie wróci już do taty. Ale jeśli to zrobicie, ona odejdzie do światła, a mama podąży za nią. Nie będzie już musiała nikogo chronić, a jej gniew straci moc. Lecz… płomień mojej siostry słabnie. Jeśli nie zdołacie uleczyć rany świata, zanim świeca zgaśnie…

– Co jeśli nie zdążymy? – zapytał cicho Nikolai. Cofnął się o krok, jakby wcale nie chciał poznać odpowiedzi.

Blask Janusa gwałtownie zadrżał.

– Jeśli płomień świecy wypali się do końca, Iverka nie odejdzie w spokoju. Zostanie z Pająkiem…

Nikolai zacisnął pięści.

– Ona tego nie chce.

– Wiem – odparł Janus. – Chce tylko, żeby przestało boleć.

Podniósł wzrok. Oczy chłopca, o ile można było tak nazwać te dwa punkty czystego blasku, znów stały się jasne i spokojne. Błysnęła w nich jednak iskra nadziei.

– Chcę, żeby mama odeszła w pokoju. Żeby Iverka odeszła w pokoju. A Pająk… – zawahał się. – …żeby już nigdy, przenigdy nikogo nie skrzywdził.

Kruczycień spojrzał na ucznia.

– Słyszałeś.

Nikolai skinął głową w przygnębieniu. Serce biło jak oszalałe, a w głowie galopowały myśli o dziewczynie niosącej płomień. Nie potrafił i wcale nie chciał się pogodzić z faktem, że jedyną nagrodą za ból i trud, które dźwigała przez lata, ma być śmierć.

– Najpierw Zasłona… – Kruczycień, zauważywszy emocje chłopaka, mówił dalej stanowczo. – …potem jej esencja w Myślośnie. Musimy ją odnaleźć za wszelką cenę. Liczę na ciebie, mój uczniu. Dziewczyna już wcześniej ci się objawiała, musi was łączyć jakaś nieuchwytna nić. Być może w innych wcieleniach byliście sobie bliscy, a może to po prostu zbliżony wiek?

– Tak, Mistrzu… – odparł pustym głosem Nikolai. Próbował odpędzić potworną myśl, że za ratunek, który podarowała mu we śnie, będzie musiał odpłacić jej śmiercią.

Janus uśmiechnął się po raz pierwszy. Delikatnie. Jak ktoś, kto dawno przestał wierzyć w szczęśliwe zakończenia, lecz wciąż potrafi docenić wysiłek.

– Pokażę wam drogę do waszych ciał.

Świetlista sylwetka zafalowała, jakby otaczająca ich przestrzeń traciła stabilność.

– Nie mamy jednak wiele czasu. Musicie się spieszyć. – Uniósł wzrok, spoglądając daleko ponad labirynt, ponad kamień i szary blask. – Mama i Pająk walczą. On skupia całą uwagę na bitwie, a jej wściekłość obraca się przeciwko niemu. To najlepszy moment, by uleczyć ranę świata tam, gdzie boli najbardziej.

Nagle blask wokół chłopca przygasł. Odwrócił się gwałtownie, z nagłym lękiem w oczach.

– Coś złego się stało – wyszeptał. – Rana świata płacze coraz głośniej…

– Zasłona – stwierdził ponuro Kruczycień. – Kiedy Tersa uderzyła, siła wybuchu poszerzyła rozdarcie.

Janus przyglądał im się przez chwilę, jakby ważył usłyszane słowa.

– Wieśniacy karmią się tym szałem – podjął cicho. – Strach i wściekłość przestały należeć do nich. Spętano je z gniewem mamy. Ludzie łakną kary i krwi, choć sami nie rozumieją dlaczego. Oni… – Zawahał się na ułamek sekundy. – …oni skrzywdzą każdego. Mojego ojca. Mnie. Aldusa. Ivrę. Was również.

Kruczycień spochmurniał. Odezwał się po chwili namysłu:

– Musimy ich powstrzymać. Jeśli w świecie jawy poleje się krew, Zasłona rozedrze się jeszcze szerzej. Wtedy nie będzie już czego zszywać. Za to zyskamy dwa demony szalejące po wiosce. I biesy wiedzą, co jeszcze.

Janus zrobił krok w bok. Kamienne ściany rozsunęły się, jakby ulegając woli chłopca.

– Chodźcie. Szybko. Póki jeszcze jest czas.

Bijący od niego blask zaczął się rozciągać, wskazując przejście, które przed chwilą nie istniało. Labirynt ustępował. Nie dlatego, że musiał. Lecz dlatego, że został poproszony.

***

Powrót do fizycznej formy uderzył bez ostrzeżenia. Nikolai gwałtownie wciągnął powietrze, niczym topielec wyrwany z toni w ostatniej chwili. Rzeczywistość wdarła się w zmysły brutalnie: hałasem, nagłym ciężarem i piekącym bólem mięśni. Nogi, zdrętwiałe i obce, odmawiały posłuszeństwa. Zapach potu, topionego wosku i starego drewna uderzył w nozdrza ostrzej niż jakakolwiek uzdrawiająca mikstura Mistrza, tłumiąc nawet łagodny zapach polnych kwiatów stojących na oknie.

Zanim chłopak zdążył drgnąć, w mroku rozległo się głuche warczenie.

Smoła stał przed nimi niczym posąg wykuty z nocy. Mastif napiął grzbiet, rozstawił szeroko łapy, a jego oczy jarzyły się złowieszczym bursztynem. Pies nie odrywał wzroku od okna, a każdy prężący się mięsień ostrzegał, że niebezpieczeństwo jest blisko.

– Wreszcie… – wychrypiał Aldus.

Stary sługa stał przy oknie, uchylonym zaledwie na szerokość dłoni. Twarz miał chorobliwie bladą, a palce drżały, gdy zaciskał je na łuczysku leciwej kuszy, jakby spróchniałe drewno mogło zapewnić jakiekolwiek schronienie. Na zewnątrz panowała już głęboka noc.

– Idą – rzucił przez ramię. – Połowa wsi się zebrała. Niosą pochodnie. Widły, siekiery…

Nikolai zmusił stawy do posłuszeństwa. Kilkoma nerwowymi ruchami próbował rozruszać zdrętwiałe członki. Domorad siedział nieruchomo na łóżku. Trzymał Ivrę za dłoń – kurczowo, desperacko – jakby ta jedna, krucha więź była wszystkim, co trzymało dziewczynę przy życiu.

Dziewczyna oddychała płytko. Twarz miała nienaturalnie, wręcz chorobliwie spokojną – aż nazbyt jak na kogoś, w kim toczyła się właśnie wojna o duszę. Po drugiej stronie łoża, pod samą ścianą, siedział Janus. Obracał w palcach kolorowe kamyki, całkowicie odcięty od rzeczywistości.

Kruczycień wstał, zmagając się z bladością, lecz zachowując pełen spokój. Podszedł do okna, wyjrzał na zewnątrz, po czym omiótł wzrokiem zebranych w izbie. W oczach mistrza błysnęło zrozumienie, jakby w ułamku sekundy przejrzał całą tę ponurą sieć zależności.

– To gniew Tersy – odezwał się cicho. – Jej nienawiść do ciebie, Domoradzie, odbija się w umysłach tych ludzi niczym księżyc w tafli jeziora.

Zawiesił głos, spuszczając wzrok, by po chwili przenieść go na ucznia.

– Trudno będzie przemówić im do rozumu. Słyszałeś słowa Janusa i wiesz, co musisz zrobić.

Nikolai skinął głową.

– Zasłona – kontynuował Scalony. – U źródła, w kaplicy. Rozumiesz sytuację. Ty tam pójdziesz.

Domorad drgnął gwałtownie.

– Gniew Tersy?! Słowa Janusa?! On przecież od lat milczy! – wykrzyczał desperacko, kurczowo zaciskając dłonie na pościeli. – O czym wy, u biesa, mówicie?!

– Nie ma czasu na wyjaśnienia – przerwał mu oschle Kruczycień. – Twoja żona nie potrafiła opuścić tego świata. Nie odnalazła spokoju po śmierci, a jej esencja zmieniła się w czystą, nienasyconą nienawiść. Stała się gniewnym duchem. Teraz rozpaczliwie pragnie chronić Ivrę przed Analeshem, a jednocześnie łaknie… twojej krwi. Nie rozumie, że w ten sposób doprowadzi do zguby dziewczyny i zgładzi nas wszystkich.

Wójt mierzył go wzrokiem, mrużąc oczy z niedowierzania, bólu i wstydu. Pragnął skryć się przed zimnym spojrzeniem maga, lecz Scalony na to nie pozwalał. Domorad puścił w końcu dłoń Ivry. Uniósł się ciężko, by po sekundzie osunąć się bezsilnie na podłogę. Oparł plecy o ścianę, pusto wpatrując się w deski.

Kruczycień posłał mu ostatnie, pełne gorzkiego pożałowania spojrzenie, po czym zwrócił się już wyłącznie do ucznia:

– Jeśli Zasłona się nie domknie, wieś spłonie. Wszyscy zginą. Zupełnie tak, jak w twojej dzisiejszej wizji.

Słowa opadły w ciszę, ciężkie i brutalne

– To jedyna droga. Jesteś przyszłym Scalonym – ciągnął mistrz. – Jeszcze niepełnym, ale to musi wystarczyć. Jesteś niezwykle wrażliwy na splot Myślosnu, Nikolaiu. Czasami dostrzegasz więcej niż ja. Nauczyłem cię podstaw. Wiesz, jak prowadzić astralną nić. Jak zszywać to, co za wszelką cenę chce pozostać rozdarte.

Ciężar odpowiedzialności niemal fizycznie gniótł chłopaka w piersiach. To nie była kolejna lekcja. Ani bezpieczna próba.

– A ty? – zapytał, nie potrafiąc już ukryć lęku.

Kruczycień uśmiechnął się krótko. Bez śladu radości.

– Ja zajmę się tłumem. Po wszystkim dołączę do ciebie. – Zawahał się na ułamek sekundy, jakby sam próbował uwierzyć w to zapewnienie. – Gdybym jednak nie zdążył… po wszystkim musisz sam odnaleźć esencję Ivry i uczynić to, co konieczne.

Aldus odwrócił się od okna.

– Są już pod płotem! Chcą krwi – rzucił stłumionym głosem. – Twojej, Domorada, każdego z nas… Szaleńcy…

– Wiem – odparł spokojnie Kruczycień. – Ale jej nie dostaną.

Podszedł do drzwi i spojrzał na starego sługę.

– Gdzie znajdę starą, zrujnowaną kaplicę? Nie widziałem jej, wchodząc do osady. Musimy ją namierzyć. Skoro zostawiła ślad w Myślośnie, jej odbicie musi istnieć również tutaj.

– Kaplicę? – Aldus zmarszczył czoło. – Mamy tylko kościółek świętego Laetera. Ale… przy młynie ostały się stare ruiny. Dzieciaki czasem tam biegają, choć starsi zabraniają. Nic tam nie ma, jeno zawalone zejście i wielka, czarna jaskinia. O to chodzi?

– Tak. To musi być to – wyszeptał mistrz.

Scalony uniósł prawą dłoń. Powietrze wokół palców zafalowało, a cień zgęstniał, zwijając się wokół niewidzialnej osi. Po chwili w dłoni mistrza spoczął ciężki, hebanowy kij, okuty na końcach zdobionym żeliwem. Gdy zacisnął na nim palce, drewno zdawało się ożyć, a wyryte runy rozbłysły przygaszonym, granatowym blaskiem.

– Nikolai, wyjdziesz tyłem, przez ogród. Ta ruina w świecie materialnym to tylko gruz, nie przypomina miejsca z Myślosnu. Ale jej fundamenty skrywają tę samą prawdę. Podziemia wciąż tam są. Przypomnij sobie drogę, którą prowadziła nas Ivra. W razie kłopotów kieruj się na młyn.

Smoła spojrzał na chłopaka, po czym cofnął się o krok, czekając na znak.

– Idź – nakazał Kruczycień. – I nie oglądaj się za siebie. Czas nie jest naszym sprzymierzeńcem. Smoła ruszy z tobą, dopilnuje twojego ciała, gdy znowu wejdziesz w Myślosen. W innych okolicznościach bardziej przydałby się tutaj… – kącik ust maga uniósł się minimalnie – …ale nie chcemy dziś nikogo pozbawiać kończyn. Ani życia.

Nikolai nie odpowiedział. Spojrzał na potężnego psa, skinął głową i pchnął tylne drzwi. Wyszedł prosto w noc, która pachniała dymem i cudzym gniewem. Na wzgórzu, spomiędzy drzew, wyłaniały się już pierwsze pomarańczowe łuny pochodni. W oddali majaczyła bryła starego młyna. Rozdarta Zasłona czekała, lecz on, gdzieś głęboko w trzewiach, czuł, że wcale nie chce tam iść.

***

Kruczycień zagrodził drogę, zanim tłum wtargnął do obejścia. Wyszedł na błotnisty trakt i stanął dokładnie na granicy, gdzie kończył się głęboki cień zabudowań, a zaczynał rozedrgany krąg światła. Wieśniacy zwolnili. Było ich kilkudziesięciu – mężczyzn i kobiet o twarzach wykrzywionych w nienaturalnym, dzikim gniewie. Oczy błyszczały nienawiścią, odbijając tańczące płomienie pochodni. Widły, cepy i siekiery dzierżyli zbyt pewnie jak na ludzi, którzy przyszli jedynie „porozmawiać”.

Kruczycień uniósł dłonie.

– Zatrzymajcie się – rzucił spokojnie.

