Ręka Tenerosa to krótka opowieść o tym, jaką cenę może ponieść społeczeństwo z powodu swojej ciekawości.
Zachęcam do obserwowania po więcej:
FB: https://www.facebook.com/jozek.swistak.52
IG: https://www.instagram.com/jozef_swistak/
Ręka Tenerosa to krótka opowieść o tym, jaką cenę może ponieść społeczeństwo z powodu swojej ciekawości.
Zachęcam do obserwowania po więcej:
FB: https://www.facebook.com/jozek.swistak.52
IG: https://www.instagram.com/jozef_swistak/
– A to jest gwiazdozbiór Hadrun. – Posłaniec zakręcił dłonią podwójną pętlę w powietrzu.
Trójka młodych Raskunów, zgromadzona wokół niego, podążała wzrokiem za śladem narysowanym na niebie. Niewidzialny wzór łączył gwiazdy na nocnym firmamencie.
– To jest pasmo górskie, gdzie Teneros doznał trzeciej wizji! – dopowiedział Sargaki, najstarszy z trójki Raskunów. Uniósł ciemną, kosmatą, czteropalczastą dłoń i spróbował odtworzyć po Posłańcu schemat.
Przybysz przytaknął, spodziewał się takiej odpowiedzi, oznaczało to, że legenda Tenerosa zakiełkowała chłopakowi w głowie.
– Jednak bacznie obserwujcie gwiazdy – kontynuował Posłaniec. – Tam dzieje się więcej niż można przypuszczać. Ta jedna… – Wskazał na samotną, świetlistą kropkę na niebie, tuż obok gwiazdozbioru. – Nie należy do Hadrunu. To wędrująca gwiazda. Za rok, gdy będziecie jej szukać, znajdzie się w innym miejscu. To Fisya, której los splótł się z Tenerosem właśnie tam, w Hadrunie.
– Dlaczego ona się rusza? – spytał Zankrr, drugi Raskun, mniejszy, mocniej przygarbiony, bardziej ciekawy świata. Wzbudzał w Posłańcu niepokój za każdym razem, gdy zamiast pytać o Tenerosa, chciał wiedzieć więcej o otaczającym ich świecie. Przewrócił oczami, czego młody Raskun nie mógł zobaczyć w pustych, zaciemnionych oczodołach maski.
– Gwiazdy… – próbował wybrnąć Posłaniec – nie są stałe. Gdy Teneros starł się z Pożeraczem Światła, jego ostatni cios był tak potężny, że poruszył firmament. – Westchnął głośno. Zmyślił tę część, naginając ją do eposu. Nie mógł też wprost wytłumaczyć, że to nie gwiazda, tylko planeta, bo Zankrr stałby się bardziej dociekliwy. Odległy świat fascynował, choć nie do końca powinien. Nie ich. Nie teraz.
Trójka Raskunów jeszcze uważniej wlepiła wzrok w rozgwieżdżone niebo. W żółtych oczach przeciętych pionowymi, wąskimi źrenicami, odbijały się miriady gwiazd, tworzące widoczny, jaśniejszy pas ramienia galaktyki. Raskunowie nazywali to Ostatnią Ścieżką Tenerosa do Świata Spokoju.
Posłaniec wstał i dał młodym osobnikom jeszcze nasycić się szerokim, nieskazitelnie czystym niebem, rozświetlonym tysiącami punktów. Wzory, kształty i konstelacje – to było najważniejsze – przesłanie malowane nie ręką, lecz wiarą i opowieściami.
Wyciągnął przed siebie nogi, wygiął się w tył rozprostowując kości. Od kilkugodzinnego siedzenia na twardym i zimnym kamieniu mięśnie dawały już o sobie znać.
Na tle nocnego nieba majaczyła skała niepasująca zarysem do reszty. Ciemny kontur jawił się jako postrzępiona, pełna ostrych krawędzi i niespokojnych linii sylwetka. Raskunowie pozostali zapatrzeni niebo. Pomrukiwali pomiędzy sobą, lecz nie słyszał o czym dokładnie.
Posłaniec przyklęknął i wymacał u podstawy skały półkoliste wyżłobienie. W tej kompletnej ciemności musiał jakoś sobie poradzić. Włożył palce w rękaw i nastąpiło kliknięcie w jego dłoni. Na chwilę zalśniły iskry. W krótkim przebłysku dostrzegł w misie kupkę suchych źdźbeł trawy. Wypuścił głośno powietrze, gdy wszystko zgasło.
Kliknięcie. I kolejny jarzący się snop iskier spadł na ususzoną trawę, tym razem wzniecając ogień. Żar błyskawicznie objął całe naczynie, a potem przenikliwą ciszę wypełniło trzaskanie rozpalanego chrustu. Gdy płomienie wznieciły się, palenisko zaczęło rozświetlać najbliższą okolicę.
Posłaniec cofnął się o krok i spojrzał zmęczonym wzrokiem na wyłaniający się z mroku posąg. Pomarańczowe ogniki zatańczyły, podkreślając wątłym światłem wszystkie rzeźbienia.
Teneros – bóg urodzaju. Jego wykuta twarz była niedokładną wariacją raskuńskich rysów. Jedną czteropalczastą dłonią obejmował swoją kochankę, Fisyę, a drugą trzymał włócznię wbitą w gardło Pożeracza Światła – pokracznej kreatury trzymającej w swej uzębionej paszczy kulę symbolizującą słońce.
Przy pomocy grubszej gałęzi Posłaniec przeniósł żar do dwóch mniejszych mis na obrzeżach paleniska, ustawionych na krzywych glinianych kolumienkach. Usypane w naczyniach, ususzone i zmielone, zioła błyskawicznie zajęły się ogniem i buchnął gęsty, biały dym. Powietrze wypełnił słodko-gorzki aromat.
Dwójka Raskunów przybiegła zwabiona światłem i zapachem, ale jeden nadal siedział na skale i obserwował niebo.
– Zankrr! – warknął Posłaniec.
Raskun zerwał się. W mroku jego fluorescencyjne białka oczu zatańczyły krzywy taniec i zgrabnie dogonił pozostałych.
Wkroczyli w krąg światła przed posągiem Tenerosa. Przygarbione, dwunożne istoty, pokryte niemal czarnym, rzadkim futrem ustawiły się w szeregu.
– Na zakończenie dnia, zgodnie z tym, co winni wam przekazać członkowie plemienia, będziecie modlić się o jedną rzecz, którą Teneros będzie mógł was obdarować – oznajmił Posłaniec. – Jest was troje, dokładnie tyle, ile wizji miał Teneros.
– Czy możemy prosić o wszystko? – spytała milcząca dotąd Ganira.
Przybysz skierował w jej stronę swoje puste spojrzenie, skryte za maską przypominającą czaszkę drapieżnika. Poprawił kaptur czteropalczastymi dłońmi, owiniętymi w paski skóry.
– O jedną rzecz – powtórzył. – Dla siebie lub dla kogoś. Wasze prośby muszą być świadome i szczere. Pamiętajcie, że pewnego dnia wasz wódz uzna was za pełnoprawnych członków plemienia, o ile przedstawicie mu dary Tenerosa. Czy jesteście gotowi?
Raskunowie szeroko rozwarli oczy i przytaknęli.
– Sargaki, ty pierwszy – nakazał Posłaniec.
Młodzik wystąpił przed szereg, wyprostował się. Sięgał przybyszowi nieco powyżej pasa. Stanął na środku okręgu, przed paleniskiem. Jego pazurzaste stopy wbijały się głęboko w rdzawy pył. Potem padł na kolana i skrył twarz w wydłużonych dłoniach.
– O, potężny Tenerosie! – Unosił się i kłaniał ponownie. – Jako twój przyszły, wierny sługa i członek plemienia, dziękuję ci za to, że chronisz nas przed głodem. W swej pierwszej wizji dostrzegłeś głód i pustkę. Wielbię cię za źródło, które otworzyłeś ze skał, dające życiodajną wodę, przyciągające zwierzynę. Chcę cię prosić, byś obdarzył mnie słuchem, którego pozazdroszczą mi inni łowcy, bym mógł utrzymać moje plemię z dala od głodu.
Na zakończenie modlitwy Sargaki wziął w obie dłonie garście rdzawego pyłu i posypał sobie po głowie. Wstał i wrócił do szeregu.
Następna już się wyrywała Ganira. Od chłopaków odróżniały ją smuklejsze kształty, węższa szczęka i wydłużone powieki. W jej szklistych oczach odbijały się tańczące, pomarańczowe płomienie z paleniska.
Posłaniec zaprosił ją gestem dłoni. Padła na ziemię, dokładnie w tym samym miejscu, co Sargaki.
– Wszechmocny Tenerosie! – zagrzmiała charczącym, raskuńskim głosem. – Stojąc nad przepaścią, doznałeś wizji chmury robactwa przetaczającej się przez nasz świat. Wiemy, że choroby są nieuniknione. Jednak ręka Fisyi, twej partnerki, ma prawdziwą moc uzdrawiania. Zjednoczyłeś się z nią, by stawić czoła zarazom tego świata. Proszę ciebie i Fisyę, by moja matka, pogrążona w chorobie, mogła wrócić do zdrowia, a będziemy ci wiernymi służkami do końca naszych dni.
Jak przystało na żeńskie osobniki, jedną dłonią – nie dwiema – sypnęła spod siebie pył na głowę. Wstała i ukłoniła się głęboko. Posłaniec zauważył, jak w jej oczach wzbierają łzy. Stanęła w szeregu, na równi z Sargakim i Zankrrem. Drżała. Mięśnie pod jej powiekami wibrowały niespokojnie. Lecz była twarda. Jej modlitwa płynęła tak głęboko z serca, że ten ból niemal wypełniał goryczą powietrze.