Głos nie był donośny, a jednak przebił pomruk tłumu, trzask smoły i ciężkie, rwane oddechy.

– Nie przyszliście tu po sprawiedliwość… – Zrobił krótką przerwę. – …Przyszliście, bo zły duch mąci wam w umysłach i sercach.

Szmer przebiegł przez zgromadzonych niczym podmuch wiatru po suchych liściach.

– Jedynym czartem tutaj jest Domorad i jego przeklęta krew! – zakrzyknął rosły Markus, którego Scalony pamiętał z wczorajszej rozmowy w karczmie.

– Wszyscy cierpimy przez nich! – zawtórował głos z tyłu.

– Ivra jest ofiarą – tłumaczył Kruczycień. – Tak samo jak wasze dzieci, które budzą się nocą z krzykiem. Jak wy sami… pogrążeni w gniewie, który nie jest w pełni wasz.

Zrobił krok naprzód. Pochodnie zadrżały, a pierwszy szereg cofnął się o ułamek kroku.

– To, co czujecie, zostało w was sztucznie rozpalone – powiedział, wodząc wzrokiem po wykrzywionych twarzach. – Duch utkany z żalu podsyca ten ogień i karmi się nim! Potrzebuje waszej nienawiści, waszych dłoni i krwi! – Uniósł wyżej dłoń. – Nie dajcie mu jej.

– Kłamiesz! – wrzasnęła kobieta, wymachując widłami. – On trzyma z nimi! Przecież sam czarta w sobie karmi!

– Jestem z tymi, którzy chcą dożyć jutra – odpowiedział najspokojniej, jak potrafił. – A jutra nie będzie, jeśli dziś przelejecie krew.

Dotknął palcami run wyrytych na hebanowym drągu. Światło, które zapłonęło na drewnie, było blade i głęboko niepokojące, ledwie widoczne, niczym żar ukryty pod warstwą popiołu.

– Cofnijcie się – rozkazał. Głos Kruczycienia stwardniał, tracąc resztki łagodności. – Wracajcie do domów. Zamknijcie drzwi. Niech to, co tu się dzieje, zostanie między tymi, którzy faktycznie są za to odpowiedzialni. Przysięgam, że tej nocy zaśniecie spokojnie. Bez lęku w piersiach.

Przez uderzenie serca to działało. Ktoś opuścił cep. Ktoś inny spuścił wzrok. Jedna z pochodni zadrżała i niemal zgasła, jakby przytłoczona autorytetem Scalonego.

Kilka osób drgnęło, szykując się do odwrotu. Nagle powietrze wokół pękło bezdźwięcznie – huk nadszedł z zupełnie innej warstwy świata. Przez wieś przetoczyła się fala gorąca: ciężka, lepka od rdzawych, chorych emocji. Gniew. Rozpacz. Żal tak gęsty, że przybierał fizyczną postać wściekle krwistej, dusznej mgły.

Ziemia pod stopami zadrżała. Gdzieś w oddali rozległ się krzyk – wysoki, rozdzierający, nie do końca ludzki. Oczy wieśniaków natychmiast zaszły mętną mgłą, iskrząc nienaturalnym blaskiem.

– ONA KRWAWI – odpowiedziało kilka gardeł naraz, mówiąc przerażająco równym, zsynchronizowanym tonem. – ONA PŁONIE.

Kruczycień cofnął się o pół kroku.

– Zasłona… – wyszeptał. – Pękła jeszcze bardziej. Szlag…

Zacisnął zęby, a wyryte na drągu runy zafalowały gwałtownie.

– Obyś zdążył, mój uczniu.

Tłum ruszył. Szli miarowym, ciężkim marszem, połączeni w jeden organizm, sterowani jedną wolą.

– Stać! – huknął mag.

Uderzył drągiem o ziemię. Krąg światła eksplodował, rozbijając pierwszy szereg niczym morska fala o skały. Dwóch mężczyzn padło w błoto, ale podnieśli się natychmiast. Ich ciała poruszały się sztywno, jakby ból fizyczny stracił dla nich jakiekolwiek znaczenie.

– Cofnijcie się, póki jeszcze jesteście sobą! – krzyknął, obracając kostur w dłoniach.

Odpowiedziało mu zgodne, gardłowe warczenie. Jedna z kobiet rzuciła się naprzód, mierząc widłami prosto w pierś Scalonego. Kruczycień, dzięki swej mocy, poruszał się szybciej, niż ludzkie oko było w stanie zarejestrować. Hebanowy drąg przeciął powietrze, precyzyjnie wytrącił broń i uderzył w splot słoneczny. Kobieta runęła na ziemię – żywa, choć całkowicie nieprzytomna.

Tłum jednak napierał z każdej strony. Kruczycień walczył nie jak bezwzględny wojownik, lecz jak strażnik odmawiający śmierci dostępu do tej nocy. Każdy cios był odepchnięciem. Każde rzucone naprędce zaklęcie – barierą, nigdy ostrzem. Mimo to gniew Tersy przybierał na sile, a powietrze stawało się coraz gorętsze. Ludzie nie krzyczeli z własnego bólu. Krzyczeli jej głosem.

– ODEBRAŁ MI JĄ! – TERAZ JA JĄ OCHRONIĘ!

Nagle obca, paląca siła spróbowała wślizgnąć się do umysłu Scalonego. Przed oczami stanęły niszczycielskie obrazy: szalejący ogień i kobieta o płonących ślepiach. Potworny żal, miłość do dziecka i pragnienie sprawiedliwości – wszystko to wypaczone w czystą nienawiść.

Zaraz potem nadszedł impuls. Czysty, pierwotny i dobrze znany. Obudziły się Nasirri, które więził w sobie – mroczne potęgi czekające na moment słabości, by wreszcie dojść do głosu. Szeptały, by zabił wszystkich na swojej drodze. W sercu zakiełkowała jadowita pogarda. Tępa, niewdzięczna hołota. Po co ich bronić? Dlaczego nie pozwolić im spłonąć? Obce myśli potężniały, stając się niemal nie do odróżnienia od własnych. Wściekłość Tersy była dla uwięzionych bytów idealną pożywką.

Trzy kryształy na piersi zapulsowały ostrą, złowrogą purpurą. W ułamku sekundy, zanim obca wola ostatecznie zacisnęła pętlę wokół świadomości, Kruczycień uderzył w jedyną rzecz, która wciąż należała do niego – we własne ciało.

Zacisnął zęby i z lodowatą determinacją ugryzł się dotkliwie w język. Ostry, paraliżujący ból eksplodował pod czaszką, niczym błyskawica rozrywając gęstniejącą pajęczynę podszeptów. Metaliczna krew natychmiast napłynęła do ust, przywracając brutalną trzeźwość. Prymitywne, ale skuteczne. Jako Scalony od dawna wiedział, czym są te głosy. I jaka jest cena za uległość, choćby na sekundę.

– Kuszące… – wyszeptał przez zaciśnięte gardło – …lecz nie dziś.

Uderzył kosturem o podłoże, uwalniając skumulowaną energię. Fala czystej, kinetycznej mocy rozlała się szerokim kręgiem, powalając wieśniaków i ciskając nimi na kilka metrów, niczym suche liście porwane przez nagłą wichurę. Mag z trudem łapał oddech, a runy na hebanowym drewnie smażyły się siwym, gryzącym dymem. Wiedział, że tej bitwy nie dało się wygrać siłą. To była gra na zwłokę. Starcie o to, kto utrzyma szafot rzeczywistości o jedną minutę dłużej.

***

Ta noc od pierwszej chwili była inna. Powietrze drżało ledwie dostrzegalnie, niczym powieka zmęczona bezsennością. Z oddali dobiegał głuchy, rytmiczny łoskot, jakby coś potwornego uderzało o ziemię. Towarzyszyły mu krzyki – pojedyncze, rwane, błyskawicznie połykane przez mrok. Gdzieś ujadały psy, wściekłe na zagrożenie, którego nie potrafiły nazwać.

Smoła parł tuż za nim, bezszelestnie, z nisko opuszczonym łbem. Czworonóg pozostawał skrajnie czujny, a z jego piersi co kilka kroków wyrywało się ciche, ostrzegawcze warknięcie.

Idź. Nie oglądaj się. Słowa mistrza rezonowały w umyśle Nikolaia mocniej niż jakikolwiek dawny rozkaz. Posłuchał i parł naprzód, ani razu nie odwracając głowy. Obecność Kruczycienia wciąż jednak ciążyła na ramionach; nie fizycznie, lecz jako przygniatający ciężar odpowiedzialności. Chłopak doskonale rozumiał wagę tego zaufania. A ono potrafi stać się silniejszą motywacją niż najgłębszy strach. Ogrody Domorada już dawno zniknęły w tyle. Nikolai pędził przed siebie, tnąc ciemność wąską ścieżką między płotami domostw.

Wioska zdawała się zapadać w sobie. Ciemność była niemal absolutna, przerywana jedynie nieregularną łuną pochodni majaczącą daleko na wzgórzu. Tam kłębił się tłum, tam walczył mistrz.

Tu jednak panowała grobowa cisza. Z każdym krokiem w Nikolaiu napinała się niewidzialna struna świadomości, że zmierza w miejsce, z którego nie wraca się takim samym. Drżenie dłoni próbował opanować głębokimi, miarowymi oddechami, ale lęk i tak przybierał na sile. Niedaleko strumienia majaczył niski, podupadły młyn, a tuż obok niego zarysy starych, zapomnianych zabudowań. Ruiny kaplicy wyłoniły się z mroku niespodziewanie, jakby noc celowo ukrywała je do ostatniej chwili.

Kamienne mury zapadły się, a dach dawno runął. Zostały tylko fragmenty ścian i zbutwiały znak religijny, przechylony pod dziwnym kątem, jakby nie chciał już dłużej patrzeć na to miejsce. Kamień, czarny od wilgoci i dawnej sadzy, porastał mech o nienaturalnie ciemnym, niemal zgniłym odcieniu. Smoła nagle znieruchomiał i zawarczał głęboko.

– Wiem – szepnął Nikolai. – Też to czuję.

Rozdarta Zasłona była blisko. Uderzył w niego mdły, metaliczny fetor, gęstniejący z każdym krokiem. Choć zrujnowana kaplica w niczym nie przypominała tej z Myślosnu, pewne geometryczne linie okazały się na tyle spójne, że chłopak zyskał absolutną pewność. Zrozumiał, że jest u celu

Zszedł do wnętrza ruin po zapadniętych schodach. Kamień pod stopami był mokry i śliski, jakby żywił się chłodem krypty. Im niżej schodził, tym bardziej dźwięki z powierzchni traciły sens. Podziemia kaplicy były jednak znacznie większe, niż zapamiętał z podróży w Myślosen Ivry. W umyśle natychmiast zaczęły sączyć się jadowite wątpliwości: Czy zdążę na czas? A jeśli się zgubię? Myślosen bez przerwy się zmienia… Jak odnajdę prawdziwe źródło Rozdarcia?

Ściany ruin popękały, miejscami dziwnie nadtopione, jakby ktoś próbował użyć potężnego ognia przeciw czemuś, co zupełnie się go nie bało. Posadzkę pokrywały resztki dawnych znaków rytualnych: startych, zniekształconych, gdzieniegdzie odwróconych wspak. Ktoś majstrował przy nich po omacku. Tak właśnie rodzą się przekleństwa. W murach wciąż tkwiło ciężkie echo straszliwego mordu. I to nie jednego. To tutaj rozegrał się rytuał rozpoczęty przez hrabiego De’Virstad – i krwawo zakończony przez Domorada. Miejsce, w którym wszystko miało swój początek. Ostry ból rozsadził skronie Nikolaia. Zasłona reagowała na obecność intruza. Smoła zjeżył sierść, a po chwili zaczął cicho, żałośnie skomleć.

– Spokojnie – mruknął bardziej do siebie niż do drżącego psa. – Jesteśmy czymś więcej niż tylko strachem i bólem.

W szczelinie między popękanymi płytami dostrzegł kolorowy kamyk. Był identyczny jak te, które widział w labiryncie Myślosnu. Uklęknął i położył dłoń na gładkiej, obłej powierzchni. Kamień emanował ciepłem. Dokładnie tak jak wtedy.

– Janus? – wyszeptał. – Zostawiłeś go tu wcześniej… Rozumiem, wskazujesz mi źródło Rozdarcia.

Przymknął oczy i sięgnął w głąb, tam gdzie natura Scalonego splatała się z trzecią warstwą rzeczywistości – przez niektórych nazywaną prawdziwym światem.

Smoła usiadł tuż obok, niczym cichy strażnik. Obecność ogara była dla świadomości Nikolaia kotwicą, dzięki której zdoła wrócić, gdy wszystko się uda. Jeśli się uda – dodał w duchu z goryczą. Przytulił psa mocno.

– Wiem, co mam zrobić. Pilnuj mnie, Smoła. Jeszcze się spotkamy. Obiecuję.

Choć sam nie wierzył w te słowa, potrzebował jednak tego kłamstwa. Sądząc po tym, jak zwierzę nagle się uspokoiło – ono również. Nikolai wyprostował plecy, uniósł dłonie i przywołał z pamięci formułę astralnej nici. Nie miał pewności, czy zdoła zszyć Zasłonę, ale musiał spróbować. Zamknął oczy i sięgnął głęboko w siebie, traktując kamyk Janusa niczym nieziemski kierunkowskaz.