Gdy po dłuższej ciszy Zankrr drgnął, by wystąpić z szeregu, Posłaniec niespokojnie się poruszył. Ich spojrzenia się spotkały. Źrenice Raskuna zwęziły się, gdy dostrzegły zionące pustką oczodoły maski przybysza.
Zankrr dotarł na miejsce, przyklęknął.
– O, Tenerosie! – wydobył z siebie niespokojnym głosem. – Ty widziałeś mrok i jego konsekwencje. Wygasanie świata. Ty pokonałeś potężnego Pożeracza Światła, przywracając równowagę we wszechświecie. – Odchrząknął. – Daj mi światło. Daj mi prawdę o naszym świecie. Chcę poznać w całości obce światy, jeżeli istnieją.
– Jesteś tego pewien?! – wtrącił się Posłaniec, przestępując z nogi na nogę. Pozostali Raskunowie wzdrygnęli się, zerkając z ukosa w stronę przybysza.
– Tak, jestem pewien – odparł Zankrr, biorąc pył w obie dłonie i następnie posypując nim czoło.
Posłaniec zamilkł. Wykonał jedynie rytualny gest, zamykający sesję modlitw i próśb. Gdyby Teneros mógł przemówić… Lecz jego posąg nawet nie patrzył na środek modlitewnego kręgu. Wzrok miał skierowany tuż nad linię horyzontu, tak jak podczas każdej wizji, by dostrzegać jak najwięcej.
– Wasze modlitwy zostały skierowane do Tenerosa. Szepty boga obfitości i urodzaju już się niosą tam, gdzie wzrok nie sięga – oznajmił Posłaniec i ukłonił się głęboko. – Zakończyliście całą ścieżkę Tenerosa. Możecie teraz, tak jak on, udać się do Świata Spokoju.
Raskunowie się rozluźnili.
Przybysz pogonił ich w stronę wąskiej ścieżki wydeptanej pomiędzy ostrymi, szczerbatymi skałkami. Bez słowa ruszyli w kierunku wioski.
Ten dzień był jednym z najważniejszych. Odbycie całej podróży śladami boga urodzaju zaczynało się o świcie. W plemieniu panował zwyczaj, by tego dnia wstrzymać się od jedzenia, aby z czystym ciałem i umysłem przebyć drogę boga. Mogli tylko posiłkować się skisłymi liśćmi, pozbawionymi walorów smakowych, ale zaspokajającymi głód.
Raskunowie powłóczyli chudymi nogami. Pazurzaste stopy wbijały się w pył, bezgłośnie rozsypując go dookoła przy każdym kroku.
Kręta ścieżka oplatała pobliskie wzgórze. Gdy dotarli na szczyt, w świetle gwiazd nocnego nieba ukazała się szeroka rozpadlina pośrodku równiny ciągnącej się po granice horyzontu. Kanion wypełniały liczne stoliwa, oddzielone wąskimi graniami i zapadliskami. A na szczycie najbliższego z nich mieściła się wioska. Kilkadziesiąt chat – okrytych wygarbowanymi i wypłowiałymi skórami rozwieszonymi na czerniejących, grubych kościach – zgromadzonych wokół ogromnej, skalnej misy z klarowną wodą.
Raskunowie ześlizgnęli się po stromych zboczach, by zaraz znaleźć się u stóp wzniesienia, na którym rozpościerała się wioska. Musieli jeszcze tylko dostać się na górę po chaotycznie skleconych balach, z wyschniętego, srebrzystego drewna, stanowiących jedyne wejście i utrudniające dostęp drapieżnikom.
Ku zaskoczeniu Posłańca Raskunowie zgrabnie wdrapali się na górę, jakby cały dzień nie odjął im ani trochę sił. Przybysz również wspiął się, ale nie tak zwinnie.
Na szczycie trójka młodych zgodnie odwróciła się do przybysza.
– Dziękujemy ci, Posłańcu – wypalił Sargaki. Jego głos urywał się ze zmęczenia.
– Niech Teneros ma was w swojej opiece – odpowiedział, rozkładając czteropalczaste dłonie i unosząc je ponad głowę. – Moja misja dobiegła dziś końca, a Świat Spokoju czeka na was z otwartymi ramionami.
Raskunowie rozpierzchli się i zniknęli pomiędzy chatami.
W wiosce panowała przyjemna cisza. Reszta mieszkańców od dawna spała. Świat Spokoju był miejscem, gdzie świadomość odpływała każdej nocy – nie był ani piekłem, ani rajem, lecz przystanią dla każdego strudzonego Raskuna, by następnego dnia mógł w pełni sił ruszyć na nieprzyjemne pustkowia. Jedynie Teneros pozostał w tym Świecie na zawsze, odpoczywając po zbawieniu świata.
Wykończony Posłaniec skierował się w stronę zbiornika wodnego położonego pośrodku zarówno wzniesienia, jak i wioski. Gdy poczuł przyjemny chłód bijący z sadzawki, przysiadł na brzegu. Chętnie zanurzyłby się i zmył całe zmęczenie i brud, lecz źródło, które wybiło spod ręki Tenerosa, było miejscem niemal świętym, a woda towarem deficytowym. Raskunowie mogli ją pić, lecz nie więcej niż osiem łyków w ciągu dnia. Ale nie mogli się w niej kąpać. Do tego służył oddalony o parę godzin drogi strumień.
Posłaniec spojrzał w gwiazdy. Mimo że co roku tłumaczył konstelacje, tym razem wyjątkowo zapomniał o cyklicznej wędrówce planety po nieboskłonie. Czy to zmęczenie, czy inne sprawy zaprzątające jego głowę?
Błądził myślami nie wiadomo gdzie, przed oczami malowały się niewyraźne, szczątkowe, niepotrafiące skrystalizować się obrazy. Jego umysł też już był na skraju wyczerpania, a do tego zachowanie Zankrra nie dawało mu spokoju.
Siedział wyjątkowo długo nad brzegiem zbiornika. Ociężale wstał i uważnie wsłuchał się w otoczenie, lecz cała raskuńska wioska twardo spała, z wyjątkiem paru łowców wysłanych na nocne polowania.
Spod płaszcza wygrzebał niedużą, skórzaną, zmatowiałą torbę. Ostatni raz upewnił się, że żaden Raskun nie kręci się po wiosce.
Tanecznym, acz ociężałym krokiem wyminął domostwa, aż znalazł się przy tym wybranym. Na bocznej ścianie widniała niezdarnie zaszyta bruzda. Posłaniec wiedział dokładnie, gdzie każdy Raskun mieszka. Dosłownie każdy. Znał całą wspólnotę na wylot. Nasłuchiwał, nieruchomo stojąc przy namiocie. Potrzebował dłuższej chwili, by dosłyszeć miarowe oddechy i rozpoznać je wszystkie. Trzy. Tyle naliczył, to się zgadzało.
Ostrożnie postawił krok i bezszelestnie odchylił połę wejścia. Wewnątrz, pod ścianą drzemała dorosła samica i wtulone w nią dziecko. Jej tułów unosił się z każdym powolnym oddechem. Maleństwo, przytulone twarzą do jej brzucha, dygotało uszkami. Brakowało tylko dorosłego samca i jego włóczni, więc musiał polować na równinie. A w nogach matki spał Sargaki. Tak jak Posłaniec myślał, chłopak padł po całym dniu. Wszyscy padają. Co roku.
Przybysz włożył ostrożnie dłoń do torby i zaczął wymacywać palcami przedmioty. Pokiwał na boki głową, wmawiając sobie, że mógł się przygotować wcześniej. Długie, krótkie, zimne i kanciaste skarby – miał ich dużo, lecz interesował go ten jeden, zakrzywiony.
Wyciągnął wygładzone i wygięte w literę „S” drewno z wydrążonymi dziurkami. Kilium – instrument z włożoną pustą kością. Gdy Sargaki nauczy się na nim grać, jego słuch zmieni się nie do poznania. Będzie wyłapywać drobne tony w otoczeniu, niesłyszalne dla przeciętnego Raskuna, a to zmieni go w prawdziwego myśliwego, zabójcę tropiącego słuchem i sprytem, nie tylko siłą.
Położył kilium bardzo powoli i ostrożnie u stóp Sargakiego, nie chcąc zbudzić malucha. Wstrzymał oddech. Dłonie mu drżały. Gdy instrument spoczął na ziemi, Posłaniec się wycofał. Niespokojnym krokiem oddalił się od domostwa, powłócząc nogami przez gęstwinę skórzanych namiotów. Dopiero wtedy odetchnął z ulgą.
Nerwowo i niezdarnie zaczął szperać w torbie w poszukiwaniu następnego przedmiotu. Wolałby nie ryzykować jeszcze bardziej, choć i tak teraz będzie musiał. Znalazł to, co chciał.
Domostwo Ganiry mieściło się na przeciwległym krańcu wioski i nie bez powodu. Świadczyły o tym sznurki z nawleczonymi bladymi kłami i kolorowymi koralikami. W ten symboliczny sposób zmarła głowa rodziny pozostawała w swoim domostwie. Ojciec małej Raskunki przed paroma miesiącami, podczas polowania, spadł z klifu. Raskuńska kultura wymagała, by samotne i niezwiązane z drugą połową osobniki zamieszkiwały jak najdalej od stawu pośrodku wioski.
Posłaniec stanął przed domem. Zerwał się lekki podmuch wiatru, muskający zwisający nad wejściem przyozdobiony sznurek. Zawieszone na nim zęby i paciorki zabrzęczały melodyjnie, obijając się o masywną kość konstrukcji.
Przybysz nie chciał czekać. Wziął ozdobę w dłoń, uniósł ją i przewiesił przez fragment konstrukcji. Brzęczenie ustało niemal natychmiast i wtedy zerknął do środka.