Świat jawy nie wyparował. Po prostu… odsunął się niczym zrzucona, martwa skóra, ustępując miejsca nowej rzeczywistości. Oddech rwał się przez chwilę, by zaraz wyrównać rytm. Chłopak otworzył oczy. Strach nie zniknął, ale Nikolai nauczył się oddychać tuż obok niego. Dokładnie tak, jak powtarzał Kruczycień: Nie wypieraj emocji. Daj im miejsce, ale nie pozwól, by przejęły ster. Rozejrzał się i drgnął. W nozdrza znów uderzył ten sam obrzydliwy, metaliczny fetor zgnilizny, a jego oczom ukazała się ta sama komnata, w której jeszcze niedawno stał naprzeciwko Analesha wraz ze swoim mistrzem.

Zasłona pulsowała tuż obok ołtarza w kształcie łoża, jakby tkwiła pod samą podszewką świata. Cienka, naciągnięta do granic możliwości i wyraźnie przeciążona, uderzała ciężko, chaotycznie, niczym chore serce. Stanowiła jedyne źródło światła w tym spaczonym miejscu. Blask sączący się z pęknięcia miał jadowity, zielonkawozgniły odcień, niosąc odór, który ranił nozdrza i gardło chłopaka. Od ostatniej wizyty wnętrze komnaty uległo jednak zmianie. Tam, gdzie niedawno ziała głęboka rozpadlina – ta sama, w którą runął wraz z mistrzem – teraz rozciągało się miękkie, sprężyste podłoże z surowej, mięsnej tkanki. Myślosen sam zagoił wyrwę, oblekając ją materią, którą uznał za najwłaściwszą dla tego miejsca. Im bliżej rozprucia podchodził, tym bardziej ta pęczniała, rozwarstwiając się na dziesiątki mniejszych powłok. Z jej poszarpanych, sinych brzegów sączyła się ciemna, lepka maź, parująca w powietrzu niczym gorąca ropa. Każde uderzenie anomalii rozchodziło się falą deformującą przestrzeń, jakby wymiar nie potrafił i nie chciał już jej dłużej utrzymać.

Wtem coś spróbowało wpełznąć chłopakowi do głowy. Cudze obrazy i jadowite sugestie uderzyły z całą mocą: Zostaw to. To nie twoja walka. I tak się spóźniłeś. Pomagasz komuś, kto zgwałcił własną córkę. Słowa-pułapki, pozostawione tu przez Analesha, raniły umysł. Nikolai mocno zacisnął spocone dłonie.

– Nie – powiedział na głos. Głos zabrzmiał zupełnie inaczej: głębiej, potężniej, jakby należał do kogoś znacznie starszego.

Jeszcze nie – dodał w duchu, przywołując słowa, których tak często używał Kruczycień. W końcu dotknął Zasłony. Pod palcami tętniło gorączkowe ciepło, ból i skondensowana rozpacz. Przez pęknięcia, gdzie nić świata emanowała zgnilizną, prześwitywały ślady Analesha. Jego dotyk był wszędzie: gładki, precyzyjny, okrutnie cierpliwy. W ranie tliło się coś jeszcze – ogień. Obecność Tersy, najświeższy ze śladów, tkwiła w samym środku niczym rozżarzony gwóźdź. Jej gniew, żal i desperacka miłość nie potrafiły już być niczym innym niż czystym zniszczeniem.

– Rozumiem – wyszeptał Nikolai. Łzy napłynęły do oczu, paląc pod powiekami. – Tak mi przykro…

Astralna nić zalśniła żywym srebrem. Chłopak zaczął zaszywać ranę świata. Magia tkana palcami rozlewała się z chirurgiczną precyzją, dopóki Zasłona nie zadrżała gwałtownie. Gdzieś w jej wnętrzu coś poruszyło się ciężko. Złowieszcze, nieskończenie czujne spojrzenie spoczęło bezpośrednio na nim. Analesh i Tersa. Wyczuli go.

Czas uciekał. Ponaglił drżące dłonie, desperacko splatając nić. Każdy ruch był osobną decyzją, aktem czystej woli. Każde pociągnięcie niosło głęboki, duchowy ból – jakby za każdym razem odrywał kawałek własnej esencji i wplatał go w pęknięty wymiar.

– Zostań – rzucił w stronę rozdarcia. – Jeszcze chwilę wytrzymaj.

Anomalia odpowiedziała potężnym spazmem. Była o krok od wybuchu.

Nikolai wstrzymał oddech.

***

Błoto na trakcie było rozdeptane, niczym po przejściu stada bydła. Mag stał pośrodku drogi, ciężko łapiąc powietrze. Dłonie wciąż drżały od wysiłku, a runy na kosturze dogasały powoli, jak węgle przykryte popiołem. Wokół leżeli ludzie; dwa tuziny, może więcej, porozrzucani bez ładu, z twarzami wciśniętymi w maź. Oddychali wszyscy. Niektórzy jęczeli cicho, inni trwali w bezruchu i milczeniu. Żyli – to było najważniejsze.

Pochodnie dopalały się, powbijane w ziemię niczym płonące kości. Gniew, który jeszcze przed chwilą wrzał w powietrzu, opadł. Nie zniknął, lecz cofnął się, zbierając siły niczym fala przed kolejnym uderzeniem.

Kruczycień oparł się ciężko na hebanowym drągu. I wtedy nadeszła subtelna zmiana napięcia, poruszenie w strukturze świata, które potrafili wyczuć i nazwać tylko Scaleni. Ktoś właśnie szarpnął za nić Myślosnu rozciągniętą przez całą wieś. Zasłona zaczęła się domykać. Serce maga uderzyło mocniej.

– Nikolai… – wyszeptał, a na ustach wykwitł cień dumnego uśmiechu. – Tak trzymaj, młotku.

Astralna nić chłopaka, choć rwana i prowadzona z trudem, powoli łatała wyrwę. Skoro jednak mistrz poczuł zmianę w Zasłonie, potęgi ścierające się w Myślośnie również musiały ją dostrzec. Czas przestał być sprzymierzeńcem.

Kruczycień wyprostował się gwałtownie. Omiótł wzrokiem nieprzytomnych wieśniaków, ciemne domostwa i ziejące pustką niebo.

– Nie zdążysz – mruknął cicho. – Zaraz to wyczują. I za chwilę tam będą.

Uniósł kostur i uderzył nim w ziemię. Runy zapłonęły nagle ostrym, zimnym blaskiem, a wokół maga rozbłysła potężna, ciemnofioletowa aura. Zaczął mówić półgłosem, szybko i starannie dobierając słowa, jakby układał pułapkę z sylab. Zaklęcie spętania. Powietrze zgęstniało w ułamku sekundy. Cienie rzucane przez pochodnie wygięły się nienaturalnie, zasysane ku środkowi fioletowego kręgu. Kruczycień zacisnął dłonie, pieczętując inkantację.

– Przybądź, Terso.

Słowa były ledwie szeptem, ale odpowiedź nadeszła natychmiast i z potworną siłą. Krąg cienia eksplodował. Powietrze pękło niczym przegrzana blacha, a z ziemi buchnął żar, który błyskawicznie gęstniał, przybierając materialną formę. Najpierw pędzący dym przesiąkł popiołem i odorem spalonych kobiecych włosów, by zaraz potem uformować się w monstrualną postać.

Kobieta zakuta w zbroję z żywych płomieni górowała nad Kruczycieniem niemal dwukrotnie. Z pustych oczodołów strzelały jęzory ognia, a nienaturalnie długie szpony zaciskały się na ognistym, ząbkowanym ostrzu.

– CO!? – Duch ognia zamarł, gwałtownie zdezorientowany. – COŚ TY UCZYNIŁ!? – Jej wrzask przetoczył się przez wieś niczym fala uderzeniowa. – IVRA!

Wieśniacy odzyskiwali zmysły. Gdy do ich świadomości dotarło, co się dzieje, część runęła w błoto, mdlejąc z przerażenia, inni wrzeszczeli w obłędzie. Tylko nieliczni trwali w bezruchu, wpatrując się w makabryczną, płonącą postać. Kruczycień cofnął się o pół kroku, ale nie opuścił kostura.

– Ivra wciąż żyje! – rzucił stanowczo. – Ale jeśli tego nie przerwiemy, zginie. Razem z Zasłoną. A wtedy na wieki stanie się własnością Analesha.

Tersa zawyła. Skowyt był tak przejmujący, że wyrwał ze stanu katatonii kilku leżących na ziemi ludzi.

– KŁAMIESZ! – wysyczała. – SAME KŁAMSTWA! ON MI JĄ ODEBRAŁ! BĘDĘ JĄ CHRONIĆ!

Runęła na niego jak burza. Mag zareagował instynktownie – hebanowy drąg uderzył w ziemię, a między nimi wyrosła bariera. Tersa uderzyła w nią z furią. Ogniste ostrze wykrzesało snopy iskier, a światło rozbłysło niczym pękające szkło.

– Ty niczego nie chronisz! Ty już tylko niszczysz! Nie widzisz tego?! – krzyknął w desperacji. Wiedział, że próba przekonania ducha gniewu to karkołomny wysiłek, ale nie miał wyboru.

– Wypalasz Zasłonę, Terso! Jedyną tarczę, która jeszcze odgradza ją od Analesha!

– ANALESHOUNANALAR! – wrzasnęła. – CZUJĘ GO! CZUJĘ, JAK SIĘ DO NIEJ ZBLIŻA! NIE POZWOLĘ CI MNIE WIĘZIĆ!

Kruczycień zbladł. Nie poraziło go jednak potężne, pełne imię Nasirri – poraziło go nagłe, bolesne zrozumienie. Pojął, że w swoim szaleństwie Tersa kieruje się dokładnie tym samym, co on: ślepą, rodzicielską chęcią obrony. Sam przecież był gotów chronić Nikolaia za wszelką cenę, bez względu na koszty.

– Nie puszczę cię do Zasłony – powiedział powoli, cedząc każde słowo. – Przykro mi, ale ona musi zostać domknięta. Mój uczeń tam jest. Sam. I nie pozwolę, by przepadł w twym ogniu.

Tersa zawahała się, lecz tylko na ułamek sekundy.

– Nie – wyszeptała, a jej głos na moment przestał być wrzaskiem. Stał się niski, chrapliwy, nieludzko spokojny. – Nie zatrzymasz matki.

Bariera spętania zadrżała. Tersa nie uderzyła w nią frontalnie, zamiast tego jej płonąca sylwetka utraciła stałą formę. Ogień, popiół i dym rozlały się po ziemi, wpełzając pod runy i przeciskając się przez szczeliny zaklęcia niczym żywa, żarłoczna tkanka. Fioletowe światło zaczęło rwać się na strzępy.

– Nie pozwolę ci…

Kruczycień szarpnął kosturem, desperacko próbując utrzymać strukturę czaru, ale Tersa była już po drugiej stronie.

W mgnieniu oka jej dłoń zmaterializowała się tuż przy piersi maga, gotowa wyszarpnąć mu serce z klatki piersiowej. Kruczycień uskoczył w ostatnim możliwym ułamku sekundy, ale piekielny żar i tak smagnął go niczym rozżarzony bicz. Runął na jedno kolano. Kostur wbił się głęboko w grunt, rozbryzgując błoto.

Choć Tersa przełamała barierę, zaklęcie przymusowej materializacji wciąż trzymało ją w kleszczach, uniemożliwiając ucieczkę z powrotem do Myślosnu. Jej spalone na wiór ciało zaczęło rzucać się w konwulsjach, jakby uwięziona w środku energia próbowała rozerwać powłokę od wewnątrz. Całe falowało wściekłym pomarańczem, trawa czerniała w oka mgnieniu, a pochodnie gasły jedna po drugiej, jakby wstydziły się własnego, wątłego ognia.

– ON IDZIE. SUNIE DO RANY ŚWIATA JAK GŁODNY ROBAK.

Umilkła na ułamek sekundy, by zaraz niemal powalić maga ogłuszającym wrzaskiem:

– A TY MNIE TU TRZYMASZ?!

Kruczycień dźwignął się chwiejnie. Krew, gęsta i ciemna, ciekła z nosa, kapiąc prosto w rozdeptane błoto.

– Trzymam – warknął przez zaciśnięte zęby – bo jeśli pójdziesz, chłopak zginie. A wtedy nikt już nie uratuje Ivry.

Tersa zawyła z nienawiści i runęła do ataku. Tym razem nie było czasu na stawianie barier. Mag obrócił kostur, runy eksplodowały oślepiającym blaskiem, a fala czystej siły rozdarła powietrze między nimi. Impet uderzenia odrzucił Tersę o kilka kroków. Płonąca sylwetka rozpadła się na kłęby dymu i zbiła na nowo – jeszcze bardziej niestabilna, jeszcze wścieklejsza.

– WALCZYSZ ZE MNĄ?! – syknęła. – JA JESTEM MATKĄ!

I wtedy uderzyła naprawdę. Chaos ustąpił miejsca morderczej precyzji. Każdy cios wyprowadzała instynktownie, bez wahania, bez cienia troski o własną powłokę. Walczyła jak zwierzę broniące młodych. Kruczycień ledwo nadążał z obroną. Parował wściekłe cięcia, desperacko próbując utrzymać dystans. Musiał kupić Nikolaiowi każdą sekundę.

Uskoczył przed ognistym pociskiem, który trysnął z rozwartej paszczy zjawy, i natychmiast cofnął się o krok, parując ząbkowane ostrze. Wtedy szczęście się odwróciło. Jego stopa natrafiła na bezwładne ciało wieśniaka. Stracił równowagę, a w tym samym ułamku sekundy nadleciał kolejny płomienny grot.

Nie zdążył. Ognisty pocisk rozorał ramię, paląc tkankę do kości.