Ganira zasnęła niemal w wejściu, leżąc na brzuchu, miała wykręconą głowę w bok i oddychała lekko charcząc. Nie ona była jednak teraz w jego kręgu zainteresowań. Jej matka spała spokojnie w drugim końcu namiotu, wciskając się w skórzaną ścianę.
Początkowo Posłaniec próbował zrobić krok nad Ganirą, lecz szybko zrezygnował. To zbyt ryzykowne. Wycofał się.
Obszedł konstrukcję, aż znalazł się z tyłu, gdzie dostrzegł wyraźne wybrzuszenie – ledwo zauważalnie unoszące się i opadające. Matka Ganiry.
W dłoni Posłańca pojawił się cylindryczny przedmiot wypełniony fioletową cieczą. Drugą dłonią wyciągnął metalową igłę i przykręcił ją do reszty. Uniósł strzykawkę w górę, lekko nacisnął tłok, aż na końcu pojawiła się fioletowa kropelka.
Ostrożnie wymacał odpowiednie miejsce. Przebił się strzykawką przez skórzaną ścianę i wbił igłę w Raskunkę. Po drugiej stronie nastąpiło poruszenie, lecz Posłaniec jednostajnym, płynnym ruchem wycisnął całą zawartość.
Szybko zabrał strzykawkę i włożył do torby. Nerwowo rozejrzał się dookoła. Matka Ganiry zajęczała. Nie widział, co się dzieje w środku, ale domyślał się, że ból po nakłuciu i otrzymaniu antybiotyku będzie się utrzymywał do rana.
Na wszelki wypadek odsunął się ostrożnym krokiem i skrył za kolejnym domostwem. Czuł, jak cały lepi się od potu. Zakręciło mu się w głowie. Przykucnął, podparł czoło maski dłonią i wziął głęboki oddech.
Siedział skulony i nasłuchiwał.
Niespokojne ruchy matki musiały zbudzić Ganirę, bo teraz słyszał dwa charkliwe głosy dochodzące z ich domostwa. Na szczęście nie poniosły się dalej. Bywało, że rozdrażniona, zaszczepiona samica potrafiła w środku nocy postawić na nogi pół wioski. Raskunowie wciąż borykali się z pasożytami przenoszącymi rozmaite choroby. Żadne wywary plemiennych znachorów parzone z tutejszych ziół by sobie z tym nie poradziły.
Raskunki się uspokoiły. Posłaniec odetchnął. Zapewne wielkoduszna i empatyczna Ganira pocieszyła swoją matkę. Teraz wiedział, że może się oddalić.
Zostawiając za sobą obie samice, przemierzał pogrążoną we śnie wioskę, lecz czuł jakiś niewytłumaczalny ciężar spoczywający na jego barkach. I nie chodziło o skórzaną torbę wypełnioną przedmiotami.
Zankrr. Im bardziej Posłaniec zbliżał się do jego namiotu, tym bardziej nie chciał tu być. Kolejne kroki stawiał coraz mniej pewnie. Odpychały go inność i przewrotność Raskuna. Nikt wcześniej tego nie robił – on był pierwszym, który zaczął pytać o więcej. Plemienna codzienność, brud i pył pustkowi miały go ukształtować na łowcę zdolnego bez opamiętania tropić i polować – nie na wizjonera. Rozgwieżdżone niebo mogło w końcu przyciągnąć ciekawość któregoś z nich, ale według Posłańca nigdy nie było na to dobrej chwili.
Dotarł do domostwa ostatniego z młodych Raskunów. Uniósł głowę, kierując wzrok na gwiazdy. Tam czaił się świat o wiele gorszy, niż Zankrr mógłby sobie wyobrazić. Przybysz uwielbiał ten widok, choć był zdania, że z większą wiedzą wiąże się większa odpowiedzialność.
Nie spodziewał się słów Zankrra. Do końca modlitwy liczył, że Raskun zmieni zdanie. Od rana, gdy przechodzili przez całą drogę Tenerosa, wszystko obracało się wokół boga obfitości i jego darów. Pustkowie nie wybaczało, Raskunowie mieli tego świadomość, a święci małżonkowie czuwali nad ich plemieniem. Zankrr nie wyróżniał się, dopiero po zajściu słońca ujawnił swe zainteresowanie nieboskłonem.
Posłaniec stał przed namiotem. Nawet wsunął rękę do torby, próbując znaleźć tam cokolwiek, co mogłoby pokrywać się z fascynacją i prośbą Zankrra. Nic jednak nie znalazł. Co miałby dać? Co pomoże mu sięgnąć gwiazd i nie będzie wyglądać jak przedmiot z obcej cywilizacji?
Pokręcił głową.
Nie, pomyślał. To osobny przypadek.
Ruszył sprawnym krokiem w stronę pokracznej drabiny, poprawiając pasek torby wrzynający się w ramię. Ostatni raz odwrócił głowę w stronę namiotu Zakrra.
Suche bale zatrzeszczały pod jego ciężarem. Stopa omsknęła mu się o wytarte, srebrzyste drewno, na szczęście asekuracyjnie złapał wystający korzeń i utrzymał równowagę.