– Terso! – krzyknął, sycząc z bólu. – Jeśli nie domkniemy Zasłony, a knot w świecy Ivry wypali się do końca, ciało umrze! Wtedy esencja trafi do dominium Analesha. Tam już nigdy nie odnajdziesz córki! Zostaniesz tu sama, zmieniona w ślepy gniew. W ból, którego nic nie uleczy. Odstąp! Przyjmij tę tragiczną śmierć i to, co się stało. Obronimy Ivrę, przysięgam na wszystko, co dla mnie święte!

Na moment zwolniła. Nagle coś tąpnęło w strukturze rzeczywistości – Zasłona zadrżała ponownie, a fala uderzeniowa skręciła żołądek Scalonego.

– Nikolai… – wychrypiał.

Tersa gwałtownie odwróciła głowę, a ślepia zapłonęły dzikszym blaskiem.

– ZA PÓŹNO! – Wyła, a w jej wrzasku wściekłość mieszała się z płaczem. – ON JUŻ TAM JEST!

Jeśli teraz odpuści, duch gniewu dotrze do rozdarcia na długo przed nim – Myślosen był przecież jej domem. Utrzymanie więzów mogło ją złamać… albo zabić jego samego. Ale dawało Nikolaiowi jedyną szansę. Kruczycień zacisnął dłonie na kosturze.

– Wybacz mi – rzucił cicho w przestrzeń.

Zacieśnił zaklęcie resztkami sił. Runy rozbłysły bielą tak jaskrawą, że nocna ciemność cofnęła się o krok. Tersa zawyła. Płonąca postać rwała się i rozciągała, jakby niewidzialne kleszcze rozszarpywały ją na granicy dwóch światów jednocześnie.

– NIE ZATRZYMASZ MNIE! – wrzasnęła. – MATKA ZAWSZE ZNAJDZIE DROGĘ!

Kolana ugięły się pod nim.

– Obyś się myliła – wyszeptał.

***

Zasłona pulsowała szaleńczo, niczym kokon tuż przed pęknięciem. Każde pociągnięcie nici bolało Nikolaia bardziej niż poprzednie. Osnowa Myślosnu drżała, rwała się i rozciągała pod palcami, jakby reagowała na potęgę nadchodzącą z morderczym pędem. Czas w umyśle młodzieńca zaczął się kurczyć, sprowadzając całą rzeczywistość do jednego, bolesnego tu i teraz.

Nie było miejsca na refleksje. Zmierzało do niego to, co budziło największą grozę – Analesh. Nadciągająca obecność była niczym chłodny cień sunący po krawędziach wymiaru Myślosnu.

Muszę się pośpieszyć. – pomyślał gorzko, uwięziony w kleszczach niepokoju.

– Nikolai.

Głos dobiegł z tyłu. Chłopak zamarł. Nić świata drgnęła w palcach, ale jej nie puścił. Oddychał płytko, jakby najmniejszy gwałtowny ruch mógł zniweczyć cały wysiłek.

– Nie odwracaj się – upomniał go łagodny szept. – Szyj, ile masz sił w palcach. Pająk zaraz tu będzie.

– Janus? – wyszeptał, a w zdrętwiałe ciało natychmiast wstąpił nagły przypływ sił.

– Jestem – odparł duch spokojnie. – Ale nie przybywam sam.

Rozpoznał ją natychmiast, jeszcze zanim się odezwała. Ten zapach nosił w pamięci od zawsze.

– Dziękuję – powiedziała Ivra, kładąc dłoń na ramieniu chłopaka.

Brzmiała zupełnie inaczej niż pamiętał ze snu – jej słowa niosły nieskazitelną czystość.

– Nie wiem, czy robię to dobrze – wyszeptał Nikolai. – Zasłona stawia opór. Analesh jest blisko.

– Wiem – odpowiedziała. – Czuję go.

Palce zacisnęły się mocniej na ramieniu Nikolaia.

– Dlatego musisz mnie wysłuchać. Teraz.

Nić splotu drgnęła gwałtownie.

– Ivra… – zaczął.

– Jestem zmęczona – przerwała cicho. – Swym ciałem. Duchem. Tą niekończącą się walką, w której nigdy nie miałam głosu.

Zasłona uderzyła mocniej, niczym tętno.

– Nie zdołasz jej zamknąć – mówiła dalej. – Nie masz takiej mocy, spaczenie jest zbyt głębokie. Ale jeśli zrobimy to razem?

Zadrżał.

– Co proponujesz? – zapytał, choć podświadomie znał już odpowiedź.

Musnęła palcami kark chłopaka, czule, jakby żegnała ukochanego, po czym stanęła naprzeciw. Nie była już istotą z krwi i kości, stawała się zarysem dawnej siebie, lodowatym światłem. Jej świeca już prawie dogasła, a ciało wydawało właśnie ostatnie tchnienia. Lecz pomimo tego roztaczała wokół siebie nieprzejednany spokój i zgodę na to, co ma się stać.

– Pozwól mi odejść – wyszeptała wprost do ucha, niemal błagalnie. – Ale nie w zaświaty. Pozwól mi zostać z tobą. Pomogę ci. Chcę doświadczyć tego świata… twoimi oczami. Nie wiem dlaczego, ale pragnę być blisko. Od chwili, gdy wyczułam cię w wiosce. Może właśnie po to się urodziłam i cierpiałam? Żeby spleść się z tobą? Żeby zrobić coś, co ocali nas wszystkich?

Na moment wokół nastała absolutna cisza.

– Jesteś Naczyniem, a ja chcę być twoją zawartością. Pierwszym duchem – wyszeptała. – Siłą i tarczą. Jeśli mnie przyjmiesz… domkniemy Zasłonę. Razem.

Coś w nim pękło.

– To znaczy… – Głos chłopakowi się załamał.

– Że ciało umrze – dokończyła łagodnie. – Lecz dusza będzie bezpieczna. Poza jego zasięgiem. Poza gniewem matki.

Anomalia szarpnęła się gwałtownie. Myślosen zafalował.

– On nadchodzi – ostrzegł Janus. – Masz chwilę. Nie więcej.

Nikolai spojrzał na nić splotu w dłoniach. Na ranę krwawiącą gęstą ropą. I na dziewczynę, która podjęła już decyzję.

– Jeśli to zrobię… – wyszeptał – nie będzie odwrotu.

Ivra uśmiechnęła się słabo.

– Dla mnie od dawna go nie ma. Moja ziemska powłoka i tak już dłużej nie wytrzyma.

W tym samym ułamku sekundy Myślosen pociemniał. Z mroku nadszedł chłód i ciemność tak doskonała, że gasiła każdy napotkany blask. Przestrzeń zaczęła się prostować i wygładzać, jakby sama obecność intruza wymuszała na wymiarze bezwzględny, geometryczny porządek.

– Jakie wzruszające – lodowaty głos Analesha przeciął eter. – Cóż za dramat. Zawiodłaś mnie, moja miła. Taka zdrada?

Mrok opadł na Zasłonę. Analesh, przybierając postać monstrualnego pająka utkanego z całunów, zbliżał się powoli, z pozorną niedbałością drapieżnika pewnego swego łupu. Upiorna, porcelanowa maska wpatrywała się w parę, a z pustych oczodołów wyziewały gęste, czarne opary.

– Zdecyduj się, Scalony – ponaglił Nasirri, a jego głos ociekał jadem. – Zanim to ja zdecyduję za ciebie.

Nikolai zamknął oczy i skinął głową – nie z przekonania, a z brutalnej konieczności. W tej samej sekundzie splot Myślosnu zaszumiał wściekle, jakby sama tkanka wymiaru wyczuła nieuchronne. Analesh rozciągnął usta w szerokim, nienaturalnym uśmiechu.

– Och… – mruknął. – Więc jednak. Jakież to ludzkie. Nie różnisz się niczym od Domorada. Poświęcisz ją, aby przetrwać? Nie pozwolę ci. Nie zdążysz! Ona należy do mnie!

Ruszył błyskawicznie. Przestrzeń kurczyła się przed potworem, jakby była krojona na miarę jego woli. Pająk wysysał resztki ciepła z otoczenia, a świat wokół ostatecznie ugiął się pod tym naporem, prostując zakrzywienia i zastygając w nieludzkiej, sterylnej geometrii.

– Za późno – wyszeptała Ivra. – Już nigdy więcej mnie nie dotkniesz.

Uniosła eteryczną dłoń, po raz ostatni gładząc policzek Nikolaia. Prosty, cichy gest. Pożegnanie z resztkami człowieczeństwa, sekunda spędzona na dotyku kogoś, kim się nie brzydziła. Akt wolnej woli, który podjęła jako Ivra – i nikt inny.

Widmowa powłoka dziewczyny zaczęła rwać się i zanikać, rozbłyskując potężną esencją. Powietrze przed uciekinierami natychmiast zamarzło, gęstniejąc w potężną, półprzezroczystą barierę, ciężką niczym lodowiec. Analesh zahamował gwałtownie, uderzony nagłą falą absolutnego oporu. Cieniste odnóża szaleńczo drapały lodową ścianę, uderzając raz za razem z narastającą furią. Na gładkiej jak porcelana powierzchni zaczęły już wykwitać czarne pęknięcia.

– Ivra… – rzucił Analesh z nutą rozczarowania. – Naprawdę myślisz, że zdołasz się przede mną ukryć?

– Nie – odpowiedziała spokojnie. – Ale mogę kupić mu czas.

Odwróciła się do Nikolaia. Stała tak blisko, że jej lodowata aura mrowiła astralne ciało chłopaka.

– Od teraz będziemy razem – powiedziała łagodnie, lecz stanowczo.

Położyła dłoń na jego piersi, dokładnie tam, gdzie pod skórą tkwił Kamień Scalenia – dotąd martwy, zimny, będący bardziej symbolem niż realnym narzędziem.

– Przyjmij mnie – wyszeptała.

Nikolai przymknął powieki, tocząc ostatnią walkę z własnym oporem. Gdy otworzył oczy, łzy wypełniały je po brzegi.

– Przyjmuję – wydusił w końcu.

Wtedy Ivra rozpłynęła się. Bez krzyku, bez agonii. Rozsypała się na tysiące świetlistych drobin, niczym popiół, który zapomniał, że był ogniem. Świetlisty strumień wniknął prosto w Kamień Scalenia na piersi chłopaka, tuż nad sercem. Ból uderzył natychmiast. Lecz nie fizyczny, a bardziej egzystencjalny. Jakby w klatkę piersiową wtłoczono obce serce, zmuszając do oddychania nowym rytmem. Wspomnienia, lęki i potworne zmęczenie Ivry zalały świadomość jedną, potężną falą, aż Nikolai krzyknął z szoku. Artefakt rozbłysnął oślepiającym blaskiem, pieczętując prawdziwe Scalenie.

W tym samym momencie lodowa zapora runęła.

– ZNAJDĘ CIĘ! – ryknął z furią, jakiej Analesh nie zaznał od eonów. – W KAŻDYM ŚWIECIE! W KAŻDYM ŚNIE! ODDASZ MI JĄ!

Nikolai odwrócił się plecami do demona. Całą swoją uwagę skierował na Zasłonę. Już nie był sam. Czuł Ivrę jakby byli jedną pełnią. Jej siła nie była gniewem jak u jej matki. Była zimną rezygnacją, która przestała być słabością. Nić splotu wreszcie odpowiedziała. Prowadził ją szybciej. Pewniej. Każde pociągnięcie było bolesne, ale już nie łamało ducha jak wcześniej.

– NIE WAŻ SIĘ! – krzyknął Analesh, gdy lód eksplodował w tysiące odłamków.

Był o krok. Zasłona domykała się. Myślosen zawył jak udręczony bólem człowiek, któremu wypalono ranę żywym ogniem. Wyciągnął dłonie i wykonał ostatni ruch wieńczący jego decyzję. Zasłona została uleczona i zasklepiła się z głuchym, mokrym dźwiękiem. Świat wokół zatrząsł się, po czym zaczął się prostować, uspokajając i przybierając nową twarz, zrzucając starą niczym zużyty, niechciany już płaszcz. Twarz utkaną z lodu. 

Pogrążony w furii Analesh został odrzucony wstecz.

– TO NIE JEST KONIEC! – wrzeszczał, cofając się w głąb otchłani, która wsysała go bezlitośnie. – NIKOLAI! ZAPAMIĘTAJ MNIE!

Portal pochłonął go całkowicie z powrotem do jego domeny spoza Myślosnu. Nikolai osunął się na kolana. Oddech miał ciężki, lecz kamień na jego piersi pulsował spokojnie. Czuł żal. Czuł stratę. Ale czuł też… jej obecność.

– Jestem – powiedziała Ivra w jego wnętrzu. – I już się nie boję.

Janus uklęknął obok niego.

– Już po wszystkim – powiedział. – Zrobiłeś to.

Nikolai nie odpowiedział. Patrzył uważnie w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą sączyła się rana świata. Już jej tam nie widział, nawet najmniejszego śladu. Wydawać by się mogło, że nigdy jej tam nie było. Lecz Nikolai dobrze wiedział, że w jego pamięci widok Zasłony – chorej, zgniłej od mroku i dotkniętej skażeniem Analesha – pozostanie z nim do końca jego dni.

***

Ostatni błysk zaklęcia Kruczycienia prysł, a raczej eksplodował. Tersa wyrwała się ze spętania z rykiem, który przeszedł przez wieś jak uderzenie młota w dzwon. Ziemia rozwarła się pod jej stopami, a z rozdarcia wystrzeliła fala ognia – szeroka, dzika i niekontrolowana. Kruczycień zdążył tylko unieść drąg.