Wspiął się na pobliskie wzgórze, ostatni raz rzucając okiem na raskuńską wioskę. Znał te wszystkie domostwa i nawet stąd, przy wątłym świetle gwiazd, potrafił rozpoznać te trzy, w których spały młode osobniki.
To był już koniec. Koniec ciężkiego dnia. Wróci tu za rok i potem znów policzy domostwa, a później Raskunowie, gdy go ujrzą, wyjdą mu naprzeciw orszakiem powitalnym. Obdarowani podziękują za włączenie w krąg pełnoprawnych członków plemienia. Pozostali złożą u jego stóp hojne plony rocznej pracy. Najpóźniej do jutrzejszego wieczora, będzie wiedział, jaki los spotka Zankrra. Jeżeli nic się nie wydarzy, będzie pierwszym wyrzuconym z plemienia osobnikiem z tego pokolenia. Wzdrygnął się na samą myśl, że będzie musiał stanąć z nim twarzą w twarz.
Gdy oddalił się od wioski, ściągnął rękawice i wyprostował w obu dłoniach piąte palce, skrzętnie ukrywane i zgięte przez cały dzień. Drżały niespokojnie. Przez wiele godzin niedokrwienia zsiniały, teraz nabierały purpurowej barwy. Czuł w nich elektryzujące mrowienie. Podwinął rękaw i na ekranie bransolety dokładnie sprawdził informacje pogodowe. Niż kontynentalny przybędzie tu za trzydzieści siedem minut.
Pustkowie na planecie Adasid rozciągało się na setki kilometrów. Niewyobrażalne połacie suchego lądu spowite niekończącym się morzem rdzawego pyłu wprawiały w zdumienie, a raskuńska wioska pośrodku tej nicości stanowiła jedyną znaną w tych rejonach formę cywilizacji.
Jedyną… Żywą…
Gdy wdrapał się na rozległą wydmę, zobaczył to, czego Raskunowie woleliby nie widzieć. Ogromny kanciasty kształt, wbity głęboko w pył kompletnie nie pasował do tutejszego, niemal pustynnego obrazu. Posłaniec dobrze znał ten widok, stanowiący jedyną formę nawigacji na rozległych pustkowiach. Mijał go co roku i co roku przypominał sobie to samo. Gdy kilkadziesiąt lat temu na Adasid dotarła wojna, wszystko się załamało. Upadły złożone ekosystemy i skomplikowane łańcuchy pokarmowe. Zmienił się klimat na planecie, gdzie surowce były drenowane do granic możliwości. A potem, gdy ludzie opuszczali ledwo dychającą Adasid, ktoś zainteresował się tym, co jeszcze ledwie żyło.
Ten wrak boleśnie o tym przypominał. Posłaniec stanął tuż przy rozłożystym skrzydle, zakończonym zardzewiałymi lufami dział, i wtedy coś go tknęło.
Zankrr musiał tu być. I próbował zrozumieć. A nawet gdyby nie chciał, pytania nasuwały się same. Raskunowie pamiętali o żelaznych demonach, które zjawiły się na niebie i wyrządziły im tyle krzywd.
Bransoleta na nadgarstku zabrzęczała. Posłaniec nerwowo spojrzał, wyrwany z zamyślenia. Minuty dzieliły go od nadejścia niżu. Musiał się pospieszyć. Ściągnął maskę, otarł spoconą twarz. Ciężko oddychając, wdychał łapczywie resztki rześkiego powietrza.
To już tam, za skałą na wzgórzu.
Parę minut nie wystarczyło. Najpierw poczuł lekką bryzę muskającą pylastą równinę, ale zaraz gwałtowny podmuch wiatru uderzył z impetem, jakby próbował ściągnąć z posłańca płaszcz. Mężczyzna złapał za ubranie z całych sił.
Ostatnie kroki stawiał nierówno i pokracznie. Wichura wciąż przybierała na sile. Doczłapał na szczyt piaszczystego wzgórza, zwieńczonego brunatną skałą. A zaraz za nią odnalazł swój statek. O wiele mniejszy niż mijany wrak, lecz wciąż spory.
Dobrnął do bocznych drzwi i wyciągnął spod płaszcza kartę dostępu. Pomachał przed panelem, aż zaświeciła się zielona dioda. Drzwi rozwarły się z sykiem, rozpychane siłownikami.
Przybysz, nie zwlekając, ściągnął najszybciej jak umiał wszystkie ubrania, wrzucił je bezceremonialnie i zamknął w ciemnozielonym kontenerze. Maskę odłożył na bok.
Skręcił w prawo i wcisnął się do niedużego, kwadratowego pomieszczenia. Wdusił przycisk i z sufitu niemal natychmiast trysnęły strużki zimnej wody. Wystawił język i brał łapczywie każdy łyk, obmywając jednocześnie ciało z rdzawego pyłu. Tego roku celowo zmienił fryzurę. Ostrzygł się krótko, by jego dość bujne i kręcone włosy przestały zbierać skarby i drobiazgi ze wszystkich planet. Domycie tego trwało dniami.