– Szlag, nie… Jeszcze nie – motywował się w duchu, próbując ustać na zwiotczałych z wycieńczenia nogach.

Bariera magii, którą wzniósł resztkami swej woli, zapłonęła przed nim, a fala ognia rozlała się na boki. Kilku wieśniaków, jeszcze przed chwilą nieprzytomnych, zostało pochłoniętych przez żar. Zapach palonego mięsa uderzył w nozdrza Kruczycienia tak mocno, że na moment stracił oddech. Na drodze w mgnieniu oka zostały czarne, zwęglone kształty. Zachwiał się z braku sił i rozpaczy.

– Nie… nie tak… – wyszeptał, nie mogąc uwierzyć w tę makabrę.

Kolejny raz popłynęła mu krew z nosa, lecz tym razem strumieniem. Spływała po brodzie, kapiąc w wydeptane błoto. Tersa stała pośrodku zniszczenia. Była większa niż wcześniej. Mniej ludzka – bardziej przypominała bryłę rozżarzonego żelaza.

– ZAMKNIĘTA – wychrypiała Tersa. – CZUJĘ TO.

Kruczycień wyprostował się z wysiłkiem, opierając ciężar ciała na drągu.

– Terso… – zaczął.

– ONA NIE ŻYJE.

Słowa opadły ciężko jak głaz.

– RANA ŚWIATA! ULECZONA. A MOJE DZIECKO ZNIKNĘŁO!

Jej płomień zapulsował. Drąg zderzał się z jej ciosami z hukiem, który rozniósł się po wiosce jak potężny grzmot. Magia Kruczycienia znów wybuchła wokół niego półkolistą barierą, ale płomień Tersy przegryzał się przez nią jak przez pergamin, przypalając boleśnie ciało. Runy na drągu gasły i zapalały się na nowo, pękając wzdłuż krawędzi od parowanych ciosów.

– Terso! – krzyknął, cofając się o krok. – Posłuchaj mnie!

– DOŚĆ SŁÓW – wrzasnęła. – DOŚĆ WASZYCH ZAKLĘĆ. ODEBRAŁEŚ MI DZIECKO!

Jej uderzenie rzuciło go w bok. Upadł na kolano, a błoto i popiół wbiły się w szaty. Drąg zadrżał w jego dłoniach, runy zapłonęły ostatnim, desperackim światłem.

– Nie odebraliśmy jej – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Chroniliśmy ją tak, jak mogliśmy. Jest w końcu wolna od Analesha. Dołącz do niej i odejdźcie razem w świetlisty korytarz.

Ogień odpowiedział mu śmiechem. Tersa uniósła ręce, a powietrze wokół zaczęło się skręcać, gęstnieć. Żar był taki, że kilku stojących dalej wieśniaków cofnęło się instynktownie, zasłaniając twarze. I właśnie w tym momencie, gdy świat miał utonąć w ogniu, powietrze przeszył czysty, chłodny dźwięk:

– Mamo.

Głos pojawił się znikąd, był cichy, lecz wystarczający. Ogień Tersy zadrżał, a ona znieruchomiała.

– Ivra? – Duch gniewu już nie krzyczał, a po raz pierwszy zabrzmiał czysto ludzko.

Między nimi, tuż nad ziemią, pojawiło się blade, zimne światło, delikatne jak blask księżyca. Niedaleko pod jednym z drzew stał Nikolai, wraz z wiernym mastifem u boku. Uczeń kiwnął mistrzowi porozumiewawczo.

– Już po wszystkim, mamusiu – powiedział głos łagodnie. – Rana świata już nie choruje.

Tersa cofnęła się o krok.

– Nie… – jej płomień zadrżał. – Jeszcze mogę cię chronić… Mogę…

– Już nie musisz – przerwała jej Ivra. – Analesh nie ma do mnie dostępu. A teraz mam nowego obrońcę.

– Córeczko… Tak mi żal.

– Wiem, mamo. Ale jestem już zmęczona. Tą walką. Tym bólem. Kocham cię. Zawsze będę kochała. Ale teraz… pozwól mi w końcu odejść. Abyś i ty mogła zaznać spokoju, na który zasłużyłaś.

Tersa drżała. Jej postać zaczęła się kruszyć, płomień przygasał, zmieniał barwę z gniewnej czerwieni w przytłumiony pomarańcz.

– Spotkamy się jeszcze kiedyś – dodała Ivra. – Wiem o tym.

Zapadła cisza. Tersa wydała z siebie długi, łamiący się dźwięk – coś pomiędzy szlochem a westchnieniem ulgi, a ogień osunął się ku ziemi, jakby nagle zabrakło mu powodu, by płonąć.

– Wybacz, córeczko… – wyszeptała. – Nie umiałam inaczej.

Jej forma rozpadła się powoli, bez eksplozji i bez wcześniejszego gniewu. Żar po prostu zgasł, pozostawiając po sobie tylko ciepło w ziemi i zapach spalonego piasku. Światło Ivry również przygasło, by po chwili rozpłynąć się całkowicie. Kruczycień opuścił drąg. Oddychał ciężko. Dopiero teraz usłyszał pospieszne kroki. Janus nadbiegł pierwszy. Był zdyszany, roztrzęsiony, oczy miał szeroko otwarte i rozbiegane, ale radosne. Tuż za nim Domorad i Aldus. Janus sprawiał wrażenie kogoś dojrzalszego i bardziej obecnego niż wcześniej. Zatrzymał się obok ojca i chwycił go za rękaw jak miał w zwyczaju.

– Janus… – Domorad jęknął.

Wójt był blady jak kość. Spojrzał na wypaloną drogę, na ślady walki, na zwęglone i wykręcone w agonii ciała.

– Do czego ja doprowadziłem…

Kruczycień spojrzał na niego długo spod brwi.

– Koniec końców… do prawdy – odpowiedział mu łamiącym się z wyczerpania głosem. – I jej ceny.

W oddali, w półmroku nadchodzącego poranka, stali wieśniacy. Nie krzyczeli. Nie ruszali się. Patrzyli na siebie nawzajem, na widły w dłoniach, na pochodnie, które dogasały. W ich oczach nie było już gniewu. Tylko wstyd. I strach przed tym, co mogli byli uczynić. Noc zaczęła się cofać przed nieśmiałym, lecz utęsknionym od wieków wschodem słońca, a dookoła panowała cisza. Wszyscy patrzyli na zwęglone ciała. Na drąg w dłoniach Kruczycienia i na znienawidzonego wójta tulącego do piersi syna. Nikolai przypatrywał się wszystkiemu z oddali, z Kamieniem Scalenia bijącym w piersi nowym rytmem, którego dopiero się uczył. Ivra była z nim. Czuł ją tak, jak czuje każdy ze swoich palców. Wioska została ocalona, ale już nigdy nie będzie niewinna. Lecz czy kiedykolwiek tak naprawdę była? Pierwsze promienie słońca wyjrzały zza chmur otulając swym ciepłem każdego bez wyjątku. Nikolai podszedł do reszty i pomógł wstać z ziemi swojemu mistrzowi. W tym samym momencie wielkie, ciężkie cielsko Smoły runęło prosto na nich. Mastif, nie rozumiejąc powagi sytuacji, a jedynie ciesząc się, że koszmar minął, oblizał całą twarz Kruczycienia gorącym, wilgotnym jęzorem, powalając starego mistrza z powrotem w błoto.

– Coś mocno cię słońce złapało tej jesiennej nocy, mistrzu. A ja zawsze myślałem, że jednak wolisz mrok. – spojrzał mu w oczy i mimo, że dalej nie potrafił powściągnąć języka, to musiał przyznać przed samym sobą, że nigdy tak się nie cieszył z widoku twarzy mentora.

– Heh – Kruczycień zaśmiał się gorzko. – Bardzo śmieszne, młotku. Gdybyś władał swą mocą tak jak swym jęzorem, to szybciej zamknąłbyś Zasłonę i może poszłoby nam sprawniej.

– Bohater zawsze pojawia się w ostatniej chwili, czyż nie? – Dokończył uśmiechając się i siląc się na żart, ale wcale nie było mu teraz do śmiechu.

Po chwili milczenia Kruczycień odezwał się:

– A tak już całkiem poważnie, co się tam wydarzyło?

Nikolai spoglądał w dal wydając się być nieobecny. 

– Ta zasłona była… chora. Bardzo. – powiedział w końcu. – Nie tylko rozdarta. Ropiała zgnilizną Analesha, a ja nigdy nie byłbym w stanie jej zamknąć gdyby nie Ivra.

Kruczycień słuchał w milczeniu, stojąc obok, oparty na hebanowym drągu. Twarz miał bladą, zmęczona, ale uważną.

– Zdecydowała, że zamieszka w moim kamieniu. Pomogła mi domknąć zasłonę w ostatnim momencie…

Młodzieniec dalej wpatrywał się przed siebie nieobecnym wzrokiem.

– Analesh próbował mnie oderwać od nici – dodał po chwili. – Ale nie zdążył. Kłapał gębą, gdy w tym czasie Ivra scalała się ze mna. Kiedy zaszyłem Zasłonę, portal wciągnął Analesha z powrotem do jego więziennej domeny, daleko poza granice Myślosnu.

Kruczycień skinął głową zastanawiając się nad słowami ucznia.

– Pycha kosztuje najwięcej – mruknął Kruczycień. – Pozwolił sobie na luksus przemówień, a czas w Myślośnie to waluta, której kursu demony wciąż nie potrafią pojąć.

Spojrzał na Nikolaia uważniej. Dłużej niż miał w zwyczaju.

– Nie jesteś już uczniem – dodał bez cienia ironii. – Najpierw przyjął cię Kamień Scalenia. A teraz duch sam wybrał ciebie jako swe naczynie.

Nikolai odruchowo położył dłoń na piersi.

– Ona… jest spokojna – powiedział cicho. – Nie ciąży. Nie naciska. Jakby… czuwała.

– To rzadkość… – odparł Kruczycień. – Większość Naczyń nosi w sobie duchy, które ich nienawidzą i tolerują tylko dlatego, że mogą przez nich działać i doświadczać planu materialnego. Ale czekają tylko na słabość. Na potknięcie, moment, gdy pęknie wola.

Spojrzał w stronę wioski i zwęglone ciała wieśniaków. Spojrzenie wyraźnie posmutniało ubrane w ciężki żal, po czym mówił dalej.

– Ty nosisz ducha, który sam cię wybrał. To dar. I brzemię. Nie zmarnuj go.

Nie było w jego słowach dumy, która miałaby na celu połechtanie Nikolaia. Była odpowiedzialność, a jego uczeń zrozumiał to doskonale. Wieśniacy nie podchodzili do nich. Stali w oddali, zebrani w małych grupkach, patrząc raz na zwęgloną ziemię, raz na Kruczycienia i Nikolaia, jakby bali się, że każde słowo może znów coś obudzić. W końcu zaczęli się rozchodzić. Bez pożegnań. Bez pytań. Drzwi domów zamykały się jedne po drugich, tak, jakby cała wieś chciała zapomnieć, że kiedykolwiek wyszła z nich, z widłami i pochodniami. Lecz przede wszystkim wieś pragnęła snu – prawdziwego, bez koszmarów Analesha. Domorad jednak stał nieruchomo, z twarzą zwróconą ku miejscu, gdzie wcześniej płonął ogień. Janus trzymał go za fragment płaszcza, wpatrując się pusto w ziemię, a obok stał leciwy Aldus – dalej z kuszą w dłoniach – który od tego co widział postarzał się ładnych parę lat. Wójt spojrzał na Kruczycienia i Nikolaia, parę razy próbował coś powiedzieć, ale za każdym razem przerywał, jakby słowa nie były w stanie opisać tego co czuje.

– Wiedziałem – powiedział w końcu. – Gdzieś w środku… wiedziałem, że to się tak skończy.

Głos mu się załamał, ale nie zapłakał.

– A jednak… – wziął głęboki oddech – … to dobrze, że to już koniec.

Wójt stał przez chwilę w milczeniu, jakby zbierał się na odwagę. W końcu zwrócił się do Nikolaia.

– Powiedz mi… – zaczął cicho. – Jak ona się trzyma? Jak się czuje? Czy jej ból… ustał?

Nikolai zesztywniał. To pytanie było miękkie. Troskliwe. I właśnie dlatego zabolało.

– Dobrze – odparł krótko.

Domorad skinął głową, jakby ta odpowiedź przyniosła mu ulgę.

– To… to dobrze. – Przełknął ślinę. – Czy ona… Czy w końcu odczuwa spokój?

Nikolai zacisnął szczękę.

Teraz? – pomyślał. Teraz chcesz być ojcem?

– Jest martwa – odparł chłodno. – To zwykle pomaga w osiągnięciu spokoju.

Domorad drgnął, jakby dostał policzek. Aldus poruszył się niespokojnie, ale nic nie powiedział, a Janus wpatrywał się smutno w ziemię.

– Wiem – wyszeptał Domorad. – Wiem, że nie mam prawa pytać. Ale… ona była wszystkim, o co dbałem.

Nikolai parsknął cicho.

– A wcześniej czym była?

Domorad uniósł na niego wzrok. Nie było w nim gniewu. Tylko zmęczenie i coś, co przypominało wstyd.