Dopiero po długim natrysku wymęczone mięśnie rozluźniły się, a oddech się uspokoił.
Gdy zmył cały brud i wytarł się syntetyczną tkaniną, orzeźwiony sięgnął po przygotowany zawczasu luźny i wygodny strój. Lubił tę szarą zieleń przyozdobioną doszywanymi czarnymi pasami. Poprawił rękawy. Wziął ze sobą maskę noszoną na twarzy cały dzień.
Przeszedł do kabiny pilota i rozsiadł się wygodnie w fotelu. Za szybą wichura rozszalała się na dobre. Pył szurał o metalowy kadłub, smagając kokpit.
Przybysz odłożył maskę i uruchomił główny pulpit. Palce już rozpoczęły wędrówkę po klawiaturze – z wyjątkiem piątych, wciąż dochodzących do siebie po całym dniu.
Otworzył system meldunkowy. Robił tak co roku. I co roku zastanawiał się, kto siedzi po drugiej stronie monitora.
Misja zakończona sukcesem – napisał. – Troje Raskunów osiągnęło wiek dojrzały. Odnotowano zmniejszenie populacji o jednego osobnika. Jeden zakażony, podano antybiotyk. Zanotowano dziewięć nowych urodzeń. Meldujący: Joran, sektor Adasid.
Na odpowiedź nie musiał czekać długo.
Dziękuję, Joran. Czy odnotowano anomalie?
Krótka i lakoniczna odpowiedź, lecz tym razem Joran nie mógł odpowiedzieć tak, jak co roku, że nic nadzwyczajnego nie odnotował. Widział przed oczami Zankrra, patrzącego w niebo.
Palce zastygły nad klawiaturą i opadły po dłuższej chwili, by napisać wiadomość:
Jeden osobnik wyłamał się ze schematu. Pyta o prawdę, obserwuje gwiazdy, chce poznać kosmos. Czy mam podejmować jakieś kroki?
Ostatnie zdanie napisał, przełykając ślinę. Nigdy, w swoim wieloletnim życiu nie spotkał się z czymś takim. Zawsze wszystko działało schematycznie, przewidywalnie aż do bólu.
Wlepił wzrok w ekran i migający kursor. Zastanawiał się, czy nie napisał za dużo?
Oczekiwanie na odpowiedź zmieniło się w jakąś niezrozumiałą pustkę w jego umyśle. Świszczący dźwięk ocierającego się o kadłub statku pyłu wprawiał Jorana w dziwny trans.
I wtedy na ekranie zaczęły pojawiać się kolejne słowa:
To naturalny etap.
Joran odetchnął z ulgą, czytając to zdanie.
Przekroczył założony plan o trzy kroki.
Co się z nim stanie? – odpisał mężczyzna. – Pozostawienie go może podburzyć całą populację.
Jutro zabierzesz go ze sobą. To standardowa procedura. Raskunowie nie mają jeszcze swojego przedstawiciela w galaktyce. Meldunek przyjęty, wracaj do bazy.
Joran przetarł oczy ze zdumienia. Przeczytał wiadomość kilkanaście razy, zanim do niego dotarł jej sens. Przytaknął i spojrzał na swoją maskę, przypominającą czaszkę pustynnego drapieżnika.
– No, Tenerosie… – wypalił. – Ale się porobiło.
Gdy uruchamiał silniki, zabrzmiał basowy pomruk, a nieprzyjemne drżenie wypełniło cały kokpit. Joran pociągnął za wolant i statek się wzniósł. Potrzebował trochę czasu, by przebić się przez piaszczystą wichurę. A potem, gdy wszechobecny szum gwałtownie ustał, otwarło się przed nim spokojne, rozgwieżdżone niebo. Patrzył tam, gdzie Zankrr.
Badania były jednoznaczne i bezlitosne: społeczeństwa religijne miały większą wolę przetrwania gatunku. Teneros miał ich w swojej opiece.
Joran jeszcze raz pogładził dłonią swoją maskę.
Autor: Józef Świstak
Witaj. :)
Gratuluję debiutu tak szybko po rejestracji i zachęcam: w dziale Publicystyka znajdziesz doskonałe Poradniki, w tym: Drakainy – dla Nowych Użytkowników, a także; interpunkcyjne, dialogowe, myślowe, językowe itp. :)
Sprawy techniczne i nasuwające się przy czytaniu sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):
Pomachał przed panelem, aż zaświeciła się zielona dioda. – czy ta (i inne, np.: Trójka młodych Raskunów, zgromadzona wokół niego, podążała wzrokiem za śladem narysowanym na niebie. Niewidzialny wzór łączył gwiazdy na nocnym firmamencie; Jego pazurzaste stopy wbijały się głęboko w rdzawy pył. Potem padł na kolana i skrył twarz w wydłużonych dłoniach; Przybysz włożył ostrożnie dłoń do torby i zaczął wymacywać palcami przedmioty. Pokiwał na boki głową, wmawiając sobie, że mógł się przygotować wcześniej; Początkowo Posłaniec próbował zrobić krok nad Ganirą, lecz szybko zrezygnował; Dotarł do domostwa ostatniego z młodych Raskunów; Przybysz uwielbiał ten widok, choć był zdania, że z większą wiedzą wiąże się większa odpowiedzialność; ) aliteracja jest celowa?