– Byłem słaby – powiedział. – Bałem się. O majątek. O wioskę. O siebie. Potem o nią. Próbowałem walczyć. Mimo to on zawsze wygrywał. Ja… często wyjeżdżałem, byle tylko jej nie krzywdzić – zawahał się. – Gdybym tylko mógł zmienić to co się stało. Gdybym tylko mógł nie widzieć tego co widziałem, i nie czuć tego, co czułem tak długo…

Nikolai poczuł, jak wzbiera w nim żółć. On wciąż myśli tylko o własnym cierpieniu – myśl przemknęła przez głowę. Gniew i obrzydzenie już miały eksplodować mu z gardła, gdy nagle poczuł w piersi coś jeszcze. Cichy, uporczywy, chłodny nacisk. To nie były jego emocje. To była Ivra. I jej niema prośba o odpuszczenie.

– Ona nie potrzebuje twoich wyjaśnień – powiedział ostro, nie mogąc się pogodzić z emocjami Ivry w sobie. – Poza tym i tak jej nie usłyszysz, a nawet gdyby, to ona nie chce z tobą… – urwał.

Domorad zrobił krok bliżej. Ostrożnie. Jakby bał się, że każdy gwałtowniejszy ruch coś zniszczy.

– A ty? – zapytał. – Ty ją słyszysz?

To pytanie nie było puste, było w pełni szczere. On naprawdę chciał wiedzieć i to było najbardziej bolesne. Nikolai zamarł.

– Czasami słyszę – przyznał po chwili. – Ale nie mówi tego, co ty chciałbyś usłyszeć.

– A co mówi?

Nikolai spojrzał Domoradowi prosto w oczy. I po raz pierwszy nie było w tym spojrzeniu tylko wrogości.

– Żebyś pchał swój głaz dalej, że martwi nie mogą wybaczać. Wybaczenia są dla żywych. I… że dalej masz dla kogo żyć – dokończył, mimowolnie rzucając okiem na Janusa

Domorad zamknął oczy. Długo ich nie otwierał.

– Rozumiem… A więc tak, to wszystko się kończy. Zawsze była mądrzejsza ode mnie – wyszeptał. – Nawet teraz.

Nikolai poczuł, jak coś w nim mięknie wbrew niemu samemu. Jakby Ivra znów położyła dłoń na jego ramieniu. Lekko i bez niepotrzebnych słów. Domorad spojrzał na Kruczycienia i skinął głową. Sięgnął do sakiewki. Wyjął duży szmaragd. Trzymał go chwilę w dłoni, po czym przekazał go mu.

– To wasza zapłata – powiedział. – Ale nie za odkupienie moich win. Na to mnie nie stać – spojrzał na syna. – Znikniemy stąd. Ja, Janus i Aldus. Dla tej wioski i tak jesteśmy już tylko popiołem po pożarze.

Kruczycień przyjął klejnot bez słowa. Domorad spojrzał jeszcze raz na Nikolaia.

– Jeśli… – zawahał się – Jeśli kiedykolwiek zapyta o mnie…

Nikolai odpowiedział od razu. Twardo. Ale uczciwie.

– Wątpię… Ale jeśli tak będzie, to powiem jej… że żałujesz.

Domorad skinął głową. To mu wystarczyło.

Spojrzał na Janusa, który stał obok Aldusa i obracał w palcach mały, kolorowy kamyk. Chłopczyk podszedł do Nikolaia i bez słowa wcisnął mu go w dłoń. Na powierzchni kamyka widniały nierówne, wyryte paznokciem spiralne linie i kreski, coś pomiędzy magicznym symbolem, a dziecięcym rysunkiem.

– To pożegnanie – wytłumaczył Domorad cicho. – Na jego sposób.

***

Odeszli, zanim jesienne słońce wzeszło na dobre. Nie dlatego, że się spieszyli. Po prostu nie było już powodu, by zostać. Zrobili zapasy u zlęknionego karczmarza w gospodzie „Pod Złotym Kruszcem” i ruszyli na północ do Żarlicy, miasta, gdzie swoją siedzibę miał ich zakon. Droga była mokra od rosy. Kroki Kruczycienia były równe i wyważone, jak zawsze. Nikolai szedł obok, odrobinę z tyłu, tuż przy Smole, który węszył nisko przy ziemi, czujny, ale spokojny. Nie rozmawiali. Milczenie nie było niezręczne, a konieczne. Tak jak bandaż, którego nie zdejmuje się zbyt wcześnie. Za nimi wieś powinna o tej porze budzić się do życia, ale oni nie oglądali się. Nie mieli tam czego i kogo żegnać. Zostawili tam strach, popiół i ludzi, którzy będą musieli nauczyć się żyć z tym, co zrobili, i z tym, czego nie zdołali uczynić, gdy jeszcze był czas. Kamień Scalenia na piersi Nikolaia był cięższy niż wcześniej, ale nie ciążył nadto, raczej tylko przypominał o sobie od czasu do czasu. Czuł w nim obecność Ivry, tak jak odczuwa się chłód w cieniu, nawet wtedy, gdy słońce praży niemiłosiernie. Nie domagała się uwagi. Po prostu była. I to wystarczało.

Droga wiła się łagodnie między polami, jeszcze wilgotnymi po nocy. Las majaczył przed nimi ciemną ścianą zieleni. Kruczycień zwolnił pierwszy. Zatrzymał się przy kamieniu granicznym, tak starym, że nikt już nie pamiętał, co właściwie wyznaczał. Oparł się o niego i spojrzał na Nikolaia.

– Będzie o tym myślał do końca życia – powiedział nagle.

Nikolai nie zapytał, o kim mówi. Wiedział.

– Każdy moment – ciągnął dalej mistrz – kiedy nie powiedział „nie” Analeshowi, każde wspomnienie imienia żony czy córki, będzie jak cichy sztylet wbijany raz za razem, w to samo bolesne miejsce. I wątpię, aby kiedykolwiek odnalazł ukojenie.

Nikolai dalej milczał, gdyż uczucia, jakie się pojawiały, gdy tylko pomyślał o Domoradzie, nie były już tak oczywiste i jednoznaczne jak wcześniej. Spuścił wzrok, drapiąc Smołę po wielkim łbie, a ten przekrzywił go jakby się przysłuchiwał rozmowie.

– Tak wiele zrozumiałem mistrzu… a jednocześnie nie wiem, co o tym myśleć. Może to ślad Ivry we mnie, ale nie potrafię go już nienawidzić. Nie tak jak wcześniej.

Kruczycień słuchał go z przejęciem i zrozumieniem.

– Wiem, że był słaby, tchórzliwy, martwił się tylko o swoje uczucia. – Nikolai dotknął palcami kamienia na piersi. – A jednak nie mogę się oprzeć myśli, że na sam koniec, mimo wszystko, dostał swoje rozgrzeszenie. I to ona mu je dała – sposępniał jeszcze bardziej i spojrzał prosto na mistrza. – Oddał wolę Analeshowi, bo ten obiecał ratunek od cierpienia. Każdy z tych wieśniaków zrobiłby to samo na jego miejscu… Czy to jeszcze wina? Jeśli nie masz już siły wybierać? Jeśli każdy twój dzień jest piekłem?

Kruczycień nie odpowiedział od razu. Zdjął rękawicę, jakby chciał poczuć orzeźwiający chłód na zmęczonej dłoni.

– To jedno z tych pytań, na które lepiej nie odpowiadać – odpowiedział w końcu. – Bo jeśli odpowiesz „nie”, to znaczy, że każdego można z winy wytłumaczyć, nieważne jak wielka by ona nie była. A jeśli odpowiesz „tak”… – urwał. – …to znaczy, że nie ma granicy, poniżej której człowiek przestaje odpowiadać za siebie. A wina zawsze leży po jego stronie. I nieistotne jak bardzo zmanipulowany i zdesperowany by był.

Nikolai zmarszczył brwi.

– Domorad nie był Analeshem. – Głos lekko mu zadrżał. – To nie Domorad krzywdził ludzi. Nie on żywił się ich snami. Nie on rozrywał Zasłonę i tkał ją pod siebie zarażając ją zgnilizną. Nie on…

– A jednak – przerwał mu spokojnie Kruczycień – Nasirri zamieszkał tam, gdzie zastał otwarte drzwi…

Znowu zapadła cisza. Ptak zerwał się z krzaków i poleciał pomiędzy gubiące już swe liście drzewa, podrywając tym samym zainteresowany łeb Smoły.

– Wiesz, co jest najczęstsze? – podjął Kruczycień. – Ludzie tak zmęczeni swym życiem, że gotowi są oddać wszystko, byle ktoś obiecał im ulgę.

– Nawet jeśli ceną jest ból, czy życie innych?

– Bywa i tak, że cena nie gra żadnej roli.

Nikolai przełknął ślinę.

– A Ivra? – zapytał. – Ona zapłaciła za to wszystko najwięcej. A nie zrobiła nic, by na to zasłużyć. A i tak w końcu mu wybaczyła. A ja nawet nie potrafiłem mu tego powiedzieć… I tak naprawdę wcale nie chciałem.

Kruczycień spojrzał przed siebie, na drogę ginącą w porannej mgle.

– Świat nie jest księgą rachunkową – powiedział. – Nie bilansuje strat. Nie rozlicza win. Po prostu… idzie dalej.

Ruszył pierwszy. Nikolai stał jeszcze chwilę. Czuł przytłaczający ciężar w sercu.

– Myślisz, że Domorad zasłużył na karę Zakonu? – zapytał niepewnie. – Czy nie powinniśmy zabrać go ze sobą do Żarlicy na sąd?

Kruczycień nie obejrzał się.

– Być może, ale nie uważam, aby jakakolwiek sprawiedliwość, zdołała naprawić to, co się stało. Myślę, że kara jaką ponosi, jest boleśniejsza, niż cokolwiek innego. I żadni rzeźnicy z Zakonu nie zbliżyliby się nawet o cal ze wszystkimi swoimi torturami, czy stosami. Nikt nie jest w stanie nas tak bardzo skrzywdzić, jak tylko my sami.

Zatrzymał się nagle, odwrócił na pięcie, a następnie, niemalże z czcią, położył dłoń na ramieniu ucznia.

– Zaszyłeś Zasłonę, młotku. A Nasirri wrócił do otchłani. Zaś wściekły duch Tersy odnalazł ukojenie. Nie ma już zagrożenia, więc nie ma już kogo sądzić.

Nikolai przetrawiał słowa mistrza w milczeniu. Szczerze wątpił, by wysocy hierarchowie zaakceptowali tak osobliwy pogląd na sprawiedliwość, ale Kruczycień nigdy nie dawał się prowadzić na zakonnym sznurku. Nikolai od dawna czuł, że stary mistrz nienawidzi tych ludzi tak samo, jak funkcji, którą przyszło mu pełnić. Roli, której sam sobie nie wybrał.

Zupełnie jak Ivra. Zupełnie jak ja. Owa myśl spadła na niego jak grom. Nagle poczuł, że pod pancerzem szorstkości jego mentora, kryje się dokładnie ten sam rodzaj samotności, który on nosił pod skórą.

– Przeszedłeś inicjację, Nikolai – Kruczycień przerwał jego rozmyślania, zaciskając dłoń na ramieniu chłopaka. – Gratuluję. Mało kto wychodzi cało ze starcia z dwoma potężnymi bytami. Zwłaszcza gdy jednym z nich jest Nasirri.

Mistrz parsknął cicho, a w kąciku jego ust zadrgał cień rozbawienia.

– Gdy wkraczaliśmy do wioski po raz pierwszy, byłem pewien, że zginiesz. Nie uprzedzałem cię, bo spanikowany młokos ma tendencję do plątania rąk przy tkaniu zaklęć. A bardzo nie chciałem tam umierać przez twój trzęsący się tyłek.

Nikolai uniósł brwi, czując, jak irytacja miesza się w nim z dziką, skrywaną głęboko satysfakcją.

– No wiecie co, mistrzu? – prychnął, krzywiąc się prześmiewczo. – Twoja wiara w moje rzemiosło jest doprawdy poruszająca. Aż żałuję, że pospieszyłem się z tym ratunkiem. Mogłem pozwolić ci dusić się w tym błocie jeszcze przez parę minut. Z czystej miłości do nauki.

Cień uśmiechu na twarzy Kruczycienia zniknął tak szybko, jak się pojawił. Stary mag poprawił pasy plecaka, skontrolował zapasy na drogę i bez słowa ruszył naprzód. Nikolai rzucił Smole kawałek suszonego mięsa, mocno poklepał go po karku i po kilku krokach zrównał się z mistrzem. Szli ramię w ramię. Droga przed nimi była długa, ale milczenie przestało ciążyć. Ustąpiło miejsca surowej pewności, że najgłębsze sekrety niesie się łatwiej, gdy nie jest się samemu. Nawet na samym końcu drogi, gdy knot świecy dopala się w mroku.

Koniec

Komentarze

Nomadzie, walnąłeś kloca na STO CZTERDZIEŚCI TYSIĘCY ZNAKÓW, co tak daje 40+ stron tekstu.

 

Nie oczekuj, że ktoś przeczyta to tak od tak.

 

feat. Ja w debiucie walnąłem 120k i przeczytała to jedna osoba. I jedna wspaniała dyżurna regulatorzy, do połowy.

 

Ja niestety nie wiem czy się wyrobię. Nie mniej pod wrażeniem jestem twojej produktywności sam niby mam ADHD, choć jednak nie mam aż tak dużo RAM-u w głowie, by obsłużyć tyle wątków na raz :] w 30 godzin, no jestem pod wrażeniem.

 

Dodam, że tego typu opka nie wliczają się w zakres dyżurnych.

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Rozumiem, że to rozbudowana wersja pierwszego opka, które było znacznie krótsze. Rzuciłam wtedy na nie okiem, ale miało tak dużo naleciałości AI, że nie chciało mi się całości czytać. Mogę jedynie powiedzieć, że podziwiam, iż w 30h jesteś w stanie poprawić tekst i rozbudować go do prawie 150k zzs. 

Those who don't believe in magic will never find it

@melendur88 – Hej, Melendurze. Ten kloc, to mikropowieść (moja ulubiona forma słowa pisanego) w moim autorskim lore. Nie zakładałem w ogóle, że to jakiś problem przy debiucie. Szczerze to długość tekstu wynika również z tego, że za cholerę nie potrafię napisać czegoś z sensem w krótszej formie (pomijając poezje, czy teksty piosenek do mojego bandu, ale to inna para kaloszy). Jednakże, mam już fundamenty pod nowe opowiadanie, krótsze o co najmniej połowe. Także jestem świadom, że mam problem i już działam w tym zakresie. Jeśli nikt nie przeczyta to trudno. I tak się cieszę, że podniosłem swojego skilla i pokonałem wewnętrzny opór, jak i lęk przed oceną (więc może i lepiej, że nikt nie spojrzy :D). Co do ADHD to z pewnością rozumiesz, ile się płaci za ten wyskok produktywności. Dodam, że mam urlop i mogłem sobie pozwolić na brak snu. Trzydzieści godzin to szybko? Jakbym poprawiał to jeszczę choć dodatkowe dwie godziny, to chyba bym oszalał. Dla mnie było w sam raz. Niemniej dziękuje za uznanie :) Choć skrywa się gdzieś w cieniu mej świadomości myśl jadowita, że chyba ze mnie szydzisz. Oczywiście biorę poprawkę na to, że to być może tylko moja dysmorfia emocjonalna. Dziękuje za komentarz.

 

@OldGuard – Podziw doprawdy miły, choć zupełnie niezasłużony. Gdybym potrafił w trzydzieści godzin napisać i rozbudować tekst do 150 tysięcy znaków, sam natychmiast zgłosiłbym się do testu Turinga.

W przedmowie pisałem jednak wyłącznie o drobiazgowej, acz mozolnej redakcji gotowego już materiału(tekst się nie wydłużył magicznie). Rozumiem, że w internecie łatwo o pobieżne czytanie, ale zapewniam, że za tymi poprawkami stoi wyłącznie uparta, ludzka biologia, litry kawy, zaryta noc, a nie algorytmy. Dodam jeszcze, o zgrozo, że uwinął bym się jeszcze szybciej, gdyby nie te wredne znajdź/zamień w Wordzie, i ich złośliwa natura. Niemniej dziękuję za ponowne odwiedziny i czujność. Pozdrawiam!

Witaj ponownie. :_

 

Proszę, nie przeceniaj mojej roli, sama popełniam mnóstwo błędów i nadal mozolnie się uczę, pracując nad własnym „warsztatem”. :)

I nie bądź także zbyt surowy dla siebie – każdy ma usterki w swoich tekstach, taki lajf. :) Nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. :)

 

Przebiegłam teraz oczami Twój tekst na szybko i widzę, że dialogi są jeszcze do poprawy, np. tu:

– Ż-że co?! – ochroniarz cofnął się, mocniej chwytając maczugę. (…)

– Intencję tej istoty? – Przerwał mu uczeń patrząc jakby oburzony – Zrobiłem wszystko, by przetrwać, wiesz mi. Oprócz czystej żądzy mordu skierowanego we mnie i niezaspokojonego pragnienia, wyczułem od niego coś jeszcze – strach. Czułem, jakby się gdzieś bardzo śpieszył, że pragnie się mnie jak najszybciej pozbyć. (…)

– Kolejny duch? – Kruczycień uniósł brwi – Jak on wyglądał? (…)

– Miałeś dużo szczęścia, Nikolai. – powiedział w końcu. – Myślę, że ten pająk to jednak Nasirri, i dobrze wie, że zawędrowaliśmy do wioski. (…)

Nikolai drgnął. – Mówisz o jakimś rytuale? Ktoś szperał przy zasłonie? (…)

– Tak, mistrzu. – odparł Nikolai, przełykając nerwowo ślinę.

 

 

Nie jestem też nadal pewna tej odmiany imienia bohatera – jeżeli jest: “Kryczycień”, czy powinno być: “Kryczycieńca”??? Przemyśl to raz jeszcze. :) 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Dzięki za komentarz @bruce!

 

Faktycznie – brak kropek, błędna wielkość liter, zgubiony gdzieś myślnik… Na szczęście im dalej w tekst, tym mniej takich baboli (a przynajmniej mam taką nadzieję :D). Biorę już muszkiet ze ściany i urządzam kolejne polowanie na chochliki.

 

Co do imienia Kruczycień – ciągle zachodzę w głowę, jak poprawnie je odmieniać. Przez pośpiech i niedopatrzenie przy korekcie w tekście raz używam formy Kruczycienia, a raz Kruczyczeńca… Najwyższa pora zdecydować się na jedną wersję! Jeśli założymy (co w fantasy wydaje się naturalne), że to przydomek powstały ze złożenia słów kruczy + cień, to członem bazowym jest cień. A rzeczownik cień odmienia się w dopełniaczu jako cienia (nie ma cienia, szukam cienia). Głowiąc się nad tym, podjąłem ostateczną decyzję, aby odmieniać to imię tak: Kruczycień – Kruczycienia – Kruczycieniowi – Kruczycieniem.

Technikalia to naprawdę pogromca uśmiechów dzieci i dobrej zabawy :)

 

Kiedy dokonujesz poprawek, lepiej nie dopisywać nowych akapitów, bo to tylko utrudni Ci pracę. :)

Pousuwaj wolne wiersze między akapitami, bo niepotrzebnie wprowadzają w błąd. Dawaj je tylko tam, gdzie rozdzielasz miejsce lub czas akcji, a nie – wszędzie. 

I ja dziękuję, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Przeczytałam ponad jedną czwartą opowieści i choć od pierwszych zdań wiedziałam, że we wsi dzieje się coś osobliwego, to doszedłszy do momentu, w którym wójt wspomniał o rytuale, zrezygnowałam, albowiem sprawy i bohaterowie kręcą się w kółko, a ja tracę cierpliwość, bo chciałabym, żeby w końcu coś, poza sennymi koszmarami, zaczęło się dziać.

Wykonanie, co stwierdzam z ogromnym smutkiem, pozostawia bardzo wiele do życzenia; jest tu mnóstwo różnych usterek, dialogi do remontu.

Nie wykluczam, że może w przyszłości, kiedy znajdę wolną chwilę, dokończę lekturę, jednakowoż niczego nie obiecuję.

 

[…] I pamiętajżadnych podróży do Myślosnu. → […] I pamiętaj, żadnych podróży do Myślosnu.

Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach; sprawiają, że zapis staje się mniej czytelny.

 

cisza, rwana trza­skiem za­trza­ski­wa­nych okien. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …cisza, rwana chrobotem za­trza­ski­wa­nych okien.

 

od­parł chłod­nym, ka­mien­nym gło­sem jego mistrz. → Zbędny zaimek.

 

Jego uczeń prych­nął pod nosem. → Jak wyżej.

 

bły­snę­ła nie­wy­raź­na syl­wet­ka mło­dej dziew­czy­ny. → Czy dookreślenie jest konieczne? Dziewczyna jest młoda z definicji.

 

Chło­pak po­dra­pał za uchem ma­sti­fa… → Chło­pak podrapał mastifa za uchem

 

Sala była w po­ło­wie pełna, ale nie było tu mowy o zwy­kłym na­stro­ju po cięż­kim dniu. → Czy to celowe powtórzenie? Pomieszczenia w wiejskiej karczmie nie nazwałbym salą.

Proponuję: Spora izba była w po­ło­wie pełna, ale nie czuło się zwy­kłej atmosfery po cięż­kim dniu.

 

Gór­ni­cy, rol­ni­cy i paru kup­ców… → Raczej: Gór­ni­cy, chłopi/ włościanie i paru kup­ców

Obawiam się, że w czasach tego opowiadania jeszcze nie było rolników.

 

Nawet córka gospodarza, młoda blondynka… → Dawniej nie było blondynek, były jasnowłose, złotowłose, o włosach ja pszenica.

 

po­ty­ka­jąc się o wła­sne nogi ze zmę­cze­nia. → …ze zmę­cze­nia po­ty­ka­jąc się o wła­sne nogi.

 

Rosły, po­zna­czo­ny bli­zna­mi wy­ki­daj­ło pod­szedł do nich ostroż­nie. → Słowo wykidajło pojawiło się w drugiej połowie XVIII wieku i chyba nie ma racji bytu w tym opowiadaniu.

 

Toż to fa­chu­ry są! → Słowo fachura, jako współczesny potocyzm, nie ma racji bytu w tym opowiadaniu

 

kon­ty­nu­ował swój dia­log z ochro­nia­rzem. → Zbędny zaimek.

 

wska­zał im sto­lik w rogu sali… → Szczerze wątpię, aby w dawnych karczmach były stoliki. Ustawiano tam raczej duże, ciężkie stoły i takież ławy.

 

do ich stołu po­de­szła młoda blon­dyn­ka… → …do ich stołu po­de­szła młoda jasnowłosa dziewka

 

Co podać do jadła? – za­py­ta­ła nie­pew­nie. → Raczej: Jakie jadło podać? – za­py­ta­ła nie­pew­nie.

Bo do jadła zazwyczaj podaje się napitek.

 

wo­dząc wzro­kiem po ma­syw­nym zwie­rzę­ciu. Na­stęp­nie jej spoj­rze­nie spo­czę­ło z po­wro­tem na wę­drow­cach, z nie­ukry­wa­ną mie­sza­ni­ną lęku i fa­scy­na­cji. → A może: …wo­dząc wzro­kiem po ma­syw­nym zwie­rzę­ciu, po czym jej spoj­rze­nie, pełne nie­ukry­wa­nej mie­sza­ni­ny lęku i fa­scy­na­cji, spo­czę­ło znów na wę­drow­cach.

 

i wska­zał ręką na sa­kiew­kę. → …i wska­zał ręką sa­kiew­kę.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

od­da­li­ła się szyb­kim kro­kiem w stro­nę kuch­ni. → A może zwyczajnie: …szybko odeszła do kuch­ni.

 

o spra­wach, które nie po­win­ny tu paść. → A może: …o spra­wach, których nie po­win­no się tu poruszać.

 

wzmian­ki o nich sa­mych, ale rów­nie czę­sto po­ja­wia­ło się już wcze­śniej za­sły­sza­ne przez nich imię nie­ja­kie­go Do­mo­ra­da. → Czy oba zaimki są konieczne:

Proponuję: …wzmian­ki o nich sa­mych, ale rów­nie czę­sto po­ja­wia­ło się imię nie­ja­kie­go Do­mo­ra­da, które słyszeli już wcześniej.

 

[…] Pew­nie św. La­eter pa­trzy na waszą wio­skę przy­chyl­nym okiem… → […] Pew­nie święty La­eter pa­trzy na waszą wio­skę przy­chyl­nym okiem

Nie używamy skrótów, zwłaszcza w dialogach.

 

Gór­ni­cy przy naj­bliż­szym stole wy­mie­ni­li się nie­pew­nym wzro­kiem. → Obawiam się, że wzrokiem nie można się wymienić.

Proponuję: Gór­ni­cy przy naj­bliż­szym stole wy­mie­ni­li nie­pew­ne spojrzenia.

 

pod­szedł do ich stołu, gwał­tow­nie ude­rza­jąc w niego dłoń­mi, aż chlu­snę­ło piwo z ich kufli… → Drugi zaimek jest zbędny.

 

Ręce gór­ni­ka drża­ły, a cie­nie pod jego ocza­mi były tak głę­bo­kie, że wy­glą­dał jak upiór. → Zbędny zaimek.

 

– A komu ma mówić?! Do­mo­ra­do­wi? Ten czort od dwóch roków jeno chle­je i wyje! To z jego domu przy­la­zło to okro­pień­stwo! – zmarsz­czył brwi i wziął głe­bo­ki od­dech, zaś jego wzrok po­wró­cił do wę­drow­ców. → Didaskalia wielką literą. Literówka. Zbędny zaimek. Winno być:

– A komu ma mówić?! Do­mo­ra­do­wi? Ten czort od dwóch roków jeno chle­je i wyje! To z jego domu przy­la­zło to okro­pień­stwo! – Zmarsz­czył brwi i wziął głębo­ki od­dech, zaś wzrok po­wró­cił do wę­drow­ców.

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

Prze­płu­kał gar­dło piwem i cią­gnął dalej opo­wieść… → Zbędne dookreślenie.

 

życie utra­ci­ła jego mał­żon­ka Tersa, a jego córa za­cho­ro­wa­ła. → Drugi zaimek jest zbędny.

 

Żad­nej stypy, żad­ne­go sza­cun­ku do zmar­łej żony. → Żad­nej stypy, żad­ne­go sza­cun­ku dla zmar­łej żony.

Szacunek mamy dla kogoś, nie do kogoś. Choć zdaję sobie sprawę, że Markus nie musiał mówić poprawnie.

 

Sy­na­lek?, po­my­ślał, zer­ka­jąc na ucznia… → Po pytajniku nie stawia się przecinka. Proponuję:

Sy­na­lek? po­my­ślał, zer­ka­jąc na ucznia.

Tu znajdziesz wskazówki, jak można zapisywać myśli bohaterów

 

Karcz­marz i jego córka nad­cho­dzi­li po­spiesz­nie z dy­mią­cy­mi ta­le­rza­mi… → Przypuszczam, że w dawnych wiejskich karczmach jadano z misek, nie z talerzy. Talerze nie dymią.