Badania były jednoznaczne i bezlitosne: społeczeństwa religijne miały większą wolę przetrwania gatunku. Teneros miał ich w swojej opiece. – powtórzenie?
– Gwiazdy… – próbował wybrnąć Posłaniec – nie są stałe. Gdy Teneros starł się z Pożeraczem Światła, jego ostatni cios był tak potężny, że poruszył firmament. – Westchnął głośno. – błędny zapis dialogu?
– O, Tenerosie! – wydobył z siebie niespokojnym głosem. – Ty widziałeś mrok i jego konsekwencje. Wygasanie świata. Ty pokonałeś potężnego Pożeracza Światła, przywracając równowagę we wszechświecie. – Odchrząknął. – i tutaj?
Pomrukiwali pomiędzy sobą, lecz nie słyszał (przecinek?) o czym dokładnie.
Jedną czteropalczastą dłonią obejmował swoją kochankę, Fisyę, a drugą trzymał włócznię wbitą w gardło Pożeracza Światła – pokracznej kreatury trzymającej w swej uzębionej paszczy kulę symbolizującą słońce. – powtórzenie/styl?
Usypane w naczyniach, ususzone i zmielone, (zbędny przecinek?) zioła błyskawicznie zajęły się ogniem i buchnął gęsty, biały dym.
Przygarbione, dwunożne istoty, pokryte niemal czarnym, rzadkim futrem (przecinek?) ustawiły się w szeregu.
– Na zakończenie dnia, zgodnie z tym, co winni wam przekazać członkowie plemienia, będziecie modlić się o jedną rzecz, którą Teneros będzie mógł was obdarować – oznajmił Posłaniec. – powtórzenia/styl?
Wygasanie świata. Ty pokonałeś potężnego Pożeracza Światła, przywracając równowagę we wszechświecie. – Odchrząknął. – Daj mi światło. Daj mi prawdę o naszym świecie. Chcę poznać w całości obce światy, jeżeli istnieją. – powtórzenia/styl?
Jedynie Teneros pozostał w tym Świecie na zawsze, odpoczywając po zbawieniu świata. – i tu?
Brzęczenie ustało niemal natychmiast i wtedy zerknął do środka. Ganira zasnęła niemal w wejściu, leżąc na brzuchu, miała wykręconą głowę w bok i oddychała lekko charcząc. – i tutaj?
Pokiwał na boki głową, wmawiając sobie, że mógł się przygotować wcześniej. – nie pasuje mi tu sens, czy nie wpadła czasem literówka i nie miało tam być: „wymawiając”?
Najpóźniej do jutrzejszego wieczora, (zbędny przecinek?) będzie wiedział, jaki los spotka Zankrra. Jeżeli nic się nie wydarzy, będzie pierwszym wyrzuconym z plemienia osobnikiem z tego pokolenia. Wzdrygnął się na samą myśl, że będzie musiał stanąć z nim twarzą w twarz. – powtórzenia?
Niewyobrażalne połacie suchego lądu (przecinek?) spowite niekończącym się morzem rdzawego pyłu (i tu?) wprawiały w zdumienie, a raskuńska wioska pośrodku tej nicości stanowiła jedyną znaną w tych rejonach formę cywilizacji.
Ogromny (przecinek?) kanciasty kształt, wbity głęboko w pył (i tu?) kompletnie nie pasował do tutejszego, niemal pustynnego obrazu.
A potem, gdy ludzie opuszczali ledwo dychającą Adasid, ktoś zainteresował się tym, co jeszcze ledwie żyło. – powtórzenie/styl?
Kwestia nowego pojęcia, które wprowadzasz. Imię bohatera: ZANKRR (?). Taka forma pada w tekście 17 razy. Niestety, ale jest jeszcze osiemnasty raz, z błędem:
„Ostatni raz odwrócił głowę w stronę namiotu Zakrra”.
Czytelnicy nie wiedzą, jak ma to brzmieć poprawnie, bo to nowe pojęcie. To Ty jako Autor za nie odpowiadasz. I niepotrzebnie, przez niedokładny zapis imienia, z miejsca jest aż 18 błędów rzeczowych.
Przy wprowadzeniu nowego pojęcia trzeba dokładnie sprawdzić każdy jego zapis w opowiadaniu,
Autor: Józef Świstak – taka informacja jest zbędna
Piękna opowieść, wspaniały świat SF oraz bohaterowie i zasady, rządzące planetami po wspomnianej wojnie. :) A tytuł bardzo pomysłowy i przewrotny. :)
Pozdrawiam serdecznie, klik do Biblioteki. :)
Pecunia non olet