Proponuję: Karcz­marz i jego córka nad­cho­dzi­li po­spiesz­nie, niosąc miski z parującym jadłem

 

– I jesz­cze te kosz­ma­ry! – wtrą­ci­ła blon­dyn­ka, sta­wia­jąc tackę z ja­dłem. → Raczej – I jesz­cze te kosz­ma­ry! – wtrą­ci­ła dziewka, sta­wia­jąc miski z jadłem.

 

obrzy­dze­nie, któ­re­go Ni­ko­lai nawet nie pró­bo­wał ukryć pa­trząc na ta­lerz… → …obrzy­dze­nie, któ­re­go Ni­ko­lai nawet nie pró­bo­wał ukryć pa­trząc na jedzenie

 

Nie­któ­rzy jed­nak budzą się inni – do­da­ła ci­szej. Jakby dalej śnili. Nie­któ­rzy jed­nak budzą się inni – do­da­ła ci­szej – jakby dalej śnili.

 

– Długa Noc? – po­wtó­rzył nie­pew­nie karcz­marz. → Dlaczego wielka litera?

 

Wąski ko­ry­tarz pro­wa­dził do nie­du­że­go po­ko­ju… → Skoro to dawna wiejska karczma, to nie przypuszczam, aby tam były pokoje.

Proponuję: Wąski ko­ry­tarz pro­wa­dził do niedużej izby

 

lęk ta­ra­no­wał jego zmy­sły, od­bie­ra­jąc mu od­dech. → Zbędne zaimki.

 

Za­cho­wał jed­nak na tyle trzeź­wych zmy­słów… → Za­cho­wał jed­nak na tyle trzeź­we zmy­sły

 

Oprócz sza­leń­cze­go głodu i żądży mordu… → Literówka.

 

dziew­czy­na, a w swych kru­chych dło­niach trzy­ma­ła świe­cę. → Zbędny zaimek – czy mogła trzymać coś w cudzych dłoniach?

 

Pa­ję­cza isto­ta za­trzy­ma­ła się i wnet wy­pu­ści­ła Ni­ko­la­ia ze swych objęć… → Zbędny zaimek.

 

ude­rzy­ła ogrom­ną pię­ścią o zie­mie… → Literówka. Bo chyba nie uderzyła o kilka ziem.

 

wsród spa­lo­nych i udrę­czo­nych ciał… → Literówka.

 

za­klę­cie wy­bu­dza­ją­ce i przy­wra­ca­ja­ce… → Literówka.

 

ze­rwał się nagle, cięż­ko ła­piąc od­dech za od­de­chem. → …ze­rwał się nagle, z trudem ła­piąc od­dech za od­de­chem.

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Ciezko-a-trudno;19058.html

 

sierść na jego karku stała na­stro­szo­na… → Zbędny zaimek.

 

śle­pia wbite miał w miej­sce pod oknem, gdzie przed chwi­lą pul­so­wa­ła fi­ran­ka. → Co pulsowało??? Chyba przesadziłeś – firanka na oknie izby dawnej karczmy jest ostatnią rzeczą, której mogłabym się tam spodziewać.

Okna, jeśli były zasłaniane, to okiennicami.

 

choć pokój pach­niał tylko wil­go­cią i sta­rym drew­nem. → …choć izba pachniała tylko wil­go­cią i sta­rym drew­nem.

 

Mi­strzu, ja wy­czu­łem jego głód – za­czął ostroż­nie. – ale nie taki zwy­kły. → Zbędna kropka po wtrąceniu.

 

Wtedy wy­pu­ścił mnie ze swego uści­sku… → Zbędny zaimek.

 

– Intencje tej istoty? – przerwał mu uczeń, patrząc oburzony – Zrobiłem wszystko, by przetrwać, wiesz mi. Oprócz czystej żądzy mordu skierowanego we mnie i niezaspokojonego pragnienia, wyczułem od niego coś jeszczestrach. → Żądza jest rodzaju żeńskiego, więc: – Intencje tej istoty? – przerwał mu uczeń, patrząc oburzony – zrobiłem wszystko, by przetrwać, wierz mi. Oprócz czystej żądzy mordu skierowanej we mnie i niezaspokojonego pragnienia, wyczułem od niego coś jeszcze. Strach.

Sprawdź znaczenie słów wieszwierz.

 

Kru­czy­cień po­wo­li wstał i pod­szedł do okna. Roz­su­nął fi­ran­kę. → Tam nie mogło być firanki!

 

– Jutro – od­parł. – wej­dzie­my do domu Do­mo­ra­da. → Zbędna kropka po didaskaliach.

 

[…] Jeśli przyj­dziepatrz. Pro­sto w twarz. → […] Jeśli przyj­dzie, patrz. Pro­sto w twarz.

 

od­po­wie­dział nieco bez­czel­nie uśmie­cha­jąc się wąsko pod nosem. → Można uśmiechnąć się szeroko, można półgębkiem, ale wąski uśmiech, moim zdaniem, brzmi dość osobliwie.

Proponuję: …od­po­wie­dział nieco bez­czel­nie, lekko uśmie­cha­jąc się pod nosem.

 

– No już do­brze, do­brze. Zro­zu­mia­łem twój wy­kład. – od­parł lekko za­wsty­dzo­ny Ni­ko­lai i po­dra­pał ma­sti­fa za uchem. → Zbędna kropka po drugim zdaniu wypowiedzi.

 

– Dwa po­tęż­ne byty wal­czą­ ze sobą, dziew­czy­na ze świe­cą i mrocz­na za­po­wiedź po­żo­gi. – wes­tchnął cięż­ko. → Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

od czasu do czasu wy­ko­nu­jąc dziw­ne gesty rę­ko­ma. → Zbędne dookreślenie – gesty wykonuje się rękoma.

 

W ręku trzy­mał kuszę z na­ła­do­wa­nym beł­tem. → Czym naładowany był bełt?

A może miało być: W ręku trzy­mał kuszę na­ła­do­wa­ną beł­tem.

 

W holu pach­nia­ło wil­go­cią i czymś kwa­śnym. → Nie bardzo umiem zobaczyć hol w wiejskiej chacie.

Proponuję: W sieni pach­nia­ło wil­go­cią i czymś kwa­śnym.

 

syk­nął Kru­czy­cień, choć jego wła­sne, ga­dzie oczy roz­sze­rzy­ły się nie­znacz­nie. → Zbędny zaimek.

Rozszerzyły się oczy, czy może źrenice?

 

Po­pro­wa­dził ich do izby, która kie­dyś mu­sia­ła być sa­lo­nem. → Moja wyobraźnia protestuje, kiedy czytam o salonie w dawnym wiejskim domostwie.

 

– Praw­dy chce­cie? – mach­nął drżą­cą ręką. → Didaskalia wielką literą.

 

– Moja żona. Moja córka. I te koszmary pożerające ich sny. Odchrząknął, jakby coś utkwiło mu w gardle. → Zbędna kropka po ostatnim zdaniu wypowiedzi. Brak półpauzy po wypowiedzi. Didaskalia małą literą. Winno być:

– Moja żona. Moja córka. I te koszmary pożerające ich sny – odchrząknął, jakby coś utkwiło mu w gardle.

 

– Dwa lata. – za­ci­snął mocno oba palce drugą dło­nią. – Dwa lata pró­bo­wa­łem… → Didaskalia wielką literą.

 

– Mo­dli­twy. Posty. Eg­zor­cy­zmy w zło­tych świą­ty­niach peł­nych prze­py­chu – wzru­szył ra­mio­na­mi. Wy­da­łem na to wszyst­ko cały ma­ją­tek – Spoj­rzał na bu­tel­kę – Zo­sta­ła tylko ona. → – Mo­dli­twy. Posty. Eg­zor­cy­zmy w zło­tych świą­ty­niach peł­nych prze­py­chu – wzru­szył ra­mio­na­mi – wy­da­łem na to wszyst­ko cały ma­ją­tek – spoj­rzał na bu­tel­kę – zo­sta­ła tylko ona.

 

ta wio­ska była szcze­gól­nie miła Bogom… → …ta wio­ska była szcze­gól­nie miła bogom

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy 

Dziękuję za tak drobiazgową analizę! Taka lista poprawek technicznych powaliła mnie na glebę z miejsca. Ale to też dla mnie świetny materiał do pracy nad warsztatem – interpunkcja w dialogach i usuwanie zbędnych zaimków to zdecydowanie coś, co muszę i chcę oszlifować. Skupię się też na zdecydowanie krótszych tekstach, bo póki co, to fraszki lub haiku pisać mi trza ;)

Co do doboru słownictwa (jak pokój, sala czy wykidajło) – świat opowiadania to quasi-średniowieczne fantasy, a nie ścisła rekonstrukcja historyczna. :) Andrzej Sapkowski w Wiedźminie używa słów takich jak „genetyka”, „ekologia”, „striptiz” i nowoczesnych wulgaryzmów. Niemniej jednak pochylę się nad tym, bo wychodzi na to, że faktycznie może to czytelnika odrzucać.

Podobnie sprawa ma się z tempem: zależało mi na powolnym, wręcz dusznym klimacie snujących się tajemnic, zanim akcja gwałtownie przyspieszy, choć w pełni rozumiem, że to kwestia czytelniczych preferencji(system magiczny w moim lore bazuje na śnie, na oniryzmie zwał jak zwał. Tak ma być).

Doceniam czas spędzony nad moim tekstem i merytoryczne uwagi warsztatowe. Na pewno pomogą mi przy poprawkach. Pozdrawiam!

Bardzo proszę, Nomado. Miło mi, że uznałeś uwagi za przydatne. :)

 

Co do do­bo­ru słow­nic­twa (jak pokój, sala czy wy­ki­daj­ło) – świat opo­wia­da­nia to qu­asi-śre­dnio­wiecz­ne fan­ta­sy, a nie ści­sła re­kon­struk­cja hi­sto­rycz­na.

Wiem, że nie napisałeś opowieści historycznej, ale skoro stworzyłeś własny świat, mogłeś się także pokusić o wymyślenie/ użycie określeń, które w tym świecie nie będą razić, a tym samym opowiadanie stanie się bardziej wiarygodne.

I nie przekonuje mnie argument, że pan Sapkowski używa w swoich dziełach słów, które, moim zdaniem, zupełnie nie pasują do sugerowanych czasów, ale to już nie moje zmartwienie.

 

…za­le­ża­ło mi na po­wol­nym, wręcz dusz­nym kli­ma­cie snu­ją­cych się ta­jem­nic, zanim akcja gwał­tow­nie przy­spie­szy.

Rozumiem Twój zamysł, ale zważ, że to portal, na którym oczekuje się opowiadań, nie mikropowieści. Jestem pewna, że w przyszłości zdołasz się zdyscyplinować i długość napisanych przez Ciebie opowiadań nie będzie przerażać innych użytkowników. :)

Powodzenia!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy

Rozumiem Twój zamysł, ale zważ, że to portal, na którym oczekuje się opowiadań, nie mikropowieści. Jestem pewna, że w przyszłości zdołasz się zdyscyplinować i długość napisanych przez Ciebie opowiadań nie będzie przerażać innych użytkowników. :)

Haha, obyś miała racje! :D

Dzięki :)

 

Nomado i Ty się postaraj, abym miała rację. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy w formie!

 

 Dziewczyna jest młoda z definicji.

hehe, a posłanka Senyszyn niedawno powiedziała o sobie, że “ona i reszta dziewczyn” coś tam zdziałały ;)

 

Czym naładowany był bełt?

Jak spytamy pijaka, odpowiedź może być ciekawa ;) 

 

uderzyła ogromną pięścią o ziemie… → Literówka. Bo chyba nie uderzyła o kilka ziem. ;) 

 

→ Nie bardzo umiem zobaczyć hol w wiejskiej chacie. 

 

Obawiam się, że w czasach tego opowiadania jeszcze nie było rolników. – i nie było wtedy blokad na drogach, i jakoś świat się kręcił;) 

 

Dawniej nie było blondynek, były jasnowłose, złotowłose, o włosach ja pszenica. – powinno być jaK, nawet regulatorzy robiom literufki;) 

 

Obawiam się, że wzrokiem nie można się wymienić.

 

Opowiadania nie czytałem, bo fantasy nie tykam z założenia (poza Sapkowskim wiele lat temu), a tym bardziej takich kolosów, ale po przejrzeniu uwag od regulatorzy nie dość że się ubawiłem, to jeszcze generalnie załapałem o czym był tekst!:)

 

Pozdrawiam 

 

 

 

 

 

"Sukces to ponoszenie porażek bez utraty entuzjazmu" - W. Churchill

regulatorzy w formie!

Lesnylutku, może i jestem w jakiejś formie, ale gdy wspomnę dawniejsze czasy… Ech, wtedy to ja miałam formę. :)

 

hehe, a posłanka Senyszyn niedawno powiedziała o sobie, że “ona i reszta dziewczyn” coś tam zdziałały ;)

Czerwone korale szalenie odmładzają! ;)

 

Jak spytamy pijaka, odpowiedź może być ciekawa ;) 

Pijak odpowiedziałby: – Bełt był naładowany mocą, a teraz ja jestem naładowany bełtem. ;)

 

powinno być jaK, nawet regulatorzy robiom literufki;)

Ano, robiom, robiom. Ale dobrze, że zjawia się Lesnylutek i je wyłapuje. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:):)

"Sukces to ponoszenie porażek bez utraty entuzjazmu" - W. Churchill

Nowa Fantastyka